Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, a w jego żółtych oczach pojawiło się coś, co można było wziąć za krótkie zawahanie. Trwało ono jednak zaledwie kilka uderzeń serca, po których odwrócił głowę i skierował wzrok ku niebu. Jasne obłoki leniwie sunęły po błękicie, a chłodna bryza wpadająca do obozowiska poruszała jego wąsami i rozwiewała sierść na karku. Na jego pysku powoli zagościł delikatny uśmiech, spokojny i ciepły, jak gdyby sama obecność siostry skłaniała go do podobnych rozmyślań.
W rzeczywistości nie potrzebował nawet chwili, by zastanowić się nad odpowiedzią.
Źródlana Łuna była jego siostrą, lecz na tym kończyło się wszystko, co uważał za naprawdę istotne. Łączyła ich ta sama krew, wspólne dzieciństwo i wspomnienia, jednak nigdy nie postrzegał jej jako powierniczki swoich planów. Każda myśl, którą zachowywał wyłącznie dla siebie, była bezpieczniejsza od tej wypowiedzianej na głos, dlatego od dawna nauczył się mówić dokładnie tyle, ile było konieczne. Nie zamierzał zdradzać jej niczego, co mogłoby zakłócić drogę, którą obrał przed wieloma księżycami.
— Wiesz... — odezwał się w końcu cicho, nie odrywając spojrzenia od nieba. — Księżyce mijają i chyba zaczynam rozumieć, że nie każda ścieżka jest nam przeznaczona. Im dłużej o tym myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że czasami należy po prostu odpuścić i zaufać temu, dokąd prowadzą nas przodkowie.
Westchnienie opuściło jego pierś niemal niezauważalnie, a uśmiech ani na moment nie zniknął z jego pyska.
— Być może właśnie tego Judaszowcowa Gwiazda próbował mnie nauczyć. Przez długi czas sądziłem, że wiem lepiej, czego potrzebuje Klan Klifu, lecz dziś nie jestem już tego taki pewien. Być może nie wszystko musi wydarzyć się wtedy, kiedy sami tego chcemy.
Uszy Źródlanej Łuny drgnęły lekko. Kotka przez kilka chwil siedziała w ciszy, uważnie przyglądając się bratu, jak gdyby próbowała odnaleźć w jego spojrzeniu ślad dawnego uporu. Nie znalazła go. Widziała jedynie spokojnego wojownika, który zdawał się pogodzony z losem.
— Naprawdę? — zapytała w końcu, nie kryjąc zaskoczenia. — Przecież od zawsze marzyłeś o tym, żeby zostać zastępcą. Co teraz?
Mirtowe Lśnienie przeniósł spojrzenie przed siebie, aż zatrzymało się ono na Pikującej Jaskółce. Przez moment obserwował ją w milczeniu, po czym ponownie się uśmiechnął.
— Jeśli Klan Gwiazdy uznał, że właśnie ona najlepiej poprowadzi klan u boku przywódcy, to nie mnie podważać ich wolę. Każdy z nas ma własne miejsce i własne zadanie, nawet jeśli nie zawsze pokrywa się ono z tym, czego sami pragnęliśmy.
Odwrócił głowę z powrotem ku siostrze, a jego głos pozostał równie spokojny jak wcześniej.
— Zrozumiałem, że służba klanowi nie zaczyna się ani nie kończy na wysokiej pozycji. Jeżeli mogę być użyteczny jako zwykły wojownik, to właśnie tym powinienem się zadowolić. A kto wie… Może któregoś dnia właśnie takie podejście zaprowadzi mnie w lepsze miejsce.
***
Pora była w końcu zająć się sprawą Ogryzka.
Myśl ta nie wtargnęła do jego umysłu gwałtownie. Przeciwnie — od wielu dni krążyła po nim niczym kropla wody nieustannie spływająca po tej samej skale, cierpliwie żłobiąc w niej coraz głębszą szczelinę. Lśniąca Gwiazda pozwalał jej dojrzewać, obracając ją w myślach z właściwą sobie rozwagą, aż wreszcie osiągnęła moment, w którym dalsze zwlekanie nie było już oznaką rozsądku, lecz niepotrzebnym ryzykiem.
Ogryzek pozostawał zbyt blisko.
Zbyt blisko wojowników.
Zbyt blisko uszu, które mogły usłyszeć coś, czego nigdy usłyszeć nie powinny.
Przywódca siedział nieruchomo na chłodnej skalnej półce, z której zwykle oddawał przemówienia. Nieustanny huk wodospadu rozbijał się o kamienne ściany, odbijając echem od sklepienia i splatając w jednostajny, głęboki pomruk. Powietrze przesycała wilgoć; osiadała na futrze, wnikała pomiędzy włosy, chłodziła opuszki łap i niosła ze sobą zapach mokrego kamienia, mchu oraz zimnej wody.
Dopiero gdy pozwolił spojrzeniu powoli przesunąć się po wnętrzu jaskini, dostrzegł znajomą sylwetkę Źródlanej Łuny, która spokojnym krokiem przemierzała obóz. Poruszała się z charakterystyczną dla siebie lekkością, pewnie omijając mijających ją wojowników i uczniów, od czasu do czasu zatrzymując się na krótkie słowo z którymś z nich.
Lśniąca Gwiazda nie odezwał się.
Wystarczyło, że uniósł głowę i zatrzymał na niej spojrzenie.
Źródlana Łuna niemal natychmiast wyczuła jego wzrok. Odwróciła łeb w jego stronę, a kiedy ich oczy się spotkały, na jej pysku zakwitł przyjazny uśmiech. Bez chwili zawahania zmieniła kierunek i ruszyła ku niemu.
Zatrzymała się przy wejściu do legowiska starszyzny, gdzie usiadła, teraz mierząc brata ciekawskim wzrokiem.
— Co tam? — miauknęła pogodnie, muskając końcówką ogona kamienną posadzkę. — Czyżbyś potrzebował raportów z patroli?
Lśniąca Gwiazda odpowiedział tym samym spokojnym uśmiechem, który przez ostatnie księżyce stał się niemal jego znakiem rozpoznawczym.
Tak łatwo przychodziło mu go nosić.
Tak łatwo inni dawali się przekonać, że za tym łagodnym wyrazem pyska kryje się wyłącznie życzliwość.
Powoli pokręcił głową.
— Nie tym razem — odparł. — Raporty mogą jeszcze chwilę poczekać. Chciałbym, żebyś przyprowadziła do mojego legowiska Wzorzystą Dal... Różeńcowe Serce... oraz Skrzydlatą Pogoń.
Wypowiedział każde z imion z jednakową łagodnością, jak gdyby prosił jedynie o krótką naradę dotyczącą codziennych obowiązków klanu. Nie było w jego tonie pośpiechu, napięcia ani cienia rozkazu. Brzmiał niemal przepraszająco.
Źródlana Łuna uniosła lekko uszy.
— Jasne. Zaraz ich znajdę.
Dymna pożegnała się skinięciem głowy, po czym odwróciła się i lekkim, sprężystym krokiem ruszyła ku głównej części obozu. Jej spojrzenie przesuwało się po zgromadzonych kotach, wypatrując znajomych sylwetek. Lśniąca Gwiazda odprowadzał ją wzrokiem jeszcze przez dłuższą chwilę.
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam łagodny wyraz.
Dopiero kiedy zastępczyni zniknęła za zakrętem prowadzącym ku środkowi obozu, uśmiech zaczął powoli gasnąć, jak płomień pozostawiony bez tlącego się drewna.
W jego złocistych oczach pozostało już tylko chłodne skupienie.
Bez słowa podniósł się z miejsca.
Z każdym uderzeniem serca huk wodospadu stawał się coraz bardziej przytłumiony, a cienie gęstniały wokół wejścia niczym milczący strażnicy.
Lśniąca Gwiazda wszedł do swojego legowiska spokojnym, miarowym krokiem.
Przez dłuższą chwilę nie wykonywał żadnego ruchu.
Jedynie wodził spojrzeniem po kamiennych ścianach, jakby szukał w nich odpowiednich słów lub próbował uporządkować myśli, które od wielu dni nie dawały mu spokoju. W końcu usiadł z właściwą sobie elegancją, starannie owijając ogon wokół łap i prostując grzbiet. Na jego pysku spoczywał ten sam łagodny wyraz, który od dawna wzbudzał wśród klanowiczów poczucie bezpieczeństwa.
Niewielu zdawało sobie sprawę, jak niewiele jego spokojne spojrzenie miało wspólnego z tym, co naprawdę kryło się za jego myślami.
Nie zamierzał nikogo zastraszać.
Nie zamierzał podnosić głosu.
Nigdy nie musiał.
Od dawna wiedział, że najłatwiej wpływa się na cudze decyzje wtedy, gdy rozmówca jest przekonany, że sam do nich doszedł.
Uszy Lśniącej Gwiazdy poruszyły się nieznacznie.
Z zewnątrz dobiegły zbliżające się w jego stronę kroki.
Po chwili przy wejściu pojawiła się Źródlana Łuna, a za nią trzy sylwetki wojowników.
— Przyprowadziłam ich — oznajmiła z delikatnym uśmiechem.
— Dziękuję, Łuno.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na przywódcy, jakby chciała zapytać, czy będzie potrzebował jej obecności. Nie dostrzegła jednak niczego, co mogłoby wzbudzić niepokój. Lśniąca Gwiazda wyglądał dokładnie tak jak zawsze — spokojny, opanowany i życzliwy.
Skinął jej lekko głową.
— To wystarczy.
Zastępczyni odwzajemniła gest i wycofała się z legowiska, pozostawiając ich samych.
Przez krótką chwilę panowała cisza.
Wzorzysta Dal zajęła miejsce najbliżej wejścia do legowiska, ostrożnie siadając na chłodnym kamieniu. Choć starała się sprawiać wrażenie spokojnej, jej spojrzenie raz po raz opadało ku własnym łapom, a końcówka ogona poruszała się niemal niezauważalnie, zdradzając napięcie, którego nie potrafiła całkowicie ukryć. Różeńcowe Serce oraz Skrzydlata Pogoń usiedli bliżej przywódcy, zachowując wyprostowaną, godną wojowników postawę. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Wszyscy wiedzieli, dlaczego zostali tutaj wezwani.
Lśniąca Gwiazda pozwolił, by cisza trwała.
Jego oczy spokojnie przesuwały się od jednego wojownika do drugiego, zatrzymując się na każdym zaledwie na krótką chwilę. Nie wyglądał na kota zmartwionego ani rozgniewanego. Wręcz przeciwnie — na jego pysku gościł łagodny uśmiech, a spojrzenie pozostawało ciepłe i uważne, jak gdyby pragnął upewnić się, że wszyscy czują się swobodnie, zanim rozpocznie rozmowę.
— Jak zapewne się domyślacie — odezwał się w końcu miękkim, wyważonym głosem — chciałbym omówić z wami sprawę patrolu, który odprowadzi Gąsienicowego Ogryzka poza granice naszego terytorium.
— Nie będę ukrywał, że jest to dla mnie wyjątkowo przykra decyzja — podjął po chwili, ponownie kierując spojrzenie ku zgromadzonym. — Gdy jednak ktoś świadomie odwraca się od zasad i naraża własnych współklanowiczów, nie pozostawia mi wielkiego wyboru.
W jego głosie zabrzmiało rozczarowanie.
— Wybrałem właśnie was, ponieważ należycie do Jaśniejących Skrzydeł. Wiele razy udowadnialiście, że potraficie zachować rozsądek tam, gdzie inni pozwalają przemawiać emocjom. Nigdy nie kierowaliście się ślepą złością, lecz zawsze dobrem klanu, i właśnie dlatego wiem, że powierzone wam zadanie wykonacie z należytą odpowiedzialnością.
Na jego pysku ponownie pojawił się łagodny uśmiech.
Nieco cieplejszy niż wcześniej.
Niemal ojcowski.
— Wyruszycie za kilka dni — odezwał się Lśniąca Gwiazda, a jego głos pozostał równie spokojny jak wcześniej, jak gdyby mówił o rutynowym patrolu, a nie o zadaniu, którego ciężar miał na długo pozostać w pamięci obecnych. — Poprowadzicie go wzdłuż Drogi Grzmotu, następnie przejdziecie przez most i skierujecie się do Siedliska Dwunożnych. Dopiero tam upewnicie się, że już nigdy nie odnajdzie drogi prowadzącej z powrotem na nasze terytorium.
Na krótką chwilę zawiesił głos.
— Odbierzecie mu wzrok.
Chrząknął cicho, po czym mówił dalej, nie pozwalając, by cisza przerodziła się w pytania.
— Kiedy Ogryzek opuści obóz, z pewnością będzie próbował przekonać was, że zasługuje na jeszcze jedną szansę. Być może będzie szukał współczucia. Być może spróbuje podważyć słuszność mojej decyzji, przedstawiając siebie jako ofiarę, a nie kota, który świadomie odwrócił się od własnego klanu.
Mówiąc to, nie zdradzał najmniejszych oznak gniewu.
Brzmiał raczej jak mentor ostrzegający uczniów przed niebezpieczeństwem, którego sam doświadczył wiele księżyców wcześniej.
— Chciałbym jedynie, abyście pamiętali, że kot, który raz zdradził swoich współklanowiczów, potrafi niezwykle przekonująco mówić o skrusze, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma już nic do stracenia. Rozpacz często ubiera się w piękne słowa, a strach potrafi nadać szczerości nawet największemu kłamstwu.
Po raz kolejny umilkł.
W jego oczach błysnęła pewność kota przekonanego, że wydawany przez niego rozkaz jest jedynym słusznym rozwiązaniem.
— Dlatego nie możecie mu ufać — powiedział ciszej. — Ani przez jedno uderzenie serca.
Przeniósł wzrok z Różeńcowego Serca na Skrzydlatą Pogoń, a następnie na Wzorzystą Dal.
— A jeśli uznacie, że zamierza uciec... jeśli spróbuje zwrócić się przeciwko wam lub narazi któregokolwiek z was na niebezpieczeństwo...
Urwał na krótką chwilę.
Dopiero wtedy dokończył.
— Natychmiast pozbawcie go życia.
Dzień później…
Lśniąca Gwiazda siedział w milczeniu na chłodnej, skalnej podłodze obozu, pozwalając, by jego uwaga nie skupiała się na całym obozie, lecz na jednej sylwetce znajdującej się nieopodal.
Jego siostra stała pośród wojowników, spokojnie przydzielając kolejne patrole. Mówiła rzeczowo, lecz z charakterystycznym dla siebie ciepłem, dzięki któremu nawet zwykłe polecenia nie brzmiały jak rozkazy, lecz jak naturalna część wspólnej troski o klan. Każdego kota kierowała tam, gdzie najbardziej pasowały jego umiejętności, pamiętając zarówno o doświadczeniu starszych wojowników, jak i o potrzebie zdobywania wiedzy przez młodszych.
Powinien był porozmawiać z nią jeszcze przed powierzeniem jej tego stanowiska. Powinien był sprawdzić, co naprawdę kryje się za jej spokojem, jak daleko sięga jej oddanie i czy w chwili próby wybierze jego stronę, czy też pozwoli, aby własne przekonania stanęły ponad jego decyzjami.
Nie zrobił tego.
Po odejściu Truskawkowego Pola działał zbyt szybko, zbyt pochopnie, pozwalając, aby konieczność natychmiastowego uzupełnienia pustki przesłoniła mu ostrożność, którą tak często wymagał od innych. Teraz musiał ponosić konsekwencje tamtego wyboru — nie w postaci otwartego sprzeciwu, lecz cichej niepewności, która nie pozwalała mu całkowicie odłożyć tej sprawy na bok.
Nie ufał jej w pełni.
Źródlana Łuna nie była taka jak Truskawkowe Pole.
Tamta nigdy nie pytała, czy jego decyzje są słuszne. Nigdy nie szukała drugiego dna w jego słowach i nie zastanawiała się, czy może istnieć inna droga. Jej lojalność była prosta, niemal wygodna — dawała mu pewność, że niezależnie od okoliczności pozostanie po jego stronie.
Źródlana Łuna była inna.
Była bardziej rozsądna. Bardziej samodzielna. Być może nawet lepsza w wykonywaniu obowiązków zastępczyni, lecz właśnie ta cecha sprawiała, że mogła stać się trudniejsza do przewidzenia.
A kotów, których nie potrafił przewidzieć, nigdy nie uważał za całkowicie bezpieczne.
Kiedy ostatni wojownicy otrzymali swoje zadania i zaczęli rozchodzić się po obozie, zastępczyni pozwoliła sobie na krótkie westchnienie, po czym rozejrzała się wokół, jakby dopiero teraz zauważyła, że przez ostatnie kilka chwil cała jej uwaga skupiona była wyłącznie na obowiązkach.
Wtedy ich spojrzenia się spotkały.
Lśniąca Gwiazda nie musiał nic mówić.
Wystarczyło, że uniósł lekko głowę, a na jego pysku pojawił się spokojny uśmiech.
Jego siostra niemal natychmiast odpowiedziała tym samym i ruszyła w jego stronę, omijając mijających ją wojowników oraz uczniów, którzy spieszyli się do swoich własnych zajęć.
— Całkiem dobrze radzisz sobie z obowiązkami zastępczyni.
Kotka parsknęła cichym śmiechem, a jej uszy lekko drgnęły.
— Och, zauważyłeś? — parsknęła.
Jego spojrzenie na moment powędrowało ku pozostałym kotom znajdującym się w obozie, które zajmowały się własnymi obowiązkami, nie okazując najmniejszego niepokoju ani dezorientacji.
Parsknął cicho, pozwalając, aby jego śmiech zabrzmiał odrobinę wymuszenie — nie na tyle, by wyglądał nienaturalnie, lecz wystarczająco, aby zdradzić, że za tym gestem kryło się coś więcej niż zwykłe rozbawienie. Przez moment jeszcze obserwował klan, sprawiając wrażenie, jakby myślami znajdował się gdzieś dalej, jakby wśród znajomych sylwetek próbował odnaleźć odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie wypowiedział.
Potem opuścił wzrok.
Skierował spojrzenie na własne łapy, pozwalając, aby jego postawa stała się odrobinę cięższa, spokojniejsza, bardziej zamyślona.
Nie musiał przesadzać.
Czasami wystarczył drobny gest — krótkie zawahanie, cichszy ton, spojrzenie uciekające gdzieś poza rozmówcę — aby druga osoba sama zaczęła szukać powodów.
— A sądzisz, że… ja również daję sobie radę? — uśmiechnął się słabo, po czym ponownie podjął głos: — Że naprawdę udaje mi się zastępować Jaskółkę? Nawet, jeśli nigdy tego nie planowałem.
Jego głos zabrzmiał ciszej niż wcześniej, z ledwo zauważalnym wahaniem, jakby samo przyznanie się do podobnej myśli wymagało od niego odrobiny odwagi. Nie pozwolił jednak, aby zabrzmiało to jak zwykłe szukanie pocieszenia — nadał swoim słowom odpowiednią powagę, pozostawiając w nich wystarczająco dużo szczerości, aby trudno było odpowiedzieć żartem lub zbyć jego pytanie lekką uwagą.
Nie chodziło o to, aby wzbudzić litość.
Litość szybko przemijała.
Zaufanie natomiast wymagało czegoś więcej.
Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, jak niewiele potrzeba, aby ktoś otworzył się przed drugim kotem. Czasami wystarczyło pokazać odrobinę własnej niepewności, pozwolić rozmówcy uwierzyć, że został dopuszczony bliżej niż inni.
Nie potrzebował jej zapewnienia dlatego, że rzeczywiście nie wiedział, czy sprawdza się jako przywódca. Doskonale znał własne decyzje, własne zasługi i sposób, w jaki klan reagował na jego obecność. Przecież tyle czasu spędzał po prostu siedząc i ich obserwując.
Nie szukał odpowiedzi.
Szukał potwierdzenia.
Nie tego, że jest dobrym przywódcą — to już dawno postanowił sam.
Chciał wiedzieć, czy ona w to wierzy.
Czy w jej spojrzeniu znajdzie zaufanie.
Czy odpowie bez zawahania, czy też pomiędzy słowami pojawi się cień ostrożności, którego nie będzie można już zignorować.
Bo to właśnie takie drobne chwile mówiły najwięcej.
Nie wielkie deklaracje składane przy wszystkich.
Nie słowa wypowiadane podczas ceremonii.
Lecz ciche odpowiedzi udzielane wtedy, gdy nikt poza nim nie słyszał.
<Łuno?>