BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ognikowa Słota x Kocimiętkowy Wir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ognikowa Słota x Kocimiętkowy Wir. Pokaż wszystkie posty

14 czerwca 2026

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

Mistrzynie prędko znalazły się nieopodal Potwornej Przełęczy, sylwetka dwóch nadgryzionych przez czas ogromnych przedmiotów Dwunożnych majaczyła gdzieś w oddali. Słońce nie docierało, całe szczęście, do kocic, aczkolwiek w tych okolicach była to jedynie kwestia czasu. Owady przelatywały im raz po raz przed nosem, chociaż starały robić się to dość dyskretnie. Wychodziło im to niestety marnie, wiele razy obijały się przypadkowo o ich boki czy nawet i pyski, niemal wlatując do oczu. Na szczęście nie było ich wcale tak wiele, jak mogłoby się wydawać, a każdy, który tylko miał czelność zabłądzić, szybko kończył w żołądku ciekawskich ptaków, śledzących dwójkę. Przepiękna pieśń kosa, skrytego gdzieś między gałęziami czy leśnym runem niosła się kojącym echem, gdy wyśpiewywał coraz to nowsze, a jednak powtarzające się dźwięki, chcąc zagłuszyć rywala, który również prezentował swoje umiejętności gdzieś blisko. Wszystkie te melodie niestety przycichły, gdy tylko zarówno rudaska, jak i szylkretka znalazły się na otwartej przestrzeni, wypełnionej niczym więcej jak paroma wzniesieniami, wysuszoną, pożółkłą miejscami trawą, a także wszechobecnym pyłem, który wzbijał się w powietrze niczym ptak, uprzednio szykujący się do tego konkretnego lotu całe swoje życie, odkąd tylko udało mu się wylecieć z gniazda po raz pierwszy. Duchota przeszkadzała każdemu kotu, a jednak Ognikowa Słota nie mogła wcale na nią narzekać, a na pewno nie chciała w obecności kotki bliskiej jej serca, nie mogła zepsuć tak wspaniałej, sielankowej atmosfery, która się między nimi wytworzyła… Zanim zdążyła coś powiedzieć, zielonooka ją wyprzedziła.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
Oczywiście, wszystko, co mówiła Ognikowa Słota, było ważne. Zresztą, nawet gdyby nie było, to miała pełne prawo chcieć spędzić czas jedynie ze swoją przyjaciółką, bez towarzystwa skrzywdzonego przez los Garbatą Łapę. Niebo było tak intensywnie błękitne, a także tak czyste i pozbawione wszelkiego rodzaju skaz w postaci chmur, że można było odnieść wrażenie, iż zostało wymalowane albo, że było to idealne odbicie wody bez wzburzeń, które występowały rzadziej, niż ich masa, obijająca się delikatnie, albo i konkretniej, niekiedy, o mulisty brzeg, odwiedzany każdego dnia przez tak wiele istot, marzących jedynie o tym, by ukoić swoje narastające pragnienie. Podczas takich upałów każdy powinien pić więcej, ponadto apetyt bardzo sprawnie zmniejszał się, mało komu chciało się podczas takiego skwaru mielić pokarm, który zresztą często miał w sobie dość mało wody, ponieważ nie odżywiali się rybami… Dzisiaj, całe szczęście, nie zapowiadało się na burzę, więc wybrały sobie idealną pogodę na przechadzkę. Po ostatnich wyładowaniach atmosferycznych dało się wypatrzeć w gęstym lesie iglastym parę ubytków, które leżały teraz, powalone przez siły wyższe i czekały na moment, aż całkowicie zjednają się z ziemią i zaczną służyć za swego rodzaju kompost dla tych, którzy przeżyli całe to zamieszanie.
Brązowooka spojrzała na Kocimiętkowy Wir. Przez parę uderzeń serca śledziła futro na jej pysku, które, owiewane przez lekkie, ciepłe podmuchy wiatru poruszało się na wietrze, uginając delikatnie niczym wysoko sięgające trzciny albo nawet i drzewa iglaste, jej źrenice zwiększyły się.
— Podobasz mi się, Kocimiętko. Czy chciałabyś zostać moją partnerką? — zapytała, można by powiedzieć, dość wprost, posyłając jej uśmiech. Przyszło jej to zadziwiająco łatwo, zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z Tygrysią Nocą, a raczej wtedy jeszcze Tygrysią Łapą, który niestety nie odwzajemniał jej uczuć, co mocno wpłynęło na pogorszenie ich relacji. Szczenięce zauroczenie. Łaciata nadal odczuwała gorzki posmak gdzieś na końcu języka, gdy myślała o rudym kocurze. Powiedział, że są wspaniałymi przyjaciółmi, a ona nie chciała go za przyjaciela, a za kogoś dużo bliższemu jej sercu, czego on jednak nie był w stanie wyłapać. Porywisty Dąb okazał się zdrajcą, wraz z jego rodziną, która opuściła Klan Wilka wiele księżyców temu. Jedynym, który pozostał w ich szeregach, był Kamienne Pióro, z którym Słota również miała parę interakcji, aczkolwiek prędko uświadomiła sobie, iż nie wolno było jej się z nim zadawać, mimo dobrych chęci. Zalotna Gwiazda bardzo sprawnie dobierała jej towarzystwo, za co była dozgonnie wdzięczna. Wiedziała, że matka dba o nią starannie i nie bez powodu fatygowała się tak bardzo, by jej potomstwo wyrosło na porządnych wojowników. Zresztą szkoliła właśnie ją, więc, co za tym idzie, musiała być porządna. Musiała zachowywać się w określony sposób, tak, żeby nie przynosić ani sobie, ani tym bardziej rodzinie, wstydu. Jedyne, co im ofiarowała, to powód do dumy, a także do podziwiania jej. Była prawdziwym wzorem do naśladowania!
Obecnie była w zupełnie innym miejscu w życiu. Już nie uganiała się za kocurami, którzy nie potrafili dostrzec jej wspaniałości. Tygrysia Noc, Porywisty Dąb… to była już przeszłość, do której nie wolno było jej powracać, nawet jeśli przyłapywała się wcześniej na myślach, że może byłaby wtedy na zupełnie innym miejscu w życiu. Na samą myśl o przeszłości poczuła swego rodzaju ukłucie w sercu, które prędko zamaskowała, poruszając spokojnie końcówką ogona. Wszystkie te momenty z Porywistym Dębem, bez niego w obozie nastała cisza tak wielka, tak dobijająca. Taka, jakby srebrny umarł, a nie odszedł z klanu. Chociaż nie miało to większego znaczenia, bo równie dobrze dla Wilczaków mógł być już dawno parę lisich ogonów w piachu i nie zrobiłoby im to różnicy, oczywiście sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby tylko nie postanowił ich wszystkich zdradzić, po tym, jak go wyszkolili, a także karmili tak długo, wychowywali w trosce i pokładali nadzieję, że stanie się kiedyś dumą klanu. Kocimiętkowy Wir spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem. Trwały tak w napięciu jeszcze przez określony czas, a rudaska wyglądała tak, jakby próbowała coś zrozumieć, jakby się nad czymś bardzo dokładnie zastanawiała. Z tego też powodu wysunęła mimowolnie język z pyszczka i nim się obejrzała, cały ten element wysechł. Jej oczy zamigotały nieznacznie, nagle, zaczęły w nich jarzyć się iskierki wielu, wielu emocji. Mimo to już po zaledwie chwili, zbliżyła się do Ognikowej Słoty i zetknęła z nią nosami z delikatnym jakby zawstydzeniem. Mistrzyni poczuła aksamitnie mokry nos, stykający się z tym jej, a serce zaczęło bić jej tak szybko, że miała wrażenie, iż zaraz samo dostanie nóg i zwyczajnie od niej ucieknie.
— Och… to dlatego tak często z tobą lubię wychodzić? — powiedziała do siebie, a jej wzrok stał się wreszcie obecny. Szylkretka zastrzygła wąsami, obserwując reakcje zielonookiej. — Tak, Słoto. Ja… też to czuję — zamruczała. Gdyby tylko miała dłuższy ogon, najprawdopodobniej splotłyby je ze sobą. Dwie kotki patrzyły sobie w oczy jeszcze przez jakiś czas. Szylkretka położyła łapę na tą należącą do Kocimiętki. Ruda przysunęła się bliżej, opierając głowę o jej ramię, tym samym oferując swojemu kręgosłupowi możliwość odpoczynku na barkach wyższej kocicy. Ognikowa Słota poczuła miękkie futerko mistrzyni i nie myśląc długo, otuliła towarzyszkę ogonem, mrucząc z zadowolenia. Nim się zorientowały, słońce wspięło się po niebie, a przed nimi zaczął malować się przepiękny, wielokolorowy krajobraz, przepełniony od intensywnej żółci, a także oślepiającej kuli w roli głównej, po rozchodzący się nieśmiało róż, wymieszany wraz z czerwienią, jak i również pomarańczowym, tak wyraźnym, jak u kwitnących, w pełni rozwiniętych i otworzonych kwiatów. Śpiew ptaków poniósł się ponownie donośnym echem, a na nieboskłon nie ośmieliła się wkroczyć, chociażby jedna chmurka. Klan Wilka czekały wspaniałe czasy.
W Ognikowej Słocie uprzednio narastała irytacja, iż Kocimiętkowy Wir chciała marnować czas na kogoś takiego, jak Garbata Łapa. W dodatku czuła się tak, jakby zabierał cenny czas mistrzyni, który mogła równie dobrze poświęcić na spotkania właśnie z nią, dlatego teraz Kocimiętka powinna wreszcie przestać poświęcać tyle uwagi Garbatej Łapie. Odczuła wyraźną ulgę, gdy wreszcie nadarzyła się okazja do tego, żeby wyszły same, bez obecności skrzywionego kocura. A teraz mogły cieszyć się swoim towarzystwem, już na zawsze. Zielonooka była od dzisiaj jej partnerką. Sama myśl o tym wywoływała przyjemne ciepło w jej piersi, które promieniowało, niczym słońce. Gdyby tylko miało możliwość, może również rzuciłoby przyjemne, ciepłe promienie na każdego, kto nie siedział schowany w norze czy skrywał się pod gęstymi koronami drzew. Nagle przyszło jej do głowy, że odtąd będą mogły wychodzić razem znacznie częściej i, co najlepsze, nikt nie powinien im w tym przeszkadzać. Nikomu nie było wolno, chyba że jej rodzinie. Bliscy byli wyjątkiem. Z zamyślenia wyrwał ją nagle przyjemny głos kotki.
— Wiesz co, Słoto? — mruknęła spokojnie Wilczaczka, oblizując parokrotnie policzki, chcąc nawilżyć wysuszony język.
— Co takiego? — zapytała z zaciekawieniem, kątem oka spoglądając na jaskrawy, pręgowany łepek siedzącej tuż przy niej kocicy.
— Mam ochotę się pościgać. Berek! — zawołała, po chwili trącając lekko łapą Słotę jednokrotnie, po czym odwróciła się na pięcie i pędem rzuciła w losowym kierunku. Mistrzyni poderwała się na łapy prędko i ruszyła tuż za nią, lekko zdziwiona takim pomysłem, chociaż wcale nie powinna. Takie zachowanie nie powinno jej dziwić. Kocimiętka często wpadała na coś nagle i równie nagle wprowadzała to w życie, zresztą sama Słota też nie lubiła czekać nadto z wprowadzaniem żadnych zmian, jeśli miały przysłużyć się w przyszłości czemuś wielkiemu, jeśli miały komuś pomóc, a zawsze to robiły. Szylkretka gnała za starszą ile sił w łapach, wreszcie wysuwając jedną z nich w kierunku celu. Nagle jej kończyna zetknęła się z łapą zielonookiej i nim się obejrzała, ich boki ponownie zetknęły się, aczkolwiek jedynie na uderzenie serca. Obydwie wpadły na siebie i zaczęły turlać się po wyschniętej trawie, skrzypiącej pod każdym ich następnym najmniejszym poruszeniem się, wzniosły przy okazji chmurę dymu tak wielką, że można byłoby przyznać jej nagrodę za pobicie rekordu, chociaż trzask wcale nie nastąpił, a dym ulotnił się dość sprawnie, całe szczęście. Chichot rudej był na tyle zaraźliwy, że pysk łaciatej także rozświetliła radość, a sama kocica poczuła się niezwykle lekko. Zupełnie tak, jakby dostała skrzydeł. Wreszcie zostały zatrzymane dość delikatnie i ułożyły się obok siebie, stykając łapami.
— Pamiętasz, jak ostatnio mówiłaś, że chciałabyś dostać skrzydeł i polecieć? — zagadnęła Słota, patrząc czule na leżącą obok niej kotkę, która śmiała się jeszcze przez jakiś czas. Wreszcie otarła jedną z łez szczęścia spływającej z jej policzka i pokiwała głową po dłuższej chwili, pociągając nosem jednokrotnie.
— Tak… a co, wynalazłaś sposób na to? — zapytała, na moment odpływając z powrotem myślami, wzrokiem błądząc gdzieś po wielokolorowym nieboskłonie. Prawdopodobnie śledziła parkę ptaków, skrzeczących donośnie nad ich głową, gdy przelatywały daleko, przybyły z bardzo, bardzo daleka.
— Myślę, że tak. Czuję się przy tobie tak, jakby mi ktoś doczepił skrzydła — wyznała, szczerze wierząc w dobry wpływ rudej na nią.
Jasnooka zamrugała zaskoczona jakby przywrócona znówże do teraźniejszości. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby szukała w najdalszych odmętach umysłu stosownej odpowiedzi, chociaż wcale nie musiała, bo tym razem Słota od niej takowej nie oczekiwała. Zaraz jednak pyszczek rudej rozjaśnił się ciepłym uśmiechem, popartym przez wysunięty język.
— Cieszę się — wymruczała, przesuwając łapą po łapie Ognikowej Słoty. Szylkretka pozwoliła jej na to, nie myśląc nad tym jakoś szczególnie długo. Ich boki stykały się, gdy leżały tak obok siebie. — Może ja też zostałam ptakiem. Przy tobie czuję się tak, jakbym miała za sobą już dawno swój pierwszy lot. Wylot z gniazda — zachichotała, mrużąc oczy, gdy słońce zaświeciło prosto w nie. Mistrzyni zamruczała, a jej serce wywinęło raz jeszcze fikołka. Kocimiętkowy Wir była taka piękna i wspaniała. Momentami roztrzepana i owszem, podejmowała niekiedy złe decyzje, aczkolwiek po to była Słota, żeby wspierać swój promyczek w chwilach, kiedy tego potrzebowała, kiedy było to wymagane i konieczne.

<Kocimiętko, moja piękna partnerko? 💕💕>

05 czerwca 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

Po skończonej rozmowie Ognikowa Słota wróciła do znajomej kotki, a następnie obie udały się na spacer poza obóz. Kocimiętka doceniała każdą chwilę spędzoną w towarzystwie swojej przyjaciółki, dlatego na jej pysku przez cały czas gościł delikatny uśmiech. Zastanawiała się, co tym razem będą robić. Czy ich spacer okaże się spokojniejszy? Może przejdą się nad jezioro i wytarzają w trawie… a może znów spędzą cały czas na polowaniu?
Ptaki i króliki często wpadały im w łapy, gdy były poza azylem. Ich spotkania nie tylko napawały je pozytywną energią, ale także przynosiły korzyści całemu klanowi. Nic, tylko pogratulować im tego, jak dobrze się dogadują i jak świetnie sprawdzają się jako członkinie Klanu Wilka! Według Kocimiętki każdy wojownik powinien znaleźć sobie bliskiego znajomego i wychodzić z nim na polowania. W końcu nic tak nie motywuje, jak przyjacielska rywalizacja.
W końcu mistrzynie dotarły do Potwornej Przełęczy, znajdującej się nieopodal granicy z Klanem Burzy. To właśnie tutaj najczęściej udawało im się znaleźć jakiegoś smacznego uszaka, który tylko czekał, aż zostanie złapany. Tym razem nie było inaczej — gdy tylko Kocimiętka wyczuła woń zwierzyny, od razu nastawiła uszy, a jej wibrysy zadrżały z ekscytacji. Mimo że w swoim życiu upolowała już wiele królików, każde kolejne łowy były dla niej równie emocjonujące. Nigdy przecież nie wiadomo, jaką drogę obierze uszak, jak szybko będzie biegł i jak zaciekle będzie się wyrywał, gdy już zostanie schwytany.
Posłała Słocie porozumiewawcze spojrzenie, po czym przywarła brzuchem do ziemi, gotowa zakraść się do ofiary. Każdy ruch wykonywała bardzo ostrożnie — nie chciała przecież spłoszyć swojego, albo czyjegoś, obiadu. Nawet jeśli zwierzyny było pod dostatkiem, dodatkowa sztuka na stosie nigdy nikomu nie zaszkodziła. A już na pewno nie Kocimiętce, która właśnie zaczynała robić się głodna.
Na myśl o tłustym króliku pociekła jej ślinka. Musiała jednak skupić się na polowaniu, więc szybko potrząsnęła głową i ponownie skoncentrowała się na uszaku, który znajdował się już bardzo blisko. Wtedy znieruchomiała, przygotowując się do skoku. Minęło kilka uderzeń serca, po czym wybiła się z ziemi i poszybowała prosto na swoją ofiarę. Udało jej się zahaczyć ją łapą, niemal przygważdżając do podłoża, jednak królik zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki.
Kocimiętka fuknęła i natychmiast ruszyła za nim w pogoń. Ognikowa Słota pobiegła tuż obok niej, lecz futrzak zdążył przemknąć za granicę Klanu Burzy.
Mistrzynie zatrzymały się przed oznaczeniem zapachowym Burzaków, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej awantury. Gdyby jakiś patrol zobaczył, że ścigają zwierzynę na cudzym terenie, raczej nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
— Ach, to ci pech! — mruknęła ruda, kładąc po sobie uszy. — To przez to, że źle wyskoczyłam! — dodała, powoli kręcąc głową. Najwyraźniej w ostatniej chwili omsknęła jej się łapa. — Teraz pewnie nie ma tu już czego szukać, bo każdy królik w okolicy zdążył uciec. Ale… możemy spróbować zapolować na coś innego! — zaproponowała, spoglądając na towarzyszkę.
Ognikowa Słota skinęła głową, wciąż wpatrując się w tereny po drugiej stronie granicy.
— Tak, możemy — odparła. Westchnęła, po czym przeniosła wzrok na drugą mistrzynię. — W takim razie przejdźmy się do Opuszczonego Obozowiska. Może tam uda nam się wytropić coś dobrego.
Głos szylkretki był stanowczy. Jej słowa nie zabrzmiały jak propozycja, lecz jak rozkaz, co w jej przypadku nie było niczym niezwykłym. Zielonooka uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła:
— Jasne! Na pewno będzie tam mnóstwo myszy i wiewiórek... — stwierdziła, drepcząc tuż za Ognikową Słotą, która już ruszyła w stronę celu.

* * *

Teraźniejszość

Gdy Księżycowa Łapa stał się Rozbitym Księżycem, a Kocimiętka nie musiała już zabierać go na treningi, straciła pretekst do szkolenia Garbatej Łapy. Wciąż było jej go szkoda, tym bardziej że widziała w nim zapał i determinację, jakich nie dostrzegła jeszcze u żadnego innego ucznia. Za każdym razem, gdy zabierała go na szkolenie razem z białofutrym kocurem, starał się zapamiętać jak najwięcej z jej słów, a także nauczyć się jej ruchów oraz ruchów Księżyca.
Jednocześnie trochę obawiała się, że jeśli poprosi Zalotną Gwiazdę o przydzielenie Garbatej Łapie nowego mentora, liderka ją wyśmieje. Kocimiętka wiedziała, jaką opinię miał wśród innych Wilczaków czekoladowy uczeń. Bała się, że jeśli zaczną ją z nim widywać, uznają, że postradała zmysły. W końcu dla większości był jedynie balastem, dla którego nie było już ratunku. Było jej z tego powodu niezmiernie przykro, ponieważ sama dostrzegała w nim potencjał, którego nie widział nikt poza nią.
Wahała się. Jednak gdy podczas przechadzki po obozie ujrzała Garbatą Łapę, który smutnym wzrokiem wpatrywał się w wyjście z azylu, zrozumiała, co musi zrobić. Przestały ją obchodzić krzywe spojrzenia, na które będzie musiała się przygotować. Wiedziała, że ktoś w końcu musi dać temu kocurowi szansę, a jeśli nie zrobi tego ona, nie zrobi tego nikt.
Właśnie dlatego spojrzała w stronę legowiska przywódczyni i natychmiast ruszyła w jego kierunku.
Gdy weszła do środka, owiała ją złowroga aura. Po chwili Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na mistrzynię. Nie wyglądała, jakby odczuwała jakiekolwiek emocje. Jej pysk pozostawał niemal kamienny, przynajmniej przez kilka uderzeń serca, zanim rozjaśnił go ledwie widoczny uśmiech.
— Witaj, Kocimiętkowy Wirze. Co cię tutaj sprowadza? Jak mniemam, nie przyszłabyś tu bez powodu, więc słucham — mruknęła liderka, podnosząc się do pozycji siedzącej i owijając ogon wokół łap.
Rudofutra przełknęła ślinę i na moment odwróciła wzrok od szylkretki.
— Witaj... — zaczęła, po czym zmusiła się, by spojrzeć Zalotce w oczy. — Ja... tak sobie myślałam, że może... mogłabyś zmienić mentora Garbatej Łapie? — dodała.
Pysk przywódczyni natychmiast przybrał chłodniejszy wyraz, jakby już zdążyła negatywnie ocenić zarówno Kocimiętkę, jak i jej pomysł, zanim padły dalsze wyjaśnienia.
— Wiem, wiem... brzmi to szalenie! Ale pomyślałam, że może mogłabym spróbować go... naprawić? Widzę w nim zapał. Myślę, że gdyby dostał szansę, mógłby wyrosnąć na lojalnego wojownika Klanu Wilka! Może niekoniecznie najsilniejszego i najzwinniejszego, ale przynajmniej takiego, który nie będzie marnował naszych zapasów! — mówiła, początkowo spięta, lecz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewna siebie. — Jeśli Cykoria będzie dalej go szkolić, Garbata Łapa pozostanie dla nas tylko balastem i kolejną gębą do wykarmienia. Jeśli natomiast uda mi się sprowadzić go na dobrą drogę, stanie się znacznie bardziej użyteczny dla klanu! — zakończyła.
Na jej słowa Zalotna Gwiazda ciężko westchnęła.
— Czy naprawdę chcesz marnować swój czas na kogoś takiego jak Garbata Łapa? — zapytała, patrząc na Kocimiętkę z mieszaniną politowania i współczucia. — Jeśli uda ci się zrobić z niego pożytek, to chyba pomyślę o zdegradowaniu Pustułkowego Szponu i Kruczego Pióra, żeby cię awansować. Albo od razu oddam ci swoją posadę, bo wyszkolenie tej mysiej strawy graniczy z cudem — zakpiła.
Przez chwilę obie kotki wpatrywały się w siebie w milczeniu, aż w końcu Zalotka odezwała się ponownie:
— Mimo wszystko nie zamierzam ci tego zabraniać. Możesz zabierać go poza obóz, możesz udawać jego mentorkę, ale nie liczyłabym na zbyt wiele. Garbata Łapa w ogóle nie powinien przeżyć tamtej nocy w lesie. To, że jego serce wciąż bije, jest sprzeczne z prawami natury.
Choć słowa liderki nie brzmiały zachęcająco, Kocimiętka podziękowała jej i, wciąż zdeterminowana, by wyszkolić Garbatą Łapę, opuściła legowisko.
Jeszcze wszystkim udowodni, że się mylą… O ile oczywiście czekoladowy kocur będzie chciał z nią współpracować. Jednak, pamiętając jego zachowanie podczas treningów z Księżycową Łapą, pokładała w nim spore nadzieje. Wierzyła, że jej nie zawiedzie.

* * *

Następnego dnia po rozmowie z Zalotną Gwiazdą postanowiła zabrać się za Garbatą Łapę. Wstała wyjątkowo wcześnie i nie zamierzała się ociągać, tak jak często robiła to wtedy, gdy jeszcze szkoliła Księżyca. Ale to nie była jej wina! Znaczy, może trochę była, bo jej późne wstawanie wynikało głównie z lenistwa… Nieważne. Tym razem postanowiła włożyć w tego ucznia całą swoją energię i zaangażowanie, by uczynić z niego prawdziwego Wilczaka. W końcu nie mogła oczekiwać, że same starania Garbatka wystarczą, by się czegoś nauczył. Ona sama musiała stać się idealną nauczycielką.
Gdy wsadziła łeb do legowiska uczniów, Seradelowa Łapa, Cętkowana Łapa i wszyscy inni jeszcze spali. Idealnie. Powolnym krokiem, najciszej jak potrafiła, zakradła się do Garbatej Łapy i delikatnie trąciła go łapą w bark. Po chwili kocur otworzył jedno ze swoich zielonych ślepi, wyraźnie zakłopotany. Już otwierał pysk, by coś powiedzieć, jednak Kocimiętka szybko mu przerwała:
— Cicho...! Chodź, prędko. Zabieram cię poza obóz — mruknęła, po czym rozejrzała się po wnętrzu legowiska i, nie czekając na odpowiedź Garbatka, wyszła na środek azylu.
To już samo w sobie było pewnego rodzaju testem. Jeśli młodszy zdecyduje się wstać i za nią pójść, to znaczy, że wciąż jest co ratować.
Jak się okazało, Kocimiętka nie musiała długo czekać. Garbata Łapa wyszedł z legowiska ze zmierzwionym futrem i oczami przymkniętymi ze zmęczenia. Raczej nie przykładał większej uwagi do swojego wyglądu, zapewne myśląc, że i tak nic nie jest w stanie go upiększyć.
— Świetnie! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz — oznajmiła, poruszając radośnie wibrysami. — Naprawdę nie mogę patrzeć na to, jak całymi dniami gnijesz w swoim posłaniu, dlatego postanowiłam przejąć rolę Cykorii! Może nie oficjalnie, ale rozumiesz... — wyjaśniła, uśmiechając się przyjacielsko do zielonookiego.
— Mhm... — odparł, odwracając od niej wzrok.
Jednak w tej krótkiej chwili, gdy Kocimiętka złapała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu mnóstwo pytań. Jakby nie rozumiał, dlaczego chciała poświęcać mu swój czas.
— Wiem, że się tego nie spodziewałeś, ale widzę w tobie wojownika! Prawdziwego wilczackiego wojownika, który mierzy się z wieloma trudnościami. Ale przecież ty już wiesz, że wzorowy Wilczak nigdy się nie poddaje! — zaczęła, a w jej oczach błysnęła determinacja.
Nie mówiąc nic więcej, szybko ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Już po chwili do jej uszu dobiegł odgłos kroków Garbatej Łapy. Uśmiechnęła się pod nosem i poczekała, aż oddalą się nieco od azylu.
Gdy zagłębili się w las, postanowiła zapytać:
— Powiedz mi, zupełnie szczerze. Czy Cykoriowy Cykor zabrała cię choćby na jeden trening? Nigdy nie widziałam, żebyście razem opuszczali azyl Klanu Wilka.
Po jej słowach zapanowała cisza. Zresztą, bardzo wymowna. Kocimiętkowy Wir nie potrzebowała słownego potwierdzenia, by zrozumieć, że czekoladowa wojowniczka ani razu nie pofatygowała się, by przejść z Garbatkiem po terenach Klanu Wilka.
— To przesada! Tobie próbują wmówić, że jesteś bezużyteczny i do niczego się nie nadajesz, a tak naprawdę Cykoria jest jeszcze większym balastem dla klanu! Po co nam taki rybi flak, który ani razu nie włożył w swoje obowiązki choćby kropli wysiłku? Jestem zaskoczona, że w ogóle udało jej się wygrać z Ognikową Słotą. Chyba Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd było tego dnia wyjątkowo po jej stronie. W innym przypadku Słota rozgniotłaby ją jak żałosnego robaczka! — zaśmiała się.
Na samą myśl o szylkretce zrobiło jej się cieplej na sercu. Była taka silna, taka inteligentna... Prawdziwy wzór do naśladowania. Szkoda tylko, że Cykoria najwyraźniej tego nie dostrzegała.

* * *

Przyszedł czas na kolejny trening Garbatej Łapy. Tym razem Kocimiętkowy Wir pomyślała nawet o tym, by zaangażować w niego Ognikową Słotę! W końcu była taka zwinna i tak dobrze walczyła, że czekoladowy uczeń na pewno wyciągnąłby coś z obserwowania jej ruchów. A skoro były przyjaciółkami, to czemu Słota nie miałaby wyświadczyć Kocimiętce drobnej przysługi? Na pewno zrozumie chęć rudofutrej do naprostowania Garbatka.
Właśnie dlatego, gdy tylko mistrzyni dostrzegła znajomy pysk w azylu, postanowiła niezwłocznie do niego podejść.
— Słoto, hej! — mruknęła na przywitanie, krocząc w stronę szylkretki. — Nie chciałabyś pójść ze mną i Garbatą Łapą poza obóz? Pokazałybyśmy mu, jak polować na króliki, żeby się do czegoś przydał, dobrze mówię? — zaśmiała się.
Spostrzegła jednak, że jej towarzyszka nie podzielała jej entuzjazmu.
— No co? Lepiej, żeby trochę podszkolił się w podstawach — dodała, jednak widząc brak zmian w wyrazie pyska Słoty, postanowiła porzucić ten temat. — Ach, nieważne! Nie musimy nigdzie iść — oznajmiła, robiąc krok w tył. — Ja już... udam się na swoje posłanie, wiesz, żeby trochę się jeszcze zdrzemnąć.
Jednak gdy miała już odejść, Słota w końcu się odezwała:
— Zaczekaj — miauknęła, na co Kocimiętka zamarła. — Chętnie pójdę z tobą na spacer. Zresztą, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tylko nie zabieraj ze sobą Garbatej Łapy — dodała, a ruda natychmiast uniosła uszy.
— Cóż, skoro nalegasz... — zachichotała.
Wspólnie opuściły obóz, kierując się w stronę Potwornej Przełęczy, gdzie zwykle chodziły polować na uszaki. Kocimiętka nie była jednak w stanie skupić się na wywęszeniu zwierzyny, ponieważ przez cały czas zastanawiała się nad tym, co jej przyjaciółka chciała jej przekazać. Nie miała żadnego pomysłu — w jej głowie panowała kompletna pustka.
Dlatego, gdy tylko dotarły na teren, na którym zwykle rozpoczynały swoje łowy, ruda postanowiła się odezwać. Wiedziała, że z polowania będą nici, jeśli nie dowie się, co takiego chce jej powiedzieć druga mistrzyni.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.

<Ognikowa Słoto?>

10 maja 2026

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

— Słoto! Co powiesz na polowanie na króliki z gościem specjalnym? — zapytała, odsuwając się, by ukazać stojącą za nią złocistą kotkę. Ognikowa Słota spojrzała na Kocimiętkowy Wir, zastanawiając się, o kogo mogło chodzić. Zanim wpadła na jakikolwiek pomysł, jej oczom ukazała się okrągła, przyjaźnie wyglądająca złocista kulka. — Ta-da! Miodowej Łapie przyda się mały trening, a kto wyszkoli ją lepiej, niż my? — stwierdziła, przewracając oczami. Po chwili podeszła do mistrzyni i dodała szeptem:
— A ja nie lubię tego Wilczego Skowytu. Pewnie niczego pożytecznego jej nie przekaże!
Na pysk łaciatej wkradł się uśmiech. Oczywiście. Nikt nie wyszkoli jej lepiej, niż one.
— Wilczy Skowyt jest mało inteligentny i szkoda, że Miodowa Łapa musi go znosić — przyznała, wstając wreszcie ze swojego miejsca. Otrzepała się z paprochów, po czym posłała rozpromieniony uśmiech swojej kompance, jednocześnie witając się z Miodową Łapą. — Ale my nadrobimy u niej zaległości, jakie mogły wystąpić w związku z jego niedbalstwem — powiedziała i strzepnęła uchem.
Gdy znalazły się poza obozem, szylkretka czasami spotykała się z faktem, iż szła za szybko, co sprawiało, że Miodowa Łapa zostawała niekiedy w tyle. Zwolniła więc kroku, czując lekkie poirytowanie takim stanem rzeczy, ale nie mogła się przecież dziwić… pieszczochy zawsze były utuczone, w tym przypadku nie było inaczej, a w dodatku pewnie nie musiała nigdy wcześniej przemierzać sporych terenów lasu jako swojej dziennej rutyny, dlatego nie miała nawet wyrobionych pod to łap. Gdy znalazły się nieopodal ulubionego miejsca Słoty na polowanie na króliki, Kocimiętkowy Wir zaczęła się skradać, a Ognikowa Słota przywarła do ziemi. Miodowa Łapa obserwowała towarzyszki, nie wiedząc chyba za bardzo, co ze sobą zrobić. Obydwie wystrzeliły w tym samym momencie. Rudaska pognała za jedną zdobyczą, a w oczy drugiej mistrzyni rzuciło się ładnych rozmiarów ptaszysko, które odbiło się od ziemi i gdy już miało ulecieć tak, żeby Słota go nie sięgnęła, zahaczyła pazurem o jego skrzydło, zaciągając go bliżej siebie i wgryzła się w nie, uderzając nim zwinnie o ziemię. Przygniotła ptaka swoim ciężarem, po paru uderzeniach serca wgryzając mu się wreszcie w gardło, do którego udało jej się dobrać. Metaliczny posmak rozpłynął jej się po podniebieniu, gdy ciało jej celu zwiotczało. Kocimiętkowy Wir wyszła z krzewów z innym ptakiem, ale równie doskonale wyglądającym. Mistrzyni spojrzała na nią z zadowoleniem. Odłożyła swoją zdobycz u własnych łap, gratulując przyjaciółce sukcesu. Zielonooka nie zwlekała z podobnym gestem. Miodowej Łapie zaś, o dziwo, udało się złapać myszkę, która akurat wpadła jej pod łapy.

***

Od ostatniej rozmowy Ognikowej Słoty z Tęgoszem minęło już trochę. Jej kochana siostrzyczka, Nadciągający Pomrok doczekała się wreszcie zaszczytu dołączenia do kultu. Na samą myśl mistrzyni jakoś tak sama miała ochotę zacząć skakać ze szczęścia niczym kocię. Tak bardzo cieszyła się, że jej rodzina była porządna. Że nie musiała już z powodu żadnego z jej bliskich – przynajmniej na razie, od niedawna – być dłużej zawiedziona. Starali się równie bardzo, jak ona, żeby nikt sobie przypadkiem źle nie pomyślał o nich, dzieciach samej Zalotnej Gwiazdy. Słota oczywiście starała się odwiedzać kocięta w żłobku tak często, jak tylko było to możliwe, nierzadko poświęcając swój czas przeznaczony na odpoczynek właśnie im, ale nie mogła narzekać. Bardzo odpowiadało jej takie życie, szczególnie z myślą, że jej matka dowodziła Klanem Wilka. Co prawda szylkretka, gdy była młodsza, niezwykle starała się o wszelkie pochwały ze strony Nikłej Gwiazdy, więc jakimś szacunkiem go darzyła, ale nie mogła przyznać, że za jego rządów było lepiej. Nikt nie był lepszy od jej matki.
Zastrzygła uchem, gdy do obozu weszło dwóch wojowników. Tęgosz kroczył u boku rudaski. Od swojej najdroższej przyjaciółki, Kocimiętkowego Wiru, dowiedziała się, że rudy wcale, a wcale nie obawiał się tej nocy, co również było dla niej dobrym znakiem. Skoro nie był spięty, to istniała mniejsza, a praktycznie zerowa szansa na jakiś głupi ruch z jego strony, który mógłby potencjalnie kosztować go życie. Na sam ten widok uśmiechnęła się z dumą, czując przyjemne uczucie rozpływające jej się po piersi. Wiedziała, że przeżyje! Gdyby sobie nie poradził, to by nie był synem jej brata ani dumnym Wilczakiem, przed którym kreowała się świetlana przyszłość oby pozbawiona płonnych nadziei czy głupstwa. Nie podobało jej się, że przy kociętach wiecznie siedziała Wrotyczowa Szrama, ale mistrzyni nie mogła zrobić z tym szczególnie wiele, ponieważ pręgowana miała prawo chcieć pilnować własnych pociech. Nie wolno było jej jednak wygadywać głupstw o tym durnym Klanie Gwiazdy w obecności Tęgosza, jej wspaniałego bratanka. Jak dobrze, że już nie będzie musiał przebywać w jej obecności! Zostanie dzisiaj uczniem. Może i zostałby przydzielony jej, żeby szkolić się pod jej czujnym okiem? Od mianowania Cykoriowej Cykorii minęło już też trochę. Spojrzała na Zalotną Gwiazdę siedzącą na pniu, wyczekującą przybyłych kotów. Wojowniczka poruszyła ogonem niespokojnie, nie mogąc doczekać się, aż dowie się, czy zostanie przydzielony jej dzisiaj jakiś uczeń. Była zdania, że zasługiwała na wyszkolenie kolejnego wojownika Klanu Wilka. Tym razem dopilnowałaby, żeby nie przynosił jej wstydu! Tak, jak ta strachliwa kotka.
Gdy Kocimiętkowy Wir usiadła obok, Ognikowa Słota otarła się o bliską jej kotkę na powitanie.
— Wiedziałam, że sobie poradzi. W końcu jest jednym z nas! — ruda zachichotała radośnie, acz cichutko, żeby przypadkiem nie przeszkodzić w ceremonii.
Ognikowa Słota zamruczała, gdy następne ciepłe uczucie zaczęło w niej promieniować. Położyła swój ogon na tym Wilczaczki obok niej. Ich boki stykały się, gdy tak siedziały i oczekiwały mianowania kociąt.
— "Musiał sobie poradzić. Jeśli byłoby inaczej, oznaczałoby to, że zwyczajnie był niegodny, żeby żyć w naszych kręgach" — pomyślała brązowooka, zachowując to jednak dla siebie, ponieważ Zalotna Gwiazda zabrała głos. Nie chciała przerywać czy przeszkadzać matce. Nigdzie nie było śladu po Garbatku, którego Ognikowa Słota widziała zaledwie kilka razy, ponieważ nigdy jej nie interesował. Był słaby i płaczliwy. Klan Wilka nie był miejscem dla kotów jego pokroju. Zauważywszy, że nawet Seradela sobie poradziła, zamruczała pod nosem. Może to ona zostałaby jej uczennicą, jeśli Tęgosz dostałby kogoś innego za mentora? Marzył jej się porządny uczeń, któremu mogłaby pokazać wszystkie najważniejsze zasady panujące w Klanie Wilka…
Tęgosz siedział tak, wpatrując się bez większych emocji wymalowanych na pysku. Ognikowa Słota odniosła wrażenie, że był niezwykle podobny do swojego ojca. Może i nie tyle co z wyglądu, a bardziej charakteru. Cienista Zjawa od zawsze był taki cichszy i zachowywał większość emocji dla siebie. No chyba, że akurat udało im się pokłócić o coś błahego, a w przeszłości często im się zdarzały takie nieprzyjemności. Jak dobrze, że wyrósł na porządnego kocura.
Tropiąca Łaska została mentorką Cętkowanej Łapy. Mistrzyni poruszyła ogonem niespokojnie. Dlaczego akurat ona, ze wszystkich kotów? Pozostała jednak na swoim miejscu, z takim samym wyrazem pyska, nie chcąc okazywać jakiegokolwiek niezadowolenia. Skoro matka uznała, że to ona będzie dla niego najlepszą mentorką, Słota musiała to uszanować. To, że ona miała swoje nieprzyjemności z Tropiącą Łaską, sięgające jeszcze czasów, kiedy obydwie były w żłobku, nikogo nie interesowało i nie było powodem do tego, żeby mistrzyni podważała zdanie liderki. Nigdy by nie śmiała.
— Cętkowana Łapa, Cętkowana Łapa! — zaczęła skandować dumnie, posyłając bratankowi zadowolone spojrzenie. W międzyczasie Seradela została mianowana na uczennicę i zyskała nowe imię – Seradelowa Łapa. Ponadto jej mentorką została sama Zalotna Gwiazda, co było dość wyjątkowe. Później do obozu wtargnął Wilgowa Gorycz wraz z tym słabym ogniwem. Jakim cudem przetrwał noc w lesie? Czy żadna sowa nie była dzisiaj głodna? Zadziwiająco wiele słabych kotów przeżyło swoją próbę w lesie w ciągu całego życia mistrzyni, co lekko ją martwiło. Oby tylko nie przynosili szkód dobrej opinii Klanu Wilka wśród reszty przynależności, ale i wśród samych Wilczaków. Co było nawet bardziej zadziwiające – Cykoriowy Cykor dostała pod swoją opiekę Garbatą Łapę. Pasowali do siebie. Przekaże mu tyle, co nic, a ten będzie chodził z pustym łbem i przekazywał dalej pustość umysłową.

***

Pora Nowych Liści wreszcie nadeszła. Pierwsze, ciepłe promienie słońca już zaczęły wygrzewać rozłożyste kamienie, zapraszając wręcz starszyznę, a nawet i resztę chętnych kotów do ocieplenia kości i dostarczenia sobie trochę szczęścia w postaci odpoczynku na przyjemnym słoneczku. Mistrzyni przeciągnęła się, prostując tylne łapy i wyginając odrobinę ogon. Gdy skończyła poranną toaletę, wybrała się pod stertę w celu spożycia posiłku. Niedługo później obok niej pojawiła się znana jej rudaska.
— Cześć, Kocimiętko. Co byś chciała zjeść? — zapytała przyjaźnie, oferując Wilczaczce, że jej wyjmie ze sterty najświeższy kąsek. Zielonooka zamyśliła się na moment.
— Może jakiegoś grzywacza? Akurat dzisiaj jestem głodna… — przyznała spokojnie, uśmiechając się “smutno”. Szylkretka kiwnęła głową i szukając konkretnej zdobyczy, wybrała dla siebie królika, a dla Wilczaczki obok gołębiowatego, pulchnego ptaka. Pomyślała od razu o ich ostatnim polowaniu. Na jej pyszczku zakwitło rozpromienienie. Bardzo miło jej się spędzało czas z rudą, cieszyła się bardzo, że wreszcie miały okazję, żeby zbliżyć się nawet bardziej do siebie. Dobrze było mieć obok kogoś takiego, jak Kocimiętka. Rudaska wymyśliła wtedy, że chciałaby latać niczym ptak i czy gdyby zjadła wystarczająco piszczek, to że może dostałaby skrzydeł. Ognikowa Słota nie potrafiła sobie tego wyobrazić, ale od razu przyszło jej na myśl to, że pobratymczyni miała naprawdę bujną wyobraźnię.
— Nadal chciałabyś, żeby ci wyrosły skrzydła? — zagadnęła, odgryzając pierwszy kęs swojej zwierzyny. Oblizała policzki, po chwili biorąc następny i następny, słuchając tak odpowiedzi kotki obok. W oczach mistrzyni zatańczyły iskierki podekscytowania, prawie jak u kocięcia, które właśnie dowiedziało się, że za niedługo zostanie mianowane na ucznia. Mimo wszystko odpłynęła na parę uderzeń serca myślami, jakby potrzebowała się porządnie nad tym zastanowić. Wystawiła ciut swój język, prawdopodobnie nieświadomie.
— Tak! Wyobraź sobie, jak wolna bym wtedy była. I może ty też! Może tobie również by wyrosły i poleciałybyśmy gdzieś razem. Wtedy nie męczyłyby się łapy, a same skrzydła, więc w razie zmęczenia, mogłabyś odpocząć w powietrzu lub na lądzie, jak byłoby ci wygodniej — przedstawiła, po czym sama zabrała się za swoją część zdobyczy.
Może gdyby zjadła wystarczająco uszaków, to i jej wyrosłyby takie długie uszy, łapy już miała długie, więc brakowało jej tylko krótkiego ogona, chociaż Kocimiętkowy Wir taki miała… może jej było bliżej do królika, niż do ptaka? W takim razie, ciekawe do czego Słocie było bliżej?

***

Słota przeprosiła na moment Kocimiętkowy Wir, ponieważ chciała porozmawiać ze swoim bratem. Ruda kiwnęła jej głową na znak, że się nie gniewa i ustawiła się obok wyjścia z obozu. Dzisiaj Słota również umówiła się z nią na polowanie. Wracając do ostatniej ceremonii… Szylkretka nie zamierzała gratulować Cykoriowemu Cykorowi, komuś tak przykremu. Szczególnie że sama czekoladowa, wydawało się, była zawstydzona tym faktem, bo gdy tylko zetknęła się wtedy nosami z tym garbatym, to rozpłynęła się w tłumie niczym cień. Mistrzyni, podszedłszy do burego, a także Cętkowanej Łapy, bliżej, przywitała się z nimi z uśmiechem wymalowanym na mordce. Byli w trakcie rozmowy, ale nie przeszkodziła im jakoś szczególnie.
— Cienista Zjawo, Cętkowana Łapo, chciałabym wam szczerze pogratulować. Tobie bracie, że tak doskonale radzisz sobie jako ojciec; dbałeś, żeby Tęgosz nie dowiadywał się przypadkiem o wszelkich szkodliwych treściach, jakie Wrotyczowa Szrama mogła potencjalnie mu chcieć przekazywać, a ponadto każdego dnia przysługiwałeś i nadal przysługujesz się klanowi. Jesteś kotem godnym naśladowania. A tobie, Cętkowana Łapo, życzę samych owocnych treningów. Korzystaj z nich jak najwięcej, wynoś tyle wiedzy, ile możesz. Cieszę się bardzo, że przeżyłeś próbę w lesie — posłała mu uśmiech, w jej oczach kryły się nadal wszelkiego rodzaju nadzieje względem bratanka, a także oczekiwania, których nie zamierzała ukrywać. Nie podejrzewała, że przyniesie ich rodzinie wstyd, ale kto wie… — Myślę, że powinniśmy wybrać się niedługo na rodzinny spacer. Teraz, kiedy opuściłeś żłobek, będziesz miał więcej swobody, jednak pamiętaj, żeby nie zapędzać się za bardzo. Nie wolno ci samemu wychodzić poza obóz, ale to już na pewno wiesz — zaczęła, na co Cienista Zjawa kiwnął głową.
— Ognikowa Słoto, siostro, mój syn jest porządnym kocurem. Jeszcze przyjdzie mu się wykazać, a co do spaceru… — tu zamyślił się na parę uderzeń serca. Wreszcie poruszył końcówką ogona. — Myślę, że to świetny pomysł. Na pewno nam nie zaszkodzi takie rodzinne spotkanie — powiedział, na co kąciki ust Słoty same się uniosły ku górze. Cętkowanej Łapie to najprawdopodobniej również nie przeszkadzało, a przynajmniej tak myślała. Zerknęła na niego.
— Jeśli martwisz się, co powie o tym Tropiąca Łaska, to ja już zadbam o to, by cię puściła. Relacje z rodziną są ważne. Oczywiście trening również, ale my także jesteśmy w stanie nauczyć cię wiele. Co nie oznacza, że nie powinieneś słuchać się i polegać również na swojej nowej nauczycielce — wyjaśniła mu, żeby wszelkie zmartwienia, jakie tylko mogły przylatywać teraz do jego łebka, znalazły ujście.
Po skończonej rozmowie powróciła do znanej jej kotki, po czym udały się na spacer poza obóz. Rodzinna przechadzka będzie miała miejsce kiedy indziej, może jak pogoda będzie bardziej dopisywała, a Ognikowa Słota chciała spędzić obecnie czas ze swoją przyjaciółką.

<Kocimiętkowy Wirze, zdrowo jest tyle chodzić, szczególnie w moim towarzystwie>

23 kwietnia 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

— Zabiorę cię znowu na polowanie na króliki, jak za starych czasów — dodała Ognikowa Słota, układając się wygodnie na kamieniu. — Dostałaś też własnego ucznia, prawda? Księżycową Łapę… — zagadnęła, zwracając wreszcie uwagę rudej mistrzyni z powrotem.
— Tak! Uczy się naprawdę pilnie. Pracujemy wspólnie nad jego płaczliwością i niepewnością. Ma dobre serce — wyjaśniła prędko, poruszając nieznacznie kikutem ogona. Jej wzrok w pewnym momencie uciekł gdzieś za szylkretkę, jakby coś tam w oddali było ciekawsze, niż ona.
— Pod twoim okiem sobie poradzi. Wystarczy, że ktoś pokaże mu, jak zachowywać się jak przykładny Wilczak — odparła brązowooka pewnie, mrużąc na chwilę ślepia, jakby słońce zaświeciło jej prosto w pysk.
Kocimiętka po chwili wróciła spojrzeniem do towarzyszki, chcąc odnieść się do jej poprzednich słów. Przez moment myślała o polowaniu na króliki, aż w końcu doszła do wniosku, że może…
— Nie chcesz zapolować na ptaki? Wystarczająco się uganiałyśmy za tymi uszakami, może czas spróbować czegoś innego — zaśmiała się miękko, patrząc na Słotę z nadzieją i ekscytacją iskrzącymi w jej ślepiach. — Myślisz, że jak zjem wystarczająco takich upierzonych piszczek, to wyrosną mi skrzydła? — zaczęła się zastanawiać, kompletnie zapominając o sensie tej rozmowy. — Och… chciałabym być ptakiem; chciałabym być wolna jak one. O niczym innym nie marzę, oprócz tego, by zatrzepotać rozłożystymi skrzydłami! — mówiła dalej, aż dopóki Ognikowa Słota nie odchrząknęła. Ten cichy dźwięk sprowadził rudofutrą na ziemię — przynajmniej na moment.
— Mi pasuje. Nieważne, na co będziemy polować. Ważne, żeby pod koniec dnia reszta Wilczaków miała czym zapełnić brzuchy — stwierdziła mistrzyni, skinąwszy głową.
Zielonooka na słowa przyjaciółki podniosła się z miejsca, nastawiając uszy w stronę wyjścia.
— W takim razie ruszajmy od razu! Po co mamy marnować czas — oznajmiła, już wykonując pierwszy krok do przodu. Zazwyczaj nie pchała się do niczego z aż takim zapałem, ale dziś uznała, że nie ma nic złego we wspólnym polowaniu z bliskim kotem.
Szylkretka w końcu podążyła za swoją towarzyszką, dorównując jej kroku. Obie żwawo ruszyły przez las, rozglądając się wokół i uważnie węsząc, by odnaleźć trop jakiejś skrzydlatej istoty.

* * *

Siedziała przy Miodowej Łapie, starannie wylizując swoje rude futerko. Niedawno wróciła z patrolu, na którym zabrudziła swoje łapy lepkim błotem. Pogoda w Porze Nagich Drzew im nie dopisywała. Było brudno, ponuro i ulewnie — ale przynajmniej nie zalegały grube warstwy śniegu. Kotom nie doskwierał też przenikliwy chłód, co dla Kocimiętki było dużym plusem. Nie miała za dobrej tolerancji na zimno i drżała z każdym mroźniejszym podmuchem. Choć teraz już sama nie wiedziała, czy wolałaby już to zimno, czy użeranie się z tymi wszechobecnymi kałużami…
— Lubisz Wilczy Skowyt? — zagadnęła nagle Miodowa Łapa, wyrywając rudą z rozmyślań. — Został moim mentorem. Nie znam go jeszcze za dobrze, wiesz? — przyznała, spoglądając w przestrzeń przed sobą.
Zielonooka zmarszczyła nos i prychnęła z poirytowaniem.
— Chyba żartujesz! — fuknęła oburzona Kocimiętka, kręcąc głową. — Nie znoszę go. Rozumiesz, że na jednym ze zgromadzeń zaczął mnie obrażać? Mnie! Mnie obrażać! — oburzyła się jeszcze bardziej, pusząc futro na grzbiecie.
Złocista uczennica zamrugała ze zdziwieniem i trochę się skuliła, jakby nie spodziewając się tak gwałtownej reakcji wojowniczki.
— Och… — odparła po jakimś czasie. — A jeśli mogę spytać… To, czym są te zgromadzenia? — dopytała, powoli odzyskując swój typowy, radosny ton, który wcześniej został zaburzony przez słowa Kocimiętki.
— Nic wielkiego. Znaczy, w sumie… są dosyć ważne. Twój mentor pewnie już ci opowiadał o tym, że wraz z nami żyje jeszcze kilka klanów. Na zgromadzeniach wszystkie koty znad morza spotykają się na wyspie, dzielą nowinkami. To czas pokoju, podczas zgromadzeń nie można się nawzajem atakować ani obrażać — zaczęła wyjaśniać.
— Chwilunia… To na co dzień możecie ze sobą walczyć? — dopytała zdumiona kotka.
Mistrzyni zachichotała pod nosem. Biedna pieszczoszka, trafiła do nieodpowiedniego miejsca… Klan Wilka był niezwykle brutalny. Walki i zagrażające życiu testy były tu codziennością.
— Cóż, z własnymi pobratymcami raczej nie możesz się bić. Przynajmniej nie proszona. Ale jeśli któryś z obcoklanowców wtargnie na tereny Klanu Wilka, masz obowiązek go przegonić. Czasem wystarczą słowa, a czasem trzeba użyć… siły — odparła Kocimiętka beztroskim tonem, jakby to była codzienność.
Złocista uczennica nie wyglądała jednak na zachwyconą takim stanem rzeczy.
— Ale to głupie! Dlaczego musimy się dzielić? Nie możemy wszyscy… stworzyć jednego, wielkiego klanu i razem w nim zamieszkać? — zastanowiła się na głos, na co ruda ponownie parsknęła śmiechem.
— Dobre sobie! Nasze zwyczaje zbyt bardzo się różnią, by nagle wszyscy byli w stanie się ze sobą połączyć. Jest lepiej, gdy żyjemy osobno — stwierdziła zielonooka, jednak Miodowa Łapa wciąż wyglądała na zmieszaną.
— Dla chcącego nic trudnego… Na pewno dałoby się coś wymyślić! — drążyła dalej.
Kocimiętkowy Wir powoli irytowała się podejściem złotej do spraw klanowych. Przybyła tu nie wiadomo skąd i chce zmieniać porządek, który panuje tu od sezonów!
— Może i by się dało, ale po co! Od tylu księżyców żyjemy w taki sposób i nikt nie narzeka. No, może oprócz ciebie. Ale ty jesteś “miastowa”, więc nie oczekuję, że od razu zrozumiesz, jak to wszystko tu funkcjonuje — odparła mistrzyni, może trochę przesadzając z tym aroganckim tonem.
— To, że coś działa, nie znaczy, że nie może być jeszcze lepsze… — mruknęła Miodowa Łapa pod nosem, na co zielonooka nawet nie miała siły zareagować. Co się będzie wykłócać z jakąś paniusią, która świat widzi w różowych kolorach.
— Nieważne. Najpierw się mianuj, a potem dopiero zmieniaj inne koty — podsumowała. — Właściwie… może przejdziesz się ze mną na spacer? — zaproponowała po chwili rudofutra, unosząc uszy do góry. Jakby ten patrol nie wymęczył ją wystarczająco, przejdzie się jeszcze po wilczackich terenach z puchatą pańcią…
— Cóż, chyba nic nie stoi mi na przeszkodzie… — stwierdziła, uśmiechając się do starszej kotki.
— Świetnie! Może weźmiemy jeszcze ze sobą Ognikową Słotę, co? Rozmawiałyście już? W ogóle to może nauczymy cię polować na króliki! Musisz uwierzyć, że jesteśmy w tym świetne. Polujemy na te uszaki lepiej niż niejeden Burzak! — pochwaliła się, wypinając dumnie pierś.
— Nie rozmawiałam nigdy z tą kotką, ale mogę to zmienić — odpowiedziała Miodowa Łapa.
Kocimiętka ruchem głowy nakazała towarzyszce, by poszła za nią. Wspólnie udały się do legowiska wojowników, gdzie odpoczywała szylkretowa kocica.
— Słoto! Co powiesz na polowanie na króliki z gościem specjalnym? — zapytała, odsuwając się, by ukazać stojącą za nią złocistą kotkę. — Ta-da! Miodowej Łapie przyda się mały trening, a kto wyszkoli ją lepiej, niż my? — stwierdziła, przewracając oczami. Po chwili podeszła do mistrzyni i dodała szeptem:
— A ja nie lubię tego Wilczego Skowytu. Pewnie niczego pożytecznego jej nie przekaże!

<Ognikowa Słoto?>

06 kwietnia 2026

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

Przeszłość

Pierwsze promienie przyjemnego, ciepłego słońca wpadały do legowiska wojowników, ogrzewając bladymi ramionami ich unoszące się powoli, a potem opadające boki. Świerszcze śpiewały swoje najlepsze melodie, żwawo żegnając się z nocą, do której było im tak tęskno każdego dnia. Sowy lądowały na gałęziach, pozwalając sobie wreszcie na odpoczynek po dość owocnych, wieczornych łowach. Na ich miejsce wepchnęły się świergoczące sroki, walczące o terytorium. Ich skrzeczenie niosło się echem po lesie, wraz ze śpiewem kosów, który ginął w gęsto porośniętych drzewach iglastych. Czarna szylkretka przeciągnęła się w swoim legowisku, prostując długie, pręgowane łapy. Posłanie zaszeleściło pod jej bokiem, gdy zabrała się za niezwykle wczesną toaletę. Ułożyła paroma zwinnymi liźnięciami krnąbrne, wystające kłosy, musiały zmierzwić się podczas jej snu. Postawiła czujnie uszy. Pochrapywanie pobratymców dotarło do niej, jedni oddychali głośniej, jakby mieli przytkany nos albo zapchane płuca, inni zaś dużo ciszej, milej. Bez kłopotów z nabieraniem oddechu.
Ona i Kocimiętkowy Wir miały się dzisiaj wybrać na spacer, więc musiała prezentować się akceptowalnie… nie… dobrze! Doskonale. Idealnie. Ziewnęła, wyginając grzbiet w łuk i trzęsąc odrobinę ogonem, czując ulgę związaną z porannym rozprostowaniem kończyn. Zmrużyła oczy, mrugając nimi parokrotnie, żeby przyzwyczaiły się do światła. Reszta Wilczaków jeszcze smacznie spała, lada moment mieli się budzić w celu wyruszenia na poranne patrole czy polowania w grupkach.
Ognikowej Słocie naprawdę zależało na humorze przyjaciółki. Dla żadnego innego kota nie wstawałaby tak wcześnie ani nie dbała o futro tak dokładnie, zastanawiając się, czy aby na pewno prezentowała się idealnie, jak zawsze. W końcu ruda była jednym z najważniejszych kotów w jej życiu! Nie mogła pozwolić na to, by Kocimiętka płakała z powodu jakiegoś głupiego kocura, ich dzisiejszy spacer był obowiązkowy. Wizja zapolowania na króliki bardzo ją zachęciła – co prawda jej ulubioną zwierzyną były zające, aczkolwiek nie odbiegały smakiem bardzo od królików. Najzwyczajniej w świecie do upolowania królika potrzeba było jednego… maksymalnie dwóch kotów, a na zająca nawet i czterech. Było to wyzwanie, którego chciała się kiedyś podjąć. Nie dość, że wykarmiłby więcej pysków, to w dodatku mogłaby się raz jeszcze wykazać! A uwielbiała to robić. Uwielbiała sprawiać, by matka była z niej dumna i chwaliła ją. Oczywiście, po udanych łowach, pochwaliłaby się priorytetowo swojej mamie! I siostrze, i każdemu.
Wyminęła parę rozłożonych bezwładnie ogonów śpiących jeszcze kotów. Gdyby dzisiaj nie miała co robić, prawdopodobnie nadepnęłaby komuś na kitę tylko po to, żeby go zirytować. Tym razem jednak nie miała nawet na to czasu. Pochyliła się nad rudą i posyłając jej lekki uśmiech, musnęła jej bok ogonem. Kocimiętkowy Wir wyglądała tak uroczo, gdy spała.
— Kocimiętko?
Ognikowa Słota pokręciła głową, czując, że jej poduszki łap robią się gorące. Jej mina nagle spoważniała, a wąsy drgnęły. Gdy wojowniczka przebudziła się wreszcie, chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do jasności, jaka zapanowała w dziurze.
— Daj mi… jeszcze kilka uderzeń serca, dobrze? — zapytała pręgowana, subtelnie się uśmiechając.
Szylkretka przysiadła obok, kiwnąwszy krótko głową. Niebo było szarawe z powodu wczesnego ranka. Chmury ciągnęły się po nim leniwie, zasłaniając jedynie kawałek. Polizała nagle parokrotnie łapę, przejeżdżając nią po uchu. Napuszyła sierść na piersi, chroniąc się przed lekko chłodnymi podmuchami wiatru.
Po jakimś czasie Kocimiętkowy Wir wreszcie się przygotowała, więc nie było sensu czekać na nic więcej, pozostawało im jedynie wreszcie wyruszyć. Wyszły wspólnie z obozu bez większych kłopotów, kierując się spokojnym krokiem w stronę łąki niepokrytej ani jednym drzewem. Kocica zawęszyła, uchylając pysk, pozwalając powietrzu, aby owinęło jej policzki. Do jej nosa dotarł zapach, którego poszukiwały wspólnie. Na wystających krzewach jeżyny zbierało się aksamitne, jasne futerko, a w błocie wyrobione były wyraźne ślady. Wojowniczka zmrużyła oczy, uśmiechając się szeroko.
— Kocimiętko, jak się dziś czujesz? Spałaś dobrze? — zapytała, ruchem ogona wskazując na ślady, jakie wytropiła. Były świeże, to pewnie kwestia czasu, aż wytropią zdobycz. — Możemy zrobić tak; ja ustawię się w lekko zasłoniętym miejscu, a ty zajdziesz królika z drugiej strony i go zapędzisz prosto w moje łapy — przedstawiła, powiewając spokojnie ogonem.
Zielonooka pokiwała głową, nucąc sobie jakąś melodię pod nosem. Może o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? Zamruczała z aprobatą, chociaż bez przekonania.
— Dzisiaj już mi lepiej. Cieszę się, że mogłyśmy wspólnie wyjść — odparła, chowając różowy język. Wilczaczka nie była pewna parę uderzeń serca temu, czy kotka ją w ogóle słuchała, więc te słowa sprawiły, że nie musiała się zastanawiać nad takimi rzeczami, przynajmniej na jakiś czas. Gdyby jej nie odpowiedziała, to zapytałaby jeszcze raz. Chociaż czemu jej tak bardzo na tym zależało, na odpowiedzi?
W oddali zaczął malować się ogromny przedmiot dwunożnych, a między wysokimi źdźbłami trawy…
Coś zaszeleściło w kłosach, docierając do uszu Ognikowej Słoty. Kocica przypadła do ziemi, tak samo zresztą postąpiła jej kompanka. Kocimiętkowy Wir nagle wytrzeliła przed siebie, niczym poparzona, goniąc za królikiem ile sił w łapach. Czarna szylkretka wyskoczyła do przodu również, zaganiając nagle zwierzę prosto w łapy kompanki, czując, jak szybko bije jej serce. Co prawda zrobiły to inaczej, niż zaplanowała, aczkolwiek finalnie wszystko się powiodło, więc najwidoczniej sposób łowów nie miał aż tak wielkiego znaczenia tym razem. Ruda kocica wgryzła się w kark zawodzącej zwierzyny, unieruchamiając ją i pozbawiając życia jednym zwinnym ruchem. Przytrzymała ją łapą, w razie, gdyby miała się wyrwać. Oczy Ognikowej Słoty zabłysły z usatysfakcjonowaniem. Bardzo cieszyły ją owocne łowy, a jeszcze bardziej cieszył ją widok szczęśliwej kompanki.

***

Teraźniejszość, zanim Barczatkowy Świt umarła

Od jej ostatniej, konkretniejszej rozmowy z Kocimiętkowym Wirem minęło już trochę. W życiu Słoty od tamtego czasu nastało parę zmian – jedną z ważniejszych było z pewnością to, że zaczęła dogadywać się ze swoim bratem, Cienistą Zjawą. No i oczywiście została mianowana na mistrzynię wraz ze swoją siostrzyczką i Kocimiętkowym Wirem właśnie. Odkąd kocur przeszedł swój test na kultystę, można było powiedzieć, że wręcz zapomniała mu cały żal, jaki żywiła względem niego. Zmienił się, zaczął wreszcie starać i przestał lenić. W dodatku poznała swojego malutkiego bratanka. Miała szczerą nadzieję, że wyrośnie na porządnego kota.
Podeszła do Kocimiętkowego Wiru, która właśnie korzystała z ostatnich przyjemnych promieni słońca kolorowej Pory Opadających Liści. Spadające liście tańczyły na wietrze, porywane przez porządniejsze podmuchy. Drzewa iglaste nie sypały się tak często, więc nie musiała martwić się gnijącymi liśćmi pod łapami. Chociaż nie brzydziła się tym, więc robiłoby to różnicę jedynie podczas polowania i patrolowania granic. Słońce zawisło wysoko na niebie, mając dobry wgląd na każdego kota, który nie ukrywał się pod bezpiecznym dachem legowisk lub koron drzew. Za niedługo Pora Nagich Drzew przypomni o sobie, pozbawiając ich wielokolorowych traw oraz bladego, lekko grzejącego blasku, przysłaniając całe tereny zaspami śnieżnymi, zmuszając zdobycz do tego, aby wycofała się do swoich norek w celu uchronienia się od bezlitosnego chłodu. Mistrzyni ułożyła się tuż obok przyjaciółki na kamieniu, spoglądając na nią figlarnie.
— Kocimiętko — uśmiechnęła się, przysuwając się bliżej rudej, chcąc zwrócić jej uwagę tylko na sobie. Gdy ich futra zetknęły się, Ognikowa Słota zamruczała. Tęskniła za rozmowami z bliską jej kotką. Bardzo cieszył ją fakt, że wreszcie znalazła na to czas.
Ruda zamrugała, spoglądając na brązowooką. — Ognikowa Słoto, doszły mnie słuchy, że zostałaś ciocią? Pogodziłaś się z Cienistą Zjawą? — zagadnęła, przyjacielsko trącając ją w bok.
Szylkretka nie zmazywała rozpromienienia ze swojej mordki. Pokiwała łbem żwawo, poruszając lekko końcówką ogona.
— Tak, cieszę się, że jest już między nami lepiej, w końcu to mój brat. Pamiętam, jak nie dogadywałam się z nim za bardzo, ale nie możesz mi się dziwić. Masz rację, został ojcem! Tęgosz jest przesłodki. Jest bardzo grzeczny i lubi słuchać wszelkiego rodzaju opowieści. Nawet jeśli nie dopytuje tak żywo o każdą, to i tak widać, że słucha. Jestem pewna, że z Cienistą Zjawą jako ojcem wyrośnie na porządnego kota — zamruczała, przesuwając poduszką łapy po odrobinę nagrzanym kamieniu. Tym razem rzeczywiście miała to na myśli, nie było żadnego powodu, dzięki któremu mogłaby zwątpić we własne słowa czy nadzieje. Przekręciła lekko głowę w stronę Kocimiętkowego Wiru, wbijając w nią uważniejsze spojrzenie. — Teraz, odkąd zostałyśmy mianowane na mistrzynie, będziemy spędzać ze sobą więcej czasu — podsunęła spokojnie. — Zabiorę cię znowu na polowanie na króliki, jak za starych czasów — dodała, układając się wygodnie na kamieniu. W jej piersi pojawiło się ciepłe uczucie. — Dostałaś też własnego ucznia, prawda? Księżycową Łapę… — zagadnęła, zwracając wreszcie uwagę mistrzyni z powrotem, jakby dopiero teraz sobie o tym przypomniała.
— Tak! Uczy się naprawdę pilnie. Pracujemy wspólnie nad jego płaczliwością i niepewnością. Ma dobre serce — wyjaśniła prędko, poruszając nieznacznie kikutem ogona. Jej wzrok w pewnym momencie uciekł gdzieś za szylkretkę, jakby coś tam w oddali było ciekawsze, niż ona. Może zwróciły jej uwagę kłócące się ze sobą wrony, pokrakujące coraz to głośniej i głośniej na grubych gałęziach?
Ognikowa Słota spojrzała na Kocimiętkę, rozproszenie Wilczaczki nie umknęło jej. Miała o Księżycowej Łapie dość neutralną, chylącą się raczej ku negatywnej opinię. Koty płaczliwe nie mogły zagrzewać miejsca długo w Klanie Wilka. Tutaj trzeba było być silnym i walczyć o swoje. A takie koty tego nie potrafiły. Gdyby jeszcze był leniwy, to prawdopodobnie historia Cykoriowego Cykora by się powtórzyła. Albo i gorzej, jego by może faktycznie przepędzili. Chociaż… może potrzeba było kota, który robiłby brudną robotę. Może, jeśli tylko Zalotna Gwiazda nie wyrzuciłaby go, mógłby usługiwać innym i się przydać na coś.
— Pod twoim okiem sobie poradzi. Wystarczy, że ktoś pokaże mu, jak zachowywać się jak przykładny Wilczak — odparła Ognikowa Słota pewnie, mrużąc na chwilę ślepia, jakby słońce zaświeciło jej prosto w pysk. Miała szczerą nadzieję, że jej przyjaciółka go naprostuje i wskaże plastycznemu umysłowi kierunek, w jakim powinien zmierzać.

<Kocimiętko, kiedy zapolujemy ponownie na króliki?>

07 grudnia 2025

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

— Słoto, oddaliłaś się ostatnio od Tygrysiej Nocy? — mruknęła, a w jej głosie słychać było czystą konsternację.
Brązowooka speszyła się odrobinę. Zmarszczyła nos, zawinęła ogon i prychnęła cicho pod nosem.
— On jest mysim móżdżkiem, wiesz? — miauknęła. — To znaczy… lubię go, ale on jest zaślepiony. Jest wiecznie zajęty czym innym — przedstawiła, nie będąc pewna, jak powinna to ująć. Zmrużyła oczy, machnąwszy ogonem nerwowo. — Jakby miał w głowie muchy, a nie mnie — dorzuciła pod nosem, płaszcząc uszy.
Między kotkami na moment zapadła cisza.
— Kocimiętko, a jak mają się twoje relacje? Dogadujesz się z Nadciągającym Pomrokiem? — zagadnęła nagle.
Na jej słowa zielonooka podrapała się za uchem, a następnie niepewnie wlepiła wzrok w szylkretkę. Nie wiedziała, co myśleć o relacji Słoty i Tygryska. Czy towarzyszka oczekiwała, że rudy wojownik będzie na każde jej zawołanie? Przecież nie byli partnerami… no, chyba że o czymś nie wiedziała. Ale gdyby byli, to Słota na pewno by jej o tym powiedziała.
— Ach… bardzo dobrze. Twoja siostra jest bardzo fajna! Przyjemnie nam się spaceruje i rozmawia! Tylko z twoim bratem jeszcze nie rozmawiałam, wiesz? Ale z tego, co wiem, to nie dogadujecie się zbyt dobrze, więc może sobie odpuszczę… — wyznała, przejeżdżając delikatnie pazurami po ziemi.
Słota pokiwała głową.
— Tak! Jemu też pająki musiały zasnuć mózg — splunęła gniewnie, wypinając klatkę piersiową do przodu. — Jeszcze gdy wyszedł ze żłobka, był do zniesienia, ale teraz? Stał się taki leniwy i rozlazły! W ogóle nie trenuje, plami honor naszej rodziny… Zalotka na pewno nie jest z niego dumna, bo psuje jej reputację swoją słabością! — wygarnęła, delikatnie strosząc futro na karku.
Kocimiętka spojrzała gdzieś w bok, delikatnie jej potakując.
Makowa Łapa też jeszcze była uczniem; Dyniowa Skórka mówiła, że trening nie idzie jej najlepiej. W życiu jednak nie pomyślałaby, by wyzywać za to siostrę. Najwyraźniej ona i Słota miały całkiem różne poglądy, ale to przecież nie przeszkadzało im w byciu koleżankami, prawda? Gorzej, gdyby miały stać się kimś bliższym. Rudofutra czuła, że mogłoby dochodzić między nimi do poważnych spięć, których wolałaby unikać…
— No nic… A nie próbowałaś może do niego… zagadać? Może jest jakiś powód, dlaczego tak nie idzie mu nauka? Może coś się stało? — zapytała nagle. — Albo… mogłabyś spróbować go trochę podszkolić! Może po prostu nie lubi swojej mentorki? Z tobą pewnie czułby się swobodniej — ciągnęła dalej, myśląc, że pomaga Słocie.
Szylkretka spojrzała na Kocimiętkę, po chwili przerzucając wzrok na własne łapy.
— Nie wiem, może zapytam Zalotnej Krasopani — mruknęła, chociaż wcale nie brzmiała na przekonaną.
Zielonooka wzruszyła ramionami. Cóż, mimo wszystko nie chciała im robić za mediatora – była w końcu zwykłym kotem. Jeśli rodzeństwo chciałoby załagodzić między sobą spór, to oboje muszą tego chcieć. Słota jednak nie wyglądała na chętną do tego, by pogodzić się z bratem. Czasem tak już jest. Może po prostu czuła potrzebę posiadania kogoś, na kogo mogłaby narzekać…

* * *

Zgromadzenie

Odkąd rozdzieliła się z Ognikową Słotą po wejściu na wyspę, nie zagadała do żadnego kota. Dziś jakoś nie miała na to ochoty, choć zazwyczaj lubiła pogawędki. Tym razem wpatrywała się przed siebie, pochłonięta własnymi myślami.
Ocknęła się, gdy w tłumie mignęło znajome, kremowe futro. Jej serce zabiło szybciej. Czy to... czy to naprawdę mógł być on?
Podekscytowana podniosła się z miejsca i zaczęła wręcz biec wzdłuż brzegu wyspy, starając się jak najszybciej dotrzeć do kota, który wyglądał niemal identycznie jak jej ojciec.
Gdy wysunęła się z tłumu, dostrzegła go – Króliczą Ułudę. Kocur siedział z jakąś inną kotką. Rozmawiali. Wyglądali na... szczęśliwych. I z jakiegoś powodu Kocimiętka poczuła się zdradzona. Nie wiedziała, dlaczego to była jej pierwsza myśl, ale nie miała ani czasu, ani głowy, by się nad tym zastanawiać.
Postąpiła kilka kroków do przodu, marszcząc gniewnie brwi.
— Tato... — miauknęła przez zaciśnięte zęby.
Królik gwałtownie odwrócił głowę, a w jego oczach na chwilę mignęło tyle emocji, ile jeszcze nie widziała u nikogo.
— Nie wierzę, że zdradziłeś mamę! Jak mogłeś! — wyrzuciła, a w jej oczach zakręciły się łzy.
Jej ojciec otworzył pysk, jakby chciał się wytłumaczyć, ale kotka go nie słuchała. Zaczęła lamentować i uciekła w tłum, kryjąc się przed kimś, za kim jeszcze niedawno tak bardzo tęskniła. Miała ochotę zwrócić niedawno zjedzoną kolację.
— Słoto! Słoto! Gdzie jesteś...? — krzyknęła, szukając przyjaciółki wśród obcych kotów.
Ognikowa Słota doskoczyła do niej w paru susach, nie uważając na innych. Parę kotów się odsunęło, potem nadepnęła komuś na ogon podczas niedbałego lądowania, a na koniec kogoś popchnęła barkiem.
— Kocimiętkowy Wirze? Co się dzieje? — zapytała, stanąwszy wreszcie przed przyjaciółką. Otworzyła oczy szerzej, zauważywszy stan wojowniczki. Zielonooka wyglądała na zrozpaczoną. — Kto ci to zrobił? — zapytała w końcu, wymachując nerwowo ogonem, niczym biczem.
Kocimiętka bez wahania wtuliła pysk w długie futro Słoty, wylewając w nie słone łzy. Między szlochami podniosła głowę i żałośnie oznajmiła:
— Mój własny tata! — prychnęła, po czym położyła brodę na barkach kotki. — On… zdradził mamę! — wydukała, zaciskając zęby. Tak bardzo pragnęła, żeby Dyniowa Skórka była teraz tu z nią… Gdy tylko wróci do obozu, opowie jej o wszystkim! Jej i Makowej Łapie! Zasługują na to, by wiedzieć, jakim głupkiem jest kot, który kiedyś był im tak bliski!
Ognikowa Słota przecięła powietrze ogonem, a następnie uderzyła nim o podłoże gniewnie. W międzyczasie po policzkach rudej spłynęło jeszcze kilka łez.
— Jak on wygląda? Chcesz, żebym się z nim rozprawiła? — zapytała Słota, siląc się na spokojny ton, delikatnie biorąc łapy wojowniczki w swoje własne. Ruda spojrzała w brązowe ślepia szylkretki, na której kufie malowało się czyste zmartwienie. Wtem odwróciła wzrok od swojej towarzyszki, wlepiając go tępo w powierzchnię kamienia. Pociągnęła nosem i pokręciła głową.
— Nie… zostaw go — wymamrotała, unikając gniewnego spojrzenia Słoty. — Cieszę się, że jest szczęśliwy z tą nową kotką — westchnęła, choć jej głos drżał. Wcale się jednak nie cieszyła. Jak głupia liczyła na to, że jej tata za nią tęskni, że zrobiłby wszystko, by wrócić do Dyniowej Skórki. Jak widać, bardzo się pomyliła…
Słota wysłuchała słów Kocimiętki do końca, przy okazji pazurami rysując posadzkę pod sobą. Nieprzyjemny dźwięk poniósł się po wyspie, prędko zagłuszony przez rozmowy innych kotów.
— Nadal jest dla ciebie ważny? Po tym, co ci zrobił? — miauknęła, chcąc się upewnić, że zielonooka na pewno tego chce. Ognikowa Słota zastrzygła wąsami. — Nie marnuj na niego czasu, wcale na to nie zasługuje — szepnęła, po czym polizała rudą po policzku, zgarniając szorstkim językiem odrobinę z łez.
Ruda przytaknęła, wydając z siebie ciche “mhm”. Wszystko wydarzyło się tak szybko… jeszcze nie miała czasu tego przetrawić. Nie wiedziała, czy bardziej nienawidziła samego kocura, czy samą siebie za to, że tak długo łudziła się, że wciąż jest dla niego ważna.
— Zazdroszczę ci… — przyznała, płaszcząc po sobie uszy. — Ty masz dobre relacje ze swoim rodzicem. Jesteście sobie bardzo bliskie, a… ja… — urwała, pesząc się. Co sobie właściwie myślała, próbując porównać swoją sytuację do sytuacji Ognikowej Słoty? To nie był żaden konkurs.
Po chwili usiadła na ziemi, czując, jak kręci jej się w głowie. Marzyła tylko o powrocie do obozu, o położeniu się w legowisku i zaśnięciu, mając nadzieję, że wszystko to było tylko złym snem.
Ognikowa Słota zerknęła w kierunku Nikłej Gwiazdy ponaglająco.
— Chcesz już wracać? Pomogę ci dojść do obozu — zaproponowała, skupiając się teraz już tylko na zielonookiej. Domyślała się, jak bardzo męczące musiało to być dla jej przyjaciółki. — Wiesz, mamy siebie. Wiem, że to nie to samo, jednak jesteś dla mnie naprawdę ważna... najważniejsza i nie chcę, byś rozpaczała po kimś takim, bo to ci tylko szkodzi — powiedziała, chociaż nie była pewna, czy Kocimiętka dalej ją słyszy, czy może zmęczenie zawładnęło jej umysłem.
— Dzięki… — mruknęła jednak cicho, czując pulsujący ból głowy. — Naprawdę jestem ci wdzięczna — dodała, zmuszając się do słabego uśmiechu.
Spróbowała wstać, lecz wtedy zawroty głowy zrobiły się jeszcze silniejsze. Mimo to utrzymała równowagę, łapczywie wciągając morskie powietrze do płuc.
— Myślę, że dam radę, ale Nikła Gwiazda mógłby trochę przyspieszyć — zażartowała, poruszając delikatnie wibrysami. Miała nadzieję, że jeśli przestanie myśleć o tamtej sytuacji, poczuje się lepiej.
Słota pokiwała głową, chichocząc.
— Jeśli się gorzej poczujesz, to wrócimy wcześniej, żebyś mogła odpocząć w obozie — powiedziała pewnie.
Kocimiętka nigdy nie słyszała, by ktoś wracał ze zgromadzenia przed jego zakończeniem. Czy to w ogóle było możliwe? Legalne? Jeśli tak, to naprawdę cieszyła się, że szylkretka była skłonna zrobić dla niej coś wbrew woli przywódcy. Rudofutra podeszła bliżej towarzyszki i spojrzała w górę, prosto w jej brązowe ślepia, uśmiechając się, tym razem nieco szerzej.
— Może… przejdziemy się jutro na spacer? — zaproponowała cicho. Pociągnęła nosem; myśl o Króliczej Ułudzie wciąż trochę ją dobijała. — Może zapolujemy razem na jakieś… króliki! — dodała. Miała ochotę wypatroszyć jednego z tych uszaków, jakby liczyła na to, że posłuży jej to jako rytuał oczyszczenia i odłączenia się od ojca.
— Oczywiście! Z tobą zawsze — miauknęła pociesznie, co sprawiło, że na sercu Kocimiętki zrobiło się cieplej.

* * *

Następnego ranka po zgromadzeniu Kocimiętka została zbudzona przez swoją przyjaciółkę, już gotową na spacer. Nie spodziewała się, że będzie chciała wyruszyć tak wcześnie! Zielonookiej nie do końca widziało się wstawać o tak wczesnej porze, ale w obliczu wspólnego spaceru… chyba nie mogła zwlekać.
Podniosła więc głowę i kilka razy zamrugała, próbując odzyskać ostrość widzenia. Była jeszcze trochę niewyspana – nie udało jej się zasnąć na długo, bo niemal całą noc myślała o swoim ojcu i o tym, co powie matce i siostrze, gdy nastanie dzień. Na szczęście to wyjście pozwoli jej jeszcze choć na chwilę odwlec tę konwersację.
— Daj mi… jeszcze kilka uderzeń serca, dobrze? — zapytała pręgowana, subtelnie się uśmiechając.

<Ognikowa Słoto?>

27 listopada 2025

Od Ognikowej Słoty do Kocimiętkowego Wiru

Ognikowa Słota rozciągnęła się, czując lekkie, chłodne podmuchy omiatające jej pysk. Otrzepała sierść z wszelkiego rodzaju drobinek, jakie mogły się jej uczepić po całej nocy odsypiania. Wyszła z legowiska, widząc, że spora część wojowników już wybyła ze swoich łóż. Pobiegła truchtem do sterty zwierzyny, chcąc coś przekąsić. Burczało jej w brzuchu, za niedługo pewnie znajdą dla niej jakieś zajęcie. 
Wybrała z górki zdobyczy pulchnego gołębia. Zaczęła rozglądać się po pobratymcach – w obozie panował lekki chłód, zwłaszcza w miejscach, do których jeszcze nie dotarło słońce. Zauważywszy rudą kotkę, spojrzała na nią ciepło, po czym zaczęła kroczyć w jej stronę.
— Hej, Kocimiętkowy Wirze! — krzyknęła do towarzyszki, posyłając jej uśmiech. Ostatnio została mianowana, pokonała Kamienną Łapę. Ognikowa Słota nadal nie była pewna, co myśleć o kocurze. Z jednej strony swego czasu bardzo chciała się z nim zakolegować, w końcu był bratem Dębowej Łapy, teraz znanego jako Porywisty Dąb. Jednak z drugiej wcale nie mogła – uczył go Wilczy Skowyt, więc to nie stawiało go w najlepszym świetle. Sama Zalotna Krasopani nie przepadała za ich rodem, jeśli jej pamięć nie myliła. Lepiej było nie denerwować matki. W końcu co by Słota zrobiła, gdyby Zalotka się na niej zawiodła? Nie mogła do tego dopuścić! Co do Kocimiętki… ostatnio spędzała z nią dużo więcej czasu, od rozmowy z Tygrysią Łapą, a teraz już Tygrysią Nocą. Odnalazła w ich konwersacjach komfort, jakiego było jej potrzeba.
Zielonooka podniosła wzrok, spozierając na wojowniczkę. Posłała jej uśmiech na przywitanie.
— Ognikowa Słoto, co tam? — zapytała, gdy znalazła się już wystarczająco blisko.
— Zjemy razem? — zapytała brązowooka, kładąc przed kotką zdobycz, jaką sobie wybrała.
Kocimiętka kiwnęła entuzjastycznie głową.
— Pewnie! — odparła szybciutko, po czym zabrała się za rozdzielenie ptaka na dwie części. Zwinnym ruchem pazura przecięła cienką różową skórę, wyrywając przy tym kilkanaście piór, przysuwając drugą część Słocie. Zabrała się za jedzenie, chyba sama musiała zgłodnieć.
— Co dzisiaj robisz? — dopytała Słota między gryzami.
— Dzisiaj? Dzisiaj… nie mam nic takiego tak naprawdę, chyba że mi coś przydzieli Makowy Nów — odpowiedziała, nie zastanawiając się długo.
W oczach Słoty błysnęła iskra zadowolenia. Świetnie! Więc mogła jej za moment znaleźć zajęcie. Pokiwała głową, dając w ten sposób znać, że przyjęła.
— Zatem chodźmy na wspólne polowanie — miauknęła, pusząc sierść na piersi. — Dokończ jeść i się zbieramy — dorzuciła, sama kończąc już powolutku swoją zdobycz.
Kocimiętkowy Wir zaczęła szybciej przeżuwać zdobycz, wyglądała momentami tak, jakby odpływała myślami gdzieś daleko, tylko po to, żeby za moment wziąć kolejny gryz gołębia.
Wreszcie kiwnęła głową, oblizując policzki. Na sam koniec wystawiła język, jednak nie złośliwie, po prostu to była taka jej rzecz.
— To prowadź, gdzie idziemy? — zapytała, nie rezygnując z uśmiechu na pyszczku.
— Pokażę ci — odparła Słota, idąc już w stronę wyjścia z obozu. Zanurkowały w tunelu, ocierając się o siebie futrami w przyjacielskim geście.

***

Szły obok siebie w ciszy, Ognikowa Słota rozglądała się za wszelkiego rodzaju intruzami, a także nasłuchiwała czy nic przypadkiem nie piszczy w trawie. Słabe słońce grzało im grzbiety, za niedługo powinno się ocieplić. Dojdą na miejsce przed wysokim słońcem, tak myślała Słota.
Przed ich pyskami zaczęło rysować się już wielkie białe skrzydło należące do Dwunożnych. Potworna Przełęcz – szylkretka zastanawiała się, jakie miejsce byłoby najlepsze. Tutaj może będzie najspokojniej, w dodatku zdarzały się w tych terenach króliki, więc może Kocimiętce by się to spodobało. Wilgotna ziemia chlupotała kotkom pod łapami, las miękł pod napływem ciepła Pory Nowych Liści. Zielone pąki dumnie prezentowały się na drzewach, a rozciągające się niebo nad ich głowami było błękitne, nieprzecięte ani jedną mleczną chmurką.
Ognikowa Słota zatrzymała się u boku Kocimiętki, czując, jak stykają się znowu futrami. Brązowookiej serce zabiło mocniej. Zmarszczyła nos, nie będąc pewna, dlaczego tak zareagowała. Nie myśląc nad tym długo, wskazała głową poruszającą się kępkę trawy. Coś nieopodal nich skubało sobie w najlepsze jakieś ziarenko, nieświadome zagrożenia. Nie był to królik ani zając – raczej nornica lub mysz.
Kocimiętka, zauważywszy ruch towarzyszki, kiwnęła głową i przybrała pozycję myśliwską. Zaczęła skradać się do celu, nie spuszczając go z oczu. Przed jej łapami nie było ani jednej gałązki, chociaż podłoże mogło być śliskie przez odpuszczającą już Porę Nagich Drzew. Śniegu ubywało i ubywało, niedługo nie zostanie z niego nic.
Nagle ruda pobiegła przed siebie, posyłając kawałki ziemi wraz z trawą w powietrze. Pędziła niczym królik uciekający przed kotem.

***

Ognikowa Słota przysiadła obok Kocimiętkowego Wiru. Zdobycze leżały przed ich łapami, dzisiejszy dzień był udany. Może nie wykarmią tym całego klanu, ale na pewno ktoś się dzięki temu naje. Słońce powoli zachodziło, malowniczy krajobraz widniał przed ich oczami. Horyzont wymieszał się z ostrymi pomarańczowymi, różowymi, a nawet i żółtymi chmurkami, które przecinały mocno nasycone niebo. Słońce raziło kotki po oczach, puszczając na nie ostatnie ciepłe promyki. Szylkretka zerknęła na rudą, która wpatrywała się teraz w niebo. Wyglądała, jakby myślami była gdzieś daleko.
Po paru uderzeniach serca zielonooka zagadnęła.
— Słoto, oddaliłaś się ostatnio od Tygrysiej Nocy? — mruknęła, a w jej głosie słychać było czystą konsternacje.
Brązowooka speszyła się odrobinę. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w piersi, zmarszczyła nos, a ogon zawinęła delikatnie. Nie rozmawiało jej się o nim przyjemnie. Takie pytanie ze strony pręguski było do przewidzenia, w końcu wojowniczka bardzo często jej o nim opowiadała w przeszłości, zresztą wcale nie tak dawno temu. Prychnęła cicho pod nosem.
— On jest mysim móżdżkiem, wiesz? — miauknęła kocica, starając się, jak mogła, żeby tylko nie wybuchnąć przed przyjaciółką. — To znaczy… lubię go, ale on jest zaślepiony. Jest wiecznie zajęty czym innym — przedstawiła, nie będąc pewna, jak powinna to ująć. Zmrużyła oczy, machnąwszy ogonem nerwowo. — Jakby miał w głowie muchy, a nie mnie — dorzuciła pod nosem, płaszcząc uszy. — Kocimiętko, a jak mają się twoje relacje? Dogadujesz się z Nadciągającym Pomrokiem? — zagadnęła, chcąc jakoś uniknąć tematu Tygryska. Nie wiedziała, jak do niego podchodzić odkąd ją odrzucił.

<Kocimiętkowy Wirze?>