BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistral x Wiciokrzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistral x Wiciokrzew. Pokaż wszystkie posty

06 września 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Białofutra powoli zmniejszała swoją częstotliwość odwiedzin w legowisku starszych, które miały się wiązać z liliowym starszym. Może i kocur próbował zwieść zielarkę, lecz ta nie miała zamiaru dać się tak łatwo, dlatego też postanowiła na razie dać mu więcej przestrzeni, czasu. Momenty, które dawniej spędzała u jego boku, tak teraz ich część poświęcała innym kotom w Owocowym Lesie, będących w stanie, który wymagał jej ingerencji. Nie było może ich zbyt wiele, lecz ona wolałaby, aby nie było ani jednego takiego przypadku — nawet jeśli brzmiało to na dziecinne mrzonki, marzenia.
Jeden z przypadków, które wzięła, była Kasztanka, która zdawała się niemal marnieć w oczach przez swojego, pożal się Wszechmatko partnera, który zdecydowanie nie był najlepszą partią w całym Owocowym Lesie. Ba! Ten sam kocur niedawno próbował ją omamić swymi wdziękami w lecznicy, kiedy to przyszedł z bolącym zębem — na jego nieszczęście trafił na kotkę, która nie da się owinąć wokół palca pierwszemu kocurowi lub innej kotce. Niebieskooka najchętniej doradziłaby stróżce, aby dała sobie z nim spokój, lecz aż zbyt dobrze widziała, że mimo wszystko kocha tego srebrnego wojownika i chciałaby żyć u jego boku.
Młódka właśnie opuszczała legowisko stróżów, w którym jeszcze chwilę wcześniej rozmawiała z Kasztanką, kiedy to po lewej dostrzegła Miodunkę oddalającą się od krzewu kaliny, gdzie przebywali najstarsi członkowie Owocowego Lasu. Nieco zmrużyła oczy, mając wrażenie, że coś złego mogło się stać — i w sumie zbytnio się nie pomyliła. Ledwo wsunęła głowę do legowiska, a już dostrzegła nieobecność jednego z kotów i to oczywiście tego, na którym mocno jej zależało w ostatnich księżycach. Jak piorun dorwała czekoladowo srebrną kocicę, zaczynając od razu wypytywać o dawnego uzdrowiciela.
— Przed chwilą wyszedł z obozu.
— Sam?! — spytała, czując, że zaraz przestanie panować nad sobą.
— No… tak.
Zielarka nie wiedziała dokładnie, ile minęło od wyjścia liliowego z obozu, lecz musiała się spieszyć. Dopadła pierwszego lepszego Owocniaka, który się nawinął i kazała mu wytropić Wiciokrzewa — w końcu ona nie wiedziała, jak to się robi, miała za sobą szkolenie z chorób i ziół. Nim Purchawka urodziła i Modrogończyk zdecydował się być szamanem, to ona była przygotowywana w jakimś stopniu do tej roli, a to wszystko teraz do niczego się nie przyda.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Z każdym krokiem, który kierował ich w stronę Drogi Grzmotu, czuła jak jej serce coraz bardziej przyspiesza, a w głowie pojawiają się najgorsze scenariusze związane z tym miejscem oraz losem liliowego. Przez brak jakiegokolwiek wojowniczego szkolenia, kondycja białofutrej była mizerna, lecz teraz starała się to ignorować, próbując nadążyć za tymczasowym tropicielem.
Ledwo dotarła nad ciemną cuchnącą ścieżkę, gdy do jej uszu dotarł ryk zbliżającego się potwora, a idealnie na środku drogi siedział sam Wiciokrzew. Z głośnym wołaniem wręcz do zdarcia gardła, miała się zerwać do ratunku, gdy została uprzedzona i towarzyszący jej kot rzucił się w stronę Wiciokrzewa. Wszystko działo się tak szybko, że do niebieskookiej ledwo dochodziło, co się wydarzyło — jeszcze chwilę temu w stronę jej dawnego mentora pędził Potwór, a ona z Fruczakiem stała na skraju drogi. Teraz było inaczej. Z przerażeniem obserwowała ciało stróża, z którego powoli uchodziło życie, a dawny uzdrowiciel odepchnięty od zagrożenia leżał kawałek dalej, bezpieczny, a przynajmniej na tę chwilę.
Z każdym uderzeniem serca oddech zielarki zaczynał coraz bardziej drżeć, zwiastując uzewnętrznienie pewnych emocji. Jednak nie mogła sobie na to pozwolić, nie teraz, gdy pręgowany nadal znajdował się na śmiertelnej drodze. Szybko zerknęła w obie strony, upewniając się, że żaden Potwór się nie zbliża, by następnie ruszyć do Wiciokrzewa, chcąc go zabrać na bezpieczne ubocze. Dopiero kiedy była pewna, że nic mu już nie zagraża, wkroczyła ponownie na Drogę Grzmotu i złapała ciało Fruczaka za skórę na karku, starając się je zaciągnąć w to samo miejsce, gdzie chwilę wcześniej zostawiła liliowego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Powrót do obozu był ciężki, długi i odbywał się w grobowej ciszy. Wspólnymi siłami udało im się przetransportować stróża, aby bliskie mu koty mogły się z nim pożegnać ten ostatni raz. Widok czyjejś śmierci był czymś, czego raczej Mistral nigdy nie chciała doświadczyć, jednak stało się. Teraz jednak musiała zająć się Wiciokrzewem i wyciągnąć z niego powód, który spowodował taki obrót spraw.
— A więc słucham Wiciokrzewie, dlaczego opuściłeś obóz i to sam, by dotrzeć do Drogi Grzmotu na jej sam środek, nie robiąc sobie nic ze zbliżającego się Potwora. — Była przygotowana na to, że przez najbliższe wschody słońca może nie otrzymać upragnionej odpowiedzi, lecz nie miała zamiaru tego odpuścić.

<Wiciokrzewie?>

28 lipca 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

— Wiciokrzewie — zaczęła Mistral, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem.
Liliowy martwił się stanem swojej córki, która od ostatnich kilku dni izolowała go od większości społeczności Owocowego Lasu. Nie pozwalała, by jakikolwiek stróż do niego podchodził i ingerował w jego stan zdrowia. To samo tyczyło się szamanki, jej ucznia i Gołąbka. Białofutra jakby kompletnie zatraciła się w chęci pomocy Wiciokrzewowi, co znacznie go niepokoiło. W końcu ją to wyniszczy. Powinna skupić się na swoich obowiązkach, rozmawiać z kotami w swoim wieku i nawiązywać nowe relacje, a zamiast tego większość czasu spędzała z byłym uzdrowicielem, który już dawno stracił sens życia. Dlaczego tak bardzo się nim przejmowała? Teraz był tylko schorowanym starszym. Jedną łapą stał już w grobie, a najintensywniejsze i najważniejsze księżyce jego życia dawno minęły. Próba naprawienia go nigdy nie przyniesie owoców, więc nie powinna być nawet podejmowana.
Zielonooki wiedział jednak, że samymi słowami nie sprawi, by Mistral odpuściła. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie spocznie, póki nie dopnie swego. Nawet gdyby miała odciąć się od całej społeczności Owocowego Lasu, zrobiłaby to bez wahania. Ta myśl niepokoiła Wiciokrzewa. Nie mógł pogodzić się z tym, że z jego winy jego własna córka mogłaby zmarnować najlepsze księżyce swojego życia.
Wpatrywał się w nią smutnym wzrokiem, nie odpowiadając na jej pytanie. W końcu białofutra odchrząknęła, przypominając mu, że wciąż czeka na odpowiedź.
— C-coraz lepiej, có- — urwał nagle, po czym odkaszlnął nerwowo. — Dziękuję za te z-zioła, M-Mistral. Naprawdę się s-starasz i na-należy ci się... odpoczynek — dodał, spuszczając wzrok na własne łapy.
— Chcę po prostu nadrobić czas, kiedy to nie byłam najlepszą uczennicą dla ciebie. Do dziś żałuję, że tak cię traktowałam i to tylko z powodu, że moja matka umarła, a to nawet twoja wina nie była — wymruczała niebieskooka. — Na odpoczynek przyjdzie czas później, poza tym odkąd jest Modrogończyk, to nie mam aż tylu obowiązków. W końcu to on zastąpi Purchawkę, a nie wybrany uzdrowiciel lub zielarz, jak to dawniej bywało.
Wiciokrzew wiedział, że tak właśnie będzie. Czuł się bezsilny wobec uporu Mistral. Nie nakrzyczy przecież na nią. Nie zmusi jej, by przestała go odwiedzać. Robiła to z dobroci serca, więc powinien być jej za to wdzięczny, zamiast próbować ją od siebie odsunąć. A jednak, widząc, jak bardzo odbija się to na jej zdrowiu, nie potrafił się z tego cieszyć.
— N-nie musisz. Nie mam ci te-tego za z-złe — przypomniał cicho, wciąż nie podnosząc wzroku, jakby się czegoś wstydził. Bo, co wcale nie było dziwne, wstydził się — i to bardzo. Czuł, że powinien być silniejszym kotem. Takim, któremu jakiś młodziak nie musiałby zanosić przeróżnych ziołowych mieszanek, by dodać mu sił. — Po-powinnaś za-zająć się Owocowym La-Lasem... i zrobić wszystko, żeby ni-nigdy więcej nie wy-wyrósł w nim ktoś taki jak j-ja — westchnął smutno.
— Ktoś taki jak ty? Nie mów tak! Nawet nie próbuj przy mnie ciągle rozpamiętywać śmierci tego wojownika! — Mistral fuknęła niczym obrażony kociak. — Nie możesz całe życie żyć tym jednym błędem. Takim podejściem zły mi przykład dajesz, wiesz?
Starszy w końcu uniósł brodę, spoglądając na swoją córkę wzrokiem pełnym bólu, jakby ten kumulował się w nim od samego dzieciństwa. Choć tak naprawdę właśnie tak było. Jego zmęczenie i bezsilność nie narodziły się dopiero po śmierci Ziemniaka. Były z nim znacznie dłużej. Już od chwili narodzin skazany był na cierpienie.
— Och, Mistral. G-gdyby to tylko o n-niego chodziło… — mruknął smętnie, przypominając sobie czasy swojego dzieciństwa. Pamiętał słowa matki, które raniły go niczym ciernie. Pamiętał też, jak Cierń powtarzała mu, że bycie medykiem nie jest honorowe i że powinien zostać wojownikiem. Potem przyszedł czas wyczerpujących — zarówno fizycznie, jak i psychicznie — treningów z Rokitnikiem, które zmieniły go na zawsze. Jego życie było po prostu niekończącą się serią porażek, przez które na starość stał się tym, kim był dzisiaj.
— Skoro nie tylko to opowiedz mi o tym, proszę. Sam mówisz, że powinnam zająć się Owocowym Lasem, lecz ty też jesteś jego częścią. Nie chcę nie wiadomo ilu kotom na raz pomagać, gdyż to finalnie minie się z celem. Chce pomagać po kolei, powoli, w tempie każdego, by te działania niosły ze sobą odpowiedni skutek, a nie były krótkotrwałą ulgą dla kogoś — naciskała białofutra.
Dawny uzdrowiciel nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co chciał przekazać córce. Ostatecznie postanowił mówić to, co samo cisnęło mu się na język.
— Może i je-jestem jego częścią, ale na pe-pewno nie jego przyszłością. Po-powinnaś zająć się ty-tymi, których je-jeszcze da się uratować. Ja nie-niedługo odejdę i na nic z-zdadzą się twoje próby po-pomocy mi. Mu-musisz dopilnować, żeby ni-nikt z Owocniaków na s-starość nie skończył tak s-samo, jak ja. Taki zgorzkniały… b-bezsilny — wyjaśnił drżącym głosem, czując, jak oczy zaczynają zachodzić mu łzami.
— Możliwe, lecz każdy zasługuje, by nawet w ostatnich księżycach życia odnaleźć spokój ducha, szczególnie nim spotka Wszechmatkę. Tobie może i nikt nie pomógł wcześniej, jednak teraz jestem ja i możesz mówić, co chcesz, lecz będę do ciebie przychodzić dopóty, dopóki oddychasz. Jeśli będzie z tobą lepiej to może niekoniecznie codziennie, ale jednak nie będziesz czuł się porzucony ani zostawiony samemu sobie.
Wiciokrzew nie wiedział, jak długo musiałby jeszcze zapewniać Mistral, że żadne słowa nie są już w stanie mu pomóc. Najpewniej aż do samej śmierci, bo do białofutrej zdawał się nie docierać żaden z jego argumentów.
Na moment umilkł, ponownie spuszczając wzrok na własne łapy. Zastanawiał się, co jeszcze chciałby przekazać córce, nim odejdzie z tego świata. Czy powinien w końcu wyznać jej, że jest jej biologicznym ojcem, czy może lepiej będzie, jeśli pozostanie w błogiej nieświadomości? W ten sposób przynajmniej mieli ze sobą coś wspólnego. Liliowy również nigdy nie poznał swojego ojca i raczej już go nie pozna, skoro Cierń odeszła z tego świata.
— Niech ci b-będzie — miauknął w końcu, po czym poprawił się na posłaniu i odchrząknął. — Prawda jest taka, że ni-nigdy nie znałem s-swojego ojca, a moja ma-matka była kotką niezwykle s-surową i wymagającą. Uważała, że je-jestem dziwny. Wstydziła się mnie. Wi-widziałem, jak patrzy na mnie z o-odrazą, a to wszystko dla-dlatego, że nie byłem si-silny. Nie byłem dumny. Nie byłem a-ambitny. Marzyła o tym, bym zo-został wojownikiem. Chciała, bym był w sta-stanie się bronić. A ja… ja ją za-zawiodłem — wyrzucił z siebie w końcu.
Mógłby mówić dalej, lecz za bardzo się wystraszył. Zrzucenie tego wszystkiego z serca wcale nie przyniosło mu ulgi, a zamiast tego sprawiło, że zestresował się jeszcze bardziej. Nigdy przecież nie chciał obciążać innych kotów swoimi problemami. Tym bardziej nie kogoś młodszego od siebie.
— Może i w jej mniemaniu ją zawiodłeś, lecz to twoje życie, to ty decydujesz, nie inni. Dobra, może to egoistycznie zabrzmiało, biorąc pod uwagę moje dotychczasowe działanie, lecz ja to robię z troski, a ona zapewne ze swoich niespełnionych ambicji. Może nie byłeś dumny czy silny, ale byłeś sobą i to powinno się liczyć. Prawdziwa matka powinna to zaakceptować, a przynajmniej tak mi się wydaje... Sama wzoru nie miałam, lecz Purchawka jest dla mnie niczym przybrana matka, a ona akceptuje moje wady, nawet pomaga mi z niektórymi pracować, by było mi łatwiej w życiu.
Zielonooki pokręcił głową z rezygnacją.
— Wi-widzisz, Mistral, w tym wła-właśnie tkwi sęk. Łatwo jest mó-mówić, że po-poszczególny kot nie powinien dy-dyktować tego, jak się czujesz ani ja-jaki masz stosunek do sa-samego siebie. Ale je-jeśli ten kot przez długi cza-czas był dla ciebie naj-najważniejszy i najbliższy, to trudno nie brać sobie do se-serca jego słów. Może i to, co mó-mówiła moja ma-matka, było raniące, szko-szkodliwe i nieprawdziwe, ale jako młody, głupiutki kociak wi-widziałem w niej jedyne o-oparcie. Była dla mnie na-najmądrzejszym kotem w Owocowym Le-Lesie, któremu chciałem za-zaimponować — wyjaśnił, czując, jak supeł zaciska mu się na gardle. — To my-myślenie we mnie zo-zostało. Wiem, że jest szko-szkodliwe. Ale ono... za-zakorzeniło się we mnie. Jest jak za-zaraza, z której ni-nigdy nie będę w stanie się wy-wyleczyć — dokończył, po czym wlepił swój przestraszony wzrok w białofutrą kotkę.
Czy powiedział za dużo? Dlaczego nie mógł po prostu udawać, że słowa Mistral naprawdę go pocieszały? Wtedy przynajmniej miałaby spokój, wierząc, że jakoś mu pomaga. Och, czemu musiał być taki głupi i nie pomyśleć o tym wcześniej?
— Nawet jeśli to prawda, to nie szkodzi spróbować to zmienić. Może nie będzie to proste, lecz same chęci do zmiany tego są już dużym postępem. Cieszę się, że w końcu zacząłeś mi o tym wszystkim mówić, będę teraz nieco spokojniejsza. Wiedz jednak, że nadal będę przychodzić. Może nawet zmienię moje dotychczasowe ustalenia, ale chciałabym nadal z tobą rozmawiać, obojętnie na jaki temat. Chcę, byś czuł się częścią Owocowego Lasu, albo przynajmniej kimś ważnym dla mnie, dobrze?
Wiciokrzew czuł się obrzydliwie po tym wszystkim, co powiedział Mistral. Czuł się taki… bezbronny. Przez tak długi czas nie dzielił się swoimi problemami z innymi kotami, że zdążył już zapomnieć, iż podobno miało to przynosić ulgę. Zamiast niej czuł jedynie wstyd. Jakby właśnie dał białofutrej kolejny powód, by patrzyła na niego jak na pokrakę. Wiedział, że już wcześniej nie było szans, by widziała w nim kogokolwiek innego niż płaczliwego, słabego uzdrowiciela, lecz teraz, gdy z jego pyska padły te wszystkie słowa, miał wrażenie, że pogrążył się jeszcze bardziej.
Nie rozumiał, dlaczego tak się czuł. Dlaczego miał ochotę wyszarpać sobie język, byle tylko nigdy więcej nie dzielić się swoimi przeżyciami z kimkolwiek? Przecież nie powinno tak być. Powinien rozmawiać z Mistral, by mogła mu pomóc. Tak przecież robiły normalne koty. Mówiły głośno o swoich problemach, by poczuć się lżej.
Liliowy w końcu skinął głową na słowa zielarki, jednak jedyne, o czym potrafił teraz myśleć, to to, jak okropnie się czuł i jak bardzo nie potrafił uwolnić się od tego uczucia. Chciał zapaść się pod ziemię. Albo uciec z Owocowego Lasu. Może nawet zrobić coś znacznie bardziej desperackiego, o czym nie chciał nawet teraz myśleć. Nie w towarzystwie młodszej.
— Mo-możesz już mnie zo-zostawić s-samego? — wydukał z trudem, ledwo potrafiąc spojrzeć córce w oczy.
Mistral widząc, jak ciężka była to rozmowa dla starszego, skinęła głową i w ciszy wyszła, prosząc najbliższego stróża, by w razie jakieś niepokojących dźwięków z legowiska starszyzny, od razu ją informował.
Liliowy czuł się teraz tak, jakby był uwięziony. Jakby z każdej strony otaczały go spojrzenia córki, stróży i reszty starszyzny. Wiedział jednak, że prędzej czy później znajdzie sposób, by przestać czuć się w ten sposób. Musiał go znaleźć. Nieważne, jak bardzo Mistral próbowałaby go powstrzymać — on lepiej wiedział, co będzie najkorzystniejsze dla wszystkich. A skoro po raz ostatni miał okazję przysłużyć się kotom, które kochał, zamierzał jej nie zmarnować.

* * *

Teraźniejszość

Od rozmowy z Mistral, w której zdradził jej część informacji o swoim dzieciństwie, ani razu nie powiedział jej niczego więcej. Właściwie od tamtego momentu jeszcze bardziej pilnował się w kwestii tego, co mówił, i coraz częściej starał się udawać, że czuje się lepiej psychicznie, jak i fizycznie. Nie próbował odtrącić swojej córki ani nie mówił jej, że jej starania, by go naprawić, są bezużyteczne. Dalej oczywiście tak uważał, lecz w trosce o nią pozwalał jej żyć w przekonaniu, że jej praca w końcu przynosi jakieś efekty.
Jednocześnie nie potrafił pozbyć się myśli, że prędzej czy później nadejdzie czas na to, o czym tak długo rozmyślał. Wiedział, że lepiej będzie, jeśli ukróci cierpienia zarówno sobie, jak i białofutrej. Nawet jeśli przez kilka następnych księżyców niebieskooka miałaby czuć się przez to źle, wierzył, że później uda jej się o tym zapomnieć i będzie w stanie żyć jak normalny Owocniak. Nie mógł pozwolić na to, by jej obsesyjne zamartwianie się stanem liliowego zniszczyło ją jeszcze bardziej niż dotychczas. A skoro zielarka sama nie zamierzała odpuścić, pozostawał mu tylko jeden sposób. Może i niezbyt łatwy ani przyjemny, ale jedyny.
Właśnie dlatego pewnego dnia Wiciokrzew postanowił przejść się na spacer. Bardzo niepozorny, choć już wtedy, gdy wyszedł z legowiska starszyzny, podeszła do niego stróżka — Miodunka.
— Dokąd się wybierasz, Wiciokrzewie? — zapytała.
Liliowy wiedział, że srebrzysta nie robiła tego z własnej woli, lecz dlatego, że poprosiła ją o to Mistral. Trochę go to dobijało.
— Na te-terenach zawitała Po-Pora Nowych Liści! Chciałem tylko prze-przejść się i po-popodziwiać jej piękno — wyjaśnił, siląc się na najbardziej entuzjastyczny ton, jaki tylko potrafił.
Stróżka jeszcze przez moment patrzyła na niego podejrzliwie, lecz finalnie niczego nie powiedziała. Wiciokrzew był w końcu dorosłym kotem i nikt nie mógł mu zakazać wychodzenia poza obóz. Nie był więźniem, a jedynie starszym.
Prędko opuścił azyl, nim zdążyła zauważyć go białofutra kotka. Gdyby tylko dostrzegła, że kocur przebywa poza legowiskiem starszych, najpewniej zdenerwowałaby się i kazała mu do niego wracać. Zielonooki musiał działać szybko, jeśli nie chciał, by ta uparta młódka przeszkodziła mu w zrealizowaniu swojego planu.
Udało mu się szybko dotrzeć nad Drogę Grzmotu, mimo że przez tak szybkie tempo zdążył się zmęczyć. Na tyle, że łapy zaczęły go palić ze zmęczenia. Wiedział jednak, że niedługo ten ból minie i nie będzie już miał znaczenia.
Widząc chropowatą powierzchnię i czując gryzący zapach, uśmiechnął się pod nosem. Śmiało wkroczył wprost na drogę, czując, jak ogarnia go spokój. W końcu usiadł, gotów na to, co miało się stać za chwilę. A przynajmniej na to, co myślał, że miało się stać.
Nagle jednak w oddali usłyszał znajomy głos, który został przerwany przez głośny ryk potwora. Wiciokrzew otworzył szerzej oczy, zamierając w kompletnym bezruchu.

<Mistral? Czy to ty?>

16 lipca 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Po błędzie Wiciokrzewu była zmuszona przejąć szkolenie Gołąbka, gdyż tak naprawdę jako jedyna wśród mieszkańców dziupli uzdrowicieli go nie miała. Purchawka szkoliła Modrogończyka na przyszłego szamana, na co biała niezbyt przychylnie spoglądała. Obecnie bardziej im się przydadzą uzdrowiciele niż kolejny szaman, w dodatku wolała nie dopuszczać do siebie myśli, że jej dawna mentorka niedługo odejdzie do starszyzny na emeryturę. Nie chciała, by ta opuszczała ich legowisko — wystarczyło, że liliowy to uczynił.
Dawniej może i przeszkadzała jej obecność Wiciokrzewu, szczególnie na początku, kiedy to nadal żyła śmiercią swojej matki, jednak teraz wszystko wyglądało inaczej. Zielonooki był dla niej nieco, jak zastępczy ojciec, gdyż biologicznego nigdy nie poznała, a rodzicielka raczej mało co o nim mówiła. Po tylko księżycach Mistral też już powoli zaczynała zapominać momenty jako kociak, które spędzała u boku białej samotniczki.
Miała wrażenie, że odkąd pręgowanego kocura nie ma blisko, wszystko jakoś powoli się wali na jej oczach. Poczucie przytłoczenia coraz częściej jej towarzyszyło, aż w końcu przerodziło się w bezsenność, którą bagatelizowała. Nawet jeśli doskonale znała skutki swych działań, to uważała, że czas, który dotychczas poświęcała na sen, mogła wykorzystać na plan dotarcia do Wiciokrzewu, by ten w końcu otworzył się na nią.

«★»

Jasne spojrzenie powoli sunęło po każdym kocie w obozie, kiedy to zielarka wychyliła nos poza dziuplę. W pysku trzymała zawiniątko ziół, które w jej mniemaniu powinny pomóc emerytowanemu uzdrowicielowi — co dzień próbowała jakoś do niego dotrzeć. Jej wizyty w legowisku starszyzny stały się tak częste, że już pozostali Owocniacy nie spoglądali w stronę wejścia, kiedy tylko do ich uszu docierał dźwięk stawianych kroków. Może i zachowanie kotki było nieco egoistyczne, lecz pozostali mieli opiekę uczniów oraz stróżów, Wiciokrzew natomiast był tylko w jej łapach. Nie miała zamiaru komukolwiek pozwolić zniszczyć to, co skrupulatnie w ostatnich księżycach budowała.
Ledwo zdążyła wykonać pierwsze kroki w stronę ośnieżonego centrum obozu, kiedy przed nią pojawił się liliowy zwiadowca. Nieco tym zirytowana, trzepnęła końcówką ogona, choć na jej pysku widniał lekki uśmiech.
— Co Cię sprowadza Kurko? — spytała, kiedy tylko odłożyła trzymane zioła na ziemię przed swoimi łapami.
— Moja córka choruje i obawiamy się w żłobku, że to kocięcy kaszel.
— Przyprowadź ją — oznajmiła, na co starszy skinął głową i ulotnił się do żłóbka. W tym czasie biała westchnęła, obracając się na pięcie, by przygotować zioła dla Alki. Że też akurat teraz ktoś musiał jej ogon zawracać, szybko się z tym uwinie i pójdzie do Wiciokrzewu.
Długo nie musiała czekać na zmartwionego rodzica ze swoją pociechą. Do teraz Mistral myślała, że wyleczenie koteczki pójdzie szybko i sprawnie, lecz bardzo się myliła. Czekoladowa na każdą próbę podania ziół kręciła nosem, non stop oznajmiając, co jej się w nich nie podoba. Zielarka początkowo myślała, że wyjdzie z siebie w takim tempie i miała ochotę wręcz siłą wepchnąć lekarstwa w ten pyskaty pyszczek. Dopiero z późniejszą pomocą Gołąbka udało się namówić czekoladową.
— Nigdy więcej… — mruknęła, kładąc się na swoim posłaniu w głębi dziupli.
— Fakt, to był oporny przypadek — przyznał jej rację młodszy.
— Miałam iść do Wiciokrzewu, lecz Kurka z Alką mi plany pokrzyżowali… — poskarżyła się, mając dość tego wszystkiego. Odkąd pręgowany otruł Smugę i trafił do starszyzny, każda para łap się liczyła przy leczeniu Owocniaków. Na szczęście niewielką pomoc stanowił Modrogończyk, który postanowił iść w ślady matki.
— Teraz idź, ja na razie nigdzie się nie wybieram.
— Dzięki Ci Gołąbku, wiszę Ci największą piszczkę, kiedy tylko pora nagich drzew minie.
Nie czekając dłużej, podniosła się z dotychczasowego miejsca i niemal jak poparzona opuściła dziuplę, wcześniej zgarniając pakunek ziół, który przygotowała z myślą o starszym.

«★»

— Wiciokrzewie — zaczęła, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem. Liczyła, że może dziś jej się uda z nim porozmawiać, że w końcu nadszedł dzień, kiedy to kocur, choć minimalnie się bardziej na nią otworzy.

<Wiciokrzewie?>

Wyleczeni:
Alka

22 czerwca 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

Wchodząc do dziupli uzdrowicieli, Wiciokrzew spostrzegł swoją córkę, która właśnie padała na swoje posłanie. Od razu potem jej wzrok zaczął śledzić ruchy liliowego, który z początku wzdrygnął się pod ciężarem spojrzenia białofutrej. Niedawno spytała go, czy coś go trapi, a on znowu jak głupi futrzak wywinął się od odpowiedzi. Teraz lecznica znów była pusta, a on miał okazję opowiedzieć córce o wszystkim, co go męczyło. Czy jednak chciał to robić? Czy chciał obarczać ją swoimi problemami? Nie dało się ukryć, że miał ich całkiem sporo i sam ledwo dawał sobie z nimi radę. Nie chciał, by Mistral jeszcze bardziej martwiła się o jego dobrostan.
Już miał bez słowa położyć się na swoim posłaniu i odpocząć, gdy nagle rozległ się głos kotki:
— Nie wyglądasz za dobrze — stwierdziła, wpatrując się w jego zmęczony wyraz pyska. — A zachowujesz się jeszcze gorzej, choć wciąż próbujesz mi wmówić, że wszystko u ciebie w porządku — dodała.
Liliowemu ciężko było stwierdzić, czy robi mu teraz wyrzuty, czy jedynie dzieli się swoimi spostrzeżeniami.
— Bo… jest w po-porządku — odezwał się uzdrowiciel, lecz czuł, że jego słowa były puste. Nawet Mistral spojrzała na niego załamana, jakby oczywistym było, że kocur kłamie.
W końcu westchnął ciężko, odwracając wzrok od młodszej kotki.
— No d-dobra, nie jest — dodał, kładąc po sobie uszy. — Ale… mam pra-prawie 80 księżyców na ba-barkach i powinienem sam radzić sobie z mo-moimi problemami. Jesteś zbyt m-młoda, by mi po-pomagać — stwierdził, zaciskając mocniej zęby.
— Dobrze, w takim razie nie muszę ci pomagać. Chcę cię po prostu zrozumieć. Dlaczego taki jesteś? — drążyła dalej. Nie zapowiadało się na to, by miała dziś odpuścić, póki nie pozna prawdy.
— To… zbyt du-dużo, by o-opowiadać — mruknął, wciąż nie chcąc ulec namowom Mistral. On także nie chciał odpuszczać.
— Mam czas — zauważyła białofutra z coraz mniejszą cierpliwością. — Wykonałam już wszystkie swoje obowiązki, a poza tym lecznica jest pusta. Nie masz się czego obawiać — dodała, poruszając wibrysami nerwowo.
— Nie… n-nie jestem g-gotowy.

* * *

Tw: Myśli samobójcze

Wreszcie spełnił się jego największy koszmar. Tak bardzo przymuszał się do pracy, by przypadkiem nie zostać uznanym za niezdolnego do pełnienia swojej funkcji, że w końcu popełnił tak kardynalny błąd, iż nawet Czereśnia mu go nie wybaczył. Jak mogło do tego dojść? Jakim cudem pomylił się tak bardzo, że przez niego umarł drugi kot? Czuł się jak morderca. Jakby miał krew na łapach. Czuł się brudny, zdradziecki. Może gdyby przypadkiem pozbawił życia kogoś ze starszych kotów w Owocowym Lesie, prędzej by sobie wybaczył. Lecz Smuga? Miał przed sobą całe życie. Nie znalazł nawet drugiej połówki, nie założył rodziny. Był taki młody, miał tyle potencjału… a to wszystko zostało mu odebrane przez głupiego uzdrowiciela, który ma nierówno pod kopułą. Może jednak mógł nie zmieniać ścieżki szkolenia? Może gdyby zamknął pysk i nie upomniał się o to, by zostać medykiem, Smuga wciąż by żył? Równie dobrze mógł też nie rezygnować z próby odebrania sobie życia. Tamtej nocy szczęściem uratowała go Cierń — później odpuścił sobie ten pomysł kompletnie. Gdyby jednak wiedział, że następne księżyce życia przyniosą mu tylko więcej bólu, wstydu i porażek, nawet by się nie zastanawiał. Nikt tak czy siak by za nim nie tęsknił. Wtedy jeszcze nie było Mistral, nie było Świergotka. Nie miał dla kogo żyć. Teraz też najchętniej po prostu zapadłby się pod ziemię, i to dosłownie, lecz nie pozwalało mu na to poczucie winy.
W końcu Mistral zdawała się nie być kompletnie obojętna na losy swojego ojca. Nie zawsze była dla niego miła i czasem potrafiła użyć ostrego języka, lecz mimo wszystko była jego córką. Nie mógł tak po prostu jej osierocić, tym bardziej że straciła już matkę w tak młodym wieku. Musiała obserwować, jak ta po ataku lisa wykrwawia się na podłożu nory, a to nie mógł być łatwy widok. Czy zniosłaby śmierć kolejnego rodzica? A może byłoby jej łatwiej bez niego? Może nawet sam powinien ją o to spytać…
Nie, nie powinien. A może właśnie powinien? Nie wiedział. W końcu pytanie kogoś o to, jak zareagowałby na odejście bliskiego kota, byłoby dosyć niepokojące. Czy Wiciokrzew chciał się pogrążać jeszcze bardziej? Jednocześnie… czy miał coś do stracenia? Mistral i tak pewnie widziała w nim dziwadło, więc gdyby to zrobił, wpasowałby się tylko w swoją rolę.
Jego brzuch zaburczał nagle, wyrywając go z zamyślenia. No tak, od rana nic nie jadł, a był już wieczór. Do środka legowiska starszyzny wpadały tylko pojedyncze, nikłe promyczki słońca, nie dając starszym zbyt wiele światła. Może to i nawet lepiej, bo przynajmniej Pieczarka, Czernidłak i Lis nie musieli przez to oglądać zapchlonego mordercy, który wcisnął im się do przestrzeni osobistej. Sam liliowy miał wrażenie, że odkąd tu zamieszkał, rozmowy starszych przycichły i wydawały się bardziej nerwowe. Czasem miał też wrażenie, że jego współlokatorzy patrzą na niego z obawą, jakby bali się, że ich też otruje. Nie wiedział, czy to tylko zwidy, czy inne koty naprawdę o nim plotkowały, lecz wiedział, że nie wytrzyma w takim stanie zbyt długo. Już teraz miał ochotę zaszyć się w najciemniejszym kącie legowiska, albo najlepiej w ogóle odejść z Owocowego Lasu, by oszczędzić innym patrzenia na zdrajcę.
Przypominał sobie też moment, w którym Czajka zaatakował Ziemniaka, gdy dowiedział się o tym, że czekoladowy zamordował Osetka. Przypominał go sobie i zastanawiał się, czy gdyby brązowooki kocur wciąż z nimi żył, też rzuciłby się na Wiciokrzewa z pazurami i pozbył się go z tego świata. Och, jak byłoby wtedy fajnie… lecz w takim gronie nikt nie miał na tyle odwagi, by samemu wymierzyć liliowemu karę. A może jednak znalazłby się ktoś taki, gdyby nie fakt, że życie z poczuciem winy było prawdopodobnie większą karą dla dawnego uzdrowiciela niż śmierć. Myślenie o tym, co zrobił, i o tym, że niewinnemu kotu odebrał tyle możliwości, było po prostu torturą. Udręką. Gorszą niż cokolwiek innego na tym świecie.
W końcu jego brzuch zaburczał ponownie, a Wiciokrzew zdał sobie sprawę z tego, że przez ten głód już zrobiło mu się słabo. Właśnie dlatego w końcu podniósł się z posłania i sztywnym, chwiejnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Gdy jednak wysunął pysk z wnętrza legowiska skąpanego w półmroku, miał wrażenie, że wszyscy natychmiast zwrócili głowy w jego stronę. Dlaczego się tak gapili? Na pewno patrzyli na niego i myśleli, że jest podłym mordercą!
Liliowy wbił wzrok w podłoże i szybkimi krokami doszedł do stosu ze zwierzyną. Patrząc jednak na te wszystkie wiewiórki, myszy i wróble, zrobiło mu się niedobrze. Czy w ogóle zasługiwał na jedzenie? Czy zasługiwał na to, by żywić się zapasami zebranymi przez owocniackich wojowników po tym, jak jednego z nich zamordował? Teraz był już bezużyteczny. Był jak pasożyt. Nie leczył nikogo, nie zbierał ziół. Całymi dniami po prostu wegetował, by pod wieczór wykraść ze stosu piszczkę i wrócić do gnicia w posłaniu.
Przełknął ślinę i w końcu, ignorując głód, odszedł od stosu ze zwierzyną. Nic się w końcu nie stanie, jeśli tego dnia nic nie zje, prawda? Nie powinien umrzeć — a nawet jeśli, to może i lepiej.
Nim jednak zdążył wrócić do swojego zacisza, stanęła przed nim białofutra kotka, zagradzając mu drogę. Mistral.
— Wspólny posiłek? — zaproponowała, nieznacznie się uśmiechając, jakby złośliwie.
— Ja… n-nie jestem głodny — odparł liliowy, przenosząc wzrok na łapy.

< Mistral? >

17 maja 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

Po niedawnych wydarzenia w Owocowym Lesie niebieskooka zaczynała się coraz bardziej martwić stanem liliowego uzdrowiciela. Często z nieco zmrużonymi oczami obserwowała kocura, doszukując się każdych oznak, świadczących o jego pogorszonym stanie. Nie wiedziała zbytnio co z tym zrobić, biorąc pod uwagę, iż coś na wzór empatii wobec innych pojawiło się u niej coś niedawno i głównie za sprawą Purchawki. Dymna po tylu księżycach stała się niemal matką dla uczennicy — biała z czasem zaczęła być zapatrzona w nią jako wzór do naśladowania. Mistral podziwiała to, jak większość Owocniaków aż lgnie do jej ciepła. Młódka nawet przestała z jakąkolwiek niechęcią uczęszczać na spotkania organizowane przez szamankę. Ba! Sama nawet zaczęła się na nich udzielać, dzieląc się swoim strachem przed lisami. Kiedy tylko podzieliła się z innymi starym, bolesnym wspomnieniem, poczuła, jakby ktoś zdjął z jej barków niewyobrażalny ciężar.
Prowadząc swoje obserwacje, podążała często za kocurem niemal krok w kroku. Podobnie było w przypadku, kiedy to Wiciokrzew wraz z Purchawką wyszli z dziupli do legowiska starszyzny. Młódka pozostała na zewnątrz, czekając, aż zielonooki zakończy podawanie ziół choremu Lisowi. Biała już dawno zakończyła swe kąśliwe przytyki wobec starszego, lecz nadal widziała jego obawy, kiedy to mieli ze sobą styczność. Czuła palące poczucie winy na samą myśl swojego wcześniejszego zachowania wobec mentora, jednak za każdym razem, kiedy próbowała go przeprosić, rezygnowała z tego pomysłu lub zmieniała temat.
Zamyślona, nie zauważyła, kiedy to Wiciokrzew opuszczał odwiedzane legowisko, by następnie wpaść na córkę. Tej na szczęście udało się zachować równowagę, dzięki czemu uniknęła upadku. Kiedy miała pewność, że stoi stabilnie, skierowała swoje spojrzenie na pysk uzdrowiciela, nawiązując z nim krótki kontakt wzrokowy, który został przerwany ze strony liliowego.
— Czy… coś Cię gryzie? — spytała nieco niepewnie, nie będąc pewna, czy powinna poruszać ten temat, jednak coś jej mówiło, że musi. — I nie mów, że nic, bo widać, że coś jest nie tak. Proszę… Jesteś moim mentorem i jednocześnie kotem, który mnie i brata ocalił przed śmiercią w lesie, dlatego… Chce wiedzieć, co się dzieje.

«★»

Obecnie

Niebieskooka miała wrażenie, że odkąd do Owocowego Lasu dołączyło parę nowych kotów, to ma łapy pełne roboty. A jakby tego było mało, to Purchawka musiała się przenieść do kociarni, gdyż lada dzień miała się spodziewać kociąt, mających być symbolem sojuszu z Klanem Burzy. Mistral nie była do końca przekonana, ogólnie sam zamysł sojuszniczego miotu jej nie przypadł do gustu, lecz nic nie mogła z tym zrobić, w końcu nadal była uczennicą, choć coś czuła, że niedługo ulegnie to zmianie.
Wracając do obecnej sytuacji w obozie, nie tylko ona miała łapy pełne roboty, gdyż nowo przybyli zostali więźniami, których ktoś musiał w końcu pilnować, nie? Dodatkowo pewna wśród nich szylkretka podobno miała łapy zbrukane niewinną krwią. Sama Purchawka zaoferowała się z pomocą resocjalizacji morderczyni — przyszła zielarka Owocniaków nie była do końca przekonana ani tym bardziej zadowolona z pomysłu, lecz ufała szamance, choć czasem obawiała się o jej życie, kiedy to przychodzili po Rysi Trop. Jednakże odkąd dymna przeniosła się do żłobka, spotkania dla chętnych nieco stanęły pod znakiem zapytania.
Mistral raz na jakiś czas przychodziła odwiedzić więźniów, a bardziej to spytać się pilnujących ich kotów, czy ktoś z przetrzymywanych pod nadzorem potrzebuje pomocy. Za którymś razem usłyszała, że szylkret, Poziomkowa Polana, ma sztywną kończynę. Poprosiła strażników o możliwość porozmawiania z kocurem — chwilę później znalazła się w dole pod opieką jednego z wartowników, by przeprowadzić krótką rozmowę z chorym. Kocur był dość nieśmiały i niemal, co słowo się jąkał. Dawniej niebieskooka, by już po paru słowach Poziomka stała w tej dziurze zirytowana i zniecierpliwiona, jednak teraz? Istna oaza spokoju z drobnym uśmiechem na pysku, mającym zapewnić rozmówcę, że wszystko w porządku i uczennica go wysłucha.
Kiedy tylko kocur zakończył swój monolog o urazie, młódka skinęła głową i po poinformowaniu, że zaraz wróci, skierowała się w stronę, z której przyszła, by po wyjściu z dziury od razu udać się do legowiska uzdrowicieli. Nie zwracając uwagi, czy Wiciokrzew i jego kolejny uczeń znajdują się w dziupli, skierowała swoje kroki do składziku, z którego wzięła korzeń żywokostu i ziarna maku. Jego pikantny zapach niemal od razu uderzył w nozdrza białej, lecz ta jakby znieczulona na to, wybyła chwilę później z dziupli. Dość szybko powróciła do więźniów — strażnicy bez pytania pozwolili jej zejść do osadzonych. Kocur nadal znajdował się w miejscu, gdzie wcześniej go zostawiła.
Przykucnęła przy chorym, podając mu najpierw mak. Nim przeżuje żywokost na papkę i nałoży na bark, musiała wcześniej nastawić kończynę, co do przyjemniejszych należeć nie będzie. Gdy była w miarę pewna, że zjedzone przez Poziomka ziarna uśmierzą ból, poprosiła wartownika o pomoc, by następnie dość wyćwiczonym ruchem nastawić bark. Oczywiście, tak czy siak, szylkret zawył z bólu, jednak ten był mniejszy niż gdyby nie zjadł wcześniej ziaren maku.
Ignorując nieco przeszywające spojrzenia pozostały więźniów, wzięła przyniesiony korzeń żywokostu, by zacząć go przeżuwać na papkę. Może sprawiała wrażenie persony bez uczuć, skoro kompletnie zignorowała wcześniejszy krzyk ze strony Poziomka.
— Gotowe, przez parę dni będę przychodzić i sprawdzać Twój stan — oznajmiła, zerkając później na kota, który schodzić z nią do tej przeklętej dziury.

«★»

Zmęczona, nawet nie wiedząc zbytnio po czym, padła na posłanie w legowisku uzdrowicieli akurat w momencie, kiedy Wiciokrzew zjawił się w dziupli. Lekko machnęła ogonem z lawendą od Purchawki, od razu zaczynając śledzić kocura wzrokiem — dałabym sobie łapę uciąć, że widziała, jak kocur wzdrygnął się pod ciężarem jej spojrzenia.

<Wiciokrzewie?>
[879 słów]

[18%]


Wyleczeni: Poziomkowa Polana

03 maja 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.
— J-ja? Nigdzie… — odparł, wyraźnie zbity z tropu pytaniem Mistral.
Białofutra zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, ale niczego nie powiedziała.

* * *

Po śmierci Poranka

Wszystko wskazywało na to, że rudofutry uzdrowiciel sam odebrał sobie życie. Jego zakrwawiona łapa, resztki trujących ziół. Tylko dlaczego to zrobił? Wiciokrzew nie był z nim na tyle blisko, by rozumieć i znać wszystkie jego rozterki, ale raczej nie spodziewał się, że starszy w końcu nie wytrzyma i odejdzie z tego świata. Teraz przynajmniej był w czułych objęciach Wszechmatki i nie musiał już odczuwać tego paraliżującego bólu istnienia… Może liliowy sam powinien już dawno postąpić tak samo, jak jego wspólnik? Przecież już nieraz próbował, a jednak za każdym razem mu się nie udawało. Dlaczego to on miał takie “szczęście”? Dlaczego Wszechmatka pozwoliła Porankowi odejść, a jego samego trzymała w cierpieniu na ziemi? Może on też chciał już wreszcie odpocząć od tego wszystkiego, co dzieje się wokół? Tak bardzo nie chciał zmagać się z myślami o Osetku, Ziemniaku, Rokitniku… To było za dużo jak na jego głowę. Nie mógł pojąć, dlaczego z winy swojego byłego mentora musiał umrzeć jego przybrany syn, którego tak bardzo kochał. Frustrował go też fakt, że z winy Rokitnika aż dwójka kotów umarła — w końcu Ziemniak udał się na walkę z bobrami, w pewnym sensie za karę i przypłacił życiem za swoje czyny, do których został zmuszony przez starszego kocura. To wszystko wydawało się takie… niesprawiedliwe w oczach Wiciokrzewu, choć większość raczej uważała, że czekoladowemu należał się los, który go spotkał.
Na domiar złego teraz spadł na jego barki trening Gołąbka. Zielonooki w jednej chwili musiał zajmować się aż dwoma uczniami, mimo że nie potrafił zająć się nawet samym sobą. Na szczęście Mistral teraz więcej czasu spędzała z Purchawką, ale mimo wszystko Wiciokrzew wciąż był jej mentorem i dobrze by było, gdyby chociaż czasem spróbował przekazać jej cząstkę swojej wiedzy. Choć może lepiej byłoby, gdyby zostawił białofutrą w spokoju? Miał takie dziwne przeczucie, że córka nie za bardzo za nim przepada… Sam nawet nie wiedział czemu, ale nawet nie był tym specjalnie zdziwiony. Sam nie uważał się za kota nadzwyczaj lubianego. Wydawało mu się, że w oczach innych był raczej niezwykle irytujący. Wiecznie się jąkał, niczego nie był pewien i ogólnie był strasznie słaby. I fizycznie, i zresztą psychicznie. Bardziej się nadawał do izolatki niż na uzdrowiciela!
Na zewnątrz zachodziło już słońce, robiło się coraz później. Wiciokrzew leżał teraz na swoim posłaniu, zastanawiając się nad wydarzeniami sprzed ostatnich kilku dni. Przynajmniej do tego czasu — teraz westchnął przeciągle i przymrużył oczy, chcąc już wreszcie zasnąć. Myślenie często męczyło go nawet bardziej niż długie spacery! Oczywiście nie chodziło o samo myślenie, lecz raczej analizowanie wszystkich złych rzeczy, jakie przytrafiły mu się w przeszłości. Dlaczego potrafił myśleć o nich tak często, a mimo wszystko nie wyciągać z nich wniosków? Gdyby uczenie się na błędach działało, Wiciokrzew byłby teraz zdecydowanie nieomylny, a jednak… do tego było mu daleko. Co takiego robił źle, by wciąż żyć w takim smutku? No, teraz to i tak już nieważne, bo liliowy właśnie usypiał, a myśli w jego głowie stopniowo się wyciszały.

ᶻ 𝗓 𐰁

Nim otworzył oczy, do jego nozdrzy falą dotarł gryzący zapach krwi. Wiciokrzewowi aż zakręciło się od niego w głowie, lecz mimo wszystko nie otworzył ślepi. Jego powieki były ciężkie niczym kamienie, więc ciężko było cokolwiek z nimi zrobić.
Po chwili słuch liliowego zaczął się jakby rozbudzać. W głowie uzdrowiciela nagle rozbrzmiały liczne krzyki i wrzaski, przez które włos jeżył się na karku. Z tego gwaru wybił się jednak jeden, konkretny głos. Znajomy.
— Wiciokrzewie! — wrzasnął Ziemniak.
Uzdrowiciel otworzył gwałtownie oczy, a wtedy przed sobą ujrzał potworną rzeź. Wszędzie latały krople krwi i strzępki futer. Owocniacy walczyli z bobrami, a w powietrzu unosił się kurz. Zielonooki rozejrzał się wokół, aż nagle jego uwagę przykuła wyprostowana, siedząca postać z wypiętą piersią i złośliwym uśmiechem. Czekoladowy wojownik znajdował się na środku całej tej bitwy, a mimo wszystko wszystkie kły i pazury omijały go, jakby sama Wszechmatka broniła go własnym ciałem.
Po chwili Ziemniak podniósł się z miejsca i zaczął powolnym krokiem iść w stronę uzdrowiciela. Wszyscy pochłonięci walką odsuwali się na jego widok, pozwalając mu bezpiecznie przejść do starszego. Kocur spiął się cały i zrobił chwiejny krok w tył, panicznie chcąc wydostać się z pola bitwy i uciec od Ziemniaka, którego zachowanie wprawiało go w dyskomfort.
Wiciokrzew zamknął na moment ślepia, a gdy je otworzył, znajdował się w zupełnie innym miejscu. Stał właśnie na Drodze Grzmotu, a po walce ani Ziemniaku nie było śladu. Do czasu…
— Teraz jesteśmy kwita, prawda? — odezwał się nagle czekoladowy.
Uzdrowiciel odwrócił się, by ujrzeć przed sobą wojownika. Co oni tu robili? Co się właśnie działo? To wszystko działo się naprawdę, a może było tylko snem?
To musiał być sen. Musiał. Ale… co, jeśli nim nie był?
— C-co? — odezwał się liliowy, zdumiony i niezwykle zakłopotany.
— Ja zabiłem ci syna, a ty… zabiłeś mnie. Więc rachunki zostały wyrównane, tak? — wyjaśnił wojownik, wciąż uśmiechając się niepokojąco w stronę zielonookiego.
— N-nie… Nie za-zabiłem cię! — odparł, choć jego głos załamał się z niepewności. Czy naprawdę nie przyczynił się do śmierci Ziemniaka? Teraz sam już nie był pewien…
— Och, czyżby? W takim razie, dlaczego już nie widujesz mnie w obozie? — syknął czekoladowy, zadzierając brodę.
— To b-bobry cię za-zabiły! — mruknął liliowy, marszcząc nos. — Nie zwa-zwalaj tego na mnie!
W uszach uzdrowiciela nagle poniósł się śmiech wojownika.
— Bobry, tak? To dziwne, że nazywasz się bobrem. Nie pamiętasz już, jak twoje kły rozdzierały moją delikatną skórę? Nie pamiętasz, jak szkarłat plamił twoje futro? Doprawdy zabawne — mówił żółtooki, smagając powietrze ogonem.
Wiciokrzew na moment wstrzymał oddech. Nie pamiętał niczego z tego, co mówił Ziemniak, ale co, jeśli kocur miał rację… Co, jeśli liliowy naprawdę pozbawił go życia?


ᶻ 𝗓 𐰁

Gdy się obudził, po Ziemniaku nie było już śladu. W głowie uzdrowiciela zostały tylko jego słowa, a poza nimi dziwny ścisk w klatce piersiowej.
— To ty-tylko głupi s-sen — wymamrotał pod nosem, biorąc w płuca głęboki wdech.
Po chwili rozejrzał się wokół i dostrzegł Purchawkę, która wmasowywała ziołową papkę w skórę Kasztanki. Był dopiero wczesny ranek, a lecznica już pękała w szwach!
Gdy tylko młodsza, rudofutra kotka opuściła legowisko, szamanka zwróciła głowę w stronę Wiciokrzewu.
— Mówiłeś coś? — zapytała, na co uzdrowiciel pokręcił głową. — To chyba coś mi się przesłyszało. Ale, hej! Skoro już wstałeś, to przejdziesz się może do legowiska starszyzny? Słyszałam, że Lis od samego świtu wymiotuje… — dodała, wzdychając ciężko.
Zielonooki skinął głową, nie zastanawiając się dwa razy. Tak bardzo nie chciało mu się dziś wstawać, ale nie miał innej opcji… Wywlókł się ze swojego posłania i chwycił ze składziku kilka ziół przeciwwymiotnych. Potem zrobił krok w tył, lecz wtedy zamarł, jakby nagle coś zupełnie pochłonęło jego myśli. Stał w bezruchu przez jakiś czas, dopóki do lecznicy nie zawitał jakiś kot.
Wtedy dopiero drgnął i spojrzał w jego kierunku.
W progu stała Mistral, obserwując swojego ojca. Wiciokrzew zastanawiał się, czy powinien się z nią przywitać, lecz z ziołami w pysku raczej ciężko było coś powiedzieć. Mruknął jedynie coś niezrozumiałego pod nosem i wyminął córkę, kierując się w stronę legowiska starszych.
Gdy szedł, poniosły się za nim kroki. Czyżby niebieskooka podążała za nim? Mimo to nie odwrócił głowy i spokojnie zawitał u starszych. Jego wzrok od razu skupił się na rudym kocurze, który chwiejnie siedział na swoim posłaniu, nie wyglądając najlepiej. Wydawał się taki blady, a jego oczy były nieobecne.
Wiciokrzew szybko do niego podszedł, na co Lis z trudem zwrócił pysk w jego kierunku.
Liliowy podał mu zioła przeciwwymiotne i szybko wycofał się z legowiska starszych, chcąc wrócić na swoje posłanie i znowu pogrążyć się w myślach. Jak się jednak okazało, Wszechmatka miała wobec niego inne plany, gdyż zamiast wrócić do lecznicy, Wiciokrzew przypadkowo wpadł na swoją córkę. Ciekawe, czy tym razem też kręciła się wokół niego tylko po to, by go skrytykować...

<Mistral?>

[1280 słów]

[13%]

Wyleczeni: Kasztanka, Lis

01 maja 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

— Coś często mdlejesz — rzuciła w stronę liliowego kocura, który jakiś czas temu został przetransportowany do lecznicy, kiedy to zemdlał idealnie na środku obozu. — Weź sobie parę dni wolnego od tego wszystkiego, w końcu Owocowy Las się nie zawali, kiedy to tylko ja z Purchawką i Porankiem będziemy leczyć. A tobie to może na dobre wyjdzie — dodała, aby następnie wyminąć starszego i udać się do składziku ziół. Młódka nie zamierzała tracić cennego czasu na naukę medykamentów, a przy okazji może znajdzie kolejne braki, które później będą idealnym pretekstem do opuszczenia obozu.

Może i Mistral dość często zachowywała się wyniośle wobec innych, lecz nadal żyła stratą matki. Raczej nikt nie chce być świadkiem, jak lis rozszarpuje ciało twojej rodzicielki, która oddała życie za te twoje. W dodatku, kiedy ujrzała, jak takie samo rude stworzenie wpada do obozu za pewnym głupim uczniem, wszystko w niej na nowo odżyło. Ukrywała fakt, iż opuszczanie bezpiecznego obozu również napawało ją strachem — kiedy udawała się z Purchawką lub jednym z uzdrowicieli na zbieranie ziół, to raczej nie brali nikogo dodatkowego. Choć też zdarzały się pewne wyjątki, na przykład młódka pamiętała, jak parę razy z nimi szła Orchidea, szczególnie po tym ataku lisa, gdzie istniało ryzyko, że jakieś osobniki kręcą się w pobliżu.

Obecnie

Kolejne księżyce mijały, a biała kotka zdecydowanie na dobre zagościła w legowisku uzdrowicieli Owocowego Lasu, nawet jeśli jej nauki nie do końca skupiały się na przyszłej roli uzdrowiciela. Młódka pamięta, jakby to wczoraj Purchawka oznajmiła, iż wybiera ją jako swoją uczennicę, by została w przyszłości nowym zielarzem w ich społeczności. Stanowisko to dość długo było puste, a dokładnie od momentu, kiedy to dymna została szamanką, zastępując swoją poprzedniczkę, która odeszła do Wszechmatki. Mistral nigdy nie dopytywała o zmarłą, gdyż tak naprawdę nie było jej to potrzebne do czegokolwiek, a uczennica dodatkowo była nieco pochłonięta niedawnym pomysłem swojej mentorki. Purchawka wymyśliła otwarte spotkania teraupetyczne, na które regularnie przychodziło parę kotów, a mianowicie Lis, Kajzerka, Przypływ, Drobinka, Miodunka, Mgiełka i Całunka. Każdy z nich miał swoje własne powody, dla których pojawiali się w tym skromnym towarzystwie i dzielili się tym, co im leży na sercu.
Niebieskooka początkowo była dość sceptycznie do tego nastawiona, a nawet zamierała się łapami przy początkowych namowach Purchawki, oczywiście mając na uwagę to, jaki miała sposób bycia uczennica, a był on dość kontrowersyjny. Choć dało się zauważyć, że odkąd ta szkoliła się na zielarza, coś w jej charakterze uległo zmianie, jakby sama szamanka miała jakiś pozytywny wpływ na to. Nikt raczej na to nie narzekał, gdyż przy wcześniejszym nastawieniu Mistral do wszystkich, to każdy, a przynajmniej większość starała się przychodzić do Poranku, Wiciokrzewu czy nawet Gołąbka, szkolącego się pod okiem rudego uzdrowiciela. Biała początkowo jedynie zbywała to machnięciami łapą, uważając, że każdy to mysi móżdżek, skoro myślą, że jest ona gorsza od pozostałych Owocniaków, którzy razem zamieszkiwali dziuplę.
W końcu jednak zaczęły następować pewne drobne zmiany w zachowaniu Mistral, początkowo były to nieśmiałe uśmiechy, kiedy ktoś akurat przychodził do legowiska, a ona była w środku. Z czasem zaczęła schodzić z tonu i zaprzestała swych opryskliwych uwag. Najbardziej na tym wszystkim skorzystał Wiciokrzew, który mógł odetchnąć z ulgą, kiedy nie musiał się obawiać dość ciętych uwag ze strony młodszej. Po jakimś czasie nawet zaczął pojawiać się wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie wobec swojego mentora. Chciała go przeprosić, lecz zawsze nagle coś odciągało ją od tego lub sam kocur był akurat w danym momencie czymś zajęty. Czy Wszechmatka chciała, by młódka żyła z narastającym poczuciem winy, które z każdym dniem paliło coraz bardziej?
Wir mało przyjemnych myśli został przerwany przez pojawienie się cętkowanego zwiadowcy w legowisku. Akurat uczennice była wraz z Purchawką, gdyż Poranek był zajęty szkoleniem Gołąbka, a Wiciokrzew gdzieś niedawno wybył. Szamanka od razu przywitała Guziczka, zaczynając nieco trajkotać jak katarynka, na co Mistral rozbawiona przewróciła oczami. Zielonooka zdążyła już chyba każdemu z osobna w Owocowym Lesie powiedzieć o spotkaniach niewielkiej, które miały cel terapeutyczny i poprawienie dobrostanu psychicznego każdego, kto chciał przyjść. Za każdym razem przybyli mogli liczyć na kwiatki od Gołąbka, który ten zbierał je akurat na te okazje — początkowo niebieskooka dość sceptycznie do tego wszystkiego podchodziła, lecz z czasem sama zaczęła pojawiać się na spotkaniach, tłumacząc się przed samą sobą, że dzięki temu będzie lepszym zielarzem w przyszłości, kiedy tylko nadejdzie dzień, gdy zostanie mianowana.
— Purchawko, chyba już każdy w Owocowym Lesie wie o twoim pomyśle, nie musisz każdemu z osobna o tym mówić — odparła z drobnym uśmiechem, podchodząc do szamanki i zwiadowcy. — Lepiej poszukaj Wiciokrzewu — dodała, spoglądając przez chwilę na mentorkę. Ta krótka chwila wystarczyła, by dymna zrozumiała pewne obawy ze strony Mistral, których raczej nie wypowiadała głośno.
— Jesteś pewna, że dasz sobie radę sama? — spytał niepewnie Guziczek. Biała rozumiała jego obawy, w końcu nadal była uczennicą i to raczej dość młodą, lecz jej wiedza powoli zaczynała dorównywać tej, którą posiadali pozostali.
— Oczywiście! Skoro mam aż dwóch mentorów — odparła, a następnie wskazała wolne posłanie z mchu. Starszy po chwili wahania je zajął, a kotka mogła na spokojnie przyjrzeć się jego oku. Było one załzawione i ropiało, co musiało być mało przyjemne, dlatego też bez zbędnego zwlekania ruszyła po jaskółcze ziele. Dość sprawnie odnalazła odpowiedni medykament, więc już po chwili ponownie znalazła się przy chorym, choć na tym jej zadanie się nie kończyło, gdyż glistnik musiała najpierw przeżuć, a następnie jako okład nałożyć na zainfekowane oko.

«★»

Mistral ciężko odetchnęła, kiedy tylko wypuściła z legowiska zwiadowcę. Czuła, jak ją szczęka boli od zbyt intensywnego przeżuwania ziela, lecz wolała mieć pewność, że papka będzie odpowiednia i zadziała, kiedy położy ją na oku Guziczka. Na szczęście obecny ból się opłacić, gdyż właśnie obserwowała, jak kocur wita się ze swoim partnerem, który także był zwiadowcą. Oba kocury nosiły na sobie dość świeże rany po walce z bobrami — żałowała, że musiała, jak na ostrych krzewach czekać na powrót liliowego uzdrowiciela. Kiedy tylko ich cała grupa wyruszyła, obawiała się, że coś może nie pójść po myśli Pieczarki i Czereśni, czego skutkiem będzie narażenie Wiciokrzewu i Drobinki na atak wroga. Na szczęście im nic się nie stało, a co Mistral dziękowała Wszechmatce.
— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.

<Wiciokrzewie?>
[1017 słów]

[20%]


Wyleczeni: Guziczek

02 kwietnia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

Wiciokrzew wsadził łeb w wejście do lecznicy, po czym zrobił kilka kroków do przodu, zanurzając się całkowicie w półmroku. Gdy się rozejrzał, jego spojrzenie natrafiło na białą, długowłosą kotkę. Gdyby była nieco większa, przeraziłby się i pomyślał, że to Tramontana powstała z martwych. To jednak nie była Tramontana, a jej córka — Mistral. Właściwie to… ich córka, bo Wiciokrzew był jej biologicznym ojcem. Choć nigdy nawet nie przypuszczał, że do tego dojdzie.
— Ty — syknęła nagle Mistral. Jej ciało spięło się, a w oczach błysnęła nienawiść. Wyglądała jak dzikie zwierzę szykujące się do ataku.
Wiciokrzew instynktownie zatrzymał się w bezruchu, śledząc zmiany na pysku swojej córki.
— Kto ci pozwolił mnie tu zabrać?! — fuknęła, widząc, że liliowy nie zamierza się odezwać. — Dlaczego nawet nie próbowałeś ratować mojej matki, tylko zabrałeś mnie i mojego brata od niej i przywlokłeś do tego obcego miejsca?! — oburzała się dalej, podczas gdy końcówka ogona uzdrowiciela drżała nerwowo.
Wiciokrzew przełknął ślinę, czując, jak serce podchodzi mu do gardła.
— Jej… n-nie dało się u-uratować… — odparł cicho, spuszczając wzrok na łapy. Przed oczami mignął mu obraz zmasakrowanego, splamionego szkarłatem ciała jego “partnerki”. Czuł, jak ogarniają go dreszcze, a łapy stają się odrętwiałe. Wyruszając do nory tamtego dnia, nie spodziewał się ujrzeć tego, co zobaczył. To było dla niego traumatyczne — a co dopiero dla Mistral. Białofutra miała prawo się na niego złościć. Miała prawo złościć się na cały świat. Byle tylko nie trzymała się tej złości zbyt długo, bo o wiele trudniej jest nienawidzić, niż żyć z kimś w zgodzie.
— Jak przyszedłeś, to jeszcze oddychała! — uparła się Mistral.
— No, t-tak… ale stra-straciła za dużo… k-krwi — wydukał, po czym mocniej zacisnął zęby. — Nawet g-gdybym miał wszystkie zio-zioła, to… i t-tak by nie przeżyła. P-przykro mi, Mistral — wyjaśnił z trudem, po czym wziął głęboki wdech, próbując opanować emocje.

* * *

tw: rzygi, śmierć

W Owocowym Lesie głośno było o epidemii, jaka rozszalała się w legowisku starszych. Dlaczego Wszechmatka po raz kolejny zsyłała na Owocniaków te potworne choróbska? Jedna epidemia to o jedną za dużo, a teraz mieli zmagać się z kolejną?
Może naprawdę los nie chciał, by ten nieszczęsny Wiciokrzew pełnił funkcję uzdrowiciela, skoro stawiał przed nim tyle prób. Czy gdyby dociągnął trening na wojownika do końca i objął tę rangę, wszystko wyglądałoby inaczej? Nie musiałby co prawda użerać się z wymiotującymi starszymi, ale jak poradziłby sobie bez jednej łapy? Czy byłby w stanie biegać, polować i walczyć tak sprawnie, jak inni wojownicy?
Odpowiedź była prosta — nie byłby. Brak jednej kończyny utrudniał mu funkcjonowanie nawet jako uzdrowicielowi. Żyli przecież w społeczności związanej z drzewami — większość rang miała swoje legowiska na ich koronach, do których dostęp dla Wiciokrzewa był ograniczony. Bez jednej łapy wspinaczka po pniu była niezwykle trudna.
Może zielonooki powinien szukać swojego przeznaczenia gdzie indziej? Niekoniecznie w innym klanie, ale… co, jeśli powinien zostać samotnikiem? Nie dlatego, że by tego chciał, lecz po to, by ulżyć innym. W końcu kto nie ucieszyłby się na wieść, że bojący się własnego cienia, jąkający się uzdrowiciel wreszcie zniknął?

* * *

Z każdym minionym dniem było tylko gorzej. Teraz nie chorowali już tylko starsi — do grona zarażonych dołączyli też Czerwiec i Szafran. Wiciokrzew czuł się w obliczu tej choroby bezsilny. Mógł podawać tym kotom zioła, mógł przynosić im mech nasączony wodą, ale czy ich objawy w ogóle ustępowały? Te koty nie chorowały na żaden zielony czy biały kaszel, a na coś zupełnie innego. Coś, czego nie dało się wyleczyć kilkoma listkami kocimiętki.
Tego dnia liliowy zabrał ze sobą kilka ziół przeciwwymiotnych, ale z tyłu głowy i tak wiedział, że pod koniec dnia przyjdzie im wymieniać zabrudzony mech. W tym momencie legowisko starszych było istnym koszmarem. Wszystkie te zarazki uwięzione razem z osłabionymi Owocniakami… Pręgowany już nieraz prawie zemdlał, wchodząc do tej izolatki. Warunki tam były nie do wytrzymania. Brud, a w dodatku śmierdziało chorobą i nadciągającą śmiercią. Powietrze tam było aż wrzące od rozgrzanych oddechów starszych, który zmagali się z podwyższoną temperaturą. Uzdrowiciel nie sądził, że po zakończeniu epidemii ktokolwiek będzie tam chciał zamieszkać. Już chyba nigdy nie będą w stanie pozbyć się tego powalającego odoru z tego miejsca!
Wiciokrzew zatrzymał się przed wejściem do legowiska starszych, które pełniło teraz funkcję izolatki, by przypadkiem zaraza nie przeszła na inne koty. W końcu zielonooki wziął w płuca głęboki wdech świeżego powietrza i powoli przecisnął się do środka, gdzie od razu uderzył go smród tego, co przez ostatnie kilka minut zdążyło wydobyć się z wnętrza chorych kotów. Przez moment zmrużył oczy, nie chcąc widzieć przygarbionych Owocniaków, których ciała co jakiś czas wykręcały się w konwulsjach. Po chwili jednak oprzytomniał i każdemu choremu rzucił pod łapy porcję ziół.
Potem wyszedł z izolatki i poszedł po nowe, uplecione legowisko, którego stworzenie zlecił Mistral. Z nim udało mu się wrócić do środka, a tam zatrzymać się przed Rokitnikiem. Wiedział, że ze starszym łączyła go nieprzyjemna relacja i przed rozpoczęciem epidemii nie widzieli się prawie ani razu, ale… teraz nie było czasu na dawne spory. Wiciokrzew miał robotę do wykonania, nieważne czy lubił danego kota, czy nie.
— Mu-musisz… zejść — mruknął do burego, kładąc na ziemi świeże posłanie. — Będzie ci wy-wygodniej — dodał jeszcze, obserwując umorusane gniazdo, na którym leżał skulony Rokitnik. Miał nieznacznie przymknięte powieki i pysk wygięty w zirytowanym grymasie.
— Nie będę leżeć na legowisku, które żeś tknął! — wychrypiał starszy, otwierając szerzej ślepia i patrząc na swojego byłego ucznia z czystą nienawiścią.
Liliowy nie sądził, że Rokitnik wciąż jeszcze żywi do niego taką urazę.
— Rokitniku, to n-nie czas na to — wyjaśnił, popychając posłanie w stronę burego.
— A właśnie, że czas! — uparł się Rokitnik, po czym wyciągnął jedną z łap w przód, niemal łapiąc nią uzdrowiciela. Ten zdążył się jednak cofnąć na tyle, by paluchy burasa nie zdążyły opleść się wokół jego kończyny. — Nie przychodziłeś tu, odkąd w walce z sępem odniosłem poważne obrażenia! Żałuj tego, żałuj… bo może mógłbyś ominąć kilka przykrości.
Bury uśmiechnął się złośliwie, niemal szyderczo.
Po grzbiecie uzdrowiciela przeszedł dreszcz. Od zawsze bał się Rokitnika — a teraz, gdy ten wyglądał, jakby był na skraju śmierci, był jeszcze straszniejszy.
— Co masz na m-myśli…? — zapytał Wiciokrzew, po czym się rozejrzał. Niektóre oczy przebywających w izolatce kotów skupione były na nim i Rokitniku. Niektóre natomiast skupiały się na własnych łapach i na tym, by nie zwymiotować.
— Jak to co? — warknął bury, a zaraz potem zaniósł się kpiącym śmiechem. — Myślisz, że Osetek tak po prostu zniknął z Owocowego Lasu? Myślisz, że co? Że uciekł?
“O co chodzi temu szaleńcowi?” — pomyślał, nawet nie chcąc dopuścić do siebie najczarniejszych scenariuszy.
— Dalej nic nie świta? — kontynuował Rokitnik. — Pewnie myślisz też, że Ziemniak z własnej woli zaczął cię zaczepiać, co?
— Rokitniku, prze-przestań — wyrwało się w końcu Wiciokrzewowi. — Nie chcę o tym słu-słuchać!
Bury na moment zamilkł, lecz tylko po to, by jego pysk jeszcze bardziej się wykrzywił.
— Nie obchodzi mnie to, co wielmożny ziołolub sobie chce, a czego nie chce! — fuknął, marszcząc nos. — Wiedz, ty łajnojadzie, że to ja zmusiłem Ziemniaka do tego, by tobie dokuczał! Tobie i temu zapchlonemu Osetkowi!
“Dość tego, dość…” — stwierdził liliowy, robiąc krok w tył. Był na tyle zakłopotany, że obraz przed nim aż zawirował.
— Tak, tak… — zaczął powtarzać Rokitnik. — Byłeś moim ostatnim uczniem, pokrako! Zniszczyłeś mnie, zdajesz sobie z tego sprawę? Przyniosłeś mi nic innego jak niezliczone pokłady wstydu! Żyły sobie wypruwałem, by wyrosło z ciebie cokolwiek więcej niż lisie łajno, a ty na koniec-
Bury przerwał, gdyż jego ciałem wstrząsnął nagły spazm. Przełknął jednak ślinę i z trudem kontynuował:
— Ty… Ty śmiałeś zmienić rangę! Wszystko, co ci przekazałem, poszło na marne! Wiesz, ile mnie kosztowały treningi z takim niedorajdą jak ty? I tak mi się odwdzięczyłeś? A na koniec przyprowadziłeś do Owocowego Lasu jakąś przybłędę!
Wiciokrzew z trudem rozumiał to, co docierało do jego uszu. Wszystkie bodźce z otoczenia wydawały się dla niego sto razy wyraźniejsze. To było nie do zniesienia. W jego nosie kręcił się wykręcający zapach wymiocin, a w uszach słyszał tylko pełne jadu skrzeczenie swojego byłego mentora. Czy mogło być gorzej?
— Myślisz, że już skończyłem? — splunął starszy. — Ja się dopiero rozkręcam! — krzyczał dalej, chociaż reszta przebywających kotów w izolatce patrzyła się na niego z przerażeniem. — To przeze mnie Osetek nie żyje! Jest martwy! Myślisz, że to tylko jakiś bełkot schorowanego kota? To się mylisz! To ja kazałem Ziemniakowi zabić tego twojego pasożyta! Tak, tak… Ziemniak wyprowadził go poza obóz z łatwością. A potem wiesz, co zrobił? Poderżnął mu pazurem gardło! I wiesz, co było potem? No, wiesz? Wrzucił go do rzeki, by popłynął z prądem w nieznane! — miauczał wręcz maniakalnie.
To był moment, w którym nagle zielonooki odciął się od wszystkich zmysłów. W końcu gadanie Rokitnika ucichło, sylwetki innych kotów zaczęły się rozmazywać, a jego nozdrza wypełnił jedynie zapach krwi, zmieszany z wonią Osetka. Przez ten cały czas łudził się, że czarno-biały uciekł z własnej woli, że odnalazł swoje powołanie gdzieś indziej… I przez ten cały czas tak naprawdę żył z jego mordercą? Codziennie mijał w obozie kota, który na pazurach nosił krew niewinnego kota.
Gdy Wiciokrzew już się ocknął, zaczął słyszeć rozhisteryzowane krzyki i wrzaski wokół. Zamrugał kilkakrotnie i rozejrzał się po izolatce, tylko po to, by jego oczom ukazało się zwiotczałe ciało Rokitnika. Takie… bez życia. Bez tej złości, bez tego jadu, który jeszcze przed chwilą z niego tryskał. Starszy… umarł?
W pierwszym odruchu uzdrowiciel zbliżył się do burego i kłami złapał go za skórę na karku. Potem, wciąż jak w transie, wyciągnął martwe ciało z posłania i zaczął wynosić je poza izolatkę. Wychodząc przez próg, minął Czajkę, ale nawet nie skupił na nim uwagi. Szedł dalej, w akompaniamencie drżących szeptów i zdziwionych komentarzy. W jego głowie nie pojawiła się żadna myśl. Tylko pustka. Jakby był tylko ciałem, którym rządził jakiś pasożyt.
Gdy dotarł na środek azylu, rozluźnił szczękę i pozwolił Rokitnikowi upaść z hukiem na glebę. Zaraz potem sam też przypadł do ziemi, a jego wizja zaszła czernią.

* * *

Obudził się w lecznicy, na swoim wygodnym, znajomym posłaniu. Przez moment pomyślał nawet, że to wszystko było tylko złym snem. W jego głowie co prawda pojawiała się wizja martwego ciała Rokitnika, ale kto powiedział, że musi być prawdziwa?
Wiciokrzew podniósł się z miejsca, gotowy do rozpoczęcia swojego dnia tak jak zwykle. Gdy to jednak zrobił, Purchawka spojrzała w jego stronę ze zmartwionym wyrazem pyska.
— Jesteś pewny, że chcesz już wstawać? — zapytała. — Nie musisz dziś nic robić. Wszystkim się zajmiemy — dodała jeszcze, uśmiechając się z lekkim politowaniem w stronę liliowego.
Serce podeszło uzdrowicielowi do gardła, ale próbował udawać, że nie wie, o co chodzi.
— N-nie rozumiem… Czemu mia-miałbym dziś le-leżeć? — zaśmiał się nerwowo, a jego koniuszek ogona zaczął drżeć. — Nic się prze-przecież nie stało, n-nie?
Nim Purchawka zdążyła odpowiedzieć, do lecznicy weszła Mistral.
— To ja już pójdę — mruknęła czarnofutra, biorąc do pyska kilka ziół i mijając się z uczennicą w progu.

<Mistral?>

[1750 słów]

[18%]

09 marca 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Biała młódka ze swoim rudym bratem rosła w oczach, ledwo, co byli małymi kulkami, które niemal całe dnie spędzały przy brzuchu rodzicielki, a teraz? Zaczynali powoli odkrywać otaczający ich świat — oczywiście pod czujnym okiem Tramontany, która nie chciała żadnego z nich stracić. W końcu mieli zapewnić jej spokojne życie na starość, nie musząc się przejmować tym, kto jej pomoże w samotniczym życiu, zapoluje i zadba, by umarła z godnością. Dla starszej jej dwójka młodych była niczym oczka w głowie, o które chciała dbać, jak tylko mogła i pozwalał jej statut samotnika. Dlatego też feralnego dnia po usłyszeniu i wyczuciu w powietrzu zagrożenia, zagoniła rodzeństwo do nory, choć raczej oboje nie byli z tego faktu zbytnio zadowoleni, jednakże niebieskooka się tym nie przejmowała — ważniejsze było ich bezpieczeństwo, które mogła im zapewnić w schronienie oraz kiedy ta dwójka maluchów nie będzie popiskiwać.
Mistral nieco zdezorientowana zachowaniem matki, spojrzała za siebie, by ujrzeć przerażenie i przejęcie w oczach rodzicielki. Młódka sama się spięła, zaczynając być odzwierciedleniem emocji samotniczki. Przez nieuwagę koteczka stanęła krzywo na jednej z przednich łap, doprowadzając do jej zwichnięcia. Głośno pisnęła z bólu, który zaczął promieniować od uszkodzonej kończyny, zmuszając przy tym Tramontanę, by ta chwyciła ją za skórę na karku i resztę drogi do nory pokonała, będąc niesioną w pysku matki. Samotniczka, tylko kiedy skryła w ciemniejszym zakamarku jamy, kazała im pozostać cicho i pod żadnym pozorem choćby drgnąć. Młódka chciała otworzyć pyszczek, dopytać co się dzieje, przy okazji skarżąc się na łapę, lecz biały ogon Tramontany skutecznie jej to utrudnił. Mistral widziała mieszankę różnych emocji w oczach matki, które były głównie zdominowane przez strach oraz potrzebę ochrony swoich młodych.
Dalsze wydarzenia potoczyły się w zastraszającym tempie — walka, krew, by finalnie skończyło się to pewną śmiercią. Koteczka z szeroko otwartymi oczami obserwowała, jak ich matka ginie, poświęcając życie dla niej i Świergotka. Kiedy było po wszystkim, strachu kompletnie sparaliżował jej drobne ciało, tak podobne do Tramontany z wyglądu. Młódka nie dopuszczała do siebie myśli, że ich rodzicielka tak po prostu polegnie w boju — nie zgadzała się na to. Chciała krzyczeć, płakać, wręcz wyć z rozpaczy, jednak żaden dźwięk nie opuszczał jej gardła. Nawet zwichnięta łapa straciła na znaczeniu w obliczu takiej tragedii.
Już miała wykonać pierwszy krok w stronę jeszcze ciepłego ciała matki, kiedy niespodziewanie do nory wpadł liliowy kocur. Biała kojarzyła jego zapach, który czasem unosił się w powietrzu, kiedy tylko przebudzała się z drzemki. Tramontana kiedyś im opowiadała o jakimś kocie, który przenosił jej zwierzynę, gdy musiała mieć na nich oko.
— Tra-Tra-Tramont… — odezwał się, lecz po chwili jego głos nie dał rady opuścić pyska starszego. Wpatrzony zielonymi oczami w zmasakrowane ciało samotniczki, podszedł do niej, a następnie upadł przy konającej kotce, oplatając łapami krwawiącą szyję. Wraz z kolejnym uderzeniem serca jego wzrok na chwilę spoczął na dwójce kociąt, jednak już po chwili ten zaczął badać sylwetkę starszej. Z tej perspektywy Mistral ledwo mogła dostrzec ledwo unoszące się boki matki, a co dopiero jej pysk.
— A-a-ale… j-jak… j-j-jak to… — mamrotał, a koteczce zdawało się, że jeszcze dodatkowo przy tym się jąka, co nieco ją w duszy poirytowało. Jej uszy były przyzwyczajone do czystego, spokojnego, po prostu idealnego głosu matki, a teraz? Jedyny dźwięk w jamie, jaki mogła usłyszeć to jakieś jąkanie się obcego kocura, który mamrotał coś nad ciałem jej najdroższej matki.
Liliowy po chwili przeniósł swoje zielone oczy, tak obce Mistral, właśnie na nią. Ta była wpatrzona w niego szeroko otwartymi oczami, w których był widoczny strach, a fakt, iż zaczynały się powoli szklić, mógł wskazywać na początek opłakiwania zmarłej. Chciała usłyszeć zapewnienia od kocura, że Tramontana przeżyje, nic jej nie jest i z tego wyjdzie cało, jak przystało na silną samotniczkę.

«★»

Młódka nie wiedziała, ile czasu minęła, lecz zapewne dość sporo, patrząc na, że jej białe futerko przybierało najpierw ciepławą barwę zachodzącego słońca, by następnie zostać otuloną przez ciemny późny wieczór. Niebieskooka była niesiona w pysku przez uzdrowiciela, podczas gdy jej brat spoczywał na jego grzbiecie, na którym grzecznie pozostawał, jakby z obawą, że spadnie lub co innego — Mistral nie była w stanie go zbytnio dojrzeć z obecnego punktu widokowego. Jedyne, co znajdowała się w zasięgu jej jasnego spojrzenia, były mijane drzewa, krzewy oraz łapy liliowego, które obecnie przyozdabiał szkarłat, który dawniej należał do żyjącej Tramontany.
Po jakimś czasie przed nimi zaczął majaczyć obraz, przypominający naturalny mur z drzew oraz krzewów, w którym znajdował się tunel, przez który przeszedł kocur. Niemal od razu przed Mistral ukazał się obóz Owocowego Lasu, a jego członkowie zaciekawieni skierowali swoje spojrzenia, bądź kroki w ich kierunku. Biała po chwili poczuła pod sobą twardą ziemię, którą przykrywała trawa, by następnie do jej uszu dobiegł głuche uderzenie, jakby kocie ciało ciężko upadło na glebę. Pchana ciekawością i nieco obawą o swojego brata, spojrzała za siebie, by ujrzeć widok nieprzytomnego ciała uzdrowiciela — w pierwszej chwili pomyślała, że on też nie żyje, lecz kiedy tylko przeniosła swoje przestraszone oczy na jego bok, zdała sobie sprawę, że ten oddycha.

«★»

Późniejszy ciąg dalszy tego precedensu nie był jej do końca znany, gdyż na nowo znalazła się w powietrzu, niesiona przez jakiegoś kota. Najpierw znalazła się w dziupli, która już w progu była przesiąknięta zapachem ziół, jedno z nich o ostrym zapachu zostało nałożone na zwichniętą łapę młódki. Z uwagą obserwowała cały ten proces, śledząc czujnym wzrokiem poczynania rudego kocura o żółtych oczach, który później przyjrzał się Świergotkowi, stwierdzając, że jemu w porównaniu do siostry nic nie dolegało. Ja już miała zaprotestować, obruszyć się, jednak nie było jej to dane, gdyż kolejny raz znalazła się w powietrzu i zaniesiona do następnego obcego jej miejsca. Tam jednakże pozostał przy niej i Świergotku kolejny obcy osobnik, którego czarna sierść była przyozdobiona bielą oraz jakimiś bliżej nieokreślonymi przedmiotami. Biała nieco podejrzliwie badała go wzrokiem, woląc, by zamiast niego była tu Tramontana, najlepiej w lisiej norze, w której zapach samotniczki niemal otulał kocięta, niczym fizyczny ogon starszej.

«★»

Kolejny dzień nadszedł, a młódka miała nadzieję, że to wszystko było koszmarem, który wykreował jej kocięcy rozumek. Jednakże spotkała się z przykrym rozczarowaniem, kiedy tylko uchyliła swoje powieki, a zamiast półmroku lisiej nory zastał ją widok przebijających się promieni słońca przez liściaste poszycie kociarni. Kolejnym powodem do smutku był fakt, iż zamiast Tramontany obok nich spał czarny kocur. Młódka już miała się wygrzebać z posłania, które pachniało równie obco, co całe to miejsce, kiedy do jej uszu dotarły niepewne kroki. Niebieskie spojrzenie niemal od razu skierowało się w kierunku wejścia do legowiska, gdzie ujrzała liliową sylwetkę kocura, który wczoraj zjawił się w norze, a następnie zabrał do tego obcego miejsca.
— Ty — syknęła, czując nienawiść wobec zielonookiego. Głównie było to spowodowane zabranie od boku matki, nawet jeśli ta była umierająca.

<Wiciokrzew? Dobre pierwsze wrażenie>

Wyleczeni: Mistral

01 marca 2026

Od Wiciokrzewu do Mistral

Przeszłość

Nie był już u Tramontany przez kilka dni i chyba nawet wiedział, czemu tak odwlekał tę wizytę. Gdy widział ją po raz ostatni, poród był już niezwykle bliski. Wtedy zostawił jej w zapasie więcej zwierzyny, by móc nie przychodzić tam jak najdłużej. Nie był jednak pewien, czemu tak bardzo nie chciał zobaczyć swoich potomków. Może bał się, że się do nich przywiąże? Może obawiał się tego, że okażą się słabe tak, jak on? Tramontana będzie nim na pewno zawiedziona. Na pewno będzie go obwiniać za to, że przeniósł na nie swoje wady. Bał się tam pójść. Bał się spojrzeć kotce w oczy – ale wiedział, że w końcu będzie musiał. Chyba by sobie nie wybaczył, gdyby kotka zmarła z głodu czy powikłań po porodzie. Musiał przynajmniej zadbać o to, by ona i jej kocięta były bezpieczne, nim wyruszą w samodzielną podróż. Trochę wstydził się tej myśli, ale oczekiwał dnia, gdy jego ścieżka z Tramontaną się rozejdzie. Wychodzenie na takie długie “spacery” co kilka dni mogło się w końcu wydać podejrzane. Tym bardziej dla Ziemniaka, który obserwował każdy ruch Wiciokrzewa, mimo tego, że Osetka już nie było. Czekoladowy jednak wyraźnie się uspokoił od zniknięcia ucznia i nie zaczepiał już tak często uzdrowiciela. Jednak czy strata przybranego syna była warta tego spokoju?
Wiciokrzew spiął mięśnie na myśl o czarno-białym kocurze. Od razu poczuł, jak żal ścisnął mu serce. Jak mógł pozwolić na to, by uczeń tak po prostu zniknął? Bez żadnego śladu? Wydawać by się mogło, że po prostu rozpłynął się w powietrzu. Zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. W końcu liliowy był równie zdziwiony, gdy natknął się na samotnego kociaka na terenach Owocowego Lasu, jak wtedy, gdy ten nagle zniknął.
Teraz postanowił wstać z posłania. Zerwał się z niego i bez słowa zaczął kuśtykać do wyjścia z obozu, tak roztargniony, że zapomniał zabrać ze sobą podstawowe zioła. Mógł się tylko modlić o to, że poród Tramontany przebiegł łagodnie, a kotka okaże się zdrowa. Szedł tam na tyle prędko, że po jakimś czasie zaczął słyszeć dudnienie swojego serca w uszach. Nie zatrzymywał się jednak – był zdeterminowany, by dotrzeć do białofutrej dosyć szybko. Nie polował nawet na nic po drodze, gdyż stwierdził, że zrobi to już po zobaczeniu kociąt.
Wkrótce przed jego oczami zaczął pojawiać się zarys wejścia do nory, w której tymczasowo przyszło żyć Tramontanie. Do tego czasu bardzo się zmęczył tym szybkim tempem, ale mimo wszystko nie zwalniał, aż dopóki nie stanął w progu schronienia. Białofutra żyła w starej, opuszczonej lisiej norze, która w głównej mierze znajdowała się pod ziemią. Liliowy wszedł do niej ostrożnie, zanurzając się w półmroku. I wtedy ją dostrzegł. Samotniczka o białym futrze wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi ślepiami, a obok jej brzucha spokojnie spała dwójka latorośli. Jedna z nich wyglądała niemal tak jak jej matka, druga zaś była rudo-biała. Żadne z kociąt nie wyglądało podobnie do Wiciokrzewu. Liliowy uśmiechnął się na tę myśl.
— Jak je na-nazwałaś? — zapytał uzdrowiciel, poruszając powoli wibrysami.
Samotniczka przejechała językiem po główce białofutrej koteczki.
— Tę nazwałam Mistral. To dla mnie bardzo ważne imię… — wyjaśniła, a potem spojrzała na łaciatego kocurka. — Ten… nie ma imienia, bo chciałam, byś ty go nazwał. Żebyśmy mieli po tobie jakąś pamiątkę — zaśmiała się, po czym wróciła spojrzeniem do Wiciokrzewu.
Liliowy nie musiał się długo zastanawiać.
— To mo-może… Świergotek?

* * *

Gdzieś między odwiedzinami Tramontany musiał jeszcze zmieścić czas na obowiązki w Owocowym Lesie. Porządkował składzik z ziołami, wyrzucając z niego te wysuszone czy gnijące. Było już coraz cieplej, kwiaty zakwitały. Nie minie dużo czasu, nim uzupełnią zapasy nowymi, świeżymi roślinami. Dawało mu to nadzieję, pocieszało go to. Mimo że stracił tak bliskiego mu kota, starał się nie zaniedbywać zdrowia swoich pobratymców. Właściwie… to nawet czuł się trochę dumny z siebie, że przez większość dni był w stanie podnieść się z posłania i pomagać Purchawce i Porankowi.
Gdy tak siedział i układał zioła, nagle do lecznicy wszedł inny kot. Wnętrze od razu wypełniło się zapachem samotnika, przez co Wiciokrzew zjeżył futro i gwałtownie odwrócił głowę w stronę przybysza. Okazał się nim Jaskier, przez co kamień spadł mu z serca.
— Ach, przepraszam, że cię wystraszyłem. Chciałem tylko zapytać, czy nie macie trochę aksamitki, bo wdała mi się infekcja w ranę… — wyjaśnił, podchodząc do uzdrowiciela.
— Ma-mamy — oznajmił zielonooki, po czym przyjrzał się składzikowi. Po chwili wyciągnął z niego pomarańczowe kwiecie i wręczył je samotnikowi. — Poradzisz so-sobie?
Jaskier uśmiechnął się i odparł:
— Oczywiście.
Powiedziawszy to, chwycił roślinę w zęby i udał się do wyjścia z obozu.

* * *

tw: krew

To już pewnie ostatnie spotkanie, jakie odbędzie z Tramontaną. Kocięta powinny być już teraz na tyle duże, by przeżyć podróż na dalsze tereny. Czuł się dziś wyjątkowo spokojny; gotowy, by wyruszyć do białofutrej i się z nią pożegnać. Miał tylko nadzieję, że będzie im się dobrze powodzić, że znajdą jakiś przytulny zakątek i będą żyć pod dostatkiem. Nawet cieszył się z tego, że mógł się do czegoś przydać i pomóc tej samotniczce znaleźć szczęście. Przynajmniej ona będzie mogła spoglądać na swoje potomstwo i cieszyć się z tego, że są przy niej. Nie będzie się też już musiała martwić o to, kto zajmie się nią na starość, bo przy swoim boku będzie miała Mistral i Świergotka.
Wiciokrzew zdecydował się nie zwlekać. Spokojnym krokiem zaczął dreptać w stronę wyjścia z obozu, gdy nagle zatrzymał go Ziemniak.
— Hej, dokąd się wybierasz?! — zaczepił go, stając mu na drodze. — Nie zasługujesz na spacerki wśród śpiewu ptaków i promyczków słońca — zakpił czekoladowy, przewracając oczami.
Wiciokrzew poczuł się zakłopotany. O co mu znowu chodziło? Co tym razem zrobił?
— Pu-puść mnie… — wymamrotał, kładąc po sobie uszy.
— Albo co? — fuknął wojownik. — Jesteś słaby! Nic mi nie zrobisz, mysia strawo! Nie potrafisz się nawet przełamać i wyleczyć Rokitnika, bo się go boisz! — mówił złośliwie, szczerząc zęby.
— O czym ty mó-mówisz…?
— Nie udawaj głupszego, niż jesteś! Purchawka musiała się zająć Rokitnikiem, bo tobie nie chciało się tyłka ruszyć, by podać mu jakieś zioła! — miauknął z wyrzutem, patrząc na uzdrowiciela z takim jadem, że można by go pomylić z wężem. — W ogóle nie dbasz o członków Owocowego Lasu! I ty się dziwisz, że Osetek uciekł?
Liliowy zagryzł zęby na swoim języku tak mocno, że chwilę potem poczuł metaliczny posmak krwi rozpływający mu się po podniebieniu.
— Dosyć te-tego… — wymamrotał, próbując wyminąć wojownika. Ten jednak złapał go za ogon, nie pozwalając wyjść. Zielonooki zamarł w miejscu i dopiero wtedy czekoladowy go puścił.
— Lepiej podaj mi zioła na swędzenie, zamiast się szlajać niepotrzebnie po terenach Owocowego Lasu! — zażądał Ziemniak.
Kocur wiedział, że jeśli nie da czekoladowemu tego, czego chce, ten mu nie odpuści. Nie miał wyboru; musiał się zgodzić.
Ruchem głowy wskazał na lecznicę, po czym powoli zaczął kuśtykać w jej stronę. Głowę miał zwieszoną, a humor doszczętnie zniszczony. Ten dzień zapowiadał się dobrze, ale teraz liliowy stracił całą motywację do czegokolwiek. Gdy wszedł do legowiska, szybko wyjął ze składziku korzeń żywokostu, przeżuł go na papkę i nałożył ją na zaczerwienione miejsca na skórze Ziemniaka.
— Jeśli mi nie przejdzie, zwalam to na twoją nieumiejętność! — rzucił czekoladowy, wychodząc na zewnątrz.
Zielonooki wpatrywał się za nim, a gdy ten zniknął, obserwował tępo punkt przed sobą. Nie wiedział, ile czasu spędził w bezruchu, ale wkrótce niebo zaczęło różowieć. Pojawiły się na nim również przebłyski pomarańczowego i żółtego.
“Tramontana… Czeka na mnie” – pomyślał, a w jego oczach wezbrały się łzy.
Musiał iść. Musiał się w końcu poruszyć. Nie mógł zawieść białofutrej kotki.
W końcu zmusił swoje ciało do wstania, a potem do powłóczenia się ku wyjściu z azylu. Jego kroki były powolne; kocur wyglądał, jakby w każdej chwili mógł się załamać i upaść na ziemię. A mimo to nie pozwolił na to, by ktokolwiek mu pomagał. W ciszy opuścił obóz.
Gdy dotarł na miejsce, od razu jego uwagę przykuły plamy krwi przy wejściu. Serce podeszło mu do gardła, a umysł na moment zaszedł mgłą. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje albo, co gorsza… zemdleje. Postanowił jednak nie martwić się na zapas. “Może to krew zwierzyny, tak?” – próbował się uspokoić.
Wziął głęboki wdech, ale całe jego ciało drżało. Jego łapy wciąż się trzęsły, gdy wślizgiwał się do lisiej nory, gdzie powinna czekać na niego Tramontana…
Jednak od razu, gdy wsadził do niej głowę, w jego nozdrza uderzył silny, duszący zapach krwi, zmieszany z wonią lisa. Zamrugał kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić się do ciemności, aż w końcu jego oczom ukazało się zmasakrowane ciało samotniczki.
Futro, które niegdyś było piękne, aksamitne i śnieżnobiałe, teraz było postrzępione i lepkie od szkarłatu.
— Tra-Tra-Tramont… — odezwał się, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Ciało, które przed nim leżało, w niczym nie przypominało tej kotki, którą znał. Upadł przy niej, łapami oplatając jej krwawiącą szyję. Dopiero wtedy kątem oka dostrzegł dwa skulone kocięta, przyciśnięte do siebie w rogu nory.
Wzrokiem prześledził sylwetkę Tramontany. Jej bok wciąż ledwo zauważalnie unosił się i opadał. Jedno zmrużone oko nagle poruszyło się i spojrzało prosto na niego.
— A-a-ale… j-jak… j-j-jak to… — mamrotał, czując, jak jego serce bije na tyle mocno, że mogłoby mu zaraz połamać wszystkie kości, byleby tylko wydostać się na zewnątrz.
Spojrzał w bok, na dwójkę żywych kociaków. Jego wzrok zatrzymał się na młódce tak podobnej do matki. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niej. Wyglądała, jakby oczekiwała, że kocur zapewni ją, że wszystko będzie dobrze. Ale Wiciokrzew w tym momencie nawet sobie nie potrafił obiecać, że poradzi sobie z tą sytuacją.

* * *

Wrócił do obozu bardzo późnym wieczorem. W pysku niósł jedno kocię, natomiast na jego grzbiecie spoczywało drugie. Jego łapy były bordowe od zaschniętej krwi, a spojrzenie zmęczone i niemal nieobecne. Nawet nie myślał o tym, jak wytłumaczy się przed pobratymcami. Wiedział tylko, że te dzieci od dzisiaj muszą zamieszkać w Owocowym Lesie. Tu będą bezpieczne. Nie wiedział nawet, czy zamierza brać udział w ich wychowaniu, ale coś mu podpowiadało, że nie zostawi ich pod opieką kogoś obcego. To w końcu jego własne potomstwo. Biologiczne. Miał teraz szansę, by nie popełnić tych samych błędów co przy Osetku. Mógł zająć się tymi dziećmi i już nigdy nie pozwolić nikomu na to, by zostały mu odebrane.
Po przekroczeniu progu azylu od razu nagromadziły się wokół niego zaciekawione, ale i nieco przerażone koty. Uzdrowicielowi udało się jedynie odłożyć kocięta na ziemię, lecz zaraz potem jego obraz zaszedł czernią.
Stracił przytomność.

<Mistral?>

Wyleczeni: Jaskier, Rokitnik, Ziemniak