Pora nagich drzew nadeszła, a wraz z nią pogarszające się warunki atmosferyczne, choć nie tylko, ponieważ do obozu Owocowego Lasu zawitała epidemia zielonego kaszlu, który już zebrał swoje żniwa. Najstarsza członkini społeczności — Leszczyna — odeszła jako pierwsza, po przegranej z chorobą. To jednak nie był koniec ani czas na opłakiwanie zmarłej, ponieważ zaraza rozniosła się na sąsiednie legowisko stróżów oraz żłobek. Kolejnymi zarażonymi byli Puma z Cieniem oraz Szafran z niedawno narodzonym potomstwem.
Pomimo panującego urokliwego krajobrazu oprószonego białą warstwą szybko topniejącego puchu na coraz bardziej zmarzniętej ziemi, w obozie każdy miał łapy pełne roboty i nie było czasu podziwiać zimowych widoków. Teraz najważniejsze było, aby nikt więcej już nie odszedł z powodu epidemii. W ostatnim czasie wystarczająco dużo kotów zmarło — Sówka, Gruszka, Świergot, Mróz, Kruszynka — a nie zapowiadało się zbytnio, by na tym stanęło. W kolejnych dniach odeszli kolejni: Kaczka, Chrząszcz, Paprotek, Migotka, Mirabelka i Malinka.
Uzdrowiciele starali się odizolować zarażony od innych, podczas gdy reszta zdrowych Owocniaków pomagała jak mogła przy chorych, przynosząc wodę lub jedzenie. Niestety zwierzyny, jak i ziół był mniej niż podczas innych pór roku, więc niemal każdy patrol, opuszczający obóz był patrolem łowieckim. Mimo to bywały momenty, kiedy stos na zwierzynę świecił pustkami, świeżo przyniesione żylaste piszczki szybko się rozchodziły, zaspokajając głód potrzebującym. Młody kocur w ostatnich dniach mało kiedy odbywał treningi wraz ze swoim mentorem — obecnie najważniejsza była walka z epidemią, dlatego też Czajka był przydzielany do patroli łowieckich, najczęściej w mniejszych grupach nieprzekraczających czterech kotów. Uczeń nawet nie zauważył, gdy poduszki jego łap zaczęły boleśnie pękać z zimna, był tak pochłonięty pomocą Owocniakom, że ból stał się drugorzędną sprawą, podobnie jak zaspokajanie własnego głodu. W tak krótkim czasie nieco stracił na masie i zmizerniał, lecz to go nie powstrzymywało przed braniem udziału w kolejnych polowaniach — każda piszczka była teraz na wagę życia i to dosłownie.
Dni niemal zlewały się w całość, tworzące jeden ciąg powtarzających się czynności, zaczynając i kończąc krótkim snem po intensywnym dniu. Za każdym razem miał wrażenie, że ledwo położył głowę na miękkim mchu i przymknął zmęczone oczy, a już musiał ponownie wstawać. Był to męczący tryb życia, lecz brązowooki wiedział, że nie będzie to trwać w nieskończoność, a jedynie przez czas, dopóki nie opanują epidemii. Choć zapewne trójka uzdrowicieli miała się jeszcze gorzej, doglądając choroby i sprawdzając, czy ktoś nowy się nie zaraził. Niemal cały czas panował ruch w centrum obozu, kiedy to zdrowi stróże pomagali przy opiece, a koty z innych profesji mijały się, wracając lub wyruszając na polowania. Do tego na ten czas jego gorsze samopoczucie oraz koszmary przestały go dręczyć, jakoby stwierdzając, że Czajka wystarczająco już jest wypruty z energii przez epidemie.
Kolejny dzień nie zapowiadał się lepiej — od rana pogoda nie sprzyjała i w nagich koronach drzew można było odczuć mroźne podmuchy zefiru, zmieniając wibrysy w istne sople lodu, a zęby same szczękały z zimna. Nawet ci z dłuższą sierścią odczuwali niższą temperaturę, dopóki nie wstawali z posłań, by do końca dnia niemal ciągiem znajdować się w ruchu. W czasie Wysokiego Słońca ich łapy poruszały się automatycznie, nie zważając na ból z wysiłku czy też zimna. Każdy jak mógł, pomagał przy zielonym kaszlu, tylko by ten nie rozprzestrzenił się bardziej i nie zmiótł całej społeczności, zabierając ją pod ziemię.
Kocur pomimo zmęczenia i wszechobecnego zimna podniósł się z legowiska, by następnie na wpół obudzonym zejść z kasztanowca i udać się na ustalone miejsce wymarszu. Był w jednym z pierwszych patroli łowieckich wraz z Pszczółką, niską szylkretową kotką o długich uszach oraz żółtych oczach, Kolendrą, barczystym rudym wojownikiem oraz Ziemniakiem czekoladowy wysokim kocurem. Wśród nich Czajka był jedynym zwiadowcą i zarazem uczniem. Przynajmniej nie musiał się obawiać o własną skórę, gdyby doszło do jakiejkolwiek konfrontacji z nieproszonymi gośćmi lub dzikim zwierzętami, które stwierdziły, że koty będą dobrą opcją na obiad. Oczywiście, jeśli zajdzie wtedy potrzeba to także rzuci się w wir walki. Dzisiejsze łowy mieli odbyć w Dębowej Ostoi, z nadzieją, że może tam będzie więcej zwierzyny, która zdoła nakarmić na dłużej większość ilość kotów. Nie spieszyli się raczej z dotarciem do lasu, gdyż każdy powoli zaczynał odczuwać skutki panującego zielonego kaszlu — w dodatku to na ich barkach po części spoczywał los pobratymców. Przecież z czegoś muszą mieć siły, by wyjść z choroby, a nawet gdyby byli jaroszami, to to by im zbytnio nie pomogło, gdyż nawet małe roślinożerne zwierzęta, a co dopiero byłoby w ich przypadku, gdyby przerzucili się na weganizm? Potrzebowaliby jeszcze większej ilości zieleni do zjedzenia, by ta zaspokoiła ich głód i dodała siły.
***
Po wkroczeniu pośród dęby postanowili się rozdzielić, zwiększając szansę na upolowanie czegoś, dzięki mniejszemu ryzyku, że zwierzyna się spłoszy, gdyby szli zwartą grupą jak dotychczas. Początkowo wszystko wydawało się w porządku, lecz im głębiej szli, tym pod ich łapami zaczęła się pojawiać mgła. Ta powoli coraz bardziej pochłaniała kolejne to warstwy lasu, od ściółki po podszyt, tak, że widok przed każdym z nich stawał się coraz mniej wyraźny. W międzyczasie Dębowa Ostoja jakoby ucichła w obawie przed tym, co ta mgła niesie ze sobą — niebieski uczeń miał wrażenie, że wojownicy będący o długość zająca od niego mogli usłyszeć jego serce nieprzyjemnie obijające się o żebra w klatce piersiowej. Z każdym kolejnym krokiem stawali się ponownie zwartą, jak gdyby cała czwórka wyczuwała pod skórą, że coś w tej tajemniczej mgle może się czaić. Dużo się nie pomylili, ponieważ zaledwie po paru uderzeniach serca dało się usłyszeć dochodzące z niedaleka dziwne dźwięki. Nie brzmiał na znane dotychczas zwierzę łowne, były zbyt ciężkie, zbyt kocie. Wraz ze zmniejszającą się odległością można było rozpoznać, że w ich stronę zmierza niewielka grupa kotów, raczej nie przekraczając liczebnością ich patrolu.
Czajka czuł, jak włos mu się jeży na głowie, a pazury instynktownie wysunęły się gotowe do walki. Machnął końcówką ogona, próbując pozbyć się uczucia mrowienia pod skórą, czując, jak to rozprasza oraz nastawia na najgorsze. Mimo szkolenia się na zwiadowcę wiedział jak walczyć — a przynajmniej znał podstawy — lecz jego styl bardziej opierał się na wykorzystaniu szybkości i zwinności niżeli siły czy ofensywnych ataków. Kątem oka zerknął na pozostałych, Ci również zareagowali i gotowi na bój wystąpili parę kroków do przodu, tworząc coś w rodzaju półkola, w którego środku znajdował się najmłodszy. Wyglądało to, jakby wojownicy wiedzieli, że brązowooki nie podążał tą samą drogą co oni i lepiej odnajdywał się na drzewach niż na ziemi. Do tego może mieli malutkie wątpliwości czy uczeń faktycznie, by sobie poradził, gdyby przyszło co do czego.
W międzyczasie szelest spowodowany nadchodzącymi obcymi nasilał się i do tego momentu patrol żył nikłą nadzieją, że to może jednak jakieś dzikie zwierzęta typu lisy czy też borsuki, lecz ich zapachu żadne z nich nie wyczuło. Wszystko wskazywało, iż natrafili na grupę samotników, którzy zignorowali fakt, że weszli na tereny należące do Owocowego Lasu. Po chwili na czele grupy wyłonił się pierwszy zarys samotnika — był on ogromnym twardo stojącym kotem, a jego sylwetka rzucała cień na mgłę niczym drzewa dookoła nich. Cała czwórka mogła dojrzeć, że pysk obcego był skierowany w kierunku, jakoby patrząc na nich. Pierwsze co przychodziło na myśl to przywódca na czele wojowników, których prowadził na wojnę. Wtem Owocniacy mogli poczuć na grzbietach pierwsze krople, zwiastujące deszcz, który pogarszał i tak kiepską widoczność w Dębowej Ostoi. Wyglądało to, jakby sami przodkowie płakali nad niedługo rozlaną niewinną krwią.
"Na Wszechmatkę, czy można mieć większego pecha przy epidemii?!" — pomyślał uczeń, czując się obecnie jak mały kociak w porównaniu do rozmiarów kota, którego sylwetkę był w stanie dojrzeć pomimo pogarszającej się widoczności. Innych chyba też nieco wbijało to w ziemię, ponieważ nikt nie był w stanie zabrać głosu, bojąc się choćby oddychać w obecności tak masywnego samotnika.
— Kim jesteście, czego tu szukacie? — spytał jako pierwszy, opanowując strach oraz początkowo drżący głos. W końcu jak miał mu nie drżeć, kiedy przed nim stał kot, który mógłby go powalić jednym machnięciem łapy niczym natrętną muchę, latającą tuż nad uchem.
Na jego pytanie zarysy postaci zatrzymały się, by po chwili rozpocząć przytłumioną wymianę zdań między nimi, jednak uczeń nie był w stanie wyodrębnić konkretnych dźwięków, które mógłby brzmieć jak pojedyncze słowa. Niby wyrwane z kontekstu, ale zawsze coś już nic, lecz tym razem, jedynie mógł rozróżnić dwa głosy. Żaden z nich nie pasował mu do ogromnego samotnika na czele, dlatego przypisał je dwóm lekko widocznym sylwetkom. Oba głosy wskazywały na dość młody wiek przybyłych, lecz jeden był niższy, męski, podczas, gdy drugi wręcz przeciwnie, będąc nieco wyższym i kobiecy, a zarazem cichszym. Były to jednak jedynie przypuszczalne możliwości rozważań Czajki na ich temat, kiedy to kot na czele wykonał parę kroków w stronę patrol, a w jego ślady poszli pozostali.
— Odpowiedzcie! — zażądał, czując jak sierść jeży mu się wzdłuż kręgosłupa. Wolał zachować bezpieczną odległość od obcych, którzy jakoby niewzruszeni podeszli bliżej. Mimo to Czajka ani wojownicy się nie cofnęli, jakby byli ostatnią linią obrony Owocowego Lasu i to od ich łap oraz szczęk zależał dalszy los chorych. — Jesteście na terenie Owocowego Lasu, mamy prawo zaatakować — dodał, kładąc uszy po sobie. Z każdym słowem wykonywał krok do przodu, wyłaniając się zza półkola drugi dorosłych, będąc teraz na czele patrolu. Kocur niby jest jeszcze uczniem, jednak odwagi niczym lwu mu nie brakuje — Czerwiec i Kajzerka zapewne byliby dumni, choć kotka zapewne skakałaby wokół swojego syna, obawiając się o niego.
— Wypad! Wypad, ale już! Nie będą się nam zapchlone włóczęgi panoszyć! — zawtórował mu Ziemniak, podchodząc i stając obok. — Pająki uwiły ci pajęczynę w mózgu? Chowaj się za starszych! Przecież zjedzą cię jak mysz — zganił młodszego podniesionym szeptem. Czajka myślał na początku, że się przesłyszał, lecz im dłużej przyglądał się wojownikowi, tym bardziej się upewniał w usłyszanych słowach.
— A weź mi przypomnij, kto jako pierwszy przestał dygać jak kociak i zabrał głos? — syknął nieprzyjemnie na wojownika. — Także nie pouczaj mnie mysi móżdżku! — dodał, by ponownie zwrócić się do nieznajomej grupy, lecz tym razem był łagodniejszy niż chwilę wcześniej. — Nie szukamy konfliktu. Nam i zapewne wam nie jest to na łapę, szczególnie z uwagi na porę nagich drzew.
— Wcale nie dygałem... — fuknął wojownik, marszcząc brwi, lecz prędko ucichł, gdy rozległ się przytłumiony przez deszcz i wiatr głęboki głos:
— Oczywiście. — Ciężko było stwierdzić czy było to stwierdzenie, sarkazm lub coś jeszcze innego, lecz było pewne, że trójka obcych ponownie ruszyła w ich stronę. Ziemniak nieco się najeżył, ogonem przecinając powietrze za sobą — Czajka jedynie przewrócił oczami, by następnie kocurowi nieco pytające i zarazem znudzone spojrzenie. “Musisz?” — dokładnie to wyrażały ślepia ucznia, który po paru uderzeniach serca, wrócił do obserwowania przybyłych.
— Dygałeś dygałeś — mruknął cicho w stronę czekoladowego, nawet nie zaszczycając go już swym spojrzeniem.
Kocur na czele był biały od czubka głowy i grzbiet, a sierść stopniowo ciemniała aż do ciemnego brązu, co nie przypomniało Czajce żadnego znanego umaszczenia — zapewne nie było prawdziwe. Można było też dostrzec, że jego gęste futro jest pokryte na wpół zaschniętym błotem, co mogło świadczyć o wędrówce z daleka. Następnie patrol mógł dostrzec dwa biało rude koty, jeden niewiele mniejszy od drugiego z dodatkowo ciemniejszymi plamami na ciele, tworząc maść szylkretową. Osobnik ten znajdował się po prawej i to właśnie jego pyszczek się otworzył, by wybrzmiało z niego delikatne miauknięcie.
— Nie ostrzcie pazurów. Przyszliśmy w pokoju. — Skinęła głową w geście szacunku i przyjaznych zamiarów.
— Kim jesteście? Jeśli chcecie bezpiecznie przejść przez nasze tereny to was od eskortujemy — zaoferował. Oprócz eskorty niebieski był w stanie zaproponować chwilowe zatrzymanie się w obozie, jednak aktualnie panująca choroba wybiła mu ten pomysł z głowy. Do tego nie wiedział, co by powiedzieli na to wojownicy — w końcu oni byli wyżej w hierarchii Owocowego Lasu, nawet jeśli Czajka już był bliżej, niż dalej ukończenia szkolenia i zostania pełnoprawnym zwiadowcą.
Ogniste oczy kocura zalśniły, jakoby z zaciekawienia lub zainteresowania, a jego pysk lekko się uchylił w chęci wypowiedzenia słów. Został jednak uprzedzony przez rudego arlekina, który dotąd był milczącym towarzyszem wielkoluda.
— Coś marnie wyglądacie... — mruknął z odrobiną przekąsu, jakby nie rozumiał powagi zaistniałej sytuacji i wciąż wiszącej w powietrzu groźby walki. Nieświadomy tego wykonał parę kroków w stronę Owocniaków, na co głównie zareagował Ziemniak, mordując wręcz obcego wzorkiem.
— Jaskier! — syknęła cicho kotka. Wyglądało to jakby chciała skarcić i uświadomić swojego towarzysza, by lepiej uważał na ton oraz słowa.
W tym czasie Czajka odwrócił na chwilę wzrok od tej sceny, zastanawiając się czym jeszcze może się podzielić z wędrownymi. Jak na razie jako jedyny jakkolwiek próbował się czegoś więcej dowiedzieć od wędrownej grupy. Reszta jakoś nie kwapiła się do pokojowej rozmowy, choć Kolendra i Pszczółka jak na razie ciągle milczeli.
— Może i marnie, jednak dajemy radę. Chcecie tę eskortę czy nie? — mruknął, będąc gotowym przegonić mniejszą grupę, gdyby odmówili. Przecież nie pozwolą im się bez nadzoru pałętać po ich terenach. Wystarczy, że w obozie panowała epidemia, a ze zwierzyną nieco marnie było. Po to właśnie wyruszyli na patrol, by przynieść coś na stos, lecz wpadli na nich i jak dotąd nie doszli do żadnych ważnych wniosków.
— Wcale nie wyglądamy marnie- — odzywał się już z powrotem Ziemniak, jednak w słowo wciął mu się Kolendra, który dotychczas milczał
— Nawet jeśli, to co wam do tego? Jesteście samotnikami, was też trapią nagie drzewa. Weźcie naszą ofertę lub zmykajcie. Zwłaszcza ty. — Zmierzył wzrokiem rudzielca. — Bo skończy się prztyczkiem w nos.
— Jaskier, bez podskoków. Nie potrzebujemy robić sobie wrogów, prawda? — skarcił zielonookiego olbrzym i podszedł bliżej. Jaskier dyskretnie przewrócił oczami. Natomiast kotka wciąż pozostawała w bezpiecznej odległości. — Ale trudno ukryć, że masz rację... — westchnął i spojrzał w oczy Kolendry. — Nic nam do tego. Ani wam nie umniejszamy, ani się z was nie naśmiewamy. — Spojrzał przelotnie na Jaskra, który wykonał gest wzruszenia ramionami, jakby to nie była jego wina, że ma takie zaczepne uosobienie. — To ciężki sezon dla każdego z nas — kotów, zwierząt, roślin... Lecz wyglądacie, jakby mogła się wam przydać doza pomocy. Nie ma niczego, co was trapi, przyjaciele?
— Dziękujemy za propozycję, lecz Owocowy Las jest niezależny i nie potrzebuje niczyjej pomocy — stwierdził twardo rudy wojownik.
— Właśnie — zawtórował mu Ziemniak.
— ... Czy na pewno? — Z tyłu wybił się głos jednej osoby, która jeszcze się nie odezwała. Pszczółki. Przepchnęła się na przód, wchodząc między Kolendrę, a Ziemniaka. Ten drugi znacząco zmierzył ją wzrokiem. — Czy jest sens to ukrywać, skoro samotnicy przejrzeli nas na wylot?
— Ćś! — próbował ją uciszyć czekoladowy. — Co ty, wszystkie tajemnice chcesz wypaplać? Skąd wiesz, jakie on ma zamiary! — dodał szeptem. Pszczółka zagryzła zęby i spojrzała pytająco w stronę Czajki, jakby czekała na jego opinię.
— Pszczółka ma rację. Leszczyna i inni już odeszli, kto będzie następny? Już wystarczająco w ostatnim czasie odeszło kotów u nas, Gruszka, Sówka, Kruszynka, Świergot i Mróz. A w czasie epidemii jeszcze Kaczka, Chrząszcz, Paprotek, Migotka, Mirabelka i Malinka dołączyli do nich. To wam nie daje do myślenia? Chcecie, by Owocowy Las przestał istnieć przez epidemie?
— Jeśli gnębi was choroba, to znaleźliście się w najlepszych łapkach, jakie mogliście sobie wymarzyć — wciął się w dyskusję wojowników Jaskier. Podszedł bliżej, na dystans odpowiedni do faktycznej rozmowy, choć nadal był gromiony wzrokiem przez Ziemniaka i Kolendrę. Bezgłośnie ostrzegali go, że jeszcze jeden krok i dostanie po uszach. Jaskier jednak nie zwracał na to uwagi. Wyglądał wręcz na rozluźnionego.
Olbrzym odchrząknął, ignorując Jaskra.
— To nieco nietaktowne, że jeszcze się wam nie przedstawiliśmy. Na imię mi Derwisz. To moi podopieczni: Jaskier i... Chodź tu, Jeżogłówko! — zawołał, odwracając się do koteczki, która została w tyle. Na polecenie prędko przy truchtała, choć nadal zdawała się nieufna i przestraszona wrogością obcych. Teraz Czajka mógł dojrzeć, że trzymała w zębach pewne zawiniątko… Przypominało pakunek, w jaki czasem zawiązywano zioła. — Jesteśmy uzdrowicielami. Pomożemy wam na tyle, na ile jest to w naszej mocy.
— Za darmo? — rzucił zgryźliwie Ziemniak.
— Świat to już wystarczająco ponure miejsce — odparł Derwisz, uśmiechając się słabo. — Nie musicie przyjmować naszej pomocy. Rozumiemy waszą niezależność. Odejdziemy, jeśli sobie tego zażyczycie.
— Trochę zaufania Ziemniaku — mruknął uczeń. — Miło was poznać. Jestem Czajka uczeń zwiadowcy, a to Pszczółka, Kolendra i Ziemniak, wojownicy — przedstawił ich, wskazując po kolei na poszczególnego kota. — Dopadła nas epidemia zielonego kaszlu. Jak słyszeliście już jedna członkini odeszła z tego powodu, jeśli będziecie nam w stanie pomóc, to nasza liderka zapewne was godnie przyjmie — oznajmił, uciszając ruchem ogona czekoladowego wojownika, gdyby ten chciał mu przerwać. Czajka pomimo bycia nieco niepewnym odkąd rozpoczęcia szkolenia postanowił tym razem przejąć inicjatywę. Coś mu w środku mówiło, że jeśli nie przyjmą pomocy trójki wędrownych uzdrowicieli, to Owocowy Las ma marne szanse na pokonanie choroby.
Derwisz uśmiechnął się. Skłonił głowę, jakby chciał zetknąć się nosami na powitanie z miłym uczniem.
— Liderka? Chciałbyś powiedzieć, jak duża jest wasza grupa?
— Ogromna! — wciął mu się w słowo Jaskier. — Przecież ich rewir się rozciąga aż taaam! — Ruchem ogona pokazał kierunek, specjalnie ciągnąc go wolno w powietrzu.
— Jeśli mają dużo kotów, to musi być też dużo chorych... — miauknęła cicho Jeżogłówka, jakby chciała to powiedzieć tylko Derwiszowi na ucho. — Czy mamy tyle ziół?
— Spokojnie — odpowiedział jej Derwisz, po czym z powrotem przeniósł wzrok na patrol Owocniaków. — Jakbyście chcieli powiedzieć, czym jest ten zielony kaszel, który was spotkał, pomoże nam to w przeliczeniu potrzebnych zasobów.
— Ostry kaszel zieloną wydzieliną z lekkimi trudnościami w oddychaniu... Ale to najlepiej byście porozmawiali z naszymi uzdrowicielami. Dlatego, jeśli reszta nie ma nic przeciwko, to zaprowadzimy was do obozu — mruknął, ignorując wtrącenie Jaskra na temat ich terenów.
Derwisz ponownie skinął głową.
— Zatem prowadźcie.
***
Po wejściu do obozu wszystkie oczy padły na ich patrol, prowadzących nadzieję dla Owocowego Lasu. Większość zaczęła od razu szeptać, jeżyć się i burzyć, lecz żadne z nich nie reagowało, łącznie z podróżnymi — od razu się skierowali w stronę Pieczarki, który właśnie rozmawiała z Porankiem. Widząc patrol oraz obcych, przeprosiła rudego kocura, rozpoczynając rozmowę z wojownikami. Czajka się w to nie mieszał, trzymając z tyłu i starając się znieść palące spojrzenia pobratymców. Każde uderzenie serca dłużyło mu się niemiłosiernie, aż w końcu liderka zakończyła rozmowę, by podejść do drzewa. Wskoczyła na gałąź i objęła wzrokiem swoich pobratymców. W jej oczach było zmartwienie, ale i jednoczesna ulga.
— Koty Owocowego Lasu! — zawołała, jakby wcale już nie patrzyły na nią wszyscy obecni w obozie. — Mamy ogromne szczęście i zaszczyt móc ugościć te koty o złotych sercach. Uzdrowiciel Derwisz i jego asystenci wyrażają chęć pomocy w tej trudnej sytuacji, przez którą teraz przechodzimy. Wiem dobrze, że nie jest wam łatwo... Nikomu nie jest. To ciężki okres. Wierzę, że z pomocą uzdrowicieli uda nam się dojść do siebie tak szybko, jak jest to tylko możliwe.
Zrobiła krótką przerwę, by jeszcze raz obejrzeć wszystkie pyski współklanowców. Część radosna. Część zatroskana. Część niezadowolona. Trudno było powiedzieć, co dokładnie myślał w tym momencie tłum.
— Proszę traktować przybyszów z szacunkiem. Zasługują na miejsce wśród nas. Mają prawo korzystać z naszych zasobów, gdy to tylko konieczne. Ich słowo w leczeniu chorych powinno równać się dla wszystkich słowu Poranka lub Wiciokrzewu. Orzeszku, Bruku i Drobinko, proszę, abyście poszli wraz z uzdrowicielami do ich legowiska i pomogli im zabrać wszystkie medykamenty i inne przedmioty. Za chwilę ustalimy, gdzie mogliby stworzyć swoje legowisko.
Zeskoczyła na ziemię i natychmiast dobił do niej Czereśnia. Widać było, że nie jest zadowolony z tego, że patrol przyprowadził obcych, którzy mają im pomóc z epidemią, jakby sami nie mogli. Z daleka wyglądało to na dość ostrą wymianę zdań między nimi, głównie ze strony zastępcy. Czajka nie słyszał ich rozmowy, po części obserwując, jak koty rozchodzą się do wcześniej wykonywanych obowiązków, z tą różnicą, że Jaskier i Jeżogłówka skierowali się do stróżów. Derwisz natomiast poprosił jednego z uczniów, by go zaprowadził do uzdrowicieli.
“Oby nam pomogli…” — pomyślał, podążając za ogromnym kocurem i uczniem, by samemu w końcu zająć się swoimi popękanymi poduszkami łap.
***
Oczywiście nie obyło się bez małej reprymendy ze strony Poranku, lecz finalnie uzdrowiciel westchnął, kiedy niebieski wytłumaczył, czemu tak późno się zgłosił. Najwidoczniej kocur zrozumiał ucznia, który na uwadze miał obecną sytuację w Owocowym Lesie.
— Pamiętaj, łapy wszystkich zdrowych są potrzebne, dlatego powinieneś najpierw o swoim zdrowiu pomyśleć, by nie dokładać nam roboty.
Brązowooki skinął głową, by następnie udać się do Pieczarki. Liderka ponownie zwołała pobratymców, lecz z innego powodu.
— Czajko, wystąp. Najwyższy czas, abyś dołączył do grona zwiadowców. Wykazałeś się odwagą i ogromnym poświęceniem. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu. — Tym razem mianowanie nie było tak huczne, ponieważ była to tylko formalność i po części strategiczne posunięcie. Dzięki temu Pieczarka zyskała kolejnego zwiadowcę i równocześnie “pozbyła się ucznia”. — Wybacz, że w takich okolicznościach — dodała kotka, kiedy inni się rozeszli.
— Nic się nie stało, rozumiem Twoją decyzję.
3347 słów
[przyznano 67%]
Wyleczeni: Czajka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz