BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poczciwy Szakłak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poczciwy Szakłak. Pokaż wszystkie posty

27 lipca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

Przeszłość, początek poprzedniej pory nagich drzew

“Głupi, egoistyczny! Czemu mu to powiedziałem? Czy jestem aż tak zachłanny, że sama przyjaźń z nim mi nie wystarcza?” — pomyślał, kiedy tylko po powrocie do obozu udali się w swoje strony. Czarny z każdy krokiem karcił się coraz bardziej w myślach, dopóki nie przystanął na środku tunelu. “Czy… ja z siebie robię jakąś ofiarę losu? Przecież pewnie nie jestem pierwszym kotem w klanie, który został przez kogoś odrzucony.”
Gorzki śmiech opuścił jego pysk, nim wznowił marsz do Groty Pamięci. Liczył, że zastanie tam Skrzydlatą Płomykówkę, która może mu jakoś doradzi, co z tym wszystkim począć — nawet jeśli srebrna była zastępczynią, to starała się znajdować czas dla każdego pobratymca, który potrzebował tego. Dlatego też Poczciwy Szakłak mógł na nią liczyć, szczególnie po zdradzie Rudzikowego Skrzydełka, mniej więcej wiedzieli, co drugie z nich czuję, więc stanowili dla siebie wzajemne wsparcie.
Miał szczęście, gdyż młodsza właśnie była w trakcie rozmowy z Oskrzydlonym Ognikiem, który był mentorem Żywicznej Łapy, czyli siostry Bursztynu, szkolącego się pod opieką czarnego. Musiałby z młodzikiem jakkolwiek poruszyć temat treningów, gdyż prace nad podziemnym obozem sukcesywnie się posuwały i już niedługo klan wróci do dawnego rytmu. Zielonooki nie chciał im zbytnio przeszkadzać w czasie konwersacji, więc przystanął w pewnej odległości, cierpliwie oczekując końca ich wymiany zdań. W międzyczasie starał się nie spoglądać na rodzeństwo, by ci nie czuli się ponaglenie do niczego ze strony wojownika.
W pewnym momencie jasne spojrzenie zastępczyni padło na Szakłaka, chwilę później również podobnie uczynił Oskrzydlony Ognik. Płomykówka coś jeszcze powiedziała do brata, a następnie odeszła w stronę oczekującego wojownika.
— Coś się stało Szakłacz- — przerwała, przypominając sobie prośbę przyjaciela. — Poczciwy Szakłaku? — poprawiła.
— Nie chciałem wam przeszkadzać… — wymruczał, odprowadzając wzrokiem brata rozmówczyni.
— Spokojnie, rozmawialiśmy na temat treningów uczniów, nie jest to nic naglącego. No to mów, co się stało, że aż przyszedłeś do mnie, a nie na przykład Gasnącej Łapy?
Na dźwięk imienia kremowego, wojownik widocznie się zgarbił, co oczywiście nie mogło umknąć srebrnej.
— Czyli to… — Nie musiała nawet kończyć, gdyż niewielkie skinienie głową ze strony zielonookiego, utwierdziło ją w domysłach i swych obserwacjach. — Może chcesz porozmawiać gdzieś na osobności? — zaproponowała.
— Nie trzeba. Chodzi o to, że powiedziałem mu coś bardzo osobistego, lecz chyba zostałem odtrącony.
— Czekaj, czy ty mi chcesz powiedzieć, że…?
— Że się w nim zakochałem? Tak.
— Wiedziałam! Mogłeś się wtedy na patrolu wybierać, lecz, jak i tak byłam pewna swego — odpowiedziała dumna z siebie kocica. Szybko jednak spoważniała, wracając do tematu, kiedy to kocur spojrzał na nią swoimi matowymi ślepiami. — A tak, wybacz. Czyli wyznałeś mu uczucia? — Otrzymała jedynie skinienie głowy na potwierdzenie. — I jak zareagował?
— Po chwili nerwowo się zaśmiał, lecz szybko umilkł, jakby wcześniej uważał, że to, co mówię, jest żartem. Potem próbował coś jeszcze powiedzieć, lecz chyba słowa nie były w stanie mu przejść przez gardło.
— Może daj mu czas, by się z tym oswoić? Lub pozwolić mu to wszystko przemyśleć? Widać, że jesteście ze sobą bardzo blisko, lecz może jemu wystarcza to, co jest? Nawet jeśli nie odwzajemni twoich uczuć, to nie powinieneś go unikać, zrywać kontaktu.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Trochę minęło od dnia, kiedy to czarny kocur powiedział dawnemu Klifiakowi o swych uczuciawch względem niego. Mimo to dało się zauważyć widoczną różnicę w zachowaniu ich obu — przestali tyle rozmawiać, niemal wcale, już nie przesiadywali razem przy posiłkach, nie dzielili się językami, jakby stali się dla siebie kompletnie obcymi kotami. Zapewne każdy Burzak dostrzegał zmiany w ich zachowaniach, lecz mało kto próbował drążyć temat, uważając, że kocury zapewne jedynie się pokłóciły za parę wschodów im minie, wracając do dawnego stanu.
To jednak nie miało miejsca. Szakłak starał się stosować do rady Płomykówki, lecz za każdym razem, gdy dostrzegał kremowe futro w tłumie, uciekał, a jeśli już musiał przechodzić obok ucznia, to robił to szybko i nerwowo, jakby od tego zależało jego życie. Podobnie w przypadku rozmów, starał się je szybko kończyć, tłumacząc obowiązkami, choć do jego ulubionych wymówek należał trening z Bursztynową Łapą. Mimo wszystko czarny zawsze próbował wysłuchać do końca pomarańczowookiego czy też zatrzymać się, kiedy ten go wołał.
Podobnie był też tym razem. Szakłak lekko zgarbiony starał się przemknąć, lecz los chciał, że Gasnąca Łapa go dostrzegł i z jakiegoś powodu jego pysk opuściło wołanie za wojownikiem.
— Szakłaku, zaczekaj! — W ciągu uderzenia serca wołany zatrzymał się, czekając, aż kremowy podejdzie na tyle blisko, by żaden z nich nie musiał krzyczeć. W końcu stanęli pyskiem w pysk, przez chwilę w grobowej ciszy, aż pierwsze słowo nie opuściło warg pręgowanego
— Przepraszam...
Poczciwy Szakłak zamrugał kilka razy, lecz nie odpowiedział ani słowem, nie wiedząc zbytnio, co powiedzieć.
— Przepraszam, Szakłaku... — powtórzył. Zmrużył ślepia, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy. Prędko otarł je jednak łapą. — Nie chciałem cię odrzucić, naprawdę. Jesteś mi najdroższy... Gdybym miał cię stracić przez własną głupotę, chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Ja po prostu... nie wiem, co się ze mną dzieje... — urwał, spuszczając wzrok. — Nie wiem, co wobec ciebie czuję. Nie wiem, czy zależy mi na tobie jak na przyjacielu, czy jak na partnerze… Chciałbym, byś dał mi więcej czasu na to, by to przemyśleć. By zrozumieć, czego tak naprawdę chce moje serce…
Jednolity dotąd chował pewną urazę wobec kremowego, lecz ta szybko minęła pod wpływem jego słów. Widok Gasnącej Łapy w takim stanie sprawił, że Burzak nie był w stanie dłużej się na niego gniewać czy odczuwać pewien żal. Chciał zrobić wszystko, by uczeń czuł się w klanie, jak w prawdziwym domu, by może też z czasem również odwzajemnił uczucia zielonookiego, które nie byłby w żadnym stopniu wymuszone.
— Gasnąca Łapo… — zaczął, w pierwszym odruchu chcąc łapą dotknąć podbródka kremusa i nieco unieść jego głowę, by ten spojrzał swymi pomarańczowymi oczami na Szakłaka. Finalnie jednak zatrzymał się w połowie ruchu, zdając sobie sprawę, że powinien dać czas i przestrzeń kocurowi. — Proszę, spójrz na mnie. — Kiedy tylko prośba czarnego została spełniona, na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Dam Ci tyle czasu, ile potrzebujesz. Jak będzie trzeba, to postaram się nawet nie kręcić wokół ciebie, byś nie pomyślał, że się narzucam lub na siłę próbuje przekonać do odwzajemnienia moich uczuć.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Po dwóch wschodach słońca w obozie można było ponownie zauważyć, jak Gasnąca Łapa i Poczciwy Szakłak spędzają razem więcej czasu. Choć może nie w takich ilościach, jak dawniej, lecz widać było, że dotychczasowe niesnaski między nimi już przeminęły. U zielonookiego można było czasem zaobserwować dłuższe zamyślenie lub zawahanie się, jakby chciał mieć pewność, że ruch, który wykona lub słowo, które wypowie, nie będzie odebrane przez kremowego w ponaglający sposób w oczekiwaniu na jego odpowiedź, co do uczuć wobec jednolitego.
— Gasnąca Łapo! — Nieco radosne wołanie rozległo się echem, kiedy to wojownik zbliżał się do pomarańczowookiego ucznia. — Co powiesz na wspólne polowanie?
— A ty przypadkiem nie masz własnego ucznia do wyszkolenia? — spytał kremus, unosząc jedną brew. — Nie chcę, byś spędzając czas ze mną, zaniedbał swoje obowiązki.
— Jak raz lub dwa odpuszczę mu trening to nic się nie stanie.
— Poczciwy Szakłaku.
— Dobra no… Ale obiecaj, że bliżej zmierzchu będziesz wolny — wymruczał i nie czekając na odpowiedź starszego, musnął ogonem jego bok i po chwili oddalił się w poszukiwaniach Bursztynowej Łapy.

<Znajdziesz czas dla mnie?>

12 lipca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

Przeszłość

Kiedy tylko kremowy kocur zaproponował mu spacer, nie był do końca pewny tego wszystkiego. Czuł się nieco zagubiony we własnych uczuciach, szczególnie tych związanych z Gasnącą Łapą. Nigdy nie miał kogoś, kogo mógłby określić mianem partnera — widywał różne pary w klanie i każda z nich była na swój własny sposób autentyczna. Nie wiedział, czy coś takiego będzie mógł zbudować z pomarańczowookim, a nawet jeśli to, czy przetrwają próbę czasu, problemów i innych czynników, na które nigdy nie mieli i nie będą mieć wpływu.
Czarny z dużą rezerwą podchodził do nawiązywania jakichkolwiek głębszych relacji ze względu na sporą ilość kotów, które zdążyły odejść przed nim. Nawet jeśli minęło sporo czasu to każda z tych śmierci była niczym świeża rana, która ledwo co powstała. Bał się, że jeśli zbuduje kolejną bliską relację, to ta równie szybko dobiegnie końca i to nie z jego strony. Miał dość ciągłego bólu, nieprzepracowanej do końca żałoby, czuł, jak z każdym dniem to wszystko powoli do wyniszcza. Przynajmniej tak było, dopóki nie spotkał na swojej drodze Króliczej Prawdy — kocur niespodziewanie szybko zawrócił mu w głowie, pozwalając odkryć nieznane dotąd oblicze Poczciwego Szakłaka.
Zielonooki finalnie zgodził się na wspólne wyjście poza obóz, choć od tego momentu pomiędzy nimi utrzymywała się cisza. Jednolity nie naciskał na swojego towarzysza, wiedząc, jak ciężko jest czasem podzielić się swoimi przemyśleniami, uczuciami czy ciążącą przeszłością. W tej kwestii był bardzo wyrozumiały i trzymał się zdania, że czasem sama obecność drugiego kota potrafi naprawdę dużo pomóc. W końcu jednak cisza została przerwana przeciągłym westchnieniem pręgowanego, a następnie jego słowami:
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, utrzymując wzrok na widoku przed sobą. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy
— Też do końca nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń. Wszystko, co wiem to głównie z obserwacji innych lub tego, jak Rudzikowe Skrzydełko ze Skrzydlatą Płomykówką się do mnie odnoszą. O partnerstwie nawet nie mówiąc… Większość kotów w moim wieku ma już rodziny, dzieci, a ja? Mam tylko dwie siostry za przyjaciółki… No i ciebie — dodał z lekkim uśmiechem, przystając na chwilę. — Jeśli chcesz, możemy razem poznawać, czym jest prawdziwa przyjaźń.

«★»

Pożar w Klanie Burzy

Nie wiedział do końca, co się dzieje. Wszędzie dookoła był dym, krzyki przerażonych kotów oraz gorąc kolejno to zajmujących się ogniem fragmentów obozu. Zielone spojrzenie starało się wypatrzeć pewną sylwetkę ucznia, który przez pewien czas ich znajomości stał się nie tylko przyjacielem, a kimś więcej dla wojownika.
Zakaszlał, kiedy to wdychany dym zaczął nieprzyjemnie drażnić jego przełyk i płuca. W tym samym momencie poczuł szturchnięcie w bark — przez ograniczoną widoczność nie był pewny, kim jest kot obok niego, lecz wiedział, że musi szybko się ogarnąć, nim galopujące myśli doprowadzą do jego zguby. Ruszył za innymi do Groty Pamięci, dopiero tam z czasem powoli zaczęło się wyjaśniać. Właśnie wtedy dowiedział się, że od pewnego czasu garstka Burzaków spiskowała przeciwko dotychczasowemu liderowi. Nie był zaskoczony udziałem Dzikiego Berberysu w tym, gdyż nadal pamiętał, jak dawniej nieco pokłócił się z kocurem na temat Króliczej Gwiazdy. Największy szok natomiast wywołał u niego fakt, iż w to wszystko była również zamieszana Rudzikowe Skrzydełko.
Z każdym słowem srebrnej czuł, jak to, co uważał za przyjaźń, obraca się w drobny mak. Zaczął kwestionować każde słowo, które kota zdążyła wypowiedzieć w jego kierunku — dotychczas nigdy nie poczuł, jak to jest być zdradzony, lecz teraz smak nieznanego dotąd uczucia wręcz palił go w język. Rudzik była mu bardzo bliska jako przyjaciółka, ona pierwsza postanowiła nawiązać z kocurem tego typu relację, a nagle okazało się, że spiskowała z innymi. Czy jej naprawdę było tak źle w klanie? Miała rodzeństwo, do dziś żyjącą matkę, posiadała nawet dzieci!
“Więc dlaczego… Dlaczego!” — krzyczał w myślach, starając się jakkolwiek skupić na słowach zdrajców oraz Zawodzącego Echa.
Kiedy klan miał zadecydować o ich losie, wahał się. Nie chciał przykładać w żadnym stopniu łapy do śmierci kogokolwiek, jednak kiedy to powoli coraz większa ilość kotów decydowała się na egzekucję Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonego Chomika, zdał sobie sprawę, że dla ich dwójki i innych raczej nie ma odwrotu. Z gulą w gardle wyraził swoje ostateczne zdanie na temat oskarżonych wraz ze Skrzydlatą Płomykówką, czyniąc ich głosy za decydujące.

«★»

Myślał, że to już koniec i nigdy więcej nie będzie musiał brać udziału w śmierci innych. Jednakże bardzo się mylił. Zawodzące Echo wyznaczył Oskrzydlonego Ognika jako wykonawcę egzekucji Tańcującego Pierza, a jego samego jako obstawę dla rudego kata. Czarny starał się nie myśleć o tym, czego zaraz będzie świadkiem, skupiając się na swoim zadaniu, jednak protesty, groźby, a finalnie krzyki Pierza były czymś, co przez długi czas pozostanie z nim, niczym zmora, nie dając chwili wytchnienia.
Z trudem wrócił do Groty Pamięci, a raczej sąsiadującej jej jaskini, która miała stanowić nowe centrum obozu, choć te nadal było w trakcie prac. Łapiąc tam pierwszego lepszego kota, spytał o Gasnącą Łapę, lecz Burzak odesłał go do Skrzydlatej Płomykówki, która jako nowy zastępca zajmowała się przydziałem zadań i patroli.
— Skrzydlata Płomykówko — zawołał, zauważając srebrną w tunelu prowadzącego do trzech jaskiń oraz wyjścia do starego obozu. Kotka na dźwięk swojego imienia od razu stanęła, kierując spojrzenie na wojownika.
— Szakłaczku. — Określenie to niemal od razu wywołało grymas na pysku kocura oraz lawinę wspomnień związanych z Rudzikowym Skrzydełkiem, która to lubiła mówić do starszego zdrobnieniem imienia.
— Proszę, nie zwracaj się tak do mnie… Przynajmniej przez najbliższy czas.
— W takim razie potrzebujesz czegoś, Poczciwy Szakłaku? — Skinęła głową, przyjmując do wiadomości prośbę przyjaciela.
— Szukam Gasnącej Łapy.
— Wyznaczyłam go do patrolu łowieckiego. Jeśli chcesz, to mogę również tobie przydzielić zadanie. Trzeba przeszukać stary obóz i uratować ze zgliszczy wszystko, co się da.
— Jasne, sprawdzę dawne legowisko wojowników. Może jakieś posłania się ostały.
Ruda ponownie skinęła głowy, by następnie ruszyć do żłobka, gdzie Dryfujący Fluoryt opiekowała się znajdkami Zwiewnego Maku. Ona również stanowiła zagadkę dla kocura, pozostawiając te same pytania, co w przypadku Rudzikowego Skrzydełka — obie były matkami, a mimo posiadania osłony przed deszczem, wiatrem, mając zapewnione piszczki, pomoc w opiece nad maluchami, zdecydowały się na spisek przeciwko liderowi.
Odrzucając, chociaż na chwilę te myśli, zielonooki ruszył tunelem, którego wyjście prowadziło do starego obozu, po którym zostały jedynie spalone zgliszcza. Trawa niegdyś obecna niemal na każdym kroku w azylu została w całości strawiona przez ogień, ukazując jedynie jałową ziemię. Powolne kroki skierował do legowiska wojowników, którego wejście niegdyś było przysłonięte krzewami. Teraz jedyne, co po nich zostało to parę zwęglonych gałązek, które już nie nadawały się do pełnionej dawniej funkcji. Krótki tunel do nory teraz był w pełni odsłonięty przed światem zewnętrznym, a zimne promienie słońca bez problemu wpadały do dawnego legowiska. Jego sylwetka rzucała cień na drogę przed nim oraz najbliższe kawałki posłań, które niektórzy w pośpiechu próbowali uratować.
Nie spiesząc się, powoli przemierzał wejście. Co jakiś czas zatrzymywał się i oglądał szczątki uwitych legowisk. Jedno z nich delikatnie uniósł w obawie, że te pomimo trzymania się razem w zwartej konstrukcji, rozpadnie się w jego łapach. Początkowo wyglądało na całe, lecz jego tylnia część okazała się zwęglona, co oznaczało niepowodzenie w dotychczasowych poszukiwaniach. Nie mógł czegoś takiego przynieść do obozu — co innego, gdyby to było jego własne posłanie. Wtedy bez wahania by wziął je i w jaskini przydzielonej wojownikom, próbował uratować każdy kawałek, jaki się da.

«★»

Po bezowocnych poszukiwaniach ruszył w głąb terytorium, chcąc znaleźć gałęzie, które będą na tyle wytrzymałe, by stanowiły umocnienie przejść pomiędzy jaskiniami. Liczył tylko, że pogoda będzie na tyle łaskawa, by w czasie tej wyprawy nie złapał go deszcz, czy też pierwszy śnieg. Wysokie trawy na równinach były wilgotne pomimo górującego słońca, a krople rosy z łatwością osadzały się na półdługiej sierści Szakłaka, sprawiając, że te już po paru krokach zaczynało łączyć się w mokre pasma. Na nieszczęście jego wędrówka nieco mu zajęła i dopiero w pobliżu granicy z terenem Klanu Wilka znalazł odpowiednie gałęzie. Może i znalazłby jakieś wcześniej, lecz wcześniejsze znaleziska według niego nie spełniały wymogów, by zostać użyte do budowy nowego obozu.
Gałęzie były raczej tych większych rozmiarów, więc zabranie ich wszystkich na raz nie było możliwe dla kocura. Wziął raptem parę sztuk i z nimi ruszył w drogę powrotną, która okazała się znacznie dłuższa i cięższa z nowym balastem. Mimo to wierzył, że jego wysiłek nie pójdzie na marne i przyniesione znaleziska idealnie się sprawdzą do powierzonego zadania.

«★»

— Gasnąca Łapo, masz może chwilę? — Pytanie padło z pyska Szakłaka, kiedy tylko powrócił do obozu i odnalazł kocura, którego wcześniej próbował odnaleźć. Chciał mu coś ważnego powiedzieć, czując, że przeciągnie tego, może w późniejszym czasie mścić się na zielonookim. Może to, co miał do wyznania było tylko czymś jednostronnym, chwilowym, lecz pomimo tych obaw chciał, by kremowy kocur wiedział o tym.

<Gasnąca Łapo?>

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana
Zebranie gałęzi na umocnienie przejść pomiędzy jaskiniami

22 maja 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

TW: Koszmar senny, krew

Wielkimi krokami nadchodziła pora zielonych liści, kiedy to temperatury dla większości kotów były mało przyjemne, a nawet niebezpieczne. Zielonooki Burzak najchętniej, by przez cały ten sezon siedział schowany w legowisku wojowników i co najwyżej nocą opuszczać to schronienie, by wykonywać swoje obowiązki. Mimo wszystko nie narzekał, a przynajmniej nie otwarcie, nawet jeśli po każdym patrolu niemal od razu szukał dla siebie zacienionego miejsca w obozie.
W ostatnich dniach pod swoją opiekę otrzymał nowego ucznia, Bursztynową Łapę. Rudy zdecydowanie był przeciwieństwem swojego mentora, który to starał się z nim znaleźć wspólny język, aby ich współpraca na treningach jakoś szła. Już po pierwszym wyjściu z obozu wraz z uczniem, zrozumiał czemu, to on miał go szkolić – Bursztyn był istny ucieleśnieniem chaosu i zagłady, a przynajmniej w oczach wojownika. Ostatni raz, kiedy miał jakąkolwiek styczność z nieposkromionym charakterem u kociaka czy też ucznia, była bodajże Rybkowa Łapa, którą szkoliła Skrzydlata Płomykówka. Chociaż do tego grona mógł też zaliczyć rodzeństwo Tańczącego Pierza z nim włącznie – nie pamiętał, czy był wtedy na zgromadzeniu, czy mimowolnie usłyszał rozmowę innych wojowników w legowisku o zachowaniu ówczesnych kociaków. Jakby wtedy było mało, to jeszcze Rudzikowe Skrzydełko wykazała się jakże ponadprzeciętną dojrzałością. Później, kiedy tylko srebrna odzyskała status wojowniczki, Szakłak czasem lubił jej przypominać dawne błędy – nie robił tego złośliwie, a jedynie w przyjacielskich zaczepkach, co czasem podzielała również Płomykówka, która niedługo później sama podłapał zachowanie kocura.
Zielonooki właśnie wyłaniał się z legowiska wojowników na światło dzienne – na co nieco niezadowolony zmrużył oczy i poruszył końcówką ogona. Jego depresyjny nastrój nadal mu się utrzymywał, szczególnie teraz, kiedy nadchodził sezon, w którym księżyce temu zmarł Poczciwy Dziwaczek. Czarny nadal tęsknił za swoim dawnym mentorem, któremu nawet niedane było ujrzeć niedługo później narodzone potomstwo. Kocur chyba oddałby wszystko, by jeszcze raz móc spędzić czas ze zmarłym.
Ledwo zdążył wykonać parę kroków, gdy niespodziewanie pojawił się Zawodzące Echo, wręcz wyrósł jak spod ziemi. Jednolity zatrzymał się w połowie kroku, nie mając najmniejszych zamiarów wpaść na zastępcę.
— Udasz się z Szarą Skórą i Skrzydlatą Płomykówką na patrol graniczny, oni Ci przekażą więcej szczegółów. — Zielonooki jedynie skinął głową. Nie przeszkadzała mu rzeczowość ze strony dymnego, wręcz lubił to w nim – zero zbędnych słów, ciągnięcia rozmowy.
Szakłak po odprowadzeniu Echa wzrokiem skierował swoje matowe spojrzenie na dwójkę Burzaków, która już czekała przy jednymi z tuneli, stanowiących wyjście z obozu. Czarny powolnym krokiem dołączył do nich i w chwilowej ciszy ruszyli na patrol.
— Pożarowa Łapa nie idzie? — zagaił do Płomykówki, czując jak struny głosowe nieco mu odmawiają posłuszeństwa – zdecydowanie za rzadko ich używał w ostatnim czasie, a nie chciał strzępić sobie języka na treningach z Bursztynową Łapą. Uważał, że rudy ma słuchać na tyle uważnie, by wojownik nie musiał pięć razy powtarzać jednego i tego samego.
— Szakłaczek dzisiaj należy do rozmownych kotów? — sarknęła srebrna, używając zdrobnienia, którym na co dzień posługiwała się jej siostra wobec starszego.
— Już tak nie kąsaj — mruknął.
— Na Przodków, już osiem słów opuściło twój pysk, rozkręcasz się.
— Ha ha, bardzo zabawne — stwierdził, przewracając oczami.
— Wiem, powalam swoim poczuciem humor — zażartowała, nim powaga na nowo pojawiła się na jej pysku. — Zawodzące Echo stwierdził, że powinna zająć się czymś innym w tym czasie. A twój uczeń to gdzie, hm?
— Uczy się pokory pod okiem Rudzikowego Skrzydełka i Tańczącego Pierza. — Po tych słowach Płomykówka wyglądała, jakby miała się zakrztusić, gdyby coś jadła, bądź piła.
— Błagam, powiedz, że nie mówisz poważnie… Nie wiem, czy istnieje gorszy wybór.
— Dzięki za wspieraniem moich decyzji.
— To jest chyba pierwsze decyzja, którą mogę zaliczyć do pokrojów tych od siostry.
— I ty przeciwko mnie? — spytał z udawanym bólem w głosie, na co ruda jedynie wzruszyła ramionami. — Tak właściwie dokąd zmierzamy?
— Do granicy z Klanem Wilka. — Do ich rozmowy wtrącił się Szara Skóra, który szedł nieco z przodu ich niewielkiej grupki.
Czarny skinął głową i do samej granicy milczał. W międzyczasie pogoda diametralnie się zmieniła, a niebo zostało przysłonięte szarymi chmurami, z których później zaczęło nieznacznie kropić. Kiedy tylko pierwsze oznaki deszczu dotknęły rozgrzanej sierści Szakłaka, poczuł się cudownie – właśnie tego było mu potrzeba, by uniknąć przegrzania spowodowanego zbyt długim przebywaniem na słońce. Pogoda ta utrzymywała się w czasie, kiedy łapy ich poniosły do Upadłego Potwora. Nie starali się zachowywać nawet najmniejszej ciszy, nie spodziewając się nikogo, dlatego też, jakie było ich zdziwienie, gdy okazało się, że ktoś usłyszał ich kroki, a następnie wyłonił się spod białego Potwora. Cała trójka od razu się najeżyła w pierwszej chwili, myśląc, że jakiś Wilczak lub samotnik zabłądził.
— Hej, przepraszam! — mruknął kremowy, niezgrabnym krokiem ruszając w ich stronę. — Nie chcę sprawiać problemów, przysięgam… Pragnę jedynie porozmawiać z waszym liderem o pewnej sprawie — wyjaśnił.
W pierwszej chwili zielonooki nie dowierzał w to, co widzi – tuż przed nimi stał Królicza Prawda, Klifiak. Szakłak był pewny, że ten nie zabłądził i doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż znajduje się na terenie Klanu Burzy. Podejrzliwie zmierzył go wzrokiem, wychodząc na przód patrolu.
— Dlaczego chcesz porozmawiać z naszym liderem? — zapytał, zachowując się, jakby pręgowany był mu kompletnie obcy. Nim ten odpowiedział, Szakłakowi nie uszło uwadze, że ten wziął parę drżących oddechów, jakby obawiał się czegoś.
— U waszych sojuszników, to znaczy w Klanie Klifu, źle się ostatnio dzieje. Chciałbym mu o tym opowiedzieć i przy okazji poprosić o… przyjęcie mnie do klanu. — Głos Klifiaka był nieśmiały i na tyle cichy, że czarny sam ledwo był zdolny usłyszeć jego słowa.
Wojownik miał mieszane uczucia co do tego wszystkiego, lecz skoro Królik opuścił klan, to może faktycznie coś było na rzeczy? Przełknął ślinę i zwrócił się do dwójki za sobą:
— Pójdziecie po Zawodzące Echo? Myślę, że będzie chciał się dowiedzieć, co ten Klifiak ma mu do przekazania…
Skrzydlata Płomykówka nie była do końca przekonana, jednakże skinęła głową i z Szarą Skórą oddaliła się prosto w stronę obozu. Czarny odprowadził ich wzrokiem do momentu, gdy miał pewność, że nie usłyszą rozmowy między ich dwójką. Zielonooki miał ochotę zrugać kremowego od góry do dołu, jednak zrezygnował z tego pomysłu, zastanawiając się, co ma teraz z tym wszystkim zrobić?
— Dziwna sprawa, co nie? — Na pysku przybysza pojawił się nerwowy uśmiech. — Myślałem, że już do końca życia zostanę w Klanie Klifu, ale to, co się tam ostatnio dzieje, to jakaś tragedia! Mam nadzieję, że ten Zawodzące Echo mnie zrozumie i pozwoli mi u was zostać. Mogę ci już nawet teraz przysiąc, że zrobię wszystko, by się wam przydać! Będę polował dniami i nocami, uzupełniając stos! — próbował jakoś nawiązać rozmowę z Burzakiem, jednak ten jedynie zastrzygł uchem na pierwsze słowa Króliczej Prawdy i skierował na niego swój nieobecny wzrok.
— No… cóż, nie musimy rozmawiać, jeśli nie chcesz. Możemy w ciszy poczekać, aż twoi pobratymcy wrócą, żaden problem — kontynuował, starając się uzyskać jakąś odpowiedź od Szakłaka. — Swoją drogą… jak mają na imię? — zapytał jeszcze, lecz zielonooki nadal milczał i dopiero odrząknięcie wybudziło go z transu.
— Huh? — mruknął, mrugając kilkakrotnie, jakby nie do końca ogarniał, co się dookoła dzieje.
— Jak mają na imię?
— Kto?
— No… ci.
— Szara Skóra i Skrzydlata Płomykówka — odpowiedział po chwili wahania. Na szczęście po tym kremowy już nie drążył dalej, zostawiając Szakłaka w spokoju.

«★»

Nie wiedział, ile tak tkwili w jednym miejscu, lecz w końcu na horyzoncie pojawiły się sylwetki trójki kotów. Zawodzące Echo szedł na czele i kiedy tylko był wystarczająco blisko, od razu nawiązał rozmowę z Klifiakiem, jakby samo przybycie tutaj nadszarpnęło jego cierpliwości i chciał mieć to za sobą. Czarny przysłuchiwał im się przez chwilę, dopóki zastępca nie kazał im odejść. Skrzydlata Płomykówka od razu wykorzystała okazję i zaczęła cicho rozmowę z przyjacielem:
— Ty coś wiesz. — To jedno stwierdzenie wystarczyło, by zielonooki o mało co nie zakrztusił się powietrzem.
— Słucham? — spytał, nie rozumiejąc do końca, o co chodzi rudej, albo po prostu udawał, kto wie.
— Już nie udawaj takiego niewiniątka, jesteś z miotu sojuszniczego, więc zapewne nadwyraz często udajesz się w stronę granicy z Klanem Klifu.
“Skubana, dobra jest.”
— Skąd ty- A nawet jeśli to, co? Nie jest zbrodnią, że chce widywać siostrę częściej niż tylko na zgromadzeniach — wyjaśnił.
— Tylko z siostrą? — dopytywała, nie kryjąc swojego przebiegłego uśmiechu na pysku.
— No no, już se nie dopowiadaj byle czego.

«★»

Końcowo Królicza Prawda został przyjęty do klanu, otrzymując nowe imię. Poczciwy Szakłak z uwagą obserwował, jak kremowy pod opieką Śniącego Obserwatora opuszcza obóz, samemu czekając, by to uczynić, lecz powstrzymywała go jedna rzecz – brak ucznia u boku. Kocur cierpliwie czekał, aż płomienno-rudy młodzik łaskawie zaszczyci go swoją obecnością. Przymykając powieki, skierował pysk w stronę nieba, chłonąc promienie słońca, które padałby na jego czarną szatę. Była to chwila ciszy i spokoju, kiedy mógł wszystko przemyśleć, zwłaszcza ostatnie wydarzenia.
Nigdy nie spodziewał się, że kremowy kocur dołączy do klanu żyjącego na równinie. Wojownik nie był gotowy psychicznie na taki obrót – ciągle miał wrażenie, że to musi być jakiś sen na jawie i kiedy tylko się z niego wybudzi, wróci do ponurej rzeczywistości, gdzie był sam, pomimo tłumu wokół siebie. Może i nie zachował się wzorowo wobec dawnego członka Klanu Klifu, lecz kompletnie nie wiedział, co robić – cudem był wtedy w stanie wykrztusić z siebie jakieś sensowne słowa, nawet jeśli do końca nie było tego po nim widać. W dodatku Płomykówka czytała z niego z niczym otwartej łapy, co zdecydowanie nie napawało go optymizmem.
Kompletnie nie wiedział, co teraz robić. Czuł się niczym zagubiony kociak, który mimo ostrzeżeń rodziców postanowił się samemu oddalić. W dodatku obawiał się tego, co inni mogą pomyśleć, jeśli wyjdzie na światło dzienne fakt, iż zna Gasnącą Łapę i nawet spotykał się z nim na granicy! Nie chciał być postrzegany jako zdrajca, wystarczyło już, że klan miał jakieś nieszczęście, co do kotów spod ciemnej gwiazdy.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk zbliżających się kroków oraz pociągnięcie nosem, wskazujące jasno na obecność Bursztynowej Łapy. Wojownik skierował głowę w dół, w międzyczasie otwierając oczu i utwierdzić się w swoich nieomylnych przypuszczeniach. Rudy uczeń właśnie pokonywał ostatnie dzielące ich długości, by następnie w ciszy wyruszyć na trening. Zielonooki miał nadzieję, że chociaż dzisiaj młodszy będzie dla niego jakkolwiek łaskawy i poświęci trochę uwagi na słuchanie jego tłumaczeń – nadal nie wiedział, co może zainteresować Bursztyna w szkoleniu, by ten zaczął się do tego przykładać. Czuł się kompletnie zielony w kwestii trenowania uczniów, nawet jeśli dawniej już jednego miał pod swoją opieką. Jednak Kołysankowa Łapa nie ukończył szkolenia, gdyż zmarł, nim mu się to udało.

«★»

Poczciwy Szakłak już sam nie wiedział, co robi nie tak. Trening z płomienno-rudy był istną katorgą i nie chciał go nigdy więcej wspominać, traktując te kwestie, jako temat tabu. Zmęczony przystanął niedaleko wyjścia z tunelu, kiedy nagle poczuł muśnięcie, na co mimowolnie się spiął, dopóki nie ujrzał przed sobą kremowego pręgowanego klasycznie futra należącego do Gasnącej Łapy. Miał przyznać, że jego jasna szata wyglądała zachwycająco, kiedy promienie Wysokiego Słońca padały wprost na niego. Często zdarzało mu się porównywać sierść ucznia do piasku na plaży.
Na widok ciepłego uśmiechu w jego stronę, poczuł, jak jego serce na chwilę gubi rytm, nim niespodziewanie przyspieszyło swoją pracę. Nie rozumiał reakcji swojego ciała, więc chcąc to przeczekać, ruszył z dotychczasowego miejsca, lecz wtedy zdał sobie sprawę, że w jego głowie panuje pusta – nie wiedział, gdzie może się udać, ani w co łapy włożyć. Dlatego też zaczął się bezcelowo włóczyć po obozie, co pręgowany wykorzystał i w paru krokach dopadł Burzaka.
— Co u ciebie? — zapytał, lecz nie doczekał się odpowiedzi. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Zaklął w myślach, nie spodziewając się, że aż tak widać, że za dużo razy w swoim życiu już miał pod górkę – niemal za każdym razem, kiedy znany mu kot opuszczał świat żywych. Zacisnął szczękę, nie chcąc teraz wracać do tego myślami.
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź rozmówcy w tym jednostronnym dialogu, udał się do legowiska uczniów.
Ciężko westchnął, zostając samemu w miejscu, gdzie zatrzymał się, kiedy podszedł do niego kremowy. Czuł się kompletnie zagubiony w tym wszystkim, szczególnie gdy pojawiło się nowe, dotąd nieznane mu uczucie, którego się obawiał. Nie wiedział jak sobie z tym poradzić i jedynie pozostawały dwie możliwe opcje, które przychodziły mu do głowy. Wybrał tą, która wydawała się lepsza, bez mocno negatywnych skutków oraz wzbudzającą mniejsze podejrzenia, że coś jest nie tak.
Ruszył w stronę Skruszonego Drzewa z nadzieją, że zastanie zastępcę w legowisku lidera lub gdzieś w pobliżu i na szczęście spotkał dymnego, kiedy ten opuszczał wyższą kondygnację wieży.
— Zawodzące Echo — zaczął, zwracając uwagę rozmówcy.
— O co chodzi. Ten Klifiak już coś zrobił? — spytał, od razu przewidując najgorsze.
— Nie nie, to nie ma z nim nic wspólnego.
“No prawie.”
— A więc słucham.
— Przydzielisz mnie do większej ilości patroli?
— Przecież masz ucznia do wyszkolenia — zauważył niebieskooki. — Pokładam w tobie nadzieję z naprostowaniem Bursztynowej Łapy.
— Skoro o tym mowa, to nie jestem przekonany, bym podołał…
— Poczciwy Szakłaku, zostałeś wybrany jako mentor dla Bursztynu, gdyż uważam, że poradzisz sobie z tym oraz jesteś już gotowy, by wziąć pod swe łapy kolejnego ucznia — wyjaśnił dymny.
— No dobrze… A co do tych patroli, to może chociaż dasz mnie częściej na poranne i wieczorne? — zaproponował, mając nadzieję, że jakoś to ugra na swoją korzyść.
— Wezmę twoją prośbę pod uwagę.

«★»

— Poczciwy Szakłaku, Zawodzące Echo kazał Ci przekazać, że rano będziesz brać udział w patrolu z Cyklonowym Okiem, Złotą Wydmą i Bursztynową Łapą. — Wieści od dymnego przekazała mu Skrzydlata Płomykówka, kiedy tylko wieczorem wróciła do legowiska wojowników. Czarny skinął głową, mając zamiar udać się na zasłużony spoczynek po całym dniu.
“Spokojnie leżał, pogrążony we śnie, dopóki nie poczuł pod swym ciałem czegoś mokrego. Z niezadowolonym mruknięcie przebudził się, czując, jak jego ciała nadal wolałoby odpoczywać. Sennie spojrzał na źródło wilgoci, którym okazała się jakaś kałuża – początkowo uznał to za wodę, lecz zamarł, gdy do jego nozdrzy dotarł metaliczny zapach. Czuł, jak cały zamiera, uświadamiając sobie, że to wcale nie była woda, tylko czyjaś krew. W pierwszej chwili zaczął sprawdzać swoje ciało, czy przypadkiem posoka nie należy do niego, lecz na sobie nie znalazł żadnych obrażeń świadczących o możliwym wykrwawieniu się, patrząc na ilość szkarłatu pod swymi łapami.
Po chwili jego wzrok zaczął badać otoczenie, jakby z nadzieją, że wyjdzie wyjście z tego wszystkiego. Ruch ten jednak był błędem, gdyż wokół niego zaczęło majaczyć pięć sylwetek, których nie był w stanie rozpoznać w pierwszej chwili. Dopiero kiedy te podeszły bliżej mógł przypasować wygląd kotów do ich imion, które tak doskonale znał: bury pręgowany tygrysio kocur o zielonych oczach, srebrno-rudy kocurek z brązowymi ślepiami, kremowy bicolor, niebieska szylkretowa kotka oraz pomarańczowooki kremowy kocur z krótkim ogonem. Oni wszyscy byli doskonale znani kocurowi o oliwkowym spojrzeniu – każdy z nich w jakiś sposób był związany z nim, czy to często obecnością, czy więzami krwi.
Dopiero moment później uświadomił sobie, że spod łap każdego z nich biegnie stróżka krwi, która łączyła się w jedną całość pod nim samym. Jego oczy momentalnie zaszły łzami, nie chcąc przyjmować do wiadomości, że po kolei każde z nich umierało z jego winy. Chciał krzyczeć, wyć wniebogłosy z bólu, jaki rozdzierał jego klatkę piersiową od środka, lecz nim pierwszy dźwięk opuścił jego ciało, podłoże pod jego łapami nagle się zapadło, a on zaczął tonąć. Z niewyobrażalnym wysiłkiem zaczął młócić łapami w cieczy, chcąc wypłynąć na powierzchnię, lecz w zastraszającym tempie zaczął opadać z sił.
Już się godził z własną nieuniknioną śmiercią, kiedy nagle poczuł czyjeś zęby na karku, a w następnej chwili siłę, z jaką był wyławiany z cieszy. Biorąc przemoczonym i z trudem łapiąc oddech, uniósł spojrzenie na swojego wybawcę, a był nim Królicza Prawda. Kocur poruszał wargami, lecz Szakłak nie był w stanie nic usłyszeć, chciał nawet coś powiedzieć, lecz zamiast tego zaczął kaszleć. Lecz nie był to zwykły kaszel, gdyż ten składał się z płatków kwiatów.”

«★»

Po koszmarze, który zgotował mu umysł, nie był w stanie zmrużyć choćby oka na drobną chwilę. Obawiał się, że sen ten może zaliczać się do tych proroczych, czego zdecydowanie wolałby uniknąć. Wolał już nikogo z bliskich nie tracić, szczególnie kiedy koty te były wyjątkowo ważne dla niego i nie wyobrażał sobie dalszej egzystencji bez nich u boku.
Zmęczony, bez spokojnej nocy, opuścił legowisko wojowników wraz z pierwszymi promieniami słońca, które przebijały się przez niewielkie krzewy okrywające norę. Kiedy tylko łuny światła zaczęły muskać jego czarną sierść, przystanął na chwilę, szukając w swym umyśle miejsca, gdzie panował tak upragniony porządek i spokój. Pochłonięty tymi poszukiwaniami nawet nie zauważył, gdy przysiadł pod murem z krzewów pomiędzy jednym z tuneli a legowiskiem, które wcześniej opuścił. Nie zorientował się również, gdy dołączył do niego Gasnąca Łapa.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił. — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.
W pierwszej chwili zacisnął szczękę, przypominając sobie koszmar, który zapewne nie da mu spokoju przez kolejne dni, dopiero po chwili, kiedy zrozumiał, że kremowy ma rację, oparł czoło o jego brak z ciężkim westchnieniem. Może faktycznie potrzebował kogoś, kto zmusi go do podzielenia się tym wszystkim – odkąd Poczciwy Dziwaczek odszedł, niemal wszystko dusił w sobie.
— Nie zasługuje na ciebie… — wymruczał. — Czy na pewno jesteś prawdziwy? — zażartował, starając się psychicznie przygotować na to, co powie pręgusowi, choć akurat na to nie można być nigdy przygotowanym. — Odkąd pamiętał, byłem niemal całkowicie sam. Jak za kociaka ma się problemy z nawiązywaniem znajomości, to ciągnie się to za tobą już do końca. Pierwszym, który był mi bardzo bliski, był mój mentor, Poczciwy Dziwaczek. Jednak sezony temu zmarł, nie mogąc nawet zobaczyć swych dzieci, które niedługo później się narodziły. Byłem wtedy już wojownikiem, więc mogłem się spodziewać, że kiedyś dostanę własnego ucznia i tak też się stało, tylko że zmarł, nim ukończył szkolenie. Potem był Słoneczny Fragment, który zainteresował się mną nieco, ale i on podzielił ich los. Czuje się, jakbym to ja był główną przyczyną ich śmierci…

<Gasnąca Łapo, co powiesz na to wyznanie?>

Dla ciekawych znaczenie snu:
Na wstępie powiem, że nie znam się w żadnym stopniu na snach i wszystko to było brane z Internetu!

~ Znaczenie tonięcia~
Odzwierciedla przytłoczenie emocjonalne, stres i utratę kontroli nad własnym życiem lub konkretną sytuacją.
~Znaczenie kaszlu płatkami kwiatów~
Metaforyczny symbol, który zazwyczaj odnosi się do tłumionych emocji, niespełnionej miłości lub problemów z wyrażaniem siebie.

20 maja 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość, pora nagich drzew

Ostatnia rozmowa z Dzikim Berberysem była… ciężka. Czarny nie angażował się w żadne polityczne kwestie w klanie – on nawet sam przez długi czas nie angażował się w klanowe życie, był niczym cień pozostałych Burzaków, nieobecny, grający jedynie tło dla pozostałych. Dopiero od niedawna powoli wracał do żywych i Rudzikowe Skrzydełko nie musiała go siłą wyciągać z legowiska. Zielonooki powoli zaczynał się udzielać, coraz częściej można było go spotkać poza ciemną norą, co zdecydowanie cieszyło pewną srebrną kotkę. Ruda, kiedy tylko miała okazję, to wyciągała Szakłaka i Płomykówkę na wspólne wyjścia poza obóz – starszy nie protestował, nieco podzielając radość młodszej, Płomykówka natomiast była w tym wszystkim jako przyzwoitka dla siostry, by ta nie zrobiła nic głupiego, ani nie męczyła nadto swojego przyjaciela.
Chyba każdy w klanie przywykł, że obowiązki Króliczej Gwiazdy tak naprawdę są wykonywane przez jego syna, Zawodzące Echo. Poczciwemu Szakłakowi to nie przeszkadzało – można, by rzec, że go ta kwestia nie obchodziła, dopóki koty nie zabijały się nawzajem na masową skalę. A to, że część kotów zmarła za kadencji czarno-białego lider, to nie jest czymś szokującym, przecież w innym klanach też zapewne dochodzi do morderstw, zdrad i tym podobnych. Może i to podejście robiło z niego mało empatyczną personę, jednakże dla niego najważniejsze jest, by mieć w tym szarym świecie jakieś swoje miejsce i nie umierać z głodu lub odwodnienia.
Nie zgłaszał żadnego sprzeciwu, kiedy to zastępca wyznaczył patrol z jego i Berberysu udziałem. Rudy od ich ostatniej konwersacji unikał starszego, co nie wzruszyło go w żadnym stopniu – nawet nie odczuł tej różnicy, zbyt przyzwyczajony do przebywania jedyne we własnym towarzystwie. Miał nadzieje, że ten patrol będzie przebiegać w spokojniejszy sposób niż poprzedni.
— Nadal uważasz, że Królicza Gwiazda słusznie postępuje i jego błędy powinny być wybaczane? — powiedział nonszalancko. — Minęło trochę czasu od naszej ostatniej, dość poważnej rozmowy… No i Klan Burzy stracił wiele dobrych wojowników, jak i kotów, które powinny zostać zauważone wcześniej. Tyle problemów i niedociągnięć… Czy zmieniłeś zdanie?
Poczciwy Szakłak jedynie pozwoli sobie na ciężkie westchnienie. Nie rozumiał tego młodego pokolenia, ciągle coś im nie pasowało, jakby nie mogli cieszyć się z tego, co cokolwiek mają. Wiedział, jak to jest stracić kogoś bliskiego, jednak, by od razu mieć problem do lidera?
— Berberysie, proszę Cię… Doskonale wiesz, że bardzo długo nie angażowałem się w życie klanu, z częścią spraw nadal nie jestem na bieżąco, więc nie będę się wypowiadać na temat lidera z uwagi na szacunek wobec starszych oraz kulturę. Jeśli szukasz, kogoś z kim możesz obgadywać rządy Króliczej Gwiazdy, to obecnie szukasz u złego Burzaka — oznajmił, a następnie przyspieszył kroku, uważając rozmowę za zakończoną.
Nie chciał być niemiły dla młodszego, lecz odnosił wrażenie, że tylko w ten sposób uświadomi kocura, że nie chcę poruszać tego typu tematów ani nie będzie się w nich udzielać z własnych powodów. Liczył, że rudy uszanuje jego zdanie i nie będzie próbował ciągnąć tej jednostronnej rozmowy – chciał we względnym spokoju odbyć patrol i wrócić do ciepłego legowiska. Już czuł, jak poduszki łap zamieniają mu się w jakieś mrożonki.

<Dziki Berberysie? Zlituj się nad starszym…>

03 maja 2026

Od Poczciwego Szakłaka

TW: depresyjne myśli

Ponure, mroźne dni szybko przeminęły na terenie Klanu Burzy, jednak chłód nadal utrzymywał się w sercu jednego z wojowników. Dotychczas tyle razy powstałe z popiołów zamieniło się w czysty lód, którego zdawało się, że nic nie roztopi. Wiatr wył, niczym z rozpaczy na otwartym terenie Burzaków, nie napotykając większych przeszkód aż do granicy z którymś klanem. Czarny kocur ciężko przemierzał tak dobrze znane tereny, na których już nie raz miał przyjemność polować samemu, czy też w towarzystwie już poległych pobratymców. Na każdym kroku otaczała go śmierć, nieważne z kim nawiązywał bliższą relację — ten kot kończył martwy. Poczciwy Dziwaczek? Nie żyje. Kołysankowa Łapa? Nie żyje. Słoneczny Fragment? Zapewne podzielił ich losy. Każdego dookoła niego spotkał jeden i ten sam koniec — śmierć. Był niczym żniwiarz stąpający pośród żywych, wysłannik wysyłający dusze na Srebrną Skórę.
Zdawać, by się mogło, że wszystko dookoła przemija, dni, pogoda, księżyce, przyjaciele, a on? Nadal jest taki sam, jak dawniej, stojąc w tym samym miejscu, jakby tego łapy niczym korzenie drzew były głęboko osadzone pomiędzy warstwami ziemi. Jedyne, co mógł robić to obserwować, jak wszystko się toczy dalej, ale bez niego, pozostawiając go daleko za sobą, w miejscu, gdzie nikt już nigdy nie wróci, nikt nie spojrzy, chociażby tęsknym wzrokiem. Może i było mu to pisane od początku i powinien się z tym już dawno pogodzić, jednak zawsze jakoś znajdował się cień nadziei, że coś w końcu może ulegnie zmianom — jednak te momenty szybko były obracane w proch, kiedy to kolejne bliskie mu koty opuszczały szarą rzeczywistość, w której on miał tkwić już wiecznie.
Sam nie wiedział, czemu pozwala sobie na ten malutki promyczek obietnicy na lepsze jutro. Czyżby nie zdążył się nauczyć już za pierwszym razem, kiedy to opuścił Poczciwego Dziwaczka, by jako pierwszy wrócić do obozu? Czemu tak bardzo trzymał się tego, co już na samym początku było jedynie nieosiągalnym marzeniem, które nigdy nie zostanie zrealizowane? Czy naprawdę liczył na to, że uda mu się przezwyciężyć fatum i dawno zaplanowany swój los przez Przodków? Dlaczego z tym walczy, zamiast się poddać i w ciszy niczym wieczny obserwator, przyglądać się, jak Gwiezdni kierują jego życiem? Czy marnowanie energii na jakikolwiek bunt było czymś opłacalnym? Przecież już trzy razy się przekonał, że wysiłki te spełzną na niczym.
Ciężko odetchnął, zatrzymując się nagle. Chłodny wiatr targał jego futro, niosąc zapach świadczący o jego obecności w stronę granicy z Klanem Klifu — w tamtym kierunku też po chwili skierował swój wzrok. Miejsce, do którego dotychczas tak często chodził, stało się teraz czymś, co wolał omijać szerokim łukiem, gdyż tak było łatwiej. Nie musiał ukrywać przed siostrą, że coś jest nie tak, nie musiał jej martwić swoim stanem — miała swoje życie w Klanie Klifu, a on swoje w Klanie Burzy. Może i dobrze, by było powiedzieć szylkretce o Słonecznym Fragmencie, lecz co konkretnego miałby powiedzieć? “Hej, Słoneczny Fragment zaginął i zapewne nie żyje”? Na samą myśl, że słowa te miałby opuścić jego pysk, pokręcił ciężko głową.
— Jakie to wszystko… męczące — mruknął pod nosem. Jego głos był zmęczony, niemal wyprany z jakichkolwiek emocji i zachrypnięty, jakby od paru dni nie wypowiedział ani słowa. Czy tak już zawsze to wszystko będzie wyglądać? Już nigdy nie poczuje tego dreszczu radości na myśl o spotkaniu Pchełkowego Skoku lub Króliczej Prawdy? Będzie po prostu egzystował w Klanie Burzy, trzymając się niezmiennej rutyny? Niepotrzebnie snuł chęci i marzenia o zaznaniu partnerskiej miłości i ciepła? Miał już na zawsze zostać marionetką w łapach Gwiezdnych i nieść ze sobą jedynie śmierć, zniszczenie i zagładę dla kocich istnień? Jednak, w takim razie, dlaczego nadal pozostawał w Klanie Burzy? Z ostatnim pytaniem w głowie chciał ruszyć dalej niczym ponury żniwiarz na swe plony, lecz zamarł w połowie kroku. Jego poświadomość przywołała w jego umyśle Barszczową Łodygę i dawną rozmowę z Zawodzącym Echem.
— Ach… Czyli dlatego… — stwierdził na głos, wznawiając swą wędrówkę. Tym razem, zamiast kierować się dalej przez równiny w stronę lasu Klanu Wilka, wykonał spory łuk, by zawrócić i ruszyć w stronę obozu Klanu Burzy. Po drodze upolował jakiegoś niewielkiego szaraka, który kompletnie wyczerpał w nim pokłady jakiejkolwiek energii i z jedną zdobyczą w pysku wkroczył do drugiego tunelu, znajdującego się w pobliżu Skruszonego Drzewa. Półmrok z otwartymi ramionami powitał kocura w swych objęciach, w których ten odetchnął, jakby z ulgą, mimo to nie zatrzymywał się i parł dalej do przodu, aż nie wyłonił się w obozie. Raptem wykonał parę kroków, a na swej drodze spotkał dymnego zastępcę, któremu skinął głową. Niewiele starszy od niego kocur wykonał podobny gest, nie zatrzymując się w drodze do legowiska Króliczej Gwiazdy.
“Zapewne będą omawiać kwestię nowych uczniów” — mruknął w myślach, przywołując w głowie obraz dwóch rudych kulek, które pomimo chłodu krzątały się czasem po obozie, korzystając z tego, iż ich matka, Pożarowa Łapa, nie poświęciła wystarczająco uwagi, by przypilnować swoje dzieci. Szakłak był niczym cień, przemykając pomiędzy kotami, więc nikt nie zwracał na niego większej uwagi i mógł w spokoju przyglądać się temu, co często działo się w sercu bezdrzewnej równiny, którą otaczał mur ostrych krzewów, uszczelniony patykami lub głazami.
Docierając do dwóch kamieni na środku obozu, dorzucił upolowanego szaraka do stosu, znajdującego się pod chłodnym przykryciem. Przy okazji wybrał sobie coś mniejszego na swój posiłek i z nową piszczką w pysku skierował się pod mur między żłobkiem a głównym tunelem, gdzie przestrzeń nie była niczym zagospodarowana, dzięki czemu miał niemal idealny widok na obóz oraz legowiska, które opuszczali wojownicy, uczniowie czy chorzy. Obóz tętnił życiem, jakby każdy wyczuwał w powietrzu nadchodzącą porę nowych liście, podczas gdy zielonooki wojownik o szacie czarnej niczym najgłębiej skrywany mrok w lisim sercu, obserwował to wszystko z kamiennym wyrazem pyska, którego nic nie mogło ruszyć. Cisza z jego strony była przerywana jedynie trzaskiem kości, dźwiękiem rozrywanych mięśni i ścięgien, kiedy to decydował się na zatopienie zębów w wybranej wcześniej piszczce. Zwierzę to już było dawno zimne i martwe, a życie na stałe opuściło ciało, które teraz służyło za pokarm Burzaka.

Od Poczciwego Szakłaka CD. Króliczej Prawdy

Przeszłość, przed śmiercią Słonecznego Fragmentu

Pora nagich drzew powoli zbliżała się wielkimi krokami do terenów Klanu Burzy, jednak coraz to chłodniejsze porywy wiatrów na otwartych równinach nie zniechęcały do opuszczania obozu, szczególnie iż z każdym dniem będzie coraz mniej zwierzyny, a nadchodząca pora mogła okazać się zbyt sroga, by jakiekolwiek zwierzę wyszło z nory — chyba że w ostateczności, kiedy to głód sięgnie zenitu.
Czarny kocur dość żwawym krokiem przemierzał terytorium klanu, choć od jakiegoś czasu tego typu przechadzki miała w sobie drugie dno. Oprócz polowań zaczął się niemal dzień w dzień kręcić przy granicy z Klanem Klifu. Sam nie wiedział czemu, lecz za każdym razem jego krok od razu kierował się w tym, a nie innym kierunku — tłumaczył to sobie chęci spotkania siostry, szczególnie że ostatnio pojawił się u nich problem z mewami i obawiał się o szylkretkę. Jednakże kotka nie była jedynym powodem, dla którego tak często odwiedzał niewielki kawałek plaży, należącej do Burzaków. Pewien kremowy kocur nieco zawrócił mu w głowie, choć sam przed sobą się do tego nie przyznawał, głównie z obawy, że i także jego straci. Wyglądało to trochę niczym zauroczenie od pierwszego wejrzenia, lecz Szakłak głęboko w duchu czuł kłującą zazdrość, kiedy musiał obserwować coraz to nowsze pary kochających się kotów w klanie. On też chciał tego zaznać, tego ciepła od partnera lub partnerki, czasu spędzanego razem — oczywiście lubił, kiedy to pewne dwie srebrne siostry uwzględniały go w swych planach, jednak uważał, że to nie było to samo.
Docierając do Kamiennych Strażników, czuł, jak jego łapy nieco się zapadając w złocistym piasku. To wystarczyło, by na jego pysku mimowolnie pojawił się lekki uśmiech — odkąd nieco więcej zaczął rozmawiać ze Słonecznym Fragmentem, zdawało się, że kocur zarażał go nieco swoim optymizmem i radością w życiu, gdyż zielonooki częściej się łapał na tym, jak jego mimika pyska samoistnie ulegała zmianie. Było to dla niego coś nowego, lecz w bardzo pozytywnym znaczeniu, w końcu miał wrażenie, że żyje tak, jak chcę, a nie jak mu ktoś to życie zaplanował. Z każdym krokiem w stronę granicy z Klanem Klifu, czuł, jak radość narasta — może i nie zawsze udawało mu się spotkać Pchełkowy Skok lub Króliczą Prawdę, jednak sam fakt, że mogą być gdzieś blisko, wywoływał u Burzaka coś nieopisanego.
Po chwili do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach Klanu Klifu oraz nuta słonego morza niesiona przez wiatr. Dzięki temu, że zefir pochodził z terenów Klifiaków, mógł po chwili wyczuć obecność jednego z nich — aż jego serce zabiło przez chwilę nieco szybciej. Po opanowaniu mimiki pyska machnął końcówką ogona i już znacznie spokojniej podszedł do granicy, aż jego oczom ukazała się sylwetka Klifiaka. Kremowe pręgowane klasycznie futro i biel pokrywająca jakoś połowę powierzchni ciała kocura było istnym przeciwieństwem czarnej jednolitej, przypominając bardziej samotny kamień na tle piasku, niżeli sam piasek, z którym nieco stapiał się w jedno pomarańczowooki.
— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Królicza Prawdo — palnął bez większego namysłu.
“Głupi! Jak się nie spodziewałeś?! Przecież znajduje się przy granicy Klanu Klifu z Klanem Burzy…”
— Znaczy… Nie ważne… — mruknął widocznie speszony swoimi wcześniejszymi słowami.

<Królicza Prawdo? Zakop mnie pod ziemią…>

01 kwietnia 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Słonecznego Fragmentu

Czarny kocur przeciągnął się leniwie na swoim posłaniu, składającego ze zdecydowanie zużytego mchu, będący przyozdobiony był nielicznymi piórami, które wojownik osobiście znalazł w czasie patroli, spotkań z siostrą lub znacznie wcześniej stanowiły element legowiska, które zajmował jego zmarły mentor, Poczciwy Dziwaczek. Po burym mentorze pozostały mu właśnie upierzenie ptactwa, pierwszy człon imienia, który przejął niedługo po odejściu starszego na Srebrną Skórę oraz trójka potomstwa Słodkiej Dziewanny. Raczej unikał interakcji z Równonocną Łapą, Krokusową Kruchością czy Rybkową Łapa, która w dniu mianowania na wojownika opuściła klan — choć najbardziej unikał Krokus ze względu na to, że młodsza najbardziej przypomniała ojca, którego nie dało jej i rodzeństwu poznać.
Zmęczone ślepia o barwie zielonej, wpadające w oliwkowy odcień, prześledziły najbliższe otoczenie, podczas gdy reszta ciała pozostawała bezruchu, nawet boki wojownika unosiły się niemal niezauważalnie. Czuł, jakby ktoś stał całym swym ciężarem na jego płucach, powodując trudności z oddychaniem, będąc tak naprawdę skutkiem niewyleczonego kataru, który go dopadł pod koniec poprzedniego sezonu. Burzak był tak pochłonięty niemal całodniowymi wypadami poza obóz, że nawet nie potrafił zadbać o swoje zdrowie, z czego raczej Poczciwy Dziwaczek nie byłby zadowolony, gdyby nadal swymi łapami stąpał po tym padole. Sama myśl o byłym mentorze była nadal bolesna, przypominając o sobie niczym rwąca rana, która nie była w stanie zagoić się bez niepotrzebnych komplikacji. Kocur przymknął oczy, chcąc wziąć głębszy wdech, lecz jego obecny stan nie pozwalał na to, co wywołało grymas niezadowolenie na jego pysku.
W końcu wstał ociężale na zmęczone łapy, których kondycja w ostatnich księżycach podlegała pewnym wątpliwością, jednakże nie było co się dziwić, biorąc pod uwagę dotychczasowy tryb życia prowadzony przez wojownika. Niemal całodniowe wyjścia poza obóz sprawiały, że cudem było, kiedy Szakłak spożywał więcej niż jeden, dwa posiłki w ciągu dnia. Najczęściej kończyło się na tym, że wraz z zachodem słońca wkraczał do obozu, brak coś ze stosu, by następnie w ciszy i odosobnieniu spożywał zwierzynę.
Kiedy tylko upewnił się, że kończyny nagle się pod nim nie załamią, wykonał pierwszy krok w stronę wyjścia z legowiska. Głowę miał ciężko zwieszoną, co uwydatniało ruch łopatek, które groźnie na zmianę wyłaniały się na wysokości kłębu kocura. W tym czasie jego gęsty ogon opadał na ziemię, zostawiać po sobie smugę na podłożu, jednocześnie maskując ślady łap, które pozostawiał po sobie wojownik.
Posłanie Poczciwego Szakłaka było najbardziej oddalone od wszystkich, skryte w wiecznym cieniu nory, przez co zielonooki ze względu na swoje ciemne umaszczenie nigdy nie rzucał się w oczy wchodzących wojowników, niczym byłby łowcą, który z uwagą obserwuję ruchy zwierzyny. Jednym, co na pewno było widoczne, były jego zmatowiałe ślepia, często zwężone do cienkich szparek, jakby miały przeniknąć na wskroś duszę każdego Burzaka, który zawita akurat w legowisku. Z racji dość odosobnionej lokalizacji gniazda z mchu starszy musiał pokonać drogę pomiędzy legowiskami innych Burzaków, by dotrzeć do wyjścia spod ziemi. Słońce dopiero leniwie wspinało się na nieboskłonie, wydłużając cienie rzucane przez Skruszone Drzewo i zdrewniałe mury okalające obóz klanu. Kocur zastrzygł lewym uchem, by następnie skierować swoje kroki do legowiska medyków, które mieścił się w wieży, będącej niczym serce obozowiska, kiedy każdy w klanie mógł toczyć własne życie — zarówno te spokojne, jak i te mniej, bądź takie prowadził Szakłak, będące głównie tłem dla innych, stanem zawieszenia. Ciężkie westchnienie ponownie chciało opuścić jego płuca, jednakże zamiast niego wyrwał mu się nieprzyjemny kaszel, drapiący niczym ciernie w gardło. Na nieszczęście był już niemal przed wejście do leża medyków, także już po chwili przed oczami mignęła mu sylwetka jednego z trójki mieszkańców niższej kondygnacji wieży. Była to tylko chwila, lecz liliowa dymna sierść należała tylko do jednej medyczki — Wdzięcznej Firletki. Kocur raczej zbyt często nie zaglądał do trójki kotów dbających o cały klan, gdyż z reguły udawało mu się uniknąć chorób, jednak tym razem nie miał tyle szczęścia.
— Witaj Poczciwy Szakłaku. — Delikatny dźwięk głosu starszej skutecznie ściągnął myśli wojownika na ziemię. — Co Cię do nas sprowadza?
— Witaj Wdzięczna Firletko — powiedział słabo, dusząc kolejny napad kaszlu. — Coś mnie złapało w ostatnim sezonie i- — Nie dane było mu dokończyć, gdyż kocica uciszyła go ruchem ogona.
— Czemu nie przychodzicie od razu, tylko czekacie do ostatniego momentu? — spytała retorycznie, nie oczekując odpowiedzi od kocura, jednakże ten poczuł się jak ciężar dla kolejnego kota w klanie.
— Wybacz mi mojej głupoty, jednak… — zaczął, lecz dalsze słowa nie były mu w stanie przejść przez gardło, w dodatku choroba ponownie dała o sobie znać.
— Nie musisz się tłumaczyć. Wchodź, zobaczymy, co Cię złapało — wymruczała szylkretka, kierując się w głąb legowiska. Zielonooki po chwili wahania ruszył za nią, czując, jak jego nozdrza są atakowane przez intensywny zapach ziół panujący w legowisku. Nie rozglądał się zbytnio, zajął miejsce wskazane mu przez medyczkę, która niemal od razu przystąpiła do zadania kilku pytań oraz oględzin chorego. Kiedy tylko czarny odpowiedział na każde zapytanie, starsza ruszyła po odpowiednie zioła.
— To. — Wskazała łapą na ciemnoniebieskie jagody. — Na kłopoty z oddychaniem. — Kiedy tylko Szakłak przełknął owoce jałowca, Wdzięczna Firletka podsunęła mu mieszankę ziół. — A to na biały kaszel, dobrze, że chociaż z tym przyszedłeś wcześniej — dodała, czekając cierpliwie, aż grymas na pysku wojownika zniknie.
— Dziękuje Ci Wdzięczna Firletko, wiszę Ci zwierzynę — odparł, czując, jak gardło go nadal drapie, lecz w mniejszym stopniu niż wcześniej.
— Nie pogardzę — przyznała z lekkim uśmiechem. — Dbaj o siebie. — Kocur skinął głową, podnosząc się z dotychczasowego miejsca, by następnie opuścić Skruszone Drzewo, lecz w połowie kroku zatrzymał go głos liliowej. — Wiem, że może być Ci ciężko po śmierci Poczciwego Dziwaczka i Kołysankowej Łapy, jednak pamiętaj, że oni nadal się z tobą. W sercu i na Srebrnej Skórze.

«★»

Przeszłość, rozmowa ze Słonecznym Fragmentem


Burzak spokojnie leżał w ciemniejszym zakamarku legowiska wojowników, będąc pogrążonym w myślach, które jeszcze bardziej spychały go w objęcia letargu, zawieszenia, które na nowo zaczęło powracać po śmierci Poczciwego Dziwaczka i nie dając spokoju, a nawet przybierając na sile po podobnej tragedii z Kołysankową Łapą. Z każdym dniem coraz bardziej balansował na krawędzi apatii a dalszych chęci do życia, choć coraz to więcej kotów z jego otoczenia zaczęło umierać przedwcześnie, jakby to on był problemem, to on ściągał na nich śmiertelny wyrok, pozbawiający ich ostatniego tchnienia w tej ponurej rzeczywistości.
Wojownik zapewne nadal, by przebywał w stanie podobnym do otępienia, lecz wtedy dość niespodziewanie podszedł do niego jeden z przewodników, a mianowicie Słoneczny Fragment, który był jego kuzynem, jednak przez więzy krwi. Kremowa sylwetka zdawała się być istnym promieniem słońca, który zawitał w półmroku zajmowanym przez zielonookiego. Jasna sierść niebieskookiego wyraźnie odcinała się na ciemnym tle, stanowiąc dobry kontrast. Jeszcze parę myśli przemknęło przez głowę starszego, nim jego uwaga skupiła się na delikatnym uśmiechu ze strony przewodnika i propozycji spędzenia czasu w tym małym gronie, za starych czasów. Pierwsze, co nasuwało się na język zielonookiego to odrzucenie oferty, jednak zawahał się — czy by na pewno warto było się odciąć od każdego? Przecież niedługo z jego rzeczywistości odejdzie także Barszczowa Łodyga i w sumie pozostanie sam w klanie, niczym samotne, konające drzewo, które ostatkiem sił jeszcze trzymało się w pionie, lecz każdy silniejszy podmuch sprawiał, że te wydawało z siebie przeraźliwe skrzypienie, poddając się zimnej sile.
— Czemu nie — odparł, czując istną suszę w gardle, które w ostatnich księżycach było tak rzadko używane, że zmieniało się w istne pustkowie. Po chwili podniósł się z dotychczasowego miejsca, dając niemy znak towarzyszowi, że będą opuszczać podziemne legowisko wojowników. Słoneczny Fragment nie protestował, nie mając powodu do tego — co innego Szakłak, który opuszczał posłanie, by wykonać minimum z możliwych w przypadku swoich obowiązków lub aby jeszcze potrwać w obecnym stanie, unikając śmierci głodowej, bądź spowodowanej odwodnieniem.
— To… Jak u ciebie Słoneczny Fragmencie? — zagaił, starając się udawać bardziej towarzyskiego, niż faktycznie było.

<Słońce? Może rozruszać swojego niemrawego “kuzyna”, nie pozwalając mu zapomnieć, że nie jest sam w klanie>

Wyleczeni: Poczciwy Szakłak (biały kaszel i kłopoty z oddychaniem)

23 marca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Berberysowej Łapy (Dzikiego Berberysu)

Przeszłość

Przez śmierć Kołysankowej Łapy przestał być jakkolwiek na bieżąco z wydarzeniami, które miały miejsca w Klanie Burzy. Dlatego też nie rozumiał zamieszania na polanie w obozie, kiedy tylko wrócić z tuneli — od jakiegoś czasu czuł, że wszystko idzie mu pod górkę, a on sam jest jedynie przeszkodą dla innych. Jak to było w przypadku przerwania treningu Berberysowej Łapie i Śnieżycowej Chmurze. W tamtym momencie chciałby się zapaść jeszcze bardziej pod ziemię.
Zmoczony machnął ogonem, widząc zgromadzenie wojowników wokół Ciernistej Łapy. Nie wiedział, o co tyle szumu, lecz w żadnym stopniu mu się to nie podobało, dlatego też miał zamiar po cichu wślizgnąć się do suchego legowiska, lecz jego uwagę przykuł ruch ze strony Berberysowej Łapy. Nie zagłębiał się w relacje rodzinne innych, jednakże z daleka można było wyczuć pewnego rodzaju napięcie między dwójką braci.
Woląc nie mieć na sumieniu kolejnego ucznia, ruszył za rudym kocurkiem, który szybkim tempem kierował się w stronę granicy z Klanem Wilka. Zdawało się, że próbuje od czegoś uciec, co znajduje się w obozie klanu. W końcu uczeń przystanął, co spowodowało także zwolnienie tempa przez czarnego wojownika, by finalnie spokojnym krokiem wyłonił się pośród traw i przysiadł obok młodszego, zachowując pewną odległość, by Szakłak nie wyszedł na nachalnego.
— Czy ty też zamierzasz zachwycać się wyczynem patrolu, na którym był Ciernista Łapa? — spytał starszego dość ostrym tonem, który według czarnego nie pasował zbytnio do Berberysa. Jeszcze nie zdarzyło mu się usłyszeć takiego tonu ze strony ucznia, który przecierał oczy łapą. Wojownik nie wnikał z jakiego powodu.
— A czy zrobił coś niezwykłego? Nie wiem jak ty, ale uważam, że nie ma co robić takiego zamieszania z powodu jakiegoś wyczynu patrolu. W końcu zapewne to, co zrobili, wpisuje się w nasze obowiązki — wyjaśnił. — Chociaż od śmierci Kołysankowej Łapy przestałem się interesować większością zbiegowisk na polanie i w sumie zacząłem się odsuwać od klanowego życia… — przyznał ciszej, spoglądając w burzowe niebo. Nie przejmował się ciężkimi kroplami, które rozbijają się o jego czarny pysk. — Podobno wielcy wojownicy powstają w cieniu, ciszy — dodał, kątem oka spoglądając na młodszego. — A bycie w centrum uwagi nie zawsze jest tak przyjemne, jak się zdaje.

«★»

Obecnie

Pora opadających liście w końcu nastała, lecz pogoda nadal była dość ciepła, co wywoływało lekkim grymas na pysku czarnego wojownika, kiedy tylko opuszczał legowisko, a słońce od razu zaczynało nie przyjemnie grzać jego ciemny grzbiet. Ciężko westchnął, mrużąc oczy przez zbyt jasne otoczenie, które było mocnym kontrastem dla legowiska wojowników, które mieściło się pod ziemią i światło tam docierało raczej umiarkowanie — a do posłania Szakłaka niemal wcale.
Machnął gęstym ogonem, by ruszyć w stronę Zawodzącego Echa, który rozmawiał z jakimś wojownikiem. Szakłak skinął mu głową, by następnie dopytać o przydział patrolu.
— Dziki Berberys i Przeplatkowy Wianek udadzą się z tobą na patrol granicy z Klanem Klifu.
Po tym zastępca wrócił do przerwanej rozmowy, a zielonooki oddalił się w poszukiwaniu dwójki kotów, które zostały przydzielone do patrolu. Niebieska szylkretka akurat kręciła się niedaleko, więc Poczciwy Szakłak od razu podszedł do niej, by przekazać przydział od Zawodzącego Echa. Gorzej było ze znalezieniem Dzikiego Berberysu, który nie był w polu widzenia czarnego kocura. W dodatku jego myśli kłębiły się wokół pytania, kiedy nastąpiło mianowanie Berberysowej Łapy. Czyżby aż tak odsunął się od klanowego życia, że już nawet przestał być na bieżąco z jakimikolwiek ceremoniami.

<Dziki Berberysie, kiedyś ty się mianował?>

22 marca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Pchełkowego Skoku

Pomimo przykrych wydarzeń u pewnego czarnofutrego Burzaka, ten nie miał serca odmawiać spotkań siostrze, szczególnie że zbyt długo między nimi była cisza i jedynym czasem, kiedy to mogli na spokojnie porozmawiać były zgromadzenia. Poczciwy Szakłak z każdym dniem czuł się coraz gorzej, lecz nie narzekał, w końcu nadal w Klanie Burzy miał jeszcze ojca i Słoneczny Fragment, będący w jakimś stopniu z jego rodziny.
— Jak to wyznać miłość? To do ciebie niepodobne. Pamiętam, jak byłaś taka nieśmiała, a tu proszę! — powiedział z lekkim uśmiechem na pysku, kiedy to do jego uszu dotarły słowa szylkretki. Cieszył się ze szczęścia siostry, niech, chociaż ona ma z życia, skoro po jego piętach depcze śmierć.
— Dużo się wydarzyło. Tawułowa Łapa niemal kończy trening, jestem z niej taka dumna... — zaczęła. — A ja jestem pełna nadziei, dla Klanu Klifu. Nadchodzą lepsze czasy, czuję to, Szakłaku! Bardzo żałuję, że nie możesz ze mną mieszkać w Klanie i cieszyć tym wszystkim. Spodobałoby Ci się, moglibyśmy codziennie rozmawiać i dzielić językami. Pokazałabym Ci moje ulubione miejsca — westchnęła.
— P-Pomyślałam... że jeśli teraz tego nie zrobię, t-to nigdy się nie o-odważę... — dodała, nawiązując do wyznania miłosnego.
— Wiem, też nad tym bardzo ubolewam. Barszczowa Łodyga nie młodnieje, więc niedługo pozostanę sam w Klanie Burzy, a mojej kochanej siostrzyczki nie będzie u mego boku — przyznał, opierając czoło o jej brak. — Jednakże cieszę się, że u ciebie dobrze oraz chcesz się na coś odważyć. W końcu mała Pchełka dorasta — dodał, podnosząc głowę, by spojrzeć w jej zielone oczy. Te były podobne to tych jego, lecz różnił je jeden ważny czynnik — szylkretka cieszyła się z życia, co było widać z daleka, a on? Ledwo udawało mu się ukrywać oznaki letargu, nie chcąc niepokoić Pchełki swoim stanem, jednakże zaniedbana czarna sierść i pusty wyraz oczu musiały się w jakimś stopniu rzucać, a już zwłaszcza na tle takiego promyczka słońca, jakim obecnie była Klifiaczka.
Kotka łagodnie patrzyła na brata, przez co mogła dostrzec w nich znaczną różnicę, która nastąpiła pomiędzy ich spotkaniami
— Najwyższa pora... prawda? Dorosnąć... — miauknęła cicho. — Nasz tata... Nie chcę go tracić. Ani Ciebie, n-nigdy. Ale wiem... że to n-nieuniknione — szepnęła cicho. — Czy... w tym Klanie Burzy wszystko w porządku? Macie... odpowiednio z-zwierzyny? Jesz jak trzeba? A tata?
— Szkoda, że mnie przy tym nie mogło być. Nasz ojciec na pewno jest z ciebie dumny — dodał, kładąc ogon na jej grzbiecie w geście wsparcia. — Raczej dobrze, choć w ostatnich księżycach nasi najmłodsi członkowie sprawiają niemałe problemy. Zwierzyna dopisuje, choć zdarza nam się natknąć na Dwunożnych przy wodzie, a o mnie nie musisz się martwić... Choć żałuje, że nie poznałem cię z moim mentorem... Ani uczniem…
Pchełkowy Skok sama widocznie posmutniała, jednak to nie stanowiło przeszkody, by okazać parę gestów, które miały podnieść kocura na duchu — co raczej było marną próbą, jednak liczą się chęci, co zdecydowanie Poczciwy Szakłak doceniał.
— Nie martw się tym, na pewno byli wspaniali — mruknęła. — Macie niegrzeczną młodzież? W Klanie Klifu z-zagrażają kotom mewy... A-Ale ja na siebie uważam! Więc nie m-musisz się martwić.
Spróbowała pokrzepić go krzywym uśmiechem. Ostatnie czego chciała to dokładać kocurowi zmartwień.
— Na pewno uważasz? Nie chciałbym i ciebie stracić... Kogo wtedy bym męczył lub witał z zaskoczenia na każdym naszym spotkaniu. Jeśli... jeśli będziecie działać coś z tymi mewami to... Obiecaj mi, że pozostaniesz w obozie, bezpieczna — powiedział ze słyszalną nutą twardości i braku możliwości sprzeciwu w danej kwestii. Przy czym skutecznie zmienił temat, woląc nie mówić o sobie i swoich problemach. Jemu wystarczało w zupełności, że to Pchełce się w życiu powodzi, on od zawsze grał jako tło.
— Obiecuję — miauknęła. — Zapewne i tak by mnie nie wzięli na taką misję...
— Dziękuję siostro. Nie umniejszaj sobie umiejętności, lecz oprócz ojca już w sumie nie mam nikogo. Matka to nie wiem nawet, czy żyje…

<Pchełkowy Skoku? Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa i następnym razem przyjdziesz cała>

11 marca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Króliczej Prawdy

Końcówka poprzedniego sezonu

Czy było mu ciężko niemal samemu w Klanie Burzy? Owszem. Zdawało mu się, że Przodkowie w jakiś sposób mszczą się na nim, jednakże powód pozostawał nieznany. Sam Szakłak nie wiedział czym sobie na to wszystko zasłużyć — zdawało mu się, że jedynie cudem jego umysł prawidłowo pracuje, ochraniając się od możliwego obłędu. Chociaż czy uważanie się za przyczynę śmierci aż dwóch kotów było oznaką szaleństwa? Czarny naprawdę tak uważał i z tego też powodu starał się jak mógł, unikając jakichkolwiek dłuższych kontaktów z obawą, że i na kolejnego Burzaka ściągnie niechybną śmierć. Najchętniej, by zapadł się pod ziemię lub odszedł z klanu, zrobiłby wszystko, aby uchronić pobratymców przed swoją personą. Myślał, że jeśli będzie większość dni spędzał w legowisku wojowników, to nikt nie znajdzie na niego czasu, jednakże nie wziął pod uwagę dwójki sióstr, a szczególnie jednej z nich, Rudzikowego Skrzydełka, która była niezwykle zawzięta, aby go gdzieś ze sobą wyciągnąć.
Srebrna dla niego była nieco niczym trajkotająca przeszkoda, niepozwalająca mu się oddać w objęcia marazmu. Nie wiedział, czy kotka robiła to specjalnie, czy po prostu martwiła się o jego stan, jednakże starszy zaczął być bardziej nerwowy i mniej cierpliwy, jakby próbował poprzez zmianę nastawienia odstraszyć niebieskooką. Jednakże i ta taktyka nie działa, więc kocur musiał co innego wymyślić i dość szybko mu się to udało — postanowił samotnie opuszczać obóz na niemal całe dnie. Wtedy też nikt nie miałby do niego pretensji, że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, plus mógłby paroma piszczkami zrekompensować swoją pechową egzystencję w Klanie Burzy. Tym też sposobem rozpoczęły się jego codzienne zniknięcia z obozu, choć nie spodziewał się wtedy, że nawiąże jakąkolwiek znajomość, która nie będzie w obrębie Burzaków.

«★»

Czarny wojownik ciężkim, wręcz zmęczonym, zmarnowanym krokiem przemierzał granicę z Klanem Klifu. Otwarte tereny po stronie Klanu Burzy zdawały się tracić jakiś swój urok, kiedy Klifiacy mieli dostęp do morza, plaży, klifów i innych miejsc, skąd na spokojnie można było podziwiać, jak słońce powoli znika za horyzontem, sprawiając wrażenie, jakby tonęło w toni otwartej wody. Szakłak przysiadając parę długości lisa od granicy, skierował swój matowy wzrok w kierunku, w którym zawsze Burzacy zmierzali w czasie zgromadzenia na Bursztynową Wyspę. Nigdy niedane było mu zobaczyć wschód lub zachód słońca, gdyż kiedy docierali na miejsce, jasne niebo ustępowało Srebrnej Skórze, by Przodkowie mogli z uwagą ich obserwować w noc pokoju.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, że oprócz niego w pobliżu ktoś jeszcze się znajduje — dopiero zbliżająca się sylwetka kremowego wojownika z Klanu Klifu, skutecznie ściągnęła jego myśli na ziemię. Wziął głębszy wdech, by sprawdzić, czy przez przypadek nie przekroczył granicy, nie wyczuwając wcześniej znacznika zapachowego, jednak nic takiego nie miało miejsca. Nieco nerwowo się rozejrzał dookoła, licząc na to, że Klifiak nie zmierza do niego, tylko do jakiegoś innego Burzaka, który musiał dołączyć do Szakłaka, kiedy ten myślami był gdzie indziej.
Na jego nieszczęście wszystko wskazywało na to, że kremus kroczy w kierunku granicy właśnie z jego powodu. Zauważając zmrużone oczy ze strony nieznajomego, zaczął się zastanawiać, czy przez przypadek nie wygląda jakoś podejrzanie lub gorzej, jednak był pewny, że jego pysk nie jest osnuty jakąkolwiek emocją. Wyglądał bardziej jak jakiś oderwany od rzeczywistości lub wyprany z emocji obserwator.
— Co się gapisz? — zapytał wprost, przechylając lekko głowę. — Czy to moje piękne, lśniące futro tak cię onieśmiela, czy jesteś niskich lotów szpiegiem? — prychnął.
W pierwszej chwili Burzak chciał zaprzeczyć twierdzeniu, że jest szpiegiem, jednakże jego chęci minęły się z celem, gdyż musiał stwierdzić, że on cały zdaje się oblepiony na tyle marazmem i letargiem na otaczający go świat, iż nawet otwarcie pyska i wypowiedzeniu paru słów stało się czymś zbyt wymagającym. Dlatego też w odpowiedzi jedynie spuścił wzrok, zastanawiając się jak przekazać inaczej wojownikowi, że nie stanowi żadnego zagrożenia dla niego.
— Głuchy jesteś czy niemy? — Padło kolejne pytanie, choć tym razem Klifiak otrzymał odpowiedź w postaci pokręcenia przecząco głową. — To weź coś powiedz, a nie liczysz — dodał pręgowany. Szakłakowi zdawało się, że ten zaczyna być coraz bardziej być poirytowany jego obecnością.
— Ja… Nie gapiłem się — wymamrotał cicho, niemal bezgłośnie. — Ale prawda, masz piękne i lśniące futro… — mruknął, zbytnio nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Dopiero po chwili do niego to dotarło. Chciał jedynie potwierdzić słowa nieznajomego, gdyż jego samego czarne futro był matowe i mniej zadbane niż parę księżyców temu. — Zapomnij. — rzucił i nieco spłoszony podniósł się z dotychczasowego miejsca, mając zamiar odejść, nim jeszcze bardziej się pogrąży w zażenowaniu.

<Klifiaku?>

14 stycznia 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Berberysowej Łapy

Od śmierci mentora Poczciwy Szakłak był cieniem dawnego siebie, choć raczej pasowałoby stwierdzenie, że wrócił do tego, co było, nim w jego życiu rozpoczął się nowy, bardziej radosny rozdział. Miał wrażenie, jakby ktoś wyrwał kartki ledwo rozpoczętego fragmentu i je niemal od razu unicestwił, zostawiając po nich jedynie gorzkie wspomnienie. Przy tym gasząc jakąkolwiek nadzieję na lepsze jutro. Czy już tak zawsze będzie wyglądać jego życie? Ledwo dozna szczęścia, pojawi się przebłysk nadziei, a już zostanie on zniszczony w zarodku? Wieczne cierpienie było mu pisane od początku? Czemu przodkowie aż tak go wyniszczają psychicznie?
Pokręcił głową zrezygnowany, nie chcąc dłużej myśleć o swoim marnym losie. Wystarczająco dużo czasu poświęcał użalaniu się nad sobą oraz dalszej żałobie nad śmiercią swojego mentora. Nawet jeśli Rudzikowe Skrzydełko i Skrzydlata Płomykówka próbowały coś na to zaradzić, to było to zadanie ponad ich siły, gdyż wojownik nie miał ochoty na jakiekolwiek kontakty społeczne po odejściu burego wojownika. Samotność ponownie stała się jego najlepszym wyniszczającym przyjacielem, nie opuszczając go choćby na krok. Na polowania udawał się samotnie, przemykając niczym cień wzdłuż ścian obozu, by następnie sprawnie wyjść jednym z tuneli.
Przez ten czas nieco zaniedbał treningi Kołysankowej Łapy, który został mu przydzielony jako uczeń, gdy Płomienny Ryk zmarł przez infekcję. Na szczęście przed początkiem żałoby, kocur zdążył odbyć parę sesji z rudym kocurem, lecz w ostatnich dniach nie miał na to siły. Zaczął się izolować od wszystkich, jednak nie każdy to rozumiał lub tolerował. Do jednego z tych gron należała Śnieżycowa Chmura, która pod wieczór oznajmiła mu, iż chciała, aby Szakłak wraz z Kołysankiem odbyli trening z nią oraz Berberysem. Srebrna nie była zrażona widoczną niechęcią na pysku kocura ani jego lodowatym, wypranym z jakichkolwiek pozytywnych emocji wzrokiem. W innych okolicznościach może, by w niezadowoleniu machnął łapą z wysuniętymi pazurami tuż przed jej nosem, lecz w obecnym stanie to ledwo miał chęci na cokolwiek bardziej wymagającego wysiłku fizycznego. Młodsza mimo ciszy ze strony kocura nie miała zamiaru się wycofać, więc wyczekująco wpatrywała się w zmęczonego życiem wojownika, dopóki ten z ciężkim westchnieniem nie zgodził się na jej propozycje. Pozbawiony jakichkolwiek chęci do dalszej konwersacji, położył łeb na wysłużonym posłaniu, zakrywając gęstym ogonem pysk. Miał cichą nadzieję, że ten gest będzie wystarczająco wymowny lub nikt po prostu nie zwróci uwagi na czarnego wojownika, leżącego gdzieś w kącie.
Tym razem przodkowie byli bardziej przychylni dla niego, ponieważ nikt do rana go nie dręczył. Dopiero Rudzikowe Skrzydełko przerwała jego sen, któryś raz próbując wyciągnąć wojownika poza legowisko. Początkowo mierzył ją uniesiony wzrokiem, nie mając chęci na podniesienie głowy, by po długich chwilach w ciszy podnieść się z posłania i bez słowa ruszyć z młodą wojowniczką do wyjścia nory, a następnie obozu. Ruda uważała, że był to mały sukces na drodze do tego, by starszy wrócił do dawnego funkcjonowania, lecz zbył to rozdrażnionym prychnięciem. Nie potrzebował wracać do tego, co było, a raczej według niego było to niemożliwe — śmierć Poczciwego Dziwaczka na zawsze zmieniła jego życie i nie dało się tego odwrócić.

***

Kiedy tylko wrócili ze wspólnego wyjścia, to Śnieżycowa Chmura już czekała, a Kołysankowa Łapa towarzyszył u jej boku. Nie przypominał sobie, by z kotką umawiali się na konkretny moment, lecz jak widać było chyba mu to niepotrzebne, skoro ona już czekała.
Tylko ze względów uprzejmości, skinął do niej głową, zajmując miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu wyczekiwała jego przybycia, aby udać się po własnego ucznia. Stali raptem parę długości od legowiska uczniów, więc dwójka kocurów mogła być świadkiem małej scenki między kotką a łaciatym uczniem. Choć Szakłak jedynie skrzywił się na ten widok, podzielał niechęć Berberysowej Łapy, co do opuszczania legowiska. Sam najchętniej, by wrócił do swojego, lecz skoro już dał się wyciągnąć z wysłużonego posłania, to powinien wykazać jakiekolwiek, nawet najmniejsze chęci pełnienia obowiązków.

***

W końcu udało im się pomyślnie wyjść całym składem z obozu, lecz już po paru krokach miał ochotę zakopać się pod ziemią. Wszystko, by młodsza wojowniczka zaczęła trzymać język za zębami, chociaż na chwilę. Jej bezustanne trajkotanie przyprawiało go o istny ból głowy, a widoczny grymas nie opuszczał jego pyska, lecz kotka miała to gdzieś, kontynuując swoją paplaninę, dopóki nie spostrzegła królika, za którym od razu udała się w pogoń. Kocur zastrzygł uchem, zmuszając swoje nieco zastane ciało, by ruszyć za Śnieżycową Chmurą i Kołysankową Łapą w pościg. Jednak nie tylko jemu uśmiechało się brać udział w szaleńczym biegu, gdyż dopiero po chwili łaciaty uczeń zrównał z nim bieg. Ledwo dostrzegając już dwie sylwetki Burzaków, zwolnił, przechodząc płynnie do spokojnego marszu. Tak jak się spodziewał, uczeń wojowniczki poszedł w jego ślady.
— Najchętniej wróciłbym do obozu — mruknął niby do siebie, lecz tak naprawdę próbował jakoś zacząć rozmowę z Berberysową Łapą. — Śnieżycowa Chmura tym swoim trajkotanie przyprawiła mnie o istny ból głowy — przyznał, kończąc zdanie ciężkim westchnieniem. — Ja nie wiem, jak ty Berberysowa Łapo dajesz z nią radę. — Kątem oka spojrzał na wspomnianego przez siebie ucznia, przyglądając się uważnie jego mowie ciała oraz samej mimice pyska.

<Berberysowa Łapo? Weź poratuj od tej katarynki>

04 stycznia 2026

Od Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka) CD. Rudzikowego Skrzydełka

Przeszłość, koniec poprzedniej pory opadających liści

Po wyjściu z obozu poprowadził ich trzyosobowy patrol w stronę Drogi Grzmotu, by przy okazji sprawdzić “naturalną” granicę z Owocowym Lasem. Nawet jeśli nie mieli żadnych problemów z tamtejszymi kotami, to nadal problemem mogli być samotnicy kręcący się w tych okolicach — choć znalezienie ich zapachu było trudne pośród panującego smrodu potworów. Spokojnie szedł, nie spiesząc się zbytnio, lecz w myślach musiał powstrzymywać swoje łapy przed szybszym tempie, by wcześniej ukończyć patrol ze srebrnymi siostrami. Nie to, że ich towarzystwo było dla nich uciążliwe, jednak z każdym krokiem niepewność co do podjętej decyzji wzrastała.
— Szakłaczku! Chcesz zobaczyć moją kolekcję martwych motyli? — Na dźwięk swojego imienia, skierował wzrok na Rudzikowe Skrzydełko.
— Szakłakowa Barwa nie jest tak rozmowny. To normalne. Niektóre koty wolą mówić mniej — odparła jej siostra, posyłając mu łagodny uśmiech w przepraszającym geście. Na to czarny lekko skinął głową z powolnym przymknięciem powiek. Nie miał za złe Rudzik, że próbuje zacząć z nim rozmowę.
— No ale skoro nie mówi… To jak zdobywa przyjaciół? — mruknęła, jakby do Płomykówki, lecz po nie otrzymaniu odpowiedzi, skierowała swój wzrok na starszego. — Masz przyjaciół, prawda? Jeśli nie… To ja! Ja mogę być Twoją przyjaciółką! — dodała, a on momentalnie przystanął, jakby jego łapy niespodziewanie wrosły głęboko w ziemię. Czuł, jak jego serce przyspiesza, a w oczach pojawia się lekka panika. Nie wiedział co zrobić. Pierwszy raz ktoś mu coś takiego powiedział. Przecież… kto chciałby być jego przyjacielem? W Klanie Burzy jest znacznie więcej bardziej towarzyskich kotów od niego, więc dlaczego Rudzikowe Skrzydełko chce nawiązać z nim tak bliską relację? Czemu widzi w nim odpowiedniego kandydata na swojego przyjaciela? Robi to z litości? A może chce go jakoś wykorzystać?
Na ostatnią myśl potrząsnął głową. Nie nie, srebrna taka nie jest, nie zachowuje się i nie wygląda na kogoś, kto wykorzystuje innych.
— Szakłakowa Barwo? — mruknęła Skrzydlata Płomykówka, lecz dopiero po którymś razie jej słowa dotarły do kocura. — Wszystko w porządku? — spytała, kiedy ten zamrugał parę razy, wpatrując się w jej pysk.
— Tak… Po prostu… — zaczął, ruszając z miejsca. — Nie ważne… — dokończył, rezygnując z pierwotnej myśli.
— Szakłaczku? — Usłyszał obok siebie głos Rudzik, która zaryzykowała dalszą rozmową po chwilowym dziwnym zachowaniu kocura. Ten jedynie spojrzał na nią, dając znać, by mówiła dalej. — To… Chcesz, bym była Twoją przyjaciółką? — spytała z minimalną nutą niepewności, jakby z obawy, że ten zareaguje ponownym odrealnieniem.
Po pytaniu odwrócił wzrok, chcąc się namyślić nad odpowiedzią. W głębi duszy chciał mieć kogoś bliskiego oprócz Poczciwego Dziwaczka i Barszczowej Łodygi, lecz… Co, jeśli coś źle zrobi i Rudzik szybko stwierdzi, że nie nadaje się do takiej relacji z nią? Jednak jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie przekona, jak to mieć nieco większe grono bliższych kotów.
— Jeśli Ty tego chcesz, to tak — odpowiedział po dłuższej chwili z lekkim uśmiechem na pysku. Nagła radość kotki zaskoczyła kocura, że ten zaskoczony zatrzymał się, wpatrując w Rudzik, która wręcz skakała z ekscytacji.
— Spokojnie, ona tak zawsze — oznajmiła Płomykówka, pojawiająca się obok niego. Ona również patrzyła na rozradowaną siostrę.
— Chyba jednak zaczynam mieć wątpliwości… — mruknął, ruszając powoli.
— Przywykniesz, ale teraz to będziesz mieć dwójkę kotek na głowie znacznie częściej. — Na to stwierdzenie, Szakłak spojrzał na nią zdziwiony, nie rozumiejąc do końca jej słów. — Rudzik często mnie gdzieś ciąga ze sobą jak dzisiaj.
— Im więcej, tym lepiej, prawda? A przynajmniej tak mówią… — rzucił, kierując się wzdłuż szerokiego koryta rzeki, gdzie ten naturalny twór kończył ich tereny w tym kierunku.
— Rudzikowe Skrzydełko, no już, bo zaraz wpadniesz do wody, a raczej nikt nie chce do niej wchodzić, by Cię ratować — oznajmiła Płomykówka, na której słowa jej siostra nieco się opanowała.

<Rudzikowe Skrzydełko?>

19 grudnia 2025

Od Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka) CD. Pchełkowego Skoku

Pora nagich drzew, parę dni po zgromadzeniu

Spotkanie siostry na niedawnym zgromadzeniu było czymś przełomowym w życiu czarnego kocura, który oprócz ojca i mentora nie miał nikogo bliższego w klanie. Samotność niemal na każdym kroku dawała o sobie znać, a on bezsilny mógł jedynie się pogrążać w tym wszystkim bardziej, oddając swój los w łapy innych i przodków. Dotychczas nie miał siły, chęci czy powodu tego zmieniać, lecz po ujrzeniu szylkretowego futra swojej siostry w noc zgromadzenia, poczuł, że chce być dla niej oparciem, bratem, którego dotychczas nigdy u boku nie było. To jednak mogło się zmienić dzięki spotkaniom na granicy, które organizowali co kilka dni, nie chcąc wzbudzać podejrzeń u nikogo. Mimo że nie robili nic niezgodnego z kodeksem i byli rodzeństwem z miotu sojuszniczego, to jednak od tamtego czasu władza w klanach się zmieniła oraz miało miejsce parę wydarzeń. Jednak nawet to nie stanowiło dla nich przeszkodę.
— Witaj siostro — powiedział, wyłaniając się z mroku. Jego czarne futro idealnie zlewało się z panującą ciemnością, dzięki czemu był niezauważalny. — Wybacz, że Cię tak nastraszyłem — dodał, stając tuż przed granicą. Pomimo że byli skutkiem sojuszu między Klanem Burzy a Klifu, to woleli nie przekraczać wyznaczonych terenów. — Jak Ci dziś dzień minął? Jak tam Twój obiekt westchnień? — spytał, chcąc wspierać siostrę w każdej kwestii, nawet jeśli musiał robić to na odległość w taki, a nie inny sposób.
Z tyłu głowy miał nadzieję, że kiedyś uda mu się przedstawić Poczciwego Dziwaczka szylkretce, czując w głębi, że oba koty, by się dogadały. W końcu jego mentor był niezwykle uprzejmym i szanującym czyjeś granice kotem.

<Pchełko?>

05 grudnia 2025

Od Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka)

Pora nagich drzew równie szybko odeszła, tak jak się zjawiła na terenach Klanu Burzy. Wszystko zaczynało wracać do życia, nawet Szakłakowa Barwa, gdyż po bardzo długim czasie odbył rozmowę z siostrą, Pchełkowym Skokiem z Klanu Klifu. Od tamtej pory na pysku kocura można było dostrzec nieco bardziej widoczny uśmiech, sprawiający, że nie wyglądał już na takiego ponuraka, jak wcześniej. Myślał, że rozpoczął się nowy rozdział w jego życiu, pozbawiony wiecznego osamotnienia i braku towarzystwa do otwarcia pyska. Nawet jeśli miał Poczciwego Dziwaczka u boku, to jednak nie było to aż w takim stopniu wystarczające. Po umówieniu się na spotkania na granicy klanów z siostrą myśl, że w końcu jest szczęśliwy, krążyła po jego głowie. Zdawać się mogło, że nawet natura odzwierciedla jego poprawę nastroju po długim czasie, gdyż większość dni była słoneczna niczym w porze zielonych liści.
Lecz koniec tego wszystkiego przyszedł niespodziewanie niczym grom z jasnego nieba, zesłany przez przodków jako ostrzeżenie… Wojownik powinien się cieszyć, że klan nadal rośnie w siłę, lecz nie potrafił. Śmierć jego mentora uderzyła nagle i mocno, niczym wzburzona woda, która rozbiła się na kamieniu w rzece. Kiedy tylko wniesione zostało już martwe ciało starszego, oczy Szakłaka zaszły łzami i mgłą. Łapy przy każdym kroku uginały się, kiedy tylko pokonywał polanę w stronę burego. Poczciwy Dziwaczek był dla niego niczym starszy przyjaciel, do którego można było się zwrócić z pomocą lub po prostu chęcią porozmawiania. To on niemal zawsze stał gdzieś z boku, kiedy czarny jako uczeń pokonywał powoli swoje obawy i ciążącą klątwę samotności.
Dotychczas serce zmącone jedynie szczęście teraz ściskał żal i gorycz tęsknoty. Zielonooki czuł wręcz, jak te z każdym postawieniem łapy na ziemi zaczyna coraz bardziej pękać, aż w końcu nie pozostało nic oprócz miliona małym kawałków, które zdawały się nie być zdolne do ponownego złożenia. Do samego końca miał nadzieję, że to jakiś koszmar, lecz zimne ciało kocura rozwiało wszelkie wątpliwości — odszedł, na dobre. Z zaciśniętymi zębami i gardłem, przypadł do Poczciwego Dziwaczka, pozwalając, aby słone łzy zaczęły spływać po jego pysku, aż w końcu znajdą się na ciemnej sierści zmarłego, mocząc je i pozostawiając widoczne ślady żałoby.
Z całych sił starał się nie zacząć żałośnie wyć z powodu odejścia kogoś tak bliskiego. Czy tak już zawsze będzie wyglądać ostatnie wspomnienie z bliskim? Smutek i tęsknota rozrywająca ciało z każdym uderzeniem serca?
Wojownik nawet nie zwracał uwagi na to, że kogoś jeszcze mogła poruszyć śmierć burego — był tylko on i dawny mentor, nikt więcej się nie liczył. Nawet nie zaprzątał sobie głowy Słodką Dziewanną i jej komplikacjami spowodowanymi zapewne śmiercią partnera.
Wszystko nagle przestało się liczyć, pora dnia, głód czy nawet pragnienie.
Nie wiedział, ile czasu spędził przy ciele zmarłego, lecz na pewno jako ostatni je widział, gdyż nie było mowy, by nie pomógł przy pochówku. Kiedy tylko inni odeszli, położył się przed grobem Dziwaczka, by zanieść się cichym łkaniem. Nie wiedział, ile łez uronił, że na pewno była to duża ilość, ponieważ, gdy w końcu postanowił się podnieść, poczuł lekkie zawroty głowy oraz jak zmęczenie ogarnia całe jego ciało. Włócząc łapami, powrócił do obozu, aby od razu zniknął za kurtyną krzewów, która oddzielała legowisko wojowników od świata zewnętrznego. Widząc jeszcze dawne posłanie, na którym sypiał zmarły, zanurzył pazury w ziemi — czemu to akurat on musiał odejść? I to właśnie teraz?! W końcu jego życie zaczęło się układać, a śmierć wojownika to wszystko zmieniła w zgliszcza. Szakłak miał zamiar z czasem nawet przedstawić Dziwaczka swojej siostrze, lecz teraz stało się to niemożliwe — chyba że szylkretka przyjdzie odwiedzić miejsce pochówku. Wątpił, by Judaszowcowa i Królicza Gwiazda zgodzili się na coś takiego. Pozostało więc jedynie opowiedzenie o tym, jakim wspaniałym kotem był zmarły wojownik.
Z ponurymi myślami zajął swoje własne posłanie, które już było wyleżane do granic możliwości, by ułożyć się tak, aby cały czas wpatrywać się w legowisku burego, który już nigdy na nie nie powróci. Czy naprawdę całe życie Szakłaka było już utkaną ścieżką z żalu, goryczy, żałoby i samotności? Taki już jego los został dawno napisany przez przodków i niemożliwy do zmiany? Jego klątwa będzie na nim ciążyć aż do śmierci? Tak to wszystko zostało zaplanowane przez gwiezdnych przodków? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi. W sumie, jak zawsze, więc to było jedną z nielicznych rzeczy, które pozostawały niezmienne. Ciężko westchnął, przymykając oczy — miało to być tylko na chwilę, lecz nim się obejrzał, nastał kolejny dzień. Nie wiedział ile spał oraz ile czasu minęło od wieści o śmierci Poczciwego Dziwaczka, z czego ile spędził nad ciałem, a później grobem.
Był wdzięczny, że przez ten czas nikt nie postanowił go budzić lub próbować zawracać głowę czymś błahym, w końcu odejście tak ważnego kota dla Szakłaka była czymś pierwszorzędnym. Wszystkie wydarzenia powoli do niego wracały, aż nie pojawiła się jedna myśl. Od razu podniósł się, opuścił norę i udał do Skruszonego Drzewa, w którym swe legowisko miał lider.
— Królicza Gwiazdo, mogę wejść? — spytał, stojąc u wejścia, niemal na krawędzi. Nie chciał krzyczeć niemal na cały obóz z zapytaniem, wiedząc od medyków, że przywódca jest u siebie.
— Wejdź Szakłakowa Barwo. Z czym przybywasz?
— Wiem, że to nietypowa prośba, lecz… po śmierci Poczciwego Dziwaczka proszę o zmianę imienia. Chciałbym przyjąć człon Poczciwy jako pamiątkę po nim i okazanie szacunku po śmierci.
— Poczciwy Dziwaczek był twoim mentorem, nieprawdaż? — Wojownik od razu przytaknął. — Musiał być Ci bliski skoro przychodzisz z taką prośbą, ale dobrze. Zgadzam się.
— Dziękuje Ci, Królicza Gwiazdo! Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. — Na te słowa lider jedynie skinął głową, by powoli podnieść się z legowiska. Szakłak w tym czasie opuścił Skruszone Drzewo, a Królicza Gwiazda przeszedł na miejsce, gdzie zazwyczaj przemawiał do klanu. Nie minęła nawet chwila, a starszy zwołał klan, a zielonooki stał przed obliczem lidera, mając za sobą półkole z zebranych kotów.
— Duchy Klanu Gwiazdy, znacie imię każdego kota. Proszę was teraz, żebyście zabrały imię kota, który stoi przed wami, gdyż nie oddaje już jego natury. Jako przywódca Klanu Burzy i za aprobatą naszych wojowniczych przodków nadaję temu kotu nowe imię. Od dzisiaj będzie on znany jako Poczciwy Szakłak, gdyż sam o to poprosiłeś o to po śmierci swego mentora, Poczciwego Dziwaczka.
Po tych słowach Szakłak przestał słyszeć cokolwiek, w myślach przemawiając do zmarłego, mając przy tym wzrok skierowany w stronę nieba.
“Mam nadzieję, że to widzisz Poczciwy Dziwaczku, to na twoją cześć. Dziękuje Ci za wszystko i żgenaj…”