Ciężko mu było przestawić się z początku i zdobyć zaufanie kotów, chociaż całkiem to rozumiał i z pokorą znosił. Może jego ognista krew wymazała mu wszystkie winy, gdyż ogień w jego ciele jest tak silny i tak oczyszczający, że nie został w nim już żaden z byłych grzechów, tak owieczki ślepe w klanie nie mogły tego wiedzieć ani zobaczyć, więc musiał dla nich wymazać swoje grzechy bardziej naturalnym sposobem. Pomagał, był miły, spróbował podarować dobrą radę, częściej chodził do kronikarzy by zaciągnąć historycznej rady, by więcej nauczyć się o losach swojego rodu i klanu, by nie popełniać błędów które popełnili przodkowie. Większość kotów już z początku uważała to za dziwne i patrzyła na Ognika raczej bykiem niż z wdzięcznością, szczególnie Skrzypiący Skrzyp, który nie dość, że odmówił pomocy i współpracy przy złapaniu królika wśród śnieżnych zasp, tak jeszcze wyśmiał nową taktykę rudego. Nie spodziewał się jednak, że młodszy od niego wojownik przyjmie nie tylko odmowę ze spokojem, ale również przeprosi za narzucanie swojej osoby! Ci, którzy bliżej przyglądali się synowi Płomiennego Ryku dłużej żywili do niego niechęć i niezbyt mu ufali i wcale nie można się im dziwić. W końcu to ślepcy... nie tacy, za jakich uważał ich kiedyś, jednak tacy, którzy potrzebują pomocy. Niemal chciał krzyczeć, tu jestem! Wykorzystajcie mnie, użyjcie mojej siły, użyjcie mojej krwi do swojego oczyszczenia, jestem w stanie dla was cierpieć, poprowadzić do wielkości! Musicie mi jedynie zaufać, rozpoznać we mnie zbawcę, iść za mną!
Niestety by dojść do tego poziomu zaufania jakiego sobie zażyczył, była jeszcze długa droga, a on miał zamiar przejść ją chociażby na boso, jeśli było trzeba.
Nie spodziewał się jednak, że krótko po jego przemianie, zrozumieniu, że jest winkelriedem narodów, jego ojciec i "oprawca"... odejdzie ze świata żywych. Stał więc w krótkim szoku nad jego ciałem, patrząc na to co się dzieje w koło, jednak niezbyt do niego wszystko docierało. Gdy szok minął, uświadomił sobie nagle, że praktycznie nic nie czuje. Złość? Żal? Najbardziej pasowało tu współczucie dla biednej duszy, która obrała zły tor w swoim życiu, nie będąc w stanie odczytać roli jaką przypisali im gwiezdne, ogniste duchy. Niemniej, jego śmiertelne, skrzywdzone uczucia dziecka również wkradły się do jego myśli, kiedy patrzył, jak potężna niegdyś w jego oczach istota, teraz leży zesztywniała na ziemi na środku obozu, czekając na ostatnie pożegnanie. Niczym nie różniła się od zwierzyny leżącej na stosie, bo czymże byli? Mięsem. Mięsem, które dla innych zwierząt wyższych byłoby dobrym źródłem białka. Czym więc się różnili? Duszą... tak, to jedno słowo przeszło mu przez głowę. Schylił się nad tym starcem, nędznikiem który zniszczył mu życie, by pożegnać go ostatnim przyłożeniem nosa do rudego czoła.
- Mam nadzieję, że nigdy więcej się nie zobaczymy - wyszeptał do ucha zmarłego, tak, by nikt prócz niego nie mógł usłyszeć słów jakie wypowiada. Potem odszedł. Nie chciał czuwać w milczeniu, nie miał ochoty stać nad zmarłym. Odciął się od tej części życia, chociaż nie mógł się odciąć od rodziny, a konkretniej od, jak się okazało, jego starszej siostry. Pojawiła się niemal zaraz przed śmiercią Płomiennego Ryku z jakąś samotniczką u boku, a on był niezmiernie ciekaw jej osoby. Czy to ona była tym "wspaniałym dzieckiem" do którego zwykł być porównywany przez Ognistą Piękność, która, swoją drogą, straciła się praktycznie całkowicie? Jedynie powrót dziecka ją jakoś ocucił, jednak nie można było jej porównać do tej samej kotki, jaką była niegdyś. Przynajmniej tak twierdziły starsze koty, które miały okazję znać tą kiedysiejszą damę. Gdy do niej podchodził, nie bardzo wiedział, co czuł. Coś na wzór ciekawości, to na pewno, ale co jeszcze? Niemal piekły go łapy, ale też się jakoś obawiał. Czy to kolejna zagubiona dusza, która sprawi mu kłopoty i którą trzeba będzie zniwelować, czy może ktoś oświecony, jak on?
- Całkiem odpowiednia pogoda na śmierć - zagadał, siadając obok z lekkim, uprzejmym uśmiechem - Chyba nie tego się spodziewałaś, wracając do klanu, prawda? Naprawdę wspaniały moment na spotkanie i rozmowę, nad zmarłym rodzicem...
Niestety by dojść do tego poziomu zaufania jakiego sobie zażyczył, była jeszcze długa droga, a on miał zamiar przejść ją chociażby na boso, jeśli było trzeba.
Nie spodziewał się jednak, że krótko po jego przemianie, zrozumieniu, że jest winkelriedem narodów, jego ojciec i "oprawca"... odejdzie ze świata żywych. Stał więc w krótkim szoku nad jego ciałem, patrząc na to co się dzieje w koło, jednak niezbyt do niego wszystko docierało. Gdy szok minął, uświadomił sobie nagle, że praktycznie nic nie czuje. Złość? Żal? Najbardziej pasowało tu współczucie dla biednej duszy, która obrała zły tor w swoim życiu, nie będąc w stanie odczytać roli jaką przypisali im gwiezdne, ogniste duchy. Niemniej, jego śmiertelne, skrzywdzone uczucia dziecka również wkradły się do jego myśli, kiedy patrzył, jak potężna niegdyś w jego oczach istota, teraz leży zesztywniała na ziemi na środku obozu, czekając na ostatnie pożegnanie. Niczym nie różniła się od zwierzyny leżącej na stosie, bo czymże byli? Mięsem. Mięsem, które dla innych zwierząt wyższych byłoby dobrym źródłem białka. Czym więc się różnili? Duszą... tak, to jedno słowo przeszło mu przez głowę. Schylił się nad tym starcem, nędznikiem który zniszczył mu życie, by pożegnać go ostatnim przyłożeniem nosa do rudego czoła.
- Mam nadzieję, że nigdy więcej się nie zobaczymy - wyszeptał do ucha zmarłego, tak, by nikt prócz niego nie mógł usłyszeć słów jakie wypowiada. Potem odszedł. Nie chciał czuwać w milczeniu, nie miał ochoty stać nad zmarłym. Odciął się od tej części życia, chociaż nie mógł się odciąć od rodziny, a konkretniej od, jak się okazało, jego starszej siostry. Pojawiła się niemal zaraz przed śmiercią Płomiennego Ryku z jakąś samotniczką u boku, a on był niezmiernie ciekaw jej osoby. Czy to ona była tym "wspaniałym dzieckiem" do którego zwykł być porównywany przez Ognistą Piękność, która, swoją drogą, straciła się praktycznie całkowicie? Jedynie powrót dziecka ją jakoś ocucił, jednak nie można było jej porównać do tej samej kotki, jaką była niegdyś. Przynajmniej tak twierdziły starsze koty, które miały okazję znać tą kiedysiejszą damę. Gdy do niej podchodził, nie bardzo wiedział, co czuł. Coś na wzór ciekawości, to na pewno, ale co jeszcze? Niemal piekły go łapy, ale też się jakoś obawiał. Czy to kolejna zagubiona dusza, która sprawi mu kłopoty i którą trzeba będzie zniwelować, czy może ktoś oświecony, jak on?
- Całkiem odpowiednia pogoda na śmierć - zagadał, siadając obok z lekkim, uprzejmym uśmiechem - Chyba nie tego się spodziewałaś, wracając do klanu, prawda? Naprawdę wspaniały moment na spotkanie i rozmowę, nad zmarłym rodzicem...
<Pożarowa Łapa?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz