Odeta, swoimi drobnymi łapkami, trącała miękki brzuch matki. Tamta nie podnosiła łba z wygodnie ułożonej pozycji gdzieś na burym podłożu, zupełnie nieprzejęta zaczepianiem, dopóki mogła spędzać czas w ciszy. Kociak nie miał nic przeciwko temu, jeśli tylko dalej mógł tak ciągnąć i tarmosić pejsy futra. Były miękkie i przyjemne pod jej poduszkami, zupełnie jak najmilszy z materiałów. Do tego stanowiły doskonałą zabawę, z całą swoją długością i możliwościami różnorakiego zakręcenia. Właśnie zajęła się zawijaniem pasma w ciasny splot, kiedy starsza odezwała się nie głośno:
– Czujesz ten zapach? – zapytała, a w jej głosie pojawiało się nie o tyle pytanie, a oczarowanie. Słowa te były jak zaproszenie do rozmowy dla małej, nawet jeśli rodzicielka nie miała takich intencji. Koteczka z pyszczkiem wypełnionym futrem znalazła trud w odpowiedzeniu w sposób zrozumiały dla innej istoty. Chociaż czego nie robi się dla rozmowy? Momentalnie puściła wypracowany zwijek, a następnie powąchała powietrze zainteresowana tym, co mogła wyczuć.
Podmuch wiatru przyniósł w ich stronę słodkawy zapach o dosyć intensywnym natężeniu, którego nie mogla zidentyfikować. Miał w sobie nutę mięty, równolegle z kwiatowym akcentem. Pomyślała o roślinach rosnących nieopodal na grządkach i powiodła po nich zaintrygowanym spojrzeniem. Bardzo lubiła różnokolorowe elementy ogrodu posadzone na każdym zakamarku dostępnej ziemi. Nazwy większości były jej jednak zupełnie obce. Wcisnęła się więc mocniej w ciepło mamy, po czym sama zabrała głos.
– Jejusiu! Co tak pięknie pachnie? To chyba najświetniejszy zapach, jaki kiedykolwiek czułam – podjęła, nie nazbyt elokwentnie, lecz autentycznie tak, jak pomyślała.
Pieszczoszka, najwidoczniej zaznajomiona z tą wonią, uchyliła jedno oko. Nie wyglądała na chętną do opowieści, lecz widocznie wiedziała, że sama wplątała się w tę sytuację.
Pieszczoszka, najwidoczniej zaznajomiona z tą wonią, uchyliła jedno oko. Nie wyglądała na chętną do opowieści, lecz widocznie wiedziała, że sama wplątała się w tę sytuację.
– Widzisz tamto fioletowe ziele? – Wzrok matki powędrował w tylko jej znanym kierunku. Nie wskazała konkretnego miejsca, przez co malutka musiała podążać ślepiami za obrotem pyska kocicy w stronę krzewów zaraz za progiem, żeby tylko dostrzec prześmieszne kwiaty w intensywnej purpurze. Ich osobliwe, chuderlawe łodygi z pojedynczymi elementami kwiatowymi rozweseliły ją, nie wiedząc czemu. Chyba zwyczajnie łatwo było ją rozpogodzić. – To kocimiętka – odrzekła mama Odelki.
– Wyglądają zupełnie jak nie kwiatki. Gdzie ich płatki jak u piwonii? Nie mają nawet kolców, jak u róż! – chichotała młoda. Idea kwiatów bez prawdziwych kwiatów… Było to daleko poza zasięgiem jej obecnej wiedzy okrojonej mimochodem przez życie w czterech ścianach oraz młody wiek. Rozmówczyni wyłącznie zamknęła oczy z powrotem i nie wyraziła innej ekspresji.
– To zioła, a nie kwiaty. Mają inne zastosowanie – skorygowała po chwili milczenia delikatnym tonem, najwidoczniej rezygnując ze spokoju albo wiedząc, iż, tak czy inaczej, go nie osiągnie... – Ta roślina posiada kwiaty, ale nie są podobne do ozdobnych pąków – wytłumaczyła. Odeta z niepokojem obserwowała jej wyniosły spokój i zachodziła sobie w głowie, jak można opowiadać o czymś tak niesamowitym z tak ogromnym opanowaniem? Lśniące płatki, różnego rozmiaru listki, cała gama kolorów zamknięte w małym, niepozornym tworze natury. Coś takiego zasługiwało na większą mimikę albo chociaż odrobinę szczerego zachwytu.
Natomiast kotka mówiła o tym jak o każdej innej, powszechnej rzeczy.
– Wyglądają zupełnie jak nie kwiatki. Gdzie ich płatki jak u piwonii? Nie mają nawet kolców, jak u róż! – chichotała młoda. Idea kwiatów bez prawdziwych kwiatów… Było to daleko poza zasięgiem jej obecnej wiedzy okrojonej mimochodem przez życie w czterech ścianach oraz młody wiek. Rozmówczyni wyłącznie zamknęła oczy z powrotem i nie wyraziła innej ekspresji.
– To zioła, a nie kwiaty. Mają inne zastosowanie – skorygowała po chwili milczenia delikatnym tonem, najwidoczniej rezygnując ze spokoju albo wiedząc, iż, tak czy inaczej, go nie osiągnie... – Ta roślina posiada kwiaty, ale nie są podobne do ozdobnych pąków – wytłumaczyła. Odeta z niepokojem obserwowała jej wyniosły spokój i zachodziła sobie w głowie, jak można opowiadać o czymś tak niesamowitym z tak ogromnym opanowaniem? Lśniące płatki, różnego rozmiaru listki, cała gama kolorów zamknięte w małym, niepozornym tworze natury. Coś takiego zasługiwało na większą mimikę albo chociaż odrobinę szczerego zachwytu.
Natomiast kotka mówiła o tym jak o każdej innej, powszechnej rzeczy.
– Wyprostowani bardzo lubią je hodować, lecz są one przyjemniejsze dla nas, niż dla nich – skomentowała kocica. Czy możliwe było, że zaznajomiła się z naturą na stopniu na tyle wysokim, aby mówić o niej z obojętnością? Czy to był stan, w którym piękno stworzenia już jej nie dotykało? Jak takie podejście mogło w ogóle istnieć razem z kwitnącymi ogrodami? Mrugała swoimi oczkami w oszołomieniu.
– Ciebie nie ruszają? Takie śliczności powinny zasłużyć na uwagę i kota takiego jak ty, i naszej pani, i moją. Co sprawia, że tylko ja widzę je w całej ich okazałości? – mówiła z zaciekłością godną obrończyni świętego prawa, a nie uroku rośliny. Natomiast dla niej te sprawy miały podobną wartość. Rzadko zdarzało jej się odróżniać błahostkę od poważnej sytuacji, podobnie tutaj granica się zacierała. Czuła rosnące w sobie oburzenie. Z każdym słowem wzbierała w niej energia, a tym samym poziom głośności słów. – Ten fiolet! Przykuwa oko nawet z daleka. Z tym słodkim zapachem! Jakże nie docenić takiego daru przyrody? Nie mów, jakobyś nie dostrzegała. Ja jestem pewna, że nie da się tego nie dostrzec! Przecież to... – Gadanina mogłaby trwać w najlepsze, gdyby nie została przerwana pacnięciem.
– Ciebie nie ruszają? Takie śliczności powinny zasłużyć na uwagę i kota takiego jak ty, i naszej pani, i moją. Co sprawia, że tylko ja widzę je w całej ich okazałości? – mówiła z zaciekłością godną obrończyni świętego prawa, a nie uroku rośliny. Natomiast dla niej te sprawy miały podobną wartość. Rzadko zdarzało jej się odróżniać błahostkę od poważnej sytuacji, podobnie tutaj granica się zacierała. Czuła rosnące w sobie oburzenie. Z każdym słowem wzbierała w niej energia, a tym samym poziom głośności słów. – Ten fiolet! Przykuwa oko nawet z daleka. Z tym słodkim zapachem! Jakże nie docenić takiego daru przyrody? Nie mów, jakobyś nie dostrzegała. Ja jestem pewna, że nie da się tego nie dostrzec! Przecież to... – Gadanina mogłaby trwać w najlepsze, gdyby nie została przerwana pacnięciem.
Pacnięcie spotkało czoło malutkiej, kiedy to ogon starszej zderzył się z nim. Nie było to mocne, a raczej żartobliwe. Podziałało, jak lekarstwo — malutka straciła ciąg słów! Przyglądając się matce z twarzą zatrzymaną w pół słowa, poczuła łzy zbierające się w swoich oczach zamiast strumienia słów wypływającego z pyska. Zanim jednak krople zdążyły opaść, a zaledwie pierwszy szloch opuścił jej gardło, już została porwana w ciasny uścisk.
– Przepraszam, serdeńko… – mruczała kojąco mama, tym razem używająca ogona do wytarcia oznak tkliwości. Powód wywołujący ten lament był głupkowaty, niemniej dla Odetki znaczący, tak też zalała się łzami, a kotka zaczęła żałować swoich wyborów sprzed momentu. Wykonała gest w amoku słoneczka i ciszy, zapomniawszy o nadwrażliwej stronie córki. Teraz spotkały ją tego konsekwencje, w postaci kulki futra wspinającej się bezpośrednio na nią całym swoim ciężarem, mimo wagi, która wzrosła parokrotnie od ostatniego takiego wybryku. Nie mogła jednocześnie narzekać; sama doprowadziła do tego spazmu.
Westchnęła przeciągle, układając swoje kończyny względem nowego ciężaru. – Ciii… – starała się koić rozpaczliwe szlochy swojej rozemocjonowanej pociechy. – Chcesz posłuchać o ładnym kwiatku? Opowiem ci o ładnym kwiatku… – Tylko taki pomysł zrodził się w jej głowie, więc starała się usilnie wygrzebać coś ze średniej jakości pamięci, mimo wspomnień sięgających wczesnego dzieciństwa, gdy słyszała podobne opowiadania od swojej rodzicielki. – Kotom bardziej odpowiada ten słodki zapach, który wydziela roślinka. Wyprostowani nie reagują na niego podobnie do nas. Samotnicy — koty bez właścicieli — używają jej, by rzekomo leczyć infekcję dróg oddechowych. Wiesz, kiedy kaszlesz i boli cię klatka piersiowa?
Tłumaczenie nie było dokładne, a od kanonu przekazywanego medykom odbiegały brakiem ścisłej wiedzy i informacji, lecz z każdym zdaniem uspokajały płaczkę. Skłoniły Ofelię do kontynuowania, przynajmniej do czasu kiedy pochlipywania ucichły.
– Przepraszam, serdeńko… – mruczała kojąco mama, tym razem używająca ogona do wytarcia oznak tkliwości. Powód wywołujący ten lament był głupkowaty, niemniej dla Odetki znaczący, tak też zalała się łzami, a kotka zaczęła żałować swoich wyborów sprzed momentu. Wykonała gest w amoku słoneczka i ciszy, zapomniawszy o nadwrażliwej stronie córki. Teraz spotkały ją tego konsekwencje, w postaci kulki futra wspinającej się bezpośrednio na nią całym swoim ciężarem, mimo wagi, która wzrosła parokrotnie od ostatniego takiego wybryku. Nie mogła jednocześnie narzekać; sama doprowadziła do tego spazmu.
Westchnęła przeciągle, układając swoje kończyny względem nowego ciężaru. – Ciii… – starała się koić rozpaczliwe szlochy swojej rozemocjonowanej pociechy. – Chcesz posłuchać o ładnym kwiatku? Opowiem ci o ładnym kwiatku… – Tylko taki pomysł zrodził się w jej głowie, więc starała się usilnie wygrzebać coś ze średniej jakości pamięci, mimo wspomnień sięgających wczesnego dzieciństwa, gdy słyszała podobne opowiadania od swojej rodzicielki. – Kotom bardziej odpowiada ten słodki zapach, który wydziela roślinka. Wyprostowani nie reagują na niego podobnie do nas. Samotnicy — koty bez właścicieli — używają jej, by rzekomo leczyć infekcję dróg oddechowych. Wiesz, kiedy kaszlesz i boli cię klatka piersiowa?
Tłumaczenie nie było dokładne, a od kanonu przekazywanego medykom odbiegały brakiem ścisłej wiedzy i informacji, lecz z każdym zdaniem uspokajały płaczkę. Skłoniły Ofelię do kontynuowania, przynajmniej do czasu kiedy pochlipywania ucichły.
– Czasem przybłędy nieświadomie nadużywają jej przyciągającego aromatu i tarzają się w niej ta tyle długo, że stają się odurzone. – Młoda wreszcie poprzestała rykowi. Na zakończenie, pieszczoszka chciała dodać jedynie ostatnią informację, jaką zdołała przywołać. – Potem, przez całe te otarcia i kroki, grządki są całe podeptane i niezdatne do późniejszego użycia – wypowiedziawszy te słowa, zrozumiała swój błąd. Na własne oczy widziała, jak smutek znów pokrywał rysy koteczki, a zaraz po tym podnosił się przeraźliwy płacz. Zastanawiała się realnie, czy nie był nawet straszniejszy i donośniejszy od poprzedniego napadu.
– Inne koty przez to umierają! Jak to bez właścicieli! – szlochała w najlepsze, a jej opiekunce nie pozostało nic, poza lizaniem, szeptaniem zapewnień i intensywnym tuleniem do siebie swojej małej histeryczki. W takich chwilach przeklinała każdego, kto mówił o byciu matką, jako o byle jakim przeżyciu… uspokajania swojego dziecka płaczącego przez kwiaty to doświadczenie, które powinno zostać od dziś uniwersalnym dla każdego.
– Inne koty przez to umierają! Jak to bez właścicieli! – szlochała w najlepsze, a jej opiekunce nie pozostało nic, poza lizaniem, szeptaniem zapewnień i intensywnym tuleniem do siebie swojej małej histeryczki. W takich chwilach przeklinała każdego, kto mówił o byciu matką, jako o byle jakim przeżyciu… uspokajania swojego dziecka płaczącego przez kwiaty to doświadczenie, które powinno zostać od dziś uniwersalnym dla każdego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz