BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozkwitający Aster x Wzorzysta Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozkwitający Aster x Wzorzysta Łapa. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2026

Od Wzorzystej Łapy (Wzorzystej Dali) CD. Rozkwitającego Astra

Miała ochotę uciec, zniknąć, zapaść się pod ziemię. Chciała uwierzyć, że jeżeli wystarczająco dużo razy powtórzy w myślach, że kotki tu nie ma, to wymanifestuje to w rzeczywistości. Niestety nie była nawet na tyle głupia, żeby to zrobić. “Jakim cudem potrafię schrzanić wszystko?!” — krzyknęła na siebie w myślach. Nie chciała, żeby ktoś ją widział. Ale tak było i niewiele mogła z tym faktem zrobić. Próbowała ignorować kotkę z nadzieją, że jeżeli nie będzie odpowiadać, to ta po jakimś czasie sobie pójdzie. Niestety tak się nie działo. Chciała krzyczeć i drapać pazurami kamienne podłoże obozu. Tylko tak bardzo bała się negatywnej opinii kolejnego kota…

***

To miał być kolejny okropny dzień. Kilka patroli rano, kiedy było jeszcze zimno, a potem cały dzień samotnego siedzenia w obozie i obserwowania szczęścia innych. I tak na początku było. Zaliczyła patrole oraz samotny posiłek. Niestety teraz już nie mogła chować się po kątach obozu ze zwierzyną, bo wszyscy jeszcze bardziej zwracali na nią uwagę, skoro była wojowniczką. Musiała więc siedzieć pośrodku obozu i łapać współczujące spojrzenia. I nie tylko.
— Witaj Wzorzysta Dal! — Uśmiechnięta protektorka podeszła do niej. Wojowniczka już wcześniej nie miała ani trochę entuzjazmu, ale teraz poziom jej zapału był negatywny. To przeklęte imię. Fakt, że nie mogła nic z nim zrobić, tylko męczyć się sprawiał, że miała ochotę raz na zawsze wtopić się w swoje posłanie z mchu i nie musieć już nigdy wstawać. Bura jednak zdecydowanie nie zarejestrowała uczuć liliowej.
— Wczoraj widziałam trochę kwiatów niedaleko Sowiego Strażnika, chciałabyś może pójść tam ze mną i pomóc mi je pozbierać?
Westchnęła ciężko. Czy chciała? Nie. Czy miała dziwne poczucie obowiązku, które sprawiało, że poczułaby się winna, gdyby odmówiła? Owszem. Powoli wstała, dając kotce znak na gotowość do wymarszu.

<Aster?>

31 stycznia 2026

Od Rozkwitającego Astra Do Wzorzystej Łapy

Dzień mianowania kolejnego kocięcia Postrzępionego Mrozu

Od czasu mojego mianowania nie minęło za wiele czasu, przez co nadal często zapominałam o tym, że nie jestem już dłużej uczennicą. Dosłownie chwilę wcześniej przyłapałam się na tym, jak próbowałam znaleźć pana Pomocnego Wróbelka, aby spytać, co mogłabym zrobić! Był wczesny ranek, a obóz dopiero budził się do życia, jednak to szybko się zmieniło, ponieważ głos pana Judaszowcowej Gwiazdy, który już wtedy był w podeszłym wieku, rozbrzmiał w całym obozie, wzbudzając zainteresowanie. Kiedy wszyscy się już zebraliśmy, domyśliłam się, o co chodzi.
— Naparstnico.
I trafiłam w samiutki środek, prosto w dziesiątkę.
— Podejdź tutaj — zachrypiał pan Judaszowcowiec, uważnie mierząc malucha wzrokiem, kiedy nieśmiało podszedł przed jego oblicze.
Zastanawiałam się, kogo dostanie na mentora. Może Psotnego Nietoperza? W końcu za niedługo skończy zastępować Źródlaną Łunę jako mentorkę. Lub Płomienne Serce?
— Naparstnico, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia protektora będziesz się nazywać Naparstnicowa Łapa.
Ta decyzja też nie była nie wiadomo jak zastanawiająca — niestety pierwszy miot mojej kuzynki nie miał tyle szczęścia co drugi, a kocurek był jedynym, który przeżył narodziny. Ukradkiem spojrzałam na pana Pomocnego Wróbelka, oraz Drobną Łapę. To było oczywiste, że mój “wujek” dostanie ją pod swoje skrzydła. Drobnej szło fenomenalnie, więc byłam niemal pewna, że już niedługo będę mówić do niej pełnym imieniem. A zresztą, przecież ja byłam zbyt mało doświadczona, żeby zostać…
— Twoją mentorką zostanie Rozkwitający Aster. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Mentorką.
Lider odwrócił głowę, patrząc mi prosto w oczy, a przez kręgosłup przebiegł mi dreszcz. Na wpół z ekscytacji, której nie do końca rozumiałam, a na wpół z przerażenia wynikającego z wizji dostania takiej odpowiedzialności, jaką był własny uczeń. W tym czasie Judasz kontynuował.
— Rozkwitający Astrze, jesteś gotowa do wyszkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentora, Pomocnego Wróbelka doskonałe szkolenie i mimo wyjątkowo długiego treningu, pokazałaś swoją otwartą chęć niesienia pomocy innym, oraz nieugiętość w drodze do celu. Będziesz mentorką Naparstnicowej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę.
Najpierw nieco oszołomiona wpatrywałam się w kocura, ale na szczęście po dwóch uderzeniach serca w moich oczach błysnęła determinacja i szczerość. Już otworzyłam pysk, chcąc powiedzieć “Postaram się i zrobię wszystko, co w mojej mocy”, jednak po kolejnym uderzeniu serca zastanowienia…
— Tak będzie — mruknęłam równym, wyjątkowo pewnym tonem, delikatnie kiwając głową, na co Judaszocowiec z aprobatą zrobił to samo.
“Oby naprawdę było tak, jak powiedziałam…” — pomyślałam, stykając się nosem ze swoim nowiusieńkim uczniem, następnie zaczynając skandować jego imię z innymi Klifiakami.
“Postaram się być dla Ciebie najlepszą mentorką, Naparstnicowa Łapo. Nie zawiodę Cię.”

✩ ★ ✩ ★ ✩

Tego dnia Naparstnicowa Łapa źle się poczuł, więc odpoczywał pod skrzydłami pani Ćmiego Księżyca oraz Jagnięcej Łapy, więc nie musiałam się nim martwić pod względem treningu, ale za to pod względem zdrowotnym. Miałam właśnie zamiar zahaczyć o stertę zwierzyny, aby przynieść mu coś do jedzenia, kiedy usłyszałam cichy płacz. Odwróciłam głowę w stronę dźwięku i ujrzałam Wzorzystą Łapę, od razu do niej podchodząc, ale nie za blisko, aby jej nie wystraszyć.
— Cześć — mruknęłam cicho, przykucając przy małej uczennicy.
Koteczka wzdrygnęła się w takim stopniu, że myślałam, że podskoczy i ucieknie, jakbym była krwiożerczym lisem, a ona malutką, szarą myszką.
— Nie wiem, czy mnie kojarzysz, jestem Rozkwitający Aster, czemu płaczesz, może ci jakoś pomogę? — spytałam miękko, słabo się uśmiechając.

< Wzorek? >

09 stycznia 2026

Od Astrowej Łapy (Rozwitającego Astra) CD. Pomocnego Wróbelka

Dzień przed mianowaniem Astrowej Łapy, czyli kontynuacja opowiadania pana Pomocnego Wróbelka!

— Nie mam pojęcia… — odparłam półgłosem, strzygąc wąsami.
— Myślałam, że to pan mi powie… — cicho zachichotałam, na co on jedynie lekko się uśmiechnął.
Tak, jak zawsze.
Dostosowując się do jego kroku, wyszliśmy razem z legowiska wojowników. Ostatnio wiele kotów zostało mianowanych, więc powoli robiło się tam tłoczno! Ten fakt nieco mnie smucił… To nie tak, że nie cieszę się ich szczęściem oczywiście, że się cieszę! Mimo to jednak gdzieś w głębi serduszka czułam, jakby ktoś wbijał mi małą igiełkę. Jakby sam Klan Gwiazdy chciał pokazać mi, jak bardzo jestem do kitu. Każdy szybko przechodził etap uczniowski, tylko nie ja! No płakać się po prostu koty zachciewa.
— Hm… A może… Zanim zaczniemy trening… Powiesz mi co u ciebie?... Jak ty się czujesz Astrowa Łapo?... Wiesz, ostatnio… Działo się dosyć… Sporo rzeczy…
Spojrzałam na chwilę na kocura, nie wiedząc, co powinnam mu odpowiedzieć. Powinnam odrzec, że wszystko w porządku? A może otworzyć się i wyznać co leży mi na sercu.
— J-ja… — zająknęłam się, czując rosnącą gułę w gardle. — Ja… Nie… Jest okej… — szepnęłam i chociaż bardzo się starałam, tak w kłamaniu to nigdy dobra nie byłam.
I raczej nigdy nie będę.
„Nawet jeśli chciałbym rzeczywiście mu coś powiedzieć… Na pewno nie w obozie… Zdecydowanie za dużo tu uszu i oczu.” — stwierdziłam w myślach, podczas gdy pan Wróbelek jedynie rzucił mi spojrzenie, które ciężko było mi przypisać do jakiegoś konkretnego określenia. Jedyne czego byłam pewna to tego, że nie było ono dobre ani przychylne. Czaiła się w nim nuta niepokoju, wręcz może nawet i zwątpienia czy strachu o swoją podopieczną? W sumie to nawet zrozumiałe…
Wzięłam gwałtowny wdech, znienacka decydując się na coś co najmniej obłędnego, zaskoczona samą sobą.
— Albo wie pan? W sumie to mam pomysł co możemy zrobić, chodźmy przejść się gdzieś, eeeeeee… Po terenach naszego klanu, żeby znaleźć jakieś zioła?... Jak tylko coś zobaczę, to… To będę musiała ymm…
Przez stres głowę miałam pustą niczym stara nora śmierdząca starym borsukiem, w której każde słowo odbijało się echem, jak w wielkim, pustym kanionie.
Protektor rzucił mi spojrzenie zatytułowane “Że co przepraszam?...”, na co znacząco zaczęłam przeskakiwać wzrokiem z jego ślepi, na koty stojące z boku, które już nastawiały uszu, szukając nowego tematu do plotkowania. Najwyraźniej załapał moją nieudolną próbę powiedzenia przez aluzję “tak, ale NIE TUTAJ…”
— Powiedzieć nazwę i zastosowanie?... — podsunął, na co energicznie pokiwałam głową.
— Tak, tak! Dokładnie o to mi chodziło! W-w takim razie chodźmy! Komu w drogę temu eee, jeż- T-to znaczy kl- oh na Klan Gwiazdy, to znaczy czas! Tak, tak, czas…
Bez żadnej zapowiedzi pognałam do wyjścia z obozu, chcąc jak najszybciej się z niego ulotnić. Zdezorientowany pan Pomocny Wróbelek trochę przyspieszył, aby nie zgubić mnie z oczu, a w tym samym czasie mi serce waliło tak mocno, jakbym miała zaraz je wypluć. Co najmniej wypluć.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Gdzieś tam w głębi terenów Klanu Klifu

Przez całą drogę przez tereny klanowe, nie miałam odwagi odezwać się nawet połową jakiegokolwiek słowa. Czułam, jak narastała we mnie panika związana z tym, jak wytłumaczyć mojemu mentorowi coś tak… Nawet nie do końca wiedziałam jakiego. To po prostu… Nie mieściło się w mojej głowie. Mój mózg próbował nieudolnie skasować tę informację. Bez skutku.
W końcu (kolejny już raz bez zapowiedzi czy ostrzeżenia), gwałtownie się zatrzymałam. Wzięłam drżący oddech i zaczęłam nawijać, jak leci.
— Niech się dzieje wola z Klanu Gwiazdy, może i to głupie, ale powiem, co mi język na ślinę przyniesie. Nie nie nie, nic nie jest okej! Jest tragicznie!… Gorzej niż tragicznie!... Moją mamę wydalono z klanu, ponieważ nie miała wystarczających umiejętności, aby w nim pozostać, a ja pewnie zaraz skończę tak samo… Jestem najstarszą uczennicą w całym klanie… słyszę, jak młodsi wojownicy się ze mnie śmieją… Ojciec przeżywa przez wyrzucenie matki załamanie, a mój br-rat?!
Przerwałam na chwilę, biorąc kolejny, jeszcze bardziej nierówny oddech, próbując opanować napływ natarczywych łez.
— O-on… On wcale się nie utopił! Jest zdrajcą! — wydławiłam na jednym tchu, uginając się pod wpływem emocji, upadając na glebę.
Pan Pomocny Wróbelek przez dwa uderzenia serca wpatrywał się we mnie z nieodczytaną miną, po czym podszedł do mnie, otulając puchatym ogonem. Jedną łapą gładził mnie po plecach, próbując jakoś uspokoić.
— Już… Już dobrze… Jestem… Z tobą… — powiedział, czekając, aż będę w stanie znów się odezwać, a kiedy uznał, że byłam już w stanie, tonem spokojnym jak nigdy odezwał się.
— Jeszcze raz. Spokojnie, opowiedz mi wszystko to, co tylko chcesz. To, na co jesteś gotowa.
Rozmazane spojrzenie urwałam przymknięciem oczu na kilka uderzeń serca. W końcu odezwałam się słabym głosikiem, próbując wytłumaczyć swoją nerwową paplaninę.
— Kiedy była wojna… Ta z Klanem Wilka… J-ja… Widziałam go tam. On… Walczył z jakimś starszym od siebie kocurem. Ale… To nieważne. Nie ważne z kim. Ale to był… To był on! Przysięgam, nie zwariowałam! Pośrodku tego wszystkiego zaciągnął mnie gdzieś w krzaki i zaczął ze mną rozmawiać… Opowiedział mi, jak stał się Wilczą Łapą, a teraz już raczej Wilczym Skowytem a ja… Nie mogę w to uwierzyć. To już nie był Jeżynek. To był ktoś zupełnie inny. Dałam mu jednego ze swoich astrów, a później uciekł ode mnie, kiedy ja płakałam po straceniu zarówno pani Liściastej Gwiazdy, jak i Jeżynka na nowo. To mnie prześladuje… Ale błagam, błagam, niech pan nikomu nie mówi! Proszę… Nie wybaczyłabym sobie… J-
Nagle urwałam, ponieważ w oddali usłyszałam głosy innych kotów.
— Jest tu kto? — w tym głosie rozpoznałam głos Pikującej Jaskółki, która tego dnia miała prowadzić patrol łowczy.
Odetchnęłam z ulgą, a niewiele później owa kocica wyłoniła się z krzaków.
— Aha, to tylko wy — wysapała, skacząc wzrokiem między mną a mentorem.
— Tak… Ja… Pewnie pani mnie usłyszała! Cóż… Ja… Akurat wdepnęłam w krzewy jeżyn i trochę zabolało. Wie pani…
— Mhm… — mruknęła, uspokajając oddech.
Patrzyła na nas jeszcze przez chwilę, jakby analizując czy kłamiemy, aż w końcu kiwnęła nam głową na pożegnanie i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Spojrzałam na Wróbla, oczekując, że dostanę ochrzan, jednak on wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Mimo to jednak po chwili ledwo zauważalnie się uśmiechnął.
— Na spokojnie… Nikomu nie powiem… Jestem pewien, że sama to zrobisz, kiedy będziesz gotowa… Ale teraz… Chodźmy do obozu.
Kamień spadł mi z serca, a ja z iskrą nadziei pokiwałam mu głową, następnie podążając za nim.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Następny dzień rano

Od dawna nie spałam tak spokojnie. Wygadanie się mojemu mentorowi zdziałało cuda, ponieważ wybudził mnie dopiero niespodziewany komunikat lidera.
— Niech wszystkie koty zdolne łowić samodzielnie zwierzynę zbiorą się na zebranie klanu! — krzyknął pan Judaszowcowa Gwiazda, na co ja podniosłam się i popędziłam do centrum obozu, urządzając się tuż obok Wróbelka.
— Astrowa Łapo — rzucił, a wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie.
Przez pierwszą chwilę myślałam, że pan Pomocny Wróbelek jednak powiedział mu o tym, co wiem, jednak on zaczął kontynuować z miękkim głosem.
— Podejdź.
Wstałam i na drżących łapach uważałam się przed jego obliczem, czując narastającą ekscytację. W jego głosie ani spojrzeniu nie wyczuwałam piorunów złości, a Pan Wróbelek niemal promieniał.
— Astrowa Łapo. Mimo iż twój trening był długi, nadszedł czas twojego mianowania! Ja, Judaszowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę oto uczennice. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną protektorkę.
Nastała pauza, podczas której lider rozejrzał się między innymi kotami, czytając ich wyrazy pysków.
Nie wierzyłam w to, co właśnie działo się na moich oczach. Jednocześnie, kiedy próbowałam jakoś to ogarnąć, Judasz zadał mi standardowe pytanie, na które odpowiedź znał każdy klanowy kot.
— Przysięgam — odparłam, czysto i promiennie, uśmiechając się w jego stronę, na co on delikatnie pokiwał głową.
— W takim razie mocą wszechmogącego Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Astrowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Rozkwitający Aster! Klan Gwiazdy ceni twoją promienność i chęć pomocy, oraz wita cię jako nową protektorkę Klanu Klifu!
Pan Judasz zeskoczył z miejsca przemówień z małym grymasem bólu, aby dotknąć pyszczkiem mojej głowy. W odpowiedzi od razu musnęłam jego bark, ciesząc się niczym kocie.
Odwróciłam się do współklanowiczów ze łzami w oczach, a oni zaczęli skandować moje imię, którym byłam absolutnie zachwycona!
— Rozkwitający Aster! Rozkwitający Aster! Rozkwitający Aster!
Kiedy ucichły, z szerokim, promiennym uśmiechem podbiegłam do swojego mentora, mocno go przytulając, o mało nas nie przewracając.
— Dziękuję panie Pomocny Wróbelku, dziękuję za wszystko, za każdą naukę i za wczoraj… W ogóle za wszystko i nic. Jest pan najlepszym mentorem, jakiego mogłam sobie wymarzyć, jest pan jak wujek, którego nigdy nie mogłam mieć…
Wyszeptałam to w jego futerko, będąc szczęśliwa jak nigdy dotąd.
Wreszcie.

< Wróbelek? Nie żartuje! >
[1381 słów, trening medyka]

[Przyznano 28%]

29 grudnia 2025

Od Aster (Astrowej Łapy) CD. Ćmiego Księżyca

Spojrzałam smutno na panią Ćmę, która owijała sobie ogon wokół łap. Potarłam oczy łapką i ze szlochem odpowiedziałam.
— W-wiem o tym, ale on na to nie zasł-służył… N-ni-nie wiem w ogóle jak zn-nalazł się przy wo-wodzie, ale to… T-to nie jest w-ażne. Ta-tam-m… — przerwałam na chwilę, z powrotem spuszczając głowę i z łamiącym się głosikiem, dokończyłam. — Tam powinnam być ja. Ni-nie on. Je-jeży-ne-nek na to… O-on… Nie zasłużył… Br-brakuje mi-i go... Ba-bardzo... Pani pew-wnie brakuje pani Liś-ściaste-tego Futr-ra. Mi trochę też… Kilk-ka razy ud-uda-ało mi się z nią porozmawiać i... Wydawała się naprawdę fajna… Przykro mi z powodu straty pani i pani Wiecznego Zaćmienia…
Delikatnie oparłam swoją niewielką główkę, nie wiedząc, czy mogę tak zrobić. Z niewiadomych mi przyczyn chciałam przeprosić cały klan za wszystko, jednak w głębi swojego małego serduszka wiedziałam, że to nic nie da, przez co jeszcze bardziej się łamało.
— Ćmi Księżycu! — usłyszałam wołanie, najprawdopodobniej pani Zaćmienia.
— Niech Pani idzie, nie będę przeszkadzać — miauknęłam cicho, podnosząc się. — Dziękuję za rozmowę — dodałam tylko, a potem oddaliłam się, zanim pani Ćma zdążyła cokolwiek odpowiedzieć czy zrobić.
To powinnam być ja.

✩ ★ ✩ ★ ✩
Noc jednego ze zgromadzeń

Już nie mogłam doczekać się zgromadzenia! Czułam, że na następnym zgromadzeniu, wreszcie zostanę mianowana! Nawet sam pan Pomocny Wróbelek mówił mi, że za niedługo będzie mówić do mnie moim "wojowniczym" imieniem! Byłam podekscytowana i liczyłam na spotkanie się z kotami z innych klanów!
“A może znów spotkam panią Pieczarkę i panią Orchidee?! Byłoby świetnie! To takie miłe kotki! A tak poza tym, ciekawe, czy pani Pieczarce udało się, robić to, co mi mówiła!”
Nie mogłam skupić się na niczym podczas całej drogi, cały czas myśląc o swoim ostatnim spotkaniu z dwójką naprawdę przemiłych kotek, a tak dokładniej to przyjaciółek. I to bardzo uroczych przyjaciółek!
“Wyglądały razem tak słodko, naprawdę ładna by była z nich para!” — pomyślałam, kiedy Klan Klifu powoli wkraczał już na Bursztynową Wyspę.
Rozejrzałam się po innych kotach, wśród nich dostrzegając Nocniaki i Burzaki. Nie byliśmy wcale tacy ostatni, super! Skanując każdego kota po kolei, zaczęłam szukać sobie jakiejś ofiary losu miłej duszyczki, z którą mogłabym porozmawiać w tak piękną noc!!! Sunąc łapami po kamieniu ,spokojnie szukałam kogoś wzrokiem, kiedy nagle do mojego nosa dostała specyficzna, niepowtarzalna woń. Las iglasty, mokra ziemia… Automatycznie przed oczami zobaczyłam obraz Wilczej Łapy, który wraz z jakimś innym, nieznanym mi kocurem zabija klifiaczkę. W nozdrzach poczułam zapach krwi, a w głowie odtwarzała mí się w kółko scena, w której próbuje ratować panią Liściastą Gwiazdę, jednak bez skutku. Niczym głupia, zacięta i zapętlona, cholerna płyta, odtwarzająca ten sam kawałek setny raz. Stałam tak jak sparaliżowana, próbując oczyścić myśli i choć na chwilę skupić się na czymś innym.
“ Jeżynek utopił się w rzece… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam…”
Powtarzałam to sobie w kółko, zamykając swoje błękitne ślepka. Łatwiej było mi powtarzać to kłamstwo aż do skutku, ponieważ… Prawda była po prostu zbyt ciężka. Podobno kłamstwo powtarzane tysiąc razy w końcu staje się prawdą… Słyszałam swoje własne bicie serca dudniące mi w uszach, jakby chcąc upodobnić się do nurtu wartkiej rzeki, której odgłosy słychać z daleka.
Nagle poczułam czyjś ogon na swoich plecach, w odpowiedzi niemal podskakując z podniesioną sierścią. Odwróciłam się w stronę właściciela kity i ujrzałam Pieczarkę, jedną z kotek, z którą ostatnio rozmawiałam.
— Cześć Astrowa Łapo, wszystko w porządku? — spytała z ciepłym uśmiechem na pyszczku.
Od razu się uspokoiłam, a moja sierść delikatnie opadła, łagodnie układając się tak, jak zazwyczaj
— Tak, wszystko jest w porządku, dziękuję, że pani pyta! — mruknęłam w odpowiedzi, kiedy zastępczyni zaraziła mnie swoim przyjaznym wyrazem pyska.
Rozejrzałam się, wzrokiem szukając przyjaciółki starszej, mimo iż zazwyczaj łatwo znajdowałam koty w tłumie, tak teraz liliowej po prostu nigdzie nie było!
— A gdzie pani Orchidea, wszystko z nią w porządku? — spytałam z nutą zmartwienia w głosie, mając nadzieję, że wszystko jest z nią okej.
Biała rozpromieniła się, a jej uśmiech przybrał postać figlarnie psotnego.
— Nawet lepiej niż dobrze! Słuchaj tego, spytałam się ją czy zostaniemy partnerkami, na co ona się zgodziła, a kilka dni później podczas jednego ze wspólnych spacerów po terenach Owocowego Lasu i nie zgadniesz co!
— No, co się stało? — spytałam, czując jak moja ekscytacja zaczyna wzrastać, wraz z moją rozmówczynią.
— Znalazłyśmy dwójkę malutkich kociąt! Ale najlepszee jest to, że one wyglądają niemal wąs do wąsa jak my! Kostka Brukowa, a teraz już raczej Bruk jest liliowy z bielą mniej więcej zajmującą połowę jego sierści, ma pędzelki i pomarańczowe oczy, a jego siostra, wcześniej nazywająca się Cegiełka, jednak teraz nosząca miano Drobinki jest cała biała, ma długie futerko z pędzelkami i zielone ślepka! Wyglądają jakby były naszymi biologicznymi kociętami! Jejku, zostałam mamą, jestem taka przeszczęśliwa! Orchidea też! Zrobiłam to tak, jak ci tłumaczyłam, że zrobię, wszystko poszło zgodnie z planem!
Ślepia kocicy lśniły niczym woda lśniąca pod promieniami księżyca, iskrzyło w nich uczucie miłości i radości nie do opisania. Czułam jak zalewa mnie jej szczęście.
— Na Klan Gwiazdy, gratulacje! Jestem taka szczęśliwa z waszego szczęścia! Wiedziałam, że będziecie partnerkami! Naprawdę, jestem taka szczęśliwa!
To uczucie zaczęło niemal roznosić mnie od środka, przez co zaczęłam podskakiwać, a chwilę później starsza się do mnie dołączyła. Ta scena musiała wyglądać śmiesznie, dorosła kotka, dodatkowo zastępczyni, oraz prawie dorosła uczennica radośnie podskakują gdzieś na uboczu zgromadzenia. Po niedługim czasie obydwie się uspokoiliśmy, przypominając sobie o tym, że jesteśmy w miejscu publicznym.
— Niech pani wysciska panią Orchidee i wasze maluchy ode mnie! Już nie mogę się doczekać, aż je poznam kiedy już dorosną i przyjdą na swoje pierwsze zgromadzenie! Oczywiście, jeśli się panie zgodzą, co nie?
Pieczarka zachichotała.
— Tak tak, jasne! Jesteś taką pozytywną koteczką Astrowa Łapo, przypominasz mi Orchidee w pewnym sensie, wiesz? Jesteście niczym wschodzące słońca, budzące zaspany świat do życia, zarażając swoją pozytywną energią. Ty pokazujesz ją otwarcie, praktycznie od razu przy zapoznaniu siebie nawzajem. Natomiast moja ukochana najpierw musi się otworzyć, a kiedy już odważy się okazać swój uśmiech…
Biała na chwilę przerwała a ja zobaczyłam, jak delikatnie się rumieni, zapewne wyobrażając sobie jej pyszczek z pełnym uśmiechem.
— To jest najlepsza rzecz, jaką może ci dać… — dokończyła, strzepując delikatnie ogonem.
Nieśmiało się uśmiechnęłam.
— Dziękuję pani… Miło mi to słyszeć, naprawdę!
— Nie ma za co! Wiesz co, muszę już lecieć do innych zastępców, ponieważ, z tego co widzę, Sówka zaraz zacznie swoją przemowę… Miło było mi się z tobą podobnie spotkać Astrowa Łapo, mam nadzieję, że na przyszłym zgromadzeniu również się spotkamy!
Ze zrozumieniem pokiwałam głową.
— I wzajemnie! Mam tylko jedno pytanko, zanim pani pójdzie, czy mogę się przytulić na pożegnanie?
— Jasne, że tak skarbie! — miauknęła zastępczyni, a ja wtuliłam się w jej puchate futro w kolorze śnieżnobiałego puchu spadającego z nieba w porze nagich drzew. Stałyśmy tak przez kilkanaście uderzeń serca, aż w końcu się od niej odkleiłam, “puszczając” ją. Na pożegnanie pomachalyśmy sobie swoimi ogonami, po czym poszłyśmy w swoje strony, a w tym samym czasie głosy liderów zaczęły wybrzmiewać na całej Bursztynowej Wyspie.

✩ ★ ✩ ★ ✩
Jeszcze przed wyznaczeniem nowej terminatorki medycznej

Starałam się pomóc pani Ćmiemu Księżycowi w sprawach medycznych, jak tylko mogłam, ponieważ w końcu była teraz całkiem sama z całym klanem na głowie. Pani Wieczne Zaćmienie przeszła na emeryturę i odpoczywała w legowisku starszyzny, skupiając się na sobie i swoich przyjaciołach, szczególnie pani Pietruszkowej Błyskawicy. Cały klan plotkował o ich zbliżeniu do siebie, jednak ja nie zwracałam na to uwagi. Weszłam do legowiska medycznego i ujrzałam panią Ćmę, do której przyszła jedną z córek pani Pietruszki — pani Przepiórcza Wichura. Kiedy podeszłam trochę bliżej, dostrzegłam, że jej skóra jest podrażniona, a gdzieniegdzie widać było ślady po pazurach, po czym wywnioskowałam, że nabawiła się swędzącej infekcji już jakiś czas temu, a teraz przerodziło się to w podrażnienie skóry.
— Dzień Dobry pani Ćmi Księżycu, dzień dobry pani Przepiórcza Wichuro, czy mogłabym jakoś pomóc?
Przepiórka zwróciła do mnie swoją głowę, wpatrując się we mnie przez kilka uderzeń serca, natomiast Ćma jedynie strzepnęła delikatnie uchem. W zasadzie zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Rzadko kiedy od razu odpowiadała, lub z jej pyska wychodziło bardziej złożone zdanie. Zazwyczaj jedyną rzeczą, jaka mogła potwierdzić cię w tym, że ta może słucha twojego wywodu, były właśnie takie małe sygnały. Strzepnięcie końcówką czy to ucha, czy to ogona, a może nieznaczne odwrócenie głowy… Coś tego typu. Po chwili jednak odezwała się, ogonem wskazując na miejsce niedaleko siebie.
— Możesz usiąść i obserwować, jeśli chcesz — miauknęła, a w mojej głowie pojawiła się myśl, że pewnie po prostu nie ma czasu ani siły na to, aby pozbyć się mnie z ogona, ponieważ zazwyczaj nie dawała mi możliwości, aby jakkolwiek jej pomóc ani nawet obserwować, a teraz dostałam przyzwolenie na naukę poprzez słuchanie oraz patrzenie.
— Dziękuję — mruknęłam, zajmując swoje miejsce.
W tym czasie medyczka zniknęła w kąciku z ziołami po to, aby dosłownie chwilę później wrócić z kilkoma ziołami. Wśród nich rozpoznałam suche liście dębu oraz skrzyp, jednak oprócz tych dwóch ziół był tam jeszcze jeden medykament, którego nazwy nie kojarzyłam. Podczas gdy dotychczasowa Asystentka zaczęła zajmować się swoją pacjentką, ujrzałam coś, na czym mogłam się oprzeć, aby zidentyfikować kwiat. Była to aksamitka. Rozpoznałam ją przez niewielkie kwiaty w odcieniach żółci i pomarańczu. Zaczęła przetwarzać wszystko na papkę, żeby nałożyć ją na podrażnienia po to, aby zapobiec ewentualnemu wyłysieniu czy infekcji. Z pyska pani Wichury uleciało westchnienie ulgi, kiedy chłodna maść lecznicza znalazła się na jej skórze. Po zakończonym zabiegu delikatnie uśmiechnęła się do srebrnej.
— Dziękuję Ćmi Księżycu, od razu czuję się lepiej i już nie swędzi tak bardzo…
— Zostań u mnie do rana, aby to wszystko miało szansę dobrze się wchłonąć. Rano dokładnie cię zbadam i jeśli wszystko będzie dobrze, wrócisz do swoich obowiązków.
— Dobrze — powiedziała Przepiórka, przygarniając jedno z wolnych legowisk przeznaczonych dla chorych kotów.
W czasie jej zabiegu, do lecznicy weszły trzy koty. Byli to konkretnie Promieniste Słońce, Mroźny Wicher oraz Psotny Nietoperz, wtedy znana jako Nietoperza Łapa. Pierwszy z wymienionych miał w łapie kolec i nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie fakt, że jego rozmiar był… Co najmniej zdumiewający. Oprócz tego było tam kilka pojedynczych zadrapań, które też wyglądały na wiadomość od kolców, że tam były. Mróz wyglądał, jakby przejechało po nim stado kotów z jakimiś nadprzyrodzonymi siłami, natomiast Nietoperka… Cóż, otóż ona wyglądała, jakby wskoczyła prosto w stertę kolców róży, jeżyn oraz innych takich. Na ich widok we dwójkę — mentora i uczennicy — stwierdziłam, że coś stało im się razem. Być może to kwestia jakiegoś wypadku podczas treningu, patrolu czy tam po prostu spaceru, w sumie średnio ważne. Pani Ćmi Księżyc zajęła się właśnie tą dwójką, skacząc od jednego do drugiego, podczas gdy Mróz stał jakby oszołomiony. Spojrzałam na Ćmę, chcąc zapytać, czy mogę jakoś pomóc, jednak ona wyglądała, jakby miała już na głowie wystarczająco dużo. Skakałam wzrokiem między opływającym z rzeczywistości Wichrem, a asystentką medyczki, nie wiedząc co zrobić. W końcu ze zrezygnowaniem wzdychnęłam, strzepując ogonem. Żwawym krokiem podeszłam do wojownika, delikatnie trącając go łapą.
— Przepraszam panie Mroźny Wichrze… Pani Ćmi Księżyc wygląda na bardzo zajętą, więc jeśli pan pozwoli, to ja spróbuję jakoś panu pomóc. W końcu teoretycznie jestem prawie protektorką, więc mam wiedzę medyczną!
Kocur spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem, słabo kiwając głową. Delikatnie się uśmiechnęłam, ukradkiem spoglądając kolejny raz na srebrną. Myślałam, że już zdążyła “zauważyć”, a raczej wyczuć, że nie siedzę tam, gdzie miałam siedzieć, jednak ona nadal zajmowała się swoimi pacjentami. Możliwe, że nie dostrzegła tej zmiany przez zbyt dużą ilość bodźców wokół niej? Nieważne, jeden musi ogon. W tym samym czasie mój chwilowy “podopieczny” zaczął mówić.
— Od jakiegoś księżyca mam ogromne problemy ze snem, już trochę nie daję rady w codziennym życiu klanowym… Dasz radę jakoś mi z tym pomóc?...
“Prosty przypadek… Przecież niczego nie skrzacze, prawda?...” — pomyślałam, kiwając energicznie głową w ramach odpowiedzi.
Zmęczone oczy pana Mroźnego Wichru rozbłysły niczym pojedyncza, pierwsza gwiazdka na niebie, swoim blaskiem rozświetlając całe niebo.
Nie byłam pewna czy mogę skorzystać ze składziku ziół medycznych, jednak już z tej odległości widziałam na konkretnej półce spory zapas maku. Z sercem dudniącym w klatce piersiowej tak mocno, jakby chciało z niej wyskoczyć, weszłam do środka, szybko zgarniając odpowiednią ilość medykamentu, aby wrócić do kocura.
— Proszę, niech pan to zje i położy się u siebie w legowisku, będzie pan spać jak mały kociak! — mruknęłam, czując pewnego rodzaju dumę z tego, że udało mi się jakoś pomóc poszkodowanemu.
— Dziękuję Astrowa Łapo, będzie z ciebie dobra protektorka — odparł starszy, po czym powolnym krokiem wyszedł z lecznicy. W tym czasie medyczka prawie skończyła zajmować się Promieniem i Nietoperką, tłumacząc im osobno, kiedy mają do niej wrócić. Stanęłam obok, czekając dopóki nie wyjdą na zewnątrz, a kiedy już to zrobili, od razu zwróciłam się do pani Ćmiego Księżyca.
— Pani Ćmi Księżycu, kiedy zajmowała się pani panem Promienistym Słońcem i Psotną Łapą, pomogłam panu Mroźnemu Wichrowi z bezsennością. Przepraszam, wiem, że nie powinnam bez pani zgody, ale wyglądała pani na bardzo zajętą i zarobioną… Dałam mu ziarna maku… Jeszcze raz przepraszam, wiem, że nie powinnam…

< Pani Ćmi Księżycu? Błagam niech mnie pani nie zjada… >
[ 2155 słów, trening medyka ]

[przyznano 43%]


Wyleczeni: Mroźny Wicher 

17 września 2025

Od Astrowej Łapy CD. Pomocnego Wróbelka

— Nawet pan?! — spytałam, przekręcając delikatnie główkę.
— Tak — odparł, lekko się do mnie uśmiechając.
— A może pójdziemy do pań medyczek i spytamy, czy potrzebują jakiś ziół? Możemy iść czegoś dla nich poszukać? Chociaż najpierw może chodźmy przejść się po obozie? Sprawdźmy, jak kto się ma!
Rozsadzało mnie od środka. Cały mój smutek, złość, zakłopotanie… Przemieniałam w sobie to wszystko w energię. W ten sposób mogłam jakkolwiek dobrze ją wykorzystać, aby pomóc innym. W głowie cały czas miałam obraz pani Liściastej Gwizdy, która straciła swój — jak się okazało, — jedyny żywot, właśnie w moich łapkach. Nadal pamiętałam jak serce kołatało mi z przerażenia, a ja mimo iż czułam już, że nie żyje, nadal próbowałam zatamować jej krwawienie. Pamiętałam, jak ktoś odciągnął mnie od niej, abym się opanowała. Może pani Wieczne Zaćmienie? Tego nie byłam w stanie stwierdzić. Potem, na drżących łapach podeszłam do — wtedy jeszcze Pana Judaszowcowego Pocałunku, następnie prowadząc go do ciała jego mamy. Potrząsnęłam lekko głową, aby powrócić do rzeczywistości.
— Możemy najpierw iść… Przejść między kotami… A potem pójdziemy jeszcze raz do Ćmiego Księżyca oraz Wiecznego Zaćmienia… — powiedział cicho mój mentor, następnie delikatnie kładąc swój ogon na moim karku.
— A… jak u ciebie?... No, po wojnie… I ogóle… — spytał, jakby trochę… niepewnie? Nie byłam do końca pewna, jaką barwę przybrał jego głos.
Głowa bolała mnie od rana, zapewne od natłoku myśli. Oprócz tego było mi trochę gorąco. Zbyłam to jednak.
— Niech się pan o mnie nie martwi, trzeba zająć się tymi, którym naprawdę jest ciężko, szczególnie po wojnie — mruknęłam trochę wymijająco. — Chodźmy więc! — powiedziałam, już bardziej entuzjastycznie, jednocześnie zakrywając tym ból, jaki odczuwałam w głowie.
“Pewnie to po prostu ze zmęczenia, albo nie wiem… Wymyśliłam to sobie, czy coś" — pomyślałam, następne wraz z burym idąc w stronę serca obozu, aby znaleźć jakieś koty wyglądające na takie, które potrzebują rozmowy.
W oddali ujrzałam rudą kulkę futra, która wyglądała na co najmniej poturbowaną przez tornado. Kiedy podeszłam bliżej, stwierdziłam, że ktoś tu się chyba nie wysypia i to już jakiś czas. Długi czas…
— Hejka, Świergocząca Łapo! Co tam u ciebie? Chcesz może pogadać, albo coś takiego? — spytałam ze zmartwionym wyrazem pyszczka.
Rudzielec długo nie reagował, jakbym była powietrzem. W końcu skierował na mnie swoje nieobecne spojrzenie i zaczął wpatrywać się we mnie z takim zmieszaniem, jakbym właśnie zaczęła do niego mówić w języku kranów.
— C-co?
W końcu jego błękitne ślepka rozbłysły.
— A,a… Nie, wszystko u mnie w porządku, dzięki za troskę, wielka Szyszko.
Zamrugałam kilka razy, zastanawiając się, czy się nie przesłyszałam.
— Czej… Jak mnie nazwałeś?
— O-oh, no tak, przepraszam, pani Święta Wielka Szyszko, pomyliło mi się trochę. Nie wolno przecież zapominać o tytułach!
Przez sekundę wpatrywałam się w niego, kiedy przez głowę przeleciało mi, że kocur może po prostu sobie ze mnie żartuje, ale wtedy nagle zaczął się śmiać.
— Czemu się śmiejesz? — spytałam, przybierając normalny wyraz pyszczka.
— No, no bo… Ten krab… — wybełkotał, dławiąc się ze śmiechu i jednocześnie wskazując łapą na puste miejsce przed sobą.
— Opowiedział… Taki śmieszny żart! I Jeszcze do tego, zaczął latać! — kontynuował po chwili, kiedy na kilka uderzeń serca się uspokoił.
— Ooo, Świergocząca Łapo, muszę na chwilę pójść do eee… do, tamtego gadającego krzaka, aby coś z nim yyy… Wyyyyyczarować? Ta-tak wyczarować! Zostaniesz tu na chwilę? Dosłownie tylko na sekundę. To bardzo ważne!
Następnie ogonem wskazałam na burego, który rozmawiał z moim starszym kuzynem — Gąsienicowym Ogryzkiem.
Pyszczek kocura nagle spoważniał.
— Oczywiście, pani wielka Szyszko!
— Dobrze… To ja zaraz do Ciebie wrócę ! — mruknęłam, następnie podbiegając do mojego mentora, który skończył właśnie rozmawiać z synem mojej zmarłej cioci.
— Panie Pomocny Wróbelku? — powiedziałam, następnie biorąc głęboki oddech, z błyskiem niepokoju w oczach. 
— Tak? — spytał, odwracając głowę w moją stronę.
— Świergocząca Łapa potrzebuje chyba pomocy medycznej. Mówi, że jestem wielką szyszką i… I widzi jakiegoś magicznego latającego kraba, który opowiada mu żarty. Chyba dawno dobrze się nie wyspał…
Mój mentor wytrzeszczył na mnie oczy, niespokojnie smagając ogonem o podłoże obozu. Następnie ja popędziłam do rudzielca, a on po pomoc medyczną, wpadając do miejsca w którym zazwyczaj znajdowały się medyczki.
— Eee, Świergocząca Łapo, Chodź ze mną do—
Błękitnooki, spojrzał na mnie oburzony.
— Świergocząca Łapo?! Ja jestem Świergoczącą Gwiazdą! A nie jakąś tam łapą!
“Czuję się, jakby rozmawiała z kimś po zażyciu dużej ilości kocimiętki… I to co najmniej kocimiętki…“ — pomyślałam, jednocześnie przerażona i rozbawiona jego zachowaniem oraz słowami.
— Czego potrzebujesz, Wielka Szyszko? — mruknął po chwili, intensywnie się do mnie we mnie wpatrując.
— Chodź ze mną, tylko szybko! Pani Ćmi Księżyc potrzebujecie się z tobą zobaczyć!
— O-och, okej! W takim razie już lecę pędzę! — powiedział, zaczynając skakać, zamiast normalnie iść.
Chciałam pobiec zanim, jednak poczułam, jak bardzo się chwieje. A raczej, jak bardzo trzęsą się moje łapy, przez to nie mogę się na nich utrzymać. Stałam tak przez chwilę, jednak w końcu po chwili potrząsnęłam głową, następnie szybko kierując się w stronę ucznia.
W końcu weszliśmy do legowiska medycznego. Zapach, jaki się tam unosił… Na Kłam Gwiazdy. Był niczym miód na bolące gardło.
— Pani Ćmi Księżycu? Panie Pomocny Wróbelku?
— Tutaj, Astrowa Łapo — usłyszałam, a moim oczom ukazała się niewidoma medyczka.
— Och, jak dobrze, że pani jest! Świergocząca Łapa chyba się nie wysypia i to już od dłuższego czasu. Wydaje mi się, że ma halucynacje. I to co najmniej halucynacje. Przed chwilą zaczął się śmiać z żartu wypowiedzianego przez niewidzialnego, latającego kraba... I cały czas mówi do mnie Wielka Szyszko!
— Dobrze, dziękuję za troskę. Możecie już iść. Ja się nim zajmę.
Za srebrną kocicą ujrzałam burego kocura, który szedł już w moją stronę.
— Okej… — mruknęłam, odwracając się. Na chwilę się zatrzymałam I obejrzałam. — Gdyby pani... Potrzebowała pomocy to… Może mnie pani wołać.
Ćma jedynie trzepnęła uchem. Uznałam, że mnie nie usłyszała, więc po prostu wyszłam z lecznicy, nucąc smutno pod nosem. Po chwili jednak rozchmurzyłam się, stwierdzając, że mam zarażać innych dobrą energią, a nie złą.
Pan Pomocny Wróbelek otworzył pyszczek, ale po chwili go zamknął. Jednak po dłuższej chwili odezwał się.
— Zobacz… Jastrzębi Ziew… Wygląda na przygnębioną… Może do niej podejdziesz?
— Tak, jasne! — miauknęłam pogodnie, następnie podchodząc do starszej od siebie wojowniczki.
— Dzień dobry, pani Jastrzębi Ziewie! Wygląda pani na taką… Przygnębioną… Czy może chce pani o tym pogadać? Ale jest coś, co mogłabym zrobić, aby poczuła się pani lepiej? Lub żeby poprawić pani humor?
Szylkretka podniosła na mnie spojrzenie, jakby nieco zaskoczona.
— Jejku, nie zauważyłam cię, Astrowa Łapo… Nie, nie potrzebuję rozmowy, ale dzięki za troskę. Chociaż w sumie… Znalazłaby się chyba taka jedna mała rzecz… Chyba zaczęłabym płakać ze szczęścia!
— Co to takiego? — spytałam delikatnie, siadając obok, a następnie owijając swój puszysty ogon wokół swoich łapek.
— Chciałabym dostać od kogoś lub znaleźć kiedyś sama pióro jastrzębia… — mruknęła cicho, a na jej pyszczku pojawił się słaby uśmiech. Kiedy jednak spuściła wzrok na swoją niesprawną łapkę, oraz miejsce, w której jeszcze przed wojną była druga, znów spochmurniała.
— Mhm… — mruknęłam, wstając. — Rozumiem. A poczeka tu na mnie pani chwilę? Dosłownie kilkanaście uderzeń serca i zaraz wracam.
— Y, tak, jasne.
— Zaraz będę! — rzuciłam jeszcze, następnie idąc do legowiska uczniów.
Zajrzałam za swoje posłanie, łapą przesuwając po piórach z mojej kolekcji.
— To jest pióro kruka, to gołębia, to też gołębia, to sroki, tutaj mamy sójki zwyczajnej, te są od wróbli, to jest płomykówki, puszczyka, tutaj jakieś innej sowy… O! Jest! Ha, nawet trzy! To jedno sobie zostawię!
Złapałam pióra jastrzębia w pysk, następnie szybko podnosząc się, aby wrócić do wojowniczki. Podbiegłam do niej uśmiechając się kropka następnie położyłam przed nią dwa pióra.
— To dla pani! — pisnęłam, czując, jak w moim serduszku narasta wielka radość na widok miny Jastrząb, momentalnie zmieniającej się ze zrezygnowaniej i przygnębionej na szczęśliwą. I to mało powiedziane!
— O… O jejku… Nie żartujesz? — spytała, podnosząc na mnie wzrok.
— Nie!
— Dziękuję, są przepiękne! — powiedziała uradowana, a ja widziałam, jak jej uszy zaczynają się trząść.
— Mogę? — spytałam, przekręcając delikatnie główkę.
— Ta-tak, byłoby świetnie! — mruknęła kocica, a ja zobaczyłam, jak jej oczy robią się wilgotne ze szczęścia.
Złapałam dwa pióra, następnie wkładając je za ucho Jastrzębiego Ziewu.
— Jeszcze raz dziękuję, Astrowa Łapo! Są idealne!
— Nie ma za co! Miło mi było panią uszczęśliwić! Idę dalej zobaczyć, czy nikt nie potrzebuje rozmowy. Do widzenia!
— Do widzenia! — odpowiedziała mi jeszcze, a potem ja się odwróciłam.
Za mną stał protektor, do którego od razu się uśmiechnęłam.

< Panie Pomocny Wróbelku? >
[1354 słów | trening medyczny Aster ]

[przyznano 27%]

02 sierpnia 2025

Od Aster (Astrowej Łapy) Do Judaszowcowego Pocałunku (Judaszowcowej Gwiazdy)

Kiedy Aster miała niecałe 2 księżyce

— Niedawno nauczyły się chodzić! — miauknął tatuś, dumnie wypinając pierś do jakiejś ładnej pani.
— Widzę. Macie przepiękne kocięta, będą świetnymi zadatkami dla Klanu Klifu! — odpowiedziała bura, uśmiechając się najpierw do Jeżynka, a potem do mnie.
Podtuptałam do kocicy, a ta przykucnęła przede mną.
— Dzień dobry, jestem Liściasta Gwiazda.
Swoimi wielkimi oczkami obejrzałam ją od góry do dołu, a następnie słodko się uśmiechnęłam.
— Dzien Dobly, Pani Liscasta Kfiasto! Ja jestem Astel, a to jest Jesynek! — mruknęłam, swoimi błękitnymi ślepkami wpatrując się w szylkretkę.
Liderka zaśmiała się i pogłaskała mnie ogonem po pysku, na co ja zachichotałam.
Za dobrze zbudowaną kocicą w pewnym momencie stanął jakiś kocur. Na pewno był od niej młodszy. Może nie wyglądał na jakiegoś bardzo miłego, ponieważ chyba próbował wywiercić we mnie dziurę samym wzrokiem, jednak nie wyglądał na takiego, co bez powodu mnie zje, prawda? Może nie wyglądał jak bandyta, ale bardziej jak taki niby miły niby niemiły śmieszny pan. A zresztą. Nie ważne, jak by wyglądał i jak by się na mnie patrzył, moja kocięca ciekawość wygrywa. ZAWSZE. Podreptałam do niego, raz po raz, prawie się przewracając o różne kulki mchu, piórka, gałązki, a czasem nawet i własne łapki. W końcu stanęłam przed jego obliczem, cała zdyszana, ponieważ jeszcze nigdy wcześniej nie wykonywałam takich dystansów i to jeszcze w takim czasie!
— A jak Pan się nasyfa?!
— Judaszowcowy Pocałunek — powiedział czekoladowy, patrząc na mnie z góry.
Może i nie był jakiś bardzo wysoki, bo jego wzrost dorównywał temu mojej mamusi, jednak dla mnie nadal był bardzo wysoki. Podniósł jedną łapę i pod światłem zaczął oglądać swoje pazury.
— Pan Jusa… Pan Jusasofcofofy Pocalfunec? — wyseplenilam, wpatrując się w niego słodkimi, niewinnymi oczkami.
Na to kocur przewrócił oczami i z niesmakiem przeliterował swoje imię.
— JU-DA-SZO-WCO-WY PO-CA-ŁU-NEK.
— P-pseplasam… — mruknęłam cichutko, spuszczając wzrok na swoje łapki.
Czekot zwrócił na mnie swój wzrok i wpatrywał się tak we mnie, z łapą na wpół wiszącą w powietrzu, kiedy ja raz po raz zaciągałam łaciatym noskiem, szlochając z poczucia winy.
Po chwili Judaszowiec odchrząknął, kładąc łapę obok całej reszty. Siedział przede mną, a ja podniosłam na niego smutne, lodowato-błękitne oczka, szurając jedną z przednich łap po podłożu.
W pewnym momencie podniosłam się i ruszyłam do jednego z "kątów" żłobka.
— Abh, co… Co Ty? Eh… — wybełkotał zastępca, ostatecznie chyba mając to gdzieś.
Złapałam jednego z moich pięknych kwiatuszków z kolekcji w ząbki, a następnie udałam się z nim w stronę Judasza. Potem (jak to typowy kociak, czyli bez pytania) zaczęłam się wdrapywać po boku zdezorientowanego kocura, aby umieścić kwiatek za jego uchem.
— C-co Ty na wielki Klan Gwiazdy wyprawiasz?! — syknął, jednak zignorowałam to.
Umieściłam astra, a następnie szybko zeszłam z łapy czekota, z uśmiechem na pyszczku.
— To kfiatusek dla Pana, zeby pseplosic!
Zaczęłam iść, aby usiąść naprzeciwko syna Pani Listek, jednak przewróciłam się. Mimo to nie sprawiło to, że przestałam. Wręcz przeciwnie. Podniosłam się i po kilku długich krokach, usiadłam naprzeciwko niego.
— A opowie mi Pan o tym Klanie Kfiasty? Mamusia mófiła mi tylko tloske o Baknie, ale nie wie nic o Klanie Kfiasty… Wiec opowie mi Pan?! Plooose!!

< Panie Jusasofcofofy Pocalfuncu!? >

17 lipca 2025

Od Aster (Astrowej Łapy) CD. Pomocnego Wróbelka

Kontynuacja opowiadania Pomocnego Wróbelka!

Uśmiechnęłam się szekoro, z satysfakcją i wieeeelkim szczęściem obserwując, jak kocur się rozluźnia. Przez przypadek zobaczyłam, jak bury cały spięty odchodzi od Szarego Klifu, z ogonem przecinającym powietrze w te i wewte. Kiedy podskoczyłam do niego, aby trochę go pocieszyć, ten o mało nie wyskoczył z futra!
Na wspominkę o piórku, uśmiechnęłam się jeszcze szerzej!
— Nie ma za co! Bardzo Panu z nim do twarzy!
Widziałam, jak Pan Wróbelek krzywi się na… No właśnie. Na mój najbardziej charakterystyczny zwrot, jaki posiadam!
— P-panie Pomocny Wróbelku… Ja przepraszam za to ciągle używanie tego zwrotu, ale nie umiem inaczej. To jest jakby takie moje specjalne coś. No, bo po prostu tak mi jest ciutke bardziej komfortowo! Wtedy czuję, że oddaje należyty szacunek dla osób starszych odemnie. Jeśli Pan chce, to mogę przestać tak się do Pana zwracać… — bąknęłam, wpatrując się w protektora.
Na to kocur westchnął i kucnął przy mnie, przednią łapą delikatnie gładząc mój pyszczek.
— Asterciu, jeśli to Ci pomaga, to nazywaj mnie jak tylko chcesz. Moją rolą jako protektora jest zadbanie, żebyś dobrze czuła się jako członek Klanu Klifu. Okazywanie szacunku jest naprawdę ważne, więc nie robisz nic złego. Pokazujesz mi oraz innym, jakie wielkie jest Twoje małe serduszko. Cieszy mnie, że mamy w naszym klanie kogoś takiego, jak Ty.
Kiedy Pan Wróbelek skończył, końcówką ogona dotknął mojego noska. Jego futerko mnie połaskotało i zaczęłam się śmiać, wpadając na niego.
On również lekko się zaśmiał, a ja wykorzystałam to i wtuliłam się w niego.
Bury odwzajemnił mój uścisk, a mi zrobiło się ciepło. Nie dlatego, że ma gęstą sierść, ale dlatego, że poczułam się zrozumiana, doceniona i najważniejsza dla właśnie tego Pana.
— Dziękuję — mruknęłam cichutko, wciągając niemalże kojący zapach kocura.
— Nie ma za co — odparł mi, kiedy (po całej wieczności) go puściłam.
— No dobrze, było mi naprawdę miło Cię pocieszyć Aster, ale muszę już iść — szepnął Wróbelek, wbijając wzrok w wyraźnie przygnębioną Melodyjny Trel.
“Ciocia chyba znów pokłóciła się z Pokrzywowym Zaroślami… Biedna Melodyjny Trel…”
— Jasne, rozumiem! — pisnęłam, a moje uszy opadły na błękitne ślepka, zasłaniając mi widok.
Pan Pomocny Wróbelek zaśmiał się, odsłaniając mi pole widoku, a potem już miał iść, kiedy złapałam go jeszcze za przednią łapkę.
— Panie Pomocny Wróbelku…
— Tak, Aster? — spytał, odwracając głowę w moją stronę.
— Odwiedzi mnie Pan jeszcze? — spytałam błagalnie, robiąc smutne oczka.
Bardzo lubiłam kocura. Był miły i zawsze wiedział co powiedzieć, żeby było mi lepiej! Był trochę jak taki dużo starszy brat, co jest inny (ale nie gorszy!!!) niż wszyscy i Cię obroni!
— Oczywiście.
— Jest Pan najlepszym protektorem ze wszystkich protektorów z całego Klanu Klifuuu! — pisnęłam, podskakując.
Pomocny Wróbelek delikatnie się uśmiechnął, po czym puściłam jego łapę i obserwowałam, jak podchodzi do szylkretki, próbując jakoś ją pocieszyć.
Odwróciłam się i z uśmiechem popędziłam do mojej Mamusi, która właśnie wyszła ze żłobka, zapewne w celu znalezienia mnie.

★ ★ ★ ★ ★ 

Dzień mianowania na ucznia wojownika

Ze smutkiem wpatrywałam się w Pani Ćmi Księżyc, która właśnie wracała z nową porcją ziół.
“Dlaczego nie mogę robić tego, co bym chciała? Czy pragnę za wiele?”
— Czyżby ktoś był tutaj smutny?
Odwróciłam główkę i z szerokim uśmiechem rzuciłam się na przednie łapy kocura.
— Panie Pomocny Wróbelku! Przyszedł Pan!
— Jak mógłbym nie przyjść do mojej osobistej asystentki do spraw dodatków? — zaśmiał się burek, grzecznie skłaniając głowę dla mojej mamusi, która właśnie weszła do żłobka, zapewne zaniepokojona moim krzykiem. Kiedy jednak ujrzała mnie w pełni uśmiechniętą u boku kocura, jedynie odwzajemniła mu swój gest a następnie wycofała się, wracając do rozmowy z moim tatusiem.
— Miałem zamiar już od dawna Cię odwiedzić, jednak nie miałem zbytnio czasu. Tak w zasadzie to przyszedłem sprawdzić jak Ty i Twoja rodzina się trzymacie. Czy coś Cię martwi? Wyglądasz na smutną.
Mój uśmiech trochę zbladł. Ściszyłam głos, ponieważ nie chciałam, żeby ktokolwiek oprócz niego o tym wiedział.
— Nie chcę szkolić się na wojowniczkę, ale Pani Ćmi Księżyc powiedziała, że nie mogę zostać jej uczennicą… Przez to trochę mi przykro…
— Aster… — szepnął protektor, a jego uśmiech również zszedł z pyszczka. — Przykro mi to słyszeć, ale jestem pewien, że są się coś z tym zrobić! Jeśli tylko będziesz chciała, możesz iść do Liściastej Gwiazdy i spytać się jej, dlaczego nie możesz być medyczką.
— Nie, nie, nie… To nie jest potrzebne. Poradzę sobie. Dla Jeżynka. On by tego chciał.
W moich oczkach zbierały się łzy, na samo wspomnienie o braciszku, a co dopiero mówieniu i nim.
— M-mój biedny, malutki braciszek… — chlipnęłam, a słone łzy zaczęły spływać mi po policzkach. — Wszystko tak bardzo mi o nim przypomina…
Pan Pomocny Wróbelek już nic nie mówił, tylko pozwolił mi się do siebie przytulić. Zaczęłam gorzko, acz cicho łkać, podczas kiedy protektor delikatnie głaskał mnie po głowie.
— Już dobrze Aster, już dobrze… Wszystko się ułoży.
“Mam taką nadzieję… Obyś miał rację”

★ ★ ★ ★ ★

Po niedługim czasie przestałam płakać, lekko odsuwając się od futra burego, przy okazji ocierając łapką łezki, które jeszcze spływały po moim pyszczku.
— Troszkę lepiej po rozmowie?
— Tak… D-dziękuję, P-panie Pomocny Wróbelku.
— Nie ma za co. Od tego właśnie jestem. Teraz szykuj się do ceremonii! Twoja mama zaraz przyjdzie i Ci pomoże, a ja już tam będę czekał.
— Dobrze.
Siorbnęłam jeszcze noskiem, patrząc, jak Pan Wróbelek szybkim, acz dość luźnym krokiem wychodzi ze żłobka. Chwilę później do środka weszła Mamrok z zatroskaną miną.
— Wszystko dobrze, Asterciu?
— Tak, mamusiu. Wszystko dobrze.

★ ★ ★ ★ ★

Kilka dni temu

Może to, co zrobiłam w stosunku do Postrzępionego Mrozu nie było najgrzeczniejsze, ale teraz to grzeczność musiała chwilę poczekać. W końcu dostałam zadanie od samej liderki!
“Potem ją za to przeproszę…”
Zatrzymałam się tuż przed zdezorientowanym Wróbelkiem, w ostatniej chwili unikając kolizji.
— Panie Pomocny Wróbelku! — wysapałam, przestępując z łapki na łapkę.
— Coś się stało?!
— Nie! Znaczy, Tak! Znaczy…
“Ugh, wysłów się!”
— Dzieje się, ale nic złego! Może Pan tu na mnie chwilę poczekać?
— Yyy, chyba tak — bąknął protektor, jeszcze bardziej zmieszany tym, co się dzieje.
Pognałam do sterty zwierzyny i wyciągnęłam z niej średniego rozmiaru srokę.
“Dla Pani Listek będzie idealna!”
Znów podbiegłam do kocura, a jego bursztynowy wzrok przeszywał mnie od środka.
Położyłam ptaka przed nim i poczekałam, aż serce przestanie mi tak walić, po czym — tym razem spokojnie — zaczęłam mówić:
— Byłam u Pani Liściastej Gwiazdy i prosiła, żebym po Pana przyszła. Przy okazji zanoszę jej obiad. Przepraszam, że tak latam w te i wew te, ale się stresuje!
— Rozumiem. W-w takim razie chodźmy!
Uśmiechnęłam i się i złapałam piszczkę w zęby, po czym podreptałam u boku protektora, wprost pod legowisko Liderki.
— Astrowa Łapo, to Ty? Masz ze sobą Pomocnego Wróbelka?
— Tak! — mruknęłam niewyraźnie przez pióra w pysku.
— W takim razie wchodźcie! — powiedziała szylkretka, prawdopodobnie podnosząc się z posłania.
Pan Wróbelek wszedł pierwszy, a ja zaraz po nim. Ponownie musiałam odczekać chwilę, aby przyzwyczaić się do panującego tam półmroku, ale nie zajęło mi to jakoś szczególnie dużo czasu.
Podeszłam dwa kroki w przód i położyłam zwierzynę na wprost przed kocicą.
— Dziękuję, Astrowa Łapo.
Odwróciłam się i już chciałam wyjść, kiedy szylkretka mnie powstrzymała.
— Zostań, Aster.
Zawróciłam się i wymieniłam zdezorientowane spojrzenia ze starszym kocurem.
Pani Liściasta Gwiazda po chwili ciszy odezwała się, kierując swoje słowa do protektora.
— Pomocny Wróbelku, Astrowa Łapa chciałaby zmienić swoją drogę szkolenia na protektorkę, ale wolę się upewnić, że jesteś gotowy na przyjęcie ucznia. Pewnie przydzieliłabym jej Szary Klif, jednakże… Cóż. On za niedługo pewnie przeniesie się do legowiska starszyzny. Czy chciałbyś dostać Aster jako swoją uczennicę?
Pan Pomocny Wróbelek chyba już się trochę pogubił, bo przeskakiwał wzrokiem między mną, a Panią Listek.
— Yyy… A c-czy Tobie to odpowiada? — spytał, zatrzymując swoje bursztynowe ślepia na moich, błękitnych.
— Tak! Byłby cudownie! Zgodzisz się?

< To jak, Panie Pomocny Wróbelku? >

[ 1262 słowa ]

[przyznano 25%]

16 lipca 2025

Od Astrowej Łapy CD. Postrzępionego Mrozu

Kontynuacja opowiadania Strzępki. Wszystko dzieje się jeszcze przed zmianą drogi szkolenia Aster!

Nie miałam odwagi wydać z siebie nawet najmniejszy pisk, więc w ciszy podążyłam obok mojej mentorki, z uszami spłaszczonymi ze wstydu. Od środka aż wrzałam, jednak nie z gniewu, a wstydu i poczucia winy. W głowie ciągle karcąc siebie, układałam jakieś słowa przeprosin, jednak w końcu nic nie powiedziałam.
Weszliśmy w całkowitej ciszy do obozu, a moje oczy zrobiły się wilgotne i piekące. Po policzkach przeleciało mi kilka łez, a Strzępka zwróciła swój wzrok ku mnie.
— Przepraszam… — szepnęłam tylko, zwracając ku niej swoje błękitne oczka.
Potem, zanim szylkretka zdążyła mi na to jakoś odpowiedzieć, uciekłam do legowiska uczniów, zatapiając nos w mchu, który nosił na sobie resztki aromatu z kwiatów, którymi już tak dawno nie dekorowałam swojego posłania. Łzy moczyły powoli zielony puch, a ja nawet nie zauważyłam, kiedy odpłynęłam w sen.

★ ★ ★

Otworzyłam powoli oczy jednak, zamiast zobaczyć ścianę legowiska, ujrzałam bujną łąkę.
— G-gdzie jestem? — wymamrotałam, podnosząc się z miękkiej trawy.
Płatki kwiatów wirowały na wietrze, a mój głos wędrował wraz z nimi, szukając odpowiedzi na pytanie, na które nigdy nie dostałam odpowiedzi. W sumie to teoretycznie jej nie potrzebowałam. Gdzieś z tyłu głowy zdałam sobie sprawę, że to jest sen. Miałam dziwne wrażenie, jakbym nie była tu sama, ale zbagatelizowałam to. W końcu to sen. Nic złego mi się tu nie stanie, a nawet jeżeli, to Klan Gwiazdy ma mnie w swej opiece, prawda? Tak więc zaczęłam przechadzać się po polanie, podziwiając zachód słońca, który niedługo później, zamienił się w mistyczny wschód księżyca. Szaro-biały okrąg odbijał się w rafli jeziorka, które tam występowało. Na powierzchni cieczy unosiły się lilie wodne, a woda jakby migotała, dodając temu miejscu uroku i "magicznej" poświaty. Powoli i z miłością, zrywałam sobie niezapominajki, maki, stokrotki, czasem trafiały się astry bądź złocień, gdzieniegdzie występowały koniczyny, nawet zauważyłam kilka pięknych róż! Były te najczęściej spotykane — czerwone. Często jasne, ale gdzieniegdzie dało się dostrzec te ciemniejsze, w odcieniu przypominającym krew. Do tego występowały różowe, czasem w odcieniach mojego nosa i poduszek łap. Były ciemniejsze, jak większość noska, jednak były i jaśniejsze, w kolorze przypominające pastelowo różowe plamki. Zdarzyło się również kilka śnieżnobiałych, które szczególnie sobie upodobałam. Najwięcej było jednak fiołków, chabrów oraz dzwonków, które nadawały unikatowy klimat i fioletowy odcień górujący nad całą resztą. Uzbierałam w końcu porządny bukiecik, a niektóre z kwiatów zaczęłam wplatać sobie w moje długie, szylkretowe futerko. Przy okazji pięknie je wyczyściłam, a kiedy już skończyłam, przeszłam się niewielką dróżką w stronę tafli wody, aby się przejrzeć.
— Ale pięknie! — mruknęłam, oglądając każdy okaz.
Następnie wróciłam się o pozostałego bukieciku i wrzuciłam go do wody.
— Nie wiem, gdzie jesteście i czy w ogóle mnie słyszycie, ale to dla Was. Jeżynku, Melodyjny Trelu, mam nadzieję, że teraz polujecie wraz z Klanem Gwiazdy.
Po chwili urwałam, obserwując kwiaty powoli zarabiające się w wodzie.
Wyniosłam głowę do góry i dodałam jeszcze:
— Ciociu, obiecuję, że dowiem się, co Ci się stało.
Gwiazdy nade mną jakby zamigotały, a księżyc pozostał niewzruszony.
Nagle usłyszałam szelest. Obróciłam głowę, a moje oczy ujrzały niewielką jaszczurkę, wpatrującą się we mnie z ciekawością.
— To Ty mnie obserwowałaś przez ten cały czas! — zaśmiałam się cicho pod nosem.
W pewnym momencie usłyszałam czyiś spanikowany głos.
— Astrowa Łapo, Astrowa Lapo!
Zrobiłam kółko wokół siebie, jednak nikogo nie zobaczyłam.
— Astrowa Łapo! — Ktoś, mówiąc to, tym razem ewidentnie zaczął mnie szturchać.
Nie wiedziałam, o co chodzi, a potem nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami.

★ ★ ★

Wzięłam haust powietrza i podskoczyłam jak oparzona, wbijając błękitne i spanikowane spojrzenie w — jak się okazało — moją mentorke, która chciała mnie obudzić na trening.
— Na Klan Gwiazdy, Astrowa Łapo, przestraszyłaś mnie! — krzyknęła Strzępka, wtulając się we mnie, jakbyśmy nie widziały się całe księżyce.
Przymknęłam oczy i również wtuliłam się w kuzynkę, zaciskając mocno powieki.
— Tak strasznie Cię przepraszam Postrzępiony Mrozie! Nic złego mi nie zrobiłaś, a ja zachowywałam się tak głupio! — pisnęłam, mocniej zaciskając powieki, aby powstrzymać się od płaczu.
Na szczęście już wszyscy inni uczniowie opuścili legowisko uczniów, więc byłyśmy tam same.
— Nic się nie stało. Ważne, że nic Ci nie jest.
Ponownie spojrzałam na pyszczek mentorki, który był na moim poziomie.
Ta uśmiechnęła się i liznęła mnie delikatnie między uszami.
— To jak? Idziemy na trening? — powiedziała po chwili.
— Jasne — szepnęłam, idąc za szylkretką, która już wychodziła z legowiska uczniowskiego.
Obóz był prawie pusty, jedynie Panie Medyczki, Pani Liściasta Gwiazda, Pan Judaszowcowy Pocałunek i nieliczni wojownicy pozostali w środku, przez co było tam bardzo cicho.
Zbyłam to, jedynie skłaniając swoją głowę w oznace szacunku i przywitania. Liderka odpowiedziała mi szybkim, acz szczerym uśmiechem, a potem wróciła do rozmowy ze swoim zastępcą. Pani Ćmi Księżyc oraz jej siostra, Pani Wieczne Zaćmienie nie zauważyły mojego gestu. Jedna z nich naprawdę nie mogła go zobaczyć, jednak nie mogłam teraz do nich podejść. Szczególnie tylko po to, aby z nimi porozmawiać!
Przekroczyłyśmy próg obozu, kierując się na kotlinę szkoleniową. Rozumiałam to. Chciała ze mną pewnie poćwiczyć, ponieważ nasz ostatni trening był… No, niezbyt przyjemny dla żadnej z nas.
Poczułam pod poduszkami łap ciepły piasek, a kiedy podniosłam jedną z przednich kończyn, ujrzałam na niej łatkę, w kształcie przypominającym nieco serduszko. Jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w nią swoim błękitnym spojrzeniem, po czym stanęłam przed kocicą.
— Dobrze! Dziś zrobimy coś, czego wcześniej z Tobą jeszcze nie robiłam. Zawalczymy!
W ramach odpowiedzi jedynie chytrze się uśmiechnęłam, przecinając szylkretowym ogonem powietrze. Może i nie chciałam być wojowniczką, jednak perspektywa walki ze swoją własną nauczycielką brzmiała nie tyle, co interesująco, to — można by rzec — intrygująco!
— Nie będę Ci podpowiadać. Sprawdzimy, na ile rzeczy wpadniesz sama!
Moje niewielkie, acz śnieżnobiałe kły rozbłysnęły od słońca, a jedyne co powiedziałam, to:
— Nie obiecuję, że nie będę ich używać!
Na to liliowa również się uśmiechnęła, a my zaczęłyśmy chodzić w kółko, nie spuszczając z siebie wzroku. "Czułam", jak jej niebieskie spojrzenie próbuję wypalić we mnie dziurę. Jeszcze nawet nie zaczęłyśmy, a już dobrze się bawiłam! Postrzępiony Mróz dobrze wiedziała, że żartowałam z tymi kłami.
"Znajomość kogoś, od kiedy się urodzisz, jednak na coś się przydaje!" — pomyślałam jeszcze na koniec, pozwalając jej zaatakować jako pierwszej.

★ ★ ★

Niewielki kłębek żółtawo pomarańczowego pyłu wił się pod łapami mojej przeciwniczki, która wyskoczyła na mnie ze schowanymi pazurami. Ja jednak odsunęłam się na bok, pozwalając liliowej delikatnie uderzyć się o ziemię. Następnie naskoczyłam na jej kark, chcąc przyłożyć (bo przecież nie ugryźć!) pyszczek do jej szyi, jednak poczułam, że szylkretka podnosi się — przy okazji zrzucając mnie z siebie — po czym przygważdżając mnie do ziemi swoimi łapami. Jeden z pędzelków opadł na jej pyszczek, jednak nie ma długo, ponieważ ta lekko w niego dmuchnęła.
Lekko dysząc zeszła ze mnie, przybierając na nowo pozycję początkową.
Zanim się podniosłam, przez przypadek sypnęłam sobie piaskiem do oka. Moją jedyną reakcją było niemal niesłyszalne prychnięcio-syknięcie. Szybko się podniosłam, otrzepując swoje długie futerko, a kiedy już miałam powiedzieć, że jestem gotowa, do głowy przyszedł mi pewien plan. Zgarnęłam drobinki piasku w łapki, następnie pozwalając mu opaść. Pod nim, zrobił się charakterystyczny kłębuszek kurzu.
Uśmiechnęłam się i stanęłam na gotowej pozycji, dając znać Strzępce, że jestem gotowa.
"Moje długie futro i to, że jestem taka niska, w końcu się na coś przyda!" — pomyślałam, kiedy mentorka ponownie na mnie skoczyła.
Zamiast uciec w bok, czy również skoczyć, ja obróciłam się do niej tyłem i z zapałem zaczęłam nawalać w podłoże tylnymi łapami oraz ogonem.
Złotawe drobinki poleciały w kierunku niebieskookiej, a ta nie dość, że zaczęła syczeć, to raz po raz kichać! Pokaźna chmura zaczęła kłębić się naokoło nas, a kiedy uznałam, że jest jej wystarczająco dużo — przestałam. Dzięki temu sprytnemu trikowi nie widzisz nic przed sobą na długość trzech lisich ogonów!
"Jeśli zachowam teraz całkowitą ciszę, to wygrana jest moja!"
Na około obeszłam cały zakurzony teren, przy okazji będąc na wygranej pozycji, ponieważ stałam za Postrzępionym Mrozem. Przez piasek, który częściowo dostał się jej zapewne do oczu, nosa, a może i nawet pyszczka, kocica była rozproszona. Pył też nie dawał za wygraną i czasem mocniej zapiekał, dlatego przymrużyłam oczy do niewielkich szparek. Liliowa pewnie nie mogła sobie na to pozwolić, skoro raz po raz słyszałam jak fuka i kicha. Powolutku zachodziłam ją od tyłu, szykując się do skoku. W końcu zdecydowałam, że to będzie dobry moment i wystrzeliłam w powietrze, starając się uczyć całej pary w tylnych kończynach, jaką tylko posiadałam!
Już miałam wylądować na mentorce, jednak ta obróciła się za siebie i ujrzała mnie, w ostatniej chwili odskakując na bok. Z hukiem uderzyłam w ziemię, sycząc z bólu.
— Wszystko w porządku?! — krzyknęła Strzępka, mimo wszystko nadal nie ruszając się z miejsca.
— Nic mi nie jest! To było tylko przez zaskoczenie, możemy kontynuować! — powiedziałam, zaraz podnosząc się na łapy.
— Na pewno?!
— Takk!
— Jak tam chcesz! — skwitowała tylko kotka, wymachując ogonem.
Nasza "osłona dymna" prawie już opadła, bo teraz znajdowała się na wysokości mojego brzucha.
"Nie utrzyma się to za długo…"
Po uderzeniu serca w myślach machnęłam na to łapą, tym razem zdając się na instynkt.
Zaczęłam biec prosto na Postrzępiony Mróz, a kotka z widocznym zdziwieniem posłała mi pytający wyraz pyska. Ja jedynie znów pokazałam białe igiełki, nadal biegnąc. Widziałam, jak jej błękitny wzrok na ułamek uderzenia serca odwraca się w bok.
"I tyle musiałam wiedzieć! Dzięki!"
Strzępka odskoczyła w bok, jednak ja, zamiast naskoczyć, wślizgnęłam się pod jej brzuch, przejeżdżając po nim łapami. Na sam koniec ugryzłam końcówkę jej ogona, jednak na tyle delikatnie, żeby jedynie poczuła na nim moje ząbki.
Potem podniosłam się, ponownie się otrzepując. Stanęłam naprzeciwko mentorki, z chytrym uśmieszkiem na pyszczku.
— Jak mi poszło?
— Śpiewająco! — powiedziała tylko, po czym splunęła ślinę (oczywiście zawierającą w sobie piasek) gdzieś na bok.
— Czyli wracamy? — mruknęłam, podchodząc do szylkretki.
— Jeszcze nie — odparła, zwracając na mnie swój wzrok.
— W takim razie słucham!
Nastała chwila ciszy i kiedy już myślałam, że Strzępka się rozmyśliła, usłyszałam jej szept, który zaraz przerodził się w coś innego. Coś, czego nie byłam w stanie jeszcze określić.
— Astrowa Łapo. Wiem, że coś jest nie tak. Przecież nie znam Cię od wczoraj! Wiesz, że możesz mi zaufać! Dziś chyba bawiłaś się całkiem dobrze, ale patrząc na ostatnie księżyce Twojego treningu… Nie mogę powiedzieć tego samego. Chcę tylko się dowiedzieć, dlaczego tak bardzo się zmieniłaś… Proszę bądź ze mną szczera.
Momentalnie pojawił mi się mętlik w głowie.
"Jak mam jej to powiedzieć? A co jeśli będzie na mnie zła!? A-albo zranię ją i będzie jej przykro!?"
Wzięłam głęboki wdech i nie patrząc w oczy liliowej, powiedziałam cicho:
— No… Bo ja nie jestem teraz szczęśliwa. Chciałabym szkolić się na kogoś innego, ale nie mogę i nie chcę zranić… Tak poza tym, tak bardzo brakuje mi Jeżynka! Bez niego już nic nigdy nie będzie takie samo!
Po dwóch czy trzech uderzeniach serca ciszy odważyłam się podnieść wzrok jednak, zamiast dostrzec na pyszczku kuzynki złość czy pogardę, ujrzałam tam samą miłość i zrozumienie.
— Jak mogłaś pomyśleć, że byłabym na Ciebie zła? Przecież ja tylko chcę, żebyś była szczęśliwa!
W oczach Postrzępionego Mrozu pojawiły się łzy, a ja, już płacząca, wtuliłam się w nią.
— Już nic więcej nie musisz mi mówić… — dodała tylko, odwzajemniając mój gest.

★ ★ ★

Stałam przed legowiskiem samej Pani Liderki, wraz z Postrzępionym Mrozem u boku.
— A co jeśli się nie zgodzi?
— Na pewno się zgodzi! No już, już, idź tam.
— Ale przecież ja mam już 10 księżyców!
— Nadrobisz ten trening! Na pewno przydzieli ci kogoś dobrego, mówicie ci! A teraz tam właz! — powiedziała szylkretka, nosem zachęcając mnie do podejścia bliżej.
Wzięłam głęboki wdech i podeszłam na tyle blisko, aby szylkretka mogła mnie usłyszeć.
— Przepraszam Pani Liściasta Gwiazdo. Mam do Pani sprawę… Czy mogę wejść?
— Astrowa Łapa? Jasne, wchodź!
Na słowa szylkretki grzecznie weszłam do środka, a kiedy chwilę pomrugałam i przyzwyczaiłam się do ciemności, ujrzałam samą Panią Listek na swoim posłaniu. Wyglądała na dosyć zmęczoną, ale zbagatelizowałam to, zrzucając to na jej wiek.
— Dzień Dobry — mruknęłam, skłaniając głowę przed kocicą.
— Co Cię do mnie sprowadza, Aster? Czyżby już po treningu?
— Tak, właśnie z niego wracam, ale właśnie w tej sprawie przychodzę.
— Coś się dzieje? — spytała zatroskana, podnosząc się, aby z pozycji leżącej, znaleźć się w siedzącej.
— Postrzępiony Mróz jest naprawdę fantastyczną mentorką, ale… Chyba nie jest stworzona po to, aby szkolić właśnie mnie.
— Co masz na myśli? Chcesz zmienić mentora?
— Nie! Z-znaczy w sumie, to tak, ale nie w taki sposób… — bąknęłam, gubiąc rytm wypowiedzi.
Stresowałam się dużo bardziej niż zwykle, a serce kołatało mi tak, jakby zaraz miało wyskoczyć z mojej klatki piersiowej.
— Chodzi mi o to, że chciałabym zmienić drogę szkolenia. Czy mogłabym szkolić się na Protektorkę? Nie czuję się dobrze w tym, co robię. Wiem, że nie mogę też szkolić się na medyczkę, dlatego proszę o to. Tak poza tym, mamy niewiele kotów w tej roli. Całe dwa z dziesięciu! Czy byłaby na to szansa?
Nastała ponowna cisza. Szylkretka przeleciała mnie wzrokiem od góry do dołu, mrucząc pod nosem.
— Mhm… Zobaczymy, co da się zrobić, dobrze?
— Jasne! Dziękuję Pani Liściasta Gwiazdo!
— Cała przyjemność po mojej stronie! — mruknęła tylko starsza kocica, z powrotem układając się do położenia się.
Już miałam wyjść, jednak w ostatniej chwili odwróciłam głowę.
— Pani Liściasta Gwiazdo?
— Tak?
— Przynieść Pani jakiś smaczny kąsek? Może jest Pani głodna? Widziałam, że patrol łowczy właśnie wrócił.
— Hm… Chętnie przyjmę jakąś myszkę, dziękuję. A-a! Astrowa Łapo, mogłabyś tu jeszcze przyprowadzić Pomocnego Wróbelka?
— Jasne! Dowidzenia!
— Dowodzenia — powiedziała, kładąc głowę na łapach.

★ ★ ★

— Powiedziała, że zobaczy, co da się zrobić.
— No i widzisz? Mówiłam, że będzie dobrze!
— Ale "zobaczymy" to nic mi nie mówi! — jęknęłam do szylkretki, ze zrezygnowaniem zawieszając głowę.
— Hej hej, ale "zobaczymy", nie oznacza tego samego, co "nie". Pewnie po prostu musi spytać się kogoś, czy byłby w stanie Cię przyjąć i już.
— Miejmy taką nadzieję… Postrzępiony Mrozie, dziękuję za dziś. Trening był dzisiaj naprawdę ciekawy! Muszę już iść. Mam zadanie do wykonania.
Uśmiechnęłam się do mentorki, a następnie odwróciłam się i pognałam w stronę niedaleko stojącego czekoladowego kocura.

<Strzępko?>
[2303 słowa; trening wojownika]

[przyznano 46%]

02 lipca 2025

Od Astrowej Łapy do Postrzępionego Mrozu

Moja starsza kuzynka delikatnie musnęła mnie łapą, jednak ja nie zareagowałam.
— Astrowa Łapo, obudź się.
Nie patrząc jej w oczy, bez słowa podniosłam się ze swojego posłania, które — co dziwne jak na mnie — wyglądało normalnie, tak, jak każde inne.
— Dziś nauczę Cię otwierania krabów, dobrze?
Szczerze? Było mi to obojętne. Najchętniej przeleżałabym cały dzień, gapiąc się w szarą ścianę legowiska uczniów. Nic nie szło po mojej myśli. Jakby sam Klan Gwiazdy zadecydował, że akurat mi zniszczy cały świat.
Nie byłam szczęśliwa. Ani odrobinę. Nie miałam z czego się cieszyć. Mój brat najpewniej się utopił, a każdy nagle o tym zapomniał i żył sobie jak gdyby nigdy nic. Mimo moich starań, nie pozwolono mi robić tego, co mnie fascynuje, a nie chciałam prosić o zmianę drogi szkolenia, bo wyszłabym na jakąś zadufaną w sobie koteczkę.
— Dobrze — miauknęłam tylko, podążając za szylkretką ze wzrokiem wbitym w kamień pod moimi łaciatymi poduszkami łap.

★ ★ ★ ★ ★

W ciszy bezszelestnie dreptałam za Strzępką, kiedy ta zaczęła mnie zagadywać.
— Yhm… Astrowa Łapo?
Czego ode mnie chcesz?” — jęknęłam w myślach, jednak nie dając tego po sobie poznać.
— Słucham?
— Jak Ci się podoba dotychczasowy trening?
Wcale” — pomyślałam.
— Jest fantastycznie — powiedziałam, podnosząc na wojowniczkę lodowato błękitne oczka z delikatnym (nie) szczerym uśmiechem.
Postrzępiony Mróz starała się umilić mi trening za każdym razem, jak na niego wychodziłyśmy, ale to nic nie zmieniało z mojej strony. Nadal mój dystans do niej był bardzo… zdystansowany. Nawet, jeśli sama tego nie widziała, bo dobrze to ukrywałam. W postaci krótkich bądź średnich, treściwych odpowiedzi, z uśmiechem mówiącym: “Wszystko jest okej, jestem mega szczęśliwa!”
— Mhm — rzuciła tylko, z powrotem zwracając wzrok ku przestrzeni przed sobą. —Mam jeszcze jedno pytanie… — dodała po chwili.
Zamiast odpowiedzieć, przez kilkanaście uderzeń serca wpatrywałam się w nią, a potem usłyszałam tylko:
— Dlaczego na przykład do Ćmiego Księżyca zwracasz się “Pani”, a do mnie nie?
— Bo jesteśmy rodziną, ale jeśli chcesz, mogę tak do ciebie mówić. Obojętne mi to.
— Jak uważasz — miauknęła tylko, a po chwili dodała:
— Jesteśmy na miejscu.
Moje spojrzenie powędrowało na taflę wody, w której odbiciu można było ujrzeć wyraźne rysy wschodzącego słońca. Wiatr targał mi futro, a w powietrzu dało się wyczuć nadchodzącą Porę Nowych Liści. Wciągnęłam powietrze swoim małym, łaciatym nosem, a potem otworzyłam oczy. Uważnie przyjrzałam się klifowi, który na początku był niski i łagodny, jednak im wyżej, tym bardziej strony i niebezpieczny się stawał.
Ciekawe, jaki jest widok z góry. Na pewno jest pięknie…” — pomyślałam tylko, kiedy kuzynka szukała odpowiedniego kandydata na moją ofiarę.
Kiedy już go znalazła, usiadłam obok, uważnie przyglądając się jej poczynaniom.
— Najpierw delikatnie podważasz pazurem jego skorupę — powiedziała, wykonując zwinny manewr łapą. — W ten sposób.
Skierowałam spojrzenie na czerwonego stworka, leżącego u moich łap i powtórzyłam ruch mentorki.
— No, nie jest idealnie, ale jak na pierwszy raz może być. Teraz musisz zrobić coś takiego — mówiąc to, wykonała amputację szczypiec krabiszona.
Powtórzyłam również i to. Potem były kolejne etapy, aż w końcu przede mną i Pani Postrzępionym Mrozem leżały dwa, zgrabnie otworzone kraby.
— Świetnie. W takim razie teraz pójdziemy potrenować nawigację w tunelach, a na sam koniec sobie zapolujemy.
Bez słowa sprzeciwu zawlokłam się za szylkretką pod sam tunel, do którego miałyśmy wejść.
— Gotowa?
— Tak — mruknęłam bez większego entuzjazmu, czy czegokolwiek takiego. — Co mam teraz robić? — miauknęłam, wpatrując się błękitnymi oczami w Mentorkę.

<Pani Postrzępiony Mrozie?>

[541 słów + otwieranie krabów + nawigacja w tunelach]

[przyznano 11% + 5% + 5%]

28 maja 2025

Od Aster CD. Jeżynka (Wilczka)



— Jeżynku, wszystko w porządku? Wyglądasz na przygnębionego… Słyszałam, że kłóciłeś się z Tatą… — mruknęłam, przytulając się do niego.

— Wszystko okej, chcę po prostu pobyć sam, zostaw mnie! — warknął ostro kocurek, odpychając mnie.
— W razie, gdybyś zmienił zdanie, to zawsze możesz ze mną pogadać. Kocham Cię — szepnęłam tylko, jednak on mnie olał i poszedł do żłobka.
Było mi bardzo smutno, ale uszanowałam to, że chcę być sam.
"Mam tylko nadzieję, że pamięta, że nadal go kocham i że zawsze może ze mną porozmawiać…" — pomyślałam, kierując się do legowiska medyczek, aby uporządkować je po naszej porannej zabawie.

★ ★ ★ 

— A-ale co to znaczy n-nie ma… — wyjąkałam z zaszklonymi oczami, wpatrując się w tatę, który wbijał wzrok w ziemię.
— Gdzie jest Jeżynek?! Dlaczego on w ogóle opuścił obóz?! Gdzie jest mój brat… — pisnęłam, kiedy łzy zaczęły spływać mi po policzkach.
Świdrowałam wzrokiem Pochmurnego Płomienia, który nadal nie oderwał wzroku od jednolitego podłoża.
— Nie n-nie… — wychlipiałam, robiąc dwa małe kroki w tył.
Zaraz później, jak na automacie, wystrzeliłam w stronę legowiska medyczek.
— Aster! Wracaj tu! — krzyknął za mną Pochmur, jednak ja miałam go aktualnie gdzieś.
— Zostaw mnie! — odpowiedziałam tylko.
Wskoczyłam na pełnej prędkości do posłania, w którym jeszcze tego samego ranka leżał mój brat i zakopałam się w nim, przyciskając niewielki nosek do tego właśnie miejsca, aby móc poczuć słaby zapach czekoladowego kocurka.
— G-gdzie jesteś Jeżynku… Potrzebuję Cię, p-przepraszam, że z Tobą nie porozmawiałam. Nie powinnam pozwolić Ci tam iść! Jestem złą siostrą!

< Jeżynku?! Gdzie jesteś, nie zostawiaj mnie! Przepraszam! >

27 maja 2025

Od Aster CD. Jeżynka

— Tak! To świetny pomysł! No chodź! — poganiałam brata, już stojąc obok wejścia do żłobka.
Kiedy mój braciszek w końcu się doczołgał, we dwójkę wkroczyliśmy do żłobka, w którym już czekała na nas Mamrok, z kolejną fantastyczną historią do opowiedzenia.

★ ★ ★ ★ ★

Kilka dni wcześniej

Leżałam obok mamusi, wpatrując się w ścianę, z nieodczytaną mimiką pyszczka. Jedyne, co mogło dać znać innym, że nie śpię, to moje jasnoniebieskie, szeroko otwarte oczka oraz pokasływanie, które samoistnie wydawało się z mojego pyszczka.
— Dlaczego tak bardzo się smucisz, siostra? Przecież prawie w ogóle nie znałaś Liściastego Futra. Nie rozumiem — powiedział kocurek leżący obok mnie. Zanim dałam radę odpowiedzieć, kociak zaczął kaszleć. Wzięłam płytki wdech, kiedy już jego oddech się wyrównał.
— Nieważne czy znałam Panią Liściaste Futro, czy nie. Była kotem, tak jak ja i Ty. Poza tym, wydawała się fajna… Chciałam ją poznać, może nawet zostać jej uczennicą… — szepnęłam cicho, nie odrywając wzroku od jednolitej ściany lecznicy.
— Ale jak to, zostać jej uczennicą? Ty chcesz być… medyczką? Nie chcesz walczyć o klan, przeżywać tego dreszczyku emocji, czuć krew wroga w pysku? Wolisz siedzieć w tej zapyziałej dziurze i być po sam nos w śmierdzących ziołach, w dodatku mając obok siebie jakiś chorych, zapchlonych wojowników? Serio?
Momentalnie odwróciłam głowę w stronę brata i zmierzyłam go lodowatym, niemalże morderczym spojrzeniem. Przez jedno, króciutkie uderzenie serca w jego oczach widziałam strach, jednak zaraz potem starał się to ukryć. Niezbyt mu to wyszło. Wpatrywałam się w niego przez dłuższą chwilę, po czym odezwałam się, nadal świdrując go wzrokiem, który z pewnością go przeszył, ponieważ ten zatrząsł się od dreszczy.
— Jeżynku, kocham Cię. Jesteś moim bratem, ale przysięgam, że jeśli jeszcze kiedykolwiek nazwiesz w ten sposób czyjąś pracę, to Cię trzepnę. Każda rola w klanie jest równie ważna, nieważne czy to uczeń, medyk, czy wojownik. Nie obrzydzaj mi czegoś, co lubię. To mnie bardzo zabolało; z resztą nie tylko mnie, bo jestem pewna, że nie ważne komu byś to powiedział, zabolałoby. Fakt, może i szkolenie się na wojownika jest fajne, ale to nie znaczy, że możesz mówić w taki sposób o innych rolach, dobrze?
Ten przez chwilę się we mnie wpatrywał z nieodgadnionym wyrazem pyska, a potem tylko polizał mnie między uszami, mówiąc:
— Dobrze już, dobrze, okej. Też Cię kocham, więcej tak nie będę, ale to nie znaczy, że rozumiem Twoją decyzję — powiedział, po czym pacnął mnie w ucho.
— Nie musisz rozumieć, wystarczy, że to zaakceptujesz. — mruknęłam miękko, przytulając się do niego.
Nawet, jeśli czekoladowy chciał coś jeszcze dodać, to nie miał jak, ponieważ nowa medyczka oraz jej asystentka stanęły przy naszym legowisku. Jeżynek zaczął pokasływać, a zaraz po nim Kukułka. Pani Ćmi Księżyc szepnęla coś na ucho do medyczki, a potem podeszła do koteczki.
Potem Pani Wieczne Zaćmienie spojrzała na nas i powiedziała:
— Zbadam Was, żeby wiedzieć, czy Wasz stan się nie pogarsza. Najpierw Mamrok.
Kiedy mamusia usłyszała swoje imię, otworzyła oczy, wstała i podeszła do byłej asystentki.
— Oddychaj głęboko i powoli — poleciła jej, przykładając głowę do klatki piersiowej.
Mama zrobiła co kazała jej Pani Zaćmienie, ale po chwili zaczęła kaszleć. Nie jakoś bardzo, ale tak trochę.
— Dobrze. Czy odczuwasz jakieś trudności w nabieraniu lub wydychaniu powietrza?
— Trochę, ale jest okej. Nie marnuj na mnie drogocennych medykamentów, zajmijcie się moimi kruszynkami — mruknęła, jednak zaraz później zaczęła kasłać.
— O tym zadecyduję ja — odpowiedziała tylko Wieczne Zaćmienie.
W tym czasie jej asystentka podeszła i znowu coś szepnęła. Potem skierowała swoją głowę w moją stronę, tak, jakby mogła mnie zobaczyć.
— Aster, podejdź do mnie.
— Dobrze, Pani Ćmi Księżycu — pisnęłam, zrywając się z posłania. Wesoło potuptałam do kocicy.
— Oddychaj powoli i mocno. Tak, jakbyś chciała zapaść w sen — mruknęła z zamkniętymi oczami, podczas przykładania ucha do mojej malutkiej piersi.
Grzecznie wykonałam polecenie, zaczynając spokojnie oddychać.
— Mhm… Boli Cię, jak oddychasz? — zapytała miękko, przykładając mi łapę do głowy.
— Nie. Już mi lepiej! Ale chyba mamusia i mój brat nadal się źle czują, niech Pani ich zbada.
— Możesz już usiąść. Teraz Ty, Jeżynku.
Czekoladowy podszedł do kotki, która zadała mu dokładnie to samo pytanie, co mi.
— Troszeczkę, ale to ni... — przerwał, aby kaszlnąć, ale zaraz potem dokończył: — nic takiego.
— Zaraz przyjdziemy — oznajmiła medyczka, wychodząc wraz ze swoją asystentką z lecznicy.
Po chwili obie kotki wróciły. Pani Ćmi Księżyc położyła między mną, Jeżynkiem, mamą i Kukułką po niewielkiej garstce medykamentów.
Następnie Wieczne Zaćmienie odezwała się.
— Zjedzcie to. Jutro powinniście poczuć się lepiej.
Wszyscy zjedli swoje porcje, a następnie w końcu zaczęło robić się ciemno.
Zanim kotki zdążyły odejść, podreptałam do Pani Ćmy i spytałam:
— Co to było za zioło?
Ta przez chwilę nie odpowiadała, a potem jedynie strzepneła delikatnie ogonem.
— Jutro ci powiem, a teraz idź spać.
— Dobrze, Pani Ćmi Księżycu… — mruknęłam trochę zawiedziona, wracając na posłanie.

★ ★ ★ ★ ★

Ostatnie promienie słońca gasły, a kiedy ostatni promyczek zniknął, w medycznym kąciku, jak i w całym obozie zapadł półmrok. Powolutku pojawiały się niewielkie plamy światła, lecz tym razem o srebrzystych odcieniach. Księżyc powoli wschodził ku górze, a na dworze zaczął padać deszcz. Mój brat już spał, wtulony w mamę, a niewiele dalej pochrapywała Kukułka. Przyjemna, lekko chłodna bryza otuliła mnie jak miękki ogon mojej mamusi, jednak ja nie chciałam spać. Wpatrywałam się jedynie w jednolitą ścianę, rozmyślając nad tym, kim chcę być, przy okazji cichutko nucąc jakąś wymyśloną przez siebie melodię.
“Chciałabym być wojowniczką, czy może raczej medyczką? Obydwie opcje są bardzo kuszące. Życie wojownika wydaje się fajne i takie emocjonujące! Ale chyba jednak wolałabym pomagać innym i leczyć ich rany. Tylko czy ja w ogóle zasługuje na to, aby zostać uczennicą medyczki? Przecież jestem tylko małym, nic nie znaczącym kociakiem…”
Nagle usłyszałam jakiś niewyraźny mamrot.
Delikatnie podniosłam głowę i spojrzeniem przeleciałam wszystkich wokół. Wszystko wydawało się normalne, oprócz niespokojnego oddechu Jeżynka.
Lekko się do niego przybliżyłam i łapką pogłaskałam go po głowie.
“Chyba śni mu się koszmar…” — pomyślałam z troską, otulając go swoim małym ogonkiem.
— Cii… Już jest okej, jestem z Tobą, pamiętaj o tym. Zawsze. Kocham Cię.
Następnie ułożyłam się obok, a on wtulił się we mnie, mamrocząc coś niewyraźnie przez sen. Poczułam bicie jego serca, które powoli zwalniało, a jego oddech się w końcu wyrównał. Ponownie zaczęłam nucić, w końcu samej także zamykając oczy. Nuciłam tak, aż sama nie zapadłam w płytki sen.

★ ★ ★ ★ ★

Obudziłam się, kiedy na ścianach obozu tańczyły pomarańczowo żółte odcienie, a pierwsi wojownicy pewnie już wstawali na poranny patrol czy polowanie.
Zauważyłam, że Wieczne Zaćmienie spojrzała na mnie akurat kiedy otworzyłam oczy.
— Dzień dobry, Pani Wieczne Zaćmienie. Dzień Dobry Pani Ćmi Księżycu, gdzieś Panie idą? — spytałam, ciekawa dlaczego tak wcześnie wstały.
— To nic takiego, nie musisz się niczym martwić — powiedziała tylko medyczka, kiedy ogon jej asystentki zniknął w przejściu do lecznicy.
“Pewnie Pani Ćma poszła po zioła” — pomyślałam, zaczynając czyścić futerko.
W pewnym momencie zobaczyłam, że oczy czekoladowego kocurka powoli się otwierają i spoglądają prosto na mnie.
— Dzień Dobry, Jeżynku, jak Ci się spało? — mruknęłam, siadając naprzeciw niego.

< Jeżynku? >

24 maja 2025

Od Aster Do Ćmiego Księżyca

Obudziłam się w środku nocy, ponieważ męczył mnie nieznośny kaszel. Powoli otworzyłam oczy, aby sprawdzić, czy inni śpią. Na szczęście spali, ale dało się zauważyć, a raczej usłyszeć, że nie tylko mnie on dręczył, pomieszany z bólem gardła. Jeżynek praktycznie krztusił się od kaszlu, więc jako jego siostra oczywiście się przestraszyłam, że jego też to może boleć. Z resztą nie tylko jego, moja Mamusia także pokasływała. Delikatnie się podnosząc, wyznaczyłam sobie misję.
„ Muszę iść do Pani Ćmy, żeby im pomogła. ”
Może nigdy z nią zbytnio nie rozmawiałam, ale widziałam ją czasami poza lecznicą. Wydawała mi się najbardziej “dobrze” nastawiona do małych, futrzastych kłaków, dokładnie takich, jak ja. Z niewiadomych przyczyn trochę widziałam w niej siebie. Zawsze jeśli coś się dzieje, nawet nie z jej winy, to obwinia siebie. Ja mam tak samo… Oprócz tego, jest cichą, ale i uczynną, troskliwą i milusią Panią medyczną asystentką. Po prostu trochę czułam się tak, jakby nie umiała tego do końca pokazać. Co najśmieszniejsze, ja też mam identycznie!
Dusząc kaszel, w cieniu ruszyłam w stronę światła księżyca, które delikatnie “wlewało się” do środka. W końcu nie chciałam, żeby ktoś jeszcze się obudził. Z sukcesem udało mi się cichutko dojść do wyjścia ze żłobka, gdzie odetchnęłam i wykasłałam się, a przynajmniej, na chwilę wtedy obecną. Następnie, cicho niczym malutka myszeczka, w blasku księżyca podążyłam do lecznicy. Stanęłam przy boku wejścia i wysunęłam się tak, aby było widać jedynie moje puchate uszka, błękitne oczka, oraz mały, łaciaty nosek. Było czysto, więc wślizgnęłam się do środka. Namierzyłam wzrokiem posłanie Pani Ćmiego Księżyca, a następnie zaczęłam powoli do niego podchodzić. W panującym tam półmroku, mogłam zauważyć, jak klatka piersiowa Asystentki Pani Liściastego Futra rytmicznie podnosi się i opada. Delikatnie szturchnęłam ją łapką, szeptając:
— Pani Ćmi Księżycu, nie mo- nie dałam rady dokończyć, pod wpływem kolejnego ataku kaszlu. Kiedy już się uspokoiłam, spokojnie dokończyłam.
— Nie mogę spać. Moja Mamusia i Brat też… Możesz im pomóc? Ja chciałbym pomóc Pani w pomaganiu im, mogę? — spytałam błagalnym głosikiem, robiąc najsłodsze oczka jakie umiałam.
Przestraszyłam się, bo najpierw kotka coś mruknęła pod nosem i się przekręciła, a kiedy kasłnęłam, to nagle zerwała się na równe łapy.
— A-ah! — wymamrotała, zrywając się jakbym wywołała pożar.
— Chodź tu... — mruknęła, pochylając się nisko, aby następnie delikatnie przycisnąć ucho do mojej malutkiej piersi. — Oddychaj — poleciła miękko.
Lubiłam Panią Ćmę, ponieważ może i była cicha, ale za to bardzo miła i czuła.
Grzecznie wykonałam polecenie Pani Ćmy, a kiedy już zabrała głowę, cicho mruknęłam.
— Mi nic nie jest, boje się o Mamusie i Jeżynka. Możemy im pomóc? Ja nie jestem taka ważna jak oni.
Mówiąc to, o mało co nie wyplułam płuc, ale nie dałam po sobie tego poznać, nie ja tu byłam najważniejsza.
— I przepraszam, że Cię obudziłam, nie chciałam Cię przestraszyć, ani zakłócać Ci snu, ale boję się o nich... Mną zajmij się na końcu. A teraz chodź! — pisnęłam, delikatnie szturchając ją główką.
Kiedy z mojego pyszczka wyrwało się kilka urywanych, dosyć płytkich wydechów, które trochę przypominało kaszlnięcie, odsunęła się prędko. Rozumiałam ją. W końcu była medyczką, nie mogła być chora.
— Przestań — rzuciła sucho, odsuwając mnie delikatnie na bok, kierując się po cichu, do składziku. Po chwili wyłoniła się ze spiżarni.
— Zaprowadź mnie…
Kiedy Pani Ćma szorstko się odezwała, trochę mnie to spłoszyło. Nie dałam się jednak tak łatwo i kiedy kocica poszła do składziku, ja wróciłam dokładnie w to samo miejsce.
— Oczywiście, już Panią prowadzę — szepnęłam wesoło wymachując ogonkiem.
Po chwili analizowania tonu Pani Ćmiego Księżyca, powoli do mnie dotarło, że nie dodała nic o tym, czy mogę jej pomóc. Bardzo mnie to zasmuciło, bo chciałam pomóc. Nie wiem dlaczego, ale ciągnęło mnie do tego tak bardzo, jak do zabawy piórkami.
— Czyli... Nie będę mogła pomóc? — spytałam zrezygnowana, opuszczając małą główkę w dół.
Pani Ćma najpierw tylko przekręciła ucho, chyba żeby pokazać, że mnie nie olewa, a potem, w końcu, po dłuższej chwili ciszy odezwała się.
— Nie... Nie dziś…
— O-oh... Rozumiem — powiedziałam lekko potrząsając główką.
— Pewnie ma już Pani dużo na głowie, a jakiś schorowany kociak, pałętający się pod łapami na pewno nie pomoże... — powiedziałam uświadamiając sobie, jakim byłabym ciężarem.
— Może... Może jak już będę duża, to będę mogła Pani pomóc. Jesteśmy — powiedziałam, wchodząc do żłobka, z którego fale gorąca wylewały się wraz z nieprzyjemnym odorem. Zmartwiło mnie to, jakie gorąco odczuwałam ze strony Jeżynka.
— On... On chyba ma gorączkę... Mój biedny brat...— powiedziałam, czule głaskając go ogonem po głowie.
Nie byłam jednak ani uczennicą medyka, ani nawet uczennicą, więc odsunęłam się, dając miejsce profesjonalistce.
— Jutro pomogę Pani Postrzępionej Łapie w ogarnięciu legowisk — szepnęłam, odsuwając się od kasłającego kocurka.
Zanim Pani Ćmi Księżyc zbliżyła się do schorowanego, nieśmiało spytałam.
— Co to jest za zioło? — wskazując nieznacznym ale widocznym nawet w półmroku ruchem ogona.
— Floks — rzuciła jedynie, stojąc na wejściu.
Zatrzymałam się na chwilę i w głowie zanotowałam tą nazwę, przyglądając się dokładnie kwiecie, znajdującym się w pysku
„Floks, dobry na kaszel. Małe, różowe kwiatuszki, ma długie łodyżki. Prawdopodobnie trzeba go z czymś wymieszać…”
Potem, zaczęła delikatnie szurać łapą między posłaniami, aby znaleźć chorych, a przynajmniej, tak mi się wydawało. Po chwili musnęła ciało mojego brata.
— Mmhm... — mruknęła na początku, co nie wróżyło niczego dobrego.
— Aster, obudź ich, a potem zaprowadź do legowiska medyków. — powiedziała w końcu, stając z powrotem przy wejściu.
— Dobrze Pani Ćmi Księżycu — mruknęłam, schylając się do brata.
— Jeżynku, Jeżynku! — szepnęłam, szturchając go łapką. — Chodź, musimy iść...
Kocurek wybełkotał coś niezrozumiałego, a potem mozolnie wygramolił się z posłania. To obudziło moją mamusie, która pilnowała nas jak oczka w głowie.
— C-co się dzieje? — spytała, gwałtownie się podnosząc.
— Mamusiu, musisz iść do pani Ćmiego Księżyca. Zabierz ze sobą Jeżynka — mruknęłam cicho, zatrzymując wzrok na jeszcze jednej, ostatniej kasłającej kulce.
Podeszłam do liliowej koteczki delikatnie i dotknęłam jej noskiem. Ta podniosła głowę i zatrzymała wzrok prosto na mnie.
— Kukułko, musisz iść do Pani Ćmiego Księżyca... — zaczęłam, kiedy ta zgrabnie się podnosiła. — Choć, idziemy.
We dwójkę podreptałyśmy razem do legowiska medyczek, a w półmroku mogłam zauważyć, jak końcówka ogona Pani Ćmy lekko drga.
Moja mama wzięła braciszka za kark, a potem wraz z liliową u boku, we trójkę udali się do legowiska Pani Liściastego Futra. Delikatnie zbliżyłam się do medyczki, stojącej nad innymi maluchami, oraz Mamrok.
"Pewnie sprawdza, czy też oni kaszlą..." — pomyślałam, czekając aż skończy.
Kiedy już się podniosła, spojrzałam na nią i błagalnie spytałam:
— Czy mogę jeszcze jakoś pomóc? Nawet jeśli miałabym po prostu pilnować oddechu Jeżynka i Kukułki... Proszę.

< Pani Ćmi Księżycu? Bardzo ładnie Proszę! >

19 maja 2025

Od Aster do Pomocnego Wróbelka

Całość dzieje się jeszcze przed „Małą Epidemią”

Kolejny. Nudny. Dzień.
— Jejkuu… Ale mi się nudzi — powiedziałam, turlając się po wyklepanym podłożu.
Z dnia na dzień w żłobku robiło się tak nudno, że czasem zachowywałam się jak nieznośny kłak z kleszczem w środku którego nie można wyjąć z futerka, choćby nie wiem co!
Mamrok spała wraz z Jeżynkiem, który cichutko pochrapywał, wtulony w jej puchate, szylkretowe futerko. Z jednej strony mu się nie dziwiłam, ten kojący zapach mleka… Mm… Ale mimo to, nie jestem, ani nigdy nie byłam kociakiem, który umiałby długo spać. Dla mnie pół przespanej nocy powodowało napływ energii na cały dzień i pół nocy, a nawet więcej, ale za każdym razem Tatuś wraz z Mamusią jakoś tak magicznie sprawiali, że byłam grzeczna i posłusznie kładłam się spać. Ale teraz? Teraz było po południu! Nie było OPCJI, żebym poszła spać! Normalnie w takiej sytuacji podreptałabym poszukać Pani Postrzępionej Łapy, ale wiedziałam, że wyszła na polowanie; oczywiście musiała wyjść z Pochmurnym Płomieniem! Tak więc szukałam innych atrakcji. Nie wiem dlaczego, ale sprzątanie pozwalało mi odciągnąć myśli od nudy lub nieprzyjemnych myśli. Zawsze muszę mieć czymś zajęte łapki. Niezależnie od tego, czy po prostu siedzę w miejscu i myślę, czy wykonuje jakąś ważniejszą rzecz. Być może dlatego moje posłanie było zawsze takie czyste? Tak czy siak, to nie było ważne. Tak w zasadzie, to od dobrej ćwiartki księżyca powstrzymywałam się przed ogarnięciem tego, a nawet wpadłam na pomysł, jak namówić mamę i braciszka na opuszczenie legowiska. Kiedy zaczęłam widzieć oczętami wyobraźni, jak układam mój plan idealny, Mamrok otworzyła oczy i leniwie się przeciągnęła.
— Mamusiu?
— Tak, Asterciu?
— Wiesz, może przeszłabyś się z Jeżynkiem po obozie? Dawno nie wychodziłaś, a przy okazji zacieśnisz więzi ze swoim synkiem, czyż nie?
— To naprawdę fantastyczny pomysł, ale czy poradzisz sobie sama? — spytała zmartwiona, liżąc mnie delikatnie między uszami.
— Tak! Nie wierzysz w moje umiejętności i moją samodzielność? — powiedziałam, dramatycznie poruszając łapką.
— Oczywiście, że w Ciebie wierzę, kwiatuszku — powiedziała czule, mrużąc oczy.
— Naprawdę, poradzę sobie!
Moja szylkretowa mama, łudząco podobna do mnie - a raczej ja do niej - po dłuższej chwili ciszy wreszcie się odezwała.
— No cóż… Chyba moja mała Astercia już dorasta i staje się samodzielna. Ah, jak te pociechy szybko rosną — powiedziała dramatycznie, przykładając jedną łapkę do czoła, tak samo jak ja kilka chwil temu.
— Dziękuję! Kocham Was! — pisnęłam, kiedy burka wychodziła wraz z moim czekoladowym bratem u boku.
— Tylko nie baw się w nic fajnego beze mnie! — pisnął na pożegnanie Jeżynek.
Upewniłam się, że nikogo nie ma i dałam upust kipiącym we mnie emocjom.
— TAK! — krzyknęłam, skacząc z radości.
Takie napady mi się zdarzały. Raz potrafiłam być bardzo smutna, a innym razem taka szczęśliwa, że aż mnie roznosiło! Tatuś chyba też miał coś takiego, bo miał takie “skoki i spadki” energii. Tak w zasadzie to niech sobie będą. Nie podoba mi się tylko, kiedy czasem nie mam siły się podnieść. Nawet jeśli dzieje się coś bardzo ekscytującego lub ciekawego, gdzie normalnie rozniosłabym cały obóz Klanu Klifu, to ja leżę i wpatruje się w ścianę. Tak po prostu. Nie mam siły się w ogóle ruszyć, nawet o jedną, malutką miarę mysiego ogonka. Ale teraz na szczęście tak nie było. "Od razu zabieram się do pracy!" — pomyślałam, z uśmiechem i zawziętością na takim poziomie, jakby tu chodziło o czyjeś życie!
Zaczęłam kołysać się, początkowo tylko nucąc, ale śpiew sam wyrwał mi się z pyszczka (tak jest zawsze), stając na dwóch tylnych łapkach, aby dwoma przednimi podnieść kawałek posłania.
— I teraz stoję tu, robiąc co chcę, nikt nie zabroni mi! O nie! O nie! O nie! I pędzi burza. I wzlatuje pył. Krople tańczą, a ja wraz z nimi. I teraz stoję tu, ja, a kto inny? Księżyc w pełni oświetla mi drogę. Idę przed siebie, nie patrząc wstecz. Bo po co? Kocham ten świat, ale niech spłonie! Kropelki deszczu, jak łzy szkarłatne, ugaszą Twój lęk, a wraz z nim ja, ja i ta pieś-
Nagle zatrzymałam się w miejscu, zamierając od środka. Spojrzałam w stronę wejścia do pustego żłobka (oczywiście nie licząc mnie), a tam stał jeden z protektorów, Pomocny Wróbelek. Nigdy nie miałam okazji z nim rozmawiać, ale minęłam go kilka razy, gdy z nudów przechadzałam się po obozie.
— N-nie wiedziałam, że Pan tu jest… — wyjąkałam, robiąc trzy małe kroki w tył.
Śpiewałam cicho, pod nosem, ale mimo to nie miałam pewności, że nie słyszał mojego śpiewania, a nawet nucenia.
Najpierw czekoladowy wpatrywał się we mnie przez kilkanaście uderzeń serca, jakby zastanawiając się, co właśnie usłyszał, a potem przerwał tę ciszę, lekko chichotając.
— Ah, nic się nie stało, kociaku. Jak masz na imię? — spytał, wchodząc do prawie całkowicie opustoszałego żłobka.
— Dzień dobry, jestem Aster! Kocię Mamrok i Pochmurnego Płomienia! A Pan? — mimo, iż wiedziałam, jak ten Pan miał na imię, i tak wolałam spytać. Nawet, jeśli po prostu z kwestii grzeczności.
— Witaj, Aster! Ja jestem Pomocny Wróbelek, aczkolwiek owym wróbelkiem się nie czuję — powiedział lekko się kłaniając, co mnie rozśmieszyło.
— A może potrzebujesz pomocy? Taka mała kreatura jak Ty chyba jeszcze nie musi wykonywać obowiązków, a szczególnie, cóż, większych od siebie — dodał po chwili, uśmiechając się.
Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią. Jak powinnam to rozegrać? Słodkim i niewinnym “Tak, poproszę.”, czy raczej “Hej! Nie jestem taka malutka!”
Stwierdziłam, że połączenie tych dwóch opcji najbardziej wyrazi mnie, pod każdym względem.
— Tak, poproszę. Wtedy byłoby mi miło, ale nie jestem wcale taka mała! Pani Postrzępiona Łapa i mój tatuś nauczyli mnie jak to dobrze robić — mruknęłam z udawanym wyrzutem w stronę protektora.
— W takim razie przepraszam najmocniej. Na pewno Twoja rodzina nauczyła Cię świetnie to robić! Tylko nie wiem, jak taki mały ptaszek jak Ty, może mieć taki zapał do sprzątania. Nikt tego nie robi bo chce — powiedział Pan Wróbel, podnosząc drugą część legowiska Mamrok.
— Zaraz przyjdę! — zawołałam nagłe, wybiegając ze żłobka na pełnej prędkości.
Podreptałam w stronę niewielkiego zakamarka, w którym rosły kwiatki i zaczęłam delikatnie zrywać je z malutkiego kawałka ziemi, jedynego w całym obozie! Przyłożyłam pyszczek z jednej strony do łodyżek, a z drugiej do zimnego podłoża z namiastką czarno-brązowej ziemi, po czym kłapnęłam zębami, aby zdobyć kwiatuszki i listki.
Kiedy tylko to zrobiłam, popędziłam z powrotem w stronę czekającego na mnie Pomocnego Wróbelka. Zanim jednak do niego przydreptałam, zobaczyłam je. Leżały obok sterty zwierzyny. Od razu, niemalże automatycznie podbiegłam do piórek, po kolei je podnosząc. Jedno było niebiesko-błękitno-czarne, z ociupinką bieli, drugie czarno-białe, kolejne brązowe, jasne i ciemne, czwarte było całkowicie białe, oprócz jednej, minimalnej, ciemniejszej plamki. Ostatnie trzy sztuki leżące tam były mniejsze, prawdopodobnie niegdyś należące do młodszych ptaków. Jedno takie jak pierwsze, błękitne. Kolejne jasnobrązowe, ale ono było takie z natury, niewielkie. Tak, zdecydowanie to od wróbla. Ostatnie było szare, z przejawami czerni. Szczęśliwa ze wszystkimi łupami pobiegłam do zapoznanego protektora.
Położyłam przed nim rośliny i piórka, a on podniósł pytająco jedną brew.
— Zobaczy Pan — powiedziałam tylko, przytaczając z kąta żłobka mech na nowe posłania.
Następnie, kładąc zielony puch w odpowiednim miejscu, zaczęłam go ugniatać, nucąc pod nosem.
— Widzę, że jesteś bardzo muzykalna.
— Noo, chyba tak — mruknęłam, sama nie do końca będąc pewna, jak to jest z tą całą “muzykalnością”.
Czekoladowy kocur natomiast zajął się wynoszeniem starego mchu poza obóz. Ja nie mogę jeszcze tego robić, w końcu jestem tylko kociakiem, nieprawdaż? Kiedy tylko ponownie pojawił się w progu, pochwaliłam mu się, co zrobiłam.
— Udało mi się zlepić trzy, dosyć wygodne posłania, a nawet ułożyć je na swoich miejscach. Może i żłobek nie musi mieć jeszcze tyłu posłań, ale mimo to lepiej mieć więcej niż mniej, prawda?
— No jasne, że tak! Cieszę się, że mogłem pomóc.
— To jeszcze nie koniec! — pisnęłam, podnosząc kwiaty zerwane trochę wcześniej.
Podniosłam stokrotkę i zaczęłam delikatnie wplatać ją w mech. Potem sięgnęłam po następną roślinkę, robiąc z nią dokładnie to samo, ale na innej części posłania.
— Oo, już rozumiem — powiedział czekoladowy, wyciągając łapę do moich łupów.
Kiedy już wszystkie kwiaty zostały wykorzystane, zostały Nam tylko pióra. Najpierw, kiedy mój starszy asystent poprawiał stokrotkę wplecioną przez siebie, schowałam wszystkie pióra. Wszystkie oprócz jednego. Sięgnęłam po niewielkie, wróble pióreczko i położyłam je przed Panem Pomocnym Wróbelkiem.
— Proszę! To dla Pana! W podzięce za pomoc i spędzenie ze mną czasu. Będzie miał Pan ładną ozdobę za ucho!— pisnęłam z uśmiechem, pałając szczęściem.

<To jak, przyjmie Pan podarek, Panie Pomocny Wróbelku?>

[1365 słów]