— Cień? — Cichy, niepewny głos Jaśminowiec zabrzmiał w odległości lisiego ogona od łysego.
Zaraz potem kocurek, turlając się dalej, napotkał na swojej drodze stanowczą, nieustępującą przeszkodę. Wydał z siebie oburzony pisk i podniósł nie niezgrabnie, otrzepując sierść z brudu. Jego oczom ukazał się… inny kot.
Był całkiem wysoki, a jego budowa wzbudzała podziw. Długie kończyny, ogromne łapy, mocne, z pewnością silne barki… Ogółem był to ideał sylwetki dla Cienia. Futro porastające nieznajomego było w kremowym odcieniu, na grzbiecie nieco ciemniejsze, a w niektórych miejscach dało się zauważyć delikatnie zarysowane pręgi. Brązowe oczy spoglądały na kociaka z dziwnym błyskiem, a krótki ogon uderzył lekko o ziemię.
— Hmm… Kto tu mi się wpakował na łapy? — miauknął kot trochę przyjaźnie, trochę szyderczo, trochę z wyższością.
Łysy cofnął się o parę kroków i zadarł głowę, chcąc spojrzeć swojemu rozmówcy w oczy. Delikatnie się skulił, a jego ogon zadrgał nerwowo.
— Ja… Ja się bawiłem i cię nie zauważyłem. Przepraszam, nie chciałem.
W oczach kremowego zauważył iskierki pełne rozbawionej pogardliwości. Na jego pysk wstąpił zawadiacki, pewny siebie uśmiech.
— Chwila, czy to nie ty przypadkiem jesteś tym małym łysym kociakiem, który wywraca się co chwilę o własne łapy? Słyszałem o tobie!
Cień kilka razy otworzył i zamknął pyszczek, nie mogąc powstrzymać oburzenia. Chciał coś powiedzieć, zaoponować, ale nie wiedział, co ma uczynić, aby wypaść na pewnego siebie. Dlatego trząsł się ze wściekłości bezradnie, zastanawiając się, czy po prostu nie uciec… Jednak wtedy przecież zachowałby się jak mysie serce! Na szczęście już uderzenie serca później przy jego boku stanęła Jaśminowiec, dumnie wyprostowana i piorunująca spojrzeniem kremowego.
— Co ty powiedziałeś? — Powoli cedziła słowa, strosząc futro na karku. — Nigdy więcej się tak nie odzywaj do mojego brata.
Łysy dopiero teraz odzyskał jasność umysłu i był w stanie w ogóle cokolwiek powiedzieć.
— To, że nie mam futra, nic nie zmienia! Jestem taki sam jak wszystkie inne kociaki!
Nieznajomy nachylił się nad nim, patrząc wymownie swoimi brązowymi oczami.
— Naprawdę? Naprawdę tak myślisz?
— Chodź, Cień, idziemy. To nie ma sensu — parsknęła Jaśminowiec i skierowała się z bratem do żłobka.
* * *
Rokitnik-bury kocur o długich rzęsach i różowym nosie, mający dosyć suche poczucie humoru, sypiący ripostami, które trudno było w jakiś konkretny sposób zinterpretować i przekonany o swojej całkowitej racji.
Żagnica-prawie całkowicie biały osobnik, rzucający niezbyt ładnymi słowami na prawo i lewo, kompletnie nic nieczytający z mowy ciała innych.
No ale cóż, skoro Cierń ich lubiła… Może nie byli aż tacy źli, jak mu się wydawało? Może kocurek musiał ich bliżej poznać?
— A ty czemu się nic nie odzywasz? — parsknął Rokitnik.
Dopiero po chwili kocurek zorientował się, że ta niezbyt przyjazna wypowiedź była skierowana pod jego adresem, a więc podniósł na burego przepraszający wzrok.
— Wybacz. Trochę się zamyśliłem.
Poczuł na sobie spojrzenie matki, w którym dostrzegł dezaprobatę i westchnął w duchu, zły na samego siebie. Trudno mu było skupić się na nudnej, nieprzyjemnej rozmowie, kiedy cały czas zastanawiał się nad wcześniejszym spotkaniem z kremowym kotem, który według Jaśminowiec nazywał się Len. Czy naprawdę bycie łysym to… coś złego?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz