BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

19 września 2026

Od Kocimiętkowego Wiru do Iglastej Łapy

Choć cieszyła się z tego, że Ognikowa Słota została Matką Kultu i wspinała się w hierarchii, to niekiedy, a zwłaszcza teraz, czuła się samotna. Żłobek przepełniony był kociętami, a tak właściwie to całą ich jedenastką. Zjawa, Bryzka, Skowronek, Nicość, Ślepowron, Noc, Niedźwiedź, Wodnik, Smuklik, Agrest i Aronia — oni wszyscy musieli zostać wychowani w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Szylkretowa mistrzyni miała łapy pełne roboty, próbując każdemu kociakowi z osobna wpoić, jak cudowną liderką jest Zalotna Gwiazda i jak ważna jest wiara w Mrocznych Przodków. I choć Kocimiętkowy Wir wiedziała, że jej partnerka świetnie odnajduje się w swojej roli i cieszy się z dzielenia się swoimi wierzeniami, to powoli zaczynało jej brakować ich wspólnych spacerów i polowań. Już dawno nie śmiała się wraz z mistrzynią, trzymając w zębach tłustego królika. Kiedyś ich wypady były niemal codziennością, a teraz Ognikowa Słota wieczory spędzała na opowiadaniu młodzikom bajek o potężnych przodkach.
Przecież powinna się cieszyć, prawda? Była zachwycona, że Klan Wilka rósł w siłę i zyskiwał obiecujących członków, lecz czy musiał robić to kosztem miłości dwóch kotek? Ciekawe, czy Słota również tęskniła za częstymi spotkaniami ze swoją partnerką, czy może była zbyt zajęta jedenastką szkrabów, które kleiły jej się do łap. Rudofutra bardzo chciałaby ją o to spytać, lecz żeby to zrobić, musiałyby się najpierw jakoś złapać, a szylkretka niemalże nie wychodziła z kociarni.
Z drugiej strony to Kocimiętka mogłaby ją odwiedzić, ale czy na pewno chciała to robić? W żłobku pewnie nawet nie było tyle miejsca, by się w nim zmieściła! Pszczeli Rój, Kwaśna Kocanka, Jesionowa Szadź, Miodowy Ul i Ognikowa Słota pewnie dyszeli sobie nawzajem na karki, będąc ściśniętymi tak blisko siebie! Choć może nie było tam aż tak źle. W końcu w legowisku wojowników jakoś wszyscy na spokojnie się mieścili. W takim razie Kocimiętka może faktycznie mogłaby złożyć wizytę swojej ukochanej? A może powinna czekać, aż Ognikowa Słota sama wyjdzie z inicjatywą, by zabrać ją na jakiś spacer i porozmawiać? Ciekawe, jak długo zajmie jej przypomnienie sobie o tym, że ma partnerkę, bo jak na razie chyba wydawało jej się, że świata poza uczeniem kociąt o wilczackich zwyczajach i tradycjach nie było. Zastanawiała się tylko, czy nie była okrutna, wystawiając kocicę na takie próby. Może jednak nie powinna testować tego, jak długo zajmie kotce, by do niej zagadać? Były w końcu partnerkami, więc jeśli Kocimiętka miała jakiś problem ze Słotą, powinna jej to zakomunikować.
Nieważne. Sama przecież miała teraz dużo na głowie. Może dobrze im zrobi chwila przerwy od siebie nawzajem. Musiała się skupić przede wszystkim na tym, by wyśmienicie wyszkolić swojego syna i ucznia zarazem — Iglastą Łapę. Dymny nie mógł lepiej trafić w życiu. Przyszedł na świat jako wnuk przywódczyni, a także syn dwóch mistrzyń i Matki Kultu jednocześnie. W dodatku za mentorkę otrzymał jedną ze swoich mam. Czy mogłoby być lepiej? Choć… to niesprawiedliwe, że Iglak pławił się w takich luksusach, podczas gdy koty takie jak Garbata Łapa były tylko pośmiewiskami. Czekoladowy kocur nie urodził się słaby z wyboru. Czy tak powinno to wyglądać? Czy coś, na co nikt nie ma wpływu, powinno decydować o reszcie życia kota? Kocimiętkowy Wir uważała, że zarówno Iglak, jak i Garbatek powinni mieć równe szanse na to, by stać się kimś ważniejszym. Ale żyła przecież w Klanie Wilka. Tu nie było miejsca na takie przemyślenia.
By odciągnąć swoją uwagę od tego, co działo się w Klanie Wilka, postanowiła do kogoś zagadać. Nie musiała się długo zastanawiać, z kim mogłaby zamienić kilka zdań, gdyż jej oczom ukazała się ruda sylwetka kota, który był Kocimiętce bardzo znajomy. Nie była to jednak Makowa Iluzja. Znajoma sylwetka była masywna, a to właśnie Dynia była znacznie bardziej umięśniona niż jej córka.
— Mamo! — zawołała mistrzyni, podchodząc do kotki szybkim krokiem. — Co powiesz na jakiś krótki spacer? — zaproponowała, zbliżając się do starszej. Teraz starała się nieco odnowić z nią kontakt, ponieważ ostatnimi czasy nie zdarzało jej się z nią często rozmawiać. Co prawda udało jej się z nią pokonwersować jakiś czas temu, a także wkręcić w tę rozmowę Koszmarną Łapę, lecz przedtem rozmawiały ze sobą jedynie sporadycznie.
— Hej, Kocimiętko — przywitała się wpierw rudofutra. — Byłabym głupia, gdybym własnej córce odmówiła spaceru! Tym bardziej że kości już nie te same, a pysk coraz to siwszy. Kto wie, za ile księżyców Zalotna Gwiazda pośle mnie do legowiska starszyzny… — zażartowała, na co mistrzyni zrobiła nadąsaną minę.
— Nawet tak nie mów! Jesteś dopiero w kwiecie wieku, mamo. Nigdzie się nie wybierasz! — uparła się, pewna swoich słów.
Dyniowa Skórka przewróciła oczami i powolnym krokiem skierowała się w stronę wyjścia z azylu. No tak. Przecież miały iść na spacer.
— Daj spokój — odparła w końcu starsza. — Kiedyś w końcu trzeba jakoś odejść, prawda? Ja już wychowałam dwie wspaniałe córki, doczekałam się nawet wnuków! Powiedz mi, Kocimiętko, czego tu chcieć więcej od życia? — kontynuowała, wcale nie uspokajając swojej córki.
— Nie! Jeszcze nie zemściłyśmy się na ojcu, więc nie możesz umierać — mówiła dalej. — Razem go odnajdziemy, gdziekolwiek jest, i tak go poturbujemy, że go własna matka nie pozna! Co ty na to, mamo? — rzuciła żartobliwie, próbując jakoś zmienić temat.
— Czy ja wiem, czy to konieczne? Myślę, że on żałuje tego, jak się zachował. I myślę, że poczucie winy, które go zżera, jest dla niego większą karą niż rany zadane przez pazury czy kły — stwierdziła, co dla Kocimiętki zabrzmiało bardzo mądrze. Jej matka zawsze miała rację — poza momentami, w których twierdziła, że jest już gotowa na odejście — więc może naprawdę Królik męczył się teraz przez to, jak zachował się w przeszłości?
— Mam nadzieję! Chyba bym go udusiła, gdyby teraz żył sobie w spokoju po tym wszystkim, co zrobił — odparła, strzepując ogonem. — Choć to nie tak, że jego głupota jakoś bardzo na nas wpłynęła, prawda? Co nas interesuje jakiś mysi móżdżek! To jego strata, że nie mógł obserwować, jak ja i Mak dorastamy, a potem jak zostajemy wojowniczkami, a ja mistrzynią… — westchnęła, lecz po chwili pokręciła głową.
Ta rozmowa schodziła na złą drogę.
— Nieważne! Może porozmawiamy o czymś… pogodniejszym? No, mogę się na przykład pochwalić, że całkiem dobrze mi idzie trening z Iglastą Łapą. Lepszego ucznia nie mogłam dostać! — oznajmiła, uśmiechając się szeroko. — Musisz go w końcu poznać, bo jeszcze z nim chyba nie rozmawiałaś… Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Zamroczoną Łapę też ci muszę przedstawić, koniecznie! — oznajmiła. Podczas poprzedniego spotkania również o tym rozmawiały, lecz co począć. Kocimiętka odczuwała potrzebę zmiany tematu, a to była pierwsza rzecz, która przyszła jej do głowy.
— Oj, wiem, Kocimiętko. Już to mówiłaś — zaśmiała się Dynia. — Ale w tym tempie to faktycznie nigdy nie zorganizujemy tego spotkania rodzinnego — dodała, po czym zamilkła na chwilę. — W takim razie może jutro? Jak Koszmarna Łapa i Zamroczona Łapa wrócą już z treningu — zaproponowała.
Mistrzyni poruszyła wąsami z zadowolenia.
— No pewnie! Im szybciej, tym lepiej — mruknęła. — Ach, nie mogę się już doczekać!
Starsza zaśmiała się cicho pod nosem.
— Tak, ja również.

* * *

W nocy

Kocimiętkowy Wir została wybrana na wartę, lecz wiedziała dobrze, że nie przyjdzie jej spędzić całej nocy na pilnowaniu obozu. Tej nocy miało się odbyć polowanie na samotników, a ona nie zamierzała go przegapić. Była w końcu częścią kultu i musiała uczestniczyć w jego obrzędach. Szkoda tylko, że jej partnerka musiała pilnować kociąt w żłobku i nie była w stanie udać się na polowanie wraz z Kocimiętką. Gdyby tak się stało, może wspólnie udałoby im się zwabić jakiegoś samotnika, tak jak robiły to już nieraz! Rudofutra doceniała te chwile spędzone w towarzystwie drugiej mistrzyni. To było takie zabawne, gdy wspólnie przekonywały nieznajomego kota o tym, że są w stanie dać mu lepsze życie. Kocimiętka czuła się wtedy, jakby się bawiły. Jakby ten samotnik wcale nie był żywym, czującym kotem, a jedynie pionkiem.
Uszy mistrzyni nagle stanęły na sztorc. Jej uwagę skupiły szmery dobiegające z azylu, prędko rozpraszając jej myśli. Pręgowana szybko wzrokiem przemierzyła skąpaną w świetle księżyca polanę, w końcu dostrzegając na niej nikłe zarysy kocich sylwetek. Było ich coraz więcej. Niemal bezszelestnie przemieszczały się w jej stronę, instynktownie wzbudzając w niej niepokój. Wiedziała jednak, że to kultyści, których była częścią, i że nie zrobią jej krzywdy. Odetchnęła z ulgą, po czym odczekała, aż ostatni członek sekretnej społeczności opuści azyl. Dopiero wtedy podniosła się z miejsca i zaczęła podążać za nimi na miejsce, w którym zazwyczaj się rozdzielali, by wytropić samotników, którzy tej nocy nieszczęśliwie błąkali się na terenach łowów.
Z racji nieobecności Ognikowej Słoty rudofutra postanowiła zapolować na bezklanowca bez niczyjej pomocy. Wolała, rzecz jasna, robić to u boku partnerki, lecz skoro jej nie było, mogła zrobić to i samodzielnie. Zresztą, to właśnie tak zazwyczaj polowali kultyści. Łowy w parach zdarzały się trochę rzadziej, mimo że były równie akceptowalne. Nieważne. Zielonooka musiała się teraz skupić na tym, by wytropić jakąś ofiarę. Była w końcu jedną z najbardziej zaufanych członkiń kultu, toteż przyniosłaby sobie wstyd, gdyby niczego, a właściwie to nikogo, nie złapała.
Na szczęście nie musiała węszyć zbyt długo. Już po kilku uderzeniach serca do jej nozdrzy dotarł świeży zapach samotnika. Był jeszcze nieświadomy tego, że właśnie stał się celem Kocimiętkowego Wiru, która nie zamierzała puszczać go wolno… Od tej chwili był już ofiarą. Czekała go nieuchronna śmierć z łap kultystki. Nieważne, jak szybko będzie biegł i jak sprawne uniki będzie robił, i tak skończy jako podarek dla Mrocznych Przodków.
Kocimiętkowy Wir zaczęła podążać jego tropem, przedzierając się przez krzewy i lawirując między gęsto rozłożonymi pniami iglaków. W końcu zatrzymała się przed jednym z krzaków, gdy do jej uszu dotarło czyjeś ciche podśpiewywanie. Ostrożnie wysunęła pysk zza ukrycia, w ciemności próbując namierzyć samotnika. Szybko spostrzegła, że był to kocur. Nadzwyczaj nieostrożny. Pałętał się samotnie w lesie, a w dodatku strasznie hałasował. Miał półdługie, lejące się futro w brązowym kolorze, poprzecinane tygrysimi pręgami. Jego łapy, brzuch i szyja splamione były bielą, a pomarańczowe oczy lśniły w mroku. Kocimiętka musiała przyznać, że był całkiem urodziwy, a ponadto w podobnym wieku co ona. Szkoda, że już za moment przyjdzie mu umrzeć.
Wyprostowała się i przywdziała zmartwiony wyraz pyska. Starała się wyglądać najłagodniej, jak tylko potrafiła. Nie zamierzała w końcu uciekać się do przemocy, tak jak wtedy, gdy przyszło jej zapolować na samotnika po raz pierwszy. Nie chodziło o to, by ofiarę zmusić tylko i wyłącznie siłą. Równie dobrze było spróbować przekonać ją samymi słowami, by podszkolić się w sztuce perswazji.
— Hej… — przywitała się nieśmiało, podchodząc do kocura.
Ten wzdrygnął się na dźwięk jej głosu i od razu przestał nucić. Stanął w bezruchu, jeżąc futro i wlepiając wyłupiaste oczy w rudofutrą.
— Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć! — dodała szybko, nieznacznie chyląc przed nim głowę. — Poszłam tylko na nocny spacer i… przypadkiem wpadłam na twój trop. Trochę mnie zmartwiło to, że jakiś kot błąka się sam po lesie w nocy — wyjaśniła spokojnie. — To niebezpieczne, wiesz?
Czekoladowy odwrócił od niej wzrok, trochę skołowany.
— Przepraszam… Zaraz stąd pójdę — odparł, już wykonując krok w tył.
— Nie, nie! — miauknęła Kocimiętka, nie chcąc, by ofiara uciekła jej sprzed nosa. — Nie musisz odchodzić. Właściwie to… myślałam, żeby zaoferować ci schronienie u mnie — dodała, znowu uśmiechając się do kocura troskliwie. — Tak jak mówiłam, w nocy po lesie błąka się dużo drapieżników. Na twoim miejscu dałabym sobie pomóc… — wyjaśniła.
Widać było, że samotnik wciąż się waha, co trochę frustrowało mistrzynię. Chciała mieć to już za sobą.
— No nie wiem… A co z moim bratem? Nie chcę go zostawiać — zauważył.
Kocimiętka przez chwilę myślała nad odpowiedzią, aż w końcu machnęła łapą.
— Nie martw się. Rano po niego pójdziesz, a ja mogę zrobić to razem z tobą. Wiesz, wydajesz się… całkiem silny — przyznała, podchodząc do niego bliżej i uważnie obserwując jego pysk. — Myślę, że ty i twój brat znajdziecie u mnie swoje miejsce. Wiesz, żyję jeszcze z kilkoma innymi kotami. Wspólnie dla siebie polujemy, pomagamy sobie. Chyba nie wiesz nic o ziołach, prawda? — spytała, przekręcając głowę.
— Nie, nie… — wydusił z siebie czekoladowy. — Nie znam się na roślinach i, no… chorobach… — wyjaśnił, wciąż trochę zmieszany.
— W takim razie co zrobisz, jeśli twój brat zachoruje? — spytała, po czym zamilkła na moment.
Kocur nie odpowiedział. Wlepił jedynie wzrok w swoje własne łapy.
— Moja skromna grupa posiada w swoich szeregach aż dwójkę kotów, którzy potrafią leczyć. Gdybyś do nas dołączył wraz ze swoim bratem, nie musiałbyś się więcej martwić o to, że kiedyś złapie was zielony kaszel i będziecie skazani na rychłą śmierć — przekonywała go dalej.
Nieznajomy prychnął.
— Na pewno jest jakiś haczyk — odparł, ponownie odsuwając się od Kocimiętki. — Nie ma szans, że chcesz mi udzielić schronienia tak zupełnie za darmo, prawda…?
Rudofutra zaśmiała się cicho pod nosem. Jej śmiech poniósł się po lesie niczym lekki podmuch wiatru.
— Oczekuję od was tylko tego, że będziecie sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Będziecie codziennie wychodzić na patrole, by złapać kilka piszczek. Czy to naprawdę tak dużo? Ponadto byłabym bardziej niż zachwycona, gdybym mogła poznać cię nieco bliżej… — oznajmiła. — Nie daj się prosić… To może być jedyna taka szansa dla ciebie i twojego brata. No, chyba że wolicie codziennie ryzykować własnym zdrowiem, żyjąc na własną łapę.
Po postawie samotnika i jego wyrazie pyska można było wywnioskować, że powoli przekonywał się do propozycji rudofutrej. Jego futro powoli przylegało do ciała, a mięśnie się rozluźniały.
— Cóż… jedna noc spędzona u was chyba mi nie zaszkodzi. Ale obiecaj, że nie będziesz mnie zatrzymywać, jeśli rano zechcę odejść i nie dołączę do was — miauknął, poruszając nerwowo ogonem.
— Obiecuję. Jeśli uznasz, że wraz z bratem nie jesteście stworzeni do takiego życia, to droga wolna. Będziecie mogli odejść, kiedy tylko chcecie, choć… wolałabym, byś dał mi — a także nam — szansę.
Czekoladowy uniósł jedną brew, przenosząc wzrok na zielonooką.
— Nam? — dopytał.
— Nam, to znaczy mi i mojej grupie, oczywiście — odrzekła, po czym puściła kocurowi oczko. — W takim razie nie ma na co czekać! Chodź za mną, zaprowadzę cię do naszego obozu. Zaraz jeszcze znajdą nas jakieś lisy czy wilki, a tego byśmy przecież nie chcieli… — wyjaśniła, żwawym krokiem ruszając w stronę miejsca zbiórki kultystów.
— Tak, tak. A tak w ogóle… jak masz na imię? — zagaił czekoladowy, doganiając kotkę.
— Kocimiętka! — odparła wesoło. — A ty?
— Kocimiętka? Ładne imię — odparł, powoli przekonując się do pręgowanej. — Ja nazywam się Daniel.
Mistrzyni przez moment dreptała w ciszy, aż w końcu przypomniało jej się, że kocur wspominał o bracie. Z grzeczności wypadałoby dopytać również o niego.
— A twój brat? Jak on się nazywa? — zapytała, zgrywając szczerze zainteresowaną.
— Łosiek! I… mieliśmy też siostrę, nazywała się Sarna. Tylko pewnej nocy… chyba od nas uciekła. Opuściła naszą norę i już nie wróciła. Zastanawiam się, czy to jacyś drapieżnicy zrobili jej krzywdę, czy może planowała to od dawna… — rozgadał się, co nawet trochę zdziwiło mistrzynię.
Tak łatwo jej zaufał, nie wiedząc, że za niedługo tego pożałuje. Przez chwilę zrobiło jej się go żal, ale nie mogła zapomnieć o tym, że robiła to dla Mrocznych Przodków. Było już za późno, by się wycofać i puścić go wolno. Teraz już musiał umrzeć.
W końcu Kocimiętka wraz z Danielem dotarli na miejsce spotkania kultu. Członkowie już zataczali ciasne koło, oczekując tylko momentu, w którym Kocimiętka zaciągnie do niego swoją ofiarę.
— Kim… Kim oni są? — szepnął pręgowany, zatrzymując się w miejscu. Zmrużył oczy i wyciągnął szyję do przodu, próbując lepiej zrozumieć to, na co patrzył. — To… to ta twoja grupa? Co… co oni robią? — wydukał zdumiony, lecz Kocimiętka milczała.
Dopiero gdy samotnik wzdrygnął się i wyprostował, rudofutra napięła mięśnie i skoczyła na niego. Była silniejsza. Wyczuła to od razu. Miała masywne, umięśnione łapy, w przeciwieństwie do Daniela, który był raczej szczupły. Z łatwością udało jej się powalić go na ziemię. Głowa kocura uderzyła ciężko o glebę, co oszołomiło go na kilka uderzeń serca. W międzyczasie mistrzyni zdążyła złapać go za kark i zaciągnąć do środka kręgu.
Dołączyła do szeregu Wilczaków, patrząc, jak Daniel powoli wraca do siebie i zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka. Po jakimś czasie nawiązała z nim nawet kontakt wzrokowy i miała okazję zatopić się w tych jego ogromnych, pomarańczowych ślepiach, w których lśnił niepokój. Kocimiętka posłała mu tylko delikatny, wręcz pokrzepiający uśmiech.
Krucze Pióro zgłosił się jako ochotnik do zamordowania Daniela, toteż już po kilku uderzeniach serca czekoladowe ciało spoczywało na ziemi, podczas gdy powoli uchodziło z niego życie. Zastępca wciąż, jak widać, był w całkiem dobrej formie. Podczas ich walki mistrzyni wznosiła modły do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, lecz nawet nie zdążyło zaschnąć jej w gardle przez to, jak szybko Kruk uporał się z czekoladowym. Może to i lepiej. Kocimiętka nawet polubiła Daniela, a tak przynajmniej nie musiał męczyć się zbyt długo.
Kolejny kultysta już miał wyruszać na polowanie na kolejnego samotnika, gdy nagle do uszu zgromadzonych dotarł niespodziewany szelest. Zbyt głośny, by jego źródłem mógł być wiatr. Zbyt cichy, by był sprawką jakiejś pędzącej myszy. Pysk każdego ze zgromadzonych Wilczaków od razu zwrócił się w stronę źródła dźwięku, a tam wszyscy — łącznie z Kocimiętkowym Wirem — spostrzegli między krzewami parę zielonych oczu osadzonych na rudym, pręgowanym pyszczku. Mistrzyni znała te oczy aż zbyt dobrze.
— To Dyniowa Skórka! — krzyknął ktoś z tłumu, a wtedy wojowniczka odwróciła się na pięcie i zaczęła uciekać.
— Łapcie ją! — wrzasnęła gniewnie Zalotna Gwiazda, cała się jeżąc. Nim Kocimiętka zdążyła się ocknąć i jakkolwiek zareagować, Tropiąca Łaska wyrwała się naprzód i ruszyła w pogoń za Dynią.
“Nie, nie, nie!” — pomyślała mistrzyni, w szoku wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą skrywała się jej matka. “Oni ją zabiją! Zabiją ją!” — powtarzała, czując, jak jej serce zaczyna bić coraz szybciej. To koniec! Jeśli to naprawdę była jej matka, to była już martwa. Nie było szans na to, żeby przeżyła spotkanie z kultystami, skoro do nich nie należała. Nie wolno jej było znać mrocznych sekretów Klanu Wilka. Każdego, kto o nich wiedział, a nie powinien, prędzej czy później czekała śmierć!
Mistrzyni wciąż stała w bezruchu, podczas gdy koty wokół niej szeptały. Ich głosy zlewały się w jedność, doprowadzając Kocimiętkę do szału. Chciała biec, jakoś ratować Dyniową Skórkę, powstrzymać Tropiącą Łaskę, ale… była sparaliżowana. Nie wiedziała, czy ważniejsza była dla niej własna matka, czy własne miejsce w klanie. Gdyby próbowała sprzeciwić się rozkazom Zalotnej Gwiazdy, nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Uznaliby ją za zdrajczynię. Za słabeusza. Przestałaby być tak bardzo szanowana w oczach liderki, kultystów, a nawet swojej partnerki — co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Ognikowa Słota zostawiłaby ją, gdyby tylko rudofutra zawiodła kult.
Kocimiętka przełknęła ślinę, modląc się tylko o to, by ta noc szybko się skończyła.

* * *

Dyniowa Skórka naprawdę została zabita. Tropiąca Łaska dopadła ją podczas ucieczki i zabiła bez najmniejszych skrupułów. Szylkretka obserwowała, jak z ciała rudej wojowniczki ulatnia się życie. Potem chwyciła je za kark i zaciągnęła na miejsce spotkania kultystów, zupełnie tak, jakby starsza była jednym z obcych samotników, a nie kimś, z kim jeszcze tej nocy dzieliła legowisko. Na miejscu kultyści postanowili wrzucić truchło Dyniowej Skórki do rzeki, by się go pozbyć. Uznali, że kopanie dla niej grobu będzie zbyt czasochłonne. Chcieli zbezcześcić ciało swojej pobratymczyni tylko dlatego, że weszła im w drogę. Czy teraz już nie zasługiwała na należyty pochówek tak jak każdy inny kot? Czy naprawdę musiała zostać puszczona z nurtem rzeki, który najpewniej zaprowadzi ją wprost do morza? Najwyraźniej.
Kocimiętkowy Wir stała wśród innych kultystów, patrząc, jak w zupełnej ciszy jeden z nich chwyta skórę na karku Dyniowej Skórki i zaciąga ją wprost do strumienia. Miała ochotę krzyknąć, powstrzymać ich, lecz za każdym razem, gdy wrzask chciał wyrwać się jej z gardła, gryzła się w język. Musiała zachować kamienny wyraz pyska i zachowywać się tak, jakby śmierć jej matki wcale nie wywarła na niej wrażenia. W końcu tak zachowywali się kultyści, prawda?
Po chwili, gdy rudofutre ciało zaczęło płynąć z prądem w stronę terenów Klanu Klifu, kultyści zaczęli wracać na miejsce swoich spotkań. Kocimiętka przez dłuższy czas stała jednak w miejscu, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą zniknęła jej matka. Nie wiedziała nawet, że wraz z nią została również Zalotna Gwiazda, dopóki liderka nie postanowiła się odezwać:
— Kocimiętkowy Wirze — zaczęła poważnym głosem, na co mistrzyni się wzdrygnęła. — Pełniłaś tej nocy wartę, tak? — zapytała.
Rudofutra przełknęła ślinę, odwracając pysk w stronę szylkretki. Czy przywódczyni była na nią zła? Czy spotka ją jakaś kara? Miała nadzieję, że jednak nie. Nie zniosłaby śmierci swojej matki i gniewu Zalotnej Gwiazdy na raz.
— Tak… — odparła, nieznacznie się wahając. Mimo wszystko nie było co okłamywać liderki. Musiała odpowiadać zgodnie z prawdą i liczyć na litość szylkretki.
Zalotna Gwiazda przez moment wpatrywała się w mistrzynię, jakby się nad czymś zastanawiała. Kocimiętce zaczęło się robić gorąco z tych wszystkich nerwów. Wciąż nie potrafiła uwierzyć w to, jak wiele wydarzyło się w jedną noc. Nie potrafiła tego przełknąć ani tym bardziej przetrawić. Chyba nawet śmierć Dyniowej Skórki jeszcze do niej nie dotarła, choć może to dobrze. Sprawiało to, że zamiast mazgaić się przed kultystami, mogła oderwać się od rzeczywistości, zachowując neutralny wyraz pyska.
— Z rana przyjdziesz do mnie do legowiska i opowiesz mi, że Dyniowa Skórka wyszła w nocy z obozu za potrzebą i nie wróciła. Wtedy ja wyślę patrol poszukiwawczy. Jeśli natrafi na jakieś ślady krwi czy walki, wina zostanie zrzucona na samotników — wyjaśniła przywódczyni.
Kocimiętkowy Wir spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego. Mimo wszystko posłusznie przytaknęła głową, nie mając innego wyboru. Cała ta sytuacja była dla niej absurdalna i wręcz ją brzydziła. Nigdy wcześniej nie myślała, że to, co robią kultyści, tak naprawdę jest złe, lecz teraz… czuła się nimi wręcz zawiedziona. Spodziewała się, że Dyniowa Skórka, będąc jej matką, otrzyma z ich strony nieco więcej szacunku — a jednak potraktowali ją jedynie jak przeszkodę, którą trzeba było usunąć.

* * *

Z rana Kocimiętkowy Wir wykonała polecenie, jakie wydała jej Zalotna Gwiazda. Oczekując na powrót patrolu poszukiwawczego złożonego z Tropiącej Łaski, Sowiego Zmierzchu i Nadciągającego Pomroku, przez moment jakby zapomniała, że jej matka nie żyje. Siedząc przy wyjściu z legowiska wojowników, w jej sercu pojawił się promyczek nadziei na to, że już za chwilę trójka kultystów wróci z rudofutrą kotką u boku, jednak tak szybko, jak się pojawił, tak prędko i zgasł. Dyniowa Skórka już dawno znajdowała się daleko poza terenami Klanu Wilka, a może i nawet wszystkich klanów. Być może dryfowała już teraz w morzu — Kocimiętka zakładała, że to właśnie tam wypchnęła ją rzeka. Mogła jedynie czekać na powrót swoich pobratymców, a potem na ogłoszenie ze strony Zalotnej Gwiazdy, które pozwoli jej rozpocząć opłakiwanie Dyni. Teraz w końcu jeszcze istniała szansa, że rudofutra kotka żyje, więc nie mogła się smucić, czyż nie?
W pewnym momencie do jej uszu dotarł dźwięk kroków. Dobiegł ją od strony wejścia do obozu, toteż Kocimiętkowy Wir od razu założyła, że należały one do patrolu poszukiwawczego. Nim w ogóle podniosła wzrok na trójkę kotów, poczuła, jak na jej żołądku zaciska się supeł. Nie chciała, by ta chwila, w której liderka ogłosi wszystkim, że samotnicy odebrali Dyni życie, wreszcie nadeszła. Wiedziała, że czasu już nie cofnie, a jej matka mimo wszystko już nie wróci, ale wciąż nie potrafiła się z tym pogodzić. Przemowa Zalotnej Gwiazdy będzie w pewnym sensie potwierdzeniem tego wszystkiego. Po niej śmierć Dyniowej Skórki nie będzie już sekretem i domysłami, lecz jawnym faktem.
Mistrzyni siedziała w miejscu przez długą chwilę po tym, jak patrol powrócił do azylu. Przesiedziała również całą przemowę Zalotki i niewiele z niej wyniosła, gdyż słowa jak na złość wpadały jej do głowy jednym uchem, a wychodziły drugim. W ogóle nie potrafiła się na nich skupić, mimo iż dobrze wiedziała, jaki niosą za sobą przekaz. Zalotna Gwiazda wszystko jej powiedziała tej nocy.
Po zakończonym zebraniu wszystkie koty zaczęły się rozchodzić i wracać do wykonywania swoich codziennych obowiązków. Dla większości był to dzień jak każdy inny. Samotnicy w końcu już nieraz okazywali się zagrożeniem dla Wilczaków, toteż kolejna śmierć z ich łap nie była niczym nadzwyczajnym. Tak samo odszedł również Cienista Zjawa.
Mistrzyni przełknęła ślinę na myśl o burym kocurze. Czy w takim razie on naprawdę zmarł przez samotników, czy może również okazał się przeszkodą dla kultu? Nie, to niemożliwe. Zalotna Gwiazda nie skrzywdziłaby i nie zatuszowałaby śmierci swojego syna, prawda? Mimo wszystko samotnicy często grasowali po wilczackich terenach. W przeciwnym razie Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd nie otrzymywałoby żadnych ofiar! Rudofutrej musiało już odbijać do głowy, że wysnuwała takie wnioski. Ale czy na pewno? Kultyści, jak się przekonała, byli bestiami. Nie powstrzymaliby się przed usunięciem jednego ze swoich, gdyby ten okazał się dla nich niewygodny. Ale niby w czym miałby im przeszkadzać Cienista Zjawa? Był przecież bohaterem i wzorem dla reszty Wilczaków — a przynajmniej jako takiego przedstawiła go Zalotna Gwiazda. Był niezwykle szanowany i nigdy wcześniej nie sprawiał nikomu problemów. Przynależał do kultu i z pozoru dogadywał się ze swoją rodziną i resztą kultystów. Jego śmierć musiała być więc przypadkiem, prawda?
Nim jednak Kocimiętkowy Wir zdążyła popaść w wir myśli, do jej uszu doszedł czyjś głos. Cienki, wciąż młodzieńczy. Nie mógł należeć do nikogo innego niż do Iglastej Łapy. Rudofutra nie usłyszała jednak jego słów. Zamiast tego podniosła głowę, by na niego spojrzeć. Czyżby dymny kocurek domagał się treningu? Zapewne tak. Mistrzyni nie miała nawet najmniejszych chęci na to, by wyjść teraz poza obóz i zgrywać przykładną mentorkę, ale wiedziała, że musi być silna.
— Zaraz wychodzimy z obozu, Iglasta Łapo — odezwała się płaskim głosem. — Co powiesz na wspólny trening z Pyzatą Łapą i jej mentorką, Brukselkową Zadrą? Nauczylibyście się podczas niego walki — dodała, mając nadzieję, że jeśli udałaby się wraz z liliową wojowniczką na trening, to mogłaby zrzucić na nią obowiązek zajmowania się dwójką uczniów.

<Iglasta Łapo?>

[4146 słów]

1 komentarz: