BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pchełka x Pietruszkowa Błyskawica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pchełka x Pietruszkowa Błyskawica. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2026

Od Pietruszkowej Błyskawicy CD. Pchełkowego Skoku

Życie w ostatnich dniach dziwnie się rozmywało niczym mgła sunąca leniwie po rozległych łąkach o świcie. Wszystko traciło wyraźne kształty. Pamiętała jedynie urywki dni: spędzanie czasu z Wiecznym Zaćmieniem, bolesne, wyczerpujące treningi z Różańcową Łapą, powtarzalność poranków i wieczorów. Każdy dzień zlewał się z następnym w monotonną, szarą całość. Czasami zdawało jej się, że szron osiada na jej pysku, lecz gdy unosiła łapę i dotykała sierści, odkrywała, że to nie mróz, a kolejne szare kosmyki. Nie była już najmłodsza i czuła to w każdym kroku. W mięśniach, które zaczynały boleć szybciej niż dawniej. W zmęczeniu, które przychodziło zbyt wcześnie. W braku sił na rzeczy, które kiedyś nie stanowiły żadnego wysiłku. Czuła, że życie, które niegdyś tętniło w niej energią, powoli wygasa. Każdy dzień przeżywała jak zaprogramowany automat, wykonując te same ruchy, te same obowiązki, bez prawdziwego zaangażowania. Potrzebowała czegoś. Jakiejkolwiek zmiany. Nawet bolesnej, nawet negatywnej; byleby wyrwać się z tego pędu ku nicości. I tak sama nie wiedząc, kiedy ani jak, znalazła się w jaskini. Siedziała na chłodnej, kamiennej ziemi, a wilgoć ścian wdzierała się w futro. Odwróciła głowę i spojrzała na Pchełkowy Skok, która machała do niej krótkim ogonem, zachęcając do podróży. Uniosła się z wyraźnym wysiłkiem, poczuła dziwny ciężar w ciele. Mimo to ruszyła za kotką, którą mogła nazwać swoją niepisaną córką. Była z Pchełką od jej kocięcych dni, choć od dawna ich drogi nie splatały się już tak blisko, jak kiedyś. Mimo to Pietruszkowa Błyskawica nie zamierzała odmówić jej pomocy ani rozmowy. Szła w ciszy za niebieską kotką, pozwalając, by wiatr wciskał się w jej futro i niósł zapachy lasu. Przystanęła na moment, przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech, próbując wyłapać każdy dźwięk i każdy aromat okolicy. Uśmiechnęła się lekko i ruszyła dalej. Dopiero po chwili dostrzegła, że zmierzają ku Pogorzelisku. Zmarszczyła brwi. Nie była pewna, dlaczego akurat tam. Nie pamiętała, by ktoś ważny dla Pchełki spoczywał w tym miejscu. W zamyśleniu niemal przeoczyła moment, w którym niebieska kotka zatrzymała się pomiędzy kilkoma drzewami. Pietruszka zerknęła na nią pytająco. Widziała, że Pchełkę coś trapi. Jej postawa była napięta, ogon drgał niespokojnie, jakby bała się tego, co zaraz będzie musiała powiedzieć. W końcu wzięła głęboki wdech i podniosła wzrok, łapiąc kontakt wzrokowy z czekoladową wojowniczką.
— Pietruszko… C-co sądzisz o Jaskółce? — zapytała jak zwykle drżącym głosem.
Wojowniczka aż drgnęła na to pytanie. Serce zabiło jej szybciej. Dlaczego Pchełka o to pyta? Przełknęła ślinę i usiadła na miękkiej trawie.
— Co masz na myśli? — dopytała, również biorąc wdech. Tak naprawdę niemal zapomniała o kremowej zastępczyni. Miała zbyt wiele innych spraw na głowie.
— No wiesz… o niej jako o liderce — miauknęła niepewnie. — J-Judaszowcowa Gwiazda niedługo… i ona go zastąpi.
Niebieska rozejrzała się nerwowo, jakby obawiała się, że wiatr poniesie jej słowa i zaniesie je prosto do uszu klanowiczów. Pietruszka zesztywniała. No tak. Judaszowcowa Gwiazda umierał. Tak naprawdę był już na samym końcu swojej drogi. A Pikująca Jaskółka miała zostać liderką. Serce Pietruszki zabiło jeszcze szybciej. Wierzyła, zbyt mocno, zbyt uparcie, że kremowa zabiła własną siostrę. Nie mogła pozwolić, by ktoś taki rządził klanem. A gdzieś w głębi serca czaił się jeszcze inny lęk: obawa, że Jaskółka będzie się mścić na jej rodzinie. Pietruszka nie mogła znieść tej myśli.
— Nie lubię Jaskółki — odpowiedziała stanowczo, odwracając wzrok gdzieś w bok. — Znam… jej sekret. Nie chcę, by została Przywódczynią — mruknęła pusto, obserwując ptaki krążące daleko na tle przytłumionego nieba.
Znajomość sekretu, na który nie miała żadnych dowodów, i niemożność poinformowania kogokolwiek innego były naprawdę uciążliwe. Ten ciężar nie opuszczał jej ani na chwilę. Przełknęła ślinę i wróciła spojrzeniem do Pchełki. Czuła za sobą jego obecność. Tego kota. Tego, który nie odpuszczał jej żadnego dnia, nie pozwalał zapomnieć o popełnionym grzechu. Szeptał jej do ucha bluźnierstwa, przypominał o winie, podsycał wstyd i lęk. Szelest liści sprawił, że Pietruszka gwałtownie wyrwała się z zamyślenia. Dostrzegła, jak Pchełka kuli się wśród suchych liści, jakby chciała zniknąć. Podniosła się powoli i usiadła obok niej, okrywając ją puchatym ogonem, starając się dać, choć odrobinę ciepła i poczucia bezpieczeństwa.
— Pietruszko… ja cię bardzo kocham, wiesz? — powiedziała Pchełka szczerze, drżącym głosem. — Nie znienawidzisz mnie? — dodała niemal błagalnie, wpatrując się w swoje łapy.
— Za co? — zapytała od razu zdezorientowana.
Tak naprawdę, nawet gdyby jej własna córka wyznała, że kogoś zabiła, Pietruszka nie potrafiłaby jej znienawidzić. Wiedziała, przez co jej ukochana przeszła. Rozumiała, skąd brały się jej problemy. Wiedziała też, co skrywała przed wszystkimi. Już teraz Pietruszka nosiła w sobie zbyt wiele sekretów, jeden więcej niczego by nie zmienił, a mógłby komuś pomóc, przynieść ulgę w cierpieniu.
— C-chcemy wraz z Mirtowym Lśnieniem z-zatrzymać Jaskółkę przed o-odebraniem żyć i z-zostaniem przywódczynią… oraz z-zająć ją Mirtowym Lśnieniem — zaczęła Pchełka, mówiąc dość szybko i jąkając się przy niemal każdym wdechu. — I m-my… znaczy ja… c-chciałam prosić cię o pomoc. Pomoc w zatrzymaniu jej… t-to dla dobra nas wszystkich! U-uważamy, że ona nie powinna dojść do władzy…
W końcu odważyła się i zerknęła na Pietruszkową Błyskawicę.
— P-pomożesz nam…? — dodała cicho.
Jej pytanie zawisło w powietrzu, ciężkie jak dym ogniska. Pietruszka wahała się, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Zamilkła na dłuższą chwilę, pogrążając się we własnych emocjach i wspomnieniach. To, o co prosiła ją Pchełka, było naprawdę ogromną przysługą. A właściwie czymś znacznie gorszym, zdradą klanu. Zdradą lidera, a tym samym decyzji Klanu Gwiazdy. Jednak… przodkowie nie zawsze dokonywali dobrych wyborów. Bywało, że przez ich decyzje wielu musiało cierpieć. Coś zaszczypało ją w kark. Dreszcz, niemal przyjemny. Myśl, że mogłaby pozbyć się Jaskółki, wdarła się do jej umysłu z niepokojącą łatwością. I wtedy poczuła chłód tuż przy uchu. Nastawiła uszy i zesztywniała. Siedząca obok niej kotka również zaczęła nerwowo rozglądać się dookoła, próbując dostrzec to, co wywołało reakcję Pietruszki.
— Tak, pozbyć się… — Ktoś szeptał niczym wiatr. — Bo tylko to potrafisz. Zabijać niewinne koty, a oko ci nawet nie zadrży! — Syk dotarł aż do wnętrza jej umysłu.
— Nie jest niewinna… — wyszeptała tak cicho, że siedząca obok Pchełka nie miała szans tego usłyszeć.
— Och, tak sądzisz? — zaszydził znów ten sam głos. — A może to tylko twoje wyobrażenie? Coś, co nigdy nie miało miejsca, ale potrzebowałaś kogoś do nienawidzenia. Bo przecież bycie przyjaznym i otwartym jest takie nużące. Chciałabyś im wszystkim powiedzieć, ale zamiast tego możesz się ich pozbyć… — wyszeptał wiatr, po czym chłód ulotnił się znad jej ucha.
Pietruszka wzięła głęboki oddech.
— Zatrzymać? W jaki sposób? — zapytała, lecz nie dała Pchełce odpowiedzieć. — Nie pomogę wam jej zabić. Wręcz was powstrzymam — odparła ostro, może ostrzej, niż zamierzała.
Pchełka zamrugała kilkukrotnie, wyraźnie zaskoczona.
— J-ja i Mirtowe Lśnienie j-jedynie na razie werbujemy koty — zaczęła drżąco szylkretka. — I-i ja pomyślałam od razu o tobie. Byś nam p-pomogła — wyjaśniła cicho, a jej krótki ogonek drżał od nagromadzonych emocji.
Pietruszkowa Błyskawica spojrzała przed siebie, ku horyzontowi oceanu, gdzie fale rozbijały się o klify z jednostajnym, ponurym rytmem. Nie wiedziała, co teraz zrobić. Mogłaby pomóc wygnać Jaskółkę, ale jak mieliby to przeprowadzić potajemnie? Przecież wraz z zastępcą zawsze wyrusza medyk, by odebrać dziewięć żywotów. A co, jeśli Pikująca Jaskółka ucieknie, wróci do klanu i ogłosi ich zdrajcami? Co, jeśli wszyscy zaczną polować na ich trójkę? Było zbyt wiele możliwych komplikacji. Potrząsnęła głową.
— Trzeba być w tym ostrożnym — odparła, nie patrząc na towarzyszkę. — Jeśli będzie nas tylko trójka, wszystko może skończyć się źle. Nie pomogę wam, jeśli będziecie chcieli ją zabić. Jednak wygnanie jej byłoby dobre dla Klanu Klifu — westchnęła ciężko, a po chwili kontynuowała, jakby cała ta rozmowa ją wykańczała. — A co do Mirtowego Lśnienia jako przywódcy… pozostawiłabym tę decyzję medykom. Klan Klifu żyje w mrocznych czasach, więc naszym przywódcą powinien zostać ktoś, kogo wybiorą przodkowie. Głosowanie wśród klanowych kotów byłoby dobrym rozwiązaniem, ale wybrany może okazać się nieodpowiedni — wyjaśniła spokojnie swój tok myślenia.
Zawahała się na moment.
— A więc pomogę wam. Na tę chwilę — dodała szybko, chcąc upewnić się, że Pchełka zrozumiała. Miała jednak nadzieję, że zgoda na to wszystko nie okaże się błędem.
— D-dziękuję, Pietruszko. To d-dodaje mi o-odwagi — wyszeptała Pchełka z wdzięcznością. — W-wraz z Mirtowym Lśnieniem… — urwała na moment, jakby słowa Pietruszki na temat tego kocura nie do końca jej się spodobały. — M-możemy em… ustalić cały plan. M-może uda się jeszcze k-kogoś dołączyć do naszej grupy — zakończyła, prostując się nieco.
Siedziały obok siebie przez dłuższy czas. W ciszy, przerywanej jedynie szelestem liści i cichymi dźwiękami zwierzyny przemykającej po ziemi. W końcu jednak, bez słowa, wstały i ruszyły z powrotem do obozu. Pietruszka patrzyła przed siebie, wciąż niepewna tego planu. Miała nadzieję, że wszystko albo samo się rozwiąże, albo pójdzie na tyle gładko, że nic złego się nie wydarzy. Oby tylko jej rodzina była bezpieczna. To było dla niej najważniejsze.

<Pchełko?>

23 lipca 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy CD. Pchełkowej Łapy

Pietruszkowa Błyskawica siedziała przy wejściu do legowiska medyka. Choć od śmierci Melodyjnego Trelu minęło już trochę czasu, a emocje zaczęły powoli opadać, kocica wciąż wracała w to miejsce. Może to zwykła potrzeba ukojenia, a może pretekst, by znów zobaczyć tę, której serce biło w rytmie idealnie dopasowanym do jej własnego. Wieczne Zaćmienie siedziała tuż obok, nieco zgarbiona nad wiewiórką. Jadła powoli, z gracją, jakby każde kęs był ceremonią. Między nimi panowało milczenie – jednak nie takie niezręczne, pełne napięcia. Wręcz przeciwnie, to była cicha bliskość. Ich ogony, niemal niezauważalnie, splatały się gdzieś pomiędzy futrami. Gdyby ktoś przypadkiem spojrzał, nie zauważyłby niczego nadzwyczajnego – ale dla nich to był symboliczny gest, jak sekretny język miłości, który znały tylko one. To, co kiedyś było ukrywane ze strachem, teraz nosiło w sobie nutę buntu. Po etapie szeptów i unikania spojrzeń nadszedł moment, gdy zbliżyły się do siebie znów – bez lęku, choć wciąż w cieniu zakazów. W ich spojrzeniach czaiło się coś więcej niż tylko uczucie – było tam niemal bezczelne wyśmianie zasad, które próbowały rozdzielić serca. Pietruszka wpatrywała się w sufit obozu, zastanawiając się, czy Klan Gwiazd przemówił do Zaćmy. A jeśli tak – to co powiedzieli? Czy ich duchowi przodkowie naprawdę zamierzali karać je za to, że się kochają? Czy może milczeli, przymykając oczy z odrobiną współczucia? Najbardziej pragnęła, by zasada o zakazie miłości między medykiem a wojownikiem zniknęła – rozpadła się jak zwiędły liść. Gdyby tak się stało, mogłaby bez obaw dzielić się swoim szczęściem z całym klanem. Nie musiałaby chować czułości w cieniu. Lecz czasy były, jakie były. I nie zanosiło się na żadną zmianę. A może... po prostu uciekną? Z dala od tego wszystkiego. Może zostawią za sobą las pełen wspomnień, by odnaleźć nowe życie – wolne, spokojne, ich własne. Ale czy to naprawdę byłoby takie proste? Czy dałoby się tak po prostu porzucić wszystko – rodzinę, przyjaciół, historię? Dla Pietruszki nie byłoby to łatwe. Musiałaby mieć powód – silny impuls, coś, co naprawdę zmusiłoby ją do tak drastycznego kroku. Jeśli jednak już by to zrobiła… to zabrałaby wszystkich, których kocha. Nie zostawiłaby nikogo za sobą.
— Jak się czujesz? — odezwała się nagle Zaćma, przerywając ciszę. Jej głos był spokojny, niemal melodyjny, a w złotych oczach zatańczył błysk troski, gdy spojrzała na ukochaną.
— Dobrze! Już mi lepiej po tym wszystkim — odpowiedziała Pietruszka, uśmiechając się nieco nerwowo. — Ale nigdy więcej nie spojrzę tak samo na Pokrzywowe Zarośla. Ten drań nawet zabrał swoje legowisko na drugi koniec skały, żeby nie być w zasięgu moich pazurów! — Zaśmiała się, ale śmiech był krótki i suchy. Po chwili położyła pysk na łapach, a jej spojrzenie pociemniało. Nie chciała wrogów. A mimo to sam dźwięk jego imienia sprawiał, że kark sztywniał, a pazury nieświadomie wysuwały się z łap.
— Cieszy mnie to. Unikaj go — powiedziała spokojnie medyczka, przejeżdżając językiem po piersi. — Nie warto tracić na niego energii.
To były ostatnie ich wspólne chwile tego dnia. W zasięgu ich wzroków pojawił się ranny wojownik, sapiąc ciężko i krwawiąc z ramienia. Zaćma uniosła się z gracją, rzuciła Pietruszce jedno ciepłe, porozumiewawcze mrugnięcie i zniknęła w cieniu, gdzie czekała na nią praca i obowiązek. Pietruszka została sama. Choć cisza wokół była znajoma, teraz wydawała się bardziej pusta. Nie trwało to jednak długo. Z cienia wyłoniła się Pchełkowa Łapa – mała, niepewna kocia sylwetka. Drżała lekko, a jej zielone oczy unikały wzroku starszej kotki.
— M-można? — zapytała nieśmiało, głosem tak cichym, że niemal zlał się z szumem liści.
— Pchełko, oczywiście, że możesz. Nie musisz pytać — wymruczała ciepło czekoladowa wojowniczka. Gdy mała tylko przysiadła przy jej boku, Pietruszka pochyliła się i delikatnie polizała ją po czole. Była w tym geście czułość matki, jakiej Pchełka nigdy nie zaznała od własnej. Wojowniczka czuła wobec niej mieszankę współczucia i gniewu. Wiedziała, jak Jastrzębi Zew traktuje swoją córkę – a może raczej, jak jej nie traktuje. A najgorsze było to, że nie mogła z tym nic zrobić. Klan miał swoje zasady. Nie ingerować, nie mieszać się. Ale jeśli jeszcze raz zobaczy, że ta łajza krzywdzi swoje dziecko…
— D-dobrze — mruknęła Pchełka, przymykając oczy. Na jej pysku pojawił się cień zaskoczenia – jakby tak prosty gest czułości był dla niej czymś zupełnie nowym.
— Wszystko w porządku? — zapytała troskliwie Pietruszka, spoglądając uważnie na małą szylkretową kulkę u swojego boku.
To było najbardziej bolesne w tej całej sytuacji – że Pchełka dostała swoją własną matkę na mentorkę. Co za absurd! Pietruszce nie mieściło się to w głowie. Jak ktoś mógł pozwolić, by rodzic trenował własne dziecko? Przecież to nigdy nie kończyło się dobrze.
— T-tak... — odpowiedziała cicho kotka, ale w jej głosie drżało coś więcej niż niepewność. Strach? A może... ktoś kazał jej milczeć?
— No dobrze, skoro tak mówisz… — szepnęła Pietruszka z wyczuwalnym smutkiem. — Ale pamiętaj, że zawsze możesz do mnie przyjść. Zawsze. — Otuliła ją ogonem, niczym ciepłym kocem. — A jak tam w legowisku uczniów? Poznałaś już kogoś fajnego?
Chciała odciągnąć myśli małej od ciężkich tematów. Zmienić bieg rozmowy, sprawić, by choć na chwilę poczuła się jak zwykłe, beztroskie kocię.
Rozejrzała się po obozie. Panował ruch – wróciły wszystkie patrole. Koty odpoczywały po pracy, wymieniały się opowieściami, dzieliły zdobyczą.Pietruszka z ulgą przypomniała sobie, że dziś przypada jej wieczorny patrol. Będzie mogła odetchnąć. Spojrzała jeszcze raz wokół. Szukała czegoś. Kogoś. A może spojrzeń?
Odgłos rozmowy Mroźnego Wichru i Rozświetlonej Skóry, pary coraz częściej widywanej w swoim towarzystwie, doszedł do uszu Pietruszkowej Błyskawicy. Obok nich, pozornie w ciszy, siedział Szary Klifu, spokojnie przysłuchując się dyskusji siostrzeńca z "przyjacielem". Dwójka wydawała się zupełnie skupiona na sobie, wymieniając się nowinkami i niezbyt znaczącymi historiami.
— Czy myślisz, że Pokrzywowe Zarośla zabiło? — zapytał nagle Rozświetlona Skóra, przekrzywiając głowę. Ogon Szarego Klifu drgnął na wspomnienie zabójstwa. Mroźny Wicher podniósł spojrzenie na przyjaciela.
— Ono? Przecież boi się własnego cienia — parsknął. — Znając życie pół obozu musiało widzieć moment, w którym ktoś coś podrzucił Melodyjnemu Trelowi. My zajmowaliśmy się swoimi obowiązkami, a ktoś karmił ją trucizną. Myślisz, że Pokrzywowe Zarośla miałby odwagę zrobić coś takiego? I po co? Dla tej swojej siostry? I tak jej już w ogóle nie odwiedza.
— Trucizna? Skąd wiesz, że to trucizna? — Szary Klif zapytał nagle. Dwójka kocurów nagle odwróciła się w jego stronę, jakby dopiero teraz przypominając sobie, że ktoś trzeci towarzyszy w ich rozmowie. Mroźny Wicher przymknął powieki.
— Nie wiem. Tak podejrzewam. To ty powinieneś wiedzieć lepiej od nas. To ty powinieneś mieć wiedzę medyczną — mruknął. Protektor wydał z siebie krótkie "oh" i wbił spojrzenie w ziemię.
— Melodyjny Trel rzeczywiście zachowywała się dziwnie przed śmiercią. Najpierw rzucała się po obozie, a potem padła trupem w legowisku. — Rozświetlona Skóra zmarszczył nos, z niepokojem rozglądając się po obozie. Szary Klif pokręcił głową nerwowo, jakby nie wiedząc co powiedzieć.
— Ni-nigdy nie wiadomo. Może... może macie rację. Może to była naturalna śmierć. Nie dojdziemy już do tego — wymamrotał. Uniósł wzrok w górę. — Niech Klan Gwiazdy czuwa nad jej duszą. To jest najważniejsze.
Rozświetlona Skóra i Mroźny Wicher wymienili spojrzenia.
— Niech czuwa nad nami — mruknął Rozświetlona Skóra.
Pietruszka była zaskoczona tą rozmową między kotami. Zamyśliła się na dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy ich wymiana zdań naprawdę może jej w czymś pomóc.

<Pchełko?>

14 lipca 2025

Od Pchełkowej Łapy CD. Pietruszkowej Błyskawicy

Pchełka łkała cichutko, ocierając łapką oczy. Spojrzała na Pietruszkę, która podnosiła ją na duchu. Powolutku się do niej przysunęła i otarła delikatnie o puszystą sierść starszej kotki.
— D-dziekuję — mruknęła cicho.

~ * ~

Pchełkowa Łapa miała tego dnia przydzielone zadania w obozie. Jastrzębi Zew dała jej całą listę rzeczy do zrobienia, które potem miała sprawdzić. Szylkretka miała więc pełne łapki roboty.
Najpierw musiała posprzątać w legowiskach uczniów i przynieść świeży mech. Do tego zadania została też przydzielona Kukułcza Łapa. Z tego Pchełka się orientowała, była ona przybrana córką Pietruszkowej Błyskawicy. Jako że z Pietruszką koteczka miała dobrą relację, zaczęła się zastanawiać, czy mogłaby się zaprzyjaźnić z Kukułką. Chociaż Pchełka nie była najśmielsza, to w swojej główce bardzo dużo mówiła. Pomimo zacinania się przy każdym zdaniu, w jej myślach przepływała masa pomysłów, ładnych sekwencji i ciekawskich pytań.
Ostatni czas nie był zbyt prosty dla Pchełki. Jastrzębi Zew wydawała się bardziej poddenerwowana, niż zwykle, toteż obrywało się córce kotki podwójnie. Napięcie w Klanie Klifu rosło. Do tego wszyscy współklanowicze żyli dramatem związku Pokrzywowych Zarośli oraz Melodyjnego Trelu. Poza tym…
Pchełka przełknęła ślinę.
Melodyjny Trel była już martwa. I nikt nie wiedział dlaczego. Pchełkowa Łapa słyszała pełne uniesienia głosy, gdy wieczorem znaleźli ją zmarłą w swoim posłaniu. Uczennica rozmawiała wtedy z matką, która słysząc poruszenie, kazała jej zostać w miejscu i sama poszła to sprawdzić. Długo nie wracała. Pchełce wydawało się, jakoby Jastrząb coś ukrywała przed córką. Być może to były sprawy dla dorosłych, jednak szylkretka chciała w miarę możliwości wspierać swoją rodzicielkę. Chociaż…ona i tak ciągle ją odtrącała. Była bardzo surowa, rzadko ją chwaliła oraz często porównywała ją do Szakłaka. Tak jakby jej brat miał być od niej lepszy. Przecież siedzi w Klanie Burzy… dlaczego więc wciąż kotka o nim mówi? Pewnie za nim tęskni…
Pchełka przyniosła mech do wymiany legowisk. Kukułcza Łapa już się tam krzątała, zbierając zużyte materiały w jedno miejsce.
— P-przyniosłam… m-mech! — oznajmiła nieśmiało niebieska.
— To dobrze, dziękuję — odparła krótko kotka.
Pchełka uciekła wzrokiem w bok. Rozmowa coś się nie chciała kleić…
Zaczęła bez słowa wymieniać mech, układając go w odpowiednich miejscach. Obserwowała kątem oka Kukułkę. Była piękna, miała gęstą sierść i zawsze tak ładnie mówiła. Pchełka jej zazdrościła pewności siebie oraz swobody w wysławianiu się.
Gdy tak zerkała na uczennicę, nie zauważyła wystającego kamyka z ziemi, o który się potknęła. Poleciała na kamienną podłogę pokrytą suchą trawą i mchem.
— Auć — szepnęła.
— Czy możesz bardziej uważać? — Zwróciła jej uwagę liliowa.
— T-tak, przepraszam… — mruknęła cicho uczennica.
Wróciła do układania mchu. Kukułcza Łapa skończyła swoją część szybciej. Z dumą i trumfem uśmiechnęła się w stronę Pchełki.
— Skończyłam! — oznajmiła.
— C-cieszę się — odpowiedziała Pchełkowa Łapa z drobnym uśmiechem.
— Szybciej od Ciebie! - Dodała liliowa. - Jestem niesamowita, haha!
Po czym ominęła niebieską zwinnym krokiem. Skierowała się do wyjścia, machnęła Pchełce ogonem na pożegnanie i wyszła. Kotka westchnęła. Dokończyła swoją część, a następnie poszła pracować dalej. Nie chciała, żeby matka znowu na nią krzyczała, bo była za wolna albo niedokładna.
Ruszyła do stosu ze zwierzyną, by zanieść posiłek starszyźnie. Wybierając dla nich piszczki, myślami była daleko stąd. Oczy miała utkwione w martwych stworzonkach.
Kiedy wybrała, wznowiła marsz do legowiska starszych. Troszkę się obawiała spotkania z nimi. Z drugiej strony była zdeterminowana, żeby zdobyć informacje o Melodyjnym Trelu. Co prawda Pokrzywka znała tylko z widzenia, ale ogromna ciekawość Pchełki przebijała się skutecznie przez nieśmiałość. Miała gotową lawinę pytań, które w kółko powtarzała sobie w głowie. Miała tylko nadzieję tego nie spalić…ani nie ośmieszyć się. Nie zniosłaby przytyków z kolejnej strony.
Doskonale zdawała sobie sprawę z własnych braków. Jastrzębi Zew na bieżąco wszystko jej wytykała. Czuła się gorsza. Często płakała cichutko na swoim kawałku mchu. Żałowała, że nie było przy niej ojca… spotkała go już kilka razy I wydawał się takim przyjemnym w obyciu kocurem. Pchełka chciałaby się z nim ponownie spotkać, ale przez intensywne treningi nie jest w stanie.
Od rana do nocy tropiła, skradała się, czy patrolowała z matką granice. Wracała wykończona. Dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem. Pchełka czuła zmęczenie, ale nie mogła sobie pozwolić na odpoczynek. Nie, kiedy tak bardzo odstawała od grupy. Została uczniem wcześniej niż Kukułka, a widziała, że kotka jest od niej lepsza…
Dotarła do legowiska starszych. Weszła na okazałą skalną półkę wyściełana mchem. Pachniało w nim…specyficznie. Takim starym kotem. Od razu dostrzegła leżącą Srebrną Szadź, a dalej myjącą się Paprociowy Zagajnik. Podała Paprotce posiłek, a następnie poszła do Srebrnej Szadzi. Podsunęła starszej sikorkę. Usiadła z boku.
— Dziękuję — usłyszała uprzejmy głos białej.
— Smacznego — odpowiedziała uczennica.
Siedziała chwilę w ciszy. Walczyła ze sobą. No, zapytaj ją! Nie, nie pytaj…a co jak nakrzyczy na mnie? Ale przecież chciałabyś się czegoś dowiedzieć…
Pokręciła głową, zamykając oczy. Próbowała odgonić od siebie natrętne myśli.
Wzięła głęboki wdech i się przemogła.
— Uh… S-Srebrna Szadzio… — zaczęła cicho. Kotka zerknęła na nią znad sikorki. — C-Czy słyszałaś o-o śmierci M-Melodyjnego Trelu?
Pchełka ty mysi móżdżku! Oczywiście, że słyszała, czemu głupio pytasz? Zganiła się w głowie.
Mimo tego biała kotka spojrzała na nią spokojnym, niewzruszonym spojrzeniem.
— C-czy um… m-myślisz, że t-to w-wina P-Pokrzywowych Zarośli…? C-co się m-mogło stać?
— Nie — odpowiedź Srebrnej Szadzi była krótka i konkretna. — Pokrzywowe Zarośla nigdy nie zrobiłoby nic złego Melodyjnemu Trelowi. Nie potrafię powiedzieć ci, czy komuś podpadła, czy po prostu nadszedł jej czas, ale wiem, że to nie była wina Pokrzywowych Zarośli. Nie zasługuje na plotki o nim. Jest niewinny.
Pchełka otworzyła szeroko zielone oczęta. Uczennica osobiście nie miała na ten temat żadnego zdania. Była w końcu zwykłym szarym kotem w morzu dużo ważniejszych osobistości i nie czuła potrzeby mieszania się w cudze konflikty. Zainteresowało ją to, ale tak, by trzymać się z bezpiecznej odległości. Ciekawość koteczki została jednak na razie zaspokojona, więc podziękowała grzecznie starszej. Odeszła od niej, życząc miłego dnia.
Po skończonych zadaniach od matki Pchełka mogła w końcu odetchnąć z ulgą. Wzięła małą piszczkę ze stosu i zaczęła szukać wzrokiem miejsca, w którym mogłaby ją zjeść. Przyuważyła od razu futro Pietruszkowej Błyskawicy nieopodal medykowego legowiska. Bez większego namysłu potuptała w stronę kotki.
— M-można? — zapytała z myszą w buzi.

<Pietruszka?>
[ilość słów: 982]

[przyznano 20%]

14 maja 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy CD. Pchełki

[Przeszłość, przed odnalezieniem kociąt]
Wojowniczka właśnie wróciła z patrolu. W pysku niosła wiewiórkę, mysz oraz nornika. Polowanie było udane – łupy solidne, a zdobycie ich wymagało czasu i wysiłku. Zmęczenie dawało się we znaki, lecz Pietruszkowa Błyskawica była zadowolona. Wiedziała, że Pora Nagich Drzew zbliża się nieubłaganie – chłód już wisiał w powietrzu, a poranne mgły snuły się między drzewami niczym duchy. Las szarzał z dnia na dzień, cichł i zamierał w oczekiwaniu na zimę. Właśnie dlatego wojowniczka postanowiła działać. Pracowała niemal bez wytchnienia – zgłaszała się do każdego patrolu, nawet jeśli Judaszowcowy Pocałunek próbował ją powstrzymać. Gdy odmawiano jej udziału, wychodziła sama. Zbierała zioła, patrolowała tereny, śledziła ślady intruzów. Czasami spotykała się z przyjaciółmi z innych klanów, wymieniając z nimi kilka słów na granicy. Rozmowy były krótkie – zazwyczaj ograniczały się do życzeń spokojnego dnia i łagodnej zimy. Pietruszka miała już skierować się do legowiska medyków, by zapytać Zaćmę, czy może dołączyć do patrolu zbierającego zioła – chciała pomóc choćby w ich noszeniu. Wtem przypomniała sobie, że dawno nie odwiedzała żłobka. Serce zadrżało jej w piersi, gdy uświadomiła sobie, że jeden z kociąt – Szakłak – został już oddany do Klanu Burzy, zgodnie z wcześniejszym ustaleniem. Wojowniczka nie potrafiła zaakceptować takich układów. Samo łączenie się w pary tylko po to, by spłodzić potomstwo, które później miało zostać rozdzielone między dwa klany i prawdopodobnie już nigdy się nie spotkać – wydawało jej się okrutne. Okrutne wobec kociąt i wobec ich rodziców. Szybko chwyciła jeszcze ciepłą mysz i wiewiórkę, po czym kłusem ruszyła w stronę żłobka. Przy wejściu zastała Jastrzębi Zew. Cicho, niemal ceremonialnie, położyła przed nią rudą wiewiórkę. Następnie podeszła do Pchełki i ostrożnie ułożyła przed nią myszkę. Sama również przysiadła obok młodej koteczki. Mała skulona była w kącie, przyciskając do piersi bocianie pióro – prezent od Pietruszki. Jej futerko było zmierzwione, oczy błyszczały od łez. Kotka wyglądała na bardzo smutną, wręcz zdruzgotaną.
— Pietruszka! Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę… — zapiszczała żałośnie. — Zabrali Szakłaka…
Pietruszka pochyliła się i delikatnie liznęła Pchełkę po głowie, próbując dodać jej otuchy.
— Wiem, na pewno ci przykro — mruknęła z troską i smutkiem w głosie.
— Dlaczego musieli go zabrać? Teraz… teraz jestem sama… — zaszlochała, zakrywając pyszczek łapkami.
— Niestety, tak miało być od samego początku — westchnęła wojowniczka, otulając małą ogonem. — Jedno z was miało zostać tutaj, a drugie przenieść się do Klanu Burzy, do waszego ojca.
Zawahała się na moment, po czym dodała łagodnie:
— Znam go. Jest dobrym kotem.
Pietruszka mogła sobie jedynie wyobrazić, jak wielki żal przepełniał teraz maleńkie serce szylkretki. Żadne słowa nie mogły ukoić tego bólu. Jednak była tam – obecna, cicha, ciepła. Czasem tylko to wystarczyło.
<Pchełko?>

04 maja 2025

Od Pchełki CD Pietruszkowej Błyskawicy

- Oczywiście, że tak! - Odparła Pietruszka miękko. - A kiedy dorośniesz, kim chciałabyś zostać?
Pchełka gładziła nieśmiało otrzymane pióro. Było sztywne oraz błyszczące. Nigdy nie widziała czegoś takiego w swoim krótkim życiu, a miała już sporo różnych zabawek. Oderwała wzrok od biało-czarnej ozdoby i podniosła wielkie, zielone oczy na wojowniczkę.
- Nje wjem - powiedziała. - Kim moźna być?
- Uzdrowicielką, wojowniczką, a może nawet liderką! - Odpowiedziała.
Pchełka widziała jak kątem oka patrzy na nich Jastrząb. Karmicielka podniosła się i oblizawszy klatkę piersiową, odparła:
- To moja córka i wyrośnie na wielką oraz potężną kotkę.
Pchełka nie miała odwagi się wtrącić. Widocznie matka wybrała już dla niej przyszłość, a kotce pozostało podążać wyznaczoną dla siebie ścieżką.
Może i była wciąż mała, jednak z każdym dniem rozumiała coraz więcej. Ciągłe lekcje od Jastrząb, korekty, różne uwagi co do jej chodzenia czy sposobu wypowiadania się.
- Chiba tjak jak mama mówi… - Odpowiedziała cicho.
Pietruszka widocznie poczuła się wypraszana przez Jastrząb, która wzrokiem świdrowała czekoladową kotkę. W ciągu paru chwil wojowniczka wyszła.

Jakiś czas później

Pchełka rosła jak na drożdżach, wciąż jednak pozostając chuderlakiem o ładnym futerku. Dzień w dzień otrzymywała lekcje od Jastrząb, pierwsze kroki w walce, postawy do tropienia, nawet uczyła ją kopać nory z jakiegoś powodu. Tłumaczyła oraz opowiadała o wielkim świecie, o stosunkach między klanami (nawet jeśli mały umysł Pchełki nie był w stanie tego pojąć i przyswoić). Kotka grzecznie wykonywała każde polecone zadanie. Poprawiała łapy według korekt karmicielki, patrząc wciąż na swojego brata, Szakłaka, jak on to robi. Czarny kocur był bardziej nieśmiały od niej, nie znaczyło to jednak, że odstawał. Wydawał się lepiej wykonywać polecenia matki od niej, przez co Pchełka zdawała się zostać w tyle.
Gdy skończyli drugi księżyc, przyszła eskorta po Szakłaka. Obce duże koty weszły do żłobka i po krótkiej rozmowie z Jastrząb, zabrali czarnego kocurka. Pchełka płakała w kącie, patrząc jak jej brat i najlepszy towarzysz, odchodzi.
- Nie płacz - zaczęła matka. - Jak dorośniesz to się z nim jeszcze zobaczysz. Ciekawa tylko jestem jak te zapchlone Burzaki go wychowają…eh, szkoda słów.
- Jak to? - Zapytała załamana.
- Mówiłam wam, że urodziliście się, żeby zatwierdzić sojusz między naszym klanem, a Klanem Burzy. - Wyjaśniła. - A to znaczy, że Twój brat należy do Burzaków.
- To dlaczego on tu był? - Zapytała cicho, pociągajac nosem.
- Bo był zbyt malutki na taką podróż - wyjaśniła Jastrząb. - To oczywiste, Pchełko, nadążaj za tym co mówię.
- Przepraszam…
- W porządku - westchnęła. - Idź się zajmij sobą, ja muszę odpocząć.
Pchełka nie rozumiała wielu rzeczy. Nie wiedziała, że taki sojusz był koniecznością, że to są sprawy pomiędzy dorosłymi, a oni byli jedynie przedmiotami w ich łapach. Nie wiedziała jak wiele oczu spoczywa na nich, a jeszcze więcej na Jastrząb.
Karmicielka poszła pod ścianę żłobka, przykrywając łapami oczy i cicho wzdychając, jakby powstrzymywała łzy. Pchełka nie ośmieliła się teraz do niej podchodzić, kiedy została odesłana do “zajmowania się sobą”.
Pchełka siedziała w kącie, gładząc po raz kolejny bocianie pióro. Było ogromne, jak jej cała łapa. Malutka marzyła, żeby ozdobiło kiedyś jej sierść - gdy dorośnie wystarczająco duża. Często myślała również o Pietruszce, która przez kilka dni do nich nie zaglądała. Teraz, gdy Szakłak został zabrany, została sama jak ostatni liść przed zimą na gałęzi drzewa.
Ułożyła się na kępce mchu, wzdychając. Patrzyła wielkimi oczyma na świat poza żłobkiem, czując napływające z niego zapachy, których nie rozróżniała. Gdzieś głęboko w jej sercu zaczęła kiełkować złość. Za zabranie jej brata, za nakładanie na nią takiej presji, za ukaranie jej za coś, czego nie zrobiła. Jastrząb była surową matką, Pchełka bała się popełnić błąd. Rzadko pozwalała sobie na pytania, żeby nie były z serii tych “głupich”, jak to określała szylkretka. Z czasem przysnęła, wdychając świeże powietrze z dworu.

Obudził ją ruch nieopodal. Przytulona do bocianiego pióra, uchyliła jedno oko, dostrzegając znajome czekoladowe futro. Wojowniczka spojrzała na nią z ciepłem, podchodząc z małą myszką w pyszczku.
- Pietruszka! Myślałam, że już nigdy Cię nie zobaczę… - Zaczęła żałośnie. - Zabrali Szakłaka…


<Pietruszka? Dawaj to żarcie>

08 kwietnia 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy CD. Pchełki

Czekoladowa kotka wyskoczyła ze żłobka, a jej wzrok na moment powędrował za siebie, w stronę matki Pchełki. Wciąż czuła się nieco zmieszana jej sposobem wychowywania kociaka. Nie podobało jej się to — w głębi duszy aż się gotowała — ale przecież to nie jej dziecko, więc milczała. Ona sama nigdy nie miała kociąt. Ta myśl osiadła jej ciężarem na sercu. Poczuła nagle dziwne ukłucie… pustkę. Jakby brak, który wcześniej potrafiła ignorować. Przez krótką chwilę zatęskniła za czymś, czego nigdy nie miała — własną rodziną. Pragnieniem, które pojawiło się razem z uczuciem do tej jedynej, ukochanej kotki. Westchnęła cicho, wiedząc, że to marzenie prawdopodobnie nigdy się nie spełni. Otrząsnęła się jednak szybko z melancholii i wskoczyła do legowiska wojowników. Przemknęła przez jaskinię wprost do swojego posłania, gdzie zaczęła przeglądać swoją małą kolekcję: piórka, fragmenty owadzich skrzydełek, kawałki korzeni i liści o ciekawych kształtach. Niestety, nic nowego, nic co przykułoby jej uwagę. Bez tracenia czasu wybiegła z legowiska i popędziła w kierunku Pogorzeliska. Ostatnio widziała tam kilka wyjątkowo barwnych ptaków i miała nadzieję znaleźć po nich jakieś ślady. Gdy dotarła na zniszczoną, spaloną ziemię, zatrzymała się i spuściła głowę w geście szacunku. Przemierzała cmentarz cicho, niemal bezszelestnie. W ciszy tego miejsca jej myśli znów zaczęły dryfować, lecz zaraz je uciszyła — dziś była tu w konkretnym celu. Zatrzymała się przy kępie trawy, która wbrew wszystkiemu wyrastała z wypalonej ziemi. Nachyliła się ostrożnie, zaglądając do środka. Powietrze przesycone było lekkim, znajomym zapachem — ptaki. Gdzieś tu musiały być. A może i jakieś pióra się znajdą? W trawie, w małym gnieździe, dojrzała je — drobne jajka, spokojnie spoczywające wśród źdźbeł. Na pysku kotki pojawił się delikatny uśmiech. Podniosła głowę, nasłuchując, wypatrując gdzieś w koronach drzew ptasich rodziców. Ale dookoła panowała cisza — żadnego śpiewu, żadnego trzepotu skrzydeł. I wtedy — klekotanie. Kotka zamarła, a jej uszy poruszyły się czujnie. Spojrzała w górę w samą porę, by dostrzec, jak z nieba opada pióro — długie, białe, z czarną końcówką. Bocianie. Złapała je delikatnie w pyszczek, a serce zatrzepotało jej w piersi szybciej niż zwykle. Kiedyś słyszała, jak starsze kotki szeptały, że bociany zwiastują nowe życie. Kocięta. Wzrok wojowniczki podążył za lecącym kluczem ptaków. Czy to... znak od samego Klanu Gwiazd? Bez chwili wahania zawróciła do obozu. Zsunęła się ze zbocza, przeskoczyła przez kłodę i popędziła do żłobka. Wślizgnęła się do środka i cicho przysiadła przed małą Pchełką, składając pióro tuż obok niej.
— Przepraszam, że to tyle trwało — zamruczała cicho. — Ale znalazłam coś wyjątkowego. Pióro bociana. Dla ciebie.
Położyła się, podwijając łapy pod siebie, by nie onieśmielać kociaka. Zawsze starała się rozmawiać z maluchami z ich poziomu. Pchełka wyciągnęła łapki, ostrożnie dotykając prezentu.
— Ladne! Dlenkuje, Petluszko! — zapiszczała z radością, przyciskając pióro do futerka.
Pietruszkowa Błyskawica zerknęła na Jastrząba, matkę kociaka, ale nim tamta zdążyła cokolwiek powiedzieć, odezwała się z ciepłym tonem:
— Coraz lepiej ci idzie mówienie! — zamruczała. — Jestem pewna, że już niedługo będziesz mówić jak każdy z nas. A nawet jeśli nie — to nic! Jesteś wyjątkowa tak czy inaczej.
Rzuciła wymowne spojrzenie matce, jakby chciała powiedzieć: Zobacz. Tak się z nią rozmawia. Ale Jastrząb patrzyła gdzieś w bok, udając, że nie widzi.
— Tlak myslis? — zapytała nieśmiało Pchełka, a w jej oczach pojawiła się iskierka nadziei.
— Oczywiście, że tak! — przytaknęła kotka miękko. — A kiedy dorośniesz… kim chciałabyś zostać?
Pietruszka opuściła głowę na łapy, gotowa wysłuchać marzeń małej, bo przecież to w takich momentach rodzą się przyszłe wojowniczki… i uzdrowicielki.

<Pchełko?>

07 kwietnia 2025

Od Pchełki Do Pietruszkowej Błyskawicy

Kotka otworzyła zielone oczyska. Rozejrzała się po żłobku, ciepłym, pachnącym mlekiem. Następnie zaczęła szukać wzrokiem swojej mamy, Jastrząb. Okazało się, że Pchełka przez sen odpełzła od niej i spała gdzieś z boku na kawałku porzuconego mchu. Podniosła się chwiejnie na krótkich łapach, wracając z powrotem do rodzicielki.— Ktoś tu lunatykuje? — zapytała Jastrząb, liżąc ją po głowie.
— Psieplasiam — odparła Pchełka, opuszczając wzrok.
Niebieska wtuliła swoje małe ciało obok ciemnej siostry. Szakłak uderzyła ją łapą przez sen, więc Pchełka posłusznie się odsunęła. Zwinęła się w kłębek przy bujnej sierści Jastrząb, zasypiając ponownie.
Obudziła ją rozmowa królowej z jakąś kotką. Przybyszka miała ciemne futro i jasne, pomarańczowe oczy.
— Przyniosłam Ci posiłek — oznajmiła. Następnie położyła przed Jastrząb grubą mysz.
Pchełka otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Nigdy w jej krótkim życiu nie widziała tak wielkiej i tłustej myszy.
Podniosła główkę, patrząc na wojowniczkę.
— Hej mała! — Zaczęła przyjaźnie Pietruszka.
— Nie wstydź się córko — upomniała ją Jastrząb. — Przywitaj się.
Następnie kotka zaczęła jeść, a Pchełka zdobyła się na odwagę, by wstać i podejść do starszej wojowniczki.
— Dem dobly — miauknęła cichutko.
— Heej! Jak masz na imię? — pytała ciemna.
— O-oh — mruknęła zaskoczona kotka. Machnęła krótkim ogonkiem. — Psiełka.
— Nie Psiełka tylko Pchełka — poprawiła ją matka, posyłając córce jedno z "tych" spojrzeń.
— Jakie Ty masz śliczne imię! — skomplementowała ją kotka. — A ja Pietruszka.
— Piesiuszka?
— Pietruszka.
— Piecuszka? — powtórzyła ponownie nieśmiało. Było jej wstyd, że nie potrafi tak ładnie wymówić imienia nowo poznanej.
Pchełka wbiła zielone wielkie oczy w kotkę. Była tak ogromna, że przytłaczała maluszka swoją okazałością. Kociak skulił się odrobinę, nie wiedząc, co ma dalej zrobić. Nie chciała, żeby mama znowu na nią krzywo spojrzała. Pietruszka chyba odczytała niepewność oraz niezdecydowanie koteczki. Miauknęła do malutkiej, że zaraz wróci z czymś fajnym, po czym wyszła ze żłobka, zostawiając Pchełkę w wielkiej ciekawości.

<Pietruszka? Rozkręci się jeszcze >