BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Plotki w Klanie Klifu mimo upływu czasu wciąż się rozprzestrzeniają. Srokoszowa Gwiazda stracił zaufanie części swoich wojowników, którzy oskarżają go o zbrodnie przeciwko Klanowi Gwiazdy i bycie powodem rzekomego gniewu przodków. Złość i strach podsycane są przez Judaszowcowy Pocałunek, głoszącego słowo Gwiezdnych, i Czereśniową Gałązkę, która jako pierwsza uznała przywódcę za powód wszystkich spotykających Klan Klifu katastrof. Srokoszowa Gwiazda - być może ze strachu przed dojściem Judaszowca do władzy - zakazał wybierania nowych radnych, skupiając całą władzę w swoich łapach. Dodatkowo w okolicy Złotych Kłosów pojawili się budujący coś Dwunożni, którzy swoimi hałasami odstraszają zwierzynę.

W Klanie Nocy

doszło do ataku na książęta, podczas którego Sterletowa Łapa utracił jedną z kończyn. Od tamtej pory między samotnikami a Klanem Nocy, trwa zawzięta walka. Zgodnie z zeznaniami przesłuchiwanych kotów, atakujący ich klan samotnicy nie są zwykłymi włóczęgami, a zorganizowaną grupą, która za cel obrała sobie sam ród władców. Wojownicy dzień w dzień wyruszają na nieznane tereny, przeszukując je z nadzieją znalezienia wskazówek, które doprowadzą ich do swych przeciwników. Spieniona Gwiazda, która władzę objęła po swej niedawno zmarłej matce, pracuje ciężko każdego wschodu słońca, wraz z zastępczyniami analizując dostarczane im wieści z granicy.
Niestety, w ostatnich spotkaniach uczestniczyć mogła jedynie jedna z jej zastępczyń - Mandarynkowe Pióro, która tymczasowo przejęła obowiązki po swej siostrze, aktualnie zajmującej się odchowaniem kociąt zrodzonych z sojuszu Klanu Nocy oraz Klanu Wilka.

W Klanie Wilka

Kult Mrocznej Puszczy w końcu się odzywa. Po księżycach spędzonych w milczeniu i poczuciu porzucenia przez własną przywódczynię, decydują się wziąć sprawy we własne łapy. Ciężko jest zatrzymać zbieraną przez taki czas gorycz i stłumienie, przepełnione niezadowoleniem z decyzji władzy. Ich modły do przodków nie idą na marne, gdyż przemawia do nich sama dusza potępiona, kryjąca się w ciele zastępczyni, Wilczej Tajgi. Sosnowa Igła szybko zdradza swą tożsamość i przyrównuje swych wyznawców do stóp. Dochodzi do udanego zamachu na Wieczorną Gwiazdę. Winą obarczeni zostają żądni zemsty samotnicy, których grupki już od dawna były mordowane przez kultystów. Nowa liderka przyjmuje imię Sosnowa Gwiazda, a wraz z nią, w Klanie Wilka następują brutalne zmiany, o czym już wkrótce członkowie mogli przekonać się na własne oczy. Podczas zgromadzenia, wbrew rozkazowi liderki, Skarabeuszowa Łapa, uczennica medyczki, wyjawia sekret dotyczący śmierci Wieczornej Gwiazdy. W obozie spotyka ją kara, dużo gorsza niż ktokolwiek mógłby sądzić. Zostaje odebrana jej pozycja, możliwość wychodzenia z obozu, zostaje wykluczona z życia klanowego, a nawet traci swe imię, stając się Głupią Łapą, wychowanką Olszowej Kory. Warto także wspomnieć, że w szale gniewu przywódczyni bezpowrotnie okalecza ciało młodej kotki, odrywając jej ogon oraz pokrywając jej grzbiet głębokimi szramami.

W Owocowym Lesie

Społecznością wstrząsnęła nagła i drastyczna śmierć Morelki. Jak donosi Figa – świadek wypadku, świeżo mianowanemu zwiadowcy odebrały życie ogromne, metalowe szczęki. W związku z tragedią Sówka zaleciła szczególną ostrożność na terenie całego klanu i zgłaszanie każdej ze śmiercionośnych szczęki do niej.
Niedługo później patrol składający się z Rokitnika, Skałki, Figi, Miodka oraz Wiciokrzewa natknął się na mrożący krew w żyłach widok. Ciało Kamyczka leżało tuż przy Drodze Grzmotu, jednak to głównie jego stan zwracał na siebie największą uwagę. Zmarły został pozbawiony oczu i przyozdobiony kwiatami – niczym dzieło najbardziej psychopatycznego mordercy. Na miejscu nie znaleziono śladów szarpaniny, dostrzeżono natomiast strużkę wymiocin spływającą po pysku kocura. Co jednak najbardziej przerażające – sprawca zdarzenia w drastyczny sposób upodobnił wygląd truchła do mrówki. Szok i niedowierzanie jedynie pogłębił fakt, że nieboszczyk pachniał… niedawno zmarłą Traszką. Sówka nakazała dokładne przeszukanie miejsca pochówku starszej, aby zbadać sprawę. Wprowadziła także nowe procedury bezpieczeństwa: od teraz wychodzenie poza obóz dozwolone jest tylko we dwoje, a w przypadku uczniów i ról niewalczących – we troje. Zalecana jest również wzmożona ostrożność przy terenach samotniczych. Zachowanie przywódczyni na pierwszy rzut oka nie uległo zmianie, jednak spostrzegawczy mogą zauważyć, że jej znany uśmiech zaczął ostatnio wyglądać bardzo niewyraźnie.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty



Znajdki w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 30 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 stycznia 2025

Od Mirabelki cd. Czernidłaka

Zdziwiła się, gdy nagle młody uczeń wpadł jej pod łapy. Wyglądał nieomal, jakby właśnie uciekł przed jakimś duchem! Czyżby coś się stało? Czarny niby temu zaprzeczył, lecz ona wiedziała swoje. Nie brzmiał ani trochę wiarygodnie. Zmiana tematu wydawała się jednak uspokoić go na tyle, że szylkretka zdecydowała się nie drążyć tematu. 
— Jesteś zwiadowcą, tak? Mogłabyś mi coś opowiedzieć o tym, jak to jest? Ja również nim zostanę! I dlaczego zniknęłaś?
Chociaż wibrysy zadrgały jej po usłyszeniu pierwszych pytań, to ostatnie o mało co nie podniosło jej futra na grzbiecie. Nie mogła jednak tego po sobie pokazać.
— Jest świetnie! Swobodne przemykanie pomiędzy gałęziami drzew jest dla mnie… w pewien sposób wyzwalające. Obserwowanie całego świata z góry daje ci zupełny inny obraz wszystkiego dookoła. Twoje troski w porównaniu z tą potęgą, często nagle nie wydają ci się aż tak straszne —  Uśmiechnęła się delikatnie, wspominając piękne krajobrazy, jakie miała okazję ujrzeć z czubków drzew. Naprawdę kochała tę robotę. — Szeroki horyzont, wiatr w sierści, śpiewające ptaki niemal na wyciągnięcie łapy – czego chcieć więcej? Jeśli rola w klanie daje ci takie możliwości, to bierz ją, póki jeszcze szansa!
Oczy Czernidłaka zabłysły z ekscytacją. 
— To właśnie zamierzam zrobić! — Wypiął się z dumą. — Nie mogę się doczekać, kiedy będę na takim samym poziomie jak ty! 
Bura zaśmiała się cicho. Z takim entuzjazmem nie podejrzewała, że uczeń będzie miał z tym jakikolwiek problem. 
— O ile tylko utrzymasz ten poziom motywacji, to myślę, że uda ci się to szybciej niż myślisz! — zamruczała, zaraz przypominając sobie istotny szczegół. — Zresztą, z tego co pamiętam, to Sówka jest twoją mentorką, prawda? — Kiedy otrzymała skinienie głową, kontynuowała. — Jest doświadczoną zwiadowczynią, więc trening pod jej okiem tym bardziej powinien pomóc. Wyszkoliła również moją siostrę, Migotkę. 
— Oo, to ciekawe. I dziękuję, daję z siebie wszystko! — odpowiedział radośnie, po czym niespodziewanie zmarszczył brwi. — Ale chwila, nie odpowiedziałaś mi na ostatnie pytanie! 
Mirabelka wyraźnie się skrzywiła, ledwo powstrzymując chęć walnięcia ogonem o ziemię. Było tak blisko! Specjalnie pominęła tę część konwersacji, mając nadzieję, że żywiołowy młodziak o tym zapomni, a tu proszę.
— Na jakie pytanie? — Uniosła brwi, uznając udawanie głupiej jako swoją ostatnią deskę ratunku. 
— To o zniknięciu. 
Ugh. Naprawdę nie miała ochoty zagrzebywać się w ten temat, lecz chyba nie miała innego wyjścia. W teorii mogła zwyczajnie odmówić odpowiedzi, ale nie chciała jeszcze przez to zostać uznana za jakąś podejrzaną, czy, co gorsza, szemraną, osobę. To, że kocurek wydawał się sympatyczny, nie oznaczało od razu, iż nie potrafił palnąć czegoś swoim jęzorem na boku. 
Westchnęła ze zrezygnowaniem. 
— Odeszłam na dalszą odległość od naszych terenów, bo… jeden szczegół spoza granic zwrócił moją uwagę. Nie pamiętam dokładnie, co to było, ale musiałam to sprawdzić. Dla naszego bezpieczeństwa — na bieżąco wymyślała tę historyjkę, czując, jak palą ją uszy. Że też wcześniej nie była w stanie wydusić z siebie czegoś podobnego, gdy zaczepiła ją Sadzawka! Może nawet ocaliłaby tym swój wizerunek w oczach zastępczyni, ale oczywiście była na to zbyt zaskoczona i zestresowana w tamtej chwili. Mimo to czuła się głupio, okłamując młodszego, ale zwyczajnie nie potrafiła drugi raz przyznać się do emocjonalnego powodu swojej ucieczki. To wywołałoby w niej jedynie większe zawstydzenie. — Okazało się to jednak być bardzo nietrafionym pomysłem, gdyż przez rozległą pokrywę śnieżną… ostatecznie się zgubiłam. Gdyby tylko nie te pechowe warunki pogodowe – na pewno wróciłabym wcześniej. 
Odetchnęła z minimalną ulgą, dziękując Wszechmatce, że przynajmniej drugiej części przebiegu wydarzeń nie musiała zmyślać. 

<Czernidłaku?> 

Od Czereśniowej Łapy

Słońce prażyło bezlitośnie, nagrzewając ziemię do granic możliwości. Rośliny, zamiast czerpać radość z jego blasku, niemal kurczyły się w poszukiwaniu cienia. Trawy żółkły i opadały, znużone żarem, podobnie jak cała otaczająca natura.
A potem nadchodził deszcz – nagły, intensywny, przynoszący chwilową ulgę. Ciężkie krople uderzały w wysuszoną ziemię, jednak ta, niezdolna do ich przyjęcia, zamieniała się w grząskie błoto. Łąki i ścieżki tonęły pod wodą, a duszne, wilgotne powietrze stawało się nieodłącznym elementem codzienności.
Zwierzęta, które zwykle padały ofiarą drapieżników, nie opuszczały swoich kryjówek. Siedziały w norach tak długo, że głód stawał się coraz bardziej dotkliwy, a rywalizacja o każdą zdobycz zaostrzała się do granic możliwości.
Rzeki i zbiorniki wodne wylewały się poza swoje naturalne granice, pozostawiając po sobie rozlewiska i mokradła. Mimo to klanowe koty, wierne kodeksowi, nie przekraczały wyznaczonych granic, nawet gdy głód ściskał im żołądki. Niestety, nie wszyscy kierowali się tymi samymi zasadami. Samotnicy, coraz bardziej zdesperowani, śmiało wkraczali na terytoria klanów, gotowi walczyć choćby o jedną małą mysz.
Gdy słońce powoli znikało za ciężkimi chmurami, Biedronkowe Pole postanowiła wykorzystać ten czas na trening ze swoją uczennicą. Czereśniowa Łapa, z każdym krokiem marszcząc pyszczek, stąpała po błotnistej ziemi. Z każdym krokiem czuła, jak jej łapy toną w miękkiej, mokrej glebie. Na szczęście jej futro było na tyle długie, że nie sięgało aż do ziemi, więc nie musiała martwić się o jego późniejsze oczyszczanie.
Tego dnia ich podróż do zalesionego terenu trwała dłużej niż zwykle. Musiały unikać rozlewisk rzek, których silny nurt mógłby je porwać. Zamiast szybkiego marszu przez teren, musiały omijać niebezpieczne miejsca, pełne wody i błota, które mogłyby wciągnąć je w swój nieprzewidywalny wir. Mimo trudności, Klan Nocy nie musiał martwić się o brak pożywienia. Ryby w pobliskich rzekach były teraz pod dostatkiem, co pozwalało klanowi przetrwać.
Dziś szylkretowa miała się nauczyć wspinaczki po drzewach. Była to jedyna dodatkowa umiejętność, która nie budziła w niej strachu, a wręcz przeciwnie — ekscytowała ją. Czuła, że wspinanie się wysoko na gałęzie spodoba jej się od razu.
Czereśniowa Łapa ostrożnie przemierzała teren wzdłuż wody, która, jak zauważyła, znajdowała się w nietypowym miejscu. Woda była płytsza w tym rejonie, ale zauważyła, że ziemia w tym miejscu wyglądała na niestabilną. Na pewno była błotnista i śliska, co sprawiało, że nie miała ochoty na wkraczanie w to mokre, lepkie błoto. Skrzywiła nos na myśl o włożeniu łapy w coś tak nieprzyjemnego.
Potrząsnęła głową, usiłując wyrzucić z siebie rozkojarzenie, a na chrząknięcie mentorki szybko wróciła do rzeczywistości. Bez słowa dogoniła ją, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół. Ptaki szybowały wysoko na niebie, przecinając ciemne chmury. Latały w kręgu, nie lądowały, tylko bacznie obserwowały przestrzeń poniżej. Szukały miejsc, które mogłyby stać się bezpiecznymi schronieniami, wiedząc, że gdy deszcz zacznie padać, ich lot stanie się bezcelowy.
Czereśniowa Łapa stawiała ostrożnie długie, smukłe łapy, poruszając się cicho i delikatnie, niczym sarna przemierzająca otwarte przestrzenie. Wreszcie dotarła do lasu, który rozpościerał się przed nią, pełen tajemniczych ścieżek i zacisznych zakątków.
Biedronkowe Pole jednak nie zatrzymała się, tylko szła dalej w głąb lasu. Omijała drzewa, spoglądając na nie w dziwny sposób, jakby czegoś szukała. A może sprawdzała coś? Czereśniowa Łapa starała się ją dogonić, ale jej ruchy były trudne do przewidzenia. W końcu wojowniczka zatrzymała się przy największym drzewie, które wyróżniało się wśród innych. Jego pień był pokryty licznymi „bliznami” — śladami kocich pazurów. Gałęzie drzewa rozciągały się na wszystkie strony, a wśród nich małe, zielone listki powiewały delikatnie na wietrze, zasłaniając niebo. Mech porastał pień z kilku stron, a wokół niego rosły małe kwiatki, które ozdabiały ziemię. Czereśniowa Łapa nie była pewna, czy to zioła, ale ich piękno przyciągało jej wzrok.
Mentorka stanęła przed nią, zasłaniając widok na drzewo. Przez chwilę patrzyła na nie, analizując każdy szczegół.
— Na to drzewo wspina się najwięcej uczniów, ponieważ jest dobre do nauki. Dzisiaj i ty na nie wejdziesz — powiedziała spokojnie, po czym odwróciła się do swojej uczennicy. Zanim Czereśniowa Łapa zdążyła zareagować, Biedronkowe Pole odwróciła się plecami, wskoczyła na pień, a następnie zgrabnie wdrapała się na jedną z gałęzi.
Czereśniowa Łapa śledziła każdy jej ruch z uwagą, wyłapując najmniejsze detale. Zauważyła, jak pracują mięśnie mentorki, jak starannie układają się jej łapy na korze, a ogon balansuje, pomagając utrzymać równowagę. Kiedy usłyszała szelest, jej uszy drgnęły, jakby coś wewnętrznie nakazywało jej powtórzyć te ruchy. Jednak uczennica powstrzymała się, czekając na polecenia Biedronkowego Pola, gotowa na dalsze wskazówki.
— Wspinaczka na drzewa nie jest taka trudna — zaczęła Biedronkowe Pole, patrząc na uczennicę. — Wyciągasz pazury i chwytasz się drzewa. Wchodząc w górę, musisz puścić korę, wybić się do góry, a w odpowiednim momencie znów ją chwycić. Kiedy chcesz wejść na gałąź, możesz znaleźć się pod nią, skoczyć i chwycić ją pazurami. Jednak ja wolę wchodzić ponad nią i zeskakiwać — wyjaśniła z pewnością, machając ogonem i spoglądając z góry na uczennicę.
Czereśniowa Łapa zafascynowana słuchała, starając się zapamiętać każdy szczegół. Mentorka zgrabnie zeskoczyła z gałęzi na pień drzewa, a potem zsunęła się na ziemię, lądując lekko i pewnie. Zatrzymała się tuż obok uczennicy.
— Schodzenie jest trudniejsze — kontynuowała Biedronkowe Pole, patrząc na uczennicę. — Możesz zeskoczyć prosto na ziemię z niskich gałęzi. A gdy jesteś wyżej, schodzisz gałązka po gałązce. Jednak możesz też wrócić na pień, puszczając się i łapiąc znów drzewa, powoli schodząc na dół — dodała, kończąc wyjaśnienia.
Usiadła na lekko mokrej ziemi, nie przejmując się wilgocią, bo była do niej przyzwyczajona. Otuliła ogonem łapy, a potem skinęła głową w stronę drzewa. To był jasny znak, że teraz przyszła pora na Czereśniową Łapę.
Szylkretowa przełknęła ślinę, podchodząc do pnia drzewa. Choć nie odczuwała strachu, jak przy pływaniu, czuła lekki dreszczyk niepewności, który łaskotał ją po karku. Przykuśtykała do drzewa, gotowa do skoku, poruszając pupą i ogonem, aby dobrze wyskoczyć. W końcu wyskoczyła w górę! Wysunęła pazury i mocno chwyciła się pnia. Zawisła nad ziemią, nie wyżej niż wysokość królika bez uszu. Zaskoczona łatwością, z jaką pazury wbijały się w drzewo, zamrugała. Postawiła uszy do przodu i zrobiła pewną minę. Cofnęła się nieco, starając się przenieść ciężar na tylne łapy. Puściła korę przednimi łapami i wybiła się tylnymi wyżej. Znowu chwyciła korę, raniąc ją ostrymi pazurami. Czereśniowa Łapa czuła się jak w swoim żywiole! Zdecydowanie lepiej radziła sobie na drzewie niż w wodzie. Gdy dotarła do najniższej gałęzi, zeskoczyła na nią. Zachwiała się niebezpiecznie, ale udało jej się utrzymać równowagę.
Spojrzała w dół na Biedronkowe Pole. Jej mentorka wydawała się teraz dużo mniejsza. Uczennicę zaczęło ciekawić, czy gdyby wspięła się wyżej, mogłaby zobaczyć tereny klanów. Na pewno byłby to cudowny widok. Jednak kotka nie czuła się na siłach, by wspinać się tak wysoko. Musiała przecież jeszcze zejść! Zeskoczenie byłoby najprostsze, ale chciała nauczyć się schodzić w bardziej skomplikowany sposób. Wystawiła małą część języka. Chwyciła się pazurami pnia i ostrożnie zaczęła schodzić w dół. Czuła się niepewnie, mając ograniczoną widoczność, ale z determinacją starała się zachować równowagę. Na szczęście szybko wylądowała na mokrej ziemi.
— Dobrze ci poszło, szybko załapałaś, o co chodzi, teraz czas na podróż w koronach — powiedziała Biedronkowe Pole, a następnie błyskawicznie znalazła się na drzewie. Była w tym tak doskonała, tak szybka! Czereśniowa Łapa poczuła, że chce osiągnąć tę samą perfekcję! Wiedziała, że kluczem do tego było pozbycie się strachu przed upadkiem. Uczennica, choć wolniej niż mentorka, również wspięła się na drzewo. Usiadła na innej gałęzi, obawiając się, że dwa koty na tej samej gałęzi mogłyby ją niebezpiecznie obciążyć i spowodować złamanie.
— Rób to, co ja — poleciła mentorka, zbliżając się do końca gałęzi. Gałąź zachwiała się, ale wojowniczka w odpowiednim momencie odbiła się od niej i chwyciła inną. Już na drugim drzewie usiadła i czekała na ruch Czereśniowej Łapy. Uczennica niepewnie przyglądała się temu wszystkiemu. W końcu pełna wahania, przeszła na gałąź, na której wcześniej siedziała Biedronkowe Pole, i zrobiła dokładnie to, co ona. Robiła to po raz pierwszy, więc ledwo co trafiła w gałąź. Chwyciła ją pazurami w popłochu, ale mentorka nie zareagowała. Czereśniowa Łapa przełknęła ślinę, a po kilku chwilach wysiłku, przysiadła obok Biedronkowego Pola. Ta spojrzała na nią z iskierką dumy w oczach, ale szybko odwróciła wzrok i spojrzała w głąb lasu. Przez chwilę siedziała w zamyśleniu. Uczennica podążyła za jej wzrokiem, ale nie dostrzegła nic konkretnego. Jednak ta cisza miała na nią uspokajający wpływ.
Nagle spokój przerwał błysk nieba, a potem huk! Uczennica podskoczyła na gałęzi, prawie spadając z niej. Szybko nastawiła uszy, obserwując wszystko dookoła. To burza! Czy dlatego Biedronkowe Pole zamilkła? Chciała, by Czereśniowa Łapa się zestresowała? Kotka otrzepała się, próbując zrzucić stres, i spojrzała ponad korony drzew. Ciemne chmury kłębiły się nad nimi, a po chwili na nos uczennicy spadła kropla wody. Kichnęła od razu, rozglądając się w poszukiwaniu rozwiązania. Powinna już zejść? Czy poczekać na polecenie mentorki?
Nie musiała długo czekać na odpowiedź, bo Biedronkowe Pole zeskoczyła na mokrą trawę. Kotka szybko podążyła jej śladem, nie chcąc być poza obozem podczas burzy. Mentorka machnęła ogonem i ruszyła w stronę obozu. Obie szły blisko siebie, nasłuchując huków grzmotów. Co jakiś czas niebo rozświetlały błyskawice. Ptaki lądowały na drzewach, a mniejsze piszczki chowały się w norach. Deszcz przybierał na sile z każdą sekundą, a kotki były już przemoczone do suchej nitki. Czereśniowa Łapa wiedziała, że przez następne godziny będzie musiała doprowadzić futro do normalnego stanu. Czuła, jak czarna sierść ciąży jej na ciele, a ogon już sunął po ziemi.
Idąc w ślady Biedronkowego Pola, przepłynęła rzekę do obozu. Przekroczyła roślinność i stanęła w wejściu. Koty w obozie już biegały, zbierając kociaki, karmicielki, starszych i najmłodszych uczniów w legowiskach. Małe kulki futra biegały za matkami, by schować się w żłobku. Przez upał wiele kotów przesiadywało nad wodą i też stamtąd wracały. W końcu Biedronkowe Pole machnęła ogonem, zwalniając Czereśniową Łapę ze szkolenia.
— Dziękuję za trening, Biedronkowe Pole — miauknęła krótko kotka, odzywając się po raz pierwszy tego dnia. Chciała podnieść ogon i machnąć nim na pożegnanie, ale był za ciężki. Uczennica ukryła się w legowisku wyznaczonym dla kotów jej roli. Usiadła na ziemi przy posłaniu i zaczęła suszyć futerko.


[1628 słów, poznana umiejętność - wspinaczka na drzewa]

[przyznano 33% + 5%]

Od Skrzelego Szeptu

 Ostrzeżenie: Opowiadanie porusza wątek postępującej choroby psychicznej, omamy wzrokowe i słuchowe oraz urojenia.

przeszłość

Gdy Karaś odeszła, poczuł, jak jego serce się zapada. To było to. Naprawdę mieli odejść. To już nie było tylko gdybanie i snucie nierealnych planów. Jego siostra właśnie sprzeciwiła się Sroczej Gwieździe i wręcz wyrzuciła jej w twarz całą kipiącą w klanie hipokryzje. Nieprzyjemny pomruk, który przebiegł po tłumie, był spodziewany, ale i tak sierść na jego karku podniosła się. Podkulił ogon i położył uszy płasko. Jakieś nowe uczucie wypączkowało w jego wnętrzu. Jakaś nieznana wcześniej zawiść przeciągnęła się leniwie i po raz pierwszy otworzyła oczy. Jak gdyby przebudzona pierwszym ruchem oporu, zaczęła wbijać swoje pazury w jego duszę coraz głębiej. Po raz pierwszy w życiu był zły. Nie.. nie tylko zły… Był wściekły! Banda przeklętych hipokrytów! Co miały czekoladowe koty do całej tej sytuacji. To nie tak, że wybrały, żeby się tak urodzić? Całe to uprzedzenie było ostrożnie budowane od lat. W końcu każdy porządny przywódca musi mieć swojego kozła ofiarnego.
Głęboki grzmot prawie wyrwał mu się z gardła. Przełkną go jednak i, zauważywszy, że czarna końcówka ogona jego siostry mignęła już za pękającym w pierwsze zawiniątka zielonych liści wejściem, czym prędzej sam usunął się z obecności reszty klanu. Fuknął jedynie na odchodnym i po raz pierwszy od dawna nie pochylił głowy.
Gdy tylko zapadła noc a księżyc w swojej zakrzywionej jak pazur postaci wysunął się ponad widnokrąg, Skrzelik wymknął się poza obóz. Nie pożegnał nikogo. Nie drugą siostrę, która równie dobrze mogłaby wcale nie dzielić z nim krwi. Nie spojrzał nawet drugi raz, żeby pożegnać swoich rodziców. Nic go tu już nie trzymało. Był wolny. Przystanął jedynie w miejscu gdzie główna ścieżka zakręcała łagodnie i po raz ostatni spojrzał na coś co przez całe życie nazywał domem. Nie poczuł nic. Żadnego żalu. Żadnego smutku. Jedynie niesmak. I to dziwne uczucie szarpiące mu trzewia.
— Przeklinam cię Klanie Nocy — syknął pod nosem
— Przeklinam cię Srocza Gwiazdo i wszystkich twoich ślepych naśladowców.
Nigdy nie był agresywny, ale coś zamruczało z zadowolenia w jego wnętrzu. Nigdy nie był agresywny… ale tym razem naprawdę chciałby być. Chciał, żeby zapłacili za te lata odrzucenia, pomówień i krzywych spojrzeń.
Zawahał się. Mógł jeszcze wrócić… mógłby jeszcze wejść po cichu do legowiska lidera i…
Zimna trwoga zalała mu plecy. Co on w ogóle myślał!? To nie on! Przecież nigdy by nikogo nie skrzywdził!
Ale cichy głos znowu przemówił:
~Przecież zasłużyli… - syczał mu do ucha ~ Nie zrobiłbyś nic strasznego. Oko za oko…
— Od-ddejdź! — syknął z rosnącym niepokojem kocur.
Głos umilkł. Ale czarny kot nadal stał u jego boku.

Od Pierzastej Łapy Do Skowroniego Odłamku

Słońce wychyliło się zza chmur, jednak życie toczyło się dalej. Prababcia opowiadała kociakom Mandarynkowego Pióra, o tym, że niektóre zwierzęta boją się światła. A inne nie mogą bez niego żyć. Tak właśnie żyły koty, jedne widziały lepiej a inne gorzej. Jakieś koty są słabsze a inne gorsze. Tak właśnie wyobrażali sobie ich dwunożni - czyli bezduszne potwory, o których opowiadała im Baśniowa Stokrotka. Kremowa kotka nie była im bliska, jednak opiekuńcza i troskliwa. Uwielbiała przychodzić do żłobka razem ze swoimi dziećmi. Tak właśnie Pierzasta Łapa poznała Sztormową Łapę, Pluskającą Łapę i Perlistą Łapę. Bardzo uprzejme kociaki, jednak ktoś z rodzeństwa musiał pokazać klasę. Niestety Piórko strasznie im dokazywała, za nawet najmniejszy błąd. Matka opowiadała swoim pociechom, że zawsze muszą być lepsze. Zwłaszcza od nie-królewskich kotów, a czekoladowe są najgorsze. Jednak żaden kot nie był o takim odcieniu sierści, ale niektórzy opowiadali o Skrzelowym Szepcie. Wszyscy uznawali go za tchórzliwego, obleśnego i okropnego kocura. No może nie wszyscy… Ciocia Algowa Struga mówiła jej oraz Murenowej Łapie, jaki on był miły. Uczennica nie wiedziała, czemu nie spotykała się z nią częściej. Była bardzo miła i kulturalnie się wypowiadała. Jednak zawsze, przy każdym spotkaniu księżniczki, można dostrzec zacięte spojrzenie Mandarynkowego Pióra. Jakby matka była zazdrosna o swoją siostrę, nieugięcie tocząc z nią wojnę. Od czasu zgromadzenia matka Pierzastej Łapy… Zmieniła się na tyle, by to zauważyć. Staje się bardzo nerwowa, gdy Szałwik czy Piórko porusza kwestie medyka. Tego medyka, którego srebrna uczennica poznała na zgromadzeniu. Przynajmniej kotka ma co robić, szukać rozwiązania.
- Pierzasta Łapo! - Usłyszała. Kotka skrobała pazurem o korę, znak lilii wodnej.
- Tak? - mruknęła kotka. Odwróciła łeb, by upewnić się kto ją odwiedził. Piórko ruszyła z miejsca, ugniatając łapkami, mech wyjrzała zza pnia. Przed nim stały dwie kotki, raczej dwie księżniczki. Algowa Struga i Murenowa Łapa, obydwie czekały przy pniu. Dymna kotka śledziła swoimi oczętami ptaki przy sadzonkach, a uczennica chodziła w kółko.
- Pierzasta Łapo, Różana Woń kazała pozbierać z tobą trochę ziół - wytłumaczyła Algowa Struga. Srebrna kiwnęła głową, a wtedy mentorka jej siostry dziabnęła ją. Uczennica ogrodnika miała wydać z siebie głośny pisk, jednak gdy zobaczyła Algową Strugę powstrzymała się. Zrobiła to celowo, lecz nie miała nic złego na myśli. Po krótkiej wymianie zdań, kotki ruszyły szukać sadzonek.
- To ta? - zapytała Murenowa Łapa. Zakłopotana raz jeszcze spojrzała na “sadzonkę”. Pierzasta Łapa jedynie pokręciła głową, odwróciła łeb od siostry i szukała dalej. Po krótkiej chwili uczennica ogrodnika z pomocą wojowniczki, uzbierała bardzo dużą kupkę. Zadowolone z siebie księżniczk,i zaniosły sadzonki do zielarni, po czym zostawiły Pierzastą Łapę samą.
- Nikt mi nie pomoże? - westchnęła. Wiedziała, że musi to robić sama, ale zawsze przyda jej się dodatkowa łapa. Nikogo innego z jej klanu nie obchodziło kopanie łapami w ziemi. A dla srebrnej było to odstresowaniem, czy wytchnieniem od innych spraw. Księżyc temu nasiona zaczęły kiełkować, a za kolejny księżyc owoce będą gotowe do zebrania. Co prawda zostało sporo miejsca na uprawy, ale Pierzasta Łapa miała dość sadzić w kółko to samo. Tak, więc po skończonym sadzeniu, kotka powędrowała do swojej mentorki. Najpierw musiała umyć łapy, bo księżniczce nie wypada chodzić z brudnymi łapami. Księżniczka zamoczyła swe łapy i porządnie je umyła. Po skończonej pielęgnacji kotka poczłapała do legowiska medyka, jednak nie zastała tam ni kotów ni mentorki. Raz jeszcze Pierzasta Łapa rozejrzała się po legowisku, szukając jakiejś oznaki życia. W rogu legowiska medyka dostrzegła… Zawiniątko? Bez wahania pobiegła to sprawdzić, kucnęła i spojrzała na zawiniątko. Ostrożnie zdjęła liście i pokrywę, po kilku sekundowej męczarni wyjęła z niej perłę. Była strasznie mała, ale ładna. Bez problemu mieściła się kotce w łapie, Pierzasta Łapa przesunęła ją bliżej promieni słońca. Ta zaczęła mienić się na wszystkie boki, aż księżniczka miała ochotę zabrać perłę.
- Puść ją! - Usłyszała. W progu legowiska stała Różana Woń, z grymasem na twarzy spojrzała na uczennicę. Podbiegła do niej i wyrwała jej perłę, obejrzała ją i wytarła o swoje futro. Prędko odłożyła ją do zawiniątka i westchnęła, spojrzała raz jeszcze na srebrną kotkę.
- Pod żadnym pozorem, nie masz jej dotykać - syknęła.
- Tak… Jasne, ale chciałam cię o coś zapytać. Czy mogę iść pozbierać trochę ziół? - mruknęła srebrna. Medyczka pokiwała głową, jednak jej spojrzenie kazało jej się stąd wynosić. Srebrna pokiwała głową i popędziła za obóz. Kotka przez chwilę ugniatała wilgotną ziemię, lubiła to uczucie. Było przyjemne i odstresowywuje ją. W końcu Pierzasta Łapa skupiła się na szukaniu ziół. Powąchała powietrze, by wyczuć niektóre intensywne zapachy. Szybko poczuła zapach, podbiegła do zdobyczy. Zerwała pietruszkę z korzonkami i pobiegła szukać dalej. Kiedy kotka opuściła las, ruszyła wprost do kolorowej łąki. Zebrała kilka kwiatów, ziół i innych ozdób. Pora zielonych liści… Nie była jej ulubioną, ale udawało jej się powstrzymywać kichanie. Srebrna ominęła piasek i podeszła do granicy między klanami. W każdej chwili mogła postawić łapę, na jednym z terytoriów. Pierzasta Łapa usłyszała szelest, więc schowała się za trawą. Zasłoniła nos, jednak coś nadal pchało ją do przodu. Niestety pyłki dostały się kotce do nosa, a ta kichnęła.
- Jest tam ktoś? - Usłyszała. Nie pewnie wychyliła się zza trawy, a właśnie za nią ujrzała kocura. Pachniał ziołami, a nawet wyglądał jej znajomo.
- Hej, to ty! - krzyknęła kotka. Ponownie przyjrzała się kocurowi, to na pewno ten medyk.

 <Skądś cię kojarzę! Hej ty, tak ty!>
[858 słów]

[przyznano 17%]

Od Judaszowcowej Łapy (Judaszowcowego Pocałunku) CD. Bożodrzewnej Łapy (Bożodrzewnego Kaprysu)

w czasach uczniowskich
Przyglądał się siostrze z przymkniętymi w szparki oczami. Jej wygięty uśmieszek nie zwiastował niczego dobrego. Kto mógł w końcu wiedzieć, jaki pomysł przyszedł do jej głowy...
— Hm? — Podniósł jedną brew, nie spuszczając z niej podejrzliwego wzroku.
— Pomożesz mi w treningach — oznajmiła Bożodrzew, dziwiąc nawet go tą... Prośbą? Bardziej warunkiem czy szantażem, ale nadal, potrzebowała jego wsparcia. Na Klan Gwiazdy! Nie sądził, że przez jej gardło kiedykolwiek przejdą takie słowa. — Muszę w końcu nadgonić, by Dzwonkowy Bobek dał mi spokój. A w pojedynkę... Może być z tym problem.
— I zdecydowałaś się poprosić mnie o pomoc? To przeurocze — miauknął prześmiewczym tonem, uśmiechając się złośliwie. Dla Judaszowcowej Łapy było to jak piękna melodia.
— Już się tak nie ekscytuj — mruknęła i położyła po sobie uszy. — To tylko sprawiedliwy układ. Ty coś dostaniesz, ja coś dostanę...
— A właśnie, co z tego będę miał? — Kocur wstał i zaczął otaczać Bożodrzewną Łapę. — Bo na dozgonną wdzięczność i radosny uśmiech się nie skuszę.
Uczennica skrzywiła się na pysku.
— Wiesz, za dużego poparcia jako wysłannik Gwiezdnych to ty nie masz...
— To dlatego, że połowie klifiaków pająki wiją gniazda w mózgach — prychnął, przewracając oczami.
— ...ale mogę spróbować to zmienić — kontynuowała, jakby Judasz wcale jej nie przerwał. — Co dwie głowy to nie jedna, co nie? Tu coś komuś szepnę, tu cię poprę...
— To najmniej, co możesz zrobić. — Zmarszczył nos i zamilkł na moment, jakby się nad czymś zastanawiał. — Ale niech ci już będzie.
Usatysfakcjonowany uśmiech Bożodrzewnej Łapy mówił wszystko.

***

niedługo przed śmiercią Srokoszowej Gwiazdy
Leżał w swoim legowisku... Choć trudno było nazwać to, na czym spał, prawdziwym posłaniem. Były to raczej strzępy suchego mchu usypane w jedną, zbitą kupę. Judaszowcowa Zdrada jednak nie narzekał, nie użalał się nad swoim losem, choć ten wcale mu się nie podobał. Nie zamierzał swoją irytacją dawać Srokoszowej Gwieździe poczucia, że z nim wygrał. Wiedział, kiedy należało zacisnąć zęby i na to właśnie był teraz czas. Judasz zastanawiał się tylko: jak długo to jeszcze potrwa? Ile brudu jeszcze przewinie się przez jego łapy, zanim w końcu będzie naprawdę wolny?
Zwykle jaskinia, w której przebywał, była pilnowana przez cichego strażnika. Do jego uszu jednak nagle zaczęła dobiegać przyciszona rozmowa, z czego jeden głos zdawał się wyjątkowo znajomy. Gdy ucichła, zamiast niej pojawił się lekki, zbliżający się do niego tupot kocich łap. "To pewnie obiad" — pomyślał, nie podnosząc głowy. Już wcześniej przynoszono mu w ten sposób piszczki.
Tym razem jednak nikt nie powiadomił go o posiłku. Nie czuł nieprzyjemnego fetoru zleżałej nornicy, a zastępował go zapach... Bożodrzewnego Kaprysu.
Oczywiście.
— Przyszłaś się ze mnie wyśmiewać? — Judasz odwrócił się w jej stronę, krzywiąc pysk. Nie rozumiał, po co tu przylazła. Nikt przecież go tu nie odwiedzał. Srokoszowa Gwiazda zabraniał mu kontaktu z resztą klanu na czas swojej kary. Jeśli to miał być kolejny głupi żart z jej strony... Nie zdziwiłby się samym pomysłem, lecz fakt, że naprawdę się do tego posunęła, naprawdę mu imponował. Wielkością jej mysiej głupoty.
— Chciałabym – parsknęła i na chwilę zamilkła, badając go spojrzeniem. — Ja... Chciałam zapytać, jak się trzymasz? Czy wszystko w porządku? Czy... czy cię skrzywdzili?
Normalnie na jego język natychmiast nasunęłaby się ironiczna odzywka. "Nie, wszystko świetnie, uwielbiam sprzątać bobki i pucować podłogę." Fakt, że te słowa jednak padły z ust Bożodrzew, tej, która zawsze obrzucała go wyzwiskami, na uderzenie serca odebrał mu mowę. Jego wąsy zadrgały z rozbawienia.
— I tylko po to narażasz się Srokoszowi?
— Tak. Mama się o ciebie martwi.
— Wiem — odparł i choć trudno było to usłyszeć w jego głosie... Posmutniał. Codziennie spotykał się z nią wzrokiem. Patrzyła na niego posępnie, gorzko, szklącymi się oczami. Szybko odepchnął tę myśl. Liściasty Wir cierpiała, lecz musiała to wytrwać. — Niech ten drań już zdycha, psiakrew. Mam dość — burknął, a Bożodrzew znów zamilkła. Znów wpatrywała się w niego w bezruchu.
— Juda — wyszeptała po chwili. — Juda uciekaj stąd. Pomogę ci. Uciekaj. Rzuć to wszystko. Uciekaj — powiedziała nagle, a z każdym następnym jej słowem w jej głosie narastały emocje. Spojrzał na nią z zaskoczeniem w oczach. Nie spodziewał się tego usłyszeć. Choć dla kogoś innego ta propozycja mogła być kusząca, on nie mógł tego zrobić. Klan Klifu był durny... Lecz go potrzebował. Był jego nadzieją na lepsze jutro. Gdyby teraz odszedł, pogrążyłby pobratymców w panice. Nie był w stanie zawieść ich oraz, co gorsza, zawieść Gwiezdnych. Był tu z misją i musiał ją wypełnić.
— Nie mogę — odpowiedział. Widział szok na pysku swojej siostry, lecz niewzruszony mówił dalej: — Nie mogę zostawić Klanu Klifu w takim momencie. Bożodrzewny Kaprysie, otacza nas mrok i jestem jedynym kotem, który może przynieść nam światło. Klan Klifu potrzebuje przywódcy duchowego. Potrzebuje Klanu Gwiazdy — wyjaśnił bez ani jednego zająknięcia, choć nie był pewien, czy go zrozumie.
Po jej nastroszonym futrze mógł stwierdzić, że nie, nie zrozumiała.
— Przestań. Przestań gadać głupoty — mówiła wściekle przez napływające do jej oczu łzy. — Przestań próbować mnie przekonać. Po prostu raz w życiu mnie posłuchaj.
Nie zwracając większej uwagi na jej gniew, pokręcił jedynie głową.
— Nie bój się — starał się ją uspokoić, lecz jego ton wciąż był poważny i twardy. — Srokoszowa Gwiazda nie pożyje długo. Nawet jeśli nikt mu nie pomoże, niedługo sam padnie. Wtedy mi uwierzysz. Klan Klifu zostanie uratowany przez wysłannika Klanu Gwiazdy.
Bożodrzewny Kaprys nie wyglądała na przekonaną. Oboje czuli jednak w kościach, że powinni skończyć tę rozmowę. Jeśli wojowniczka zaraz sobie nie pójdzie, zostaną przyłapani, a Judaszowiec nie potrzebował kolejnego ucięcia racji żywnościowej i roboty. Nie mówiąc nic więcej, patrzył, jak biała kocica odchodzi.
Jak zwykle – uważała go za mysiego móżdżka. Tym razem jednak nie był za to na nią zły. W końcu nigdy nie czuła tego samego co on. Nie odwiedzał jej Klan Gwiazdy, nie miała ciążącego nad nią brzemienia, nie czuła tej samej powinności, co on. Musiała się martwić – była jego siostrą, głupią i upierdliwą, ale jednak siostrą.
"Niedługo zrozumie" — pomyślał, przybierając wygodniejszą pozycję. Musiała tylko poczekać na ziszczenie się jego słów, a wierzył, że nie będzie to trwało długo. Brązowy położył łeb na mchu i przymknął powieki, choć wiedział, że nie zaśnie zbyt prędko. Jedyne, co mogło im pomóc, to cierpliwość. Liczył, że wkrótce dojdzie to do jej móżdżka.

***

Judaszowcowy Pocałunek uwielbiał oglądać klan. Może to jedna z rzeczy, która została mu po okresie niewoli – bądź co bądź, przez parę księżyców prawie nie otwierał do innych pyska. Zostawała mu tylko cicha obserwacja i nasłuchiwanie.
Po awansie na zastępcę, swoje posłanie ulokował na najwyższej ze skalnych półek. Dzięki temu miał wgląd na całe obozowisko i wszystkie jego zakamarki. Nic nie mogło uciec jego wnikliwemu spojrzeniu i wiecznie nadstawionym uszom.
Siedział tak w całkowitej ciszy, wsłuchując się w głośny gwar i podążając wzrokiem za każdym szybszym ruchem. Wpatrywał się w wesołą rodzinę Melodyjnego Trelu, która wraz z partnerem dzieliła się językami ze swoimi kociakami, śmiejącą się w niebogłosy Bijącą Północ w grupce znajomych, cicho i spokojnie szemrzących starszych wojowników i samotnie siedzącą w kącie Gąsiorkową Łatę. Nie mógł jednak zobaczyć jednego, bardzo charakterystycznego kota. Białe futro Bożodrzewnego Kaprysu było zwykle bardzo łatwe do zauważenia, nawet w gęstym tłumie. Nie przypominał sobie, by wysyłał ją na ostatni patrol, a większość jej rodziny krzątała się gdzieś niedaleko. Czyżby w końcu ruszyła zadek i poszła na samotne polowanie?
Ciepły oddech na tyle jego głowy uświadomił mu, że niestety nie.
— Wiem, że tu siedzisz — rzucił w jej stronę, nie ruszając łbem. — Nie masz niż ciekawszego do roboty?
— Niespecjalnie — mruknęła, po czym wyłoniła się z cienia i usiała przy jego boku na krawędzi kamiennej półki. — A przynajmniej nic takiego mi się nie chce — przyznała, choć wcale nie musiała, by Judaszowiec o tym wiedział.
— Bo tobie się kiedykolwiek chce — parsknął. — Wiesz, klan chętnie skorzystałby z dodatkowej pary łap do pomocy. Ta pora opadających liści nas nie rozpieszcza.
Na jego barki spadła spora odpowiedzialność. Pogoda była wręcz okropna – nawet w tamtej chwili na zewnątrz dudnił deszcz, skutecznie odstraszając nie tylko koty, ale i możliwą do upolowania zwierzynę. Już nieraz widział, jak myśliwi powracali z pustymi pyskami; sterta zdobyczy natomiast malała na ich oczach. Zajmował się z tego powodu więc wysyłaniem większej ilości łowieckich patroli. Rozmawiał z mentorami, by na chwilę odsunęli treningi walki i innych umiejętności swoich podopiecznych na bok na rzecz polowania. Jeśli już teraz mieli problemy, obawiał się, jak będzie wyglądała pora nagich drzew. Wolał, by Klan Klifu był przygotowany na każdą ewentualną klęskę.
— Wyluzuj, Juda. Jak tylko przyjdą nowe liście, wszystko się unormuje. Nie przez takie rzeczy już przechodziliśmy, nie?
— Lepiej dmuchać na zimne — odpowiedział szorstko. — Kto wie, co się zdąży wydarzyć do pory nowych liści...
Bożodrzewny Kaprys przewróciła figlarnie oczami.
— Oj tam, oj tam. Mówisz tak, jakby połowa z nas miała umrzeć z głodu przez tę parę następnych księżyców — miauknęła rozbawiona. — Chociaż chętnie bym zjadła jakąś tłustą, świeżą piszczkę...
Nagle, bez słowa, Judasz zeskoczył na dół. Odwrócił łeb w stronę siostry i widząc jej zdziwiony wzrok, mruknął:
— To ją sobie złapmy. — Spojrzał na nią oczekująco. Wojowniczka jednak, zamiast do niego dołączyć, skrzywiła się na pysku.
— Chcesz wychodzić w taką ulewę?
— Nie przesadzaj. Z pajęczyny nie jesteś — burknął.

<Bożo?>

Od Strzępki CD. Pietruszkowej Błyskawicy

Gdy Pietruszkowej Błyskawicy skończyły się historie do opowiedzenia, Strzępka spochmurniała lekko. Jednak od razu się rozpromieniła na propozycję przećwiczenia pozycji łowieckiej. Podskoczyła i patrzyła z zaciekawieniem i skupieniem na każdy ruch wojowniczki. Nie wydawało się być takie trudne, pomyślała kotka i po chwili analizy sama zniżyła się delikatnie, aby spróbować swoich sił. Samo patrzenie było łatwe, jednak okazało się, że przybranie pozycji jest trudniejsze, niż jej się wydawało. Jej krótkie łapki zaczęły się wykręcać w próbie utrzymania równowagi, jednak po chwili kotka runęła na ziemię. Kurz wzniósł się wokół Strzępki, która otrzepała się momentalnie. Jednak była zadowolona, że Pietruszkowa Błyskawica stwierdziła, że jej pozycja choć przez chwilę była dobra. Cóż, do czasu, gdy spadła. Spochmurniała delikatnie. Co, jeśli przez swoje krótsze łapy nie będzie w stanie być wojowniczką? Choć wiedziała, że jej mamie się udało, to zdawała sobie też sprawę z tego, że nie będzie jej łatwo. Najwidoczniej czekoladowa wojowniczka zauważyła zmartwienie kotki, bo od razu trącnęła jej nosek swoją łapą.
— Hej, rozchmurz się. Wszystkiego się nauczysz. Jestem pewna, że twój mentor będzie wspaniałym i silnym wojownikiem i pokaże ci jeszcze wiele ruchów. Masz na to czas, do twojego mianowania zostały jeszcze dwa księżyce. — Uśmiechnęła się do nadal nieprzekonanej kulki.
— Skoro tak twierdzisz... — Strzępka po chwili wstała i popatrzyła na Pietruszkową Błyskawicę.
Chciałaby już być uczennicą. Chodzić na patrole, uczyć się tylu fajnych rzeczy... jednak była zmuszona czekać jeszcze tak długo, a czuła się przecież gotowa! Jej łapki same niosły ją w stronę wyjścia ze żłobka już nie jeden raz! Strach pomyśleć, co by się stało gdyby nie Melodyjny Trel, która ją pilnuje.
— Czego się nauczę jak już zostanę uczennicą? Oprócz polowania oczywiście.. Słyszałam, że często wędruje się po tunelach, żeby się w nich potem nie zgubić, prawda? — Kotka strzepnęła swoim małym ogonkiem, patrząc zaciekawiona na wojowniczkę.


<Pietruszkowa Błyskawico?>

Od Cierń

*Bardzo dawno, chyba pod koniec pory nowych liści*

Jakiś czas temu wyniosła się ze żłobka. Życie znowu wróciło do normy. Nie było już aż tak szaroburo i okropnie. Codzienne przekomarzanki z Rokitnikiem i Żagnicą, okazjonalne treningi z Topolą i inne takie. Wracając z jednego takiego treningu, doznała szoku. Podeszła do “przyjaciół”, żeby ponarzekać Żagnicy na jego lenistwo i żeby spytać Rokitnika o postępy jej syna. Oprócz nich zastała jednak nieznajomego kota. Z zapachu kocura. Kot ten wyglądał dość ładnie… szpiczaste uszy, długi ogon, smukła sylwetka, niebieskie oczy, a to wszystko otulone krótkim, srebrnym futrem poprzecinanym pręgami.
“Byłam długo na treningu, to fakt, ale żeby ktoś w tym czasie dołączył do Owocowego Lasu?” - myślała.
Kto to ma być?
- Cześć Cierń. To jest Żmija, dzisiaj wcześniej znalazł ją patrol i teraz tu jest.
Ją? Czyli kotka, tak? Ale że oni ją polubili? Dziwne.
- Ty to Cierń, jeżeli dobrze rozumiem? Dużo o tobie słyszeliśmy - powiedziała nowa - To znaczy, ja słyszałam.
- Ta…fajnie

***

Ta Żmija naprawdę ją wkurzała. Ciągle gadała z Rokitnikiem i Żagnicą, jakby należała do grupy! I praktycznie nigdy jej nie wyzywali. Przynajmniej nie bardzo. Już raz musiała im wszystkim ratować tyłki. Całej trójce! A jak próbowała uratować tylko Rokitnika i Żagnicę, to zapytali ją czy ma jakiś problem. Tak więc wkurzona wychodziła z legowiska medyka, zostawiając z tyłu pokasływanie Listka i inne dźwięki dochodzące z lecznicy, kiedy podszedł do niej Żagnica.
- Chodź. Idziemy na patrol.
- Zaraz do was dołączę. Muszę szybko z kimś wymienić kilka zdań.
Kocur zostawił ją, a ona podeszła do siedzącej z boku obozu Żmii.
- Nie pasujesz do nas. Jesteś dziwadłem. Poza tym ja, Rokitnik i Żagnica jesteśmy wojownikami, a ty zwiadowcą.
- Każdy z nas jest dziwadłem na swój sposób, nie sądzisz? Większość kotów myśli, że tak przykładowo nieposiadanie futra jest dziwne.
- Zamknij się, ty wronia strawo! - warknęła i odeszła do reszty patrolu.

***

Świetnie. Tym razem wysłali ich, żeby sobie grzebali w śmieciach.
- Gratuluję pomysłu - mruknęła pod nosem, wymijając góry śmieci na śmietnisku. “W sumie, gdyby jakiś psychol chciał kraść czyjeś ciało, chyba najłatwiej byłoby je tu schować. Dużo tu rzeczy, a ten odór mógłby przykryć zapach śmierci” myślała. Skradali się ostrożnie, lawirując pomiędzy odpadami. Miejsce to posiadało dość niepokojącą aurę, więc kilku z wrażliwszych członków patrolu rozglądało się dookoła, jakby zaraz miał na nich wypaść jakiś potwór. Nagle stanęli. Czernidłak dowodzący patrolem po prostu przestał iść. Puma i Topola nadal panikowali.
- Czemu stoimy? - zapytał Żagnica. Cierń powstrzymała się od przyłożenia mu. Zamiast tego fuknęła tylko, żeby zamknął jadaczkę i zaczęła nasłuchiwać. Usłyszała szelest.
- Lis - usłyszała od jedynego zwiadowcy. Też to poczuła. Piątka owocniaków zaczęła skradać się w kierunku zapachu. Przycupnęli za jakimś starym gratem i wyjrzeli zza swojej osłony. Na początku łysa wojowniczka zobaczyła tylko kitę, potem zaś resztę stworzenia. Rudy drapieżnik w średnim wieku zataczał kręgi. Nie wyglądał jednak, jakby na coś polował. Z położonymi uszami nad czymś rozmyślał. Chyba nawet nie wiedział, że tu są. Zmarszczyła brwi. Dziwne. To zachowanie nie było normalne. Czy naprawdę żadne stworzenie na terenach Owocowego Lasu nie może nie być stuknięte?
- Co z nim jest? - spytała cicho - I kiedy zaczynamy walczyć?
Żagnica schował się z pola widzenia osobnika (który i tak nie był nimi zbyt zainteresowany) przygotowując się na przypuszczenie ataku.
- Ja bym mógł już teraz - zapewnił, uśmiechając się. - A co on robi? Obłąkany jest jakiś, czy co?
Zwiadowca schylił się, również unikając możliwego wykrycia ich obecności. Poruszył nerwowo ogonem, bacznie lustrując wzrokiem rude stworzenie. Przez chwilę jakby się zastanawiał, po czym powiedział:
- Lepiej poczekajmy jeszcze chwilę. Nie wiemy, co mu jest ani co wpłynęło na takie zachowanie - zaczął. - Przepędzimy go, ale dopiero zaraz. Zobaczmy, co zrobi.
Czekoladowy naśladując dwójkę kocurów, również schował się za ich osłoną.
- Czernidłak ma rację... - odparł po chwili, patrząc po pozostałych. - Jeśli zaatakujemy od razu, to nie dowiemy się, co jest z nim nie tak - dodał, poruszając lekko uszami - Wydaję mi się, że może coś ukrywać…
- Nie lepiej iść po wsparcie? Pewnie nie jest sam... - jęknął zlękniony arlekin.
- Zanim wsparcie przyjdzie, zdąży uciec. A wtedy nici z pokonania tej bestii. Trzeba działać szybko - powiedziała, nieświadomie powoli i ostrożnie zbliżając się do drapieżnika.
- Ale z was boi-myszki - cętkowany warknął przedrzeźniająco i wyskoczył w stronę lisa, wysuwając pazury - Do boju!
Puma otworzył szerzej oczy i już otworzył pysk, żeby coś krzyknąć, lecz szybko go zamknął widząc, że Czernidłak zamierza zainterweniować.
Niebieskooki najeżył gwałtownie sierść, a z jego gardła wydobył się głośny, ostrzegawczy warkot, który niestety został zignorowany przez Żagnicę.
- Ty rozlazły ślimaku! - zawołał ze złością i, machnąwszy ogonem, wyskoczył zza trawy, ruszając za wojownikiem. Lis drgnął zaskoczony, dopiero teraz zauważając obecność dwójki kotów. Z błyskiem nadziei w oku, podszedł do nich i otworzył pysk, wydając się pytać z przejęciem, jednak jedyne co oni usłyszeli to krótkie szczeknięcia o różnej częstotliwości zupełnie niezrozumiałe dla kotów.
Pędzelkowany wychylił lekko swój łeb, by obserwować scenę w ukryciu. Ruda postać nie zdawała się podzielać pomysłu o bójce. Wyglądała na zaskoczoną, ale nie uciekła ani nie zdawała się groźna. Podeszła do dwójki i z jej pyska wyszły jakieś niezrozumiałe dla nich słowa. Czekoladowy zmrużył ślepia, rozmyślając przez chwilę. Powoli wyszedł z kryjówki. Podszedł do nich, ale trzymał dość duży dystans.
- Jest możliwość...na zastopowanie twojej chęci do bójki? Błagam... - zwrócił prośbę w kierunku swojego przyrodniego brata. - Widać, że raczej nie chce się bić - mówił spokojnie, jednak jego ogon i tak zjeżył się z niepewności. Przynajmniej był w lepszym stanie niż Topola. Biedak rozdygotany krył się za Pumą niezdolny do wydukania słowa. Podchodziła dalej ostrożnie do lisa, a kiedy była już na wyciągnięcie łapy wyciągnęła łapę bez pazurów, próbując dotknąć rudego futra. Oczywiście nadal starała się być w miarę gotowa do walki lub ucieczki, ale jak bardzo naprawdę była na to przygotowana, tego nikt nie wiedział. Drapieżnik zamrugał zaskoczony tym gestem, ale nie odtrącił łapy kotki. Zamiast tego do niej również zwrócił się z czymś, co tym razem sprawiało wrażenie zdesperowanej prośby poskładanej z pisków i szczeknięć. Starszy syn Przebiśniega prychnął, najwyraźniej zażenowany tym, co się tu właściwie wyrabia.
- Co on tam piszczy pod nosem? - rzucił pytanie do siebie, wbijając w stworzenie wilczy wzrok.
Brat Pieczarki uniósł wzrok na Żagnicę z uniesioną brwią.
- A bo ja wiem - westchnął, bijąc ze złością ogonem. - I weź z tego lisa łapę, Cierń! Nie zachowuj się jak mysi bobek, bo zaraz jeszcze ją stracisz i będzie płacz.
W normalnych okolicznościach pewnie wśród patrolu rozpętałaby się teraz bójka z podkładem desperackiego szczekania lisa, lecz Cierń była zbyt oszołomiona tym, że wreszcie udało jej się spełnić swoje kocięce marzenie, że po prostu patrzyła tępo na swoją łapę. Partner Czernidłaka wbił w nią swoje brązowe ślepia teraz wypełnione mieszanką przerażenia i dezorientacji. Przekręcił swoją głowę w bok. Po chwili lekko potrząsnął łbem. Podniósł swoje tęczówki na Czernidłaka, który zdecydowanie wyglądał na zdenerwowanego. Położył ku sobie uszy. Chyba chciał go jakoś uspokoić, ale niezbyt wiedział, co robić. Dlatego westchnął, przymykając na kilka uderzeń serca oczy.
- Wydaję mi się, że jest to dla niego ważne - odpowiedział na pytanie Żagnicy, rzucając na niego swój wzrok. - Brzmi na naprawdę przejętego - dodał, kładąc swój najeżony ogon w pobliżu swych białych łap. Uczeń Żagnicy zaśmiał się nerwowo.
- Jasne, nie ma sprawy. Zawołajmy Jaskółkę ze zaświatów to nam przetłumaczy... - majaczył.
- Umiem walczyć, nie pouczaj mnie młody - Cierń syknęła do Czernidłaka - Zawsze chciałam dotknąć lisiego futra… nie mam zielonego pojęcia, czego on chce, ale równie dobrze możemy wyprowadzić go z naszych terenów i wrócić do obozu, bo i tak go nie zrozumiemy. Jest lisem.
- W końcu coś mądrego - parsknął najstarszy z kocurów, podchodząc bliżej lisa. - Czyli wszyscy są zgodni, tak? - miauknął i nie czekając na odpowiedź współtowarzyszy, skoczył, celując w grzbiet stworzenia. Czarno-biały zwiadowca rzucił się za nim w wir walki. Lis szybko odskoczył od kotów, sprawiając, że z hukiem upadli na ziemię. Obnażył im swoje zęby i wydał z siebie niski warkot. Bicolor zjeżył się cały. Puma wbił pazury w ziemię, nie wiedząc, co zrobić. Lis obnażył zęby i wydał z siebie warkot, na co czekoladowy położył ku sobie uszy. Po chwili gorączkowego myślenia zacisnął pysk i wbił swoje brązowe spojrzenie w rude stworzenie i spojrzał na niego z lekkim przepraszającym uśmiechem.
- Nie jestem chętny, aby robić mu krzywdę. Wiem, że to intruz, ale nas wcześniej nie zaatakował. Chciał nam coś powiedzieć. No, wyglądał na przejętego! - odparł po chwili, chcąc brzmieć spokojnie, ale z nadmiaru emocji jego głos był lekko drżący. - Ktoś jest ze mną? - zapytał, a po chwili zwinął minę w cienką linkę, gdy zdał sobie sprawę, że zwraca na siebie zbyt dużą uwagę. Pomarańczowooki spojrzał desperacko na Pumę. Na widok zębów psowatego zadrżał. Tak jak każdy z nich wolał uniknąć spotkania ich na swoim ciele.
- Puma ma rację. N-nie powinniśmy z nim walczyć. - wymamrotał.
Nie wiedziała czemu, ale zgadzała się z tymi dwoma.
- Spróbuję odciągnąć Żagnicę. Wy zajmijcie się Czernidłakiem - miauknęła i rzuciła się w wir bitwy z intencją odciągnięcia kolegi od drapieżnika. Ten syknął w jej stronę, czując jej zęby na swoim karku.
- Kierunki ci się pomyliły?! Na lisa, a nie! - zawarczał wrogo w stronę kocicy.
Przybrany syn Ślimaka z satysfakcją uniósł brew, widząc, jak Cierń powstrzymuje Żagnicę.
- Stul pysk i odsuń się od lisa! - syknął.
Kiedy walka się skończyła, zerknął na lisa z ukosa. Brat Przepiórki spojrzał na Cierń i Topolę z nadzieją wypisaną na pysku. Uśmiechnął się lekko do nich, będąc wdzięczny. Wygładził trochę swoje najeżone futro, kiwając głową na propozycję kotki, by zająć się zwiadowcą. Kiedy wojowniczka powstrzymała Żagnicę, westchnął z ulgą. Srebrny nie wyglądał na zadowolonego takim obrotem spraw. Puma przewrócił oczami na jego wrogie słowa. Przeniósł swoje brązowe oczy na Czernidłaka. Wziął głęboki wdech i ostrożnie do niego podszedł, zerkając na lisa. Usiadł obok dowódcy patrolu i powoli położył swój ogon na jego boku.
- Może to brzmi niewiarygodnie i absurdalnie, ale spróbujmy mu zaufać - powiedział, zerkając na moment w bok. Po chwili zaczął obserwować lisa i resztę z lekką niepewnością. - Wiem, że zrozumienie go jest trudne... - dodał ciszej, zerkając w dół ze skwaszoną miną.
- Kiedy wracamy? - zapytała znudzona Cierń, nie zważając na wściekłego, wyrywającego się Żagnicę. Lis nieco się uspokoił, kiedy członkowie patrolu unieruchomili rzucającego się kocura i wydali się spojrzeć na niego z większą empatią. Wydał z siebie szczeknięcie aprobaty, po czym wykonał kolejną próbę skomunikowania się z kotami. Tym razem jednak użył do tego gestykulacji. Uniósł jedną ze swoich przednich łap i wskazał nią niższą wysokość od siebie, mniej więcej ⅔ swojej wysokości. Następnie wskazał dłużej na siebie, po czym zaczął się nerwowo rozglądać. Potem wyraźnie wzruszył ramionami. Na koniec pokazu wydał z siebie nieszczęsny skowyt. Czernidłak poruszył uszami. Przy Pumie nieco się uspokoił, powoli kiwając głową.
- Wie ktoś, o co mu chodzi? - zapytał, spoglądając w stronę Pumy. - I na litość Wszechmatki, uspokój się! - zwrócił się do Żagnicy, uderzając ogonem o ziemię. Puma wbił w lisa swoje tęczówki. Skupił na niego swoją całą uwagę, gdy ten zaczął gestykulować. Zmarszczył brwi. Przekrzywił swoją głowę w bok.
- Jest przejęty jakimś stworzeniem, które jest niższe od niego... - zaczął, odpowiadając na pytanie Czernidłaka. Zastanowił się na moment. - Może jest podobne do niego? - próbował rozszyfrować jego następne gesty. - Rozglądanie się...może oznaczać, że nie wie, gdzie jest. To może mieć potwierdzenie z następnym gestem. Albo, że jego pojawienie się go zaskoczyło i boi się go spotkać ponownie - wziął powoli wdech do płuc. - Tak to rozumiem... — zakończył niezbyt pewny swoich przemyśleń. Wszyscy się skupili na lisie. Nie licząc Żagnicy, który szarpał się niczym kociak i Topoli, który nadal trząsł się ze strachu.
- Uspokój się Topola - mruknęła - Może jego dzieciak się zgubił? Albo jakiś mniejszy przyjaciel? Wiecie, gdybym miała partnera to pewnie tak samo byłby spanikowany jakby zgubił Wiciokrzewa - rzucała niby myśląc, niby żartując, a tak naprawdę to cokolwiek jej ślina na język przyniosła. ​​
- A może pogódźmy się z tym, że rozmawiamy z LISEM i pewnie bredzimy jakieś całkowite głupoty? -- prychnął jej przyjaciel, nagle wcinając się do rozmowy. Czernidłak już miał zamiar odpowiedzieć coś uszczypliwie Żagnicy, jednak powstrzymał się, zerkając ukradkiem na Pumę.
- Nie wiem, co zrobić. W teorii moglibyśmy dalej próbować zrozumieć lisa, ale bądźmy szczerzy, raczej wiele nam to nie da. Z drugiej zaś strony przepędzenie go od razu też nie byłoby zbyt dobre... Zawsze możemy wyciągnąć z niego coś więcej - stwierdził, zupełnie ignorując srebrnego. Puma westchnął, odwracając głowę w drugą stronę.
- Problem w tym, że raczej on nas nie rozumie... Możemy spróbować, zrobić to, co on - ubrać nasze słowa w gesty - odparł, kiwając lekko głową i jednocześnie myśląc nad tą sprawą. - Ktoś to umie? - zapytał, oglądając się po pyskach reszty. - Możemy też improwizować…
- Ja mogę grać zwłoki. - padło ironiczne stwierdzenie z pyska młodego Topoli.
- Wątpię, że to cokolwiek da. Poza tym jestem wojowniczką, umiem się bić, nie wymachiwać łapami w powietrzu starając się porozumieć z innym gatunkiem. Jak dla mnie to bez celu. Możemy wracać. Chyba, że ty Pumo, chcesz wypróbować swoją teorię - rzuciła sarkastycznie. Nagle zauważyła łapy Topoli nerwowo ugniatające ziemię i zostawiające na niej ślady.
- Myślę, że lepszym pomysłem będzie wyskrobanie czegoś w ziemi niż pajacowanie i odgrywanie przedstawienia.
- No dajesz, Topola - Żagnica parsknął w stronę swojego ucznia - Spróbuj się dogadać z lisem - dodał sarkastycznie.
— Przynajmniej coś robi, w przeciwieństwie do niektórych — Czernidłak burknął, zerkając z uniesioną brwią na komentatora.
Puma zerknął na nią kątem oka. Opuścił lekko głowę ze wstydem.
- Ja...tylko głośno myślę, nie chcę nikogo do niczego zmuszać - mruknął niezbyt głośno, podnosząc głowę do góry - Jeśli każdy się zgodzi...możemy wrócić - dodał, po czym spojrzał na srebrnego kocura. - Nie bądź dla niego taki niemiły, Żagnico... - zwinął minę w cienką linkę, próbując wpłynąć na swojego przyrodniego brata. Topola najwyraźniej zawstydził się pod falą krytyki. Unikając wzroku dawnego mentora, podkulony przysunął się do najmniej wrogiego kota, Pumy.
- Zamknij dziób Żagnica. Daj młodym się pobawić - zaśmiała się - No to co, próbujecie z nim gadać czy wracamy?
- Mnie się pytasz? To wy gadacie z lisem. I jeszcze wam nie wychodzi - Żagnica parsknął.
Puma spojrzał na nią, a potem znów na Żagnicę. Nieśmiało wstał, przysiadając troszkę bliżej rudego zwierzęcia. Po chwili myślenia wskazał na lisa swoją łapą. Następnie podniósł ją do góry. Przystanął na chwilę. Pokazał na stworzenie po raz kolejny lekko zestresowany. Potem na swój pysk, na którym było małe zwątpienie, czy go zrozumie. Na końcu podniósł łapę i zaczął ją poruszać z góry na dół. Drapieżnik przekręcił głowę. Był jednak zdeterminowany, żeby przekazać swoją wiadomość, więc podjął się kolejnej próby. Wziął w pysk kamyczek leżący nieopodal i postawił go przed sobą. Następnie oddalił się od obiektu, po czym wrócił, rozglądając się na boki. W międzyczasie łapą przesunął kamyczek, sprawiając, że okryły go liście krzaku. Po tym jeszcze przez chwilę się rozglądał i na koniec zawył.
- Wygląda na to, że poszedł na polowanie, a w międzyczasie ktoś ukradł mu kamień. I to coś wyło. Puma gadaj z nim dalej, bo to rzeczywiście działa - miauknęła zmęczona tym patrolem i wszystkim. Żmiją, Żagnicą, Rokitnikiem i samą sobą.
- Kamień? - Żagnica zapytał w niedowierzaniu - Nie mówi dosłownie o kamieniu, przecież nawet ja to wiem! Na osty i ciernie... Wam to chyba pszczoły wiją gniazda w głowach... - załamywał się.
- Ty za to nażarłeś się za dużo kocimiętki. Ja jestem realistką i mówię co widzę. Nie bawię się w takie gierki - starała się wytłumaczyć.
- Naprawdę myślisz, że ten lis tu przylazł i próbuje się z nami porozumieć tylko po to, by nam powiedzieć, że mu się kamyczek zgubił?
- Ten lis tu przyszedł i zaczął z nami gadać, zamiast walczyć to nie jest normalny lis. Równie dobrze może rozpaczać z powodu kamyka. Ale jedzenie lub inne rzeczy też są możliwe.
Po jeszcze krótkiej przepychance uznali, że gadanie z lisem nie ma sensu i wrócili do obozu.

Wyleczeni: Listek

Nowi członkowie Pustki!

 
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Białozora

Odszedł do Pustki!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Bluszcz

Odszedł do Pustki!

Od Betelgezy

 Dni mijały, a Betelgeza czuła, jak ojciec więdnie i starzeje się na jej oczach. I choć życie w takich warunkach było ciężkie, nie próżnowała przez te wszystkie dni.
Była przy Białozorze często. Znosiła jego humory, słuchała, co miał do powiedzenia, była przy nim, gdy potrzebował dobrej rady. Nawet mimo nieufnego spojrzenia Myszołowa.
Popchnięty na skraj przywódca gangu zaczął być podatny na wpływy. Brakowało mu kogoś, komu mógł zaufać. Nie pionka, któremu można wydawać rozkazy, a pełnoprawnego sojusznika, który ma swoje własne zdanie i nie boi się nim podzielić. 
Tak było i tego dnia. Udała się do pokoju należącego kiedyś do Białozora i Modrowronki. Teraz sypiał tam już tylko niebieski kocur. A sypiał dużo częściej niż zwykle. Śmierć przyjaciółki, być może ukochanej, odbiła się na nim mocniej, niż nawet ona sama by przypuszczała. Matka dała jej okazję. Poświęciła własne życie, by Betelgeza mogła dopiąć jej plany do skutku. 
— Wyprostowani omijają nasze miejsce szerokim łukiem. Na walki przychodzą tłumy samotników. Nikt nie podważył mojego przywództwa. Wszystko układa się wspaniale, a ja wciąż nie czuję satysfakcji. Nawet zemsta nie smakuje już tak dobrze — usłyszała słowa Białozora, gdy weszła do środka. Milczała, pozwalając mu powiedzieć, co chciał. — Lubię patrzeć, jak Jafar cierpi. Zasłużył na to za to, ile szkód wyrządził. Ale potem, gdy wracam do siebie, znów czuję tylko niepokój i niezadowolenie.
Zwrócił głowę w jej stronę.
— A ostatecznym dowodem na to, że źle się ze mną dzieje, jest to, że mówię to wszystko tobie — odsłonił zęby, kładąc po sobie uszy w grymasie złości. Zaraz jego pysk skierował się znów w stronę jednego z w połowie zbitych okien. — Ale przez tyle księżyców nie zrobiłaś nic przeciwko mnie. Czemu? To nie ma żadnego sensu.
Właśnie. Nie zrobiła nic. I dzięki temu, jeśli jakiekolwiek zarzuty ciążyły na jej grzbiecie, zostały już dawno zdjęte. Teraz był odpowiedni moment, by zacząć działać. Nie mogła dłużej patrzeć na swojego ojca. Wycierpiał wystarczająco. Nie odzyska już dawnego życia, ale przynajmniej starość będzie miał godną.
— Życie jest pełne niespodzianek — odpowiedziała tylko, bo nic innego nie przyszło jej do głowy. — A ja nie mam zbyt dużego wyboru. Alternatywą jest powrót do życia na ulicy i jedzenia szczurów z kanałów. Nie jest to najprzyjemniejsza wizja.
— Kiedy niemal całe życie masz kogoś, komu możesz zaufać, odzwyczajasz się od samotności. — Choć byli we dwoje, brzmiał bardziej, jakby mówił do samego siebie. — A wtedy przypominasz sobie, że zaufanie w mieście jest jak cenny kawałek mięsa, na który nie możesz sobie pozwolić. Dawno nie czułem się tak słaby.
— Rządzenie całym wielkim gangiem z trzema łapami nie jest oznaką słabości.
— Trzymają się mnie nie dlatego, że uważają mnie za silnego przywódcę, ale dlatego, że daję im to, czego chcą. W dniu, gdy Modrowronka zginęła, mój gniew wywoływał strach i posłuszeństwo. Dziś wzbudza co najmniej litość. Nie szanują mnie.
Betelgeza powiedziałaby, że było zupełnie na odwrót. W mieście koty starsze i niepełnosprawne były szanowane - to był wyczyn utrzymać się tak długo przy życiu. Trzeba było wykazać się siłą i sprytem. Wielu zabiłoby za możliwość dowiedzenia się, jak takiemu kotu udało się przetrwać na srogich ulicach. Widziała wiele kotów, jednych popierających Białozora, innych patrzących na niego nieprzychylnie, ale każdy z nich darzył go szacunkiem. Jeśli wszak przez tyle księżyców udało mu się utrzymać cały gang w ryzach i nikt nie ma na co narzekać, to znaczyło, że był dobrym przywódcą.
Ale nie wyprowadzała go z błędu. Białozór widocznie widział w każdym wroga i od każdego spodziewał się próby zgarnięcia od niego władzy. W mieście nie było zasad, więc sprawa była dostatecznie jasna. Jeśli znajdzie się ktoś wystarczająco silny, by go pokonać i zapewnić sobie zaufanie lub strach członków gangu, to jest już przegrany. Jeśli chciał wierzyć, że koty już go nie szanują, że mówią za jego plecami i knują już, jak pozbawić go władzy, niech wierzy. Pomoże jej osiągnąć cel.
Nauczyła się od ulicznego życia jednego - jeśli chcesz pozbawić kogoś języka, powiedz mu, że wydłubiesz mu oczy. Białozór będzie tak skupiony na możliwym zagrożeniu ze strony innych kotów, że zapomni o zagrożeniu z jej strony. To już się działo. Popadając w paranoję, próbował zaradzić możliwym próbom odebrania mu władzy, wyładowując swój gniew na członkach gangu, przypominając im, że nie bez powodu tak długo utrzymał się na swojej pozycji. A ona będzie mogła pracować w spokoju, wiedząc, że jeden problem odciągnie uwagę kocura od drugiego. 
— Więc skup się na tym, żeby pokazać im, dlaczego powinni cię szanować — zwieńczyła rozmowę tym jednym zdaniem i obróciwszy się, wyszła z pomieszczenia przez wyłamane dawno temu drzwi, które niegdyś służyły Wyprostowanym.
Czuła na sobie jego spojrzenie, którym ją odprowadzał. Wiedziała, że szanował jej zdolności. Nie odganiał jej, gdy przychodziła. Pozwalał sobie pomagać, ale nie sądziła, by jej ufał. Nie sądziła, by ufał komukolwiek. Zaufanie w mieście zwykle było głupotą. I cechą głupich.
Usłyszała dreptanie małych nóżek i piski o wysokiej częstotliwości. Grasowały tu myszy, ciche i zwinne. Ukrywały się po kątach, wgryzały w ściany, czasem podkradały jedzenie. Jej mali przyjaciele dbali o to, by Wyprostowani unikali tego miejsca jak ognia. Te bezfutre stworzenia bały się gryzoni bardziej niż bały się wielkich, obślinionych psów. 
Zeszła na dół. Odwróciła wzrok, gdy ujrzała poranione, starcze ciało własnego ojca. Pokryte krwią i siwizną, osłabione. Dziwiło tym, że wciąż potrafiło utrzymać Jafara przy życiu. Minęło tak wiele czasu. Obiecała sobie, że zadziała tak szybko, jak tylko będzie miała szansę. W rzeczywistości to zadanie okazało się trudniejsze. Białozór nie był głupi, nawet doprowadzony do skraju. Mógł nie zwracać uwagi na możliwość zdrady z jej strony, ale nie mogła mieć pewności, czy inne koty poparłyby ją, gdyby przeciwko niemu wystąpiła. Nie, gdy miał tak dużo sojuszników i plecy wśród najsilniejszych samotników w mieście.  Ale dłużej nie mogła czekać. Czekała całe życie.
Zabrała kawałek jakiejś szynki z małej kupki jedzenia, które zostawiali tu samotnicy, gdy przychodzili oglądać walki. Przeżuwając ją, była tak skupiona na własnych myślach, że nie zwróciła nawet uwagi, jak smakowała.
Melasa, który jak zwykle pusząc się dumnie przechadzał się po pomieszczeniu, zachęcając samotników do zobaczenia walk i kręcąc się między różnymi grupami towarzyskimi, zwrócił na nią uwagę. Musiała wyglądać wyjątkowo posępnie, gdy skupiona na tym jałowym kawałku mięsa nie uraczyła go nawet jednym krótkim spojrzeniem.
— Stary Edek długo się trzymał — powiedział nagle, nie zwracając uwagi na pytające spojrzenie, jakim go zaszczyciła. — Podobno tak posiwiał na starość, że by go własna matka nie rozpoznała. Doszły do nas wieści z jego gangu. Dziad zginął.
Rozszerzyła oczy. Oczywiście była świadoma, że kiedyś musiało się to stać, a Entelodon był niezwykle wiekowy. Ale mimo to, kocur obrósł w taką legendę, że łatwo było zapomnieć, że też krwawił, gdy się go uderzyło.
— Hm — mruknęła pod nosem. — Mógł być panem miasta, ale w gruncie rzeczy był garstką kości i mięsa. Jak my.
— Staruch musiał w końcu oddać swoją pałeczkę — powiedział nieprzejęty specjalnie samotnik. Czym miałby się przejmować, gdy Betonowy Świat wpadnie w łapy jego chłopaka?
Betelgeza wiedziała, że wiele może się zmienić. Miasto miało to do siebie, że było chaotyczne. Władzę miał ten, kto był w stanie ją utrzymać. Nikt od dawna nie ośmielił się postawić Entelodonowi. Teraz wszystko zależało od Chwały. To mogła być jej szansa. 
Podniosła się z miejsca, strzepnąwszy ogonem. 

* * *
Nie wiedziała, kiedy zgłupiała na tyle, by wrócić w miejsce, o którym chciała zapomnieć. A jednak, skacząc z dachu na dach, zatrzymała się, gdy dotarła do pochyłego okna dachowego umieszczonego na jednym z domów. Zimny wiatr mierzwił jej futro. O tej porze było ślisko i przemieszczanie się dachami mogło być ryzykowne. Złapała się na tym, że jej to nie obchodziło.
Może potrzebowała częściowej adrenaliny i smaku ryzyka, by odciąć się od problemów. Może po prostu w głębi serca liczyła, że potknie się i ześlizgnie w dół. Wtedy nie musiałaby się już mierzyć z tymi problemami.
Ale to byłoby tchórzostwo. Nie mogła pozostawić na pastwę losu ojca. Nie mogła poddać się w ten sposób.
Z ulgą stwierdziła, że okno było uchylone na tyle, by mogła się przez nie przecisnąć. Zaraz znalazła się na przestronnym strychu.
Niewiele się tu zmieniło. Słabe światło wpadało strużką z okna do pokoju, podświetlając drobinki unoszących się w powietrzu pyłków kurzu. Drewnianą podłogę przysłaniał teraz czerwony dywan. Nie zastała tu nikogo. 
Przyjrzała się swojemu odbiciu w szybie okna. Nie zwróciła uwagi, kiedy jej futro z gładkiego i czystego stało się szorstkie i matowe. A to miało miejsce wiele księżyców temu, odkąd straciła dom i wylądowała w tej spelunie. Część jej była wdzięczna za to, że życie przywiodło ją właśnie tutaj. Gdyby całe życie spędziła w bezpiecznym domu, byłaby jak ojciec. Pedantyczna, z zawyżonymi oczekiwaniami, których ulice nie mogłyby spełnić. Zginęłaby szybko. 
Usłyszała charakterystyczne pobrzękiwanie dzwoneczka. Nastroszyła futro i automatycznie skryła się w cieniu, choć sama nawet nie wiedziała, po co to robiła. To był odruch niezależny od niej. Znała przecież tego, kto się zbliżał. A może po prostu wolała zachować ostrożność na wypadek, gdyby wprowadził się tu jakiś inny, mniej przyjazny kot.
Nie zaskoczyła się jednak. Szedł ku niej czarno-biały staruszek, kiwając się na boki. Widząc jej wzrok, zatrzymał się. 
— Betelgezo — szepnął, najwyraźniej zaskoczony jej obecnością. — Nie spodziewałem się ciebie zobaczyć.
Przez chwilę milczała, spoglądając na dwie kawki, które przefrunęły za oknem. 
— Ja nie spodziewałam się, że tu przyjdę.
— Mówiłem, że to miejsce zawsze będzie dla was otwarte. Chociaż nie sądziłem, że posłuchasz — przyznał. — Ale kim jestem, by odmówić ci gościny? Mów, co cię sprowadza, dziecko. 
Zwróciła łeb w jego stronę.
— Pytania — odparła głucho. 
Plaga uśmiechnął się ciepło. Usiadł wygodnie i skinął głową, by zrobiła to samo, ale kotka odmówiła.
— Postaram się zaspokoić twoją ciekawość.
— Dlaczego nam pomagasz? — spytała. — Ze zwykłego sentymentu? Nie ma w nas nic, co było w mojej matce za twojego dzieciństwa. Nie znałam jej takiej, jaką ty ją znałeś.
— Cóż, ja znałem ją prawdziwą. Zanim miasto ją przeżuło i wypluło — powiedział i wyraźnie zesmutniał. — A odpowiedź na twoje pytanie jest proste. Kocham was. Jesteście moją rodziną. Nie chcę widzieć mojej rodziny cierpiącej, tak samo jak nie chciałbym widzieć w ten sposób mojej siostry. Ani moich własnych dzieci. 
Strzepnęła ogonem i zmrużyła oczy. Zauważyła, że mimowolnie wysuwają jej się pazury.
— Miłość jest głupia i ślepa — warknęła. — Przynosi tylko cierpienie i destrukcję.
— A zabijanie i życie w gangu ich nie przynosi? — odparł kocur delikatnie. 
— To pozwala mi przeżyć — powiedziała. — Z miłości nie ma żadnych korzyści.
Kocur wstał. Błękitne oczy obmierzyły ją łagodnym spojrzeniem. 
— W miłości nie chodzi o korzyści — zauważył. — Ale nie winię cię za to, co o niej myślisz. Masz wzrok kogoś, kto wiele stracił.
Odwróciła rozzłoszczony wzrok. Głównie po to, by ukryć zbierającą się w nich wilgoć. 
— Dobrą... przyjaciółkę — wypowiedziała te słowa żałośnie drżącym głosem. W rzeczywistości Ruta była kimś więcej niż tylko przyjaciółką. I po spojrzeniu Plagi domyślala się, że on też to wiedział. Jego wzrok złagodniał jeszcze bardziej.
— Miłość ma to do siebie, że jest niebezpieczna — przyznał kocur. — Dlatego tylko odważni pozwalają sobie mimo to kochać. Wiedząc, że linia między życiem, a śmiercią jest cienka. Wiedząc, że mogą stracić tych, których darzą uczuciem. Ale życie bez miłości jest jak skóra bez mięsa. Bez smaku.
Zwróciła na niego słaby wzrok.
— Gdybym dawno temu nie odłączył się od gangu, byłbym innym kotem — powiedział. Zadrżał mu głos. Najwidoczniej przeszłość wciąż go ścigała. — Pozbawionym uczuć. Wyrachowanym. Zamiast z tobą rozmawiać, próbowałbym cię zabić. Przyznam, że boję się takiego życia. To mój największy lęk. Nie mogę być bardziej wdzięczny, że poznałem swoich Wyprostowanych. Miasto to zatruta rzeka, dziecko. Wejdziesz w nią i choćbyś wyschła, trucizna nie opuści twojego ciała. Będzie cię pożerać powoli i stopniowo, a ty nawet tego nie zauważysz. 
To była prawda. Gdzieś w podświadomości sama to wiedziała. Życie na ulicach ją zniszczyło. Odarło z dziecięcej naiwności, z jakichkolwiek resztek honoru. Tutaj nie było miejsca na honor. Jedynie na nieustanną walkę i gonienie za sławą i potęgą zbudowaną z kruchych filarów. 
A jednak była uzależniona od takiego życia. Nie chciała go zmieniać.
— Pierwsze spotkanie z okrucieństwem miasta przyszło do mnie szybko. Gdy ukochana matka sprzedała mnie i twoją matkę do gangów — opowiedział. — Gdybym spędził w gangu więcej czasu, spotkałbym jeszcze więcej okrucieństwa, aż sam bym je przejął, by móc przetrwać. Czyż nie panuje wśród was przekonanie, że lepiej być oprawcą, niż ofiarą? Twoja matka przeżyła wszystko to, przed czym uchroniło mnie życie pieszczocha. Zdrady, głód, uliczne walki, śmierci i deprawacje. 
Podniósł się i odwrócił w kierunku klatki schodowej. Zanim zniknął, wypowiedział ostatnie słowa.
— Czasem warto jest się zatrzymać i spojrzeć w oczy drugiemu kotu, dziecko — powiedział staruszek i podniósł się powoli. — Mój czas się kończy, ale ty masz przed sobą jeszcze wiele księżyców. Nie zmarnuj ich na podążanie za błędnym kołem, w które wpadli nasi rodzice. Nie buduj sobie tarczy z okrucieństwa przeciwko okrucieństwu. 
Pustym wzrokiem odprowadziła kocura, a gdy cień jego znikającej sylwetki zniknął ze ściany, stała tak jeszcze przez chwilę. Dopiero później zmusiła się, by odejść.

* * * 
Kolejny dzień spędziła niemal całkowicie w zamknięciu, ani myśląc o tym, żeby wyjść na zewnątrz. Było zimno, mokro, pełno śniegu. Słońce ledwo wzeszło, a już ciągnęło za sobą ciemniejące powoli sklepienie. Dni mijały jak uderzenia serca.
Ani Izydy, ani Bluszczu nie było w ich pokoju. Nie wiedziała, gdzie są ani co robili i nie zamierzała się dowiadywać.
Usłyszawszy kroki, rozpoznała po ich lekkości, że nie należały one do Białozora. Spodziewała się zobaczyć siostrę czy brata, ale w drzwiach ujrzała tylko jakąś nieznajomą kotkę. Większość jej ciała pokrywała biel, w niektórych miejscach upstrzona tylko niebieskimi i kremowymi łatami. Wyglądała na niepewną.
— Po co przychodzisz? — spytała ostro Betelgeza. Potrzebowała samotności i nawet tego nie mogła dziś dostać.
— Liczyłam, że znajdę tu Bluszcz — odpowiedziała. Podniosła łapę, a Betelgeza zbliżyła się do niej i podążyła wzrokiem za szylkretową samotniczką. Po wewnętrznej stronie swojej lewej łapy miała boleśnie wyglądającą ranę, z której wciąż ciekła świeża krew. 
Krople jedna po drugiej spadały na chłodną posadzkę.
— Znam się co nie co na medycynie — przyznała w końcu Geza. — Opatrzę ci ją.
— Za darmo? — mruknęła zaskoczona kotka.
— Naszła mnie ochota na dobroczynność — rzuciła z ironią córka Bastet. — Ale zaraz może mi przejść.
Szylkretowa kotka milczała, wędrując wzrokiem za Betelgezą, która z posegregowanych dokładnie ziół wybrała szerokie liście nagietka, a następnie zdjęła ze ściany trochę pajęczyny. Gdy zbliżyła się do kotki i już miała nałożyć na nią liść, ta lekko skrzywiła się z bólu.
Betelgeza spróbowała ponownie. Tym razem udało jej się owinąć liście wokół zranienia, a następnie utwierdzić je pajęczyną, tak, by zniwelować krwawienie. Była pewna, że brat czy siostra zrobiliby to lepiej, ale ważne było to, że opatrunek działał. Przynajmniej na teraz.
— Jak ci na imię?
— Runa.
Betelgeza spojrzała w oczy kotce. Nosiła na sobie bliznę Białozora. Należała do jego gangu, a jednak Gezie zdawało się, że nigdy jej nie widziała.
— Chyba nie jesteś tu od dawna.
— Nie — przyznała kotka.
— Co cię tu sprowadziło? — spytała Geza. — Głód, śmierć bliskich, ktoś cię sprzedał?
— Dołączyłam tu z własnej woli — odwróciła wzrok. Widziała w nim błysk irytacji.
— Więc jesteś głupia — skwitowała vanka i odsunęła się, gdy uznała, że opatrunek był już wystarczająco dobrze utwierdzony na łapie towarzyszki. — Koty wiążą się w gangi, by przetrwać. Nie z nudów.
— Możesz mi wierzyć, że w życiu mi się nie nudzi — wycedziła kotka przez zęby, widocznie z bólu. — Może ciebie sprzedała matka, ale nie mnie.
Geza na moment wysunęła pazury, ale zaraz odetchnęła głęboko i schowała je w łapach. Do Runy najwyraźniej doszło, że powiedziała zbyt dużo, bo na moment wybałuszyła oczy i odwróciła wzrok.
— Mogłabym cię zabić za takie słowa.
— A zrobisz to?
— Nie — odparła Betelgeza. Odwróciła się do niej plecami. — Idź już. 
Kotka wstała tak szybko, jak gdyby już od początku rozmowy myślała o wyjściu. Odwróciła się jednak, zanim odeszła.
— Dzięki. Za opatrunek.
— Nie dziękuj, tylko idź i się do czegoś przydaj — mruknęła Geza pod nosem. 

* * *
Gdy weszła do środka starego, opuszczonego budynku, wewnątrz przelewała się masa kotów. Mieszały się tysiące różnych zapachów, tych mniej i bardziej przyjemnych. Po pewnym czasie stawały się do zniesienia. Wystarczyło tylko, żeby jej nos się do nich przyzwyczaił.
Odszukała spojrzeniem swoją siostrę i brata. Byli jedynymi z jej rodzeństwa, które udało jej się odnaleźć w tym tłumie. Wiedziała jednak, że Bluszcz też musiał kręcić się gdzieś w okolicy. Z nim także musiała zamienić słowo.
— Myszołów nie żyje — miauknęła Izyda, wędrując wzrokiem za siostrą, której spojrzenie zdradzało szargające nią nerwy. — Nie będzie ci dłużej przeszkadzał.
Ta informacja zaskoczyła Betelgezę. Prawie wydałaby z siebie zadowolone miauknięcie. Myszołów był jedną z największych przeszkód. Wiecznie czuwająca maszynka do zabijania - kotka czasem zastanawiała się, czy on kiedykolwiek odpoczywał. Czy potrafił odpoczywać.
Teraz nie musiała się martwić o to, że mógłby skierować na nią uwagę Białozora.
— Co mu się przytrafiło?
— Nie wiem — Izyda wzruszyła ramionami. — Dużo rzeczy mogło mu się stać. To miasto. Może dopadł go ktoś, z kim się nie lubił. Albo jakiś pies czy wściekły Wyprostowany. Wiesz, jacy oni są. We mnie ich paskudne kocięta rzucały kamieniami.
Z całą pewnością. Jeśli w okrucieństwie ktoś mógł dorównać kotom, to byli to Wyprostowani. Kurz nazywała ich "Ludźmi". Na samo wspomnienie pięknej samotniczki gardło zawiązało się Betelgezie w ciasny supełek.
— Mam nadzieję, że to nie była przyjemna śmierć.
Z początku Izyda popatrzyła się na nią z ukosa. To były mocne słowa. Ale po dłuższej chwili westchnęła.
— Nie byłabym tak bezpośrednia, ale po części też mam taką nadzieję. Zasłużył sobie.
— Przeklęty szczur.
Liliowa kocica parsknęła pod nosem, najwyraźniej po to, by rozładować emocje; później tylko skryła brodę w łapach i owinęła się ciaśniej ogonem. 
— Białozór stał się leniwy i odrętwiały jak koty, które odwiedziły Obcinacza. Cały dzień tylko marudzi i wydziera się na wszystkich wokół, ale nie pilnuje nawet własnych interesów. Przed chwilą jego koty musiały za niego wysłać do Chwały posłańca. Pewnie minęliście się, gdy wchodziłaś.
Uszy Betelgezy jakby się podniosły.
— Posłańca?
— Wiesz, żeby dostarczył mu część jego zapłaty. Za współpracę. 
Cała energia natychmiast do niej wróciła. W powietrzu wyczuła cień szansy. W żyłach poczuła kolejny przypływ adrenaliny. Jeśli koty widziały, jak niedbale niebieski samotnik przykładał się do własnych obowiązków, to z łatwością mogły uwierzyć w to, że zaniedbał również dostarczenie Chwale jego części udziału ze współpracy między ich dwoma gangami. Normalnie to wzbudziłoby podejrzenia; stary Białozór bardzo dobrze pilnował swoich zadań. Nigdy nie dopuściłby do potencjalnego rozpadu gangu - a to była jedna z najbardziej prawdopodobnych konsekwencji niewywiązania się z umowy zawartej dawno temu z Entelodonem. Ale tego Białozora już nie było.
Mogła wykorzystać jego obecną reputację, by sprowokować Chwałę do zaatakowania jego gangu. W dawnych realiach i dawnych okolicznościach brak zapłaty natychmiast wzbudziłby podejrzenia. Czarny kocur, obecny pan miasta, nie należał do głupich. Wywnioskowałby, że musiało dojść do sabotażu. Ale teraz? Gdy Białozór, wyraźnie zmęczony i pozbawiony dawnego wigoru, coraz częściej zdawał się lekceważyć własne zobowiązania?
— Widzę w twoich oczach błysk, którego nie widziałam od księżyców — miauknęła Izyda, wyrywając ją z zamyśleń. Uśmiech rozbłysnął na pysku Betelgezy. Oczy zwilgotniały po raz pierwszy od wielu księżyców. — Co się dzieje?
— Niedługo zrobię coś bardzo głupiego.
Liliowa kotka jęknęła.
— Jak bardzo głupiego?
— Na tyle, że jeśli ktokolwiek odkryje, co zrobiłam, to wszyscy umrzemy.
— Wypadałoby więc, żebyś powiedziała nam, o co chodzi — miauknął dotąd tkwiący w milczeniu Klamerka. Czasami, wpatrując się w te ciemne oczy, zastanawiała się, jakie myśli przez nie przebiegały. Brat był... dziwny, i dziwny to mało powiedziane. Ekscentryczny i niekonwencjonalny w swoim sposobie bycia. Cichy, snuł się jak cień, a gdy mówił, nawet głośno, brzmiał jak szept - subtelny i z czymś w sobie, co można było nazwać odrobinę niepokojącym.
— Nie. Bo zwątpicie w prawdopodobieństwo udanej. Nie będę was straszyć. Poza tym nie chcę siedzieć i słuchać wykładów Izydy na temat tego, jak bardzo nie powinnam tego robić.
— Cóż, nie pomagasz nam uwierzyć w twój plan — zauważyła liliowa. — Ale nie będę cię powstrzymywać. Wystarczy się rozejrzeć po tej szczurzej wylęgarni. Nie ma tu nic, za czym mogłabym płakać.
Betelgeza posłała jej wdzięczne spojrzenie.
— Nie mówcie nic tylko Bluszczowi. Nie wiem, czy zdołałby dochować tajemnicy. Wolałabym nie sprowadzać zbędnego niebezpieczeństwa ani na nas, ani na niego.
— Masz moje słowo — przytaknęła Izyda. Betelgeza miała już odchodzić, gdy kotka, jakby wahając się, po dłuższej przerwie znów się wypowiedziała. — Wiesz, że z tyloma kotami mamy nikłe szanse. Myślałam, że już się z tym pogodziłaś. Nie wiem, co planujesz, ale tej walki nie możemy wygrać. Możemy odejść od Białozora, zniknąć z uwagi miasta i zaszyć się w którymś z małych gangów. Ale wtedy każdy dzień byłby walką o przetrwanie. Tutaj możemy żyć godnie. Nawet, jeśli nieszczęśliwie.
Betelgeza długo o tym myślała. Po części, choć nie chciała przyjąć tego do świadomości, już dawno pogodziła się z tym, że nie wygra. Że nie uwolni już ojca. Że musiała wybrać między względnie bezpiecznym życiem jako znana w mieście Betelgeza, albo życiem w ukryciu w którymś z mniejszych gangów, walcząc o podstawowe potrzeby, martwiąc się o to, co jutro zje. Tutaj nie musiała bać się głodu.  Mimo to on czasem zdawał się być czymś dużo łatwiejszym do zniesienia niż życie pod rozkazem kogoś, kto z dnia na dzień zniszczył wszystko. Oczywiście, mogła odejść. Ale cena była równie duża. Przywykła do względnie bezpiecznego życia. Nigdy nie doświadczyła spania w mokrym kartonie, na mroźnych ulicach czy w ciemnych, obskurnych, śmierdzących kanałach, razem ze szczurami przenoszącymi choroby i zarazy tak straszne, że opowieści o nich krążyły po ulicach miasta i zmuszały spanikowanych i przerażonych samotników do szukania ucieczki i schronienia w gangach.
— Być może. Ale jeśli mam umrzeć, to tylko w walce.
I odeszła. Natychmiast opuściła budynek, pozostawiając za sobą najpewniej tylko ślad zapachowy. Wskoczyła na kontener na śmieci, a z niego na balustradę balkonu. Gdy upewniła się, że przestrzeń między dachem, a jej położeniem, jest wystarczająco wąska, by dała radę doskoczyć na drugą stronę, odbiła się łapami od gładkiej, zimnej poręczy i wylądowała na skraju pochyłej powierzchni budynku. Nie obracając się za siebie, przeskakiwała z dachu na dach, robiąc tylko krótkie przerwy na złapanie oddechu i zregenerowanie sił w łapach. Jeśli posłaniec wyruszył niedawno, zdąży go wyprzedzić poruszając się poprzez dachy. Wiedziała, jaką drogą szedł i gdzie szedł. Zawsze chodzili tak samo i zawsze w jednym celu - kiedyś do Entelodona, teraz do Chwały.
Sunęła dach za dachem, nieraz w pędzie omal nie zsuwając się z tych bardziej pochyłych powierzchni. Nie zważała na dźwięk, jaki wydawały ciężkie blachy, ani na osuwający się pod jej łapami grunt. Jedyne, co się teraz liczyło, to cel.
I wtedy w oczy rzuciła jej się kocia sylwetka. Na oku samotnikowi błyszczała blizna przypominająca ptasie skrzydło. To właśnie on niósł w pysku zawiniątko, najpewniej z tym, co należało się Chwale - ziołami i pożywieniem. 
Przyspieszyła kroku. Dotarłszy na samą krawędź dachówki, spojrzała jeszcze raz na przestrzeń pod jej łapami, by namierzyć wzrokiem samotnika. Potem skoczyła raz i kolejny, aż go wyprzedziła. Dopiero wówczas odszukała wzrokiem bezpiecznego zejścia. Zeskoczyła na jakąś stertę kartonów i innych śmieci, przeklinając w duchu, gdy poczuła lekki ból w łapach. To nie było najwygodniejsze lądowanie, ale najważniejsze było to, że udało jej się wylądować na czterech łapach - i w całym kawałku.
Ruszyła wzdłuż ciasnej uliczki i skręciła na rozwidleniu. Gdy tylko głowa Betelgezy wysunęła się z zakrętu, przecinając drogę samotnikowi, zanim ten zdążył przejść dalej, kot znieruchomiał. Najwyraźniej przeczuwał, że miało stać się zaraz coś złego; zresztą sama Betelgeza nie przykładała się do tego, by ukryć swoje zamiary. Była zbyt zdesperowana i pełna emocji, by bawić się w ich ukrywanie. Spojrzenie miała zimne jak lód - oczy jak drapieżcy, który przygotowuje się do skoku na ofiarę.
Kot upuścił wszystko to, co trzymał, i cofnął się lekko o krok. Zaraz jednak wykierował w nią oskarżycielskie spojrzenie.
—  Z oczu błyska ci żądzą krwi.
— Chcę krwi, ale nie twojej — odparła. — Niestety jednak będę musiała cię zabić, by osiągnąć swój cel. 
Tak już było. Znalazł się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Nieszczęśnik akurat tego dnia został posłany do Chwały. Betelgeza nie miała czasu na zastanawianie się nad moralnością swoich decyzji. Była skupiona na celu, a cel kazał jej go zabić. Jeśliby go oszczędziła, mogłaby za to zapłacić własnym życiem, życiem bliskich i sprowadzeniem całego planu na sromotną klęskę. Nie mogła mu zaufać, że pozostałby cicho. Musiał więc umrzeć - ponura rzeczywistość. Nikt z nich jej nie chciał, nikt jej nie wybrał. Ale urodzili się w mieście i nie dostali przywileju wyboru. Musieli się dostosować, jeśli chcieli przeżyć.
— Zdrajczyni — syknął. — On i tak się dowie. I zabije całą waszą czwórkę!
— Nie jestem zdrajczynią — odparła samotniczka. — Bo nigdy nie byłam po waszej stronie.
Zanim zdążył wypowiedzieć choćby jedno słowo, odbiła się łapami od ziemi i oba koty splotły się w uścisku. Betelgeza napięła mięśnie i przycisnęła go do powierzchni twardej uliczki. Kocur szarpał się i miotał, wymachując jej wściekle przed oczami pazurami. Raz, próbując zatopić kły w jego szyi, nachyliła się zbyt blisko i mocno nimi oberwała. Na swoim czole poczuła chłodną krew, która spłynęła po jej policzku i splamiła ziemię. Na chwilę znieruchomiała, wbijając w niego ostre spojrzenie. On zaś, cały czas patrzył na nią wyzywająco, choć pewien, że nie miał żadnych szans.
Spoglądał w oczy śmierci.
Przycisnęła jego głowę łapami, a gdy ta gwałtownie uderzyła o bruk z głośnym trzaskiem, otworzyła pysk i szereg lśniących zębów wtopił się w szyję kocura, najpierw przebijając warstwę futra i skóry, a potem tchawicę. Splunęła na bok, by pozbyć się metalicznego posmaku krwi. Gdy ponownie spojrzała w stronę kocura, był już trupem; oczy znieruchomiały w wyrazie złości. Nim ciało zupełnie zwiotczało, samotnik zdążył jeszcze wstrzymać gwałtownie oddech. Już go nie wypuścił.
Na te znieruchomiałe oczy i pomniejszone źrenice zareagowała tylko ledwo widocznym drżeniem mięśni. Była przyzwyczajona do widoku śmierci, a jednak za każdym razem wydawał się być jak zwisający u szyi kamień. Ciężar, nawet jeśli niezauważalny. 
Złapała martwego samotnika za kark i odciągnęła go na bok, w ciemną uliczkę, pomiędzy śmieci i kartony, gdzie znajdą go tylko głodne szczury. Wzdrygnęła się na samą myśl.
Życie samotnika nieposiadającego gangu lub żyjącego w niewielkim, mało znaczącym przerażało ją głównie z tego powodu - umrzeć można było na tysiąc nieprzyjemnych i okropnych sposobów, o których jej się nawet nie śniło. Słyszała historie, jak koty, które niegdyś ledwo wiązały koniec z końcem, zostawały żywcem pożerane przez te paskudne gryzonie. Nie weszłaby do kanałów nawet, gdyby miała umrzeć. 
Gdy pozbyła się ciała, wróciła w miejsce, skąd je zabrała i ukryła także zawiniątko, które niósł wcześniej samotnik, a które miało trafić w łapy Chwały. Upewniając się, że nikt nie znajdzie żadnych dowodów, a przynajmniej nie znajdzie ich dostatecznie szybko, wskoczyła z powrotem na dach i przycupnęła na chwilę na jego skraju, by odpocząć i - przy okazji - poobserwować, czy nie miała na karku żadnych świadków.
Nie widziała nikogo, ale ostrożność i doświadczenie nauczyły ją, że czasem niepożądane oczy kryły się w najjaśniejszym z miejsc, a najczarniejsze kąty świeciły pustkami. Mimo to nie mogła spędzić całego dnia na szukaniu potencjalnych wrogów po uliczkach. Musiała wracać i zmyć z siebie krew.
Zmęczenie znacząco spowolniło jej powrót. Ledwo mogła oddychać, gdy wróciła do Kołowrotu - a postanowiła wrócić przez zbite dawno temu okno jednego z górnych pokojów, tak jakby nigdy nie wychodziła z budynku. 
Nie zwróciła uwagi na żadne spojrzenia, które skierowały się w jej stronę, gdy zeszła po schodach do głównej sali, w której masa kotów wyczekiwała kolejnych atrakcji, a gwarne rozmowy tłumiły zgiełk zewnętrznego świata. Najchętniej położyłaby się spać i dała ulżyć zbolałym mięśniom, ale postarała się nie wzbudzać podejrzeń i nie pokazywać po sobie niczego, co mogłoby naprowadzić kogokolwiek na to, co zrobiła. 
Zamiast tego zmusiła się do pewnego siebie, siarczystego uśmiechu i pełnego wigoru spojrzenia, którym omiotła wszystkich wokół.
— Humor dopisuje? — mruknął Melasa, spoglądając na nią z ukosa. Jego gładkie, czarne futro upstrzone było rudymi przejaśnieniami i siwymi włoskami. Starzał się.
Na tego parszywego kreta też kiedyś przyjdzie czas. Nie żywiła do niego sympatii. Miał długi język, a historia pokazała, że niewiele było trzeba, by go przekupić. Dawno byłby martwy, gdyby nie wpadł w oko Chwale. 
—  Można tak powiedzieć.
— Oby udzielił się i naszemu staremu kompanowi. Od księżyców w tyłku ma kija i wiecznie chodzi naburmuszony. Jakiejkolwiek bym mu nie wymyślił rozrywki, ten tylko siedzi i morduje wszystkich spojrzeniem. Nawet ja mam go dość. 
Machnął łapą, jakby uznał dalszą rozmowę na ten temat za zbędną. Melasa mógł narzekać na Białozora, ale Betelgeza wiedziała, że byli prawie nierozłączni. Jak stare małżeństwo - tylko oni mogli na siebie psioczyć, nie ryzykując jednocześnie własnym życiem. Czasami zastanawiała się, jak jeszcze ze sobą wytrzymywali i ile czasu musiałoby minąć, nim któreś z nich wykończy drugie. 

* * *
Słońce oświetlało swoim słabym, skąpym blaskiem pomieszczenia; a przynajmniej te z nich, do których jego siarczyste wiązki mogły wparować przez okna i szczeliny. Drobinki kurzu i pyłu z rozpadających się, starych już i zaniedbanych ścian unosiły się w powietrzu, dobrze widoczne i podświetlone przez światło. Kołowrót był tłumny jak nigdy dotąd. Koty formowały się niemal w jedną zbitą masę burych i czarnych futer, które przepychały się przez siebie, wchodziły i wychodziły, pozostawiając za sobą jedynie zwietrzałe, nieprzyjemne zapachy brudnej ulicy.
I był też Białozór. Jak zwykle, w złym nastroju, ze zmęczonymi i wściekłymi oczami, każdego jednego kota obmierzał ostrym spojrzeniem, jak gdyby spodziewał się, że każdemu z nich krążyła z tyłu głowy myśl o wyzwaniu go na pojedynek. Nie wiedział, że prawdziwe zagrożenie było gdzieś indziej. Albo być może to właśnie samotników uznał za większy problem. Mylnie.
— Pochmurny jesteś dziś jak niebo zakopcone przez Wyprostowanych — stwierdził Melasa, śledząc oczyma Białozora, który skończył posiłek. Jego matowe spojrzenie mówiło, że energia do życia i dawny zapał zostały nieodwracalnie wyczerpane. 
Jego oczy w istocie były równie zimne i pozbawione czucia, co lejący na zewnątrz deszcz. Ulewa za ulewą. Nawet pora zielonych liści ich nie oszczędzała. Jedyną korzyścią płynącą dla samotników z okropieństw pogody była wyraźna niechęć Wyprostowanych do wychodzenia ze swoich jam w parny czy mokry dzień. Zostawali za drzwiami swoich brzydkich domów, a ulice stawały się mniej tłoczne i niewiele bezpieczniejsze.
— Nie płacę ci za marnowanie mojego czasu — burknął duży, niebieski kocur.
To chyba najspokojniejsza odpowiedź, na jaką Melasa mógł liczyć. Czarny kocur przewrócił oczami.
— Żebyś ty mi w ogóle płacił.
Odszedł jednak, nie wypowiadając żadnego zbędnego słowa. Darował sobie rozprawianie i ćwierkanie nad uchem Białozora, a zamiast tego dołączył do jednej z grupek samotników, gdzie mógł rozprostować długi jęzor. Jemu jak nikomu innemu przydałaby się lekcja. Przydałoby mu się nauczyć, że czasem pysk należy zamknąć.
— Chcemy rozmawiać z Białozorem.
Wszystkie koty zamilkły jak jeden mąż. Gwarne rozmowy nie tyle co przycichły, co nagle ustały - szybko jak trzaśnięcie pioruna. Tysiące oczu skierowało się w kierunku grupki kotów, która stała w wejściu, przysłaniając i tak słabe światło dnia. Na ich barkach malowały się, częściowo zarośnięte futrem blizny układające się w literę "E". Wszyscy znali ten znak.
Betelgeza, leżąc ze skrzyżowanymi łapami, obserwowała rozwój zdarzeń spod chłodnego spojrzenia. Otaksowała wzrokiem samotników,  którzy niedbałymi, wrogimi łypnięciami odganiali wszystkie wścibskie koty. Przepchnęli się przez tłum do niebieskiego vana i wraz z nim zaszyli się na boku; na uboczu, gdzie ciekawskie uszy nie miały wstępu.
Betelgeza, wytężając uśpione zmysły, nie rozpoznała konkretnych słów w tej osobliwej mieszaninie głosów. Wszystkie zlewały się w jedną, płynną całość, której nie sposób było od siebie oddzielić. Dopiero podniesiony głos Białozora pozwolił jej pojąć, o czym rozmawiali.
— Oszuści! Złodzieje! — zgromił ich siarczystym, chrapliwym, starczym głosem. Oskarżycielskie spojrzenie jedynego pomarańczowego ślepka przejrzało ich na wylot niby garstkę małego pyłku. Najwyraźniej z wiekiem stał się mniej ostrożny.
Lub też uznał, że jego dotychczasowa ostrożność zaczęła być postrzegana jako słabość i wykorzystywana, by wyciągnąć z niego więcej, niż się na to zgodził. W mieście te granice zacierały się niezwykle łatwo. Nadmierna ugodowość mogła skończyć się tylko sromotnym upadkiem.
— Przyszliśmy po zapłatę, której nie otrzymaliśmy i po nic więcej. To śmiałe oskarżać swojego pana, Chwałę, o oszustwo, gdy samemu nie dotrzymało się umowy.
— Żyję zbyt długo, by dać się nabrać na taką oczywistą sztuczkę. W mieście tak się oszukiwało podrostków, którzy na ulicy spędzili ledwie dzień. Teraz udajecie, że nie dostaliście zapłaty, a następnego ranka przyjdziecie, żeby wyrwać jedzenie z naszych brzuchów — mówiąc to cierpko, odwrócił się i machnął potężnym ogonem, wznosząc za sobą tumany kurzu i pyłu. 
Samotników pozostawił jedynie z nieodgadnionymi spojrzeniami. Nie dociekali jednak, jakby każde kolejne uderzenie serca spędzone na próbie przemówienia Białozorowi do rozsądku uznawali za ujmę na ich honorze i niewybaczalną stratę czasu. Odeszli, łypiąc wrogo na otaczających ich samotników, tak, jak też i weszli. I nie pozostawili po sobie nic. Tylko niejasne wspomnienie.
I uśmiech na pysku Betelgezy.

* * *
Jej plan, choć ryzykowny i z pewnością nie najmądrzejszy, powiódł się. Istniała niemała szansa, że Białozór mógłby zauważyć zniknięcie wysłanego wcześniej posłańca. Ale zgodnie z jej oczekiwaniami, świadomość braku jego powrotu musiała przemknąć mu przed oczami. Był stary, zszargany przez nerwy, a w gangu znajdowały się dziesiątki samotników, spośród których znacznej większości imion nawet nie znał. W mieście kocie życie było jak liść mięty z ogródka Wyprostowanych; użyło się go i natychmiast się o nim zapominało.
Betelgeza znalazła Izydę w jednym z pomieszczeń opuszczonego budynku. Teraz było w nim wyjątkowo mokro, co tylko sprzyjało rozwojowi pleśni i rozkładowi wszystkiego, co się w nim znajdowało. Nieszczelne okna i szczeliny w ścianach czy dachu, którymi żaden Wyprostowany od dawna się nie zajmował, przepuszczały pokłady letnich deszczów, stopniowo czyniąc z Kołowrotu jeszcze większą ruinę. Nawet szczury pogardziły tym miejscem; w ostatnim czasie było ich zdecydowanie mniej.
— Izydo — zwróciła się do siostry. — Potrzebuję twojej pomocy.
Śliczne, zmęczone życiem oczęta przez dłuższy czas nie zwróciły się w stronę Betelgezy, a jedynie z pewnym przygnębieniem taksowały ponure, szare ściany. Wreszcie zerknęły na nią, a na dotąd beznamiętnym licu natychmiast zajaśniało zainteresowanie.
— Udaj się do Dumy — miauknęła. — Przekaż mu, że chcę się z nim spotkać w jakimś... przystępnym miejscu. Cichym i spokojnym, gdzie nikt nam nie przeszkodzi. Może w porcie. Niech będzie tam o świcie. 
Izyda z początku wydawała się zaskoczona.
— Duma? — mruknęła głosem pełnym powątpiewania. — Milczał przez wiele księżyców. Czemu teraz miałby ci pomóc?
— Wcześniej wiązałoby się to dla niego z wystąpieniem przeciwko swojemu ojcu lub bratu. Nie wiem, czy jego głos w tej sprawie miałby w ogóle jakąkolwiek szansę przebicia. Ale jeśli nawet - taka decyzja wprowadziłaby zamęt. I chaos. Podzielenie tak dużego gangu na obozy znacznie by go osłabiło. Być może zachwiało stabilność ich pozycji w mieście. Teraz, dzięki mnie, ma pretekst.
Taka argumentacja musiała przekonać liliową kotkę, która wreszcie porzuciła sceptyczne spojrzenie. Westchnęła głęboko, zerknąwszy na widok zza szyb okna i przejeżdżające daleko przez ulicę Potwory, których głośny ryk słyszalny był nawet stąd.
— Oby twój osąd był jak najbardziej zbliżony do prawdy. W przeciwnym wypadku lepiej już szykować miejsce na grób.
— Nie wybieram się do grobu.
— Ale on może wybrać się do ciebie, jeśli będziesz nieuważna, ty brudna kupo futra.
— Nie jestem brudna.
Na chwilę na pyskach obu kotek pojawiły się nieśmiałe, wysuwające się jakby z cienia uśmiechy. Musiała minąć dłuższa chwila nieprzerywanej ciszy, aby spojrzenia znów spoważniały.
— Mogłabym czekać, aż Duma odezwie się do mnie pierwszy, ale nie mamy na to czasu — westchnęła w końcu Betelgeza. — Musimy działać szybko.
— Przekażę mu wiadomość — miauknęła, a gdy tylko padło ostatnie słowo, zawiesiła głos. — Czemu nie możesz pójść sama?
— Już ostatnio się stąd wymykałam. Nie chcę wzbudzać podejrzeń. Będzie bezpieczniej, jeśli tym razem zrobi to ktoś inny. Wiesz, na wypadek, gdyby ktoś cię zobaczył.
Izyda skinęła głową.
— Rozumiem.

* * *
Kilkukrotnie odwracała się i obracała, wzrokiem młócąc ze szczytów dachów w dół: przez puste, ciasne alejki, brukowe uliczki i porozrzucane przy drzwiach kartony; jakby spodziewając się ujrzeć jakiś przemykający za nią cień. Cień gotów, by rzucić się na nią w najbardziej niespodziewanej chwili, lub też - co dużo straszniejsze - zaatakować w bardziej subtelny sposób. 
Jednak nie widziała nikogo. O ile oczy jej nie zwodziły, była sama.
Z ostrożności i uważności wybierała rzadziej uczęszczaną trasę, gdzie kotów kłębiło się zwykle mniej. Skakała z dachu na dach, ciągle z towarzyszącym jej dreszczem niepokoju na skórze. Cały czas spodziewała się ujrzeć z dali biało-bure futro, chłodne oczy jak pioruny, z którymi spotkanie mogło skończyć się jedynie próbą pogodzenia się z porażką. 
Ale Myszołów już dawno był w grobie. Zginął żałośnie - tak, jak żył. Nie mogła już zetknąć się z jego spojrzeniem ani spotkać go, kroczącego za nią jak cień, podążającego za nią wszędzie tam, gdzie myślała, że była sama. Jak rozległe były ulice miasta, tak nie było żadnego kota, który dorównywałby jej umiejętnościom i umiejętnościom jej matki. Nikt nie poruszał się po dachach tak dobrze jak ona. Nikt już nie mógł jej zagrozić.
A jednak lęk był równie nieustępliwy, co kiedyś Myszołów. Jak klątwa, którą kocur niegdyś rzucił i która teraz była jej nieodłączną, choć niechcianą towarzyszką.
Gdy budynki zaczynały się rozrzedzać, a puste szare ulice zostały zastąpione przez szerokie brukowane alejki zapełnione tłumami Wyprostowanych i wypełniane przez nieustanny hałas i zgiełk wielu licznych odgłosów: szczekania psów, rozmów dwunogich stworzeń czy krzyku pikujących w oddali mew - wtedy wiedziała, że dotarła do Portu.
Portu, który był jednocześnie domem wielu gangów, jak i miejscem, które koty omijały szerokim łukiem. To przez port przetaczało się najwięcej Wyprostowanych, a więc miejsce to było niebezpieczne. 
A jednak, jak to zwykle bywało z niebezpieczeństwami, port był dużo bogatszy w potencjalne zdobycze. Było tutaj więcej sklepów, z których samotnicy mogli kraść jedzenie i resztę zaopatrzenia. Trochę ryzyka pozwalało na lepsze życie. Tylko, jeśli ktoś miał na tyle odwagi, by kręcić się tam, gdzie Wyprostowani stawiali swoje ciężkie i głośne kroki. 
Widziała z daleka doki oświetlane przez słabe, przykryte sinymi chmurami słońce. Pochmurne niebo zwiastowało deszcz. 
Zeskoczyła z krawędzi dachu na wąski parapet, a z niego na balustradę otaczającą schody. Stamtąd wylądowała na twardej brukowej ziemi. 
A na ziemi nie czuła się bezpiecznie. Czuła się odsłonięta i podatna na atak. Była tu dużo słabsza i mniej skuteczna, niż byłaby na szczycie któregoś z budynków.
Postarała się przełknąć obawy i skręciła w jedną z ciemniejszych i węższych uliczek zasłanianych przez wysokie jak dęby budynki handlowe. To tu miała spotkać się z Dumą, zgodnie z informacjami, jakie otrzymała od Izydy. I zgodnie ze swoją własną propozycją.
Gdy tylko zobaczyła ogniste oczy świecące w ogarniającym mroku uliczki, spięła mięśnie i odetchnęła głęboko. Miała nadzieję - bo tylko na nią mogła liczyć - że uczucie, jakie Duma niegdyś darzył jej ojca nie wygasło przez cały ten czas. Tylko to uczucie sprawiało, że miała jakiekolwiek - choć skąpe - powody, by mu ufać.
— Zjawiłeś się — zaczęła, wodząc wzrokiem po niepozornej alejce. 
—  Mam nadzieję, że nie na darmo— odparł. Głos mu rzęził szorstko jak kawce czy gawronom. 
Ponure przypomnienie, że nawet ci, którzy obrośli w legendę, mogli zginąć od kłów i pazura.
Dopadła go starość. Choć w mieście to i tak budziło szeroki podziw. W tak niebezpiecznym miejscu dożycie sędziwego wieku świadczyło nie tylko o niezwykłym doświadczeniu i umiejętnościach, ale także o witalności i sile fizycznej. 
— Będę bezpośrednia. Potrzebuję twojej pomocy w uwolnieniu mojego ojca. Białozór musi umrzeć.
— Ten ostatni numer to twoja sprawka, prawda? — spytał, wydając z siebie jedynie ciche, mętne parsknięcie.
— Jak doszedłeś do takich wniosków?
— Nie doszedłem. Na szczury w kanałach, przyrzekłbym, że nawet przez myśl ani razu nie przeszłoby mi, że to mogłaś być ty. Twój sekret jest bezpieczny, nie martw się. Zrozumiałem, gdy przyszła do mnie twoja siostra z prośbą o spotkanie.
Betelgeza pokiwała głową. W takim razie Chwała nie miał żadnych podstaw, by przypuszczać, że miała cokolwiek wspólnego z tą sprawą.
— Trzymanie mojej strony oznacza zwrócenie się przeciwko bratu. Rozumiem, że...
— Nie nazwałbym tego walką przeciwko mojemu kochanemu braciszkowi. Nie działamy na jego szkodę. Ale wiem, że nie zgodziłby się na to, co zamierzamy zrobić.
— Więc będziemy kłamać.
— Więc będziemy kłamać.
Westchnęła.
— Do rzeczy.
— Chwała nie jest zadowolony z tego, jak się sprawy mają. Bo jak to tak, rubaszny jednooki samotnik z trzema łapami i kijem w zadzie odmawia mu zapłaty? Mu - panu miasta? — ciągnął, manipulując tonem głosu jak ptaki swoim dźwięcznym świergotem. — Nie do pomyślenia. Odebrał to, słusznie, jako zlekceważenie. Brak szacunku. Świadome i celowe oszustwo. Próbę oszukania kogoś znacznie silniejszego od siebie samego.
— I co w związku z tym?
— Chce spotkać się z Białozorem w cztery oczy. Obgadać sprawy sojuszu i inne ważne kwestie. Upewnić się, że to nie żaden przekręt i że on faktycznie odmówił mu zapłaty jego udziału. Pewnie chciałby podyktować mu nowe warunki i przypomnieć, że to tylko dzięki niemu jednooki starzec jeszcze dycha i utrzymuje się w mieście. W skrócie, nie podoba mu się sytuacja. Już teraz nabrał dystansu. Można to wykorzystać. 
— Mogłabym pójść na spotkanie zamiast Białozora. Udawać, że wysłał mnie jako pośredniczkę.
— I nakłamać mu prosto w oczy?
Miała wrażenie, jakby te płonące oczy miały zaraz spalić ją na popiół, ale w starczym spojrzeniu Dumy zabłysły figlarne iskierki. Jakby wciąż był tym młodym, charyzmatycznym samotnikiem z zabójczym poczuciem humoru.
— Zgoda.
Odetchnęła z ulgą.
— Chwała miał wysłać posłańca. Jutro o szczytowaniu słońca. Poinformowałby Białozora o spotkaniu. Dopilnuję, by tam nie dotarł.
— Zabijesz go? Własnego kota? — dopytywała się.
— Mógłbym. Mam takich kotów setki — odparł. — Ale nie. Odprawię go. Wyślę gdzie indziej, aby wrócił tak, jak przewidywał to Chwała. 
I opowiedział jej o szczegółach zaplanowanego spotkania - gdzie miało się odbyć, o jakiej porze i jakie tematy miały zostać na nim poruszone. Wszystko to, co miał usłyszeć Białozór, a co ostatecznie dotarło wyłącznie do niej. 
 * * *
Przysiadła na chłodnym, wikgotnym dachu. Zardzewiałe blachy zmoknęły od deszczu, a powierzchnia stała się bardziej śliska i niebezpieczna. Wystarczył jeden nieuważny krok, by roztrzaskać się o twardy bruk.
Zerknęła w dół, gdzie kroczyła przez ulicę jakaś nieznana jej kotka wraz z niewielką grupą dwóch kocurów. Najpewniej niosąc ważną wiadomość, która jednak miała nigdy nie dojść do swojego adresata.
Usiadła, owijając jasny ogon wokół łap i poprawiając swoją pozycję. Wyostrzyła wzrok. 
Zza rogu wyłoniło się błękitne futro. Nieznajoma jej kotka natychmiast znieruchomiała, nie spodziewając się najwyraźniej jego obecności. W ślad za nią poszła cała reszta oddziału.
— Panie? Co tu robisz?... Myśleliśmy... — zaczęła, ale samotnik uciszył ją tylko machnięciem ogona.
— Nastąpiła lekka... Zmiana planów. Jesteście potrzebni w porcie. Wysłaliśmy tam za mało kotów, by patrolowały teren.
— Ale Chwała...
— Sprzeciwiasz się mojemu słowu?
Zawiesiła głos, a potem całkiem zaniemówiła. W końcu pokręciła głową.
— Nie, panie.
— Dobrze — skwitował niebieski samotnik. — Ruszajcie już.
A gdy tylko koty, nieco zmieszane i posyłające sobie nawzajem zdezorientowane spojrzenia, odwróciły się i odeszły w inną stronę, pomarańczowe oczy skierowały się w górę, gdzie za kominem z czerwonej cegły kryła się Betelgeza. Wysunęła delikatnie pysk zza osłony i oczy jej błysnęły.

* * *

Stawiała krok za krokiem, ostrożnie, przez dobrze jej znaną drogę, którą jednak rzadko chadzała. To tutaj mieszkał Chwała i cała reszta pozostałej przy życiu rodziny Entelodona. To tutaj Białozór miał spotkać się z Chwałą. Na jego terenie, na jego warunkach.
Los zażyczył sobie inaczej. Albo to ona zdołała ten los nagiąć pod swoje własne zachcianki.
Czuła na sobie wiele spojrzeń, znacznie więcej, niż mogła dostrzec. Budynki obwarowane były kotami Chwały. Jedno słowo z jego pyska wystarczyłoby, by ją zabić. Tu i teraz, bez żadnych skrupułów.
— Spodziewaliśmy się Białozora — miauknęła jakaś samotniczka, mierząc Betelgezę wzrokiem od stóp do głów, jakby zobaczyła najdziwniejszy w swoim życiu wybryk natury.
— Przychodzę tu w jego imieniu. Przysłał mnie — odparła.
Kotka spojrzała na innego samotnika, z którym pełniła wartę. Oboje wyglądali na równie zmieszanych.
— Jesteś sama?
Betelgeza rozejrzała się teatralnie wokół siebie.
— Jak widać.
— Oby tak było. Chwała czeka w środku — miauknęła samotniczka, wskazując na jakiś budynek.
Nie wiedziała, czy był niezamieszkany, ale nie wyglądał na siedlisko Wyprostowanych. Weszła do środka i poprowadzona przez innego samotnika zeszła krętymi schodami do ciemnej piwnicy. Zaczęła słyszeć dudniące dźwięki deszczu i pojedyncze odległe grzmoty - musiała zacząć się burza.
Chwała, siedząc godnie, wyprostował się bardziej i wytężył wzrok, jak gdyby przestał ufać swoim oczom. Machnięciem ogona odprawił samotnika, który pochyliwszy tylko głowę z szacunkiem, oddalił się i zniknął.
— Przychodzę tu w imieniu Białozora. Mam nadzieję, że to nie problem.
Chwała przez dłuższy czas w milczeniu mierzył ją pomarańczowymi oczami, a powietrze stało się nagle duszne i niepokojące. Przez chwilę Betelgeza zastanawiała się, czy wyjdzie stąd żywa.
Wtedy czarny samotnik, łudząco podobny do swojego zmarłego już ojca, wstał i zaczął przechadzać się po objętym ciemnością pomieszczeniu. Cień cierpkiego, szorstkiego uśmiechu przebiegł mu na moment po pysku. Gdy zaczął mówić, głos miał spokojny, prawie łagodny, ale wisiała w nim nuta grozy.
— Więc Białozór najpierw odmawia mi uczciwej i należnej mi zapłaty, a teraz nie raczy nawet osobiście się ze mną spotkać, zamiast tego wysyłając posłańców, by mówili w jego imieniu. Och, oczywiście, to żaden problem — uśmiech mu zrzedł. — Prosiłem tylko o jedno. Byłem bardzo uprzejmy. 
— Wybacz mi, panie — odparła cicho, kryjąc kiełkujący w duszy uśmiech. 
Chwała wydawał się nie słyszeć jej słów lub po prostu je ignorować.
— Pokazał, jaki ma do mnie szacunek i jak bardzo interesuje go nasza współpraca — dopiero teraz zwrócił wzrok na Betelgezę, jakby przypomniał sobie o jej obecności. — Nie będę rozmawiać o jego własnych interesach przez pośrednika. Szanuję swój czas. Jeśli nie pofatygował się sam, najwyraźniej nie zależy mu dostatecznie na naszym sojuszu. 
— Ostatnio nie zależy mu na niczym — wtrąciła. — Członkowie jego własnego gangu muszą wypełniać obowiązki za swojego przywódcę.
Chwała mruknął głęboko pod nosem.
— Być może przypomnę mu, ile mi zawdzięcza — wyznał cierpko. — Przekaż swojemu przywódcy, że daję mu ostatnią szansę na negocjacje i rozmowy. Jeśli nie stawi się tu jutro o tej porze, porozmawiamy inaczej.
Odwrócił się i zamachnął czarnym ogonem, a Betelgeza uznała to za znak, że rozmowa dobiegła końca. Wstała i ruszyła po schodach w górę, gdzie czekał już na nią samotnik, by odprowadzić ją na zewnątrz. 

* * *
Połać wszechogarniającej ciemności położyła już wiele kotów do spania. Przynajmniej tych, które nie harcowały po nocach w mieście, by zapolować na myszy, które to właśnie po zmroku wychodziły ze swoich norek i kanałów. 
Ona leżała ze skrzyżowanymi łapami na stercie poszarpanych, starych poduszek. Jak widać, Wyprostowani nawet poduszki potrafią porzucić. Nie było nic, czego te dwunogie potwory nie mogły osiągnąć. 
Nie mogła zmrużyć oczu. Lub być może nie chciała, zbyt pochłonięta zachowywaniem czujności. Stąpała teraz po niezwykle pochyłym i śliskim dachu, którego zardzewiała powierzchnia mogła się w każdej chwili osunąć. Po cienkim lodzie, który mógł się załamać pod jednym nieuważnym krokiem. 
Wtedy usłyszała jakiś dźwięk. Wiele kotów pewnie by go nie usłyszało lub zwyczajnie zignorowało. Ale ona natychmiast nabrała ostrożności. Podniosła głowę i omal nie wypuściłaby z płuc gwałtownego tchu. W oknie pojawiła się kocia sylwetka.
Pierwsze, co przyszło jej na myśl, to to, że ktoś zapłacił za jej śmierć. Z jakiego innego powodu ktoś miałby zakradać się w nocy do miejsca, w którym spała?
Jednak szybko odetchnęła z ulgą, gdy kocur pochylił lekko głowę i oznajmił, że przybywa od Dumy.
— Mój pan kazał ci przekazać — zaczął cicho, rozglądając się jeszcze ukradkiem, jakby próbując upewnić się, że nikt niepowołany nie usłyszy tych słów. Rzucił spojrzeniem na śpiące głęboko rodzeństwo Betelgezy. — Chwała zaatakuje Kołowrót jutro o zmroku. Bądź przygotowana.
Skinęła głową.
— Żegnaj.
Kocur posłał jej jedynie pożegnalne spojrzenie i odwracając się, w mgnieniu oka zniknął w ciemnościach. Nie był dość cichy; Geza świetnie słyszała jego kroki. Miała jednak nadzieję, że nie były dostatecznie głośne, by kogokolwiek zbudzić. 

* * *

Dotąd jasne niebo wreszcie zaczęły ciemnieć. Pierwsze gwiazdy, świecące słabym blaskiem, pojawiły się na sklepieniu, przysłonięte przez sieć wielkich, wysokich budynków. Z miasta niewiele dało się zobaczyć. Każdy piękny widok na niebo był niedostępny, zagrodzony przez zabudowania. Jedynie na dachach dało się doświadczyć ich namiastki.
Betelgeza, leżąc w pierwszym lepszym, bardziej przytulnym kącie, i kończąc własny posiłek, obserwowała, jak przez drzwi - a raczej to, co z nich zostało - wchodzą kolejni samotnicy. Część z nich, oznaczona literką "E", dziś wprowadzi tu, o ile wierzyć zapewnieniom Dumy, zamęt, chaos i krwawą walkę, o jakich dawno miasto nie słyszało. 
Podłoga, na której stare, brudne dywany znajdowały swój spoczynek, obdrapane i dziurawe ściany, połamane szyby - wszystko to jeszcze do wieczora skryje się w szkarłatnej krwi. 
Rozejrzała się po tłumie. Kołowrót był tłoczny jak nie był od wielu księżyców. I to nie był przypadek.
— Chyba starość ci się wdarła w kości, Białozorze — zaczepił samotnika Melasa. — Jeszcze tylko brakuje, żebyś zaczął narzekać na głuchotę!
Betelgeza była ciekawa, czy Chwała powiedział Melasie o swoich planach. Byli w końcu partnerami i nie usłyszała żadnych plotek, jakoby to miało się zmienić. 
Wtedy do rzeczywistości przywróciło ją warknięcie Białozora. Niebieski samotnik nie był w nastroju na żarty.
— Zrób mi przysługę, Melaso, i przymknij swój mały pysk. Nie potrzebuję dziś słyszeć twojego szczebiotania.
— Na twoim miejscu byłabym ostrożniejsza ze słowami — miauknęła jakaś kotka. Blizna z inicjałem Entelodona zdobiła jej prawy bark.
Białozór natychmiast zwrócił się w jej stronę. Groźnie wyglądające, pomarańczowe oko, zmierzyło ją z tak płonącym gniewem, że nerwowe spojrzenia samotników wokół sugerowały, że tłum spodziewał się wywiązania się z tej małej konfrontacji walki.
— A kim ty jesteś, by mi grozić?
Podszedł krok do przodu - a był to krok dość chwiejny, zważywszy na uraz kocura, choć gwałtowny.
— Zabijcie ją.
Samotnicy z blizną przypominającą ptasie skrzydło na oku wyraźnie się zawahali. Każdy z nich doskonale widział znak kotki. I każdy najpewniej zastanawiał się, co sprawiło, że stary przywódca gangu zwariował na tyle, by atakować członka gangu Chwały. To było nie tylko głupie i ryzykowne, ale też zwyczajnie nielogicznie, biorąc pod uwagę sojusz, który ich wiązał. Nie pasowało do ostrożnego, subtelnego Białozora, który nie popełniłby tak fundamentalnego błędu.
A jednak. Najwyraźniej w istocie zwariował.
Betelgeza ledwo zdążyła się podnieść, a jego koty gwałtownie ruszyły do przodu, by zaatakować kotkę, która wcześniej ośmieliła się go urazić. Ledwo jednak zdążyły zrobić krok, a samotnicy, którzy budowali dotąd spokojny, niezainteresowany niczym tłum - najzwyklejszych klientów - rzucili się do gardeł kotom Białozora. Padły pierwsze ciała.
Betelgeza nie zdążyła zareagować, gdy coś pociągnęło ją do tyłu. Samotnik wgryzł się w jej futro, próbując dostać się do szyi. Poczuła cieknącą z grzbietu krew i ostry, przeszywający ból. 
— Jestem z wami — zdążyła tylko wysyczeć półgłosem do samotnika, który odskoczył od niej jak oparzony. Przez chwilę wydawał się nieufny, ale nie miał czasu na myślenie - zaraz został zaatakowany przez któregoś z kotów Białozora.
Walka ledwo się zaczęła, a już było widać zwycięzcę. Betelgeza odnosiła wrażenie, że wiele Białowron zmieniło strony, przyłączając się do samotników Chwały. Szala niezwykle szybko przechyliła się na stronę pana miasta. Autorytet i reputacja Białozora spadły tak bardzo, że niewielu samotników widziało sens trzymania jego strony. W mieście nie było lojalności. Każdy mądry wiedział, że zawsze należało trzymać z wygrywającymi. 
Zaatakowała pierwszego lepszego samotnika, który napatoczył jej się pod łapy. Gdy usiłował chwycić ją za szyję, gwałtownie odsunęła głowę, odbiła się łapami od ziemi i wylądowała tuż za nim, skacząc na niego od tyłu. Zanim zdążyła złapać go za kark, obrócił się i pazury wbiły się w okolice jej klatki piersiowej. Syknęła z bólu. Uderzyła kota w głowę swoim własnym czołem, a gdy został na chwilę ogłuszony, zacisnęła zęby na jego szyi i pociągnęła, rozrywając gardło na strzepy. Krew zbrukała cały jej pysk. Czuła jej zapach wszędzie wokół siebie. Czerwone plamy splamiły nieliczne pozostałe po Wyprostowanych meble. Ilość walających się w pomieszczeniu trupów zwiększała się z każdym kolejnym uderzeniem serca. Dźwięki okrzyków, szarpiących się kłów i pazurów dudniły jej w uszach echem. 
Nigdzie nie było widać ani Chwały, ani Dumy, ani nawet najmłodszego z synów. Po cóż mieliby sobie plamić łapy, gdy mieli tysiące, które zrobiłyby to za nich?
Usłyszała dziwny stukot i przepełniony bólem jęk. Znajomy głos, który natychmiast zdobył jej czujność i uwagę. W wirze walki ledwo zdążyła zobaczyć, jak Białozór, chroniony przez nielicznych swoich sprzymierzeńców, ciągnie po ziemi lichego, czarnego kota, tak osłabionego, że ciężko było rozpoznać w nim Jafara. 
Znieruchomiała. 
— Stój! — usłyszała krzyk Izydy, która zauważyła to samo. Nikt jednak nie słuchał; walka była tak samo szaleńcza i krwawa, jak do tej pory. Jej głos zginął pośród setek innych, podobnych głosów. 
Betelgeza zamknęła oczy, odmawiając patrzenia na tak żałosną, tak okropną śmierć jej własnego taty. Ale nie usłyszała krzyku.
— Dość — wybrzmiał ciężki głos. 
Gdy znów otworzyła oczy, zobaczyła stojącego na progu wejścia Dumę. Wszyscy samotnicy ucichli jak jeden mąż. Nikt już nie walczył. Wszyscy stali, a oczy wpatrzone były w niebieskiego kocura. Drugiego z synów Entelodona, którego spojrzenie można było przyrównać nawet nie do ogniska, a do całego pożaru. Dawno nie widziała u kogoś tak wielkiego gniewu.
Białozór podniósł głowę. Umorusany w gęstej krwi, biały pysk zawisnął nad gardłem Jafara. Nawet w mieście, nawet tu, gdzie nie istniały żadne normy i kodeksy, gdzie każdy chwyt był dozwolony, dobijanie kogoś, kto nie mógł się bronić, budziło tylko szok i pożałowanie. Przynajmniej w oczach Betelgezy. 
— Puść go. Niczego nikomu nie udowodnisz, zabijając kota, który już teraz wygląda jak trup.
Korzystając z tego, że wzrok vana skupił się na Dumie, spróbowała zakraść się do Białozora. Wiedziała, że Duma doskonale to widział, choć na nią nie patrzył; nie mógł ryzykować, że Białozór podąży za nią spojrzeniem i zdąży zareagować.
Cicho i bezszelestnie, jak mysz, wykonała krok do przodu. Tak, jak uczyła ją matka. Ale zaraz poczuła na sobie spojrzenie przywódcy Białowron.
— Jeśli któreś z was się zbliży, zginie.
Betelgeza rozejrzała się po tłumie skąpanych we krwi kotów. Każde z nich czekało na rozwój wydarzeń. Każde miało inne motywy, by trzymać po którejś ze stron. Część z nich, być może, miało swoje rodziny, czekające na ich powrót. Dostrzegła Izydę, która stała obok rudej kotki, z którą przed chwilą jeszcze walczyła. Teraz obie wpatrywały się jedynie w Dumę i Białozora, jakby w przeciągu uderzenia serca zapomniały o konflikcie. Bo nie należał do nich; w walkach nigdy nie było nic personalnego. Wszyscy starali się tylko przeżyć. Trzymać z tymi, którzy mogli zapewnić im bezpieczeństwo.
Potem przeniosła wzrok na Bluszcza. Dotąd nie widziała go nigdzie w tłumie. Ale teraz widziała doskonale. Stał tuż obok Białozora. Tam, gdzie otaczające go koło kotów znacząco się zawężało. Gdyby tylko nachylił się...
Ale nie był w stanie. Dobrze to wiedziała. Nie skrzywdziłby nawet muchy. 
Widziała nawet stąd, jak drżały mu łapy, jak szkliły się oczy. Niewyjaśnione emocje barwiły mu pysk. Nie był ranny, ale białe futro splamiło się krwią. Czy próbował leczyć rannych?
— Jeśli go zabijesz, umrzesz wraz z nim i całą resztą. Nie zostanie z tego miejsca nic — ciągnął Duma. — To mogę ci obiecać.
— Dawno już przestało mi na tym wszystkim zależeć — zaśmiał się kocur. Charknął, zadławił się i kaszlnął kilkukrotnie. Głos miał już słaby i zdarty. 
Wierna mu dwójka samotników, która stała przy jego boku, utrudniała zadanie. Sam stary, trójłapy kocur nie byłby ciężki do powalenia. Ale dopóki był chroniony, dopóty każdy atak mógł wiązać się z dużym ryzykiem. 
I wtedy Białozór otworzył pysk. Kły zawisły nad gardłem Białozora. Betelgeza wydała z siebie niekontrolowany krzyk. Rzuciła się do przodu, ale nie miała szans zdążyć, nim szczęka wyda z siebie trzaśnięcie, a ojciec zginie na zawsze. 
Wtedy zobaczyła biało-niebieskie futro Bluszcza migające jej przed wizją jej własnych oczu. Kocur, który dotąd stał sparaliżowany i niemal niezdolny do ruchu, z refleksem żmii i szybkością ptaka dopadł do Białozora i rzucił się mu na szyję. Źrenica w pomarańczowym oku przywódcy zdążyła tylko zmniejszyć się gwałtownie w wyrazie szoku i zaskoczenia, gdy zęby jej brata zacisnęły się na jego gardle. Krew rozprysła z rany i splamiła całą twarz rozdygotanego Bluszcza, który natychmiast podbiegł do Jafara.
Duma przepchnął się przez tłum oszołomionych samotników i dołączył do Bluszczu niemal od razu po tym, jak tylko ciało Białozora gruchnęło na ziemię. To samo zrobiły Betelgeza i Izyda. Niedługo dołączył do nich Klamerka.
— Jafar? — mruknął niebieski kocur.
I zaraz sapnął.
Z szyi Jafara sączyła się krew. Żył, choć oddech miał płytki i ciężki, a kałuża krwi z każdą kolejną chwilą tylko się powiększała. Czarny kocur spojrzał łagodnie na swoje córki i synów.
— Jestem... — wyrzęził, a zaraz zajął się gwałtownym kaszlem. — Jestem z was dumny — wyharczał, przymykając oczy z bólu, jakby każde kolejne słowo wymagało od niego ogromnych pokładów wysiłku. — Teraz... teraz możecie być wolni...
— Tato... — szepnął Bluszcz.
Wzrok Jafara podniósł się na Dumę. Otworzył pysk, jakby chciał coś powiedzieć swojemu miłemu, ale żadne słowo nie wydobyło się już z jego pyska. Nie zdążył powiedzieć Dumie ani słowa. Powieki mu opadły, a gdy znów się otworzyły, oczy były już matowe i zamglone. Zgasł w nich blask życia, zgasły emocje, pozostało tylko nieobecne, wpatrzone w dal spojrzenie.
Nie odwróciła wzroku od taty. Przytknęła czoło do jego szyi i oparła się tam, gdzie zadano mu śmiertelną ranę. Nie baczyła na krew, którą ponownie się splamiła. Ani na otaczających ich cały czas samotników. Była tylko ona i to ciało, w którym nie było już życia.
Niektórzy wierzyli w to, że po śmierci coś jest. Ale ona, tak jak większość samotników, nie wierzyła w nic. Wiedziała, że to był ostatni raz, kiedy go widzi. Wiedziała, że gdy tylko jego ciało spocznie pod ziemią, nie zobaczy go już nigdy. I nigdy już nie usłyszy jego głosu. Tak jak matka, odszedł, pozostawiając im na barkach wszystkie ziemskie sprawy i problemy. 
— Teraz odpocznie — westchnęła cicho.
Duma przycisnął głowę do głowy ukochanego. Jego oczy, zwykle płonące żywym żarem, teraz były łagodne. Nie powiedział nic. Nie uronił żadnej łzy, ale Betelgeza dobrze wiedziała, że śmierć Jafara załamała go prawie tak, jak jego własne dzieci. 
Nie zwróciła na niego spojrzenia, gdy wstał od ciała. Miała ochotę wydusić z siebie choć jedno pokrzepiające słówko, ale sama była zbyt skupiona na ojcu. Zbyt pogrążona w żałobie i zbyt oślepiona smutkiem, by choć na chwilę zwrócić swoją uwagę na coś poza leżącym przed nią ciałem. Przyłożyła głowę do jego brzucha, jakby w duchu łudząc się, że wyczuje puls lub poruszenie. Nic takiego jednak nie nadeszło. Ciało było nieruchome i sztywne jak skała.
Wtedy usłyszała przeraźliwy krzyk i głuchy trzask. Podniosła gwałtownie głowę, jakby wyrwana z transu.
Duma stał nad ciałem jednego z dwóch samotników, którzy ochraniali Białozora, gdy ten zabił ojca. Z pyska ciekła mu krew, która skapywała powoli z jego brody, przez klatkę piersiową na gładką podłogę. Wpatrywał się w drugiego z samotników, który cofnął się o krok. Drugi z synów Entelodona podszedł do niego bliżej, chwycił go za głowę i ukręcił mu kark jak byle królikowi. 
Odwróciła wzrok.
Cisza stała się przerażająco głośna. Duma odwrócił się i nie mówiąc nic, miał już wyjść. Betelgeza wstała na łapy.
— Co z sojuszem? — spytała. Głos mimowolnie jej drżał.
Kocur nawet na nią nie spojrzał.
— Pytasz się mnie? Jesteś przecież córką Jafara. To jest wasz spadek — miauknął. — Chwała będzie z wami współpracować.
Wyszedł. Za sobą zostawił jedynie krwawe odciski łap. 
Za nim odmaszerowali członkowie gangu Entelodona.
Betelgeza odwróciła się w kierunku ciała jej ojca. Rodzeństwo nie opuściło go na krok. Dopiero po dłuższej chwili Izyda i Klamerka odsunęli się od Jafara. Odciągnęli Bluszcza, który z trudem przełknął ślinę. Łapy wciąż miał rozdygotane i drżące. Wpatrywał się w kałużę krwi przed sobą. 
Podniosła wzrok i omiotła oczami wszystkie zebrane koty, które podlegały kiedyś woli Białozora. Wielu zostało zabitych. Spojrzała na pomieszczenie skąpane w krwi. Podłoga, ściany, nieliczne pozostałe meble. Stara kanapa. Odór krwi unosił się w powietrzu. Stawał się duszący i nieznośny. Widziała trupy i ciała. Gang stracił mnóstwo kotów.
— Wynieście ciała — podniosła głos. Postarała się opanować jego drżenie, by brzmiał pewnie i zdecydowanie. 
Czekała. Patrzyła na samotników, oczekując ich reakcji.
Wreszcie, parę kotów zaczęło stosować się do jej żądania. Wszechogarniającą ciszę powoli zaczęły znów opanowywać rozmowy - najpierw pojedyncze, a potem coraz to bogatsze w kolejne głosy. Kilku samotników zabrało jedno z ciał i zniknęło za progiem.
Betelgeza powstrzymała odetchnięcie ulgi, gdy inni samotnicy poszli w ich ślad. Zaakceptowali ich jako następców Białozora.
— Wszystko w porządku? — Wzrok Betelgezy skierował się na Izydę, gdy tylko usłyszała jej głos. Liliowa pochyliła się nad Bluszczem.
— Zabiłem kota.
Betelgeza przewróciła oczami.
— Ten kot zabił więcej niewinnych osób, niż ty kiedykolwiek widziałeś na oczy — miauknęła. — Bluszcz, do tysiąca szczurów i potworów, zabiłeś Białozora. Uratowałeś nas.
Spojrzał mętnie na ciało.
— Nie wszystkich.
— Zrobiłeś, co mogłeś — przekonywała go. Widziała, jak wpatrywał się w swoje zakrwawione łapy. — Nie obwiniaj się za tą śmierć. Ten zapchlony kawał mięsa zasłużył sobie na taki los. 
Jego ciało powinno być ucztą dla wron i kawek. 
Nie miała żadnej litości dla takiego potwora. 
Być może w nielicznych momentach, gdy z nim rozmawiała, faktycznie pokazywał swoją lepszą, skrytą stronę. Czasem nawet miała wrażenie, że widział w nich swoją rodzinę. Ale to nie zmazywało jego win. Koniec końców, aż po sam swój kres pozostał tym samym parszywym szczurem, hipokrytą i sadystą. Nie zasługiwał na to, by być podmiotem czyichkolwiek wyrzutów sumienia.
Obserwowała, jak i jego ciało zostało wyniesione przez grupę samotników. Nie tęskniła za jego widokiem.
Znów spojrzała na ojca. Na tatę. Może nigdy nie był idealny. Może wiele razy ich zawiódł. Nie był dobrym kotem. Wiedziała to. Nie mogła obwiniać tych, którzy go nienawidzili. Którzy pragnęli jego śmierci czy przychodzili na walki, by popatrzeć, jak cierpi. Jej ojciec był lichwiarzem, jak wielu samotników w mieście. Oszukiwał, wpędzał w długi, niszczył rodziny. Wielu doprowadził pewnie do szaleństwa. Gdyby nie urodziła się jego córką, wiedziała, że też by go nienawidziła.
Ale nie potrafiła go nienawidzić.
— Niedaleko Kołowrotu jest opuszczony ogród — miauknęła. — Tam go pochowamy. Należy mu się godny spoczynek.