BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szałwiowe Serce x Borówkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szałwiowe Serce x Borówkowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

25 grudnia 2025

Od Borówkowej Słodyczy CD. Szałwiowego Serca

Borówkowa Słodycz słuchała go w milczeniu, nieruchoma niczym cień rzucony przez stare drzewo, które widziało już zbyt wiele burz, by reagować na każdą kolejną. Jego słowa spływały po niej ciężko, osiadając w sercu warstwa po warstwie, aż trudno było odróżnić, co boli bardziej — jego skrucha czy wspomnienia, które bezlitośnie rozbudzał. Widziała, jak drżą mu łapy, jak łamie się w nim coś głębokiego i kruchego, lecz współczucie, które kiedyś przyszłoby naturalnie, teraz nie potrafiło przebić się przez mur gniewu i żalu.
Jej niebieskie oczy zabłysły chłodnym światłem, gdy wpatrywała się w kocura, jakby w tym spojrzeniu odbijały się wszystkie niewypowiedziane myśli, które nosiła w sobie od wielu księżyców. Czas płynął nieubłaganie, zmieniały się pory roku, noc ustępowała dniowi, a jednak wspomnienie śmierci Pluskającego Potoku nie blakło ani na chwilę — tkwiło w niej jak cierń, którego nie sposób było wyrwać bez rozdarcia serca. Pamiętała zbyt dobrze słowa Szałwiowego Serca, wypowiadane z czystym przekonaniem, gdy tłumaczył jej, że to jedyne możliwe wyjście, że ofiara była konieczna, że dobro klanu wymaga takiego wyboru. Wtedy jeszcze próbowała wierzyć, że mówi to z ciężkim sercem. Teraz wiedziała, jak bardzo się myliła.
Obraz tamtej nocy wciąż powracał w jej myślach — walki, w której nie padł ani jeden cios pazurem, a jednak była brutalniejsza niż niejedna bitwa. Starcie słów, spojrzeń i oskarżeń, w którego to centrum znajdował się Plusk. Nikt nie chciał go bronić. Nikt, poza nią. Jak uparty, niemal poległy rycerz, wciąż i wciąż podnosiła głos w jego obronie, wiedząc, że każda kolejna próba oddala ją od reszty klanu. Broniła wuja, gdy inni już wydali wyrok, gdy pragnienie krwi było silniejsze niż wątpliwości.
A potem zapadła decyzja. To właśnie Szałwiowe Serce został wyznaczony na wykonawcę wyroku — na kata. W tamtej chwili coś w niej pękło. Szacunek, który kiedyś wobec niego czuła, rozsypał się bezpowrotnie, jak glina pod zbyt mocnym naciskiem. Już wtedy nie chciała mieć z nim nic wspólnego, unikała jego spojrzeń, jego obecności, jego głosu. Lecz to, co czuła teraz, po tym jak prawda wypłynęła na światło dnia, było czymś znacznie gorszym niż niechęć. Była to chłodna, martwa pustka, w której tlił się jedynie palący, cichy gniew.
— Pomyśleć, że jesteś księciem — powiedziała, a w tych słowach brzmiała gorzka ironia. — Że to właśnie ty reprezentujesz nasz klan przed innymi. Dziwię się, że wciąż nosisz znak lotosu. Dziwię się, że nikt nie zmył go z ciebie razem z resztkami honoru.
Jej spojrzenie stało się ostrzejsze, jakby każde kolejne słowo było precyzyjnie wymierzonym ciosem.
— Bo w moich oczach nie zasługujesz na takie wyróżnienie — ciągnęła. — Nie różnisz się niczym od kota, którego zabiłeś własnymi pazurami. Tyle że on umierał cierpiąc, a ty… Ty żyłeś dalej, wciskając wszystkim kit dla własnej wygody. Obojętny na to, że Klan Gwiazdy zawsze widział twoje grzechy i że prędzej czy później pokaże je nam wszystkim.
Poczuła, jak jej pierś zaciska się boleśnie, jakby ktoś niewidzialny ścisnął ją w żelaznym uścisku.
— Wstyd i żal — powtórzyła w końcu cicho, a jej głos był zaskakująco spokojny, niemal pusty. — To piękne słowa, Szałwiowe Serce. Łatwe do wypowiedzenia, gdy wszystko już runęło.
Zrobiła krok w bok, przerywając bezpośrednią linię między nimi, jakby potrzebowała oddechu, przestrzeni, dystansu. Jej ogon drgnął nerwowo, a spojrzenie powędrowało ku mrokowi lasu.
— Wiesz, co boli najbardziej? — ciągnęła po chwili. — Nie to, że złamałeś kodeks. Nie to, że oszukałeś klan. Nawet nie to, że Pluskający Potok zapłacił za słowa zwykłego zdrajcy najwyższą cenę. — Tu jej głos zadrżał po raz pierwszy, zdradzając pęknięcie w pancerzu. — Najbardziej boli to, że pozwoliłeś nam wierzyć. Że patrzyłeś mi w oczy i mówiłeś o sprawiedliwości, o lojalności, o zdradzie… wiedząc, że sam stoisz po tej stronie, przed którą tak gorliwie ostrzegałeś.
Odwróciła się znów ku niemu, a w jej oczach nie było już ognia — tylko głęboka, męcząca pustka. Wojowniczka zamilkła, pozwalając, by cisza dopełniła to, czego nie musiała już mówić.



<Szałwiowe Serce?>

22 grudnia 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Borówkowej Słodyczy

Zachwiał się na drżących łapach już w chwili, gdy Borówkowa Słodycz zaczęła stawiać ku niemu kroki. Wpatrywał się w nią w ciszy, gdy ta syczała bolesne wyrzuty. Na osty i ciernie, miała pełną rację. Mówiła dokładnie to, co gnębiło go w myślach codziennie od prawie dwóch księżyców. Był straszny. Był okropny. Był królem hipokrytów.
Nagle szarpnął głową w bok, zamykając oczy. W tej samej chwili westchnął głęboko. Nie wiedział, co powiedzieć. Nawet jeśli jeszcze wyglądał na opanowanego, od wewnątrz jego serce dygotało. Pierś próbowała zapaść się w sobie. Czuł, że zamiast odpowiedzieć, zwymiotuje.
— Ja... Nie wiem — odpowiedział cicho, właściwie mówiąc prawdę. Nie wiedział, dlaczego kontynuował relację ze Źródlaną Łuną, gdy miał pełną świadomość, że to nie mogło wyjść. Klan Gwiazd stawiał jasne zasady. Dlaczego przy tylu zawahaniach dalej w to brnął, przekonując się, że będzie dobrze? Dlaczego ignorował kodeks? Dlaczego nie widział tych czarnych chmur zagłady, które nacierały na nich od samego początku? Byli skazani na klęskę od pierwszego spojrzenia. A jednak tego nie zakończył. Łudził się, że będzie inaczej. Przez chwilę myślał nawet, że Gwiezdni ich popierają. Jak głupi musiał być. Zawsze tak kończył. Zawsze.
"Niefortunność to jedno, przypadki chodzą po kotach... U ciebie jednak zdaje się, że od urodzenia deptały ci po piętach, rzucając raz po raz kłody pod nogi, by w końcu uderzyć." — Słowa Pluskającego Potoku dźwięczały mu w uszach. Skrzywił pysk. 
— Przepraszam — powiedział nagle po chwili ciszy, z powrotem spoglądając na Borówkę. — Wiem, jak bardzo cię zawiodłem. Cały klan zresztą, nie tylko ciebie. Nie mam jak się z tego wytłumaczyć. Ale chcę, byś wiedziała, że niczego w całym swoim życiu nie żałowałem bardziej. Nigdy nie chciałem skrzywdzić Klanu Nocy, przysięgam! To był egoizm. To był straszny błąd. Musisz mi uwierzyć, że jedynym, co czuję, jest wstyd. Żałuję. Tak bardzo.
Czuł, jak żebra wgniatają mu się w serce z każdym kolejnym słowem, w którym wyrzekał się Łuny. Jednocześnie wiedział, że było to poprawne, a z drugiej zastanawiał się, jak on tak mógł. Czy ich wyznania, ich spotkania, ich płomienne uczucie znaczyło tak niewiele, jeśli potrafił bez zająknięcia przyznać, że go żałował? A może nawet nie tylko przyznać? Może to zaczynało być szczere? Może naprawdę miłość zdołał przemienić już w skruchę?
Mógł dużo znieść, lecz porównanie do Pluskającego Potoku to było już za dużo. Otworzył pysk, jakby chciał coś dodać... I zrezygnował. Nie potrafił się z nią kłócić. Nie potrafił już stanąć przed żadnym współklanowcem i zrobić czegokolwiek, co pokazałoby jego wyższość, nawet jeśli chodziło o zwykły kontrargument w dyskusji. Czuł się teraz wszystkim podległy. Był zbitym psem z podkulonym ogonem bez prawa do odszczeknięcia. To była jego kara nałożona przez siebie samego. Jedynie wbitym w kotkę spojrzeniem próbował przekazać myśl – przynajmniej jego zdrada nie doprowadziła do śmierci ukochanej i ich dziecka.

<Borówkowa Słodyczy?>

21 grudnia 2025

Od Borówkowej Słodyczy CD. Szałwiowego Serca

Borówkowa Słodycz trwała w bezruchu, niczym figura wyrzeźbiona z ciszy, pozwalając, by noc osiadała na niej warstwami — chłodnym powietrzem muskającym wibrysy, zapachem wilgotnej ziemi, szeptem traw uginających się pod łagodnym naporem wiatru. Nad jej głową niebo rozpościerało się szeroką, granatową kopułą, w której gwiazdy migotały jak drobne, srebrzyste okruszki rozsypane nieuważną łapą przez sam Klan Gwiazdy; każda z nich zdawała się drżeć własnym, odległym światłem, obiecując spokój, odpoczynek oraz opiekę. Wiatr, łagodny i powściągliwy, sunął po polanie niczym cichy zwiastun snu, delikatnie szargał jej futro, wślizgiwał się pomiędzy włosy na karku i uszach, niosąc ze sobą obietnicę ukojenia — obietnicę, którą Borówkowa Słodycz odrzucała z gorzką świadomością.
Im dłużej wpatrywała się w rozgwieżdżone sklepienie, tym bardziej czuła, jak ciężar dnia osiada jej na powiekach, czyniąc je lepkimi, nieposłusznymi, a mięśnie — dotąd napięte jak struny — zaczynały powoli ustępować zmęczeniu. Sen czaił się tuż za granicą jej myśli, kuszący, niemal natarczywy, lecz ona znała prawdę zbyt dobrze, by pozwolić sobie na chwilę słabości. Wiedziała, że nie zaśnie — nie tej nocy, nie w tej chwili, nie wtedy, gdy zaledwie kilka ogonów od niej znajdował się ktoś, kogo obecność rozrywała jej spokój niczym cierń wbity głęboko w łapę.
Gorycz i niedowierzanie mieszały się w jej piersi, gdy po raz kolejny zadawała sobie to samo pytanie, powracające uporczywie jak echo w pustej jaskini: dlaczego właśnie on? Dlaczego spośród tylu wojowników, zdolnych i godnych zaufania, to jemu przypadło miejsce u jej boku podczas nocnej warty? Czy naprawdę los nie mógł okazać się łaskawszy, wciągając w tę powinność kogokolwiek innego, kogokolwiek, kto nie nosił na sobie ciężaru zdrady? Przecież Szałwiowe Serce… Przecież to jego pazury pozbawiły życia Pluskający Potok. Zabił członka jej rodziny, a przedtem przekonywał ją, że to była jedyna słuszna opcja. Sama myśl o tamtym czynie sprawiała, że serce Borówkowej Słodyczy zaciskało się boleśnie, a w jej wnętrzu rodził się lodowaty dreszcz, pełen strachu i gniewu zarazem. Jak mógł? Jak ktokolwiek mógł posunąć się tak daleko? I jeszcze tamta klifiaczka… Spotykał się z kotką należącą do innego klanu. Był zdrajcą!
Kątem oka, niemal wbrew sobie, zerknęła na towarzysza warty. Sylwetka pointa rysowała się ciemno na tle jaśniejszej trawy, nieruchoma, przygarbiona, jakby noc przygniatała go własnym ciężarem. Jego morskie, niebiesko-zielone oczy — zwykle czujne, bystre — teraz utkwiły się w ziemi z uporem, który zdradzał więcej niż tysiąc słów, jakby bał się unieść wzrok ku gwiazdom, ku niej, ku czemukolwiek, co mogłoby przypomnieć mu o swoich grzechach.
Gniew uderzył w nią nagle, gwałtownie, niczym fala wezbranej rzeki, która po cichu gromadziła siłę, by w jednej chwili wylać się poza brzegi. Borówkowa Słodycz poczuła, jak gorąco rozpala jej wnętrze — od samego dołu brzucha, poprzez ściśniętą klatkę piersiową, aż po koniuszki uszu, które zdradziecko zapiekły pod naporem emocji. Jej oddech stał się płytszy, cięższy, a serce biło z taką intensywnością, jakby próbowało wyrwać się z piersi i krzykiem wyrazić to, czego ona sama nie była jeszcze w stanie ubrać w słowa.
Zerwała się z miejsca i ruszyła w jego stronę, stawiając kroki twardo, niemal agresywnie, jakby każdy z nich miał za zadanie przybić ją do tej chwili i odebrać możliwość odwrotu. Gdy stanęła przed kocurem, uniosła wzrok i zmierzyła go spojrzeniem chłodnym, ostrym jak szlifowany kamień, w którym czaił się cichy, duszący gniew — gniew tym bardziej niebezpieczny, że dotąd trzymany był głęboko pod powierzchnią. Zwykle nie była taka. Zwykle potrafiła przełknąć ból, zacisnąć zęby, znaleźć w sobie siłę, by wybaczyć nawet wtedy, gdy serce krwawiło w milczeniu. Przebaczenie było jej tarczą, sposobem na przetrwanie. Lecz teraz… teraz wiedziała z przerażającą jasnością, że istnieją rany, których nie da się zagoić samą wolą.
— Jak mogłeś, Szałwiowe Serce? — syknęła, a jej głos, choć napięty od gniewu, drżał niebezpiecznie, przesycony desperacją i czystą, palącą goryczą. Każda sylaba zdawała się ranić ją samą, rozdzierać wspomnienia, które jeszcze niedawno próbowała uporczywie chronić. — Jak mogłeś pozwolić mi uwierzyć, że śmierć Pluska była jedyną słuszną decyzją… że to on był największym z problemów…
Słowa ugrzęzły jej w gardle, więc przerwała, odwracając na moment pysk, by zaczerpnąć powietrza. Chłodna noc nie przyniosła jednak ulgi — wręcz przeciwnie, zdawała się wdzierać w jej płuca ostrymi igłami, potęgując ból i chaos w myślach. Przymknęła oczy na ułamek sekundy, a gdy je otworzyła, było w nich coś nowego: surowa, bolesna jasność, pozbawiona złudzeń.
— Jak mogłeś pozwalać sobie na bezkarne zadawanie śmierci, jak mogłeś zabijać "zdrajców" — kontynuowała, tym razem ciszej, lecz z naciskiem, który sprawiał, że każde słowo brzmiało jak wyrok — gdy jedynym zdrajcą… byłeś TY?


<Szałwiowe Serce?>

Od Szałwiowego Serca CD. Borówkowej Łapy (Borówkowej Słodyczy)

gdy Borówkowa Słodycz była uczennicą
Pomimo poważnego tonu uczennicy, nie potrafił powstrzymać delikatnego parsknięcia. Nie brzmiało jednak jak przejaw wyśmiewania się z problemów, z których właśnie mu się zwierzyła, a raczej pokazanie, że nie były tak poważne. Można było je łatwo przepracować. Borówkowa Łapa nie miała czym się martwić.
— Och, przestań. Masz jeszcze dużo czasu. Jesteś młodą kotką, w dodatku świadomą swoich błędów i umiejącą wynosić z nich wnioski. To już jest coś. Masz wielu rówieśników, których krnąbrność sprawia, że stoją w miejscu — miauknął, pocieszająco poklepując ją ogonem po ramieniu. — Musisz zaufać wodzie. Gdyby nie jeden wojownik Klanu Nocy, który odważył się to zrobić, pewnie żylibyśmy jak inne klany i nigdy nie odkryli potencjału rzeki. Nie tylko ty się boisz. Wielu przed tobą czuło się tak samo. Ale w końcu im wszystkim udaje się przełamać. A uwierz mi, przed tobą były dziesiątki jeszcze większych strachajł... — zachichotał raz jeszcze. — Chcesz spróbować jeszcze raz?
— Dziękuje — odmiauknęła na słowa otuchy. — Nie wiem...
— No dawaj... Pamiętaj, że ja tu jestem, by cię asekurować. Nic ci się nie stanie — zapewniał, intensywnie obserwując zmartwioną twarz Borówkowej Łapy. Ta w końcu się rozchmurzyła, a wzrok z ziemi podniósł na niego. Skinęła lekko, lecz stanowczo głową. Na pysku Szałwiowego Serca pojawił się szeroki uśmiech.

***

Wpatrywał się w delikatnie falującą taflę wody. Wokół nastała już ciemność. Nawet nie chodziło o późną porę – księżyc zupełnie zniknął z nieba, odbierając ziemi swój błogi blask. Szuwary dudniły od żabich zalotów. Co jakiś czas unosiły się piski grzebiących w mule kropiatek. Świat zachowywał się tak, jakby nic się nie zmieniło w przeciągu tych kilkunastu wschodów słońca. Wszystko było takie samo jak tej nocy, gdy spotkali się po raz ostatni. Ta sama wesoła pieśń przygrywała przeszłej ucieczce z obozowiska. Wtedy była tylko akompaniamentem jego beztroskich myśli. Teraz? Raniła niemiłosiernie, muskając w jego sercu wyrwę, której nie mogła zapełnić.
Powinien teraz przeskakiwać na drugi brzeg ze skokiem równie lekkim, co głowa. Z podekscytowanym sercem, które biło nieco szybciej na myśl o tym, że zobaczy Źródlaną Łunę. Że opowie jej wszystko, co się tego dnia wydarzyło, co spotkał na ostatnich patrolach, co usłyszał z obozowych plotek. Ta rzeczna melodia go wkrótce opuści, ustępując lądowi, morskiej plaży i czekającej już na niego ukochanej.
Co teraz musiała o nim myśleć? Czekała tam na niego, aż w końcu przybędzie po tych kilku dniach ciszy? Już sobie odpuściła? Co czuła? Stres? Troskę? Lęk? Gdyby role zostały odwrócone, sam zamartwiłby się na śmierć. Nie byłby w stanie funkcjonować, bo każde wytłumaczenie odejścia było równie koszmarne. Może smutek? Rozczarowanie? Gniew? Wyobrażał sobie, jak musiała niespokojnie chodzić z miejsca na miejsce, nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego nagle zniknął. Nie miała powodów, by się domyślić, że został złapany. Mogła uznać, że zrobił to, co kilka księżyców temu – gwałtownie odsunął się i uciekł, przytłoczony uczuciami i wynikającymi z nich wyrzutami sumienia. Gdyby tylko mógł się wytłumaczyć. Nawet nie nie osobiście, a choćby posłańcem z krótką wiadomością. By wiedziała, że to nie był kolejny durny impuls. By dalej mogła go kochać, nawet jeśli tylko z oddali...
Nie. Poprzysiągł, że przestanie. Że nigdy więcej już o niej nie pomyśli. Zacisnął zęby i spuścił głowę jak ze wstydu. Tak okropnie tęsknił. Nawet gdy usilnie próbował to z siebie wyprzeć, próbując udowodnić innym i sobie swoją lojalność do klanu, nie potrafił. Był sam ze swoimi myślami, ze swoimi wspomnieniami i z żalem, które nie miały ujścia. Gdy zmarł mu ojciec, jego umysł był przepełniony odbudową obozu. Budził się i pomagał w pracach, przenosząc ciężkie głazy, usuwając naniesione przez powódź gałęzie, dopieszczając legowiska, by wieczorem paść na posłanie i natychmiast zasnąć z wyczerpania. Ciągnął to tak długo, aż sprawa w jego umyśle się nie "przedawniła". Zaakceptował to, że Bursztyn był martwy, bo czasu na żałobę i rozpacz po prostu nie było. Nie miał kiedy płakać i użalać się nad swym losem, gdy klan potrzebował go, by stanąć na łapy. Teraz...? Wariował od bezczynności i osamotnienia. Nic nie było w stanie rozproszyć go od myśli i wspomnień, gdy wszystko, co miał wokół siebie to bezgwiezdne niebo, szum fal i odgłosy nawołujących się zwierząt.
Chciał jeszcze raz ją zobaczyć. Porozmawiać. Odepchnąć na bok wszystkie opory nakazujące mu utrzymanie emocji na wodzy – rzucić się w jej ramiona, wtulić się w to miękkie futro, zostać otoczonym puszystym ogonem i kojącym mruczeniem oraz zostać wysłuchanym z najbardziej niezrozumiałego bełkotu. Ona potrafiła go uspokoić. Nie było innego kota, który zobaczył go od tak wrażliwej strony. Gdyby tylko jeszcze raz usłyszał jej głos, zamiast odtwarzać go w pamięci... Jednym objęciem uśmierzyłaby ból jego poszarpanych nerwów.
Zamachnął się, by gwałtownie uderzyć łapą o spokojną taflę wody. Woda rozbryzgała się na wszystkie strony z głośnym pluskiem, który odstraszył okoliczne zwierzęta. Gwar żab na chwilę przycichł. Z zarośli wyleciało na oślep kilka spłoszonych ptaków. Fale wzburzyły się i równie szybko rozpłynęły, przywracając tafli gładkość i pokój. Szałwiowe Serce prychnął, odchodząc, by w swojej niemożliwej do wyładowania frustracji paść na legowisko. Sen zdawał się jedyną ucieczką od tej marnej rzeczywistości.

***

Nieustannie przewracał się z boku na bok. Jego łapy nieraz drżały, a wargi unosiły się, czasem by wykonać gest psiego warkotu, a czasem by wymamrotane zostało kilka zdenerwowanych słów.

Świat skąpał się w purpurze. Każde źdźbło trawy, każda kropla wody i każdy skrawek nieba przykrywała lekka fioletowa poświata. Rozbłysk wschodu słońca? — pomyślał, otwierając sklejone oczy. Niepotrzebnie budził się tak wcześnie. Nie miał żadnego zajęcia, które mogłoby mu tyle zająć, by pracować nad nim od samego świtu. Przymknął więc oczy, przykrywając pysk łapą, by zasłonić przeszkadzające w zaśnięciu światło i przeciągnął się przy tym. Na chwilę nastał spokój. Dźwięki budzącej się do życia natury i oddech to jedyne, co w tamtej chwili słyszał, próbując znów odpłynąć z jawy. Coś jednak w tym przeszkadzało. Miarowe wdechy i wydechy niezsynchronizowane z tymi branymi i wypuszczanymi przez niego. Szałwiowe Serce był tym jednak niewzruszony. Sen... Za chwilę zaśnie i nie będzie musiał się niczym przejmować przez kilka kolejnych błogich godzin...
— Nawet się nie przywitasz, Szałwiowe Serce?
Kocur zerwał się z miejsca, wyginając grzbiet i jeżąc na nim futro. Patrzył wprost na rdzawą postać, która stała zajęczą długość od niego. Łapy miała delikatnie zanurzone w wodzie, która je obmywała. Patrzyła na niego ze spokojem. Książę wiedział dobrze, kto to jest. Jak mógł przecież zapomnieć.
— Hm. Mogłem się tego spodziewać — mruknął Pluskający Potok, gdy wciąż nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Szałwiowe Serce wbijał w niego niespokojny, przestraszony wzrok.
— Po co tu przyszedłeś. — Choć miało to być pytanie, intonacja była równie niska i twarda, jak sztywne łapy, które podtrzymywały jego ciało.
— Dużo myślałem ostatnimi czasy. W zaświatach nigdy nie ma się za dużo do roboty. Życie po śmierci to bujda. Nie pozwól, by ktoś cię przedwcześnie stąd sprzątnął. Zanudzisz się na następną śmierć. Może tym razem ostateczną, mam nadzieję.
— Odejdź.
— Przykro się patrzy, jak Klan Nocy radzi sobie bez ciebie. Tak po prostu płynie dalej, nie zważając na twoje istnienie, choć służyłeś mu tyle długich księżyców. Muszę ci jednak przyznać, że zmajstrowałeś naprawdę dobrą niespodziankę. Zdołałeś zrobić coś, co ściągnęło moje imię z języków współklanowców. Nie sądziłem, że stanie się to tak szybko. Dobry w to jesteś.
— Odejdź.
— Chyba stało się coś, czego nigdy w życiu sobie nie wyobrażałeś? Wyszło na to, że kat i skazaniec mają naprawdę wiele wspólnego...
— Odejdź, mówię! Nie słyszysz?! — wrzasnął, powtarzając swój rozkaz po raz trzeci. Na pysku Pluskającego Potoku pojawił się tylko podły uśmiech. 
— To nie jest twoje terytorium. Nie masz ani prawa, ani umiejętności, ani siły, by mnie stąd odgonić — zauważył. — Masz ci los... Teraz obaj jesteśmy wygnańcami.
— Nie jestem wygnańcem — wycedził na chwiejnych nogach.
— Och, czyżby? Odczekajmy księżyc czy dwa... Sprawiłeś swoim pobratymcom taki ból i zawód, że ich zaufanie jest na zawsze stracone. Naprawdę ich rozzłościłeś — miauknął, podchodząc do swojego rozmówcy. Niebieski zrobił kilka kroków w tył. — Nie przypominam sobie kota, który zdołałby wpaść w takie bagno... Ale to przecież ty, jedyny w swoim rodzaju, wielki i wspaniały Szałwiowe Serce! Ty zawsze miałeś smykałkę do osiągania takich rzeczy. Niefortunność to jedno, przypadki chodzą po kotach... U ciebie jednak zdaje się, że od urodzenia deptały ci po piętach, rzucając raz po raz kłody pod nogi, by w końcu uderzyć.
Szałwiowe Serce słuchał wszystkiego w osłupieniu, zdenerwowaniu i lęku. Nie rozumiał niczego z tej rozmowy. Świat wiedział, jak mu dopiec, jakby to wszystko nie było już wystarczające. Plusk był okrutny. Mówił to, co wiedział, że zaboli. Właściwie, co innego mógł zrobić?! Jego obrzydliwy duch z pewnością śmiał się za tą głupią mordką, nie potrafiąc posiąść się z tej radości, że nareszcie ktoś go przebił i to ktoś tak perfekcyjny, jak książę i tak znienawidzony, jak jego morderca. 
W końcu poczuł, jak oblewa go ulga. To był tylko zły sen. Wystarczyło, by się obudził i Pluskający Potok zniknie. Jak mógł być tak głupi, by wierzyć, że to było naprawdę? Pluska już nie było. Uwięziono go w odmętach Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Nie mógł go już skrzywdzić, nawet jeśli Szałwiowe Serce był przekonany, że bardzo tego chciał. Odetchnął głęboko i zamknął oczy, próbując wyprowadzić samego siebie z tego dziwnego stanu. Poczuł lekkie ściśnięcie, jak gdyby ktoś owinął mu pas wokół głowy, na czerni przed oczami zamigotał zarys iskier, a on sam w końcu poczuł na skórze prawdziwy chłód poranka.

Otworzył ślepia i podniósł głowę, by spojrzeć na niebo. Słońce nie zdążyło nawet zajść za horyzont.

***

Nie zdążył ponownie zapaść w sen w nadziei, że okaże się lepszym wypoczynkiem od swojego poprzednika. Jeden z wojowników zgarnął go, by posadzić na nocnej warcie, którą miał od tej pory odbębniać. Mandarynkowa Gwiazda najwyraźniej pomyślała, że w ten sposób będzie z niego największy pożytek. Nie opierał się temu. Potrzebował jakiegoś zajęcia i nawet jeśli było to tylko pilnowanie obozu, było to lepsze, niż bezczynne leżenie i myślenie w swoim cichym kącie. Zajął miejsce obok legowiska starszyzny, licząc na to, że w takim pokoju minie mu cała noc.
Obóz o tej porze był już pusty... Teraz dawało mu to poczucie bezpieczeństwa. Wodził wzrokiem po wszystkich legowiskach, wsłuchując się w cichy oddech śpiących lub zasypiających współklanowców. W końcu nie było słychać tych przebrzydłych, z pewnością skupionych na nim, szeptów. Poczuł się wolny. Przez ten krótki moment życie wyglądało tak jak dawniej. Nie było nikogo, kto mógłby mu przypomnieć o karze i zepsuciu, przynajmniej nikt inny, jak on sam.
Struchlał, gdy zobaczył sylwetkę opuszczającą legowisko wojowników. Nie dało się jej przeoczyć – biała sierść, nie dość, że wybijała się na ciemnym tle, to jeszcze należała do kota niegdyś mu bliskiego. Jego pierwszej uczennicy. Jedynej uczennicy. Prawdopodobnie ostatniej uczennicy. Ich relacja pogorszyła się już w okresie osądu i wykonywania wyroku na Pluskającym Potoku, co zdecydowanie ją dotknęło. A jak musiała czuć się teraz ze świadomością, że ktoś, kto zabił jej ukochanego brata za zdradę, sam był okropnym zdrajcą? Szałwiowe Serce uciekł wzrokiem. Pewnie wyszła za potrzebą, zaraz ponownie zniknie w mroku legowiska wojowników, a wtedy jego spokój powróci. Kotka zamiast tego usiadła po przeciwległej stronie obozu. Siedziała tak już za długo, jak w jakimś oczekiwaniu, co dodatkowo go poddenerwowało.
— Po co tu przyszłaś? — zapytał, nim zdążył ugryźć się w język.
— Na wartę. Nie jesteś jedynym strażnikiem — odpowiedziała krótko. Uświadomiła mu tym samym, że ta noc wcale nie będzie spokojna. Nawet jeśli Borówkowa Słodycz nie ośmieli się zacząć mało przyjemnej rozmowy, jej sama obecność go będzie stresować.
— Ah. — Szałwiowe Serce zaczął wolno kiwać głową na znak zrozumienia. Zresztą, co on sobie myślał? Że będzie stał na warcie sam? Teraz gdy połowa klanu go nienawidziła? Głupota...

<Borówkowa Słodyczy?>

04 lipca 2025

Od Borówkowej Łapy CD. Szałwiowego Serca

Zrobiła krok naprzód. Potem kolejny. Każdy ruch był cichy jak oddech nocnego wiatru. Gdy tylko była wystarczająco blisko krawędzi trzcinowiska, zatrzymała się i nie ruszyła ani o włos, choć woda pod jej łapami z każdą chwilą zdawała się chłodniejsza, a wilgoć powoli przesiąkała przez podszerstek. Czekała, z napiętym grzbietem i ogonem przyciśniętym do ziemi, czując, jak trzciny wokół niej lekko drżą pod wpływem wiatru znad jeziora. Oczy miała utkwione w ciemnych sylwetkach kaczek, które kołysały się leniwie na powierzchni, z pozoru nieświadome obecności czegokolwiek, co mogłoby im zagrozić. Ich spokojne ruchy miały w sobie coś uspokajającego, ale Borówkowa Łapa nie pozwalała sobie na rozproszenie. Wiedziała, że wystarczy jeden nieostrożny krok, jeden szelest więcej – i całe stado wzleci w powietrze z krzykiem ostrzegawczym, który usłyszą wszystkie klany.
Ostrożnie przesunęła się o pół długości ogona do przodu, uważając, by nie nadepnąć na żadne z wyschniętych liści czy łodyg, które mogłyby zdradzić jej pozycję. Nawet jej oddech był cichy, spłycony, jakby i on mógł zaważyć na powodzeniu polowania. Choć biała sierść nie była jej sprzymierzeńcem, czuła, że dziś może się udać – trzciny były gęste, a światło popołudnia padało pod takim kątem, że rozpraszało kształty, zacierało kontury i czyniło wszystko mniej wyraźnym. Może tym razem nie zostanie zauważona.
Nie oglądając się już na mentora, bo nie było to potrzebne, Borówkowa Łapa skupiła się całkowicie na najbliższej ofierze – młodym kaczorze, który oddalił się nieco od reszty stada. Wydawał się pewniejszy siebie niż powinien, nieostrożny. To właśnie takie okazy wybierałby do ataku doświadczony wojownik. Borówkowa Łapa przywołała do pamięci ostatnie treningi – ćwiczenia skradania, sposób, w jaki Szałwiowe Serce uczył ją rozkładać ciężar ciała, by nie uginać się pod sobą, jak unikać ostrych źdźbeł czy pułapek w terenie. Jeszcze jeden krok. Jeszcze jeden oddech.
Bez zbędnych myśli – tylko działanie.
Wyskoczyła z trzcin z wyuczonym ruchem, prostym i pozbawionym niepotrzebnych ozdobników. Nie było to widowiskowe, ale skuteczne. Plusk rozszedł się szerokim echem po tafli jeziora, a krzyki innych ptaków poderwały się do lotu niemal jednocześnie. Woda chlusnęła chłodną falą na jej pierś, a pod łapami poczuła pióra i opór walczącego ciała. Złapała go pewnie, nie zważając na to, jak jego skrzydła uderzają o jej bok. Kilka sekund później wszystko ucichło.
Nie podniosła od razu wzroku. Przez chwilę tylko stała, po pas w wodzie, z ciężarem martwego ptaka w pysku. Czuła, jak napięcie powoli uchodzi z jej barków, jak tętno wraca do spokojniejszego rytmu. Czuła, że pod jej futrem rozpala się ciepła iskierka zadowolenia, a na pyszczku maluje delikatny, niepewny uśmieszek. Kiedy Borówkowa Łapa wydostała się z wody, kaczor wciąż zwisał ciężko z jej pyska, mokre pióra ocierały się o jej brodę, a woda spływała cienkimi strużkami z futra na przednich łapach. Szła powoli, ostrożnie, jakby każda z tych chwil nadal wymagała skupienia, jakby echo polowania nie do końca jeszcze wybrzmiało. W trzcinach rozchyliła źdźbła i zbliżyła się do Szałwiowego Serca, który siedział w półcieniu, z ogonem zawiniętym wokół łap i spojrzeniem utkwionym w miejscu, z którego przed chwilą wyskoczyła.
Srebrzysty wojownik nie odezwał się od razu – przez dłuższą chwilę przypatrywał się swojej uczennicy, by po chwili przenieść wzrok na zdobycz. W końcu skinął głową – krótko, oszczędnie, lecz wystarczająco, by wiedziała, że nie zawiodła.
— Widziałeś? — miauknęła, przerywając kołyszącą się wokół cisze. Jasne, błękitne oczy koteczki w przeciągu sekundy zabłysły tak jasno, niczym gwiazdy, które często widziała na nocnym niebie. — Rozpromieniona Łapa mi nie uwierzy! Znaczy, uwierzy, ale dopiero wtedy, gdy zobaczy tę zdobycz na własne oczy!
— Nieźle — mruknął mentor, podnosząc się i ruszając wolnym krokiem w stronę pobliskiej kępy suchszej ziemi. — Czysty chwyt. Nie pozwoliłaś mu uciec.
Zatrzymał się i spojrzał na nią uważniej, mrużąc oczy.
— Ale widziałaś, jak poruszyły się czernice tuż przed skokiem?
Borówkowa Łapa uniosła uszy, nieco zaskoczona. Nagle przypomniała sobie – drobny ruch wśród ptaków, lekkie uniesienie głów, może jakiś cichy dźwięk. Wtedy uznała to za zbieg okoliczności, może reakcję na wietrzny podmuch, lecz teraz zaczęła się zastanawiać, a gorzkie uczucie zwątpienia przytłumiło radość, jaką jeszcze chwilę temu widać było w jej oczach.
— To przez ogon — powiedział spokojnie Szałwiowe Serce, podchodząc bliżej. – Kiedy się przesuwałaś, twoja końcówka uniosła się na moment. Nie było to wyraźne, ale wystarczyło, by coś im nie pasowało.
Usiadł tuż obok niej, na ziemi, która była tu suchsza i mniej grząska.
— Zdarza się nawet doświadczonym wojownikom — dodał, nieco bardziej delikatnie, zauważając drastyczną zmianę nastroju białej koteczki. — Jeśli chcesz, by polowanie kończyło się bez alarmu, musisz panować nad każdym fragmentem ciała. Ogon jest przedłużeniem twoich zamiarów. Jeśli nad nim nie masz kontroli, nie masz jej nad sobą.
Borówkowa Łapa położyła zdobycz obok siebie i skinęła głową bez słowa. Nie próbowała się tłumaczyć – wiedziała, że Szałwiowe Serce nie oczekiwał usprawiedliwień. Zdawała sobie sprawę z tego, że srebrzysty wojownik chciał tylko by wyciągała wnioski i poprawiła się przy następnym polowaniu.
— Rozumiem — westchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na złapanego kaczora. Jego błyszcząca, zielona głowa splamiona była krwią, podobnie jak i biały pierścień na szyi. Od ciała martwego ptaka wciąż biło lekkie ciepło, a mimo to w parze ciemnych oczu nie dało się dostrzec ani śladu życia.
Szałwiowe Serce milczał przez kilka uderzeń serca, a potem zerknął w stronę rzecznego strumienia.
— Widzę, że się starasz, a także uczysz się na popełnionych przez siebie błędach. — Musnął końcówką ogona barki białej kotki. — Trzymałaś łapy niżej i przeszłaś przez szuwary bezgłośnie, a więc robisz wyjątkowe postępy.
Borówka cicho westchnęła, a uśmiech ponownie zawitał na jej śnieżnobiałym pyszczku. Młoda uczennica poczuła, jak z jej barków spływa ostatnie napięcie. Nie był to moment triumfu, ale raczej chwilowe zrozumienie – że droga wojownika nie polega na idealnym skoku, ale na nauce, która przychodzi po nim.
Szałwiowe Serce powiódł wzrokiem po niebie, gdzie słońce chyliło się ku zachodowi.
— Chodź. Zanieśmy zdobycz do obozu. Krzycząca Makrela oraz Zimorodkowe Życzenie z pewnością będą szczęśliwi! — mruknął, już wstając. – I jutro tu wrócimy. Zobaczymy, czy uda ci się poprawić ogon.
Nie czekał na odpowiedź, ruszając przez trzciny z typową dla siebie pewnością. Borówkowa Łapa podniosła zdobycz i podążyła za nim, uważając, by nie zostawiać zbyt szerokich śladów w błocie.

Przeszłość, pora Nowych Liści...

Woda była dziś ciemniejsza niż zazwyczaj — nie przez chmury, których na niebie nie było, ale przez to szczególne światło przed południem, kiedy słońce jeszcze nie stoi wysoko, lecz już przestaje być łaskawe dla porannej mgły. Borówkowa Łapa stała na brzegu, dokładnie w tym miejscu, gdzie rzeka z łagodnego strumienia przechodziła w coś szerszego, głębszego, bardziej wymagającego. Piasek pod jej łapami był jeszcze ciepły po wcześniejszych promieniach, ale chłodny wiatr niósł zapach wody, tataraku i zbutwiałych liści — ten zapach, który mówił: to już nie zabawa, to już rzeka taka, jaka jest naprawdę.
Szałwiowe Serce siedział tuż obok niej, jak zwykle bez pośpiechu, z wyrazem spokoju na pysku, który zdawał się mówić, że nie istnieje nic, czego nie można nauczyć się cierpliwie, krok po kroku. Jego srebrne futro było lekko zmierzwione od wilgoci, a łapy miał częściowo zanurzone w wodzie, jakby od zawsze tam należały. Przekrzywiona szczęka nadawała mu nieco niecodzienny wygląd, ale gdy się uśmiechał — jak właśnie teraz — wszystko wydawało się na swoim miejscu.
— Dziś popłyniemy — powiedział miękko, spoglądając w stronę nurtu, który układał się w długie smugi światła i cienia. — Prawdziwie. Nie będzie to tylko brodzenie. Dziś będziesz pływała na głębszych wodach. Ale spokojnie, nikt nie rzuci cię w środek rzeki.
Borówkowa Łapa przełknęła ślinę, czując znajome napięcie w karku i łopatkach, to samo, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy wiedziała, że coś ważnego właśnie się zaczyna — nie dlatego, że ktoś tak powiedział, ale dlatego, że ciało to czuło, instynktownie, głęboko.
— A jeśli się pogubię? — zapytała cicho, nie patrząc na niego, tylko na to miejsce, gdzie woda wydawała się już nie mieć dna. Choć nie miała problemów z pływaniem, to głębsze wody zawsze w pewien sposób ją odstręczały, wywołując przy tym nieprzyjemną panikę.
— Nie martw się, przecież jestem to po to, żeby ci pomóc. — odparł bez wahania. — Jeśli zauważę, że robisz coś nie tak, to pomogę ci poprawić błąd, a jeśli coś sprawi, że stracisz równowagę w wodzie, nawet się nie zawacham, nim przyjdę ci na ratunek.
Biała koteczka niepewnie pokiwała głową, równocześnie starając się uspokoić swój oddech, który nagle odczuwalnie przyśpieszył, w pewnym sensie robiąc na złość jej spragnionemu relaksacji umysłowi. Borówka pozwoliła sobie wziąć pożądny, głęboki chaust powietrza, nim zbliżyła się do głębokiego strumienia i zanurzyła w nim łapy. Czuła, że ogarnia ją zimno, do którego mimo strachu prędko się przyzwyczajała. W końcu zdołała odepchnąć się od dna i poczuła znajome uczucie zawieszenia — to, co do tej pory znała tylko z zabawy przy brzegu albo z krótkich ćwiczeń na płytszych odcinkach. Ale tutaj nie było gruntu, który można było wyczuć opuszkami łap, ani kamienia, na którym można było stanąć.
— Spokojnie — usłyszała za sobą pogodny głos należący do Szałwiowego Serca. — Nie walcz z wodą. Płyń z nią. Pracuj łapami, ogonem. Jakbyś chciała przebić się przez wiatr.
Spróbowała. Machanie łapami było chaotyczne, oddech zbyt szybki, a ogon miotał się jak źle sterowany statek — ale mimo to unosiła się, przesuwała do przodu, a woda zamiast oporu, dawała jej rytm. Każde pchnięcie łapy, każde wychylenie ogona miało znaczenie. Czuła napięcie mięśni, czuła, jak powietrze ucieka z płuc, ale też — pierwszy raz — czuła, że płynie naprawdę.
— Nie za wysoko łapy! — zawołał Szałwiowe Serce z brzegu, ale ton miał radosny, prawie rozbawiony. — Nie wyglądasz, jakbyś walczyła, ale jakbyś próbowała złapać ptaka!
Zaśmiała się, nie przestając płynąć, i zachłysnęła się lekko wodą — ale nie przerażająco. To był tylko moment, lekcja. Choć zdawała sobie sprawę z tego, że właśnie otarła się o panikę, to wiedziała też, że w nią nie wpadła, a jedynie chwilowo w niej brodziła. Po chwili spostrzegła, że obok niej płynie Szałwiowe Serce, który był w wodzie po szyję, ale zachowywał się spokojnie, łagodnie, i obserwował ją kątem oka.
— Widzisz? — powiedział, gdy tylko znaleźli się po drugiej stronie brzegu. — Woda cię nie pożarła, bo nie potrzebowała. Wystarczyło, że jej zaufałaś.
Westchnęła głęboko i opadła na płyciznę, pozwalając, by nurt muskał jej boki. Futro miała ciężkie i mokre, serce waliło jej w piersi, ale w duszy czuła coś, czego wcześniej nie znała — dumę. Nie taką, którą nosi się jak nagrodę. Raczej taką, która kiełkuje po cichu, bez świadków, i sprawia, że chcesz spróbować jeszcze raz, i jeszcze.
— Szałwiowe Serce? — Śnieżnobiała kotka nagle zwróciła się w stronę kocura.
— Hm?
— Wiem, że nie poszło mi dobrze. Moje ruchy były chaotyczne, a przynajmniej czułam, że takie są. Ale pływanie z wiedzą, że pod łapami nie mam się żadnego gruntu strasznie mnie stresuje! Zupełnie, jakbym w przeciągu kilku uderzeń serca zapomniała o wszystkim, czego się dotychczas nauczyłam! — Przeciągnęła się, po czym przejechała języczkiem po swym zwilżonym futrze. — Nie mam pojęcia co zrobić, żeby się nie bać!

<Szałwiowe Serce?>

[1750 słowa + nauka pływania]

[przyznano 35% + 5%]

08 czerwca 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Borówkowej Łapy

Słysząc pytanie uczennicy, zrobił minę taką, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
— Oczywiście, że tak. Na pewno się jakoś dogadamy z mentorem... Właśnie, a kto szkoli twojego brata? — dopytał, w głębi duszy trochę zawstydzony, że zapomniał czegoś z dzisiejszej ceremonii. 
— Czereśniowy Pocałunek, o ile się nie mylę...
Momentalnie ciało Szałwiowego Serca napięło się, a uszy niekontrolowanie odchyliły się w tył. Och. Tak, oczywiście, że wszystkich wojowników Klanu Nocy musiała to być akurat ona... Na osty i ciernie! — przeklął się w myślach. Gapa, gapa i jeszcze raz gapa. Mógł pomyśleć, zanim coś obiecał...
— ...to da radę? — miauknęła skonfundowana Borówkowa Łapa, zauważając nagłą zmianę w humorze swojego mentora.
— Da, da — odpowiedział gorliwie, jakby właśnie ocknął się z transu. Potrząsnął głową. To będzie zmartwienie dla przyszłego Szałwiowego Serca. — Już nic tu po nas. Niebo się ściemna, a jeszcze trzeba do obozu wrócić. Nie chcemy napędzić twoim rodzicom stracha — mamrotał żartobliwie, zmieniając nagle temat. 
— Okej! — Borówka nie wyglądała, jakby chciała drążyć temat dalej. I dzięki Klanowi Gwiazdy... Nie był pewien, czy zdołałby to wytrzymać.

***

Szli wzdłuż jeziora, wypatrując wodnego ptactwa, które nadawałoby się na posiłek dla starszyzny. Niestety, polowania z Borówkową Łapą nie należały do najłatwiejszych. Nawet nie chodziło tu o jej umiejętności, a o umaszczenie – jej śnieżnobiała sierść skutecznie utrudniała tropienie zwierzyny, która bardzo łatwo ją wypatrywała i uciekała. Nie była to nawet rzecz, której mógł szczególnie zaradzić jako jej mentor. Starał się po prostu szlifować z nią skradanie, by było jej łatwiej bezgłośnie podejść do zdobyczy i ją pochwycić jeszcze zanim ta zdołała ją zobaczyć. 
Wraz z nadejściem pory nowych liści, wiele zimujących w ich wodach kaczek odleciało na swoje rodzime tereny. Część jednak pozostała, a nawet się rozmnażała. Z tego też powodu nadstawiał i swojej uczennicy kazał nadstawić oko na kaczory. Nie chciał zabijać matki jakiegoś lęgu i tym samym pozbawiać się zwierzyny w następnych sezonach.
— Niżej — szepnął do Borówki, widząc, jak ta z nieuwagi podniosła się od podłoża. Po usłyszeniu głosu mentora od razu poprawiła swój błąd. Szli dalej, brodząc łapami w przemokniętej ziemi. Od brzegu odgradzały ich wysokie trzciny, a przez szpary pomiędzy źdźbłami Szałwiowe Serce widział nieduże stadko. Składało się z krzyżówek, czernic i pojedynczych okazów innych gatunków, nad czym zastanawiać się głębiej nie miał czasu. Większość z nich wyglądała na młode, niedoświadczone. Nie dorosły jeszcze do swoich odpowiednich rozmiarów, stanowiąc łatwiejszą zdobycz niż dorosłe osobniki. Tym samym lepiej dla Borówki.
W końcu dotarli do miejsca, z którego uczennica mogła wyskoczyć na swoje ofiary. Podpływały blisko, nieświadome niebezpieczeństwa, które na nich czyhało w zaroślach. Borówkowa Łapa obróciła łeb w stronę mentora, jakby chciała uzyskać od niego ostatnie potwierdzenie.
— Idź. Ja cię będę obserwował — wymruczał, ruchem głowy zachęcając ją do skoku w wodę. Był pewien, że sobie poradzi i do obozu wrócą z pokaźną, godną pochwały zdobyczą.

<Borówko?>

[458 słów]

[przyznano 5%]

19 maja 2025

Od Borówkowej Łapy CD. Szałwiowego Serca

Borówka zawahała się tylko przez uderzenie serca, po czym kiwnęła głową.
— No dobrze. Ale jak coś mi się stanie, to powiem Porywistemu Sztormu, że to był twój pomysł.
— Sprawiedliwie — mruknął Szałwiowe Serce z rozbawieniem wymalowanym na pyszczku i zgrabnie wskoczył na krawędź Starej Łupiny. Drewniane szczątki zaskrzypiały pod jego ciężarem, lecz nie ugięły się ani na włos. Odwrócił głowę i skinął ogonem. — Teraz ty.
Borówka naprężyła mięśnie, a potem jednym zgrabnym susem znalazła się obok niego. Ostrożnie rozejrzała się po wnętrzu. Ściany z łuszczącego się drewna były wygięte i miejscami pęknięte, ale w środku pachniało suchymi liśćmi i kurzem, jakby czas zupełnie się tu zatrzymał.
— Wygląda troszkę jak nora, tylko... Większa i bardziej śmierdząca — stwierdziła, marszcząc nos.
— I nikt w niej nie mieszka od wielu księżyców — zauważył jej mentor. — Dwunogi czasem budują rzeczy i potem o nich zapominają. Zupełnie, jak gdyby pozamieniali się z myszami na mózgi.
Borówka trąciła łapą kawałek kory, który oderwał się od ściany i potoczył się po podłodze z głuchym stukotem.
— To dość dziwne miejsce. — mruknęła, po czym dodała: — Ale podoba mi się.
— Czasem dziwne rzeczy są najlepsze — miauknął srebrzysty wojownik. — A teraz chodź.
Wyskoczyli z Łupiny jeden po drugim, a słońce zawisło nisko nad koronami drzew, kładąc na ściółce długie cienie. Szli dalej ścieżką, prowadzącą przez zagajnik pachnący brzozami i wilgocią. Borówka nagle zatrzymała się i zmarszczyła futerko między oczami.
— Coś słyszałaś? — zapytał Szałwiowe Serce, zatrzymując się tuż za nią. Jego uszy poruszyły się czujnie, a nozdrza drgały, chłonąc zapachy.
Borówka przekrzywiła głowę, wytężając zmysły. Przez dłuższą chwilę panowała cisza, przerywana jedynie odległym świergotem ptaków i szelestem liści.
— Nie, nie sądzę... — O=odpowiedziała po chwili, po czym nerwowo przejechała języczkiem po futrze na piersi. — Jak wiele miejsc jeszcze odwiedzimy? — miauknęła po chwili, lekko strzygąc uszami.
— Myślałem, żeby pokazać ci jeszcze Kolorową Łąkę, jednak nie wiem, czy wystarczy nam czasu. — Wojownik spojrzał w górę. — Myślę, że nie zaszkodzi tam pójść. Tylko nie kwicz, jeśli się okażę, że wrócimy nieco późno — miauknął żartobliwie, po czym wyszedł przed Borówkową Łapę.
Drobna uczennica stąpała ostrożnie przez zarośla. Jej spojrzenie czujnie omiotło leśną ścieżkę. Nie była pewna, czy powinna pytać mentora o to, jak będzie wyglądać ta cała Kolorowa Łąka, w końcu wiedziała, że lada moment zobaczy to miejsce na własne oczy, a więc po prostu szła w ciszy. Każdy dźwięk – trzask gałązki, trzepot skrzydeł – sprawiał, że jej uszy poruszały się niespokojnie. Dziwnie było jej dalej być na nogach, pomimo ciemniejącego nieba oraz znikających gdzieś obłoczków. Zwykle w takim momencie układała się do snu albo siedziała owinięta puszystym ogonem Porywistego Sztormu, wsłuchując się w jej opowieści. Po dłuższej wędrówce nie była w stanie wyczuć zwierzyny, a przyjemny śpiew ptaków na dobre opuścił jej ucho. Zamiast tego las pachniał mchem i wilgotną korą, a dużo bardziej słyszalny stał się szum rzeki. Gdy drzewa w końcu się rozstąpiły, kotka zamarła. Ostatnie promienie słońca zdążyły owiać Borówkową Łapę swoim ciepłem. Kwiaty falowały na wietrze – choć było ciemnawo, to przed jej oczami pojawiło się morze kolorów. Kwiaty pachniały słodko niczym miód, który można było znaleźć w legowisku medyczki.
— Ojej! Rozpromieniona Łapa nie uwierzy, jak mu o tym opowiem! — pisnęła. — Przecież to wygląda cudnie!
— Możesz przynieść mu jakiegoś kwiatka, wtedy nie będzie kwestionował prawdziwości twoich słów. — Zauważył. — Tylko dobrze szukaj, bo część z nich mogła przekwitnąć. I streszczaj się, bo Porywisty Sztorm powyrywa mi uszy, jeśli wrócimy za późno.
Cisza wieczoru owiała łąkę, jakby sama przyroda wstrzymała oddech. Borówkowa Łapa poruszała się ostrożnie, nisko przy ziemi, jej futro lśniło w blasku gasnącego dnia. To właśnie teraz, gdy słońce zniknęło, a niebo stawało się lustrem dla gwiazd, czuła, że musi iść. Czuła się jak wojowniczka ze wspaniałą misją, a jednak było to jedynie zwykłe poszukiwanie rośliny, która pozwoliłaby jej zobaczyć wyraz zaskoczenia na kremowym pyszczku Rozpromienionej Łapy. Wskoczyła w wysoką trawę, wśród której cienie wydłużały się niczym potężne konary starych drzew. Szła w ciszy, nie wytężając nawet zmysłów, bo przecież nie musiała: jej celem był zwyczajny kwiat. Po jakimś czasie się zatrzymała — wiatr przycichł, a trawy zaszeleściły cicho, poruszane przez ciężar jej łap. W jej oku pojawił się błysk, gdy dostrzegła poszukiwaną przez siebie roślinę. Jej płatki mieniły się ciepłym blaskiem, jakby przechowywały resztki dnia, a środek jarzył się delikatnym światłem — prawie jak echo księżyca.
Borówkowa Łapa zbliżyła się powoli, po czym zerwała kwiecie i wystrzeliła, nie zważając na to, czy przez przypadek przygniecie jakąś roślinkę.
— Bardzo ładny — miauknął Szałwiowe Serce, gdy tylko jego uczennica do niego dobiegła. — No dobrze, w każdym razie chodź, woda jest jeszcze zimniejsza, gdy jest ciemno i nie ma słońca.
— W porządku — mruknęła troszeczkę niewyraźnie, z powodu rośliny, którą trzymała w pyszczku. — Wiem, że nie powinnam pytać tak późno, ale czy będę mogła pójść kiedyś, znaczy, niedługo, z moim bratem na wspólne szkolenie? Proszęęę!

<Szałwiowe Serce?>

[782 słowa]

[przyznano 16%]

16 maja 2025

Od Szałwiowego Serca Do Borówkowej Łapy

No cóż... Nie spodziewał się dostać ucznia. W końcu dopiero co samemu przechodził ceremonię na wojownika, a teraz miał już szkolić następnego...
Łapy księcia delikatnie drżały, gdy Spieniona Gwiazda wypowiedziała jego imię. Szybko stanął przed małą białą kotką, swoją pierwszą uczennicą, i zbliżył ku niej swój nos. Koty wokół donośnie skandowały imię jej i jej brata na czele z rodzicami dwójki. Szałwiowe Serce zerknął w ich stronę i na chwilę zatrzymał się na Rysim Borze. Nieco skrzywił się na pysku. Ze wszystkich kociąt, jakie przejdą przez żłobek Klanu Nocy, został mentorem dziecka swojego byłego mentora, który wciąż miał do niego niesmak... Kiedy tylko jednak wojownik go zauważył, Szałwik odwrócił wzrok i zwrócił go w stronę swojej uczennicy. Chyba nigdy wcześniej z nią nie rozmawiał. Trochę głupio było się poznać dopiero na ceremonii, ale już trudno.
— No to... Witaj, Borówko. Znaczy, Borówkowa Łapo — miauknął, niezdarnie przygryzając się w język. — Mam nadzieję, że cieszysz się ze swojej ceremonii i podczas treningów poznamy się lepiej — dodał po chwili, próbując brzmieć przyjaźnie.
— Oczywiście! Od czego zaczynamy? — zapytała, siadając przed kocurem i owijając ogon wokół swoich łapek.
Tradycyjnie najpierw pokazywało się tereny — pomyślał. Momentalnie przypomniał sobie, jak wyglądał jego pierwszy dzień jako uczeń – Sumowa Płetwa oprowadził go po południowych kresach, a resztę dnia spędzili na dokładniejszej nauce pływania. Wspomnienie zmarłego mentora sprawiło, że chwilowo posmutniał, ale przypomniał sobie o obowiązku. Właśnie. Przecież Borówkowa Łapa nie miała czasu na siedzenie z nim tu, aż się porządnie zastanowi, co tu zrobić. 
— Oprowadzę cię po terytorium. No, przynajmniej jego części... Chodź za mną — powiedział kotce, która momentalnie wstała i podążyła za swoim nauczycielem.
Skierował się na północ. Podejrzewał, że Borówka nie była jeszcze za dobrym pływakiem, więc wolał wybrać ścieżkę, która składała się z tylko jednego strumyczka, a nie szerokiej rzeki z wieloma przystankami po drodze. Tym będzie się martwił dopiero jutro.
Doszli do granicy obozu, którą woda dzieliła z lądem. Zanurzył w wodzie przednie łapy, a następnie ruchem głowy zachęcił białą do zrobienia tego samego.
— Ten odcinek nie jest taki straszny, jak wygląda. Pamiętasz kącik zabaw? Na pewno uczyłaś się już pływać. Teraz rzeka jest wolna, więc nurt cię nie porwie. 
— Mam przepłynąć na drugą stronę?
— Tak. Jeśli się boisz, mogę cię asystować.
— Wydaje mi się, że sobie poradzę... — odpowiedziała, robiąc kilka kolejnych kroków w głąb wody. Szałwiowe Serce wzruszył ramionami. Przynajmniej była pewna siebie, to się ceni. 
Ku jego zaskoczeniu Borówkowa Łapa znalazła się na drugim brzegu szybciej od niego, nie mając większej ilości problemów po drodze. Gdy już tam dotarł, kotka siedziała tam i lizała mokrą sierść.
— Brr... Zimna — wymruczała do niego pomiędzy pociągnięciami języka. 
— Zimna. A jak przyjdzie pora nagich drzew, będzie jeszcze zimniejsza. Albo całkiem zamarznie — mruknął i odsunął się nieco od uczennicy, by swobodnie otrzepać się z nadmiaru wody. — Jesteś szybkim pływakiem. To dobra cecha dla nocniaka — pochwalił ją.
— Dziękuję! — odpowiedziała, delikatnie się uśmiechając. — Tata mówił mi to samo. 
Na chwilkę kocur się wygrymasił, po czym złagodniał i spojrzał w dal. Wolał nie myśleć już o Rysim Borze. Zresztą, musieli iść dalej, a nie zatrzymywać się na pogaduszki. Wolał, by w połowie nie zastała ich ciemność.
— Chodź. Pójdziemy... Hm. W sumie, możesz wybrać drogę — mruknął i spojrzał w stronę Borówki, która właśnie stawała u jego boku. — Możemy iść dalej naprzód, w stronę granic z innymi klanami, albo zapuścić się w las po prawej. 
Zastanawiała się przed parę uderzeń serca.
— To może niech będzie ten las. 
— No to skręcamy — powiedział, a już po paru dłuższych krokach zaczęły otaczać ich pnie wysokich, starych drzew. Trzymał się blisko brzegu, przez co w uszach mogli usłyszeć szum płynącej obok rzeki.
— To miejsce nie ma żadnej nazwy? — zapytała Borówkowa Łapa, przerywając tę krótką ciszę.
— Nie. To taka puszcza. Na pewno będziemy często tu przychodzić na polowania. Jest tu mnóstwo zwierzyny, która nieraz sama wskakuje w łapy. 
— A kiedy zaczniemy polowanie?
— Tego jeszcze nie wiem. Zobaczymy, jak się będziesz sprawować — zaśmiał się. — Nie no, ale przed nauką polowania jest jeszcze parę rzeczy, które trzeba zaliczyć. Bycie wojownikiem to nie tylko łapanie myszy i przeganianie lisów. Trzeba najpierw poznać wszystkie zasady, w tym kodeksu wojownika, ślady, jakie zostawiają po sobie zwierzęta, te w ziemi, na drzewach i wyczuwalne nosem, tropienia przeciwnika, skradania... Trochę tego jest. Ale bez paniki, nie będzie tak źle. Zanim się obejrzysz to przejdziemy do tych ciekawszych rzeczy — zapewnił ją z nadzieją, że nie zraził swojej uczennicy już pierwszego dnia szkolenia...
— Och, okej! W takim razie będę czekać — miauknęła.
— Masz motywację, by prędko opanować te wszystkie podstawy. A teraz cisza — przerwał kotce, widząc, jak ta już otwiera pysk. — Chłoń zapachy lasu. Będziesz musiała dobrze je poznać. 
Borówkowa Łapa skinęła głową, widocznie skupiając się na podarowanym zadaniu. Szli dalej, aż drzewa ustąpiły, a przy wodzie ukazała im się dziwna konstrukcja.
— Spójrz — polecił swojej uczennicy, a ta skierowała wzrok w tą samą stronę, co mentor. — Oto Zrujnowany Most. 
Pozwolił Borówce podejść bliżej i bacznie obwąchać ucięte belki, które niczym nie przypominały tych, które przed chwilą mijali na łonie natury.
— Tu rosły kiedyś drzewa? 
— To sprawka dwunogów. Łączy jedną stronę rzeki z drugą, lecz nie radziłbym ci próbować. Trzeba umieć dobrze balansować, a nawet wtedy jest spora szansa, że straci się równowagę i wpadnie do wody — wyjaśnił. — Czasem na tych pieńkach odpoczywają kormorany. To takie duże, drapieżne ptaki; zwykle siadają, by wysuszyć sobie po polowaniu pióra. Taki jeden mógłby wykarmić pół klanu, ale jak tylko jakiegoś zobaczysz, to zdasz sobie sprawę, czemu rzadko kiedy się na nie poluje. Mają dzioby równie ostre co ich pazury — ostrzegł, po czym nagle wstał i zaczął iść dalej. — Dalej jest jeszcze jedno ciekawe miejsce — dodał, co zachęciło Borówkę do przyspieszenia kroku.
Zanim doszli do Łódki, o której myślał Szałwiowe Serce, kotka zwróciła uwagę na niecodziennie wyglądające drzewo obok nich.
— A to co? — zapytała, końcówką ogona wskazując na duże leże skryte pomiędzy półnagimi gałęziami. Przypominało legowisko, na którym koty spały w obozie, lecz zamiast z mchu składało się z wielu splecionych ze sobą gałązek.
— Masz dobre oko. To Bocianie Gniazdo. Jedna para wraca tu w każdą porę nowych liści i wychowuje swoje młode. Widziałaś kiedyś bociana?
— Może? — odpowiedziała po krótkim namyśle bez przekonania.
— Jakbyś zobaczyła, to nie powiedziałabyś "może". Tak wielkie stworzenia zostają w głowie na bardzo długo — miauknął nieco żartobliwie i ruszył dalej. Już z daleka było widać kolejną niecodzienną, drewnianą strukturę. 
— Stara Łupina. Wygląda trochę jak wyjedzony orzech.
— Kolejny taki pieniek, jak przy Zrujnowanym Przejściu... — wymamrotała na wpół do siebie Borówka, która bacznie obwąchiwała nowy obiekt.
— Moście — poprawił uczennicę. — Ale prawda. Kolejna zabaweczka dwunogów, którą najwyraźniej tu zostawili — westchnął, po czym wpadł na pewien pomysł. — Chcesz wskoczyć do środka?
Biała przekrzywiła łebek w zaskoczeniu.
— A to bezpieczne?
— Chcesz się przekonać? — odpowiedział przekornie, uśmiechając się.

<Borówkowa Łapo?>

[1102 słów] 

[przyznano 11%]