przed śmiercią Płomyka
Kłamstwa, kłamstwa...
Ze wszystkich stron otaczały go kłamstwa, wszędzie byli kłamcy, a największym z nich był on, ich ojciec, ich "bóg" który obiecał im stołek lidera. Tak bezgranicznie mu wierzył, tak pragnął jego uznania, a gdy już przełknął pierwszy szok i zdołał spojrzeć znów w pysk swojego stwórcy, zdał sobie sprawę, że nie czuje nic więcej poza obrzydzeniem i zawodem. Był niczym. Był nawet gorszy od kotów które uważał za plebs. Oni przynajmniej wiedzieli, że nie byli nikim wyjątkowym, wiedzieli też, że on nie był nikim specjalnym. Ot, zwykłym gówniarzem któremu ojciec wmówił, że jest wspaniały i nie widział prawdy która była przed jego oczami tak blisko... tak wyraźnie świeciła. Gdyby tylko nie był ślepcem. Przez wiele dni siedział przybity w legowiskach, chodząc po tunelach i zewnętrznym świecie jak zbity pies, nie reagując na zaczepki i próby nawiązania rozmowy. Był w ich oczach żałosny, czuł to. I pewnie zapętlałby się w tą spiralę rozpaczy i beznadziejności dalej, gdyby nie pewna myśl która zakradła się do jego głowy, gdy był już na progu szaleństwa. Może ojciec nie był całkiem w błędzie? I zanim wyciągniecie widły i pochodnie, postarajcie się posłuchać jego toku myśli. Może patrzyli na świat pod złym kątem, może nie było do końca tak, jak przypuszczali, ale... jakoś w podobnym stylu. Co, jeśli rzeczywiście byli specjalni? Nie byli stworzeni do posiadania pod sobą kotów, nie taką rolę przypisał im los, nie mieli królować i być nad innymi, a wręcz przeciwnie. Mieli być jak przewodnicy, mieli swoją ognistą, czystą krwią przewodzić innym, pokazywać drogę i zwyczajnie ich zbawić. Tak... tak! To właśnie o to chodziło Piaskowej Gwieździe! Całej linii ognisto-krwistych, to właśnie było ich przeznaczenie! Po prostu źle to odbierali, uważali się za kogoś specjalnego, komu trzeba służyć, ale w rzeczywistości powinno być zupełnie na odwrót. To ONI powinni służyć reszcie kotów. Tym nieoświeconym, tym biednym owieczkom które potrzebowały zbawienia i poprowadzenia do krainy mlekiem i miodem płynącej! Zerwał się na równe łapy, by ze stanu kamiennego otępienia wejść w trans chodzenia w kółko, z oczami błyszczącymi z podniecenia. Zapomniał o polowaniu, zapomniał o pilnowaniu granic, teraz liczył się tylko jego cel, jego przeznaczenie. Był pierwszym oświeconym z rodu, który zauważył prawdziwość natury ich krwi. Zerwał się gwałtownie, by niemal w biegu szaleńczym dopaść do wejścia do tuneli, przedrzeć się, jak burza, rzeka wzburzona do głównego korytarza, by już po chwili wpaść nieokiełznanie do zacienionej groty, w której nie było niestety o tej porze roku zbyt wiele światła. Drobne, chłodne, zimowe smugi przedostawały się od góry, oświetlając uklepane wnętrze, jednak nie dając wystarczającej ilości światła. Panowała cisza, Kronikarzy nie było, pewnie spędzali czas w obozie, lub też po prostu kocur nie zwrócił większej uwagi na otoczenie. Szukał bowiem tylko jednej rzeczy, która była na jednej ze ścian. Raczej koślawy, chociaż jak na kota, całkiem starannie wykonany rysunek przedstawiający jasnego, nastroszonego demona, którym była Piaskowa Gwiazda. Uwieczniona na skale była liderka gromiła swym jednym, widocznym okiem na krewnego stojącego u jej stóp, jakby oceniając każdy jego krok.
- To o to ci chodziło, prawda? - spytał z nadzieją, wylewającą się głęboko z gardła, niemal prosząco. Dyszał jeszcze po biegu, a z racji małej ilości kotów w grocie, powietrze było niemal tak zimne jak na zewnątrz, przez co nos mu zmarzł a powietrze wydobywane z płuc szybko zamieniało się w parę.
- Nikt tego nie mógł pojąć, ty pewnie też, jako pierwsze z dzieci zesłanych przez ogień... Musiałaś być zagubiona, prawda? - uniósł łapę w jej kierunku, jak gdyby chciał objąć i pogłaskać policzek tego strasznego stworzenia, które łypało z zimnej ściany. W jego oczach jednak było to jedynie biedne, zagubione kocię, które nie wiedziało co zrobić z ciężarem swojego przeznaczenia.
- Już dobrze, daliście z siebie wszystko, prawda? Doskonale to rozumiem... nie musicie już cierpieć, wezmę za was ten ciężar na swoje barki, poprowadzę biedne owieczki ku lepszemu jutru, zapewnię klanowi bezpieczeństwo, będę jego wybawcą - niemal się modlił, unosząc wzrok i wodząc nim po grocie, szukając dusz zmarłych przodków. Wiedział, że byli przy nim, czuł to! Czemu wcześniej ich nie dostrzegł, czyżby był aż tak zaślepiony? Wtem coś mignęło w cieniu, jakaś znajoma plama. Kocur odwrócił swój szaleńczy wzrok w jej stronę, spodziewając się ujrzeć rudy pysk któregoś z przodków, jednak zamiast tego, skrzyżował oczy z Wędrującą Salamandrą, która zdawała się, po minie malującej na jej pysku, słyszeć przynajmniej część przemowy. Nie zwracał na to uwagi. Podszedł do niej szybkim i stanowczym krokiem, na co ta zareagowała instynktownie. Odsunęła się, a z jej gardła wyszedł bulgoczący warkot. Już miała do czynienia z jego linią krwi i wyraźnie nie miała ochoty powtarzać przejażdżki ze zmiażdżoną krtanią, jednak Ognik nie miał zamiarów morderczych. Zaraz przed nią się zatrzymał, pomimo oporu chwycił ją za łapę, która ścisnął serdecznie pomiędzy dwoma swoimi.
- Już wszystko zrozumiałem, droga Wędrująca Salamandro - jego zazwyczaj grzecznie zaczesane włosy w tył, teraz opadły niezdarnie na pysk, gdy odchylona i wyraźnie zniesmaczona kotka, obserwowała poczynania rudego. Z jej pyska wywnioskować można było, że akurat ona w przeciwieństwie do młodzieńca, nic nie zrozumiała. Puścił jej łapę, którą od razu przyciągnęła do siebie, a on ruszył w kierunku wyjścia. By zmienić świat i poprowadzić klan ku lepszemu jutru, najpierw musiał zmienić siebie, zaczynając od dobrego wytrenowania ucznia którego mu powierzono.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz