BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 sierpnia 2026

Od Księżycowego Odłamka

 (dawno temu zaraz po porwaniu) 

Skulił się w swoim nowym, małym, drucianym więzieniu, próbując usłyszeć cokolwiek, co pozwoliłoby mu określić gdzie się znajduje, jednak patrząc na jego sytuację, mógł jedynie zgadywać, że pewnie w jakimś gnieździe dwunożnych. Jego teoria wcale nie była błędna. 
Znajdował się w średniej wielkości pokoiku pachnącym kurzem, do którego napływały dwa główne źródła zapachów. 
Jeden z uchylonego okna, który zamiast świeżego powietrza przyniósł jedynie stęchliznę spalin, oraz drugi, przedostający się przez szparę pod drzwiami, który był o wiele ciekawszy i przyjemniejszy, dzielący się z gośćmi zapachami kuchennymi, do których należały wonie, jakich Księżyc nigdy wcześniej nie czuł. Bardzo długo był cicho, najpierw próbując przedostać się przez metalowe pręciki klatki, a gdy to się nie udało i zaczynał popadać w coraz większą rozpacz i frustrację, pozostało mu zawodzić tak długo, aż się nie zmęczył i znowu nie skulił w kulkę, kiwając się na boki i nucąc sobie pod nosem na uspokojenie. Jak długo ma tu siedzieć? Dzień? Miesiąc? Wieczność? I właściwie to po co? Przecież mieli tyle miejsca, po co mieliby go trzymać, jako, dla przykładu, zakładnika? Zmarszczył na krótko nos - nie, to nie miało najmniejszego sensu. Minęły kolejne godziny, podczas których zaglądano do niego ze dwa razy, podsuwając jedzenie (odmówił zjedzenia dziwnie pachnącej papki, aż nie przynieśli mu czegoś lepszego, co nie śmierdziało podejrzanie) lub wydając dźwięki, które, jak zgadywał, pewnie były mową dwunożnych. Nie robili mu na razie krzywdy, więc pozwolił sobie na chwilę normalnego oddychania, zamiast zatrzymywania powietrza w płucach na dłuższą chwilę tylko po to, by potem westchnąć ciężko, gwałtownie. 
Dzięki temu wszystkiemu (znaczy, uspokojeniu), zdołała dotrzeć do niego mała, aczkolwiek istotna informacja, że wszędzie, gdzie by nie odwrócił pyska, czuć było intensywny zapach innego kota. Być może jego nos już tak bardzo przywykł do smrodu wielu kotów, że ta jedna woń nie rzuciła mu się jako pierwsza do głowy, a może to wina jego nieuważności, niemniej jednak, informacja trzasnęła go w pysk z zaskoczeniem. Co więcej, właściciel zapachu był całkiem blisko. Na tyle blisko, że gdy dwunożny w końcu wyszedł, a słońce zaczęło tracić swój żar, ustępując długim cieniom, zza wysokiej, zagłuszającej dźwięk bariery (potocznie zwanej drzwiami), odezwał się po chwili wahania cichy głos. 
- Śmiesznie pachniesz - dało się słyszeć zza drzwi. Zanim odpowiedział, usłyszał odgłos drapania pazurami o drewno, głośną prośbę o wpuszczenie do środka, a zaraz potem odgłos dwunożnego, który najpewniej odmówił, bo drzwi pozostały zamknięte. Może to i dobrze. Z pyska drugiego kota wydostało się krótkie sapnięcie zawodu. - Nigdy nie rozumieją... ty tak czasem śpiewasz? Moi dwunożni pozamykali resztę drzwi, żeby cię nie słyszeć - zamruczeli z rozbawieniem - Ale oni tak mają, nie znają się. - kolejne szuranie i zirytowane wypuszczenie powietrza, spowodowane niepowodzeniem. Księżyc poruszył uchem szczęśliwy, że ma do kogo chociaż pysk otworzyć i dzielić wspólny język, nie ważne, czy okaże się ten ktoś wrogiem czy przyjacielem. 
- Kim jesteś? To twój obóz? - spytał, ze zdumieniem słysząc w uszach dźwięk własnego głosu. 
- Jestem Pralinka - przedstawiła się dumnie - Pani i władca tego domu. 

jezu zdążyłam. 
wybaczyć proszę za wypociny, dawno takich z siebie nie wyplułam paskudnych. 

Od Bryzki CD. Skowronka

Bryzka nawiązała kontakt wzrokowy z braciszkiem i pokręciła po paru uderzeniach serca łebkiem, śmiejąc się pod nosem, jednocześnie mrużąc oczka, jakby nie mogła w to wszystko uwierzyć.
— No co! Zobaczysz, wygram! — powtórzył się dymny z determinacją, moszcząc się na swoim miejscu. Ich boki się stykały, a śpiew świerszczy zaczął coraz to dokładniej docierać do legowiska zbudowanego z gęsto porośniętych krzewów.
Skowronek wpadł na Miodowy Ul i Jesionową Szadź! Gdyby tylko widział swój pyszczek, gdy otrzymał ochrzan… Na samą myśl w oczach Bryzki zakręciło się coś ze złośliwości. Miała ochotę jakoś mu to wypomnieć, żeby w porównaniu do niego, była tą lepszą, jednak tak się złożyło, że porzuciła tę myśl. Zdjęła mu pazurkiem z dymnych kłosów ostatni paproch z mchu, chichrając się przy tym cicho.
— Głupio wyglądasz, taki oblepiony przez te paskudztwa — miauknęła mu, wycierając z powieki łezkę spowodowaną nadmiernym śmianiem się. — Widziałeś ich miny, gdy wepchnąłeś im się prosto na łapy? — dodała, podwijając lekko ogon ku górze, niczym wiewiórka i zaniosła się dawką śmiechu. Z każdym nabieranym powietrzem podnosił się odrobinę wyżej. Miodowy Ul, zaraz po tym, gdy kocurek wpadł głównie na nią, zaczęła dopytywać go, czy wszystko było w porządku, Jesionowa Szadź zaś obserwowała go, jakby w celu znalezienia jakiegoś zranienia. W złota końcu była większa i co za tym idzie, to raczej dymny bardziej ucierpiał na tym zderzeniu, niżeli ona, dorosła karmicielka. Szylkreteczka jednak uznała tę sytuację za niezwykle zabawną. A zabawna była głównie dlatego, że to nie ona na nie wpadła. Nie wyobrażała sobie siedzieć tak, ze spłaszczonymi uszami przy głowie i zgarniać ochrzan za zabawę!
Kocurek położył po sobie lekko uszy, ale po uderzeniu serca uśmiechnął się raz jeszcze, po czym szturchnął ją lekko w bark. Wiedział, że tylko się z nim droczyła.
— Pfff! Bryzko! — powiedział jej, nie dokańczając jednak zdania. Wyglądał tak, jakby wytworzył w głowie nowy, misterny plan, w którym tym razem to ona miała być tą zgarniającą nieprzychylne słówka. Koteczka zadarła brodę ku górze dramatycznie, uniosła ogon wysoko i zaczęła maszerować przez żłobek, aczkolwiek nie obrała sobie żadnego konkretnego kierunku. Chciała jedynie się podroczyć z bratem i poudawać chwilę, że go wcale nie słuchała. Kocurek wstał ze swojego miejsca i po chwili zrównał z nią kroku, próbując ją prześmiewczo naśladować w chodzie. Kocica nagle popchnęła go na jedno z pustych posłań, uskakując na bok w razie, gdyby planował pociągnąć ją ze sobą. Wieczór był chłodny, dlatego zamierzała zapewnić mu ostatnią rozrywkę na dziś, żeby się rozgrzać! I przy okazji sobie wzajemnie podokuczać, ale to tak z miłości.
Kruczoczarny wydał z siebie cichutki okrzyk zaskoczenia, gdy przysłoniła go wysuszona ściółka. Głośny szelest poniósł się po kociarni, a zaraz po nim donośny śmiech koteczki, gdy Skowronek wygrzebał się ze “słomy” i próbował odszukać ją wzrokiem. W momencie, w którym nawiązali kontakt wzrokowy, szylkretka zapiszczała i rzuciła się w ucieczkę, a potem rozpoczęła się wielka pogoń po żłobku. Wymijała posłania starannie, chociaż i tak niejednokrotnie nadepnęła na czyjś ogon lub ściółkę, posyłając ją prosto na pyszczek Skowronka.
— Nie złapiesz mnie! — podjudzała go, gnając przed siebie niczym mała łasica. Ogon wywijał jej na boki, a uszy położone miała tak płasko przy głowie, że aż zaczynały ją z tego powodu boleć. Nie skupiała się na tym jednak szczególnie, jako iż najważniejsze w tej chwili było to, by brat jej nie dogonił!

<Braciszku?>

Od Bryzki

Bryzka oblizywała swoją łapę, którą miała niestety okazję zabrudzić. Większą część pyłu udało jej się już zdjąć ze śnieżnobiałych, drobnych, acz gęstych pasm. Teraz pozostało… przednimi kłami chwyciła swoje pazurki w celu wysunięcia ich lepiej i wyczyszczenia skóry, chowającej zestaw igiełek. Na świat ostatnio przyszło naprawdę wiele kociaków. Nie dość, że Kwaśna Kocanka urodziła trójkę kwilących obecnie maluchów, to jeszcze Miodowy Ul wraz z Jesionową Szadzią… patrząc na malutkie kulki przyciśnięte do boku matek, szylkretka czuła swego rodzaju ciepło w sercu. Jeszcze nie tak dawno temu ona również była taka malutka. Patrząc na niektórych wojowników… nadal była dosyć mała. Ale według niej była już duża! Wielka! Już nawet mogła jeść pokarm stały, a nie tylko mleko. Po skończeniu pielęgnacji popatrzyła na stojącego przed rodzeństwem Nocnego Śpiewaka. Trzymał w pysku ryjówkę. Dzisiaj po raz pierwszy miała spróbować zwierzyny. Nie mogła się doczekać! Na sam widok zwierzątka oczka jej zalśniły z fascynacji. Po chwili zerknęła z ukosa na Skowronka, a potem z powrotem na ojca.
— Tato, ale ja jestem taka głodna! Nie najem się jednym. Czy przyniósłbyś drugiego? — miauknęła błagalnie, robiąc do niego duże oczka. Bursztynooki zamyślił się na chwilę.
— Jesteś pewna? Ten nornik jest dużą porcją jak na was dwójkę — przyznał, unosząc jedną brew do góry. Po chwili jednak pokiwał głową, gdy zauważył, że Bryzka nie zamierzała zmienić zdania. Zależało jej na tym, żeby mieć całą sztukę dla siebie! A tego mógł zjeść jej brat, ten nornik już chwilę leżał… ona chciała zjeść świeżego! — Dobrze. Zaraz wrócę.
— Hurra! — Szylkretka zastrzygła wąsami, uśmiechając się szeroko. Skowronek spojrzał na nią podejrzliwie.
— A co jest z tym nornikiem nie tak, że nie chcesz go zjeść ze mną? — zapytał, przybliżając się do niej trochę. Bryzka przewróciła oczami.
— Bo tym się nie najem, skoro mam się podzielić z tobą! A jeśli dostaniemy osobno, to każdy zje sobie tyle, ile będzie chciał — wyjaśniła mu, wzdychając przed udzieleniem odpowiedzi. Męczyło ją to. Dlaczego Skowronek nie mógł się domyślić? Młodziak kiwnął głową, po czym zabrał się do jedzenia. Początkowo nie był pewien, jak powinien w ogóle rozpocząć – czy wyrwać te kępki brązowego futra, czy może wgryźć się razem z nim w mięso i po prostu je zignorować. Niebieska zaś wypatrywała ojca w wejściu do żłobka, nie mogąc się doczekać swojej porcji! Pachniała nieziemsko. Dźwięki wydawane przez posilającego się brata tuż obok trochę ją dekoncentrowały, ale nie robiła w tej chwili nawet nic, co by wymagało skupienia. Wreszcie sylwetka wojownika znalazła się z powrotem kociarni, z następnym nornikiem. Na sam widok młódce aż ślinka pociekła. Gdy starszy położył przed nią zdobycz, spojrzała raz jeszcze na dymnego. Kocur zdążył zjeść już połowę. Nie mogła być gorsza! Musiała zjeść przed nim.
Dlatego wgryzła się w zdobycz łapczywie, odrywając zbyt duży kawałek. Przyjemny posmak rozpłynął jej się po podniebieniu, aż postawiła uszy ze zdziwienia. Nornik był dużo smaczniejszy, niż przypuszczała. Zaczęła go żuć tak długo, aż wreszcie zmieścił jej się cały w pyszczku i był nawet akceptowalnie zmielony. Przełknęła duży kęs, sięgając po drugi. Z nim również uporała się dość szybko, jednak ta porcja przeszła jej dość opornie przez gardło. Z każdym kolejnym gryzem jedzenie stawało się coraz to mniej przyjemne do konsumowania, aż wreszcie zaczął boleć ją brzuch, ze względu na ilość połykanego w jednej chwili jedzenia. Zaburczało jej cicho, a koteczka pomasowała łapą miejsce, które jej doskwierało. Jej mina przypominała taką, jakby miała zaraz zwrócić to, co przed chwilą zjadła. Skowronek zaś zajadał się powoli w najlepsze tym, co dał mu ojciec. Trochę mu teraz tego zazdrościła; w końcu ona nie mogła się już tym cieszyć. Sam widok nadgryzionej nornicy sprawiał, że miała ochotę zwymiotować. Spojrzała na kocura, który w tej chwili wylizywał swoją łapę, jednocześnie mając oko na maluchy. Zauważywszy, że coś doskwierało młódce, zmartwił się trochę.
— Nie smakuje ci, Bryzko? — zapytał, strzygąc wąsami. Koteczka pokręciła głową.
— Smakuje, ale… to za duża porcja — powiedziała, czując cofającą się do jej gardła żółć. Przełknęła ją z niesmakiem, wystawiając język w geście obrzydzenia. Chyba taka ilość jej zaszkodziła…
Bursztynowe oczy Wilczaka zalśniły ze zmartwieniem, ale i pewną dawką stanowczości.
— Oczy chciały więcej, niż brzuch mógł zmieścić, co? — pokręcił głową, uśmiechając się delikatnie. — Dobrze. To zostaw, ja dokończę. Boli cię brzuch? — zadał następne pytanie, a niebieska szylkretka poczuła, jak zaczyna jej się lekko kręcić z tego wszystkiego w głowie. Czuła się tak, jakby zjadła ogromną piłkę mchu, a nie parę kęsów zwierzyny. Pokiwała lekko główką na słowa kocura. Nocny Śpiewak przysunął się odrobinę, po czym pochwycił zwierzątko i w paru zwinnych ruchach pochłonął je całe, żeby nie marnować jedzenia. — Czy chcesz iść do medyka? Chudy Grzbiet cię obejrzy. Żebyś mi tylko się nie pochorowała! — powiedział kruczoczarny. Końcówka jego ogona poruszała się w niespokojnym rytmie. Brzózka położyła się plackiem na brzuchu, poczuła się odrobinę lepiej. — Nie... poleżę sobie chwilę i powinno mi się polepszyć — zapewniła ojca, przez cały ten czas nawet nie spoglądając na Skowronka. Nie chciała, żeby widział ją w takim stanie, mimo że takie życzenie było awykonalne. Położyła łeb na swoich łapkach i przymknęła oczy w nadziei, że zaśnie i może, gdy się obudzi, poczuje się lepiej.

Od Węgorza

Węgorz był niezbyt przekonany co do pomysłu Kongera… niezbyt zaskakujące. Zwęglony kocur nie lubił miasta, nie lubił się tam zapuszczać, niezbyt mu się widziało być złapanym i znowu siedzieć w smętnym szarym budynku z klatkami. Kradnięcie jedzenia z parapetu było idiotyczne, mogli po prostu coś upolować, ostatnio zielonookiemu coraz lepiej to szło.
— Czy my naprawdę musimy tam iść? Przecież teraz w lesie jest pełno zwierzyny… a oni są niebezpieczni i w ogóle nie chcę się tam zapuszczać. — Młodszy kocur marudził całą drogę pomimo tego, że truchtał za starszym. — Niepotrzebne narażanie się — burknął.
— Cicho, młody. Las jest bardziej niebezpieczny, mało jeszcze wiesz o życiu, a zachowujesz się, jakbyś miał co najmniej osiemdziesiąt księżyców na karku.
— Ale-...
— Cicho. — Jego przybrany ojciec uciął dyskusję, zanim Węgorz mógł wytoczyć jakikolwiek kolejny argument. Zielonooki coś tam zabrzęczał pod nosem, ale już więcej się nie odezwał, aż dotarli do jednego z domów na skraju lasu.
— Jeśli coś ci się stanie, to nie będę cię ratował — skłamał Węgorz, siadając na słupie od ogrodzenia… jakby coś się stało Kongerowi, to od razu by próbował cokolwiek zadziałać. Nie doczekał się odpowiedzi, bo jego nieoficjalny ojciec ruszył w stronę domu.
Konger wślizgnął się do domu przez otwarte okno i wkrótce wyskoczył z obiecującym łupem w pysku, zamieszkujący dom Dwunożny nie był zadowolony z tego faktu, bo wkrótce za sobą usłyszeli krzyki i wrzaski, ale obydwa koty były już za daleko, aby właściciel skradzionego jedzenia mógł cokolwiek im zrobić.

Od Drobnego Ukojenia

Pora Zielonych Liści rozpoczęła się na dobre, zsyłając z nieba kotom przyjemne promyczki słońca. Jednak pomimo tego, że pogoda nie doskwierała jakoś specjalnie, to łapa kotki nadrabiała w uprzykrzaniu protektorce życia. Bóle były doprawdy nieznośne, w najgorsze dni próbowała unikać jakiegokolwiek poruszania się. Jednak pomimo tego wszystkiego miała dość dobry humor, wszakże jej relacja z Białym Strumieniem poprawiła się znacznie od czasu, kiedy wszystko sobie wyjaśnili i pomimo nieporozumienia, udało się uratować ich… no właśnie, co?
Drobna nie była pewna czy chciała przypinać do tego łatkę “przyjaźni”, bo… przecież nie zachowywała się z Białym Strumieniem tak, jak z jakimkolwiek innym kotem. Było to zdecydowanie inne, nie mogła być pewna, co do odczuć albinosa, co trochę ją stresowało. Wydawało jej się, że Burzak dzielił jej niezbyt określone uczucia, ale nie miała dobrego odniesienia, jak kocur zachowywał się w stosunku do innych kotów, w końcu widziała go jedynie, jak byli sami… co nie dawało zbyt dobrego porównania.
Wschodzące słońce grzało grzbiet niebieskiej kocicy, wyszła na spacer już jakiś czas temu, kiedy niebo dopiero zaczęło się rozjaśniać. Drobne Ukojenie wyciągnęła się wygodnie w wysokiej trawie. Nie chciała się teraz zamęczać myśleniem o tym wszystkim, na pewno wszystko się rozwiąże w swoim czasie… tylko w jaki sposób?

Od Milczącej Łapy do Wymarzonej Słodyczy

Milczek spojrzał zafascynowany na kotkę przed nim. Nazywała się chyba jak dobrze pamiętam Wymarzona Słodycz. Gdyby mógł zadałby już jej milion pytań, co było zapewne widać po jego wzroku. Zmierzchająca Fala zostawił ich akurat na chwilę, aby znaleźć jeszcze jednego chętnego na patrol, ale sytuacja między dwójką zdawała się być dosyć niezręczna. Szylkretka patrzyła ciepło na młodego kocurka, najwyraźniej nie widząc co powiedzieć. Młodziak zasłyszał nawet gdzieś informację, że jej rodzice należą do innego klanu. Wojowniczka była, więc dla kremusa co najmniej interesująca.
— Wszystko dobrze Milcząca Łapo? — zapytała w końcu troskliwie, choć dosyć niepewnie kotka, a kocurek kiwnął głową.
— Zmierzchająca Fala mówił, że mam pomóc ci nauczyć się łowić ryby. Trochę razem potrenujemy — zaświergotała kotka, wpatrując się w czyste niebo.
Zmierzchająca Fala wrócił w końcu do towarzystwa, sprowadzając ze sobą nowe. Kocurowi towarzyszka teraz niezbyt zadowolony Morszczynowy Wąs. Młody arlekin mógłby stwierdzić, że wyglądał na zburzonego ze snu zimowego jak niedźwiedź czy inne zabawne stworzenia, o których wspominali mu, gdy był w żłobku. Cała grupa ruszyła w stronę Zrujnowanego Mostu, gdzie Morszczynowy Wąs zaczął polowanie kawałek dalej, a reszta grupy stała na kawałkach drzewa. Milczek wpatrywał się w rzekę, łagodnie machając ogonem.
— Uspokój trochę ten ogon, bo wpadniesz do wody — zasugerował dymny kocur, a kremus kiwnął głową na zgodę.
Skierował swoje oczy na Wymarzoną Słodycz, której właśnie udało się wyłowić śmieszna zieloną rybkę o kolczastych płetwach. Milczek przyglądał się chwilę złowione mu stworzeniu, aby zapamiętać jego wygląd.
— To jest okoń. Bywa trudny do złapania, chociaż tym razem się udało — miauknął Zmierzchająca Fala.
— Teraz twoja kolej — miauknęła ciepło Słodycz, ale widząc przerażone spojrzenie ucznia z od razu zorientowała się, że nie uważał, gdy pokazywała mu instrukcję. Nachyliła się nad taflą wody i w odpowiednim momencie włożyła prędko łapę do wody, aby po chwili wyciągnąć z niej kolejne pożywienie. Milczek spróbował zaraz po kotce, gdy obok nich zaczęła nadciągać podwodna ławica rybek. Ledwie zdążył jednak wsadzić swoje łapsko w wodę, towarzystwo rozproszyło się płochliwie uciekając.
— To płotki. Trudno jest je złapać nawet wojownikom. Nurt jest dosyć spokojny, dlatego tu są — wyjaśnił Fala, a Milczek kiwnął głową.
Kremus spróbował jeszcze raz i jeszcze raz, aż w końcu za którąś próba udało mu się złowić raczej niewielkiego okonia. Wypiął pierś dumny jak paw.
— Nauhc whecej! — miauknął Milczek, patrząc na Wymarzoną Słodycz.
„Ona przynajmniej wydaje się nie wymagać ode mnie wszystkiego na teraz, zaraz” pomyślał kremus.


<Wymarzona Słodycz?>

[391 słów + łowienie ryb]

[8% + 5%]

Od Wężynowego Splotu do Rogatego Flaminga

Przez ostatnie parę księżyców, dni Wężynowego Splotu wyglądały bardzo podobnie. Kocica budziła się po wschodzie słońca i zaczynała swoją pielęgnację, po której spotykała się z innymi wojowniczkami w obozie na plotki. Ten konkretny dzień różnił się od wszystkich pozostałych tym, że Juniorka w obozie siedziała całkowicie sama. Nie przepadała ona za samotnością. Od jakiegoś czasu, będąc bez żadnego towarzysza obok, do głowy wpadały jej depresyjne myśli nie do zagłuszenia, perfekcyjnie wręcz rujnując wojowniczce cały dzień. Tęskniła za czasami, kiedy jeszcze tak łatwo było wybronić się jej z jakichkolwiek zarzutów, teraz jednak coraz częściej dostrzegała swoje wady i docierało do niej, to jak słaba była w rzeczywistości. Aktualnie szczególnie ważne było dla niej udowodnienie, że jednak tak jak zawsze sądziła, była najlepsza i idealna, co wcale, tak łatwo nie przychodziło. Dalej była dobrą aktorką i potrafiła przed innymi udawać silną i pewną siebie, chociaż w środku była załamana. To wszystko zaczęło się z utratą brata, a potem następnego, wciąż jednak miała przy sobie Rosiczkową Kroplę i… Niestety Żmijowcową Wić. Utrata siostry najpewniej by ją dobiła… Juniorka energicznie potrząsnęła głową, nie chcąc o tym myśleć, oby tylko nic nie wykrakała. Jeśli jednak to Żmijowiec by odszedł, cóż, to z pewnością podbudowałoby zielonooką. Nagle jednak przypomniała sobie o czymś kluczowym, w końcu miała jeszcze jednego brata, a w zasadzie pół-brata. Jej zielone spojrzenie szybko obiegło obóz w poszukiwaniu młodego wojownika, gdy w końcu dostrzegła go siedzącego w słońcu niedaleko źródełka. Mowa oczywiście o Rogatym Flamingu – żałosnej próbie Wężynowego Kła wdarcia się do rodziny królewskiej. Na samą myśl o tym Wężynka prychnęła ze śmiechu. Rozumiała matkę, lecz sądziła, że dało się to zrobić w o wiele lepszy sposób, niżeli zachodząc w ciążę z zastępcą!
Wężynowego Splotu do tej pory z Flamingiem łączyła jedynie ta sama matka i prawdopodobnie te same wartości wpojone do łbów. Nigdy nie czuła potrzeby integracji z kocurem, obawiała się, że mógł wyrosnąć na drugiego Żmijowca (co nie było komplementem) i już od momentu jego narodzin widziała w nim konkurencję. Miał dużo lepszy start niż Juniorka, sam fakt, że na czole kocurka była ta brudna plama rodu! Ona, w przeciwieństwie do księcia, musiała zapracować na swoją pozycję i zaufanie członków klanu. Nie dostała tego razem z opuszczeniem brzucha matki. Wężynka przymrużyła oczy, intensywniej wpatrując się w drugiego kota, a w głowie analizowała całą jego postać. Rogaty Flaming szybko stał się faworytem matki przez ten właśnie krwisto czerwony znak na czole, co potwornie frustrowało Juniorkę, bo przecież to ona do tej pory była oczkiem w głowie Wężynowego Kła. W każdej kłótni z rodzeństwem rodzicielka obierała jej stronę i to zawsze jej prawiła najpiękniejsze komplementy. Dlaczego przestała patrzeć na swoją ukochaną pierworodną z tym samym błyskiem dumy w oku co kiedyś? Teraz wolała spoglądać w stronę najmłodszego syna… Ugh! To nie powinno tak wyglądać! Przecież logiczne, że Rogaty Flaming nie dorastał Juniorce do pięt! Źrenice szylkretki zwęziły się, pokazując, jak powoli ogarniała ją furia. Z trudem przełknęła ślinę, zatapiając się w nowych zarzutach w stronę pointa, które pojawiały się w jej głowie. On nigdy nie wybawił żadnego kota z okrutnej paszczy śmierci, nie przeżył też wielkiej powodzi ani w zasadzie w żadnym stopniu nie pomógł swojemu klanowi! Był równie bezużyteczny, co obślizgły robal wyjęty z gleby! To tak niesprawiedliwe! Złość wojowniczki przekroczyła wszelkie granice, a ona sama czuła się całkowicie bezradna, bo co mogła uczynić? Jak miała wrócić na pierwsze miejsce w rankingu Wężyny, skoro Flaming miał być spełnieniem marzeń kocicy o wstąpieniu w szeregi najbardziej wpływowych kotów w Klanie Nocy? Panika zaczęła ściskać serce Juniorki, które gwałtownie przyspieszyło z momentem zrozumienia, że straciła to, co było dla niej w życiu najcenniejsze, czyli miłość matki. Zdawała sobie sprawę z konkurencji w postaci Żmijowca, lecz miała nadzieję, że była w stanie go przebić, jednak teraz, gdy na jej drodze stanął kolejny silny rywal, czuła, że nie miała najmniejszych szans na powrót do łask Wężynowego Kła. Musiała się uspokoić, w tym celu wojowniczka zamknęła oczy, odpuszczając chwilowo temat Rogatego Flaminga i skupiła się na wyrównaniu swojego oddechu. Z każdym uderzeniem serca Juniorce coraz łatwiej było złapać tlen, ale jej nastrój ani trochę się nie poprawił. Nie mogła z tym zwyciężyć w ten sposób, potrzebowała się na kimś wyżyć i doskonale wiedziała już kogo obrać na swoją ofiarę. Wycelowała swe ślepia prosto w spokrewnionego księcia, podnosząc się jednocześnie z miejsca. Serce biło kotce jak szalone, uszy miała położone, a ogon drżał nerwowo. Pozornie pewnym krokiem z wysoko uniesioną brodą ruszyła w stronę kocura, układając w głowie plan działania. Z każdym postawieniem poduszki, dystans między kotami zmniejszał się razem z pewnością Wężynowego Splotu. Obawiała się przegranej kłótni, ale teraz było już za późno. Do tej pory kocur zapatrzony był w jakiś odległy punkt, jednak gdy starsza przyrodnia siostra stanęła przed nim łaskawie, zwrócił na nią uwagę, posyłając pytające spojrzenie.
— Mógłbyś sunąć zad? — zapytała spokojnie Wężynka, intensywnie wpatrując się w kota, chcąc tym samym wywrzeć na nim presję.

<Rogaty Flamingu?>

Od Milczka (Milczącej Łapy) CD. Lipieńka

Dawniej

Milczek miał ochotę przybić sobie piątkę z czołem.
— Nhie siam — wyburczał kocurek, dalej trzymając ogon kocura w zębach.
Wypuścił go, żeby wypluć futro z pyska i zaczął szukać wzrokiem Złocistego Widlika. Wskazał najpierw na siebie, następnie na swojego towarzysza, którego wcale przed chwilą nie ugryzł w ogon, a zaraz po tym ustał obok wyjścia ze żłobka, patrząc na piastuna wyczekująco. Kocur parsknął śmiechem i wyszedł na zewnątrz wraz z dwójką kociaków.
— Pobawimy się? — zapytał Lipieniek, patrząc na starszego kociaka.
Arlekin zmrużył oczy i zaczął kręcić się po obozie. Zaraz przyszedł z… pałką. Co prawda jeszcze przed chwilą spadła mu ona na głowę, co skończyło się niemym piskiem, ale kremus dzielnie ciągnął roślinkę. Brązowa końcówka trochę pyliła, co sprawiło, że po przenoszeniu jej zaczął kichać. Wydrapał pazurami pylącą część, złapał w zęby łodygę i odrzucił gdzieś poza obóz. Roślina była wielka i ciężka, ale za to kulka utworzona z puchu poruszała się sama i była świetnym przedmiotem zabaw. Niebieskooki poturlał ja nosem w stronę Lipieńka.
— Kulka? — zapytał Lipieniek, jakby niepewny co powinien zrobić z tym dziwnym prezentem.
Tknął część rośliny łapą, a ta potoczyła się w stronę Milczka, w czym pomógł jej dodatkowo silniejszy podmuch wiatru. Bawili się tak jeszcze chwilę, dopóki starszy kocurek przez przypadek nie zniszczył delikatnej zabawki. Obaj wzruszyli ramionami.
— Znajdziemy coś innego — mruknął młodszy.

Aktualnie

Zmierzchająca Fala ponownie szturchnął swojego ucznia, który od kilkudziesięciu odbić serca zdawał się udawać nieżywego. Świadczyć mógł o tym wywalony jęzor i żałosna poza leżącego na grzbiecie.
— Widzę, że udajesz. Kocię truchło wygląda zupełnie inaczej — parsknął Fala, a zaraz po tym Milczek wstał z ziemi, otrzepując się. Wojownik wyszedł z legowiska uczniów, zaraz siadając przy wyjściu z obozu. Milcząca Łapa również zaraz stawił się tuż przy nim, machając ogonem na boki.
— No dobrze. Czy Złocisty Widlik uczył cię już może pływać? — zapytał dymny, wychodząc z obozu.
Młodziak pokręciło głową na nie i spojrzał w wodę przed nim. Już wiedział, że należała ona do wód raczej płytkich. Czy jednak poza którąś z wysp miała już nieco więcej głębokości? Jeszcze nie zdążył tego sprawdzić. Poza wysepkami, owszem, woda była głębsza, ale bliżej nich? Wyglądało na to, że uczeń miał przekonać się już zaraz.
— Myślisz, że dasz radę dopłynąć do Zrujnowanego Mostu? — zapytał Zmierzchający, a Milczek podrapał się za uchem i pokręcił głową na nie.
— No to się nauczysz — odparł czarny, a Milczek westchnął cierpiętniczo. Wszedł do wody i zaczął próby pływania, które jednak co chwilę spełzały na niczym.
— Ruszaj żywiej tymi łapami! Nie masz siły w głosie to chociaż łap używaj! — zawołał Fala, a Milczek warknął cicho, niemal przy tym, krztusząc się wodą. — Trochę inaczej się ułóż, bo nic z tego nie będzie. Na dno opadasz, na dno! Nie jesteś ptasim piórkiem! — rzucił Fala, a Milczek zmarszczył nos zdeterminowany.
W końcu udało mu się trochę przepłynąć, chociaż do Zrujnowanego Mostu było jeszcze trochę. Wylazł z wody i wytrzepał swoje futro, przy czym zresztą sprawił, że mokry był również jego mentor. Zachichotał pod nosem i uśmiechnął się na ten widok.
— Myślę, że to wszystko na dziś — mruknął dymny, ale zaraz, jakby zapalił mu się świetlik nad głową. — Albo nie, wiesz co? Wyglądasz na dosyć energicznego, pójdziemy jeszcze zebrać mech do żłobka. Będziesz miał okazję odwiedzić starych kumpli — uśmiechnął się na tę myśl Fala, a kremus kiwnął tylko głową na zgodę.

***

Arlekin wszedł do obozu cały obładowany mchem. Część miał na grzbiecie, drugą część w pysku. Ruszył w stronę żłobka, a będąc w środku, wypluł mech z pyska.
— Khhh… Zho za… — wysyczał między zębami, zajmując się jednym z legowisk.
Spojrzał bokiem na Fląderkę, która przyglądała się zabawie swoich kociąt. Milczek zrzucił z siebie mech i wytrzepał futro, podchodząc do Lipieńka.
— Czhesici — miauknął z uśmiechem, układać legowisko obok młodego kocura.
Chciał zapytać, kiedy kociak miał zostać uczniem, ale nie był pewien, jak. W końcu wskazał na niego łapą.
— Thy… Khedy ucheni? — zapytał, kołysząc ogonem.

<Lipieńku?>

[638 słów + pływanie]

[13% + 5%]

Od Tropiącej Łaski do Nicości

Jakieś trzy dni temu spokój Klanu Wilka został całkowicie zburzony przez serię niespodziewanych wydarzeń. Wszystko zaczęło się po porannym patrolu, gdy do obozu wkroczył Rozbity Księżyc. Nie przybył jednak sam – na grzbiecie dźwigał mizernego, czarnego jak noc kociaka, który przedstawił się jako Nicość. Po szybkich oględzinach u medyków, malec trafił pod opiekuńcze skrzydła karmicielek, by w przyszłości zasilić szeregi uczniów. Tego samego dnia obóz stał się też areną zaciętego pojedynku – Biała Łapa pokonała Sowi Zmierzch, dumnie przyjmując nowe imię: Biały Barszcz. Kolejne dni upłynęły pod znakiem niesamowitego przyrostu naturalnego. Najpierw Kwaśna Kocanka powitała na świecie trójkę młodych: Ślepowrona, Noc i Niedźwiedzia. Zaledwie dobę później Miodowy Ul oraz Jesionowa Szadź wydały na świat łącznie czwórkę kolejnych kociąt. Choć Tropiąca Łaska już kilka ćwierć-księżyców temu narzekała na tłok w żłobku, dopiero teraz legowisko zaczęło pękać w szwach. Choć wszystkie noworodki cieszyły się dobrym zdrowiem, wzrok Tropiącej Łaski przykuwała głównie przybłęda. Czarny jak smoła maluch prawdopodobnie słuchał już opowieści Ognikowej Słoty o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Gdy wojowniczka zajrzała do żłobka, Nicość trzymał się na uboczu, siedząc zupełnie sam w kącie legowiska.
— To ty jesteś kociakiem, którego przyniósł Rozbity Księżyc — stwierdziła bez cienia wątpliwości zielonooka. — Nie wyglądasz na zbyt krzepkiego, ale jesteś wyższy niż inne kocięta. To dobry znak. Nie jesteś najgorszym, co Klan Wilka spotkało.

<Nicość?>

Od Opadającego Rumianka CD. Brukselkowej Zadry

Jakiś czas temu

Opadający Rumianek wyszedł z legowiska wojowników, kierując się w stronę granicy z Klanem Wilka. Po ostatnich wydarzeniach nie spacerował zbyt wiele. Pilnował własnego ogona, aby w razie niekorzystnych sytuacji był w obozie. Od czasów pożaru trochę się zmieniło. Burzacy przenieśli swój obóz pod ziemię, od tamtej pory mieszkając w tunelach. Rumianka zastanawiało tylko, jak długo jeszcze mieli żyć w taki sposób. Spojrzał bokiem oka na odnogę w tunelu, w której znajdowali się więźniowie. Żałował rozmów z którymkolwiek z tych podłych zdrajców. Od tamtej pory też odzywał się mniej niż zawsze. Trafili mu się dosyć…trefni bratankowie.
“Może gdyby ich ojciec nadal był obecny sprawy potoczyłby się inaczej?” myślał czasem szylkret, ale zaraz kręcił głową pozbywając się tej myśli. Tańcujące Pierze nigdy nie zachowywał się normalnie, Kminkowy Szum nie mógł mieć na to wpływu. Również już gdy martwy wojownik był małym kocięciem. Im bliżej był granic z Klanem Wilka tym bardziej w jego nozdrza nadlatywała woń Wilczaków, ale też jakiś inny zapach, najprawdopodobniej należący do kotki. Dziś wyjątkowo jego węch był w miarę sprawny, ale i tak zaczął się zastanawiać, czy nie miał czasem omamów węchowych. Jego spostrzeżenie było jednak prawidłowe. Tuż przy granicy obu klanów stała liliowa kotka, będąca może trochę starsza od niego. Stali tak przez moment jakby niepewnie, choć po Wilczaczce raczej nie było tego widać.
— Dzień dobry… — przywitała się krótko, poruszając wibrysami. — Nie jestem za blisko granicy? Zresztą, nieważne… — machnęła łapą. — Jeśli mogłabym spytać, chciałabym się dowiedzieć, co u Wełnistej Mszycy. Na pewno ją znasz, to w końcu wasza medyczka, prawda? — kontynuowała, strzygąc uchem. — Ach i… byłabym zapomniała. Na imię mi Brukselkowa Zadra.
Liliowy szylkret nabrał powietrza w płuca i uśmiechnął się łagodnie.
— Dzień dobry. Za blisko granicy…? Chyba jest w porządku — mruknął cicho.
Słysząc zapytanie o Wełnistą Mszycę, futro na jego karku lekko się zjeżyło. Przełknął ślinę i zamyślił się na moment.
— Opadający Rumianek — przedstawił się zaraz po kotce. — Wełnista Mszyca… Wiesz, jej nie ma już w Klanie Burzy. Nie wiadomo gdzie teraz się znajduje. Ktoś…z klanu ją wygnał — wyjaśnił po krótce sytuację. — Skoro ją znasz może widziałaś ją w ostatnich księżycach?

<Brukselkowa Zadro?>

Od Wężynowego Splotu CD. Fiołka

Wężynka spokojnie odpoczywała w towarzystwie Śnieżnej Mordki w obozie na wyspie. Kotki rozmawiały akurat o swoim ulubionym jedzeniu. Juniorka dumnie oznajmiła, że najchętniej z dziupli na zwierzynę wybierała ryby, a dokładniej mówiąc, okonie. Rozmowa szybko przekształciła się w ocenianie posiłków innych kotów, wojowniczki skrzywiły się na widok malutkiej uklejki, którą właśnie konsumował Kijankowe Moczary. Przyglądały się kolejnym kotom, a z ich pysków nie schodził uśmiech, jednak w pewnym momencie dobrą zabawę przerwała im Czosnkowa Krewetka.
— Ooo! Miło cię widzieć, Śnieżko! — Kocica uśmiechnęła się do przyjaciółki, po czym odwróciła łeb i spojrzała w stronę zielonookiej. — Witaj, Wężynowy Splocie.
— Hejka! Siadaj obok nas. — Srebrna przesunęła się na bok, robiąc miejsce brązowookiej między kocicami.
Wężynka skrzywiła się tylko, posyłając zdegustowane spojrzenie wojowniczkom. Krewetka szybko zagadała Śnieżkę, odcinając Juniorkę od rozmowy, co nie dało się ukryć, zdenerwowało ją. Czuła się niepotrzebna, a nie miała ochoty na kłótnie z kotkami, dlatego też wstała, aby odejść w inne miejsce.
— Miłej zabawy — wysyczała przez zaciśniętą szczękę, wlepiając intensywne spojrzenie przymrużonych oczu w Czosnkową Krewetkę, po czym prędko ulotniła się z urażoną miną.
Przycupnęła kawałek dalej obok źródełka, licząc, że uda się jej zagadać do jakiegoś spragnionego kota. Póki jeszcze siedziała sama, zajęła się pielęgnacją futra i analizowaniem zaistniałej sytuacji. Jak wiadomo, nie przepadała za Czosnkową Krewetką, a to zajście jedynie dolało oliwy do ognia. Głupia kupa futra! Jak ona mogła… W tej chwili do uszu Juniorki dotarł głośny pisk i wraz z nim chlupot wody. Wężynka szybko porzuciła temat szylkretowej kotki zaintrygowana tym, co działo się obok niej. Spojrzała w stronę źródełka, skąd dobiegał hałas i w pierwszej chwili doznała wrażenia, iż do ich wodopoju wpadł jakiś ptak, jednak jej wątpliwości szybko rozwiała kocia główka wynurzająca się ponad taflę tylko po to, aby uderzenie serca później znów zanurkować. Widząc kocię w niebezpieczeństwie, Wężynowy Splot zerwała się z miejsca i w mgnieniu oka stanęła na granicy źródełka. Młodziak potwornie się szamotał, utrudniając przy tym przeprowadzenie akcji ratunkowej. Schylająca się Wężynka oberwała grzbietem w pysk, zanim udało się jej złapać topiącego się w szczęki. Kiedy jednak jej chwyt był stabilny, szybkim ruchem wyciągnęła kocię z wody i położyła na trawie. W topielcu szybko rozpoznała córkę Sennej Łzy – Fiołek, która teraz potwornie kasłała, walcząc o tlen. Przed oczyma Wężynki momentalnie pojawiły się obrazy z wielkiej powodzi, widok topiących się kotów, zapach strachu i śmierci. Przez traumatyczne wspomnienia futro zjeżyło się na grzbiecie Wężynowego Splotu, a ona, chcąc pozbyć się potwornych widoków sprzed oczu, potrząsnęła energicznie łbem, powracając do rzeczywistości. Wokół kotek zbiegł się cały klan, w tym Gąbczasta Perła, która już zajmowała się poszkodowaną, badając jej stan. Było widać zawstydzenie wymalowane na buźce koteczki, gdy medyczka dopytywała się o jej samopoczucie. Cała ta akcja przepełniona była ironią, bo jak przecież Nocniak mógł topić się w źródełku przeznaczonym do ugaszenia pragnienia? Na pysku Wężynki pojawił się głupiutki uśmieszek, który prędko dostrzegła główna zainteresowana – Fiołek.

<Fiołku?>

Od Nurowej Łapy do Nieboskłonnej Łapy

Od swoich kocięcych lat uważał się za lepszego od wielu kotów, nieważne czy starszych, czy młodszych od niego. Oni wszyscy mieli swoje wady. Według Nura on sam nigdy tych wad nie miał. Szybko podłapywał wszystkie nauki, które przekazywali mu rodzice lub Żabka. Chłonął każde słowo, układając w swojej głowie obraz najsilniejszego, najlepszego i najbardziej idealnego wojownika – którym oczywiście miał zostać on sam.
Wszystko jednak zmieniło się, gdy został uczniem i zaczął trenować. Zobaczył, jak wiele miał wad. Nie mógł ich mieć. Wady oznaczały skazę, skaza oznaczała, że tak jak jego dawni przodkowie (do których on najchętniej by się nie przyznawał) mógł zostać zdrajcą. Nie mógł. Musiał być idealny. Żeby rodzice byli ze mnie dumni – tłumaczył sobie. Miał od nich tak wiele pojedynczych prezentów, które były jak odznaki. Tu kamyczek za to, że stanął w obronie matki, tu muszelka za to, jak szybko się uczył. Nie mógł ich olać. Musiał być jeszcze lepszy.
Więc trenował. Trenował, dopóki jego mięśnie nie były tak zmęczone, że Szałwiowe Serce musiał odnosić go za skórę na karku z powrotem do obozu. Gdy kończył jeden trening ze swoim mentorem, to szedł do Żabiego Oka (jednego z niewielu kotów, które szanował) na kolejny. To działało! Przynajmniej w pewien sposób, bo forsowanie swojego rosnącego ciała okazało się nie najlepszym pomysłem. Zakwasy odzywały się raz po raz, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a umysł wydawał się dziwnie przyćmiony. Nie, żeby Nurowa Łapa się tym przejmował, wręcz przeciwnie! Uważał to tylko za swoją wadę, defekt. Ignorował, wręcz próbował się tego pozbyć.
Aż jego ciało nie odmówiło mu współpracy – pewnego dnia, na dodatkowym treningu z Żabką po prostu już go nie posłuchało, a on znalazł się pod taflą. Na szczęście młoda wojowniczka wyciągnęła go w porę, a on tylko kaszlał przez następne kilka dni. Potem nie miał wyboru, musiał odpoczywać. Musiał nauczyć się jak słuchać swojego własnego ciała. To wcale nie było proste.
Pierwsze dni, w których obiecał, że odpocznie były dla niego katorgą. Jego ciało, chociaż zmęczone i obolałe, rwało się do ruchu. Jego umysł ciągle podsuwał mu słowa. Bezużyteczny. Wadliwy. Zdrajca. To było bardziej męczące niż wszystkie treningi. Jedzenie zaczęło ciążyć mu na żołądku, bo po posiłku nie szedł na kolejny trening, aby spalić kalorie. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że Łabądka, jego siostra, została już wojowniczką. On miał zaledwie jeden i to na początku dość krótki trening w ciągu dnia, a ona była już pełnoprawną wojowniczką! To dobiło go jeszcze bardziej. Chciał trenować do zemdlenia, ale ani Żabie Oko, ani Szałwiowe Serce (który od Żabki dowiedział się o podtopieniu) nie brali go na zbyt długie i intensywne treningi, nieważne jak błagał. Trenował trochę na własną łapę, ale w obozie nie mógł nauczyć się zbyt wiele praktyki, a sam poza obóz wychodzić nie mógł. Był namiestnikiem, co by pomyśleli inni, jakby złamał zasady? Zdrajca – to było to. Na pewno od razu porównaliby go z jego przodkami. Mama by się chyba wtedy załamała! Nie mógł na to pozwolić. Więc czekał.
Zaczął rozumieć, kiedy jego ciało faktycznie było zmęczone, a kiedy było głodne. Kiedy wystarczyła chwila odpoczynku i mógł wrócić do treningu, a kiedy pora kończyć. Oczywiście zazwyczaj i tak je ignorował. Ale już nie pozwolił, aby jego ciało było ociężałe, a umysł działał wolniej. Jego stan się widocznie poprawił – miał więcej siły i znów zaczął pewnie podnosić głowę. Zaczął być tym nieznośnie pewnym siebie synem namiestników, którego koty znały.
– Szałwiowe Serce… – zaczął pewnego dnia, po treningu.
Właśnie skończyli kolejną serię nauki łowienia ryb. Okazało się, że była to najcięższa umiejętność, która potrzebowała cierpliwości. To raczej nie była cecha Nura, on chciał wszystko od razu. A przede wszystkim być od razu we wszystkim najlepszy…
– Tak, Nurowa Łapo?
– Mamy już treningi regularne od kilku księżyców… – przestąpił nerwowo z łapy na łapę. – Ale może pójdę kiedyś z tobą na patrol?
– To niebezpieczne. Nie po… ostatnim.
– Nic się nikomu nie stało. A ja nie mogę wiecznie siedzieć w obozie!
– Ale Trzcinowy Szmer…
– Ale ty jesteś księciem – przerwał mu. – I moim mentorem.
Szałwiowe Serce westchnął i ruszył w drogę powrotną. Nur nie naciskał, bo nie wypadało. Bał się, że jeśli będzie naciskać, to wyjdzie jeszcze gorzej. Po prostu poczeka. Tak, jak na rybę.
Na szczęście nie musiał czekać długo. Minęło zaledwie kilka dni, a rudy przestępował z łapy na łapę przy wyjściu. Czekali tylko na Liliową Łapę – ucznia Żabki. Lilia był młodszy od niego o jeden księżyc. Wychowywał się z nim i jego siostrą w żłobku, a Trzcinka traktowała go praktycznie jak drugiego syna. Nur na ogół go ignorował. Tym bardziej że jego mamą była Niezapominajkowa Nadzieja – ta kotka, która prawie zniszczyła ślub jego rodziców! Niestety, od kiedy został uczniem Żabiego Oka, to Nur znów został przymuszony do spędzania z nim więcej czasu, bo często po prostu razem trenowali. Lilia nie zdawał się jednak przejmować tym, że był ignorowany, więc po prostu egzystowali obok siebie. Teraz jednak się spóźniał i zabierał jego cenny czas, który mógł spędzić na patrolu!
– Gdzie twój uczeń? – praktycznie syknął na Żabkę.
Ostatnio zaczął chodzić jeszcze bardziej rozdrażniony. Może to przez wspólne treningi z jego wrogiem, może przez oczekiwania mamy, a może po prostu przez to, że naprawdę chciał już zostać wojownikiem. No ileż można czekać?! Nie chciał być jednak słabym wojownikiem, (chociaż według niego i tak był najlepszy ze wszystkich wojowników Klanu Nocy. Z pewnymi wyjątkami oczywiście) więc chciał się udoskonalić, póki jeszcze był uczniem.
– Nurze, daj mu jeszcze minutkę. – Głos wojowniczki był czuły, jak zwykle.
Rudy kocur zastanawiał się czasem, jakim cudem Żabka dalej z nim trenowała. Oczywiście, że jej słuchał i robił większość rzeczy, które mu mówiła, ale był też dla niej bardzo niemiły. Nie powinna się nim przejmować, powinna go olać i pozwolić mu być tak bezużytecznym, jaki był. To jednak były myśli, które nawiedzały go tylko w gorsze dni.
– Dobrze, my wyruszymy pierwsi – powiedział Szałwiowe Serce, gdy cisza zaczęła się przedłużać, a liliowego nadal nie było. – Dogonicie nas.
Wojowniczka kiwnęła głową, zerkając na Nura. Ten za to spojrzał w stronę legowiska uczniów i zaraz wszedł za swoim mentorem do wody.
Nurowa Łapa chyba po raz pierwszy był na granicy. Szedł za księciem bezszelestnie, wysłuchując niecodziennych odgłosów. Słyszał już, że na ogół patrole przebiegały spokojnie i nie działo się nic ciekawego. Sam nie wiedział, czy właściwie chciał, aby coś się stało, czy wolałby, aby było jak zwykle. Z rozmyślań wyrwał go szelest i zapach obcego kota. Uczeń od razu się zjeżył i zbliżył trochę do granicy.
– Jest tam kto? – powiedział tak głośno, że pytanie przez moment zawisło w powietrzu, odbijając się echem.
Usłyszał, jak Szałwiowe Serce zbliżał się do niego, niezaspokojony, ale odpowiedziała mu tylko cisza. Skrzywił się, jakby zjadł coś niedobrego. Mógłby przysiąc, że w okolicy był jakiś obcy kot!
– Wszystko w porządku? – zapytał półszeptem książę.
Rudy kiwnął głową, nadal jednak wpatrując się w krzaki. Po chwili ruszyli dalej. Przez moment znów było spokojnie, a potem znów ten szelest. Tym razem Nur nie czekał, od razu skoczył. Poczuł pod łapami coś miękkiego, a gdy spojrzał na złapaną rzecz, zobaczył pod sobą kotkę. Nie mogła być wiele młodsza od niego, chociaż wyglądała na bardzo drobną. Była szylkretką, przynajmniej nieczekoladową. No i nie była z Klanu Nocy! Kątem oka zauważył, jak jego mentor sztywniał, mimo to nie puścił nieznajomej. Spojrzał jej prosto w oczy i zapytał:
– Co tu robisz?

<Nieznajomo?>
[1201 słów]

[24%]

Od Purpury

Elegancki jeszcze nieco młody wojownik odpoczywał na swym posłaniu, zajmując miejsce blisko Śnienia, który pomimo dołączenia jakiś czas temu do Owocowego Lasu, dopiero niedawno został wojownikiem, a raptem parę dni temu miało miejsce mianowanie znajdek. Jedna z nich trafiła pod skrzydła czarnego kocura, na co liliowy przewrócił jedynie oczyma. Uważał się za znacznie lepszą partię do zostania mentorem, nie rozumiał decyzji Czereśni, lecz raczej nie planował jej otwarcie kwestionować.
Jego często iskrzące pomarańczowe oczy były skryte pod przymkniętymi powiekami, a srebrny pręgowany klasycznie bok unosił się i opadał we własnym spokojnym rytmie, świadczącym o śnie, w jakim był pogrążony kocur. Może i byłby dalej, gdyby nie bezczelna kropla wody, która niespodziewanie wylądowała wprost na różowym nosie Purpury. Grymas niezadowolenia od razu pojawił się na jego pysku, w końcu, jakim prawem coś takiego jak durna kropla mogła zakłócić jego regeneracyjny sen! W kolejnym odruchu przetarł łapą mokre miejsce, poruszając przy tym wibrysami, a ciężkie westchnienie opuściło jego jasny pysk. Czuł, że ilość snu była niewystarczająca, jednakże nie miał zbytnio co narzekać i tak niedługo pozostali, by zaczęli się krzątać na swoich posłaniach, swym szmerem wzbudzając go, jak co dzień tak naprawdę.
Jasne spojrzenie szybko przeskanowało pobliskie legowiska na drzewie. Na obecny moment on jedyny nie spał — niestety — oraz Śnienie, gdyż kocura nie było na uwitym z mchu i innych materiałów posłaniu. Prawe ucho wojownika zastrzygło, jak gdyby w próbie odpędzenia uciążliwego owada, który latał za bardzo w jego pobliżu. To właśnie na tym uchu widniały dwa nacięcia, które były oznaką rangi, jaką pełnił pomarańczowooki w Owocowym Lesie. Jego brat również wybrał tę ścieżkę, lecz jak się okazało paręnaście księżyców temu, ten nie nadawał się na wojownika, skoro tak łatwo dał się otruć staremu uzdrowicielowi. Nigdy nie był z czekoladowym jakoś blisko, mając wrażenie, że rodzice nieco go faworyzowali z racji na swoje dziwne zachowania za kociaka oraz fakt, iż to właśnie on posiadał dość symboliczne imię, które wiele znaczyło dla Czerwca oraz Miodunki. Kiedy i ojciec i brat odeszli, pozostał on jedynym kocurem w rodzinie i to na jego barki automatycznie spadł obowiązek opieki nad owdowiałą matką oraz siostrą.
Srebrny zgrabnie z niemal wyćwiczoną elegancją podniósł się z miejsca, które biło delikatnym ciepłem po jego ciele. Pręgowany ogon zafalował w powietrzu, niczym samotna fala na tafli jeziora, a on sam zdawał się przez chwilę zamyślony, jakoby rozważając parę możliwości kierunków, w które może się udać. Stąpając bezszelestnie po gałęzi w stronę pnia klonu, w którego koronach odpoczywali wojownicy po poprzednim dniu, kątem oka spoglądając na jeden z krzewów kaliny, który zajmowali stróżowie, w tym pewna ruda kotka, która już od dłuższego czasu zaprzątała myśli kocura. W międzyczasie pojawiło się parę plotek z jego i jej udziałem, lecz raczej nigdy oficjalnie nie oznajmili, że są razem, a teraz było to nieco niemożliwe przez niedawne zgrzyty pomiędzy ich dwójką.
Końcówka ogona minimalnie zadrżała w powietrzu, będąc jedyną oznaką jakichkolwiek emocji liliowego na myśli krążące wokół obecnej sytuacji z jego ukochaną. W ostatnich księżycach raczej nie popisał się swym zachowaniem, robiąc z siebie jakiegoś głupiego małolata niż dojrzałego wojownika, gotowego do założenia rodziny oraz szkolenia ucznia. Może właśnie z powodu ostatnich plotek Czereśnia wstrzymywał się przed przydzieleniem mu podopiecznego i wolał dać kogoś Śnieniu.
Po chwili odwrócił wzrok, by swoje iskrzące spojrzenie skupić na pniu drzewa, które było jego jedyną drogą na bezpieczną ziemię w obozie. Miał jeszcze trochę czasu przed porannym patrolem zwiadowców, do którego może się dołączy, o ile nie został do niego wyznaczony inny wojownik. Nie rozumiał zbytnio sensu tej zasady o niewychodzeniu przed powrotem pierwszego patrolu — przecież lisy na ich terenach były rzadkością i tak naprawdę zdarzały się nieliczne przypadki, gdy były widziane. A to, że można było wpaść na ich świeży trop to inna kwestia, dopóki ich dwie różne grupy nie wchodziły sobie w drogę to po co tak wyolbrzymiać?
Purpura ledwo zdążył dotknąć wszystkimi łapami ziemi, gdy niedaleko siebie usłyszał szelest. Jego ciało zareagował odruchowo, mięśnie się napięły, a umysły zaczął pracować na pełnych obrotach, jakby Owocniak wcale ledwo, co się nie obudził. Stan gotowości szybko jednak minął, gdy pomarańczowe ślepia spostrzegły drobną kotkę, której futro w niektórych miejscach było przyozdobione liśćmi kasztanowca. Jej żółte ślepia jedynie podkreślały częsty wyraz przerażenia czy smutku na jej rudawym pysku. Kocur nie wiedział, co dokładnie go urzekło w Kasztance, lecz powoli zdawał sobie sprawę, że chcę ją chronić od wszystkiego, co powoduje ten strach tak bardzo widoczny nie tylko w mimice, ale i każdym ruchu, geście, czy słowie. Możliwe, że podświadomie chciał być przez nią postrzegany jako bohater, wybawiciel.
Srebrny nic nie powiedział, nawet zbytnio się nie poruszał, obserwując uważnie, gdzie stróżka zmierza o tak wczesnej porze. Nieco zmrużył ślepia, zdając sobie sprawę, że ta stawia swe niepewne kroki w stronę dziupli uzdrowicieli.
“Czyżby była chora?” — przeszło mu przez myśl, ruszając z dotychczasowego miejsca, gdy tylko kocica zniknęła we wnętrzu drzewa. Może i nie leżało w jego naturze skradanie się i podsłuchiwanie, lecz był ciekaw, co jego obiekt westchnień może robić u uzdrowicieli, kiedy to niemal cały obóz wciąż śpi.
— Kasztanko, co robisz tu o takiej porze? — Cichy głos Gołąbka rozbrzmiał z dziupli. Przez chwilę panowała kompletna cisza, przerywana jedynie dźwiękami budzącego się lasu, do momentu, gdy do uszu liliowego dotarły przytłumione słowa, będące zapewne odpowiedzią na pytanie. Potem na nowo zapadła głucha cisza, która przez dłuższy czas się utrzymywała, więc kocur postanowił zrezygnować z dalszych prób dowiedzenia się celu wizyty rudej u uzdrowicieli.

༺═──────────────═༻

Pomarańczowe ślepia z uwagą śledziły parę ptaków, które na zmianę się goniły pomiędzy licznymi owocodajnymi drzewami w Owocowym Lasku. Wojownik nie rozumiał celu swojej podróży tutaj, lecz jego łapy same go tu przyprowadziły, jakoby w celu pokazania tego miejsca, może jako miejsce, w które mógłby zabrać Kasztankę i próbować się z nią pogodzić? W sumie musiał przyznać, że to miejsce miało coś w sobie, nawet jeśli ani on, ani ruda nie byli wierzącymi we Wszechmatkę, dla których ten lasek był czymś na wzór świętego miejsca.
Liliowy nie wiedział do końca, ile czasu spędził na swych obserwacjach, jednakże w momencie, gdy słońce zaczęło zbyt często swymi promieniami natrafiać na jego iskrzące oczy, zadecydował o powrocie do obozu. Nie spieszył się z tym zbytnio, uważając, że i tak nikt nie zauważy jego zbyt długiej nieobecności w obozie, a nawet jeśli to będą to koty, które będą się z tego cieszyć. W końcu nie każdy lubił, czy chociaż tolerował Purpurę, czego doskonałym przykładem był ojciec Kasztanki, Kolendra, który niezmiennie od ostatnich księżyców pełnił funkcję zastępcy. Choć od niedawna można było usłyszeć pewne plotki, iż może się to zmienić.
Ledwo zdążył przekroczyć próg azylu, gdy do jego uszu dotarło wołanie Czereśni, gdzie na jednej z niższych gałęzi topoli znajdowała się mównica. Czekoladowy był tam obecny i swym żółtym spokojnym spojrzeniem obserwował, jak Owocniaki powoli zaczynają się schodzić, by wysłuchać jego słów. Starsi uczniowie z pewną niecierpliwością oczekiwali na rozwinięcie wydarzeń jakby z nadzieją, że to właśnie moment ich mianowania na wojownika, bądź zwiadowcę. Och, jak był ich zawód, gdy lider zaczął przemawiać:
— Po długich dniach namysłu z pomocą Purchawki zdecydowałem o pewnych zmianach wśród moich zastępców — urwał, obserwując, jak pośród zgromadzonych przebiegają pojedyncze szepty, a dwójka Owocniaków, o których była mowa, minimalnie się napinają, jakoby z obawy, że czeka ich najgorszy możliwy scenariusz. — Przy wyborze zdawał się idealnym kandydatem na to stanowisko, lecz pewne plotki oraz własne obserwacje utwierdziły mnie w błędzie, jaki popełniłem, za co was przepraszam. Jako lider powinienem wybierać zastępców, którzy będą w przyszłości nienagannie wzorować naszą społeczność.
Wystarczył moment ciszy ze strony żółtookiego, aby reszta społeczności wykorzystała to do swoich głośniejszych spekulacji o to, o kim mógł mówić ich lider. Purpura wszystko to obserwował z boku, a raczej starał się, gdyż jego pomarańczowe ślepia były utkwione w sylwetce drobnej stróżki, która siedziała u boku matki.
— Kolendro. — A więc wyrok wybrzmiał, to właśnie on miał zostać zdegradowany. — Dawałem Ci czas i szansę na poprawę swego zachowania, lecz ich nie wykorzystałeś, dlatego też jestem zmuszony podjąć taką, a nie inną decyzję. Z dniem dzisiejszym zostajesz znowu wojownikiem. Guziczku. — Kolejne imię wybrzmiało, tym razem niespodziewane. — Chciałbym, abyś został drugim zastępcą. Owocowy Las potrzebuje świeżego i młodego spojrzenia. Czy przyjmujesz moją propozycję?
— Tak! Bardzo dziękuję Czereśnio za danie mi szansy! — odpowiedział entuzjastycznie kocur, a partner u jego boku od razu zaczął mu gratulować, podobnie jak cały Owocowy Las. Może oprócz Kolendry, który zdawał się zacząć chować urazę do młodzika.

༺═──────────────═༻

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a liliowy wojownik czuł, jak stres w jego ciele powoli coraz bardziej zaczyna narastać, co często się nie zdarzało. Zwykle wychodził z założenia, że wszystkie kotki będą mu jeść z łapy, jeśli tylko wystarczająco czarujący się okaże, lecz ostatnio biało futra zielarka skutecznie ściągnęła go na ziemię w tej sprawie. Jej chłód oraz uwaga na koniec mocno wyryła się w umyśle kocura, na tyle, by zacząć planować, jak przeprosić Kasztankę za swoje zachowanie i prosił o przebaczenie oraz drugą szansę.
Wziął głęboki wdech i wydech. Dopiero po tym ruszył do legowiska stróżów, gdzie zastał swoją wybrankę zwiniętą w kłębek na jednym z legowisk. Nie miał zbytnio serca jej budzić, lecz musiał, o ile chciał doprowadzić swój plan do realizacji. Po cichu podszedł bliżej rudej, by następnie delikatnie szturchnąć jej bok łapą, na co ta jedynie coś wymruczała pod nosem, co wywołało ledwo dostrzegalny ciepły uśmiech u wojownika.
— Kasztanko, zbudź się — mruknął cicho wprost do jej ucha, gdy tylko się nad nią nachylił. Jego ciepły oddech owiał wrażliwe ucho, które od razu zastrzygło w reakcji na powiew powietrza, niosącego ze sobą słowa pomarańczowookiego.
— Purpuro? Co ty tu robisz? — spytała, kiedy tylko do jej nieco spowitego snem umysłu dotarł fakt, kto zakłóca jej odpoczynek. — Jak możesz mieć czelność się tu zjawiać po tym wszystkim? — dodała. Teraz nie brzmiała na tak nieśmiało i wystraszoną kotkę, jaką była na co dzień, co zapewne było związane z silnymi emocjami kierowanymi w kocura.
— Chciałbym Cię gdzieś zabrać. Mogę? — Po dłuższej chwili w pełnej napięcia ciszy, ruda skinęła głową, na co wojownik uradowany machnął ogonem.
Po opuszczeniu legowiska stróżów niektóre spojrzenia Owocniaków od razu padły na nich, lecz liliowy zignorował to, idąc tuż u boku kotki przez cały ten czas. Dwójka kotów pilnujących wyjścia jedynie przelotnie na nich zerknęła, lecz nie miała w planach zatrzymywać wychodzącej pary — głównie z powodu, iż Purpura omieszkał ich uprzedzić o swych planach, nie chcąc, aby ci później czepiali się ich późnego wyjścia z obozu.
— Kasztanko — zaczął, gdy tylko przeszli pewien kawałek przez Owocowy Lasek, a stróżka zdawała się urzeczona widokiem owocowych drzew o zachodzie słońca. — Wiem, że przez ostatnie księżyce nie byłem idealnym partnerem, lecz chciałbym to naprawić. Będę się starał, przestanę nawet być aż tak szarmancki wobec innych kotek w Owocowym Lesie i nie tylko, tylko proszę, daj mi szansę na pokazanie, że mogę specjalnie dla Ciebie zmienić się na lepsze.
Wyznanie to było raczej dość krótkie i bez zbędnych pięknych wstawek, lecz pełne emocji, które kocur próbował przekazać. Miał nadzieję, że mu się to udało, lecz kiedy z każdym uderzeniem serca cisza ze strony żółtookiej wciąż trwała, on powoli tracił nadzieję. Już był gotowy nawet pogodzić się ze swoją porażką w tej sprawie, gdy ruda wykonała krok w jego stronę, aby następnie swoją głową wtulić się w pierś wojownika. Liliowy to uznał za niemą zgodę, przez co po chwili czule przejechał językiem po głowie partnerki, tym razem chyba już oficjalnej.

Wyleczeni: Kasztanka

Od Złocistego Widlika CD. Fląderki

Przeszłość

Strzepnął uchem na jej słowa.
— Tak, ryby są naprawdę szybkie i zwrotne. Należy też pamiętać, że często są bystrzejsze, niż początkowi łowcy myślą — odparł, przenosząc wzrok na wejście do żłobka. Nadal odczuwał brak Kotewki.

Obecnie

Kocur leżał na posłaniu, przyglądając się kociakom. Było ich naprawdę dużo, a sam Widlik nie pamiętał, kiedy ostatnio żłobek był taki głośny. Szukał w tych malutkich ruchach ukojenia dla swoich myśli. Jednak świadomość, że najpierw stracił brata, potem Konwalię, a następnie własną córkę poprzez ucieczkę lub zniknięcie z obozu, było to dla kremusa bardzo bolesne. Nigdy, by nie przypuszczał, że Szafirka tak po prostu zniknie wraz z mężem. Zastanawiał się, czy był to pomysł szylkretki, czy dymnego, a może zwykły zbieg okoliczności. Niezależnie od tego czuł się zdradzony przez własną krew. Nieważne, że jego młode nie były z nim spokrewnione krwią, nigdy ich nie traktował inaczej. Wtedy też jego wzrok padł na Fląderkę. Ta wstrętna kocica tkwiła w żłobku na tyle długo, że nie pamiętał już dnia, gdy nie musiał oglądać jej pyska. Wtedy na myśl przyszła mu pewna rzecz. Być może nie uchronił zbyt dobrze swojej córki przed tym odrzutkiem? W końcu Fląderka była na ślubie Szafirki i Kasztana. Do tego zawsze kręciła się na jego gust zbyt blisko niebieskiej. Wbił pazury w posłanie. Być może ten parszywy stwór zaraził ją iskrą zdrady albo pecha. Sprawiła, że jego kochane dziecko zachorowało, a spaczenie przedostało się do serca Urodziwej. Tak, zdecydowanie mogło się tak stać. Wpatrywał się przez chwilę zielonymi ślepiami w czekoladowe ścierwo, a następnie podniósł się i podszedł do kotki.
— Fląderko — zaczął cicho. Skorzystał z tego, że młode kotki nie były tak blisko matki.
— To przez ciebie moja córka zniknęła. Pamiętasz, jak mówiłaś o zarażeniu innych poprzez dotyk futra? Teraz już rozumiem, co miałaś na myśli. Specjalnie wybrałaś Urodziwy Szafirek, bo była dobra i miła dla was obrzydliwych czekotów, sprawiłaś, że dosięgnęło ją spaczenie. Pozbawiłaś mnie dziecka — rzekł ostrym, ale na tyle cichym głosem, by nikt inny go nie usłyszał.
— Jak mogłaś to zrobić? — dodał, mrużąc zielone ślepia.

<Fląderko? Jak czujesz się z faktem odebrania mi dziecka?>

Od Wężynowego Splotu do Szepczącej Hipnozy

Wężynowy Splot, jak to miała w zwyczaju, swój dzień zaczęła od pielęgnacji futra. Zazwyczaj przy tym procesie towarzyszyła jej któraś z zaprzyjaźnionych kotek, tym razem jednak wojowniczka skazana była na samą siebie. Przerywając na chwileczkę czyszczenie, podniosła łeb i wycelowała spojrzenie przymrużonych oczu prosto w Śnieżną Mordkę, a futro od razu zapiekło ją z zazdrości. Ciężko znosiła widok uśmiechniętej od ucha do ucha przyjaciółki, której ekscytacja w żadnym stopniu nie dotyczyła Wężynki. Nie dało się ukryć, że Juniorka wprost uwielbiała być w centrum uwagi, lecz tym razem tak nie było, co niezmiernie ją frustrowało. Jej zielone ślepia przeskoczyły na towarzyszkę srebrnej – Czosnkową Krewetkę i niemal natychmiast złość w Wężynowym Splocie zważyła. Chociaż dotychczas jakoś bardzo szylkretowa jej nie przeszkadzała, to odkąd zaczęła kręcić się wokół Śnieżnej Mordki, Wężynka ją szczerze znienawidziła. Zielonooka nie mogła zrozumieć swojej srebrnej przyjaciółki, czy obecność Wężynki nie miała dla niej żadnego znaczenia? Czy te wszystkie sezony, przez które wspólnie przeszły, straciły dla Śnieżki znaczenie? Dlaczego tak łatwo przyszło jej zamienić Wężynowy Splot na tę kupę lisiego łajna!
— Czy ona serio nie zdaje sobie sprawy z tego, jakiego zaszczytu doświadczyła, mając możliwość oddychać tym samym powietrzem co ja, a co dopiero móc nazwać się moją przyjaciółką!
— Co tam mamroczesz? — Przed kotką stanął Siwa Czapla. Po wyrazie jego pyska można było wywnioskować, że doskonale wiedział, co wojowniczka mamrotała, a nawet, że był tym wielce rozbawiony.
Wężynowy Splot posłała mu mordercze spojrzenie, nie lubiła tego kocura, a od niedawna zaczęła go wręcz nienawidzić, na co dumnie sobie zapracował.
— Idź ratować ryby z wody, zanim się utopią. — Szylkretka przymrużyła oczy, ani na moment nie spuszczając spojrzenia z wojownika. — Lepiej daj mi spokój, bo wiesz, wydaje mi się, że klan z chęcią dowie się, co kombinujesz ze Śnieżną Mordką i Czosnkową Krewetką. Swoją drogą, Śnieżka dokonała paskudnego wyboru, w klanie jest tyle innych kotów…
— Okej, dotarło! Myślałem, że jednak jesteś jakkolwiek wierna Śnieżnej Mordce, ale najwidoczniej się myliłem i wiesz co? Ona rzeczywiście dokonała paskudnego wyboru, od początku powinna zaprzyjaźnić się z Czosnkową Krewetką, a nie tobą!
Po tych słowach odszedł z wysoko uniesionym łbem, zostawiając Juniorkę samą z mętlikiem w głowie. Przez kilkanaście szybkich uderzeń serca nie wiedziała co powiedzieć. Czuła, że Siwa Czapla powiedział na głos to, co od dawna Wężynka trzymała z tyłu głowy, próbując zignorować. Przecież Juniorka starała się być dobrą przyjaciółką… Szybko rozejrzała się po obozie, chciała skupić na czymś myśli, jednak zamiast tego dostrzegła srebrną kocicę zmierzającą w jej stronę z wielkim uśmiechem na pysku. Futro na karku Wężynowego Splotu podniosło się, a żółć napłynęła do gardła, nie chciała przebywać w towarzystwie wojowniczki, aż nie ochłonie, dlatego też, zanim Śnieżka zdążyła przycupnąć u boku szylkretki, ta wystrzeliła z miejsca w stronę dziupli na zwierzynę.
— Wężynowy Splocie? — zawołała za nią zdezorientowana niebieskooka.
Juniorka machnęła jej jedynie ogonem, po czym zanurkowała w dziupli. Dopiero po kilku sekundach wyjęła głowę z otworu i obróciła się szybciutko, ostrożnie spoglądając w stronę przyjaciółki, chcąc upewnić się, że Śnieżna Mordka za nią nie podążała. Mogła odetchnąć z ulgą, gdyż srebrna zatrzymała się w miejscu z lekko przechyloną głową, wpatrując się w punkt, gdzie jeszcze chwilę temu siedziała szylkretka, po czym ze zmieszaniem na pysku odeszła w innym kierunku. Wężynowy Splot miała w głowie słowa Siwej Czapli, nie chciała załamywać się myślami na ten temat, Śnieżna Mordka nie byla tego warta! To tylko słaba wojowniczka, której obecność w życiu zielonookiej szkodziła!
— Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa… — mruknęła szylkretka, przypominając sobie, gdzie się znajdowała.
Zdała sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie blokowała innym dostęp do zwierzyny, dlatego prędko odsunęła się od dziupli, rozglądając się dookoła. Okazało się, że w istocie zastawiła komuś dojście do posiłku, gdyż obok wojowniczki stała Szepcząca Hipnoza, wpatrując się w Juniorkę ze zmieszaniem.

<Szepcząca Hipnozo?>

Od Tropiącej Łaski do Kocimiętkowego Wiru

Szylkretowa wojowniczka, po niedawnej pogawędce z Ognikową Słotą, poczuła autentyczną ciekawość wobec kotki, o której matka kultu potrafiła opowiadać bez końca. Pragnęła osobiście przekonać się, jaka naprawdę była Kocimiętkowy Wir – tym bardziej że ta dobrze znała Nadciągający Pomrok. Pozycja pręguski w klanie była niezachwiana; cieszyła się względami Zalotnej Gwiazdy, będąc przecież partnerką jej ukochanej córki oraz bliską przyjaciółką drugiej. Gdy zielonooka kotka rozmyślała o Kocimiętkowym Wirze, niespodziewanie dostrzegła ją na skraju obozowiska. Dopiero teraz uderzyło ją, jak niesamowicie płomienne było futro mistrzyni Klanu Wilka. W tym jednym momencie zrozumiała, co Ognikowa Słota w niej widziała. Kotka bez wątpienia przyciągała wzrok i uosabiała wszystko, co podobało się Tropiącej Łasce. Choć szylkretka najbardziej ceniła własne, pstre umaszczenie, musiała przyznać, że ta drobna, lecz silna pręguska miała w sobie urok. Ich spojrzenia mogłyby być podobne przez przenikliwy, zielony odcień ślepi, choć ostatnio Tropiąca Łaska złapała się na tym, że to brązowe oczy fascynowały ją najbardziej. Nie zwlekając, wojowniczka podeszła i zajęła miejsce obok pogrążonej w rezygnacji mistrzyni. Kocimiętkowy Wir nawet nie drgnęła na jej widok, wojowniczka zmarszczyła nos, po czym zaczęła mówić.
— Mam poczucie, że straciłyśmy wiele czasu, nie rozmawiając ze sobą, Kocimiętkowy Wirze, a przecież tak wiele nas łączy. Kiedy Ognikowa Słota zaczęła opowiadać o Tobie z tak wielkim uznaniem, poczułam, że po prostu muszę Cię bliżej poznać.

<Kocimiętkowy Wirze?>

Od Bratek

Jakiś czas temu

Bratek obudziła się wcześnie, gdy słońce dopiero wschodziło. Wstała, pokasłując. Leciało jej z nosa. Była zmęczona, ale możliwość pójścia na trening i ciekawość świata wokół napełniały ją energią. Wybiegła z legowiska i nadal pokasłując, poszła na ustalone miejsce spotkania z Gondorem. Po drodze zmęczenie dwa razy zmusiło ją do chwilowego odpoczynku, ale nie chcąc spóźnić się na trening, wstała szybko i wznowiła bieg. W końcu odnalazła Gondora i do niego podeszła.
— Przybyłam na trening. Nie spóźniłam się? — spytała się Bratek.
Gondor przed odpowiedzią przyjrzał się uważnie uczennicy.
— Nie, ale to właśnie mnie dziwi. Jesteś ewidentnie chora. Nie wiem, jak mnie to ominęło podczas ostatniego spotkania. Twój trening widocznie poczeka, musisz najpierw wyzdrowieć.
— Czy na pewno musi zaczekać? Czekałam na to tak długo, a i tak muszę odbyć treningi. Na pewno lepiej będzie, jeśli już jeden przejdę… a poza tym, jestem bardzo zmotywowana, by zwiedzić wszystko wokół! Jakakolwiek choroba mnie nie pokona — odpowiedziała stanowczo Bratek.
— Boję się, że jednak pokona, a z treningu i tak mniej skorzystasz przez nią. Musisz i tak wyzdrowieć z tego, więc chodź, odprowadzę Ciebie do uzdrowiciela jak najszybciej i gdy wyzdrowiejesz, to rozpoczniemy trening.
— No dobrze… — odpowiedziała Bratek, jednak gdy Gondor się obrócił, zaczęła iść w przeciwną stronę. Była nadal niedaleko obozu, więc uważając, że się nie zgubi, ruszyła, by zbadać choć trochę tego, co znajdowało się wokół niego. Zwróciła uwagę na nowo rosnące liście wokół. Chodziły po nich mrówki i inne, dziwne owady. Wykonała kilka kroków przed siebie, ale po chwili pojawiła się przed nią wysoka, biała sylwetka Gondora.
— Widzę, że masz siłę i odwagę, by się oddalać, ale ta choroba naprawdę nie jest błahą sprawą. Nie będę Ciebie nieść do obozu, więc chodź przede mną i prowadź, nie uciekniesz wtedy przynajmniej, jak przed chwilą.
Gondor wraz z Bratkiem wyruszyli w stronę obozu. Kotka przeszła drogę, nie protestując. Uznała z czasem, że najłatwiej dla niej będzie posłuchać się i wyzdrowieć przed treningami. W obozie otrzymała od uzdrowiciela gwiazdnicę i wrotycz do spożycia i zaczęła się powoli kurować.

Pół księżyca później

Niedługo po wschodzie, Bratek opuściła swoje legowisko. Wstając na łapy, nie czuła ciężaru choroby, tylko nadal siłę, by odbyć trening. Ruszyła spotkać się z Gondorem, z którym niedługo później wyruszyła poza obóz. Obserwując świat wokół, chwilowo zaspokajała swoją ciekawość i podążała za Gondorem bez pytań. Idąc w ciszy, rozglądała się wokół, na drzewa, na małe, rosnące liście, na grzyby. W końcu zdecydowała jednak się spytać.
— Chodzimy już jakiś czas, ale gdzie my się kierujemy? Co będziemy robić, jak mam ćwiczyć?
— Idziemy do Dębowej Ostoi. Musisz po pierwsze zdobyć siłę, więc będziesz kopać dołki. Po drugie, musisz nauczyć się rozpoznawać tropy - ślady pozostałe po innych zwierzętach, szczególnie te lisie. Tam właśnie je znajdziemy — odpowiedział Gondor.
— Oo, podoba mi się ten plan.
Koty kontynuowały podróż. Wychodząc z Owocowego Lasu, przeszli nad rzeką, którą uważnie studiowała Bratek i wkroczyli na rozlewisko. Gondor omijał kałuże i błoto, do których Bratek wsadzała łapy, sprawdzając, jak głębokie były i jak się zachowywały. Próbując poznać właściwości jednej z kałuż, wpadła całymi przednimi łapami do środka, ledwo ratując głowę przed zanurzeniem się, ale nie przed pochlapaniem wodą. Gondor, słysząc głośny plusk, cofnął się i wypchnął głową Bratek z kałuży. Kotka stała chwilę w miejscu, oczy bolały ją od brudnej wody, która do nich wpadła i trudno jej było widzieć, a gdy tylko zaczęła normalnie widzieć, zorientowała się, że Gondora nigdzie nie było. Gęsta i wysoka trawa jej zasłoniła wszystko prócz kałuż, gleby i nieba, na szczęście oprócz świeżych śladów. Bratek zaczęła nimi podążać. Długo nie dostrzegała w tym żadnego problemu, w końcu nadal wiedziała, gdzie miała się kierować, a słyszała czasem niedaleko stawiane kroki lub widziała mały kawałek białego futra. Szła tak, dopóki ślady nie zaczęły kierować w stronę ziemi pełnej kamieni, na których już ich nie było.
— Gondorze? Jesteś tutaj...? — spytała głośno Bratek. Widząc jednak po raz pierwszy kłębek trawy, za którym zdawało się jej, że nie było jej więcej, szybko wyskoczyła z gęstwiny i znalazła mentora.
— O, jesteś — Bratek odpowiedziała sobie samej. — Zdawało mi się przez chwilę, że zniknąłeś, ale udało mi się Ciebie wytropić.
— To bardzo dobrze i co do tego, zobaczę czy blisko nie mamy takich, których mogę Ci pokazać — odpowiedział.
— A ja teraz…
— A Ty możesz rozpocząć ćwiczenia, raczej dobrze będzie, jeśli zaczniesz od kopania tych dołków, poradzisz sobie.
Bratek widziała, jak Gondor odszedł i kręcił się po okolicy, a ona zaczęła kopać. Starała się uczynić tę czynność ciekawszą dla niej, zastanawiając się, czy może coś tak znajdzie, ale nie udało jej się znaleźć tego zadania interesującym. Szybko przez to straciła siłę i nie wykopała wiele, prędko też jednak wrócił Gondor i zaczął uczyć Bratek rozpoznawania tropów, lisich, zajęczych, a nawet tych należących do jeżów, co bardzo ją zaciekawiło i napełniło ją siłą. Szybko nauczyła się rozpoznawać bez problemów ślady, które pokazał jej Gondor. Później rozpoczęli powrót do obozu. Bratek dreptała, niosąc cięższe gałęzie, by uzupełnić trening i szybko dotarła z Gondorem do celu.

[819 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

[16% + 5%]

Od Jagnięcego Ukłonu

Starsza medyczka coraz bardziej odczuwała swój wiek. Miała niezliczoną ilość siwych włosków na pysku oraz bóle stawów, gdy przebywała w jednej pozycji zbyt długo. Być może powinna pomyśleć o emeryturze, ale dopóki miała siły, a pamięć jej wiernie służyła, nie zamierzała zgłaszać takiej ewentualności. Poza tym miała kolejną uczennicę pod skrzydłami. Pierwszą była Księżycowa Aldrowanda, a choć miała piękne imię, ale dla Jagienki człon Księżyc sprawiał wewnętrzny ból. Być może dlatego, że nigdy nie potrafiła zapomnieć o swojej mentorce. Tak naprawdę swoje obecne miejsce zawdzięczała właśnie jej. To Ćmi Księżyc wyciągnęła do niej łapę, gdy większość obrzucała ją wrogimi spojrzeniami i na nią syczała. Z drugiej strony była Ćmia Łapa. Jaka ironia losu, że obie jej uczennice miały nawiązanie do zmarłej medyczki i jej przyjaciółki. Czasami jej serce kłuło ją niemiłosiernie, gdy tylko słyszała imiona dwóch kotek. Jednak nigdy nie odmówiła im pomocy, czy rozmowy. Ćma tego nie zrobiła ani razu w stosunku do niej, więc i Jagnięcy Ukłon nie zamierzała być inna wobec swoich podopiecznych. Nie wybaczyłaby sobie tego, gdyby którąś z nich zraniła słownie. Zresztą starała się nikogo nie ranić, więc nawet nie wiedziała, jak miałaby to zrobić. Potrząsnęła lekko łbem, strzepując z pyska łzy, o których istnieniu nie zdawała sobie sprawy.
— Masz prawo do wspomnień. Masz prawo, by cierpieć. Masz prawo płakać. Jagienko, masz do tego wszystkiego prawo. — wyszeptała rudaska do siebie, by dodać sobie otuchy. Łzy nie były oznaką słabości, dla medyczki był to symbol odwagi do ukazywania swoich prawdziwych emocji. Była to drzemiąca siła, która pomagała wyrzucić z siebie ból, by później podnieść łeb i iść dalej. Uśmiechnęła się do siebie, przenosząc wzrok na poukładane zioła w składziku.
— Wiem, że jesteś blisko. Wiesz, nasi kochani chłopcy są tacy wspaniali. Cieszę się, że mogłyśmy się nimi zająć, bo przypominają mi o tobie. — dodała, podnosząc się z cichym sykiem. Chyba się zasiedziała. Pokręciła lekko łbem, a następnie ruszyła w stronę składzika z ziołami.
— Jagnięcy Ukłonie — rozległ się głos za jej grzbietem. Niebieskooka medyczka przystanęła, a następnie się odwróciła. Od razu wyczuła, że coś było nie tak.
— Pajęcza Nicio, połóż się, ja już idę do ciebie — miauknęła, zbliżając się do kocicy. Zjeżyła lekko ogon, czując od ciemnej wojowniczki odór choroby.
— Poczekaj tu — miauknęła. Odwróciła się i poszła do miejsca składowania ziół. Zastanawiała się, dlaczego Pajęcza Nić przyszła dopiero teraz. W końcu to było przedostatnie ostrzeżenie przed czarnym kaszlem. Zgrabnym ruchem sięgnęła po gwiazdnicę, wrotycz i kocimiętkę. Wróciła do kocicy, a następnie bez zbędnego zwlekania przygotowała zioła w potrzebny sposób. Jej ruchy były precyzyjne, choć naznaczone wiekiem.
— Zostaniesz tu przez jakiś czas, muszę mieć na ciebie oko. Następnym razem przyjdź wcześniej, bo może skończyć się gorzej, niż w tym momencie — rzekła spokojnym, troskliwym głosem. Kiedy wojowniczka zasnęła, rudaska posprzątała miejsce pracy. Oddaliła się cicho od kotki, a widząc wchodzącą Aldrowandę, dała jej znać, by zachowała ciszę. Ogonem wskazała na śpiącą Pajęczą Nić.

Wyleczeni: Pajęcza Nić

Od Fląderki

Fląderka, leżąc na swoim posłaniu, przyglądała się śpiącym kociętom. Wełnianka, Centuria, Lipieniek i Komar. U jej boku brakowało dwójki kociąt, którymi do tej pory się zajmowała. Bzyczek oraz Pyza. Te dwa maluchy, które może i nie były jej biologicznymi dziećmi, a potomstwem czekoladowej samotniczki, pokochała, jak własne kocięta.
Początkowo obawiała się wchodzenia z nimi w interakcję, tym bardziej czuła niezręczność, kiedy Bzyczek omyłkowo zwrócił się do niej "mamo", a zaraz jedno z jej dzieci tłumaczyło mu, że szylkretowa kocica wcale nie jest jego mamą.
– Lipieńku... – zwróciła się do burego kocurka, który z nieco nadąsaną miną przyglądał się starszemu kocurowi. W jego spojrzeniu kryła się obawa... tylko przed czym? Czyżby jej synek obawiał się, że bardziej kochała znajdki niż swoje własne dzieci. – P-posłuchaj mnie uważnie, dobrze? Pyza i Bzyczek nie są moimi dziećmi, ale zaopiekowałam się nimi, gdy patrol przyniósł ich do klanu, nim wy się urodziliście.
Nie opowiedziała synkowi o dokładnej sytuacji pojawienia się trójki kociąt na terenach Klanu Nocy. Nie uważała, aby ta opowieść pomogła mu zrozumieć, dlaczego nie ma nic przeciwko temu, aby Bzyczek nazywał ją "mamą". Ta opowieść mogła również przestraszyć małego ciekawskiego kocurka, a tego nie chciała. Chociaż może Złocisty Widlik zdradził Lipieńkowi tożsamość matki trójki znajdek?
I przede wszystkim zapewniła o tym, że kocha bardzo czwórkę swoich biologicznych kociąt, jednak przez ten czas spędzony na zajmowaniu się znajdkami, również pokochała Bzyczka i Pyzę. Może i jej serce nie było duże, ale znalazło się w nim miejsce dla szóstki kociąt.
– No dobrze... wierzę ci. – Pokiwał łebkiem, podchodząc bliżej Fląderki. – Milczek jest bratem Pyzy i Bzyczka, prawda? – spytał, na co szylkretka pokiwała łebkiem. – To dlaczego nie jest pod twoją opieką... chodzi o twój i jego kolor sierści?
Lipieniek był bystrym kocurkiem, o czym Fląderka dość szybko się przekonała. Zastanawiała się, czy tę bystrość odziedziczył po którymś ze swoich dziadków. Jednak jego pytania czasami niepokoiły Fląderkę, podobnie, jak jego wyzywające spojrzenie rzucana chociażby Siwej Czapli czy innemu wojownikowi. Nie chciała, aby koty zaczęły plotkować na temat kolejnego z jej dzieci. Właściwe wojownicy na pewno plotkowali o jej kociętach, o tym, kto był ich ojcem, czy zbiegły Konwaliowa Mielizna, czy może inny wojownik, który nie zamierzał przyznać się do ojcostwa. Jednak w szczególności wojownicy plotkowali o Wełniance i jej dziwnym podrygiwaniu, niemej Centuri czy Komarze, który zamiast podejść się i przywitać, straszył starszych wojowników i młodsze kocięta. Nie chciała, aby również Lipieniek stał się większym tematem plotek, tylko dlatego, że spojrzał się na kogoś w niemiły sposób.
– Moje mleko nie służyło Milczkowi. Nie wiem dlaczego, Lipieńku, jednak gdyby nie to, najprawdopodobniej nim również bym się zajmowała. I wtedy miałabym kolejnego synka, a ty braciszka... na szczęście mleko Sennej Łzy nie szkodzi mu. – Uśmiechnęła się, pozwalając sobie na nieco bardziej entuzjastyczny ton. – P-poza tym, opiekując się Pyzą oraz Bzyczkiem spłacam dług... moja mama, podobnie jak ich mama odeszła, gdy byłam bardzo, bardzo malutka. W klanie nie było wtedy żadnej królowej, która mogłaby się zająć mną czy moim rodzeństwem. Ale była księżniczka Czyhająca Murena. Cała nasza trójka, ja, moja siostra, po której nazwałam Centurię, Centuriowa Łapa oraz mój brat Rezedowa Łapa byliśmy wykarmieni przez księżniczkę. A oprócz tego zajmował się nami Złocisty Widlik. Wtedy był uczniem piastunki Kotewkowgo Powiewu.
Lipieniek zadał jej jeszcze kilka pytań, na które niestety nie była w stanie odpowiedzieć lub jej odpowiedź nie była zadowalająca dla małego kocurka.
Fląderka cicho pociągnęła nosem, na wspomnienie tej rozmowy sprzed kilku księżyców. Tęskniła za obecnością dwójki kociąt, które zostały odesłane do Klanu Wilka i rozdzielone z Milczkiem. Fląderka zastanawiała się, czy na kremowego kocurka wpłynęła jakoś ponowna rozłąka z rodzeństwem, jednak przed problemy ze zrozumieniem go, nie miała pojęcia. Wymarzona Słodycz uważała, że dla tych kociąt odejście do sojuszniczego klanu będzie szansą na możliwość podjęcia ścieżki wojownika. A tego właśnie Fląderka dla nich skrycie chciała, aby zamiast bycia odrzutami podobnie, jak i ona, z powodu koloru sierści, mogli zostać w przyszłości tym, kim pragną być. Dzielnym wojownikiem lub wszechstronnie uzdolnionym medykiem.
Pragnęła tego również dla swoich dzieci, ale obawiała się, że tylko jedno z nich będzie mogło otrzymać pozwolenie na przystąpienie do ceremonii ucznia i rozpoczęcie treningu. Okrywając ogonem kocięta, zaczęła nucić jedna z piosenek, którą zdarzyło się nucić Kotewkowemu Powiewowi, gdy Fląderka była kociakiem.

Od Zamroczki do Iglaka

W górze świtały promienie słońca i pogoda była trochę chłodna. Zamroczka wstała i przeciągnęła grzbiet, czując, jak bardzo się rozpręża.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiła, było zakradnięcie się od tyłu do swojego brata, Iglaka. Chciała sprawdzić, czy uda jej się przejść obok niego tak, żeby się nie obudził.
Zaczęła iść do przodu i ostrożnie podnosiła łapy. Zgodnie z planem dość dobrze jej szło. Niestety Iglak podniósł się i wściekle zasyczał, przez co zdezorientowana Zamroczka chwiejnie zamachała ogonem, na którym się poślizgnęła. To sprawiło, że prawie się przewróciła, ale w ostatniej chwili złapała równowagę.
Koteczka otrząsnęła swoje miękkie, czekoladowe futro.
– Jak to możliwe, że mnie usłyszałeś? – zapytała tonem przypominającym fuknięcie. – Przecież szłam bez hałasu... Prawda?
– Wywęszyłem twój zapach – powiedział Iglak, unosząc głowę.
Zamroczka, w przypływie rozczarowania z własnych umiejętności, usiadła i zamaszyste kiwnęła końcówką ogona. Często tak robiła, gdy coś jej się nie udawało.
Postanowiła porozmawiać o czymś z bratem.
– Zrobimy coś?
Kocurek się zastanowił.
– Jasne, tylko co?
– A może zagramy w jakąś grę? Jedno z nas może być przywódcą Klanu Wilka, a drugie przywódcą innego klanu. Potem będziemy przekraczać granice terytoriów i zdobywać jak najwięcej, hm, załóżmy, że ziół – zaproponowała Zamroczka.
– To zbyt skomplikowane, Zamroczko – mruknął Iglak.
Koteczka pomyślała, iż chętnie mu lepiej wytłumaczy, ale zanim wyraziła swoje zdanie na głos, drugi kociak zrobił krok do tyłu i oznajmił:
– Wolałbym pobawić się w chowanego.
– Dobrze, idź się ukryć – powiedziała z zadowoleniem Zamroczka.
Zamknęła oczy i, czekając chwilkę, oceniała, jak długo powinna jeszcze ich nie otwierać. Gdy stwierdziła, że nadszedł odpowiedni czas na szukanie, wyczuliła wszystkie swoje zmysły.
W oddali słyszała dźwięk małego potoku, w górze wyczuwała woń liści, z kolei przed nią widniały ledwo wyostrzone przez mózg widoki jeżyn na krzewach. Nie zauważyła jednak nigdzie śladów wskazujących na obecność Iglaka. Poszła dalej i okrążyła cały żłobek. Po długim czasie usłyszała szelest w roślinach Zakradła się tam, a po chwili zobaczyła ciemne i pręgowane futro, ukryte w pokrzywach.
– Znalazłam cię, braciszku – stwierdziła koteczka, przy czym spod pokrzyw wyłonił się Iglak, który zawołał:
– Ale trochę długo ci to zajęło!
Zamroczka pokręciła głową. Nie było jej winą, że Iglak bawił się w to więcej razy niż ona!
W końcu wbiła ślepia w pokrzywy.
Zdała sobie sprawę z tego, że czasami Iglak zachowywał się nieznośnie, ale potrafił być dobrym kompanem we wspólnych zabawach. Chyba powinna spróbować go choć troszkę zrozumieć.
– Czy to prawda, że one parzą? – spytała.

< Iglaku? >

Od Nieboskłonnej Łapy do Roztargnionego Koperku

TW, śmierć

 . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ .
Nieboskłonna Łapa goniła za zającem, czując adrenalinę buzującą w jej żyłach. Czuła się tak, jakby ktoś wziął kocią odmianę strzykawki, pobrał trochę energii i magii ze srebrnej skórki, po czym wstrzyknął jej z błogą nieświadomością, jak bardzo może przeliczyć się co do umiejętności tak młodej uczennicy. W tym momencie pazury młodej niemal prześlizgały się w futrze z ogona uszatego, przechodząc przez nie jak nóż wchodzący w ciepłe masełko na świeżo usmażonych naleśnikach, gdy nagle wizja rozmyła się przed jej łapami. Zdezorientowana szylkretka zakręciła się w kółko, niczym szczenię goniące za swoim ogonem, nie wiedząc jakim prawem ta sielanka skończyła się tak szybko, jak się zaczęła, kiedy Malinka usłyszała za sobą pisk kocięcia. A raczej kociąt. Kiedy obróciła się za siebie, ujrzała swoje dwie bezbronne siostrzyczki, łkające z bólu i strachu, ponieważ w całe ich malutkie i w oczach owej Niebo tak kruche ciałka, wbite były drzazgi. Chodź ciężko nazwać te rzeczy drzazgami, ponieważ były grubości porządnej kory dębu starszego niż wszystkie Burzaki razem wzięte. Burka spanikowana zaczęła wyjmować te wielkie kłody z szylkretek, nie mogąc słuchać łamiących jej serduszko odgłosów, jakie wtedy z siebie wydawały. I kiedy już była pewna, że jej małe skarby jakoś się z tego wyliżą, przyszedł czas na pobycie się ostatnich, a zarazem najbardziej ryzykownych sztuk, które umiejscowiły się niebezpiecznie blisko tak ważnych narządów, jak dwa, jeszcze kształtujące się serduszka. Nieboskłon była jednak tak pochłonięta w swojej chęci uratowania sióstr i zakończenia ich cierpienia, że zanim one odezwały się, mówiąc, iż ta okolica najbardziej je boli, ona zdążyła wyrwać wszystkie na raz. Poziomka i Porzeczka zaczęły skomleć do takiego stopnia, że Malinka mogłaby zejść na zawał, będąc pewną, że uśmierciła swoje siostrzyczki. W pewnym jednak momencie ta wizja skończyła się, przenosząc uczennice do obozu Klanu Burzy, na którego samym środku stały wszystkie najważniejsze w klanie (oraz najbliższe jej) koty. Byli tam między innymi Zawodząca Gwiazda, Skrzydlata Płomykówka i Wędrujące Niebo. Wszyscy oni patrzyli się na nią tak, jakby zrobiła ABSOLUTNIE najgorszą rzecz, jaką tylko kot mógłby uczynić w swym jakże nieistotnym i nic niewartym żywocie. Chłodny głos dymnego rozniósł się po całym tunelu, wbijając się w uszy młodszej.
— Jak mogłaś zamordować swoje siostry i znieważyć zarówno Klan Burzy, jak i całą jego społeczność?... — zapytał retorycznie, kiedy zza jego pleców wyłonił się rudy uczeń, na którego pysku widniał niezrównoważony w ślepiach, jak i odczuciach burej uśmiech.
— Mówiłem ci, jak kończą zdrajcy… Pamiętasz?... — wyszeptał, nakładając nacisk na przed ostatnie i ostatnie słowo w swojej właśnie spełniającej się groźbie srebrny.
Z pyszczka szylkretki wydobył się odgłos bliżej niezidentyfikowany, który wyrażał jej żal i mimo iż chciała chociaż próbować się wytłumaczyć, nie wychodziły z niej żadne dźwięki, które można by zrozumieć i uznać za mowę kocią. Kiedy już wszyscy wysoko postawieni czy to wśród klanowiczów, czy to wśród bliskich jej sercu kotów mieli się na nią rzucić, obraz znów rozmył się przed jej oczyma.

. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Nieboskłon otworzyła ślepka, czując po raz kolejny ten nieopisywalny ucisk w klatce piersiowej.
“ To był tylko zły sen… Tylko zły sen…” — powtarzała w głowie, spoglądając na swoje siostry, które smacznie spały po swoich wyczerpujących treningach, kiedy jej szkolenie dopiero miało się zacząć, ponieważ jej dzień rozpoczynał się, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi…

 . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Aktualnie Nieboskłonna Łapa siedziała przed wejściem do obozu, słuchając szelestu krzewów i trawy, czekając na Lotosowy Pąk. Był już późny wieczór, co oznaczało ostatni patrol graniczny tego dnia, ponieważ ona i jej mentor zostali do niego wyznaczeni. Malinka nadal nie mogła wyrzucić koszmaru z głowy, martwiąc się o szylkretki. W jej umyśle każdy jej sen musiał być jakimś omenem, próbującym ostrzec ją przed zagładą, zbliżającą się do jej rodziny. Mimo to uczennica musiała wyjść na patrol, mimo iż bardzo tego nie chciała. W końcu ona, jej mentor, Cyklonowe Oko oraz Ruda Lisówka. Bura czuła jakieś napięcie między tą trójką starszych od siebie kocurów, ale jeśli miałaby być szczera, to jej odpowiadała cisza zachowana podczas całego spaceru. Jedynie albinos raz na jakiś czas odzywał się do niej, jednak szylkretka odnosiła wrażenie, że robi to od niechcenia tylko i wyłącznie dlatego, że musi. Ale jeśli taka atmosfera oznaczała, że będzie ona miała możliwość słuchania odgłosów nocy i obserwowania tak magicznego nieboskłonu, to powiewało jej to absolutnie, co jest między wojownikami, a jej mentorem, który zasadniczo miał ją trochę gdzieś. W pewnym momencie rudy i kremowy oddalili się od niej, czując zapach królika, podczas gdy Pąk oznaczał jakieś pojedyncze drzewo, kotka ujrzała coś poruszającego się przy granicy. Na początku spięła się z myślą, że może to być jakiś intruz zagrażający Burzakom czy patrolowi, jednak kiedy ujrzała istotę zbierającą jakieś habazie czy cokolwiek tamten kot robił, jakoś bardziej się zaciekawiła, niż przyjęła tą swoją wieczną postawę obronną. Jej ślepia podążały za Wilczakiem krok w krok, dopóki owy twór nie ujrzał Malinki stojącej gdzieś trochę dalej.

< Nieznajomy? Przywitaj się ze mną, nie gryzę… Raczej:3 >
[799 słów, trening kronikarza Nieboskłonnej Łapy]

[16%]

Od Ćmiej Łapy cd. Trójokiego Zająca

Ćma spała w spokoju na posłaniu przy wejściu do legowiska. Kotka była bardzo zmęczona po wczorajszym dniu, gdzie uzupełniali magazynek ziołami z różnych części terytorium. Ze snu o tłustych myszach i pięknych ptakach zbudził ją krzyk jakiegoś kota. Obudziła się gwałtownie, ale później znów sennie zamknęła oczy. Był dopiero wczesny ranek, mogła jeszcze trochę podpać. Jednakże później do legowiska wbiegł przestraszony kocur. Kotka nie wiedziała, ile czasu minęło pomiędzy tymi dwoma wybudzeniami, ale jedno było pewne: są ze sobą powiązane.
Zanim otworzyła oczy, a do jej nosa doleciał zapach strachu, który niemalże przykrył woń Trójokiego Zająca.
– Jagnięcy Ukłonie, pomocy! Firletkowa Łapa spadł z klifu! – krzyknął.
Ćmia Łapa na tą wiadomość o mało nie zemdlała z wrażenia. Ale… ale jak to? Czy on jeszcze żył? Czy jak przyjdą do niego, jego młode serce nadal będzie bić?
Starsza medyczka od razu się zerwała z miejsca.
– Czy już poszedł ktoś tam do niego?
– Tak, Kukułczy Wdzięk. Jagnięcy Ukłonie, pomóż nam!
Kremowy nie musiał czekać długo na reakcję.
– Księżycowa Aldrowando, weź rzeczy na złamania, krwawienia i wybicia. – rozkazała medyczce wracającej z kontroli chorych – Ćmia Łapo, leć na miejsce i zrób pierwszą pomoc.
Krótkoogonowa ledwo powstrzymując łzy, wystrzeliła z jaskini, kurczowo trzymając się ściany klifu.
– Pomocy! – usłyszała lament swej matki, Kukułczego Wdzięku.
– Mamo, już biegnę! – odkrzyknęła i zsunęła się zgrabnie z klifu. Jednak zbieranie owoców z kolczastych krzewów się na coś przydało.
Zastał ją przerażający widok. Jej braciszek
Leżał na boku, a jego kończyny były dziwnie położone. Pierwsze co rzucało się w oczy, była cała zakrwawiona i wygięta przednia lewa kończyna kocurka. Z jego głowy spływała stróżka krwi, co wskazywało na to, że uderzył głowę o kamień, co może trwale uszkodzić jego orzech włoski w środku.
– Mamo, widziałaś, jak spadał? Głową w dół czy łapą?
Szylkretka tylko kurczowo wylizywała swojego kociaka.
– Kukułczy Wdzięku, ja go przejmę. – odepchnęła lekko swoją matkę, aby wyrzucić ją z transu. Wszystko robiła w teorii, nigdy jeszcze nie miała tak poważnego i emocjonalnego urazu, ale nie mogła zawieść swej mentorki oraz rodziny.
– Ćmia Łapo, czy on przeżyje? – załkała przerażona matka.
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. – odpowiedziała.
Oddech brata był nieco nierówny, ale był. Również był nieprzytomny, na nic nie reagował.
Kremowa kotka delikatnie opatrzyła kocura. Nawet nie zauważyła, kiedy inni dotarli na miejsce.
– Ćmia Łapo, daj mi go obejrzeć. – na słowa Jagnięcego Ukłonu koteczka się odsunęła, by zrobić miejsce mentorce.
– Stracił przytomność, ale oddycha. Jego łapa jest złamana. Uderzył się w głowę i leci mu krew, ale chyba całe uderzenie przyjął na łapę.
– Dobra robota Ćmia Łapo – odmiałknęła znad ciała medyczka. Chyba nie była zła, że tak znienacka zsunęła się do brata?
– Krwawienie zatamowane. Trójoki Zającu, Kukułczy Wdzięku, podnieście Firletkową Łapę, trzeba go zanieść do legowiska, rana jest poważna.
Rodzice wzięli delikatnie syna, wogule nie zareagował. Ćmia Łapa ciężko oddychała. Czy on przeżyje? Czy wyjdzie z tego bez szwanku? Czy zrobiła coś… instynktownie? Zawsze jej każdy krok był przygotowany i przemyślany. Dla niej wrogowie mogli być wszędzie, kryli się za każdym krzakiem, by znowu uderzyć. Dzięki Migot, na coś się przydałeś, bo jeżeli taki rozpuszczony dzieciak był zagrożeniem dla jej kariery medyka, to co mógłby zrobić zdeterminowany wróg? Uch, była samolubna zamiast myśleć o bracie myśli o swoich własnych duperelach! Tak się zamyśliła, że nim się obejrzała byli już na miejscu.
– Czas opatrzeć kończynę. Księżycowa Aldrowando, usztywnij łapę, Ćmia Łapo przygotuj mieszankę zapobiegającą infekcji. Ja po dokładnych oględzinach zajmę się głową.
– Jagnięcy Ukłonie, nie jest dobrze. Jego kości zamieniły się w odłamki. – młodsza szylkretka pokazała jej byłej mentorce złamania.
– Cóż, zwykły patyk nie wystarczy. Nastawmy bark i dobrze ściśnijmy kończynę. – kotki się na siebie popatrzyły znacząco, a następnie przerzuciły go na uczennicę. Ona nieświadoma tylko wpatrywała się w brata.
“Firletkowa Łapo, jak ty to zrobiłeś? Masz całą nogę rozwaloną!” – pomyślała Ćma ze złością, która wynikała ze strachu i troski o kocurka.
Kremowa przeżuła zioła i wypluła je na poszkodowaną łapę. W smarowała je, a starsze medyczki zajęły się resztą. Kocurek nadal leżał nieprzytomny, a jego klatka piersiowa delikatnie się unosiła i opadała. Całe jej ciało drgało. Pierwszy raz w życiu nad sobą nie panowała. Spytała się mentorki czy może ochłonąć i za jej zgodą wyszła na zewnątrz. Nikt się nie pytał co z Firletkową Łapą, jedynie koty do siebie szeptały i patrzyły się z żalem na legowisko medyka oraz rodzinę poszkodowanego ucznia. Trójoki Zając oraz Kukułczy Wdzięk siedzieli przed legowiskiem, wtuleni w siebie. Gdy usłyszeli kroki dochodzące z wyjścia, podnieśli głowy i ze zmartwieniem spojrzeli się na ich córkę.
– Jak się miewa Firletkowa Łapa?
– Stabilnie, opatrzyliśmy go, jest nadal nieprzytomny. Rana w głowie nie była głęboka, zasklepi się…
– A co z łapą? – dopytała Kukułczy Wdzięk.
– Nie wiadomo, jest złamana, ale zrobimy co w naszej mocy, aby się z tego wylizał. – powiedziała.

<Tato? Pierwszy raz nie panuję nad sobą.>
[781 słów]

[16%]