BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirtowe Lśnienie x Źródlana Łuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirtowe Lśnienie x Źródlana Łuna. Pokaż wszystkie posty

03 sierpnia 2026

Od Mirtowego Lśnienia (Lśniącej Gwiazdy) CD. Źródlanej Łuny

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, a w jego żółtych oczach pojawiło się coś, co można było wziąć za krótkie zawahanie. Trwało ono jednak zaledwie kilka uderzeń serca, po których odwrócił głowę i skierował wzrok ku niebu. Jasne obłoki leniwie sunęły po błękicie, a chłodna bryza wpadająca do obozowiska poruszała jego wąsami i rozwiewała sierść na karku. Na jego pysku powoli zagościł delikatny uśmiech, spokojny i ciepły, jak gdyby sama obecność siostry skłaniała go do podobnych rozmyślań.
W rzeczywistości nie potrzebował nawet chwili, by zastanowić się nad odpowiedzią.
Źródlana Łuna była jego siostrą, lecz na tym kończyło się wszystko, co uważał za naprawdę istotne. Łączyła ich ta sama krew, wspólne dzieciństwo i wspomnienia, jednak nigdy nie postrzegał jej jako powierniczki swoich planów. Każda myśl, którą zachowywał wyłącznie dla siebie, była bezpieczniejsza od tej wypowiedzianej na głos, dlatego od dawna nauczył się mówić dokładnie tyle, ile było konieczne. Nie zamierzał zdradzać jej niczego, co mogłoby zakłócić drogę, którą obrał przed wieloma księżycami.
— Wiesz... — odezwał się w końcu cicho, nie odrywając spojrzenia od nieba. — Księżyce mijają i chyba zaczynam rozumieć, że nie każda ścieżka jest nam przeznaczona. Im dłużej o tym myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że czasami należy po prostu odpuścić i zaufać temu, dokąd prowadzą nas przodkowie.
Westchnienie opuściło jego pierś niemal niezauważalnie, a uśmiech ani na moment nie zniknął z jego pyska.
— Być może właśnie tego Judaszowcowa Gwiazda próbował mnie nauczyć. Przez długi czas sądziłem, że wiem lepiej, czego potrzebuje Klan Klifu, lecz dziś nie jestem już tego taki pewien. Być może nie wszystko musi wydarzyć się wtedy, kiedy sami tego chcemy.
Uszy Źródlanej Łuny drgnęły lekko. Kotka przez kilka chwil siedziała w ciszy, uważnie przyglądając się bratu, jak gdyby próbowała odnaleźć w jego spojrzeniu ślad dawnego uporu. Nie znalazła go. Widziała jedynie spokojnego wojownika, który zdawał się pogodzony z losem.
— Naprawdę? — zapytała w końcu, nie kryjąc zaskoczenia. — Przecież od zawsze marzyłeś o tym, żeby zostać zastępcą. Co teraz?
Mirtowe Lśnienie przeniósł spojrzenie przed siebie, aż zatrzymało się ono na Pikującej Jaskółce. Przez moment obserwował ją w milczeniu, po czym ponownie się uśmiechnął.
— Jeśli Klan Gwiazdy uznał, że właśnie ona najlepiej poprowadzi klan u boku przywódcy, to nie mnie podważać ich wolę. Każdy z nas ma własne miejsce i własne zadanie, nawet jeśli nie zawsze pokrywa się ono z tym, czego sami pragnęliśmy.
Odwrócił głowę z powrotem ku siostrze, a jego głos pozostał równie spokojny jak wcześniej.
— Zrozumiałem, że służba klanowi nie zaczyna się ani nie kończy na wysokiej pozycji. Jeżeli mogę być użyteczny jako zwykły wojownik, to właśnie tym powinienem się zadowolić. A kto wie… Może któregoś dnia właśnie takie podejście zaprowadzi mnie w lepsze miejsce.

***

Pora była w końcu zająć się sprawą Ogryzka.
Myśl ta nie wtargnęła do jego umysłu gwałtownie. Przeciwnie — od wielu dni krążyła po nim niczym kropla wody nieustannie spływająca po tej samej skale, cierpliwie żłobiąc w niej coraz głębszą szczelinę. Lśniąca Gwiazda pozwalał jej dojrzewać, obracając ją w myślach z właściwą sobie rozwagą, aż wreszcie osiągnęła moment, w którym dalsze zwlekanie nie było już oznaką rozsądku, lecz niepotrzebnym ryzykiem.
Ogryzek pozostawał zbyt blisko.
Zbyt blisko wojowników.
Zbyt blisko uszu, które mogły usłyszeć coś, czego nigdy usłyszeć nie powinny.
Przywódca siedział nieruchomo na chłodnej skalnej półce, z której zwykle oddawał przemówienia. Nieustanny huk wodospadu rozbijał się o kamienne ściany, odbijając echem od sklepienia i splatając w jednostajny, głęboki pomruk. Powietrze przesycała wilgoć; osiadała na futrze, wnikała pomiędzy włosy, chłodziła opuszki łap i niosła ze sobą zapach mokrego kamienia, mchu oraz zimnej wody.
Dopiero gdy pozwolił spojrzeniu powoli przesunąć się po wnętrzu jaskini, dostrzegł znajomą sylwetkę Źródlanej Łuny, która spokojnym krokiem przemierzała obóz. Poruszała się z charakterystyczną dla siebie lekkością, pewnie omijając mijających ją wojowników i uczniów, od czasu do czasu zatrzymując się na krótkie słowo z którymś z nich.
Lśniąca Gwiazda nie odezwał się.
Wystarczyło, że uniósł głowę i zatrzymał na niej spojrzenie.
Źródlana Łuna niemal natychmiast wyczuła jego wzrok. Odwróciła łeb w jego stronę, a kiedy ich oczy się spotkały, na jej pysku zakwitł przyjazny uśmiech. Bez chwili zawahania zmieniła kierunek i ruszyła ku niemu.
Zatrzymała się przy wejściu do legowiska starszyzny, gdzie usiadła, teraz mierząc brata ciekawskim wzrokiem.
— Co tam? — miauknęła pogodnie, muskając końcówką ogona kamienną posadzkę. — Czyżbyś potrzebował raportów z patroli?
Lśniąca Gwiazda odpowiedział tym samym spokojnym uśmiechem, który przez ostatnie księżyce stał się niemal jego znakiem rozpoznawczym.
Tak łatwo przychodziło mu go nosić.
Tak łatwo inni dawali się przekonać, że za tym łagodnym wyrazem pyska kryje się wyłącznie życzliwość.
Powoli pokręcił głową.
— Nie tym razem — odparł. — Raporty mogą jeszcze chwilę poczekać. Chciałbym, żebyś przyprowadziła do mojego legowiska Wzorzystą Dal... Różeńcowe Serce... oraz Skrzydlatą Pogoń.
Wypowiedział każde z imion z jednakową łagodnością, jak gdyby prosił jedynie o krótką naradę dotyczącą codziennych obowiązków klanu. Nie było w jego tonie pośpiechu, napięcia ani cienia rozkazu. Brzmiał niemal przepraszająco.
Źródlana Łuna uniosła lekko uszy.
— Jasne. Zaraz ich znajdę.
Dymna pożegnała się skinięciem głowy, po czym odwróciła się i lekkim, sprężystym krokiem ruszyła ku głównej części obozu. Jej spojrzenie przesuwało się po zgromadzonych kotach, wypatrując znajomych sylwetek. Lśniąca Gwiazda odprowadzał ją wzrokiem jeszcze przez dłuższą chwilę.
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam łagodny wyraz.
Dopiero kiedy zastępczyni zniknęła za zakrętem prowadzącym ku środkowi obozu, uśmiech zaczął powoli gasnąć, jak płomień pozostawiony bez tlącego się drewna.
W jego złocistych oczach pozostało już tylko chłodne skupienie.
Bez słowa podniósł się z miejsca.
Z każdym uderzeniem serca huk wodospadu stawał się coraz bardziej przytłumiony, a cienie gęstniały wokół wejścia niczym milczący strażnicy.
Lśniąca Gwiazda wszedł do swojego legowiska spokojnym, miarowym krokiem.
Przez dłuższą chwilę nie wykonywał żadnego ruchu.
Jedynie wodził spojrzeniem po kamiennych ścianach, jakby szukał w nich odpowiednich słów lub próbował uporządkować myśli, które od wielu dni nie dawały mu spokoju. W końcu usiadł z właściwą sobie elegancją, starannie owijając ogon wokół łap i prostując grzbiet. Na jego pysku spoczywał ten sam łagodny wyraz, który od dawna wzbudzał wśród klanowiczów poczucie bezpieczeństwa.
Niewielu zdawało sobie sprawę, jak niewiele jego spokojne spojrzenie miało wspólnego z tym, co naprawdę kryło się za jego myślami.
Nie zamierzał nikogo zastraszać.
Nie zamierzał podnosić głosu.
Nigdy nie musiał.
Od dawna wiedział, że najłatwiej wpływa się na cudze decyzje wtedy, gdy rozmówca jest przekonany, że sam do nich doszedł.
Uszy Lśniącej Gwiazdy poruszyły się nieznacznie.
Z zewnątrz dobiegły zbliżające się w jego stronę kroki.
Po chwili przy wejściu pojawiła się Źródlana Łuna, a za nią trzy sylwetki wojowników.
— Przyprowadziłam ich — oznajmiła z delikatnym uśmiechem.
— Dziękuję, Łuno.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na przywódcy, jakby chciała zapytać, czy będzie potrzebował jej obecności. Nie dostrzegła jednak niczego, co mogłoby wzbudzić niepokój. Lśniąca Gwiazda wyglądał dokładnie tak jak zawsze — spokojny, opanowany i życzliwy.
Skinął jej lekko głową.
— To wystarczy.
Zastępczyni odwzajemniła gest i wycofała się z legowiska, pozostawiając ich samych.
Przez krótką chwilę panowała cisza.
Wzorzysta Dal zajęła miejsce najbliżej wejścia do legowiska, ostrożnie siadając na chłodnym kamieniu. Choć starała się sprawiać wrażenie spokojnej, jej spojrzenie raz po raz opadało ku własnym łapom, a końcówka ogona poruszała się niemal niezauważalnie, zdradzając napięcie, którego nie potrafiła całkowicie ukryć. Różeńcowe Serce oraz Skrzydlata Pogoń usiedli bliżej przywódcy, zachowując wyprostowaną, godną wojowników postawę. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Wszyscy wiedzieli, dlaczego zostali tutaj wezwani.
Lśniąca Gwiazda pozwolił, by cisza trwała.
Jego oczy spokojnie przesuwały się od jednego wojownika do drugiego, zatrzymując się na każdym zaledwie na krótką chwilę. Nie wyglądał na kota zmartwionego ani rozgniewanego. Wręcz przeciwnie — na jego pysku gościł łagodny uśmiech, a spojrzenie pozostawało ciepłe i uważne, jak gdyby pragnął upewnić się, że wszyscy czują się swobodnie, zanim rozpocznie rozmowę.
— Jak zapewne się domyślacie — odezwał się w końcu miękkim, wyważonym głosem — chciałbym omówić z wami sprawę patrolu, który odprowadzi Gąsienicowego Ogryzka poza granice naszego terytorium.
— Nie będę ukrywał, że jest to dla mnie wyjątkowo przykra decyzja — podjął po chwili, ponownie kierując spojrzenie ku zgromadzonym. — Gdy jednak ktoś świadomie odwraca się od zasad i naraża własnych współklanowiczów, nie pozostawia mi wielkiego wyboru.
W jego głosie zabrzmiało rozczarowanie.
— Wybrałem właśnie was, ponieważ należycie do Jaśniejących Skrzydeł. Wiele razy udowadnialiście, że potraficie zachować rozsądek tam, gdzie inni pozwalają przemawiać emocjom. Nigdy nie kierowaliście się ślepą złością, lecz zawsze dobrem klanu, i właśnie dlatego wiem, że powierzone wam zadanie wykonacie z należytą odpowiedzialnością.
Na jego pysku ponownie pojawił się łagodny uśmiech.
Nieco cieplejszy niż wcześniej.
Niemal ojcowski.
— Wyruszycie za kilka dni — odezwał się Lśniąca Gwiazda, a jego głos pozostał równie spokojny jak wcześniej, jak gdyby mówił o rutynowym patrolu, a nie o zadaniu, którego ciężar miał na długo pozostać w pamięci obecnych. — Poprowadzicie go wzdłuż Drogi Grzmotu, następnie przejdziecie przez most i skierujecie się do Siedliska Dwunożnych. Dopiero tam upewnicie się, że już nigdy nie odnajdzie drogi prowadzącej z powrotem na nasze terytorium.
Na krótką chwilę zawiesił głos.
— Odbierzecie mu wzrok.
Chrząknął cicho, po czym mówił dalej, nie pozwalając, by cisza przerodziła się w pytania.
— Kiedy Ogryzek opuści obóz, z pewnością będzie próbował przekonać was, że zasługuje na jeszcze jedną szansę. Być może będzie szukał współczucia. Być może spróbuje podważyć słuszność mojej decyzji, przedstawiając siebie jako ofiarę, a nie kota, który świadomie odwrócił się od własnego klanu.
Mówiąc to, nie zdradzał najmniejszych oznak gniewu.
Brzmiał raczej jak mentor ostrzegający uczniów przed niebezpieczeństwem, którego sam doświadczył wiele księżyców wcześniej.
— Chciałbym jedynie, abyście pamiętali, że kot, który raz zdradził swoich współklanowiczów, potrafi niezwykle przekonująco mówić o skrusze, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma już nic do stracenia. Rozpacz często ubiera się w piękne słowa, a strach potrafi nadać szczerości nawet największemu kłamstwu.
Po raz kolejny umilkł.
W jego oczach błysnęła pewność kota przekonanego, że wydawany przez niego rozkaz jest jedynym słusznym rozwiązaniem.
— Dlatego nie możecie mu ufać — powiedział ciszej. — Ani przez jedno uderzenie serca.
Przeniósł wzrok z Różeńcowego Serca na Skrzydlatą Pogoń, a następnie na Wzorzystą Dal.
— A jeśli uznacie, że zamierza uciec... jeśli spróbuje zwrócić się przeciwko wam lub narazi któregokolwiek z was na niebezpieczeństwo...
Urwał na krótką chwilę.
Dopiero wtedy dokończył.
— Natychmiast pozbawcie go życia. 

Dzień później…

Lśniąca Gwiazda siedział w milczeniu na chłodnej, skalnej podłodze obozu, pozwalając, by jego uwaga nie skupiała się na całym obozie, lecz na jednej sylwetce znajdującej się nieopodal.
Jego siostra stała pośród wojowników, spokojnie przydzielając kolejne patrole. Mówiła rzeczowo, lecz z charakterystycznym dla siebie ciepłem, dzięki któremu nawet zwykłe polecenia nie brzmiały jak rozkazy, lecz jak naturalna część wspólnej troski o klan. Każdego kota kierowała tam, gdzie najbardziej pasowały jego umiejętności, pamiętając zarówno o doświadczeniu starszych wojowników, jak i o potrzebie zdobywania wiedzy przez młodszych.
Powinien był porozmawiać z nią jeszcze przed powierzeniem jej tego stanowiska. Powinien był sprawdzić, co naprawdę kryje się za jej spokojem, jak daleko sięga jej oddanie i czy w chwili próby wybierze jego stronę, czy też pozwoli, aby własne przekonania stanęły ponad jego decyzjami.
Nie zrobił tego.
Po odejściu Truskawkowego Pola działał zbyt szybko, zbyt pochopnie, pozwalając, aby konieczność natychmiastowego uzupełnienia pustki przesłoniła mu ostrożność, którą tak często wymagał od innych. Teraz musiał ponosić konsekwencje tamtego wyboru — nie w postaci otwartego sprzeciwu, lecz cichej niepewności, która nie pozwalała mu całkowicie odłożyć tej sprawy na bok.
Nie ufał jej w pełni.
Źródlana Łuna nie była taka jak Truskawkowe Pole.
Tamta nigdy nie pytała, czy jego decyzje są słuszne. Nigdy nie szukała drugiego dna w jego słowach i nie zastanawiała się, czy może istnieć inna droga. Jej lojalność była prosta, niemal wygodna — dawała mu pewność, że niezależnie od okoliczności pozostanie po jego stronie.
Źródlana Łuna była inna.
Była bardziej rozsądna. Bardziej samodzielna. Być może nawet lepsza w wykonywaniu obowiązków zastępczyni, lecz właśnie ta cecha sprawiała, że mogła stać się trudniejsza do przewidzenia.
A kotów, których nie potrafił przewidzieć, nigdy nie uważał za całkowicie bezpieczne.
Kiedy ostatni wojownicy otrzymali swoje zadania i zaczęli rozchodzić się po obozie, zastępczyni pozwoliła sobie na krótkie westchnienie, po czym rozejrzała się wokół, jakby dopiero teraz zauważyła, że przez ostatnie kilka chwil cała jej uwaga skupiona była wyłącznie na obowiązkach.
Wtedy ich spojrzenia się spotkały.
Lśniąca Gwiazda nie musiał nic mówić.
Wystarczyło, że uniósł lekko głowę, a na jego pysku pojawił się spokojny uśmiech.
Jego siostra niemal natychmiast odpowiedziała tym samym i ruszyła w jego stronę, omijając mijających ją wojowników oraz uczniów, którzy spieszyli się do swoich własnych zajęć.
— Całkiem dobrze radzisz sobie z obowiązkami zastępczyni.
Kotka parsknęła cichym śmiechem, a jej uszy lekko drgnęły.
— Och, zauważyłeś? — parsknęła.
Jego spojrzenie na moment powędrowało ku pozostałym kotom znajdującym się w obozie, które zajmowały się własnymi obowiązkami, nie okazując najmniejszego niepokoju ani dezorientacji.
Parsknął cicho, pozwalając, aby jego śmiech zabrzmiał odrobinę wymuszenie — nie na tyle, by wyglądał nienaturalnie, lecz wystarczająco, aby zdradzić, że za tym gestem kryło się coś więcej niż zwykłe rozbawienie. Przez moment jeszcze obserwował klan, sprawiając wrażenie, jakby myślami znajdował się gdzieś dalej, jakby wśród znajomych sylwetek próbował odnaleźć odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie wypowiedział.
Potem opuścił wzrok.
Skierował spojrzenie na własne łapy, pozwalając, aby jego postawa stała się odrobinę cięższa, spokojniejsza, bardziej zamyślona.
Nie musiał przesadzać.
Czasami wystarczył drobny gest — krótkie zawahanie, cichszy ton, spojrzenie uciekające gdzieś poza rozmówcę — aby druga osoba sama zaczęła szukać powodów.
— A sądzisz, że… ja również daję sobie radę? — uśmiechnął się słabo, po czym ponownie podjął głos: — Że naprawdę udaje mi się zastępować Jaskółkę? Nawet, jeśli nigdy tego nie planowałem.
Jego głos zabrzmiał ciszej niż wcześniej, z ledwo zauważalnym wahaniem, jakby samo przyznanie się do podobnej myśli wymagało od niego odrobiny odwagi. Nie pozwolił jednak, aby zabrzmiało to jak zwykłe szukanie pocieszenia — nadał swoim słowom odpowiednią powagę, pozostawiając w nich wystarczająco dużo szczerości, aby trudno było odpowiedzieć żartem lub zbyć jego pytanie lekką uwagą.
Nie chodziło o to, aby wzbudzić litość.
Litość szybko przemijała.
Zaufanie natomiast wymagało czegoś więcej.
Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, jak niewiele potrzeba, aby ktoś otworzył się przed drugim kotem. Czasami wystarczyło pokazać odrobinę własnej niepewności, pozwolić rozmówcy uwierzyć, że został dopuszczony bliżej niż inni.
Nie potrzebował jej zapewnienia dlatego, że rzeczywiście nie wiedział, czy sprawdza się jako przywódca. Doskonale znał własne decyzje, własne zasługi i sposób, w jaki klan reagował na jego obecność. Przecież tyle czasu spędzał po prostu siedząc i ich obserwując. 
Nie szukał odpowiedzi.
Szukał potwierdzenia.
Nie tego, że jest dobrym przywódcą — to już dawno postanowił sam.
Chciał wiedzieć, czy ona w to wierzy.
Czy w jej spojrzeniu znajdzie zaufanie.
Czy odpowie bez zawahania, czy też pomiędzy słowami pojawi się cień ostrożności, którego nie będzie można już zignorować.
Bo to właśnie takie drobne chwile mówiły najwięcej.
Nie wielkie deklaracje składane przy wszystkich.
Nie słowa wypowiadane podczas ceremonii.
Lecz ciche odpowiedzi udzielane wtedy, gdy nikt poza nim nie słyszał.

<Łuno?>

14 marca 2026

Od Źródlanej Łuny CD. Mirtowego Lśnienia

Dawno temu…

Od momentu, w którym Blask postawił łapę w żłobku, obserwowała go uważnie. W jej głowie nadal wybrzmiewały słowa, którymi uraczył ją podczas swojej ostatniej wizyty… Chociaż wiedziała, że tak naprawdę, to źle dla niej nie chce. Chyba.
— Jak myślisz… Czy Pikująca Jaskółka to dobre następstwo?
Uniosła brwi. No, tego się nie spodziewała. Zerknęła kątem oka na śpiącą w kącie Jastrzębi Zew.
— Jest zbyt pewna siebie — miauknęła po paru uderzeniach serca. — A gdy coś nie pójdzie po jej myśli, to zachowuje się, jakby miała gałąź tam, gdzie promienie słońca nie sięgają.
Blask spojrzał na nią beznamiętnie.
— Czyli?
— Myślę, że moje słowa mówią same za siebie.
Brak reakcji. Z westchnieniem położyła pysk na łapy.
— Czyli, nie przepadam za nią — kontynuowała. — Nie widzę jej w roli dobrej przywódczyni. Jak dojdzie do władzy… To ten klan jeszcze bardziej zejdzie na psy. Nie popieram wyboru ojca, ale kim ja w tym momencie jestem, żeby mówić mu, co zrobił źle — uśmiechnęła się sztucznie.

Parę dni przed mianowaniem Strzępka i Szronki na wojowników…

Wpatrywała się w oddalające się wzdłuż ścieżki sylwetki jej dzieci wraz z ich mentorami. Promienie słońca przedzierały się przez nurt wodospadu i malowały jasne wzory na skalnej podłodze.
W kąciku oka błysnął jej skrawek rudego futra. Jej uwaga padła na Mirtowe Lśnienie, który ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się rozdzielającej patrole Pikującej Jaskółce. Bez słowa podeszła do brata od boku, również spoglądając na zastępczynią w ciszy.
Po paru chwilach milczenia doszła do wniosku, że albo czekał, aż sama się odezwie, albo wprost nie chciał z nią rozmawiać.
— Rozumiem, że ty też nie darzysz jej żadnym pozytywnym uczuciem— mruknęła. Zwrócona do niego stroną z pustym oczodołem nie zdołała dojrzeć, czy słowa wywołały na jego pysku jakąkolwiek reakcję. — Masz zamiar jedynie ględzić nad tym, że jest prawą łapą ojca… Czy wziąć sprawę we własne łapy?
Nie była nawet pewna tego, co miała przez to na myśli. Ale Blask nie wydawał się typem kota, który stał by bezradnie i ględził nad własnym losem.


<Blasku?>

30 stycznia 2026

Od Mirtowego Lśnienia CD. Źródlanej Łuny

— Przyszedłeś się patrzeć, czy porozmawiać? — zapytała, a w jej głosie pobrzmiewała ostrość, podszyta jednak ledwie uchwytną nutą żartu, jakby chciała rozładować napięcie, zanim to zdążyłoby sięgnąć jej własnego serca. Po chwili jednak jej spojrzenie stwardniało, a w bursztynowych oczach przemknął cień czujności. — Jesteś bardziej marudny niż zwykle. Coś cię trapi?
Mirtowe Lśnienie zastrzygł uszami, reagując nie tyle na słowa siostry, co na wir myśli, które kłębiły się w jego głowie niczym burzowe chmury nad obozem. Przejechał powoli parą swych żółtych, niemal złocistych oczu po wnętrzu żłobka — po gniazdach uplecionych z mchu i piór, po cienistych zakamarkach, w których unosił się zapach mleka, ciepła i świeżego życia. Było tu ciszej niż w reszcie obozu, lecz ta cisza nie przynosiła ukojenia; przeciwnie, zdawała się ciążyć mu na barkach…
Nigdy nie spodziewał się, że to właśnie jego siostra zostanie matką. Ironicznie, był przekonany, że to on ułoży sobie życie osobiste, a jej wszyscy będą współczuć czy coś w tym rodzaju. Tymczasem los zakpił sobie z jego wyobrażeń, splatając przyszłość Łuny z kociętami, a jego samego pozostawiając z uczuciem dziwnej pustki i niepokoju, którego nie potrafił nazwać.
Westchnął cicho, niemal bezgłośnie, jakby bał się zakłócić kruchą równowagę panującą w żłobku. Przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w Strzępka, obserwując delikatny ruch jego boków unoszących się w rytmie spokojnego snu. Potem jego wzrok powędrował ku Szronce, ziewającej cichutko, wtulonej głęboko w mszyste posłanko.
Parsknął cicho, a jego wąsy zadrżały lekko, gdy z niedowierzaniem przyglądał się kociętom — małym, bezbronnym istotom, które jeszcze nie znały zapachu lasu ani chłodu porannej rosy. Ich obecność była niemal namacalna, wypełniała przestrzeń żłobka ciepłem i czymś jeszcze… czymś, co niepokoiło go bardziej niż otwarty konflikt.
Nie wiedział, co powinien powiedzieć siostrze. Czy miał na nią nakrzyczeć, wyrzucić z siebie gniew i lęk, które dusiły go od środka? A może spiąć się, przywdziać maskę obojętności, udając, że to wszystko go nie dotyczy? Myśl o milczeniu wydawała się najłatwiejsza, lecz jednocześnie najbardziej tchórzliwa. Łuna, choć nie wyglądała na szczególnie wzruszoną, tkwiła przecież w sytuacji, którą nawet najłagodniej można było określić jako trudną.
Przez dłuższą chwilę krążył po żłobku, stawiając kroki ostrożnie, jakby każdy szelest mchu mógł obudzić kocięta lub zdradzić jego wewnętrzne rozdarcie. W końcu zatrzymał się przed Łuną, czując, jak ciężar niewypowiedzianych myśli osiada mu w gardle.
— Łuno… — zaczął w końcu. Jego głos był przytłumiony, jakby grzązł w gęstym powietrzu żłobka, ale pobrzmiewała w nim szczerość i niepewność, których nie potrafił już ukryć. Uszy miał lekko położone po sobie, a spojrzenie błądziło między drobnymi ciałkami kociąt skulonych w gnieździe z mchu.
Westchnął cicho.
— Nie chcę być nieuprzejmy — mruknął — ale… nie wiem, co mam myśleć, kiedy na nie patrzę. — Jego wzrok na moment zatrzymał się na jednym z malców, po czym odwrócił się gwałtownie, jakby widok ten parzył go w oczy. — Nie wiem, jak mogłaś zrobić to sobie. A tym bardziej im.
Jego ogon drgnął nerwowo, zamiatając ściółkę.
— Nie mam zamiaru brać w tym udziału — ciągnął dalej, a w jego głosie pojawiła się twardsza nuta. — Nie myśl sobie, że to znaczy, że nie czuję gniewu. Czuję. I to jak. Ale… — zawahał się, szukając słów — po prostu nie sądzę, żebym chciał dzielić z tobą ten ciężar.
Zapadła cisza, przerywana jedynie cichim popiskiwaniem kociąt. Kocur poruszył ogonem wolniej, już bez złości — raczej ze zmęczeniem.
— Nie wiem, co jeszcze mógłbym ci powiedzieć — dodał ciszej. — Nie wiem też, co zrobię z tą wiedzą. — Parsknął krótko, bez cienia wesołości. — Zabawne… Ojciec zawsze widział w tobie ideał. Wzorową córkę klanu. — Spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek. — Chyba zawsze mnie to bolało, choć nigdy się do tego nie przyznałem… — uniósł lekko kąciki pyska w gorzkim uśmiechu — Po tym wszystkim stoimy przynajmniej na równym poziomie, co? Hah.
Zamilkł. Siedział tak przez dłuższą chwilę, nieruchomy jak kamień, wpatrując się w ścianę żłobka, jakby odpowiedzi miały zaraz przebić się przez jego kamienne ściany.
— Czasem łudzimy się, że wszystko potoczy się dobrze — odezwał się w końcu, niemal szeptem — nawet jeśli Gwiezdni wysyłają same złe znaki. — Odwrócił głowę w jej stronę. — Wiedziałaś o tym, gdy spotykałaś się z tamtym kocurem.
Nie dał jej szansy odpowiedzieć.
Podniósł się, strząsnął z futra źdźbła mchu i bez oglądania się ruszył ku wyjściu. Jego sylwetka na moment odcięła się na tle jasności obozu, po czym zniknęła za progiem żłobka, pozostawiając po sobie tylko ciszę.


***


Niebo spowijała nieprzyjemna, nienaturalna biel, która zamiast przynosić ukojenie właściwe świeżemu śniegowi, ciążyła nad lasem niczym martwa zasłona, podczas gdy lodowaty wiatr, nieustępliwy i ostry, szarpał futrami wszystkich wojowników, jakby próbował przypomnieć im, jak kruche było ich istnienie w obliczu tej pory roku. Był to jeden z tych męczących okresów, w których śnieg, maskując glebę swoją jasną osłoną, odbierał klanowi nie tylko dostęp do zwierzyny, lecz także złudzenie kontroli, sprawiając, że każdy dzień zdawał się dłużyć w nieskończoność, jakby czas sam w sobie postanowił igrać z losem klanowych kotów, obserwując ich z niewidzialnym, złowieszczym uśmiechem.
Mirtowe Lśnienie westchnął cicho, gdy jego wzrok powędrował ku obozowisku przywódcy, gdzie Judaszowcowa Gwiazda, coraz słabszy i przygarbiony, spędzał długie chwile w bezruchu, co tylko potwierdzało to, o czym od dawna szeptano w obozie, choć rzadko mówiono o tym głośno. Zdawało się, że każdy to wiedział — że czas przywódcy dobiega końca — ponieważ siwe włoski, które pojawiły się na jego futrze niczym szron osiadający na starych konarach, dostrzegał już niemal każdy, nawet najstarsze koty klanu.
Na pysku rudego wojownika pojawił się uśmiech, powolny i rozmarzony, gdy w myślach odtwarzał wizję przyszłości, w której Pikująca Jaskółka zostaje powalona i zapomniana, a jej pozycja zastępczyni, dotąd tak oczywista i niepodważalna, rozpływa się w świadomości klanu, jakby nigdy nie miała znaczenia. Jego ogon drgnął leniwie, gdy na kilka uderzeń serca zapadł w niemal całkowity trans, w którym przestawał widzieć obozowisko, zimno i głód, a skupiał się wyłącznie na obrazie własnej wygranej.
Widział siebie, gdy staje na czele klanu jako Lśniąca Gwiazda, a imię Mirtowe Lśnienie, zwykłe i słabe, znika bezpowrotnie wraz z chwilą śmierci Jaskółki, która w jego myślach była już tylko przeszkodą, a nie żywą kotką. Tak właśnie musiało być, ponieważ sama myśl, że los mógłby potoczyć się inaczej, była dla niego zbyt trudna do przełknięcia, zbyt niewygodna, by pozwolić jej choć na moment zakorzenić się w jego umyśle.
Kilka razy zamrugał gwałtownie, gdy z rozmyślań wyrwały go głosy budzącego się do życia obozowiska, które stopniowo wypełniało się ruchem i cichymi rozmowami wojowników wychodzących ze swych legowisk, otrząsających futra z resztek śniegu. Przełknął ślinę, zanim ruszył w stronę sterty ze zdobyczą, gdzie, zgodnie z jego oczekiwaniami, zastał widok mizerny i rozczarowujący, choć nie na tyle, by odmówić sobie posiłku, nawet jeśli miał on jedynie na krótko stłumić ssący głód.
Zacisnął szczęki na drobnym szczurze, którego chude ciało niemal natychmiast zdradziło, jak niewiele mięsa było w stanie zaoferować. Zamiast ruszyć w stronę legowiska wojowników, zastygł w pół kroku, a jego wzrok, niemal mimowolnie, powędrował ku żłobkowi.
Może powinien zanieść zdobycz tym, którzy zdawali się najbardziej jej potrzebować — tym, którzy nie mieli jeszcze siły, by upominać się o swoje miejsce w klanie, ani głosu, by sprzeciwić się decyzjom starszych. Tak przynajmniej wypadało, nawet jeśli w jego myślach nie było ani krzty altruizmu.
Szarawe, kamienne ściany żłobka, skute mrozem Pory Nagich Drzew, wyglądały surowo i obco, jakby nawet one nie chciały przyjąć na siebie ciężaru nowych istnień.
— Dobrze cię widzieć, Łuno — miauknął w końcu, gdy już upuścił zwierzynę przed siostrą, starając się, by jego głos zabrzmiał neutralnie, niemal uprzejmie, choć w środku coś nieprzyjemnie go uwierało. — Co u ciebie? — dodał po krótkiej pauzie, zerkając na kocięta. — Widzę, że raczej bez zmian…
Przez kilka uderzeń serca jego wzrok powędrował ku górze, jakby szukał odpowiedzi w popękanym suficie jaskini, nim w końcu zmusił się, by spojrzeć siostrze prosto w oczy, w których odbijało się zmęczenie i czujność.
— Już niedługo Judaszowcowa Gwiazda zakończy swoje panowanie, huh? Ależ ten czas leci... — odezwał się cicho, a w jego tonie pobrzmiewała nuta pozornej refleksji. — Jak myślisz… — zawahał się na ułamek chwili — czy Pikująca Jaskółka to dobre następstwo?


<Siostra?>

12 stycznia 2026

Od Źródlanej Łuny CD. Mirtowego Lśnienia

Zaciekawiona zastrzygła uszyma. Początkowo sekret o spotkaniu z Czyśćcową Łapą zamierzała zachować dla siebie, ale… Najwyraźniej nie tylko jej objawiła się w nocy jakaś gwiezdna sylwetka. Przekręciła głowę nieco w bok, spoglądając na brata z błyskiem w oku.
— Tak się składa, że może i tak było — zaczęła powoli, zniżając ton głosu.
Zauważyła, jak wąsy Blasku drgnęły z zaskoczenia. Otworzył lekko pysk, ale długo zastanawiał się nad tym, jakie szczegóły jej zdradzić… Przysiadła na kamiennej posadzce.
— Czyli jednak to nie były zwidy — skwitowała, uśmiechając się niemrawo. — Pamiętasz, jak ojciec opowiadał nam o swojej siostrze? Czyśćcowej Łapie?
Wojownik skinął głową po paru uderzeniach serca.
— To właśnie z nią rozmawiałam. Znaczy- To ja gadałam, a ona… — skrzywiła się nieco — robiła inne rzeczy.
Nie chciała przypominać sobie krwawych malunków, które musiała sobie później zmywać z pyska. Ani brudnego pęczka szałwii, którym zmarła raczyła ją obdarować.
— Mnie odwiedził Przyczajona Kania — miauknął Blask po chwili namysłu.
Mina Łuny nieco spoważniała.
— Zastępca?
— Mhm.
Zmarszczyła brwi. W co jej brat był zamieszany? Czyściec miała do nich jakieś… Powiązania, ale on?
— Trochę dziwne, nie uważasz? Czego on u ciebie szukał?
Ciało Blasku spięło się, a futro na karku nastroszyło nieznacznie.
— To nieistotne — mruknął. Och, czyli zdecydowanie było istotne. — Po prostu… Chciałem wiedzieć, czy coś takiego komuś jeszcze się przytrafiło.

Jakiś czas temu…

Wpatrywała się w zwierzynę u jej łap. Rybitwa, jej ulubiona. Przyniesiona jej specjalnie przez Króliczą Prawdę zaledwie parę chwil temu. Może… Może gdyby znaleźli się w innych okolicznościach, rudy wojownik rzeczywiście mógłby być dobrym partnerem.
Zacisnęła szczęki, ledwie powstrzymując się przed pacnięciem siebie samej łapą w czoło. Co ona bredzi? Gdyby byli w innych okolicznościach, to odsypiałaby właśnie noc zarwaną wraz z Szałwiowym Sercem, a nie brodziła w bagnie, w które wciągnęła siebie i Królika. Z westchnieniem odsunęła piszczkę na długość łapy, bliżej posłania śpiącego Postrzępionego Mrozu, nie chcąc patrzeć na dowód sztucznych czułości jej “partnera”.
Oparła głowę o brzeg posłania. Jej nos otarł się o przysypiającą Szronkę, która wydała z siebie niezadowolony dźwięk i przewróciła się na drugi bok. Jej szare futerko nastroszyło się lekko. Kocię rozciągnęło się, wyciągając do przodu łapki, aż nie natrafiły na głowę jej brata. Łuna z westchnieniem odwróciła wzrok, słysząc odgłos kroków, nie podnosząc jednak głowy.
Sylwetka Mirtowego Lśnienia zasłoniła światło wpadające do legowiska wejściem. Neutralna mina na jego pysku wiele jej nie podpowiedziała; odruchowo poruszyła ogonem, nieznacznie odcinając Szronkę i Strzępka od oceniającego spojrzenia.
— Blasku? — miauknęła cicho, mrużąc ślepię. Zauważyła, jak drgnął na jej słowo. — Czegoś tu szukasz?
Rudy pokręcił głową.
— Niczego konkretnego.
Z niezadowolonym parsknięciem wcisnęła policzek głębiej w mech. Elokwentny jak zwykle.
Obserwowała, jak Blask zbliża się do niej powolnymi krokami. Jego spojrzenie mało subtelnie wędrowało pomiędzy nią i jego siostrzeńcami. Wzdrygnęła się. Nie lubiła, gdy przychodził ją odwiedzać. Nie lubiła, gdy przypatrywał się jej dzieciom, jak gdyby rozwiązywał jakąś zagadkę – wiedziała, że gdyby się postarał, to by ją rozwiązał. Nie było o to trudno. Jako jeden z nielicznych (a przynajmniej tych, którzy ją w tym temacie skonfrontowali) widział ją w towarzystwie Szałwiowego Serca. A teraz widział dwójkę kociąt, bardziej podobnych do nocniaka, niż do ich rzekomego ojca.
— Przyszedłeś się patrzeć, czy porozmawiać? — zapytała, jej ton ostry, ale nieco żartobliwy. Po chwili spoważniała. — Jesteś bardziej marudny niż zwykle. Coś Cię trapi?


<Blasku? Chcesz mnie może przekonać do swojej rewolucji?>

15 listopada 2025

Od Mirtowego Lśnienia CD. Źródlanej Łuny

Przeszłość…

— Wracajmy. — Powiedział to niemal bez emocji, choć w środku coś w nim pękało. Głos zabrzmiał twardo, sucho, jakby zmuszał się, by niereagować na słowa kotki. Odwrócił się powoli, ruszając w stronę obozowiska.
Nie oglądał się. Wiedział, że i tak pójdzie za nim.
Żal ścisnął mu gardło niczym szpon, a powietrze stało się ciężkie, zbyt gęste, by je przełknąć. Nie potrafił na nią patrzeć, gdy była taka — słaba, zgaszona, jak cień samej siebie. Kiedyś wydawała mu się niepokonana. Pamiętał, jak ścigała się z nim w słońcu, z łapami rozmazanymi w biegu, jak śmiała się, kiedy upadał w trawę. Pamiętał błysk w jej oczach, kiedy otrzymała imię wojowniczki — błysk, który był jak pierwszy promień dnia nad mglistą rzeką.
A teraz?
Teraz każdy jej krok był ciężarem, a każde westchnienie przypominało jęk pękającej gałęzi. Patrząc na nią, czuł, jak coś w nim się kurczy, jak serce ściska się w małą, twardą kulę. I choć współczucie dławiło go niczym dym z ogniska, głęboko w środku czaiło się coś, czego nie potrafił się pozbyć.
Ulga.
Ulga, że to nie on. Że jego ciało nadal słucha, że jego łapy nie odmawiają posłuszeństwa, że to nie on może widzieć tylko jednym okiem.
„To okropne” — pomyślał. — „Ona cierpi, a ja się cieszę, że to nie ja.”
Zacisnął szczęki i przyspieszył krok. Nie chciał, by to uczucie zdążyło się rozrosnąć, by wpełzło głębiej, w to miejsce, gdzie serce jeszcze biło spokojnie. Nie chciał, żeby usłyszała jego myśli — nawet jeśli nie mogła.

* * *

Słońce z ledwością przebijało się przez ciężkie, ołowiane chmury, które od dłuższego czasu zalegały nad terenami Klifiaków niczym gruba, milcząca warstwa popiołu. Światło, blade i zimne, nie dawało już ciepła — rozlewało się po śniegu i szronie jak rozcieńczone mleko, odbijając się od każdej grudki lodu, od każdej zamrożonej kępki trawy. Zimowe powietrze miało w sobie coś metalicznego, ostrego, co szczypało nozdrza i wbijało się głęboko w płuca. Pachniało wilgocią, żywicą i starą korą, której mróz nie pozwalał pękać. Każdy oddech Mirtowego Lśnienia zamieniał się w krótkie, ulotne obłoczki pary, znikające niemal od razu w mroźnym powietrzu.
Siedział przy wejściu do obozowiska, skulony, z ogonem ciasno owiniętym wokół łap, jakby w ten sposób próbował zachować resztki ciepła. Jego futro, przyprószone drobnymi płatkami śniegu, połyskiwało delikatnie w bladym świetle poranka. Przez chwilę patrzył nieruchomo na odległy las, na ciemne sylwetki drzew tkwiące w bieli niczym strażnicy dawnych sekretów. Ich konary zdawały uginać się pod ciężarem śniegu, a co pewien czas z któregoś z nich zsuwała się lodowa czapa, opadając z głuchym puf na ziemię.
Tamten kot.
Nieznajomy, który podszedł do Źródlanej Łuny na samym początku zgromadzenia.
Mirtowe Lśnienie pamiętał tę chwilę z zaskakującą wyrazistością — taką, jakiej zwykle nie miały wspomnienia z podobnych wydarzeń. Z początku nie zwrócił na niego większej uwagi. Wtedy wszyscy byli sobie równi: dziesiątki wojowników, uczniów, liderów oraz ich zastępców, każdy z innego klanu, niosący własny zapach, własny ciężar i dumę. Wszyscy mieszali się w gwarze, w chaosie głosów, w sieci zapachów, które snuły się nad Bursztynową Wyspą jak mgła.
Ten jeden nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot, zwykły kot o srebrzystym futrze, z uśmiechem zbyt swobodnym jak na miejsce, w którym się znajdowali. A jednak było w nim coś... niepokojącego. Może ten błysk w oczach, który przypominał odbicie księżyca w wodzie — zbyt żywe, by należało do kogoś obcego.
Im częściej Mirtowe Lśnienie wracał do tamtej nocy, tym mocniej drapało go to wspomnienie, jak cierń, którego nie sposób wyrwać. Nie wiedział, kim był tamten kot, ani jaką pełnił funkcję. Nie był nawet pewien, z jakiego pochodził klanu. Mógłby przysiąc, że czuł w jego zapachu coś rybiego, słonego — jakby woń Nocniaków — ale wśród tylu zapachów wszystko się mieszało.
Nie wiedział, co w nim nie pasowało, ale coś nie pasowało.
Jakby wspomnienie tego kocura było zbyt wyraźne, zbyt pełne szczegółów, by mogło należeć do kogoś przypadkowego. Jakby każdy błysk jego futra, każde poruszenie wąsów, każdy uśmiech został wypalony w jego pamięci, jak ślad ognia na śniegu.
Dlaczego tamten kocur spojrzał na Łunę w taki sposób?
To spojrzenie nie było zwykłe. Nie było w nim ciekawości ani chłodnej oceny. Był w nim żal. Utrata. Ale też i szczęście oraz radość.
Tamten moment trwał zaledwie kilka uderzeń serca, ale Mirtowe Lśnienie nadal zdawał się go czuć, gdzieś pod skórą, w tym miejscu, które pulsowało, gdy coś się nie zgadzało.
Każda jego próba rozmowy z Łuną o obcym kończyła się tak samo: krótkim, zniecierpliwionym „to nie ma znaczenia”, docinką, która miała odwrócić uwagę, lub błyskiem gniewu w oczach, który gasł szybciej, niż zdążył się rozpalić. Ale nawet wtedy jej głos był napięty — jak cięciwa, której ktoś nie pozwala odpocząć. Wśród tej ostrości brzmiała jednak nuta, której nie dało się pomylić: niepokoju. A może lęku.
Cóż... Nie trzeba było słów, by wiedzieć, że kłamie.
Z czasem przestał pytać. Nie dlatego, że już go to nie obchodziło, ale dlatego, że każda próba rozmowy zostawiała w nim gorzki posmak — jakby każde pytanie było kolejnym krokiem w stronę czegoś, czego lepiej nie odkrywać. Może naprawdę chodziło tylko o przyjaźń, może o dawną znajomość, o coś niewartego jego uwagi. Ale im dłużej próbował w to wierzyć, tym bardziej się bał, że się myli.
Pora Nagich Drzew nie dawała spokoju ani jego myślom, ani sercu.
Dni stawały się krótsze, a noce zimniejsze, ciężkie od szronu i milczenia. Mróz wciskał się wszędzie — w legowiska, w pęknięcia skał, w same kości. Nawet sny wydawały się przemarznięte, jakby sen nie dawał już ukojenia, lecz tylko przedłużał czuwanie. Każdego ranka budził się z wrażeniem, że coś nad nim stoi, czeka, obserwuje — i znika, gdy tylko otworzył oczy.
Chyba zaczął to odczuwać po tym, jak pojawił się on.
Duch.
Brązowy, nakrapiany kocur, dawniej pełniący role zastępcy. Oczy jego były puste, a zarazem przepełnione smutkiem, jakby spoglądały na coś, czego nie można już cofnąć. Głos miał chropowaty, przeciągły, pełen goryczy. Mirtowe Lśnienie pamiętał każdy szczegół — księżyc w pełni zawieszony nad koronami drzew, zimne światło prószące na ziemię, na duchową sylwetkę, która zdawała się rozpuszczać w nocnej mgiełce. W tamtej chwili wszystko wokół zamarło: wiatr ucichł, z wodospadu przestała spływać woda, a dźwięki świata jakby odpłynęły.
Czas się zatrzymał, a on sam miał wrażenie, że stoi między snem a jawą, w miejscu, gdzie nie ma już cienia ani światła — tylko chłód i echo czyichś słów.
Ich rozmowa była jak uderzenia dzwonu — o ambicjach, o porażkach, o czymś, co kiedyś miało znaczenie, a teraz ciążyło jak kamień. Każde słowo rozbrzmiewało w Mirtowym, odbijając się echem w jego głowie, aż do bólu.
Chyba właśnie nie sam widok ducha wstrząsnął nim najbardziej. Nie to, jak zniknął, gdy spojrzał na niego po raz ostatni, rozpływając się w blasku księżyca.
Najstraszniejsze były właśnie słowa, które wypowiedział.
„Los mnie oszukał. I ciebie też oszuka.”
W oczach rudego wojownika to był… Znak. Swego rodzaju omen. Musiał coś oznaczać. Tylko… Co takiego?
Z zamyślenia wyrwał go widok znajomej sylwetki.
— Łuno? — rzucił w stronę siostry, nim postanowił się zbliżyć.
— Cześć, Blasku. Co u ciebie? — jej uszy drgnęły lekko.
— Ja… Słuchaj, czy nie objawiło ci się coś dziwnego w nocy? Coś, co może nie koniecznie było… Prawdziwe?

<Łuno? Nie martw się, temat twojego “znajomego” również poruszymy…>

09 sierpnia 2025

Od Źródlanej Łapy (Źrodlanej Łuny) CD. Lśniącej Łapy (Mirtowego Lśnienia)

Przymknęła oczy.
— Może się myli — odpowiedziała po chwili. — Może kłamie, chce nas nastraszyć… Nie wiem.
Blask zamruczał, przytakując jej. Usłyszała, jak podnosi się na łapy, odwracając w kierunku wyjścia.
— Miejmy nadzieję, że nie ma racji.

***

— No cóż, liczmy, że Klan Gwiazdy będzie dziś po naszej stronie.


Z każdym uderzeniem serca przekonywała się, że tak nie było. Pazury wilczaka były ostre, kły również, wgryzając się w jej gardło. Czuła krew spływającą po jej pysku, jej ciepłe strużki na piersi i boku. Nic nie szło tak, jak by przewidywała. Ruchy kocura były raczej nieskoordynowane, co mogłaby wykorzystać, gdyby nie fakt, że nie była na to przygotowana. Nie miała walczyć, nie z taką myślą tu przyszła. Wypierała się tego do ostatniej chwili, do momentu, w którym otrząsnęła się z szoku i uświadomiła, w jak okropnej pozycji się znalazła.
Szarpnęła, jednak mocno zacisnięte szczęki przeciwnika jedynie przyprawiły jej więcej bólu. Osunęła się na ziemię. Jej pazury desperacko uczepiły się ciemnego futra, odciągając jego uwagę od jej gardła; wilczak nie pozostawał jej dłużny, tym razem miażdżąc jej tylną łapę żółtawymi zębami. Zakręciło jej się w głowie. Odgłosy walki szumiały jej w uszach, mieszając z własnymi krzykami. Jego pysk pozostwał obojętny, ale mogła dojrzeć okropną, zadowoloną iskierkę w jego oczach, gdy dopadł do jej gardła po raz ostatni.

***

Była zła. Zła na siebie, na zapchlone wilczaki, na zmarłą już Liściastą Gwiazdę.
Utrata tego, na co pracowała jako uczennica, była jej najgorszym koszmarem. W przeciągu jednego popołudnia straciła część swojej samodzielności, umiejętności i siły.
Nie chciała robić z tego żadnego problemu. Nie chciała zwracać na to niepotrzebnej uwagi, nie chciała, aby jej współczuli i patrzyli jak na słabszą.
Przystosowanie się do utraty oka nie sprawiało jej większych problemów; brak tylnej łapy był jednak już czymś gorszym. Z nienawiścią wpatrywała się w zabliźniony kikut, który po niej pozostał, życząc klanowi Wilka wszystkiego najgorszego. Znosiła cackanie medyczek, przynoszenie posiłków przez bliskich i ich miłe słówka, ale brak samodzielności ją dobijał.
Z tejże racji chciała jak najszybciej wstać na te trzy łapy, które jej pozostały, i wrócić do normalności. Gdy tylko ból stawał się na tyle znośny, że mogła się poruszać, nie można było jej utrzymać w legowisku. Zaczęło się od prostych ćwiczeń pod czujnym okiem Wiecznego Zaćmienia. Rozciągnie i uczenie się na nowo, jak utrzymać równowagę, co uważała za strasznie żenujące. Czuła się jak kociak potykający się o płaską powierzchnię.
Uparcie opuszczała legowisko, aż do skutku. Po jakimś czasie przemieszczanie się po obozie szło jej już sprawnie, ignorując momenty, w których musiała przystanąć i złapać oddech. Oddech, który nie był taki jak wcześniej, podobnie jak jej głos.
Nie poprzestała jednak na spacerach po wnętrzu jaskini.

Cienka warstwa śniegu skrzypiała pod jej łapami, a śnieżynki opadały na grzbiet. Zastrzygła uszami.
Obejrzała się przez lewe ramię, spoglądając na Blaska. Jako, że ojciec nalegał, aby nie wychodziła jeszcze sama (bo jeszcze osłabnie, albo wpadnie w jakąś dziurę, albo kogoś spotka…), ciągała brata ze sobą wszędzie. Rudy cierpliwie znosił jej towarzystwo, obserwując, jak zamęcza się, chodząc w kółko.
— Ściemnia się — oznajmił, podnosząc spojrzenie na niebo.
Odwróciła wzrok i wydęła dolną wargę.
— Jeszcze… Mamy czas — wychrypiała, uparcie ruszając dalej, w kierunku złotych kłosów. Nie miała zamiaru długo się tam kręcić; jej brat miał rację, ale parę chwil nie zaszkodzi.
Syknęła, gdy jej łapa omsknęła się o jakiś kamień. Niezgrabnie upadła w bok, smagając ogonem po ziemi.
— Nie przemęczaj się — miauknął Blask, trzymając się parę kroków za nią. Cmoknęła niezadowolona i otrzepała sierść ze śniegu, unosząc wyżej podbródek.
— Nie przemęczam się — mruknęła, odwracając się. Spojrzała na brata przymrużonym okiem. — Wiem… Na co mnie stać.
Brwi wojownika zmarszczyły się. Wręcz widziała słowa cisnące się mu na język.
Jej ogon mimowolnie przycisnął się do prawego biodra.
— Na… Naprawdę. Szybko się męczę… To fakt, a- ale daję radę. Nadal jestem wojowniczką — wymamrotała, nie będąc w stanie podnieść głosu.


<Blasku?>

29 kwietnia 2025

Od Lśniącej Łapy CD. Źródlanej Łapy

Siedział na posłaniu, nie zważając, na zaspanie wymalowane na szarobłękitnym pyszczku siostry. Jego śnieżnobiałe łapy skryte były za ciężkim, pełnym kołtunów ogonem.
— Zgromadzenie? — mruknął, nieco zdziwiony. Nie spodziewał się, że siostra będzie pytała go o tego typu sprawy, lecz skoro już postanowiła rozpocząć temat, to nie miał zamiaru go w żaden sposób zmieniać, to też, nie myśląc wiele, miauknął — To, co powiedziała nasza liderka... Cóż, było to co najmniej niepokojące.
Wspomnieniami wrócił do tamtej pamiętnej nocy, gdy srebrzysta tarcza księżyca unosiła się nad wszystkimi zebranymi. Wszystko, poza słowami przywódczyni teraz zdawało się rozmyte, jak gdyby czysta tafla wody, nagle zmącona czyimś niespodziewanym ruchem. Postarał się zanurzyć w słowa liderki, oczywiście w te, które wywołały w nim największy szok. Choć pamiętał, jak kocica błagała wszystkich zebranych o zjednoczenie, to w głowie utknęło mu coś innego. Liściasta Gwiazda mówiła wtedy, iż Klan Klifu zaatakowały duchy Mrocznej Puszczy, a także widziała je na własne oczy. Na jego pyszczku zauważyć się dało niepokój, zmieszany z nutą niedowierzania. To, z jak wielkim stresem oraz trwogą przemawiała wtedy Liściasta Gwiazda, było niczym obraz nie do wymazania, a treść jej przemowy z pewnością pozostawiło znaczną część zebranych w zmieszaniu.
Jego wąsy drgnęły delikatnie, poruszane przez wiatry zaintrygowania.
— Nie jestem pewien, co do wiarygodności jej słów, ale nie sądzę również, że chciałaby tak się ośmieszyć, ośmieszyć cały Klan Klifu bez konkretnej przyczyny. Może, ale tylko może, ma racje i na terenach klanów pojawiło się zniszczenie, sprowadzone przez Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd? — Myślał głośno, podczas gdy siostra przypatrywała się mu z uwagą. — Lecz nie rozumiem jednego: Jak, na wielki Klan Gwiazdy, Mroczny Las mógłby władać aż taką wielką potęgą?
Jego sierść aż nastroszyła się z oburzenia. Przecież odkąd przybył wraz z siostrą na tereny klanów, wpajane było im, że Gwiezdni są najpotężniejszymi kotami, które są w stanie zsyłać wizje oraz wszelkie omeny, ingerując tym w świat żywych, pomimo tego, że są martwi. Czyżby Klan Gwiazdy osłabł? A jeśli tak, to, jak? Oraz dlaczego? Pytania krążyły mu po głowie, a on mógł jedynie bezradnie je gonić, choć z pewnością nie przyniosłoby mu to żadnych odpowiedzi. W końcu westchnął ciężko, w jego dotąd rozwścieczonym spojrzeniu pojawił się smutek, wywołany niewiedzą oraz gorzką bezradnością. Z impetem padł na swoje posłanie, jak gdyby od dłuższego siedzenia jego nogi miały się ugiąć pod ciężarem płomiennorudego ciała. Zwrócił wzrok ku siostrze Łunie. Czy za parą jej złocistych, bursztynowych oczu kryła się odpowiedź, na dręczące go pytania, a nawet jeśli nie, to czy kotka mogła wnieść cokolwiek, do ich rozmowy?

<Źródlana Łapo?>
[414 słów]

[przyznano 8%]

05 kwietnia 2025

Od Źródlanej Łapy CD. Lśniącej Łapy

Z uwagą słuchała brata, gdy opowiadał jej o swoim znalezisku. Zastrzygła uszami, próbując przypomnieć sobie wysokie i szare gniazda dwunożnych. Gniazda, w których żyła w pełnym luksusie i komforcie, nigdy nie mocząc futerka na deszczu i mając jedzenie podsuwane pod nos.
— Moglibyśmy się tam przejść — uznała, notując jego nerwowy ton głosu. — Czemu nie. Ale wiesz, bądźmy rozsądni. Pozostaniemy w obrębie złotych kłosów.
— Tak, oczywiście! — Miauknął prędko, podnosząc głowę. — O tym właśnie myślałem. 
Przytaknęła, po czym pochyliła się i dokończyła swój posiłek, wypluwając na ziemię pojedyncze piórka. Zmarszczył brwi. Może następnym razem rzeczywiście go oskubie.
— Teraz? — Spytał ciszę Blask. Zamyśliła się na moment i skinęła głową. 
— Powiem tylko pani Bożodrzew, że wychodzimy potrenować. Na pewno się zgodzi, już testowałam.
Podniosła się na łapy i odeszła w kierunku wojowniczych posłań, zostawiając brata bez kolejnego słowa.

***

Końcowo znaleźli się na porośniętych zbożem łąkach złotych kłosów. Nad nimi rzeczywiście majaczyły szarawe, jak i brązowe czy czerwone dachy przeróżnych domostw. Nigdy wcześniej się na nich nie skupiała.
— Myślisz, że któryś z nich jest nasz? — Spytał rudasek, niespokojnie trącając suche rośliny łapą. — Że w któryś z nich mieszkają rodzice?
— Chyba nie tutaj — odpowiedziała. — Przez okna nigdy nie widywałam takiego krajobrazu.
Zapadła między nimi chwila ciszy. Łuna postąpiła krok do przodu i wytężyła wzrok.
— Nudziłabym się.
— Hm? — Blask zwrócił na nią zdezorientowane spojrzenie.
— Gdybyśmy wrócili — dodała. — Nie przyzwyczaiłabym się z powrotem do tamtych zamkniętych pokoi. Suchego jedzenia, spania całymi dniami. Nie umiałabym wrócić, tutaj mam już swoje miejsce.

***

Pochyliła się nad pozostawionym przed jej łapami zielem. Granatowe, cierpkie jagody, podobno jałowca. Wykrzywiła mordkę, przełykając ostatnią.
— To powinno Ci pomóc — Wieczne Zaćmienie uśmiechnęła się nieco pokrzepiająco w jej stronę, zanim odwróciła się i wróciła do poprzednich obowiązków. — Odpocznij sobie dzisiaj.
Pokiwała głową, po czym podniosła się z przydzielonego posłania i ruszyła w kierunku legowiska uczniów. Jej oddech nadal był płytki i charczał lekko, więc postanowiła czym prędzej położyć się na swoim świeżym mchu i oddać się przemyśleniom, najpewniej dotyczących tego, z kim dzisiaj rozmawiała i o czym. Oparła głowę na miękkiej zieleni i zamknęła oczy, próbując wziąć głębszy oddech. Jej spokój nie potrwał jednak długo, bo do jaskini wwalcował Lśniąca Łapa i ostrożnie pochylił się nad nią.
— Śpisz? — szepnął markotnie. Otworzyła jedno ślipie i obserwowała, jak odskoczył o parę kroków w tył.
— Nie — mruknęła, krzywiąc się lekko. — Medyczki kazały mi zostać tu dzisiaj. Jakieś problemu z oddychaniem.
— Ah... Już myślałem, że zaspałaś — usiadł na posłaniu obok i polizał łapę. — Do jutra ci przejdzie?
— Mam nadzieję. 
Spojrzała na brata, godząc się z faktem, że do południa raczej w spokoju pozostawiona nie będzie. Może nie zaszkodzi nawiązać z nim jakąś rozmowę.
— Blasku, co myślisz o ostatnim zgromadzeniu? — spytała, odchylając głowę do tyłu i kładąc ją z powrotem na posłanie; przymknęła powieki. — I o całym tym zamieszaniu. Wiesz, o co mi chodzi.
Nierzadko myślała o rzeczach w takiej tematyce. W końcu była córka zastępcy, musiała interesować się także sprawami międzyklanowymi, a nie tylko własnym zadkiem. Toteż uważała rozmowy o "polityce" z bratem za jak najbardziej stosowne.

<Blasku?>

[496 słów]

[przyznano 10%]

wyleczona: Źródlana Łapa

25 lutego 2025

Od Lśniącej Łapy CD. Źródlanej Łapy

Kocurek kroczył w stronę wodospadu, chcąc w spokoju usiąść tam, by odetchnąć oraz uniknąć wszelkich obowiązków. Stawiając łapy po wyściełanej suchą trawą powierzchni wzdrygnął się nagle, niezręcznie wymijając kota, który prawie wpadł na niego. Podniósł łeb i wytrzeszczył oczy, chcąc dojrzeć słabo widoczną pod świetlistymi promieniami sylwetkę. Spodziewał się, iż ujrzy Gąsienicową Łapę, lecz nie, zobaczył Źródlaną Łapę.
— Gdzie masz oczy, z tyłu głowy? — parsknęła jego siostra.
— To ty stoisz na środku przejścia — odburknął, a następnie spojrzał na Bożodrzewny Kaprys, mentorkę siostry, która z pewnością mogła ostrzec swoją uczennicę przed nadchodzącym Lśniącą Łapą. Nim jednak zdołał wydusić z siebie tę uwagę, usłyszał przeciągłe westchnięcie pochodzące z pyszczka jego siostry.
Odwrócił wzrok od białej kocicy, by zauważyć, jak Źródlana Łapa przewraca oczami.
— Spokojnie, to tylko żart. Poza tym i tak nikt inny tędy teraz nie chodzi — wzruszyła ramionami — Ojciec planuje zabrać cię na trening? Trzeba skorzystać z ładnej pogody, kto wie, kiedy następnym razem przestanie padać — zmarszczyła brwi.
— Żart ma na celu bawić — przyuważył, a następnie spojrzał za niebieską koteczkę, by dostrzec Judaszowcowy Pocałunek, który wybierał patrole. — Myślę, że niedługo wyjdę z nim na trening... — Mruknął krótko, z cieniem zwątpienia w głosie.
Koteczka skinęła szybko głową, a następnie wykonała kilka kroków w tył, tak, by stać tuż przy swojej mentorce. Biała kotka mruknęła coś do niej, rudzielec nie zdołał jednak tego usłyszeć, gdyż głos jej zagłuszany był przez szum wodospadu. Biała splotła łapy ogonem, po chwili jednak wstała i ruszyła w stronę tunelu prowadzącego do wyjścia. Źródlana Łapa podeszła do brata, na jej pysku wymalowany był smutek, w oczach jej dostrzec dało się jednak jasny blask.
— Muszę lecieć, Pani Bożodrzew mówiła, że lepiej śpieszyć się, bo nie wiadomo, jak długo będzie słonecznie — wyznała, na co Lśniąca Łapa jedynie pokiwał głową. — Ale hej, na pewno spotkam cię, gdy będziesz trenował! — rozpromieniła się, by po chwili ruszyć w stronę nawołującej ją mentorki, machając jeszcze ogonem na pożegnanie.
Rudy odprowadzał kotkę wzrokiem aż do momentu, w którym jej sylwetka zniknęła w tunelu. Kocurek ruszył w stronę ojca, by spytać go o moment, w którym rozpocznie się ich szkolenie. Gdy tylko brązowy kocur dostrzegł syna, zmierzającego w jego stronę obdarzył go zadowolonym spojrzeniem pary swoich jasnych, żółtych oczu.
— Cześć, Lśniąca Łapo! — miauknął energiczne, będąc w wyraźnie dobrym humorze. — Masz ochotę na trening?

↬✵☽♡☾✵↫

Słońce świeciło, hojnie obdarzając futro Lśniącej Łapy swoim ciepłem. Kocurek wsłuchiwał się w swojego mentora, który powtarzał uczniowi zasady wojowniczego kodeksu, poszczególnych lokacji oraz ogólnie tych umiejętności, które nabył rudzielec na dotychczasowych szkoleniach. Uczeń nie słuchał, gdyż dobrze to wszystko pamiętał, nie miał jednak zamiaru przyznawać się do tego, ciesząc się z tego, że może spędzić czas na słońcu, którego ostatnio za często nie widywał. Otrząsnął się nagle, jak gdyby spadła na niego nieprzyjemna mżawka, a to wszystko za sprawą słów brązowego kocura, które nagle rozbrzmiały w jego głowie: „Często odwiedzałeś złote kłosy, by zaprezentować mi twoje umiejętności łowieckie” — tak krótka, nieskomplikowana wypowiedź, a jednak wzbudziła w rudym uczniu chęć odkrywania. Prawdą przecież było, że to właśnie w Złotych Kłosach został odkryty, lecz nigdy, nawet w momentach, w których odwiedził to miejsce, nie myślał o tym, że to właśnie tam został odnaleziony przez Judaszowcowy Pocałunek, to właśnie stamtąd przybył wraz z siostrą. Chciał to zbadać, chciał dowiedzieć się, czy znajdzie tam coś, co mogłoby naprowadzić go tego wszystkiego, co stracił. Ten nagły przypływ adrenaliny sprawił, że uczeń popędził niczym strzała w stronę pola pszenicy, nie pozostawiając własnego mentora z żadnym wytłumaczeniem. Poruszane przez lekką bryzę kłosy zadrżały, gdy zanurzał się w nich kocurek. Do uszu ucznia wpłynął cichy szmer oraz pisk, wydawany przez zamieszkujące złote kłosy gryzonie, nos jego również wyczuwał obecność małych zwierzątek, rudzielec nie przestał jednak stąpać na przód, nie poświęcając nawet myśli temu, co może czaić się w pszenicy. Przebył może parę długości ogona, jednak to wystarczyło, by woń myszy czy szczurów stała się słabo wyczuwalna i zastąpiona, przez nieciekawy fetor, który z każdym krokiem postawionym przez Lśniącą Łapę stawał się bardziej intensywny oraz bardziej paskudny, do jego uszu dochodziły też nowe dźwięki, przypominające cichy warkot oraz głośne dudnienie, wszystko to, co czuł nasilało się coraz, a choć uczeń był z natury tchórzem, to nie wiedzieć czemu nie potrafił zatrzymać się, jak gdyby chęć odkrycia tego, gdzie jest jego dawny dom, za którym bywało, że tęsknił. Kichając cicho, za każdym razem, gdy brał głębszy oddech, w końcu dotarł do czegoś, co przez chwile zdawało się mu być końcem pola. Przed jego łapami była teraz czarna jak noc, szorstka w dotyku powierzchnia, które oddzielała jedną część pola złotych kłosów, od drugiej. To gdzieś tutaj musiał stać blaszany potwór, z którego wnętrza postanowił uciec, teraz jednak droga była w zupełności pusta, nie pozostawiając na sobie nawet słabego zapachu dwóch, wcześniej młodych kociąt. Westchnął, czując, jak pod jego futrem kipi wyłącznie gorzkie uczucie rozczarowania. Liczył na to, że odkryje coś, co nieraz pochłaniało jego myśli, zwykle niewystarczająco mocno, by faktycznie miał chęć zająć się poszukiwaniem. A teraz, gdy w końcu nadarzyła się okazja, gdy nagle sobie przypomniał to... poniósł porażkę. Niby chciał już zawrócić, znów przedzierać się przez gęste samopsze, jednak jego uwagę przykuła nadchodząca z łoskotem blaszana figura, przejeżdżająca przez ciemną jezdnię, czy też „drogę grzmotu". Lustrował ją przez niedługą chwilę, by po chwili stwierdzić, że wydawała się podobna do tego samego metalowego potwora, z którego uciekał wraz z siostrą, tyle że ten przejeżdżający był innej barwy niż ten, z którego uciekał, a przy okazji był też wybrudzony piachem oraz błotem. Kocurek wzdrygnął się, gdy potwór przejechał obok niego, pozostawiając sobie jedynie niemiły zapach, o wiele silniejszy, lecz taki sam do tego, który w czuł, gdy tylko dotarł na skraj pola. Spoglądał chwile w stronę, w którą odjeżdżało stworzenie, by następnie przekręcić łeb w przeciwną, czyli w tą, z której potwór nadjeżdżał, i ujrzał budynki, czyli tak zwane gniazda dwunożnych. Było ich wiele, a ich różne, dziwne kształty rysowały się na odległym horyzoncie. Serduszko kocura zaczęło bić znacznie szybciej i czuł, że zaraz ruszy właśnie tam, że to właśnie tam znajdzie swój dawny dom, który naprawdę pragnął odwiedzić. Nie potrafił jednak zdobyć się na to, by leźć taki kawał drogi. Poza tym słyszał, jak Judaszowiec go nawołuje, postanowił więc wrócić, niby lekko tym przybity. Odwrócił się, a następnie zaczął kroczyć w stronę wyjścia ze złotych kłosów. Dziwne dźwięki oraz nieprzyjemne zapachy z każdym stawianym przez ucznia krokiem stawały się słabsze, by w końcu kompletnie zaniknąć, będąc zastąpionymi przez aromat oraz dźwięk zwierzyny. Nie wiedział, co ma zrobić ze swoim odkryciem, nie wiedział nawet, czy powinien  w ogóle coś z nim robić, ale chyba by wymagało podjąć jakąś akcje... Po dłuższej wędrówce udało mu się dojść na zielony, nieporośnięty zbytnio kawałek terenu, na którym czekał na niego jego mentor. Brunatny kocur nie wyglądał na zadowolonego, patrząc na swojego ucznia dość niechętnym wzrokiem.
— Lśniąca Łapo, zechcesz mi to wytłumaczyć? — chrząknął, a po tonie jego wypowiedzi uczeń doszedł do wniosku, że dobry humor, który wcześniej towarzyszył jego ojcu zmył się, by najpewniej prędko nie powrócić.
— Wybacz, ojcze. Nie wiem, co stało za moim skandalicznym zachowaniem i chcę cię najmocniej przeprosić za to, że musiałeś doświadczyć tak wielkiej niedojrzałości z mojej strony. Chciałbym cię zapewnić, że moje zachowanie się już nie powtórzy. Nigdy. — Ze skruchą spoglądał na kocura, który w końcu prychnął coś pod nosem, a następnie przejechał ogonem po barkach syna.
— Wierzę w to — powiedział, a następnie ruszył w stronę tunelu, prowadzącego do obozowiska. Lśniąca Łapa kroczył za nim.

↬✵☽♡☾✵↫

Gdy dotarł, dostrzegł Źródlaną Łapę, która w samotności pałaszowała dzięcioła. Koteczka pochyliła się znad zdobyczy gdy tylko wyczuła woń brata. Niebieska wstała, zostawiając na wpół zjedzonego ptaka za sobą i ruszyła w stronę swojego rudego brata. Kocurek nie spodziewał się, że siostra zechce się z nim przywitać, jednak był tym faktem miło zaskoczony, gdyż rzadko kiedy ktokolwiek szedł w jego stronę, by się z nim witać.
— Złowiłam dziś mojego pierwszego ptaka! — Pochwaliła się mu, gdy tylko do niego dotarła. Po części zazdrościł jej tego, że udało jej się złapać jakiegoś ptaka, gdyż on sam wcześniej nie próbował, ale nie miał chęci zostawiać na ten temat żadnych komentarzy. — Chcesz go spróbować?
— Tak, jasne — mruknął i zgrywając obojętnego podszedł do nadgryzionego ptaka. Wziął gryza ze strony, na której nie widział śladów zębów, a następnie żuł trochę, by finalnie przełknąć kawałek. Oczywiście, wypluł pióra, gdyż ptak nie był oskubany. — Tak na przyszłość, postaraj się nie podawać mi dań, które zawierają pierze.
Kotka parsknęła śmiechem, spoważniała trochę, gdy zrozumiała, że nie jest to żart.
— Jak było na treningu? — Źródlana Łapa postanowiła zapytać się o to brata.
— Wiesz, dość ciekawie... — rozpoczął, a nim się obejrzał opowiadał siostrze o tym, co odkrył oraz wszystkie jego obawy, jak i inne odczucia z tym związane. Mówił chwilę, a czasem bywało, że język plątał mu się, to też często robił pauzy, z czego oczywiście nie był zadowolony, dając o tym znać głośnym sykiem. Gdy w końcu jednak przestał się tłumaczyć, z jego pyska padły następujące słowa: — Może chciałabyś sama to zobaczyć? Sądzę, że warto będzie choćby z odległości się temu przyjrzeć, czy coś...

[1589 słów]

[przyznano 32%]

<Źródlana Łapo, co ty na to?>

19 lutego 2025

Od Łuny (Źródlanej Łapy) CD. Blasku (Lśniącej Łapy)

Zmrużyła oczy, a kąciki jej pyszczka uniosły się lekko. Może i z bratem dało się dogadać.
— Oczywiście — odpowiedziała, tłumiąc chichot w piersi — W końcu to okazja, aby czegoś się nauczyć, może w końcu nie będzie mi się tu nudzić? 
Rudy w zamyśleniu pokiwał głową. Jego oczy uciekły jeszcze bardziej w bok, a rude uszy spuściły się nieznacznie.
— A ty? — kontynuowała — Nie wyglądasz na podekscytowanego, chociaż rozumiem, możesz tego nie pokazywać, aby nie wyjść na małe kocię — wydęła dolną wargę — Na pewno musisz się cieszyć, że będziemy mieli okazję wyjść na zewnątrz i poznać terytorium tego klanu, no i jego członków.
Kątem oka zauważyła, jak pani Świstak ze zmęczonym wyrazem pyska odwraca się na drugi bok, zostawiając dwójkę kociaków samej sobie.
— Masz rację — westchnął — Nie chcę się czepiać, ale... Powiedziałaś "tego klanu", a nie "naszego". Jakiś konkretny powód?
W jego oczach zauważyła niepewność. Cóż za tchórzowska emocja. Jednak sama zawahała się na moment, ważąc słowa w pysku i szykując odpowiedź.
— Wiesz, mam wrażenie, że to nie jest do końca nasz dom — przyznała w końcu — Bez obrazy dla tych, którzy przyjęli nas życzliwie, oczywiście, ale to nadal są obcy. Minęło już parę miesięcy- to znaczy, księżycy,  i jest mi tu dobrze... Ale z rodzicami także było mi dobrze.
Łaciata główka podniosła się nieco, przechylając w bok. Żółte oczy wbiły w nią swoje spojrzenie, tym razem okazując nieco więcej zrozumienia. 
— Tak, wiem, o co ci chodzi — burknął, jednak bardziej przyjaźnie — Myślisz, że patrzą na nas dziwnie, bo nie jesteśmy stąd?
— Jeżeli tak, to nie wiedzą o nas nic — parsknęła — Jeszcze nie mieli okazji nas poznać, a jestem pewna, że ojciec Judaszowiec opowiadał o nas same dobre rzeczy. Na ich miejscu bym nas uwielbiała.

*jeszcze porą opadających liści*

Obudziła ją cisza w legowisku uczniów. Gdyby wytężyła słuch, może dotarłoby do niej ciche chrapanie Gąsienicowej Łapy, ale nie wysilała się tak bardzo i leniwie otworzyła oczy. Najpierw jedno, później drugie. Coś było... inaczej. Zamyśliła się na moment. Po paru momentach zrozumiała, że nie mogła usłyszeć już ciągłego dudnienia deszczu na zewnątrz, obijającego się o skały na zewnątrz. Nie zdziwiło jej to wielce, ale wręcz ucieszyło. Może to okazja na trening, na którym szare kłęby mokrych chmur nie groziły nagłą ulewą, ciągnąć się dwóm kotkom na karku. Właśnie, dwóm kotkom. Trochę dziwne, że Bożodrzewny Kaprys jeszcze nie po nią nie przyszła... Ale to nie był pierwszy raz. Podczas, gdy Strzępkę oraz jej brata mentorzy budzili o świcie i od razu wyciągali na zewnątrz, tak ona miała wrażenie, że o sam trening musi się białej kotce dopominać. No, może to za dużo powiedziane - po prostu sama musiała ją znaleźć. Przynajmniej miała szansę się wykazać.
Podniosła się z posłania i przeciągnęła łapy. Zmiotła ogonem luźne strzępki mchu na ich miejsce i powoli opuściła legowisko. Do jej uszu dobiegł gwar rozmów i wydawanych poleceń. Parę spojrzeń odwróciło się w jej kierunku, gdy wychodziła z jaskini. Podniosła wysoko podbródek. Niech podziwiają.
Rozejrzała się za starszą kotką, zamiast tego łącząc spojrzenia z Judadzowcowym Pocałunkiem, zajętym rozdzielaniem patroli. Kiwnęła mu głową na powitanie, zanim odeszła dalej. Zlokalizowała mentorkę niedaleko wodospadu. Biała czyściła futro z lekko znudzonym wyrazem pyska, ledwo co reagując na obecność uczennicy. Źródlana Łapa skierowała się w jej kierunku, machając lekko końcówką ogona.
— Dzień dobry — miauknęła, spoglądając jej w brązowe ślipia — Mamy coś dzisiaj w planach, pani Bożodrzew?
Starsza mlasnęła cicho i postawiła wcześniej podniesiona łapę na ziemi.
— Dobry — spojrzała się gdzieś w głąb jaskini — Trening, w końcu się trochę rozpogodziło. Może uda nam się wrócić bez przemoczonego futra.
Pokiwała głową i podążyła za jej wzrokiem, nie znajdując jednak niczego wartego uwagi. Lekko rozkojarzona, nie zauważyła brata, który ledwo co ją wyminął, zatrzymując się tuż przed wodospadem. Odwróciła pyszczek w jego stronę, posyłając mu zaskoczony, ale miły uśmiech.
— Gdzie masz oczy, z tyłu głowy? — parsknęła.
— To ty stoisz na samym środku przejścia — odburknął, posyłając Bożodrzew nieodgadnione spojrzenie.
Niebieska westchnęła i wywróciła oczami.
— Spokojnie, to tylko żart. Poza tym, i tak nikt inny tędy teraz nie chodzi — wzruszyła barkami — Ojciec planuje zabrać cię na trening? Trzeba skorzystać z ładnej pogody, kto wie, kiedy następnym razem przestanie padać — zmarszczyła brwi.

<Blasku?>

[679 słów]

[przyznano 14%]

07 lutego 2025

Od Blasku Do Łuny

 Blask cierpiał ze względu na niezmieniającą się wciąż pogodę. Skwar przygrzewał opuszki jego łapy, gdy tylko postawił je poza posadzkę żłobka, to też ostatnio niechętnie go opuszczał, a choć bywały momenty, w których pyszczek kocurka ziewnął chłodny wietrzyk, to niewiele wskazywało o tym, iż szybko uda mu się ujrzeć upragnioną porę Opadających Liści. Dlatego też końcówka ogonka jego nerwowo drżała z zaskoczenia, gdy spostrzegł wracających z patrolu łowieckiego wojowników, których futra były mokre, jak gdyby sklejone, sprawiając, iż wyglądają na chudszych, mniej potężnych. Ruszył w ich stronę, by móc bliżej przyjrzeć się temu, co właśnie wypatrzył.
— Na dworze panuje niezła ulewa — niezadowolonym tonem chrząknął wojownik o.
Rudzielec spostrzegł, że melduje to Judaszowcowemu Pocałunkowi, czyli klanowemu zastępcy. Ciekawiła go reakcja ojca na wieść o tym, że jego wojownicy nie byli w stanie znaleźć za wiele zwierzyny, nadstawił więc uszu. Judasz spoglądał na nich, w jego wzroku dało odnaleźć się nutkę rozczarowania, kocur starał się jednak nie okazywać.
— Bywają dni, w których zimno deszczu spada na tereny czterech klanów, przez co zwierzyna chowa się w swoich norkach i wy nie możecie na to za wiele zaradzić. Klan Gwiazdy ma nas jednak w swojej opiece, to też łowy w następny wschód słońca uda wam się złowić coś, co wyżywi resztę klanu. — Blask był zadowolony z tego, jak ojciec jego poprowadził sytuacje.
Koniec końców deszcze nie były w ostatnim czasie częstym widokiem i na pewno kolejne łowy będą bardziej obfite. A i tak sukcesem było, że udało złapać się im ptaka oraz dwie myszki polne, które teraz leżały na stercie ze zdobyczą. Cóż, rudzielec był już w zasadzie poza żłobkiem, to też ruszył w stronę wodospadu, by móc zobaczyć, czy faktycznie ujrzy jakiś deszcz. Choć wodospad przysłaniał mu widok, to zdawał się widzieć liczne, nieustannie spadające w dół kropelki. Ciekawiło go, czy gdy zostanie uczniem, to będzie musiał męczyć się w deszczu, w słonecznym skwarze czy może nawet w grzmiącej burzy. I jakie obowiązki będą na niego czekać? Czy spodoba mu się jego uczniowskie imię i jak szybko zda szkolenie? — pytania pojawiały się w jego głowie tak szybko, że trudno było mu odnaleźć odpowiedź na którekolwiek z nich. Niby uważał siebie za kogoś o szerokim wykształceniu, dużej wiedzy, a jednak nie potrafił wiedzieć tego, co rzuci na niego los. Bolało go to, gdyż chciał wiedzieć, jaka przyszłość go czeka i czy faktycznie jest darem od gwiezdnych... A jeśli nie jest, to czy Judasz będzie z niego dumny mimo wszystko? Zbytnio się zamartwiał, chrząknął więc głośno, a następnie z ruszył w stronę żłobka.
— Przepraszam, Półślepy Świstaku, czy mógłbym się ciebie o coś spytać? — Gdy wszedł do środka, miauknął do czekoladowej kotki, która odwróciła się w jego stronę.
— Hm...? Pytanie... — mruknęła jakby do siebie. — Tak, jasne. Śmiało pytaj.
— Czy chciałabyś mi może wytłumaczyć, na czym polega życie ucznia? Wiesz, jakie obowiązki spadają na koty o tej randze i inne, tym podobne kwestie. — nerwowo zaczął ugniatać mech, który znajdował się pod jego białymi łapkami.
— Z początku twój mentor będzie zabierać cię na szkolenia, na których pokaże ci tereny, zaprezentuje techniki walki, nauczy cię łapać zwierzynę... — Przerwała, by przypomnieć sobie, czego właściwie sama musiała się nauczyć. — Dowiesz się, jak należy wspinać się na drzewa, poznasz sposób nawigacji w terenach i z tego, co pamiętam to będzie coś z otwieraniem krabów.
Sporo tego było i Blask aż wzdrygnął się z tego powodu. Będzie musiał wiele opanować, nim wkroczy na ścieżkę wojownika, no, chyba że wkroczy na inną ścieżkę, jednak w to akurat wątpił. Najgorsze jednak było to, iż kotka mówiła to wszystko w dużym uproszczeniu i domyślał się, że gdy faktycznie będzie musiał trenować to będzie czuł jeszcze większą obawę, niż w tej chwili.
— Pani Świstak, Blasku, o czym gawędzicie? — Wąsy rudzielca drgnęły, gdy usłyszał głos Łuny.
Nie rozmawiał z siostrą często, nie miał pojęcia, co było tego powodem, jednak chyba po prostu nie pasowało mu to, jak szybko koteczka przystosowała się do otoczenia, podczas gdy jemu... Jemu zajęło sporo czasu i nadal do końca nie rozumiał oraz nie chciał rozumieć tego, co działo się wokół niego.
— Cześć Łuno! — Półślepy Świstak przywitała szarą koteczkę. — Tłumacze twojemu bratu, na czym polega rola ucznia... Albo, na czym mniej więcej polega.
Kocurek stwierdził, że dobrze będzie sprawdzić, to, tylko w nim ta sprawa budziła lęk czy też stres. Spojrzał więc na nią nieco niepewnym wzrokiem. Koteczka również wbiła w niego swoje jasne oczęta, tyle że w nich odbita była jedynie czysta ciekawość, nie widział w nich wiele więcej...
— Egh... Cieszysz się z tego, że zaraz zostaniemy uczniami? — burknął cicho, natychmiast przekierowując głowę w dół, by ta nie mogła dostrzec obawy rysującej się na jego pyszczku.

<Łuno?>