Oczy Borówkowej Słodyczy, błękitne i lśniące niczym spokojna tafla wody o świcie, spoczęły na okrągłym pyszczku Słodkiej. Kocię poruszyło się niespokojnie wśród ciepłego kłębu rodzeństwa, wiercąc się i miękko ugniatając maleńkimi łapkami miękkie futerko matki. Z jej gardła wydobył się cichutki pomruk — delikatny, ledwie słyszalny, ale pełen zadowolenia.
Borówkowa Słodycz obserwowała tę scenę z łagodnym błyskiem w oczach. W jej spojrzeniu tliło się coś więcej niż tylko czujność — była tam troska i spokój, który mógł dać jedynie kot, pewny, że jego kocięta są bezpieczne. Biała karmicielka poruszyła się lekko, muskając ogonem nos Słodkiej, po czym otuliła małą szylkretkę jeszcze ciaśniej, jakby chciała ochronić ją przed całym światem.
W żłobku zapanowała cisza przerywana jedynie miarowym oddechem kociąt. Świat poza legowiskiem wydawał się daleki i obcy — tutaj, w ciepłym półmroku, liczyło się tylko rytmiczne bicie serc, zapach mleka i spokój, jaki daje rodzinna obecność.
Jak dobrze było odpocząć od patroli, od polowań, w końcu zająć się tym, co liczyło się najbardziej, co było najważniejszą wartością z tych wszystkich innych — rodziną.
***
Słońce połyskiwało słabo na zimowym niebie, jego blady krąg ledwie przebijał się przez delikatną zasłonę chmur. Nieliczne promienie, jak srebrne nitki, snuły się po zaspach śniegu otulających wejście do żłobka cienką, lecz miękką warstwą bieli. Mróz skuwał wszystko wokół twardym, lśniącym szkliwem – gałązki przy wejściu do jaskini uginały się lekko pod ciężarem lodu, a każdy ruch powietrza sprawiał, że z ich końcówek sypał się cichy deszcz krystalicznych odłamków. Ostre, przeszywające powietrze wciskało się do środka, niosąc ze sobą zapach zimy — lodu, wiatru i chłodnych poranków, które niosły obietnicę trudów, ale też siły.
Wśród ciepłej ściółki rozbrzmiewał radosny pisk kociąt, łagodny i lekki jak śpiew sikorki wśród gałęzi. Wnętrze żłobka pachniało mlekiem, słomą i ciepłem futra, a na ścianach igrały plamy światła, odbite od śniegu na zewnątrz.
— Pobawimy się w “Wojownika i Myszkę”? — zawołała Korzonek, jej głosik dźwięczał niczym strumień spływający po kamieniach. Jej oczy błyszczały ekscytacją, a maleńki ogonek drżał z niecierpliwości. Mała kotka przysiadła na tylnych łapkach, wyciągając przednie, jakby już czaiła się do skoku. Jej futerko — miękkie jak puch topoli — zafalowało, gdy poruszyła się z entuzjazmem.
— Dobra… Ale teraz ja chcę być wojownikiem! — zapiszczała szylkretowa koteczka, prostując się dumnie i mrużąc oczy tak, jak widziała to u dorosłych wojowników w obozie. Jej głosik próbował brzmieć poważnie, choć i tak przebiło się w nim dziecięce rozbawienie.
— Ale wiesz, że ja nie lubię być myszką! — zaprotestowała Korzonek, tupiąc maleńką łapką o ściółkę, z której uniósł się zapach suchej trawy. Jej uszka zadrżały w udawanej irytacji, ale w oczach błyszczał śmiech.
Na zewnątrz zaszeleścił wiatr — cichy, ale przenikliwy, niosący z sobą szmer drzew i odległe trzaski lodu pękającego pod łapami przechodzących kotów. Kilka suchych igieł oderwało się z gałązek przy wejściu i zatańczyło w powietrzu, nim opadło na śnieg. Kocięta zamarły na moment, wsłuchując się w dźwięki obozu: w odgłosy wojowników rozmawiających przy stosie świeżo przyniesionej zwierzyny, w rytmiczne skrobanie pazurów o zmarzniętą ziemię, w śpiew wiatru przesuwającego się po korze sumaku.
Po chwili jednak ciszę przerwał śmiech — radosny, czysty i dziecięcy, wypełniający całą jaskinię ciepłem. Obie kotki rzuciły się w wir zabawy: jedna z triumfalnym piskiem, druga z udawanym oburzeniem. W ściółce powstały małe wiry traw i piórek, które wirowały w powietrzu, gdy ich maleńkie ciała turlały się po podłożu.
Borówkowa Słodycz, siedząca nieopodal, z rozkoszą spoglądała na ich figle. Jej spojrzenie było miękkie i pełne czułości — w jej oczach odbijało się światło jak w spokojnym stawie o świcie. Delikatny uśmiech pojawił się w kącikach pyszczka, a jej uszy lekko drgnęły, gdy śledziła każdy ich ruch.
Zwróciła wzrok ku Konwalii. Liliowy kocurek siedział nieco z boku, jego drobne łapki starannie ułożone, futerko gładkie, niemal nienaruszone przez zabawę. Jego niebieskie oczy, duże i czujne, obserwowały siostry z uwagą, która nie pasowała do jego wieku — jakby w jego maleńkim sercu mieszkała zaduma starszego kota. Nie wyglądał na znudzonego, raczej... ostrożnego, jakby świat był czymś, co należy zrozumieć, zanim się w nim zanurzy.
Och, jak bardzo Borówkowa Słodycz pragnęłaby, by jej synek częściej włączał się w zabawy! By pozwolił sobie na spontaniczny śmiech, na tę czystą, kocięcą radość, która nie zna granic. Wiedziała, że miał w sobie tę iskrę. Nie ukarałaby go, nawet gdyby zrobił coś psotnego, przecież był jeszcze kociakiem. Ale zamiast tego — trwał w swoim milczeniu, z dala od reszty. Izolował się…? A może po prostu jeszcze szukał swojego miejsca wśród innych?
Ze zmartwień wyrwał ją głośny pisk.
— Mamuś! Korzonek oszukuje! — zapiszczała szylkretka, strosząc futerko i marszcząc nosek. — Powinna była przede mną uciekać jak mysz! A ona walczy! To niesprawiedliwe, bo to ja jestem wojowniczką — nie ona!
Borówkowa Słodycz uniosła brew, tłumiąc rozbawienie. W tym samym czasie Korzonek, stojąca zaledwie o długość ogona dalej, wystawiła język, jej oczy błyszczały złośliwym triumfem.
— Cóż, w takim razie żadna z was nie będzie wojowniczką! — miauknęła Borówkowa Słodycz z udawanym surowym tonem.
Zanim którakolwiek z córek zdążyła zaprotestować, matka bez ostrzeżenia rzuciła się w ich stronę, miękko i z gracją, jak cień pędzący po śniegu. Małe kotki zapiszczały głośno, rzucając się do ucieczki, a ich piskliwy śmiech odbijał się od ścian żłobka niczym muzyka. Borówkowa Słodycz udawała, że próbuje je schwytać, raz po raz muskając je łapą lub łaskocząc nosem, a one wiły się w konwulsjach rozbawienia.
W końcu pomogła się im, po czym kilkoma krótkimi ruchami strzepała brud, jaki osiadł się na ich puchatych futerkach. Słodka, z uszkami uniesionymi wysoko ku górze, podeszła bliżej białej kotki, równocześnie obdarzając ją spojrzeniem swych zielonych oczu.
— Mamo… A czemu częściej się z nami nie bawisz?
Borówka nie mogła powstrzymać śmiechu.
— Gdybyś zaciągnęła brata do zabawy, to myślę, że wcale nie byłabym wam potrzebna!
<Słodka? Najlepiej jest psocić we trójkę!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz