Szylkretka wpatrywała się w ucznia. Jej czujne uszy wyłapywały każde jego słowo, jednak serce próbowało je wyprzeć. Z każdym kolejnym miauknięciem uśmiech stopniowo znikał z pyska wojowniczki. Widząc, jak kocurek mówi to wszystko szczerze, jak przebiera łapami ze stresu, Czereśniowy Pocałunek czuła, jak ściska ją w piersi. Spojrzała na bukiet od Szałwika z niezrozumiałymi emocjami w oczach. Niebieskie kwiatki zdawały się migać, jakby znikały na jej oczach. Mózg Szylkretowej robił wszystko, by wyprzeć tę sytuację z istnienia. Błagała, by to był tylko sen. By to nie była prawda. Serce łomotało jej w piersi, a łapy ledwo widocznie drżały. Jej gęste futro było nastroszone, a chwilę potem zmierzwił je nagły podmuch wiatru. Wyglądało jak przerażające fale oceanu, gotowe zniszczyć wszystko na swojej drodze. Dreszcz przeszedł od jej łap aż po samo serce, gdzie zdawał się zatrzymywać, specjalnie drażniąc kotkę. Mimo nadchodzącego ciepła teraz było jej zimno. Czuła się, jakby ziemia chwytała ją za łapy i wciągała do bagna. Nigdy nie spodziewałaby się takiej sytuacji. W jej sercu nie pojawił się nawet cień romantycznych uczuć do kogokolwiek. Kotka nawet o tym nie myślała — jej zdaniem nie trafił się jeszcze nikt taki. A jednak... Może jej serce biło szybciej przy jednej z księżniczek? Ale czy tak samo zachowywałoby się dla księcia? Kochała Szałwiową Łapę. Ten kocurek był dla niej jak brat. Kochała go tak, jak powinna kochać Kunią Łapę, ale nigdy nie była z nią blisko. Uwielbiała spędzać czas z młodszym i uczyć go nowych rzeczy. Nawet ciche siedzenie obok siebie dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Czereśniowy Pocałunek zbudowała w Szałwiku swój bezpieczny azyl, który teraz runął jak wieża z klocków. Nigdy nie pomyślałaby o Szałwiku jako o romantycznym partnerze. Ale nie chodziło tylko o niego. Wojowniczka nigdy nie czuła, że podobają jej się książęta. Zawsze zwracała uwagę raczej na księżniczki. Rozmawiając z samcami, czuła się po prostu dobrze — jak przy przyjacielu czy bracie. Nigdy nie pomyślałaby, że ktoś mógłby ją pokochać. Że Szałwik mógłby ją pokochać. Nie mieściło jej się to w głowie. Nie chciała niszczyć ich przyjaźni, ale nie chciałaby też czegoś więcej. Czuła się jak mysz uciekająca z własnej norki. Mogła w niej zostać i zniknąć, zasypana ziemią, albo mogła uciec i zginąć z łap drapieżników, bo nie miałaby już schronienia. Przez głowę Czereśniowego Pocałunku przelatywało tysiące myśli. Nie wiedziała, co zrobić. Nic nie mówić? Po prostu spojrzeć na niego wymownie? Nie, to nie wchodziło w grę. Czy Szałwiowa Łapa nadal będzie chciał być jej młodszym, niepisanym braciszkiem? Czy jednak stanie się jej wrogiem? A jeśli powie mu, że go nie kocha… czy znienawidzi ją za to? Czy cały klan odwróci się od niej? Ale przecież nie mogła być z nim w głębszej relacji. Nie wytrzymałaby tego. Na samą myśl o dzieleniu z Szałwiową Łapą czułości jej ciało drżało. Mogła myć mu futerko. Mogła spać obok niego. Ale tylko wtedy, gdy był to wyraz czystej, przyjacielskiej więzi. Robienie tego samego ze świadomością, że kocur czuje do niej coś więcej… to ją przerażało. Czy było coś z nią nie tak? Dlaczego nie czuła tego samego? Przecież lubiła spędzać z nim czas. Był miły, kochany. Był jak promyczek w jej życiu. A jednak... nawet nie potrafiła powiedzieć, czy był przystojny. Był uroczy, ale... Szylkretka nie była pewna, czy w ogóle umiałaby powiedzieć o jakimkolwiek wojowniku, że jest przystojny. Nawet ci najbardziej oblegani książęta nie wydawali jej się atrakcyjni. To nie była wina Szałwika. To nigdy nie była jego wina. W jej głowie biegały obrazy rozżalonego pyska przyjaciela. Czuła jego łzy na swojej skórze, jakby wypalały w niej dziurę prosto do serca. Ale nie były w stanie do niego dotrzeć. Nie ważne, ile uśmiechów, ile wspólnych chwil by przeżyli – nigdy nie pokocha go w taki sposób, w jaki on by tego chciał.
W końcu jej natłok myśli musiał zostać przerwany. Mimowolnie uniosła głowę znad kwiatów i spojrzała na kocurka. Wydawało się jej, że trwało to całe godziny, a minęło zaledwie kilka uderzeń serca, odkąd Szałwiowa Łapa skończył mówić. Kocurek patrzył na nią swoimi morskimi oczami. Jego szare futro zdobiły delikatne rumieńce, a pyszczek przyozdabiał uśmiech. Ten sam uśmiech, który Czereśnia widziała po raz pierwszy, gdy go poznała. Ale gdy tylko ich spojrzenia się spotkały — uśmiech ucznia natychmiast znikł. Czereśniowy Pocałunek patrzyła na niego z żalem w oczach. I niczym więcej. Nie czuła złości. Nie czuła obrzydzenia. Jak mogłaby czuć coś takiego wobec niego? Cała ta odraza… była skierowana ku niej samej. Czuła, że gdy tylko się odezwie, stanie się kimś godnym jedynie Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Że tam właśnie trafi po śmierci. I że utonie w łzach Szałwiowej Łapy — łzach, które zaraz miały popłynąć z jego oczu. Zamrugała dwa razy, próbując odegnać własne łzy, zbierające się w kącikach jej oczu. Już wiedziała, że kocurek powoli zaczyna rozumieć, co zaraz usłyszy. A mimo to wciąż czekał. Czekał w milczeniu, aż to ona pierwsza się odezwie.
— Szałwiowa Łapo, ja… — urwała, próbując zebrać myśli. Przełknęła gulę, która narastała w jej gardle, jakby jej własne ciało chciało powstrzymać ją przed wypowiedzeniem tych słów.
— Ja… nie kocham cię tak, jak ty kochasz mnie — powiedziała w końcu, patrząc na ucznia.
Jej zdrowe ucho drgnęło. Usłyszała trzask. Czy to właśnie dźwięk łamiącego się serca Szałwika? Mimo to musiała mówić dalej. Musiała wyjaśnić wszystko jak najlepiej, choć wiedziała, że niezależnie od tego, co powie, ich relacja nigdy nie będzie już taka sama.
— Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Jesteś dla mnie jak brat. Lubię spędzać z tobą czas. Uwielbiam twój uśmiech, jesteś moim promykiem słońca… ale nie potrafię pokochać cię w taki sposób, w jaki ty kochasz mnie — jej głos był pełen żalu. Opuściła głowę. Nie chciała widzieć wyrazu jego pyszczka.
— Em… to znaczy… wszystko w porządku! Nic nie szkodzi, możemy być przyjaciółmi! — wydukał kocurek, walcząc z łzami. Wstał na łapy i zaczął ugniatać trawę, jakby szukał w niej oparcia.
— Przykro mi, Szałwiowa Łapo… Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz — wymruczała, zerkając na niego spojrzeniem pełnym żalu, ale i cichej nadziei.
— Wiesz… właśnie sobie przypomniałem, że miałem pomóc… mojej mamie! Pogadamy później! — rzucił chaotycznie i szybko cofnął się o krok.
Obrócił się na pięcie i ruszył szybkim krokiem, byle dalej. Jak najdalej od Czereśni. Jak najdalej od tej sytuacji. Wojowniczka patrzyła za nim, ale on już się nie odwrócił.
Długo siedziała samotnie nad rzeką. Wpatrywała się w bukiet, który jej zostawił, oraz w miejsce, gdzie przed chwilą siedział. Trawa wciąż była tam ugnieciona. Czuła, jakby świat na chwilę zamarł. Jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Czy wrócić do obozu? Czy może po prostu zostać tutaj na zawsze, pozwolić, by mech ją pochłonął? Ale wiedziała, że nie może. W końcu się podniosła, wzięła w zęby wiązkę kwiatów i ruszyła w stronę obozu. Gdy dotarła na miejsce, wślizgnęła się do legowiska i usiadła na swoim posłaniu. Nie czuła nigdzie świeżego zapachu Szałwiowej Łapy. Czyżby jeszcze nie wrócił? Westchnęła cicho i położyła pyszczek na bukiecie. Zamknęła oczy.
<Szałwiowa Łapo, przepraszam…>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz