Nie pamiętała drogi powrotnej z Sadzawki. Nie pamiętała dotyku zimnego kamienia pod łapami, nie zauważyła też, kiedy zamienił się on w gilgotanie wilgotnej trawy. Zimny wiatr, który dął przez polany, mimo że szargał jej futro, nie wydawał się być żadnym utrapieniem. Nie zanuciłaby porannego śpiewu sierpówki, która przysiadła przy wejściu do Sekretnego Tunelu; nawet jeśli był to jej popisowy utwór. Wszystkie doczesne, wszystkie przyziemne rzeczy straciły dla Ćmiego Księżyca jakiekolwiek znaczenie. Choć została uznana przez medyków innych klanów za pomyloną, za zabłąkaną heretyczkę, za początek zguby Klanu Klifu, wszystko przelatywało jej koło ucha. Ciężko było uwierzyć, że tak wiecznie zestresowana kulka nerwów, którą była medyczka, teraz stąpała pewnie, pewniej niż gdy prowadziły ją widzące oczy. Każdy krok był stabilny, każdy ruch naturalny i bez kropli zawahania. Szła pierwsza. Szła prowadzona szeptami Klanu Gwiazdy. Czuła za sobą obecność Liściastego Futra i jej siostry.
Ah... Jej siostrzyczka...
Zaćmienie w końcu zakończyła szkolenie. Myśl o radości, która teraz pewnie wypełnia szylkretkę, pomagała jej pozostać myślami tam, gdzie było ciało. Jej imię było piękne. Pasowało do kotki i idealnie ukazywało to, jaka jest; jej wygląd, jej charakter. Była wspaniałą medyczką, a może być jeszcze lepszą. Ćma wiedziała, że świat stoi przed nią szerokim otworem. Ciekawe co ona ujrzała podczas snu z Klanem Gwiazdy...
Starsza asystentka za to wydawała się iść jako ostatnia; jej kroki były niemal poza zasięgiem słuchu srebrnej. Szurała łapami wymęczona, nie odezwała się ani razu od kiedy opuściły święte miejsce. Żadna z nich się nie odezwała. Cisza zawisła nad nimi, mieszając się z poranną mgłą, która powoli tworzyła w powietrzu mleczny, półprzeźroczysty dym. Wchodziła do ich ciał przy każdym wdechu, nawilżając, a nawet boleśnie chłodząc wnętrze nosa. Każdy haust był powolny i męczący; nikt nie chciał wydać żadnego dźwięku. W takiej atmosferze dotarły w końcu do obozu, który zaczynał budzić się do życia. Nagle u jej boku znalazła się Listek. Poczuła jej ciepły bok i gibki ogon, oplatający powoli jej pokaźną kitę. Obróciła niewidzący pysk w jej stronę.
— O-ostrożnie, pomogę ci wejść — wyszeptała nieśmiało, jakby nie wiedząc, jak dokładnie ma się obywać z dawną uczennicą. Była spięta, a momentami nawet wydawała się trząść. Jej łapy były jak z chmur; znacznie bardziej niepewnie niż te ślepej kotki.
Ćma chciała powiedzieć, że nie potrzebuje eskorty, ale poczuła, że nie ma ani siły, ani nawet faktycznej ochoty, aby się odezwać. Postanowiła więc milczeć dalej i dać się prowadzić po wilgotnych kamieniach. Od tyłu o jej bezpieczne dotarcie na górę dbała siostra. Kroczyły powoli, ostrożnie; nawet z dobrym wzrokiem łatwo było o wypadek. Wodospad znów już płynął, ale chłód zamieniał rozpryskiwaną na kamieniach wodę w lustrzaną taflę lodu. Kiedy jego szum pozostawiły za sobą, srebrna delikatnie wyplątała swój ogon; chciała odejść, chciała w spokoju pomyśleć. Szybko jednak otoczyły ją szepty, które po chwili przemieniły się w zwyczajne głosy, a nawet jeden krzyk. Powinny wrócić, zanim zbudzi się klan...
— Obudźcie Liściastą Gwiazdę! Gdzie jest Judaszowcowy Pocałunek?! — Głos należał do Gasnącego Promyka, która krzątała się wokół nich. Chociaż bladooka nie widziała jej przerażonego pyska, po samym tonie i dźwięku niespokojnych łap mogła poznać stan, w którym znajdowała się starsza. W końcu dobiegł do niej zaspany głos babki.
— C-co się dzieje? Skąd ta wrzawa tak wcześnie o poranku? — wydukała, ale szybko dotarła do źródła zamieszania. Na widok zasnutych mgłą oczu wnuczki, a także niespokojnego obycia wszystkich dookoła, w tym, gdzie było to najbardziej widoczne, u pozostałej pary medyczek, serce zaczęło jej walić w piersi, a oddech przyśpieszył. — Na Najświętszy Klan Gwiazdy... — wyszeptała pod nosem. — Co wydarzyło się w Sadzawce? — Tutaj zwróciła się bezpośrednio do Liściastego Futra, która wydawała się chcieć jedynie zapaść się pod ziemie.
— J-ja nie wiem, Liściasta Gwiazdo... Ćmi Księżyc obudziła się po śnieniu i- — Słowa ugrzęzły jej w gardle. Na szczęście nikt nie musiał tłumaczyć już tego, w czym nie brali udziału.
— To dar. — Słowa, które wyleciały z pyska srebrnej były pewne i twarde. Nikt jeszcze nigdy nie słyszał, aby ta niepewna, nieśmiała istota powiedziała coś z takim przekonaniem.
— Co to za raban? — Nagle zza kamienia wyszedł zirytowany zastępca, który dopiero co zdążył zasnąć po nocnym patrolu. Jedno oko wciąż miał ledwo otwarte.
— Synu! Błagam, podejdź tu! — jęknęła liderka, czepiając się czekoladowego, jakby to ona była jego kociakiem. Pomarańczowe ślepia kocura wbiły się w siostrzenice. Za powierzchownym zdziwieniem widać było fascynacje. — Ah! Gdzie moja córka?! Gdzie moja Bożodrzew? Niech ją ktoś wybudzi! — wołała dalej, ale wszyscy byli zbytnio zajęci przyglądaniem się całej sytuacji.
— Na Wielkich Przodków... Ćmo... — wydukał Judaszowiec. W jego głosie nie było strachu. Wiedział od samego początku. Gdyby chodziło tylko o jego osobę, medyczka nawet nie musiałaby wyjaśniać
— Zostałam obdarowana przez Klan Gwiazdy — zaczęła, a jej pusty wzrok przeszywał po kolei nieosnute płaszczem snu koty. — Choć to, co doczesne nie jest już dla mnie widoczne... To widzę więcej. — Ostatnie słowa skierowała prosto do babki, której rozedrgane ciało czuła przed pyskiem. Postać kotki była jak dygocząca gwiazdka, jak skierka, która, chociaż powinna jaśnieć jak tysiące słońc, jest jedynie świetlikiem.
— Ah... Więc to tak... — wydukała przywódczyni i nagle rozjaśniała. Z pyska wydarł jej się śmiech. Koty patrzyły na nią z szokiem. — A więc jesteśmy uratowani... Klanie Klifu! Zostaliśmy obdarowani najwspanialszym okazem miłości! Ćmi Księżyc jest chodzącą oznaką, że Gwiezdni kochają nas, że się o nas troszczą!
Asystentka chciała zaprzeczyć. Chciała powiedzieć to, co usłyszała nie tylko tej nocy, ale i podczas ceremonii nadania żywotów, w której dano jej uczestniczyć. Poczuła jednak ogromne zmęczenie i znudzenie tym wszystkim. Wymijając bez słowa babkę i wuja, ruszyła w stronę legowiska. Chciała jedynie odpocząć. Może i nie widziała pysków, które wykrzywiały się w jej stronę ze strachem, ale gwiazdy, które pojawiały się na miejscach kotów, raziły ją w "ślepia".
* * *
Siedziała w składziku. Aromat ziół przeszywał jej pozostałe zmysły, koił i uspokajał. Oddychała głęboko, czując na języku smak najmocniejszych z roślin. Nagle doszedł do niej odgłos przy wejściu. Zapach był tak przytłaczający, że nie umiała rozpoznać, kto właśnie wszedł do lecznicy. Nie wiedziała, dopóki nie usłyszała.
— Żeby też klan został nagle bez żadnej medyczki, psia mać... — wyszeptał, niemal sycząc, Judaszowcowy Pocałunek. Ćma, niczym cień, wyłoniła się zza kamiennej ściany. Pomarańczowe ślepia złagodniały. — Oh... Byłem pewny, że pozostałaś wraz z pozostałymi przy zmarłej — powiedział, kiedy to medyczka bez słowa zbliżyła się do wuja. Nie musiał nic mówić; ona wiedziała, wiedziała w środku, co jest nie tak. W skierce, która go reprezentowała, wszystko było zapisane. — Gdy kopałem pochówek ujechała mi ła-
— Wiem. — rzuciła, dotykając sztywnej kończyny. Kocur syknął pod nosem. Złapała przednią nogę między swoje łapy, a nosem dotknęła barku. Jednym nagłym ruchem szarpnęła nią w swoją stronę, a staw wskoczył na swoje miejsce z odgłosem chrząknięcia, który słyszalny był jedyne dla niej, trzymającej pysk niemal przy kości Judaszowca. Czekoladowy nie miał nawet czasy, aby wydać z siebie jęk bólu. Stanął, sprawdzając, czy wszystko jest już w porządku.
— Skąd? — wydukał, patrząc spod brwi na kotkę.
— Widzę... Ale inaczej. Nie opiszę tego. To byłaby... Zniewaga — wyszeptała, a następnie cicho wsunęła z powrotem do składziku.
Wyleczeni: Judaszowcowy Pocałunek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz