Chwilę później
— Już wszystko dobrze, już dobrze. — Zaczął delikatnie nią kołysać, jak za czasów kocięcych, jakby próbował sprawić, by rozluźniła mięśnie i może nawet się przespała. Nie chciał, żeby była przemęczona następnego dnia, mimo że jej umysł z pewnością przyćmiewało zmartwienie. Nie był pewien, czy Kukułczemu Wdziękowi udało się zasnąć, czy jedynie potrzebowała chwilowej drzemki albo oddania się ciszy panującej w legowisku. Nie mógł wiedzieć, czy Firletka nie obudzi się niedługo z kolejnym wrzaskiem bólu ani, czy jego łapa zagoi się poprawnie. Jedynym, co mógł teraz zrobić, to spróbować jakoś pocieszyć jedno ze swoich kociąt. — Świetnie się spisałaś — mruknął do młodej jeszcze, uśmiechając się smutno. Zaczął mruczeć pod nosem, odnosząc wrażenie, iż ta metoda działała. Jagnięcy Ukłon ułożyła się w swoim posłaniu wygodnie, obserwując ich jeszcze, co nie przeszkadzało mu szczególnie. Uczennica przymrużyła oczy, układając się wygodniej i wtulając w ojca. Głucho westchnął z ulgą. Jej bok zaczął delikatnie unosić się, a potem opadać.
Tak bardzo chciał porozmawiać teraz z synem, ale nie było to możliwe w żaden sposób. Chciał, żeby odpoczywał jak najwięcej i szybko wrócił do zdrowia. Był gotów zrobić wszystko, byleby wszystko wróciło do normy. Nie miał jednak świadomości, że nic nie mogło być już takie, jak wcześniej. Kukułczy Wdzięk położyła głowę na łapach, przymykając oczy, gdy zielone ślepia kocurka, na nowo się przymknęły. Trójoki Zając zaś polizał Ciemkę parokrotnie pomiędzy uszami, w celu dodania jej otuchy.
***
Teraźniejszość
Wraz z Porą Opadających Liści, przyszła pora na kolejną sesję rehabilitacyjną Firletkowej Łapy. Trójoki Zając był stałym bywalcem legowiska medyka i próbował przeprowadzać wszelkie konwersacje z niebieskim, odkąd tylko się przebudził i poczuł na tyle dobrze, żeby wypowiadać sensowne słowa. Kremus zetknął się nosami z Kukułczym Wdziękiem, która właśnie wybierała się na poranny patrol. Po chwili jednak spojrzał na swoje łapy ze wstydem. Od jakiegoś czasu towarzyszyły mu nieznane objawy, które z jednej strony go martwiły, a z drugiej… nie miał prawa obarczać tym nikogo. To nie on był pokrzywdzony, nie chciał, żeby uwaga została skupiona na nim, skoro nie potrzebował pomocy. Bał się jedynie, że myśli “czy jestem chory?” były prawdą. Z każdym dniem, ilekroć odmawiał przyjęcia ziół ze strony medyczek, mówiąc, żeby przeznaczyły je na leczenie Firletkowej Łapy, czuł z tego powodu również wyrzuty sumienia – co, jeśli sprawiał im jedynie kłopot? Chłodne i mroźne, acz kolorowe dni nowej pory przyprawiały oko o zachwyt, a w sercu kwitło ciepłe uczucie.
— Gdy tylko wrócisz, opowiem ci o wszystkim, skarbie — obiecał liliowej.
— Trzymam cię za słowo. Do zobaczenia — zatrzymała się na ułamek sekundy. — Czuwaj nad nim.
Codzienne obowiązki były dobrym sposobem na odsunięcie myśli od czegoś, co je stale i dość sprawnie pochłaniało. Coś połaskotało go po nosie, wprawiając go w charakterystyczne nabranie powietrza, a potem kichnięcie, wydalając z nozdrzy nadmiar. Poczuł suchość w gardle, następnie zaniósł się lekkim kaszlem, który sprawił, iż przechodzące obok niego koty odsunęły się trochę. Nie był pewien, czy powinien jakkolwiek to komentować, dlatego też nie zrobił z tym faktem nic i skierował się prosto do lecznicy. W wejściu odszukał wzrokiem synka, który właśnie niechętnie przebierał pazurem w leżącej przed nim nornicy. Apetyt nadal nie dopisywał mu za bardzo, ale najważniejsze, że jadł cokolwiek. Skinieniem głowy przywitał się z każdym kolejno, a kobaltowooka, zauważywszy go, ruchem ogona poleciła mu, żeby poszedł za nią. Kocur spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, lecz nie protestował. Odeszli na boczek, w miejsce, w którym nikt by ich nie słyszał. Przysiadł obok medyczki.
— Jagnięcy Ukłonie, czy są jakieś postępy? Jak się czuje Firletka? — wychrypiał, gardło zaczęło go piec intensywnie wraz z wypowiedzeniem tych słów. Przełknął ślinę, aczkolwiek to przyniosło ulgę tylko na parę uderzeń serca. Skrzywił się nieznacznie. Kocica spojrzała na niego, delikatnie zmartwiona.
— Bardzo powoli, ale uczy się na nowo równowagi, odkąd stracił łapę. Nie mogę ci obiecać, że nauczy się ponownie chodzić w dwa księżyce, ale przy odpowiedniej opiece jestem pewna, że wyzdrowieje — mruknęła, przybierając poważniejszą mimikę. — Co ci doskwiera, Trójoki Zającu? Od jakiegoś czasu cały czas prychasz i kichasz — zauważyła słusznie, słownie przypierając go lekko do muru. Czy to był znak, że może rzeczywiście nie wymyślał sobie?
— Sam nie wiem… Ja… nie czuję się inaczej niż wcześniej. Myślę, że związane to jest z nagłym spadkiem temperatury. Nie powinniście marnować na mnie ziół. Firletkowa Łapa dużo bardziej ich potrzebuje, szczególnie teraz — powiedział, skrępowany. Źrenice starszej zwęziły się. Nie był nigdy dobry w kłamaniu.
— Trójoki Zającu, doskonale wiesz, że z chorobami nie ma żartów. Nie możemy pozwolić na to, żeby w obozie wybuchła epidemia. Musisz odsunąć swoją dumę na bok, pomyśl o innych. — Zastrzygła wąsami, widać było, że nie zamierzała mu odpuścić. Ale czy naprawdę był chory? Może to faktycznie związane było ze zmianą pory roku? W końcu podczas Pory Opadających Liści robiło się dużo chłodniej i było ciągle mokro. Naprawdę nie chciał, żeby zabrakło roślin, które mogliby przeznaczyć na leczenie jego syna. Zgarbił się lekko, wyglądając na odrobinę mniejszego i zerknął na własne łapy z zawstydzeniem.
— Nie nazwałbym siebie dumnym… Jagnięcy Ukłonie… — Przełknął nerwowo ślinę. Nie chciał, żeby ktokolwiek pamiętał o tamtych czasach. Nie był z nich dumny, ale, tak naprawdę, nawet gdyby otrzymał możliwość namieszania we własnym losie kosztem niezwykle ważnych dla niego obecnie kotów, nie zmieniłby we własnej przeszłości nic. Miał świadomość, że to właśnie dzięki niej był obecnie tutaj, aczkolwiek sama rozmowa o jego bezmyślnej ucieczce, a także zażyciu nadmiaru kocimiętki była na tyle krępująca, iż bardzo starannie dobierał słowa, żeby młodsze pokolenie się o tym nie dowiedziało. Koty, które raz zażyły kocimiętki, nierzadko szukały tego poczucia rozluźnienia i ukojenia, jednak na marne. Bał się, że kiedyś złamie obietnicę złożoną własnej partnerce. Nie wolno mu było.
— Ja nie mogę spożywać ziół. Boję się — powiedział oszczędnie, licząc na to, że kremuska zrozumie, co miał na myśli. Zauważywszy jednak początkowe skonfundowanie na jej pysku, speszył się. — Nie chcę powtórzyć moich błędów z młodzieńczych lat. Boję się, że jeśli przyjmę medykamenty, zacznie mnie ciągnąć do tego, co czułem tamtego dnia. To był jeden z najgorszych dni w całym moim życiu — nakierował ją, jednocześnie spowiadając się tylko częściowo z czegoś, o czym zielarka musiała sobie najwidoczniej przypomnieć, ponieważ już uderzenie serca później położyła ogon na jego barkach.
— Jesteś innym kotem, niż byłeś ponad dwadzieścia księżyców temu. Nabrałeś rozumu i z powrotem zapracowałeś sobie na swoje imię i miejsce w Klanie Klifu. Zobacz, jak daleko zaszedłeś. Możesz być z siebie dumny — wypowiedziała spokojnie słowa, a zielonooki patrzył się na nią jeszcze przez moment. Poczuł zakłopotanie, chyba tylko ona była w stanie zrozumieć coś tak okropnego, czego dopuścił się kiedyś. Do tej pory miał do siebie wyrzuty sumienia z tego powodu, mimo że tak starannie stronił od spożywania kocimiętki. — Musisz jednak zrozumieć, że jeśli nie wyleczymy twojej dolegliwości już teraz, może się ona przenieść na naszych pobratymców, a nawet na Firletkową Łapę, który obecnie ma obniżoną odporność przez osłabienie. Nie możesz go odwiedzać, dopóki nie wyzdrowiejesz.
Wraz z tymi słowami, Trójoki Zając poczuł, jak zapada mu się serce.
— Ale… ale ja muszę go odwiedzać. Nie mogę pozwolić na to, żeby o mnie zapomniał — wydobyło się z jego gardła smutne mruknięcie, pełne goryczy. Szczerze się bał, że jeśli ominie, chociażby jeden dzień rehabilitacji, szary nie będzie miał pojęcia, że rozmawiali wczoraj. Już teraz było trudno o to, żeby pamiętał, aczkolwiek nowa rutyna, do jakiej próbował się przyzwyczaić, napawała wojownika pewnego rodzaju spokojem, a tak bardzo go teraz potrzebował.
— Dlatego, jeśli go kochasz, musisz zadbać o siebie. W legowisku medyka jest jeszcze Ćmia Łapa, rozmawiają niemalże codziennie — zapewniła go, podnosząc się ze swojego miejsca. Podniósł łeb i spojrzał na nią, spanikowany.
— Proszę, tylko nie przynoś mi kocimiętki.
— Zobaczę co mamy w składziku. Zaczekaj tutaj. — Po tych słowach ruszyła z powrotem do jamy, a Klifiak miał wrażenie, jakby wywrócono jego świat do góry łapami. Serce mu przyspieszyło bicia, a w gardle pojawiła się nieprzyjemna gula. Nie wolno mu było spożywać kocimiętki, jednocześnie nie chciał nikomu zaszkodzić. Nigdy by nawet o czymś takim nie myślał! Zatem dlaczego czuł ogarniające go wyrzuty sumienia, że jednak, mimo wszystko, nie zapytał, czy objawy te nie były czymś nietypowym? Może dlatego medyczki tak pilnie mu się przyglądały oraz przysłuchiwały, jakby chciały mieć najpewniejszą pewność, że doskwierała mu choroba, a nie wymysły. Po chwili z jamy wyszła Jagnięcy Ukłon, a tuż za nią Ćmia Łapa. Kremuska wyprzedziła swoją mentorkę, w paru susach docierając do ojca i zadzierając łeb ku górze, żeby na niego spojrzeć z lekko naburmuszonym wyrazem pyszczka.
— Tato, dlaczego nie zgłosiłeś się do nas wcześniej? — zapytała, po chwili jednak tuląc się do jego boku. Zając otworzył pysk, ale nie wydobyło się z niego nic. Tak naprawdę nie był w pełni pewien dlaczego. Czy jego powód był wystarczająco ważny? Jagnięcy Ukłon położyła przed nim zmarnowane, wyschnięte łodyżki porośnięte przez różowe kwiaty. Zawęszył, jednak przez zapchany nos nie był w stanie stwierdzić, czy podano mu kocimiętkę, czy inne zioło. Wahał się przez jakiś czas, analizując szanse na to, że pręguska zignorowała jego błagalną prośbę. Nie zrobiłaby mu tego, nie… Nie… kocimiętka zabarwiona była chyba na fioletowo. Tak przynajmniej próbował siebie pocieszyć. Schylił się i pochwycił medykament, po chwili żując go dokładnie. Przyćmiony, korzenny i lekko miodowy posmak rozpłynął mu się po podniebieniu. Czując to, odetchnął z ulgą. Smakowało inaczej niż kocimiętka.
— Dziękuję. — Pochylił łeb przed kocicą o kobaltowych oczach. Spojrzał na Ćmią Łapę, która pilnowała również, czy ojciec zjadł przydzieloną mu dawkę. — Przepraszam, że cię martwię, skarbie. — Polizał ją w ramach rekompensaty po głowie. — Czy Firletkowa Łapa powiedział ci dzisiaj coś nowego?
Ćmia Łapa spochmurniała lekko.
— Nie, nadal to samo. Mam nadzieję, że z czasem mu się polepszy. Niewiele pamięta — westchnęła, sadowiąc się obok ojca. Kocur, gdyby tylko miał dłuższy ogon, otuliłby nim córeczkę.
— Robisz, co tylko możesz. Myślę, że nawet jeśli teraz nie jest tak, jak wcześniej, to z pewnością czuje wdzięczność, że się nim tak dobrze opiekujecie — próbował ją pocieszyć, nie chcąc widzieć kremuski ze smutkiem na pyszczku. Miał wrażenie, jakby samemu lada moment mógł się rozpłakać z dokładnie tego samego powodu. Mimo ciężaru na sercu nie wolno mu było. Musiał, chociaż on być silny, jako ojciec i partner.
— Kocham cię, tato — wydobyło się ciche miauknięcie, poparte po chwili przez pomrukiwanie. Trójoki Zając poczuł, jak ślepia mu się samoistnie zaszkliły. Sam nie był pewien, czy to dlatego, że miał wrażenie, iż nie zasługiwał na takie słowa, czy może dlatego, że był szczęśliwy i dumny ze swoich dzieci, mimo wszystkich tych przykrości. A może spowodowane było to dolegliwością, która mu doskwierała do tej pory. Poruszył delikatnie wąsami.
— Też cię bardzo kocham, Ciemko.
Wyleczeni: Trójoki Zając
<A jak ty się z tym wszystkim czujesz, córeczko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz