Wtulona w siostry liliowa koteczka przewracała się z boku na bok, nie mogąc zdecydować się na pozycję zaśnięcia. Siostrzyczki w końcu nie mogły znieść przepychania przez Kokoszkę, przez co w żłobku o późnej godzinie powstała pierwsza siostrzana wojna rozpoczęta przez pierworodną Ulewnego Szkwału, w której córki niebieskiego wojownika zaczęły się w śnie nawzajem kopać i targać za futro. A zwęglona opiekunka, zbyt zmęczona dziennymi problemami z nimi, spała snem twardym niczym kamień. Pomruki, szamotanie i kocięce piski było słychać nawet poza żłobkiem. A tym piskom nie było końca.
— Ej, złaź ze mnie!
— Weź tę syrę z mojego pyska!
— Rrrah!
Najwyraźniej tylko Rzęsorek znał etykietę Klanu Nocy i był świadomy ciszy nocnej.
Kokoszka odepchnęła swoje dwie siostry przednimi łapami i wygramoliła na wpół przytomna z legowiska z grymasem. Fuknęła, otrzepała się z futra Mandarynki oraz Alki i obróciła w idealnym momencie, gdy ciemna sylwetka pojawiła się w wejściu do żłobka. Zmrużyła podejrzliwie oczy.
— Kto ty? — pisnęła z chrypką liliowa koteczka. — Ja jestem Kokoszka! — przedstawiła się i z dumą wypięła pierś.
Kot podszedł bliżej, przyglądając się, na tyle, na ile mógł, zważając na wszechobecną ciemność, małym rozrabiakom.
— Jestem Lulkowe Ziele — odmiauknęła postać, przyglądając się koteczce. — Miło mi cię poznać. Przyszłom odwiedzić mojego syna, nie przerywajcie sobie zabawy.
Koteczka gapiła się w istotę swoimi wielkimi, zielonymi patrzałkami. Przechyliła główkę na bok, zaciekawiona akcentem Lulkowego Ziela. "Przyszłom..." - czy w Klanie Nocy tak niektórzy mówili? "Nawet ładne", pomyślała. Powinna też tak mówić. Będzie wtedy na pewno lepsza od siostrzyczek, które mówią jak jakaś niedorozwinięta dżdżownica spod kamienia.
Zamrugała i odchrząknęła.
— Rzęsorek? On jeszcze śpi — miauknęła spokojniej. — No chyba, że mam go obudzić.
Nie czekając na odpowiedź starszego, kilkoma susami zjawiła się przy czarnym, chudym kocurku. Zaczęła nim szturchać z całej siły, potrząsając tym drobnym ciałkiem jakby nie była zrobiona z porcelany tylko z najtwardszej gałęzi. "Atak" z zaskoczenia Kokoszki zapewne wybudził malca. Ten ruch był bardzo efektywny, można wręcz rzec.
Malec pisnął, nagle wyrwany ze snu. Przeciągnął się, szeroko otwierając malutkie oczka i spojrzał na agresorkę.
— Kokoszko, co ty robisz?... — zapytał zaspanym głosem, ziewając. Przechylił głowę w bok, mrugając.
— No jak to, co? Budzę cię! — miauknęła energicznie. Popchnęła go nosem do góry, aby wstał. — Lulkowe Ziele chciał cię zobaczyć! — dodała z szerokim uśmiechem.
Za koleżanką ze żłobka zauważył znaną mu sylwetkę.
— O, mama Lulu!
Obejrzała się na dorosłego kota. Spoważniała, widząc skrzywienie nowego poznanego.
Lulkowe Ziele uśmiechnęło się nieśmiało do swojego synka i podreptało w jego stronę, siadając przy jego boku i owijając wokół niego ogon.
— Nie musiałaś go budzić... — mruknęło w stronę Kokoszki, chociaż nie brzmiało do końca karcąco.
Odsunęła się, niby wyssana z emocji, i uciekła wzrokiem w bok.
— To może ja sobie pójdę... — wymamrotała zawstydzona, po czym wróciła z zwieszoną głową do posłania.
Wcisnęła się w siostry, a wtedy akurat zauważyła w ciemnościach, tuż przed żłobkiem, jakąś zmianę w cieniach; jakby coś tam było. Teorię potwierdził odgłos złamanej gałązki. Kokoszka wybałuszyła oczy i wyskoczyła z powrotem z legowiska zwęglonej kotki, aby następnie wybiec bez namysłu ze żłobka.
Czy tato przyszedł je odwiedzić?!
— Taaaato! — zawołała, stając nagle na środku obozu, jednakże nic nie zobaczyła przed sobą. — Taaatoooo!
Obróciła się wokół własnej osi, ale nie umiała dojrzeć żadnego niebieskiego kota. Zaciekawiona zmrużyła oczy, namierzając kolejny szelest swymi wielkimi uszami. Była wręcz jak radar — tylko problemem pozostawała ciemność panująca w środku nocy.
— Gdzie jest mój tato... — miauknęła ciszej i zaczęła się rozglądać za źródłem hałasu. — Hmm…
Niebieski fińczyk wyszedł z legowiska wojowników, widząc Kokoszkę, od razu dobiegł do niej.
— Córeczko, czemu nie jesteś u boku swojej matki, Świteziankowego Jeziora? Coś się stało? — zapytał liliową córeczkę.
Tajemniczy cień wlał się do obozu wprost z wejścia...
Malutka koteczka podbiegła i przytuliła wielką łapę swojego ojca, pozwalając sobie na ten czuły akt. Po chwili jednak oderwała się, słysząc za sobą rozmowę Lulkowego Ziela z nieznajomymi. Odsunęła się i wskazała fińczykowi źródło szelestu.
— Tam ktoś był — miauknęła. — Obserwowali nas! — dodała, przypominając sobie scenę z żłobka. Cienie, a raczej teraz już sylwetki kotki, patrzyły na nią i jej siostrzyczki!
— Myślałam, że to ty... — mruknęła ciszej do ojca.
Zaraz po tym obróciła się w kierunku wyjścia. Wielka fali ciemności ją zaniepokoiła i przybliżyła się do Ulewnego Szkwała.
Widząc że kotka się do niego przybliża, to liznął ją w czółko.
— Nie martw się kochanie, ja to ogarnę, a ty wracaj do żłobka. — Spuścił na chwilę z niej wzrok i zauważył cztery pary łap. — Niezwłocznie — powiedział już stanowczo, jeżąc się w stronę czegoś nieznanego.
Chaos rozpętał się na oczach tej małej, lecz pięknej na swój sposób rodzinki. Kokoszka otwarła pyszczek i z przerażeniem krzyknęła, gdy zauważyła jak ciemna postać popchnęła Lulkowego Ziela. Jednak nie czuła strachu. Nie.
Kokoszka chciała zareagować. Chciała poprawić reputację w oczach nowego poznanego kota. Dlatego więc... bez namysłu i bez zbędnego gadania, zaszarżowała na obcą istotę. Klapnęła szczękami i próbowała ugryźć małymi kiełkami w tylną łapę, ale zwierzę się odsunęło. Kokoszka wybałuszyła oczy na brzydkie stworzenie z bliska. Zmroziło ją na widok wydry.
Większa bestia spostrzegła kocie, które chwilę wcześniej próbowało ją zaatakować. Ryknęła, chwytając za delikatne ciałko. Przy pierwszym pociągnięciu rozbrzmiał dźwięk pękających tkanek. Podrzuciła kotką, która następnie uderzyła w ziemię, a wydra ponownie chwyciła ją w swoje kły, tym razem za ogon. Niestety, chwyt był za mocny. Kość pękła, a maluch sturlał się w głąb żłobka. Przymknęła oczy, aby piach ich nie podrażnił. Opadła na plecy.
Doznała tragicznego szoku. Krew tryskała. Nie mogła wstać z brudnej ziemi. Oddychała szybko, płytko. Świat wirował. Widziała za sobą ślad szkarłatnej cieczy. Wytrzeszczyła ślepia i przyspieszyła oddech.
Kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę kremowego piastuna. Jego wzrok wodził po żłobku, a pod jego ogonem chowały się kocięta. Wtedy też ich spojrzenia się przecięły. Pochylił nisko łeb.
— Chodźcie, ale pomiędzy moimi łapami. Nie wychodzicie poza. Trzymajcie się mnie, jakby od tego zależało wasze życie — miauknął cicho do Rzęsorka i Mandarynki. Ruszył w stronę Kokoszki, uważając, by nie pozostawić reszty kociąt.
— Kokoszko — wyszeptał, liżąc ją ostrożnie między uszami. Wziął kocię bardzo ostrożnie w pysk.
Kruche ciałko kocięcia delikatnie zostało ujęte w pyszczek Złocistego Widlika, a ona nie miała sił, aby jakkolwiek zaprotestować. Kotka dalej traciła krew.
Kocur kierował się w stronę wyjścia ze żłobka. Rozglądał się uważnie. Zapewne miał jakiś plan na dalszą podróż, choć Kokoszka nie wiedziała, jaki. Wyszli jakimś cudem ze żłobka. Powoli do przodu.
Gdy przebywali już na świeżym powietrzu, poczuła obecność kogoś nowego. Otworzyła oczy, dostrzegając szylkretową, puszystą wojowniczkę. Wężynowy Splot. Kocica przyłączyła się do nich i wspólnie weszli do pachnącego ziołami legowiska.
— Klekoczący Bocianie, Gąbczasta Perło! — Złocisty Widlik zawołał, gdy położył ranne kocię na jednym z posłań.
Kokoszka czekała na pomoc. Liliowa poszkodowana spojrzała kątem oka z bólem na swoje siostry.
Jaka była lekkomyślna…
W końcu jakiś kocur do niej podszedł. Zapewne był to książe, syn Czyhającej Mureny. Kotka nie mogła zaprotestować. Zacisnęła szczęki i zamknęła oczy.
“Klekoczący Bocianie… Proszę… Ja nie chcę umrzeć…”
Jedna rzecz jeszcze ją martwiła — jej łapka i ogon wciąż pozostawały na polu bitwy. Kiedy się wyleczy, będzie musiała po nie wrócić… Tatuś pewnie się wściekł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz