BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chudy Grzbiet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chudy Grzbiet. Pokaż wszystkie posty

16 lipca 2026

Od Chudego Grzbietu

Końcówka Pory Opadających Liści

Chudemu z pomocą Grubej Ryby udało się wyjąć większość mięsa ze środka wielkiej sowy. Medyk, ignorując ciekawskie spojrzenia, wyrzucił cielsko na zewnątrz, żeby przeschło. Pora Opadających Liści nie była tak ciepła, jak Pora Zielonych Liści, jednak wciąż można było liczyć na słoneczne dni. Chudy trzymał kciuki, że się ładnie osuszy.
Po dwóch dniach doglądania nie było jakoś super dobrze. Bury macał zwłoki z każdej strony, ale niestety wciąż były wilgotne. Czy powinien na nie podmuchać? Może je powachlować? Pokiwał głową, myśląc. Po sekundzie dosłownie uznał, że co mu szkodzi i zaczął dmuchać na zwłoki. Nieopodal zauważył go Gruba Ryba i zaproponował swoją pomoc.
Długo, długo później oba kocury padły zmęczone, Gruby na trawę, a Chudy na Grubego.
— Myślę, że wystarczy — oznajmił bury, sapiąc i dysząc.
Rudy brat ponownie mu pomógł, tym razem zawlec sowę na posłanie asystenta medyka. Chudy wślizgnął się pod nie i wyglądał przekomicznie.
— Dziwne uczucie — burknął, kiedy Gruby wyszedł. — Niby ciepło, ale zimno.
Ściemniło się, a gdy reszta medyków wróciła, darowała sobie jakiekolwiek uwagi na ten temat, chyba zwyczajnie nie mając siły na bezsensowne gadanie do wychudzonego medyka. Po co będą marnować ślinę na tłumaczenie mu, że to nie jest dobry sposób na ogrzanie się Porą Nagich Drzew? Przecież on i tak nie posłucha.
Wieczory były coraz zimniejsze, a koty wyglądały pierwszego śniegu. Chudy spał pod martwą sową, która zaczęła bardzo mocno śmierdzieć. Bury medyk zmartwiony obejrzał ją z każdej strony, by dojść do wniosku, iż gniła od środka. Nie miał pojęcia, którymi ziołami mógł zatrzymać ten proces, więc po chwilowej załamce, po prostu pogodził się z porażką. Może następnym razem będzie miał więcej szczęścia? Trafi mniejszą sowę, świeższą?
Tylko teraz pozostawał kolejny problem… co z nią zrobić? Pomijając już, że całe ciało Chudego śmierdziało tymi smrodkami, więc wziął nieco lawendy i powtykał sobie w przerzedzoną, półdługą sierść. Mało kto by uwierzył, kiedy by powiedział, że kuracja dziwnymi ziołami działała. Codziennie jadł liście pokrzywy, których zapas niestety mu się kończył, a i czasami miał bóle brzucha od tejże kuracji. Mimo to zaczął zauważać efekty! Chociaż powolne, to jednak. Nie zamierzał spoczywać na laurach, planując na Porę Nowych Liści kolejne mieszanki, może stworzenie maści, zamiast jedzenia. O ile ususzone liście łatwiej przechować, tak maść mógł zrobić w każdej chwili, żując rośliny, dodając wodę i mieszając.
Wracając jednak Chudy Grzbiet wpadł na pomysł, by chociaż oskubać tego ptaszora. Niechże ma jakikolwiek pożytek z tego wszystkiego! Wkurzony zaczął skubać skrzydła sowy, a potem odłożył je na bok. Gdy miał pokaźną górkę, poprosił Nocnego Śpiewaka, by pomógł mu pozbyć się tego zgniłego truchlaka. Następnie, już wieczorem, bo tak długo to wszystko trwało, powtykał pióra w swoje mchowe legowisko, żeby chociaż trochę bardziej je ogrzać.

~*~

Następnego dnia obudził się z kaszlem, myśląc, że zaraz wypluje płuca.
Odezwało się, spanie pod trupem, pomyślał. Gdyby lepiej go wysuszył, może by uniknął choróbska!
Kaszląc wniebogłosy i budząc tym każdego dookoła, zrobił sam sobie przegląd, ale Roztargniony Koperek wkurzony postanowił wstać i mu pomóc. Niedawno liliowy go adoptowało, więc pewnie poczuwało się do dbania o przybranego, brzydkiego syna. Chudy pomruczał nieco, kiedy Koper zaoferowało pomoc, a to go zgromiło spojrzeniem, a potem dało reprymendę za te wszystkie głupie rzeczy, które robił ostatnimi dniami. No bo kto to słyszał trupa znosić do legowiska!
Diagnoza była prosta: biały kaszel. Raz-dwa liliowy medyk zabrał się za tworzenie mieszanki ziół, a potem wepchnęło ją buremu do gardła.
Chudy Grzbiet padł wycieńczony na swoje posłanie, zwinął się w kłębek i żałował, że nie ma grubego futra jak inni. Chciałby mieć taką izolację, nie chorować, nie musieć wymyślać tych wszystkich innowacji, za które pewnie niektórzy by go nabili na patyk.
Westchnął cicho, zakrywając łapami pysk, po chwili odpływając do krainy snów.
Wyleczony: Chudy Grzbiet

Od Chudego Grzbietu CD. Roztargnionego Koperku

Porą Zielonych Liści

Nastała Pora Zielonych Liści i piękna, acz naprawdę gorąca pogoda. Taka wręcz nie do życia zwłaszcza dla pewnego wychudzonego jegomościa, który sierści miał jak na lekarstwo, a wszak wiadomo, iż gęsta okrywa włosowa chroniła przed upałami. Cóż... nie u Chudego. Bury asystent medyka cierpiał prawdziwe katusze, smażąc się na słońcu jak jajka na patelni. Mało brakowało, by mu coś zaczęło skwierczeć. Mimo tego dzielnie wykonywał swoje obowiązki i w dalszym ciągu robił eksperymenty z maścią na porost włosów. Właśnie coś mu brakło jakichś ziół do kolejnej już mieszanki, wiec pomyślał, że po nie pójdzie. Wszedł do legowiska medyków po kilka dużych liści, kiedy to dostrzegł byłego mentora. Kot, który nie miał z nim łatwego treningu, a jednak poniekąd wziął na siebie ułożenie niesfornego żyjącego szkieletu. Chudy do dziś pamiętał wielki ochrzan po akcji z kocimiętką i to niezadowolone spojrzenie, gdy przebił sobie ucho z bratem. Zupełnie jakby... jak ojciec? Bury nigdy nie miał tego luksusu posiadania figury ojcowskiej w życiu, to też nie miał pojęcia czy mógł w ogóle myśleć o Koprze w ten sposób. Poza tym, czy kot w ogóle by chciał takiego zabiedzonego kota na coś à la "syna"? Miało już dwie córki, więc nie wiedział, czy było tam miejsce, ale Chudy był drobny, to może by go wcisnął gdzieś... Przełknął gulę w gardle. Od dłuższego czasu nad tym myślał. O tym, jak określić ich aktualną relację i czy mógłby zyskać w Koprze coś na wzór ojca... O ile ono by chciało. Bardzo sztywnym i niezręcznym krokiem postanowił podejść do liliowego. Wyglądał, jakby miał zaraz zejść.
— Hej — miauknął z chrypą. — P-Pójdziemy po zioła?
Liliowy zbierał właśnie rozsypane ziarenka maku, więc dokończyło swoje zajęcie, nim odwróciło się w stronę stojącego za nim chudzielca.
— Wyglądasz strasznie. Wszystko dobrze? — zapytało troskliwie, strzygąc uszami. — Witaj Chudy Grzbiecie. Możemy iść po zioła, oczywiście — uśmiechnęło się lekko.
Chudy pokiwał głową, ale się nie odezwał. Machnął nerwowo ogonem, a gdy liliowy zgodził się pójść, wyszedł przodem. Szli w dziwnej ciszy, a trawa chrupała pod ich łapami. Chudy Grzbiet drapał się co chwila po boku lub łapie, co chyba już było jego tikiem nerwowym. Niebieskie oczy skakały z rośliny na roślinę, bo nie potrafił skupić uwagi na niczym konkretnym. Dlaczego tak się stresował? Przecież Koper go nie zje… chyba.
Dotarli do miejsca z potrzebnymi ziołami. Chudy Grzbiet bez słowa zaczął zrywać pędy, szukając w tym samym czasie innych roślin, które mogłyby się przydać. Zerkał co chwila na Asystenta Medyka, a łapy mu drżały.
Po dłuższym czasie w końcu przełknął gulę w gardle.
— Hej... — zaczął, nieco się wahając. Czy powinien poruszać ten temat? — No bo ten... tak się mną zajmujesz, odkąd byłem Twoim uczniem i nawet wcześniej... I tak się zastanawiam…
Roztargniony Koperek nadstawiło uszu, słysząc nieco zachrypnięty najwyraźniej z nerwów, głos kocura.
— Nooo...? — zachęcił go do kontynuowania.
Mówił całkiem szybko, a jego oczy uciekały wciąż na boki, unikając kontaktu wzrokowego. Przysiadł z tego wszystkiego i zwiesił łeb. Czemu się wahał? Przecież znali się tyle księżyców, a najgorsze (chyba) co mógł dostać w odpowiedzi, to "nie". Więc dlaczego nie mogło mu przejść przez gardło to pytanie? Bo zawsze byli tylko sierotami, odkupionymi od jakiejś samotniczki? Nigdy nie zostali w pełni członkami klanu? Czy to mogła być przyczyna?
Liliowy spojrzało na młodszego asystenta medyka i zmrużyło oczy.
— Na pewno nie jesteś chory? — podpytało, chyba dla świętego spokoju. Zauważyło jednak zakłopotanie swojego byłego ucznia i odrobinę położyło uszy po sobie, a następnie kiwnęło głową na znak, że zrozumiało, dając mu więcej czasu, by to z siebie wydusić.
Bury westchnął ciężko. Słabo mu szły takie poważne rozmowy, które nie były kłótniami. On… on czasami powątpiewał czy w ogóle nadawał się do życia w społeczeństwie. Wszystko było takie... skomplikowane.
W końcu podjął ponowną próbę, przełykając głośno ślinę.
— Mam takie eeee pytanko — mruknął, drapiąc się po szyi. — M-Mogę Ci mówić tato?
Słysząc pytanie, zacisnęło usta i odwróciło wzrok w bok, żeby nie parsknąć śmiechem.
— Na Mroczną Puszczę... — wymsknęło się jeno. Przejechało łapą po twarzy, usiłując utrzymać ten sam wyraz twarzy, ale widać było po jeno, że najchętniej położyłoby się na ziemi, rechocząc wniebogłosy. — Ale ty tak poważnie? — zapytało, marszcząc brwi.
Chudy momentalnie poczuł, jak pieką go uszy oraz kościste policzki. Najeżył rzadką sierść na grzbiecie, odwracając zażenowany głowę. Reakcja Kopra była bardzo wymowna. Jakby załamało nad nim łapy...
— N-N-No, ale o co Ci chodzi! — miauknął zażenowany i zawstydzony Chudy. — Zawsze mi pomagałoś i w ogóle! Plasterki z liści mi robiłoś, a potem wzięłoś na ucznia i nawet dostawałem od Ciebie ochrzany i szlabany! Jakbyś był moim ojcem! — wykrzyczał skrępowany. Patrzył, jak Koper zakrywa łapą pysk. Chudy położył po sobie uszy. — No i czego się chichrasz?! — burknął.
— Bo się jeszcze popłaczesz. Spokojnie — spoważniało, wzdychając cicho. — Mentor może mieć podobne zadania co ojciec, wiesz? Rozumiem, że Ci go brakuje... I że możesz w nim odnajdywać mnie — przerwało na chwilę, wpatrując się we własne łapy, jakby szukało odpowiednich słów. — Jednak słyszałeś sytuację, gdy to mentor dawał reprymendy swojemu uczniowi i... — znowu przerwało i przybiło sobie piątkę z czołem. — Nie jestem pewne, czy byłbym do tego odpowiednie, wiesz? — burknęło.
— Tak, na poważnie! Żebyś wiedział! Chcę takiego gbura i wredotę jak Ty na ojca, powinieneś się cieszyć, do diaska! Nawet rodziców ciężko mi znaleźć no...
Machnął nerwowo ogonem, szorując nim po trawie. Zaczął powoli żałować tego pytania. Ośmieszył się tylko bardziej, ale co mógł poradzić? Dla takiej sieroty jak on, którą każdy kopie z kąta w kąt kot jak Koper naprawdę był na wagę złota. Nawet jeśli go nie lubił, to się nim zajmował. Poza tym nie prosił, by Koper adoptowało też jego braci... więc by miał tylko jedno dziecko ekstra, a nie trójpak!
Zastrzygło uszami, słysząc zakłopotanie młodszego asystenta. Pokręciło z politowaniem głową.
Liliowy skopało kamyk leżący nieopodal, mrużąc niebieskie oczy. Słysząc dalszą wypowiedź burasa, prychnęło cicho i rzuciło mu wyraźnie niezadowolone spojrzenie. — Gbura i wredotę? — zapytało osłupiałe, a następnie zaczęło się śmiać. — Bardzo mi miło wiedzieć jak mnie postrzegasz, głupi badylu — uśmiechnęło się, a następnie położyło mu łapę na głowie lekko, roztrzepując mu futro.
Chudy uszy miał nisko, a pyszczek zrezygnowany, kiedy słuchał tego, co mówiło asystent medyka. Widział, jak Koper przybiło piątkę z czołem i Chudy przewrócił oczami. Co za kot!
— To nie tak, że brakuje mi ojca... — szepnął, ale tak by Koper słyszało. — Ty po prostu... uh.
Przerwał na chwilę, by przełknąć ślinę i powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Czy to był wstyd, a może skrępowanie? Przygnębienie, bo nie dostał pozytywnej odpowiedzi? Jeśli Koper nie czuł się dobrze w roli ojca, to dlaczego miał córki? — Ty po prostu jesteś blisko mnie... — wydusił z siebie. — I mojego... ugh, serca. Bo wiesz, też mam taki narząd w sobie.
— Oh no oczywiście, że masz, bez niego byś nie żył — miauknęło, uśmiechając się odrobinę głupio. — Rozumiem — dodało po chwili.
Chudy został poczochrany po głowie, a jego trzy włoski zmierzwione i teraz każdy stał w innym kierunku.
— Nie musisz być odpowiednie… — mruknął cicho, patrząc w innym kierunku. Końcówki uszu bardzo go piekły, a serducho biło szybko. Kto by przypuszczał, że będzie odbywać kiedykolwiek taką rozmowę?! — Po prostu... no... bądź tam gdzieś obok... — wydusił resztę swoich myśli.
— Hmm... No dobrze — miauknęło, uśmiechając się lekko, co było zdecydowanie czymś nowym. — Jestem obok prawie cały czas, Chudy — dodało. Słysząc oburzenie kocura, parsknął śmiechem. Spojrzało na swoje dzieło na głowie Chudzielca, zabierając łapę.
Chudy zmarszczył brwi, kiedy Koper zostawiło na jego głowie roztrzepane dzieło. Z jednej strony uroczo, a z drugiej... on i tak miał tam trzy włoski!
Bury na chwilę zamilkł i rozejrzał się po trawie, jakby myślał jeszcze. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na Kopra, gdy dotarło do niego, jak został nazwany.
— Jesteś gburem, nazywam rzeczy po imieniu — orzekł swoim zwyczajowym tonem. — Poza tym… Ja?! Głupi Badyl!? Wypraszam sobie!
— Tak, ty! Głupi Badyl. Chyba nie powiesz mi, że nie? Też nazywam rzeczy po imieniu — rzuciło z uśmiechem, a następnie po chwili ciszy przytuliło go. — To mówisz, że mam być twoim ojcem? Jasne, ale dostajesz podwójne reprymendy — uśmiechnęło się odrobinę złośliwie.
Słuchał liliowego, a gdy ten się uśmiechnął, poczuł ciepło na sercu. Chyba nigdy dotąd... Nie widział, jak asystent medyka się uśmiechał? Czy to była jego zasługa? Koper cieszyło się, że Chudy jednak odważył się zapytać? Otworzył zszokowany pyszczek i mógłby przysiąc, że zapiekły go policzki. To było takie dziwne...? Radość? Bo wywołał u Kopra delikatny uśmiech? Wiec był do tego zdolny... woah! Aż Chudy sam krzywo się uśmiechnął. Serce mu rosło, widząc to wszystko, a nowa nadzieja na normalne życie wstąpiła w jego duszę. Kiedy jednak Koper zaczęło go wyzywać od badyli, na nowo się obruszył.
— Akurat mózg mam duży! Wzniosę medycynę Klanu Wilka tak wysoko, że wszystkie klany będą nam zazdrościć! Wtedy nie będziesz mógł mnie wyzywać od Głupich Badyli! — odparł dziarsko, a na jego pysk wstąpił zaczepny wyraz, jakby rzucał kotu medyczne wyzwanie. Po sekundzie... Koper go objął łapami. Pierwszy raz, odkąd się znali, odkąd Chudy w ogóle przyszedł na ten świat, ktoś go przytulił i nie był jego bratem. Serce zaczęło szybko mu bić z tych wszystkich emocji. Wtulił krótki pyszczek w bujną sierść starszego medyka. Wciągnął nosem jego zapach, kojący i taki... taki swój. Bezpieczny, kojarzący się właśnie z zaufaniem. Kiedy jednak kot odezwał się ponownie, sielanka została zburzona jak domek z kart.
— Reprymendy?! Niby za co! Czemu! Powinieneś mnie chwalić i eeeee kochać, o! Ojcowie są od kochania i rozpieszczania! Od przytulania, kiedy dziecko ma koszmary! I... i eeee od grania z nimi kulką mchu!

<Koper? :3 >

10 lipca 2026

Od Chudego Grzbietu

Nadeszła Pora Opadających Liści. Pora niby zimna, ale jeszcze miała nieco ciepłych dni. Bury młody medyk jak zwykle pomiędzy leczeniem kotów, robił eksperymenty. Ciekawiły go nowe mieszanki ziół z różnych pór roku. Czy miały odmienne działanie? Jeśli zmieszałby przebiśnieg z ich dostępnymi ziołami, to odkryłby coś nowego? Może zamiast wody dodałby innej płynnej substancji? Miód? Ślinę? Krew? Chociaż krew chyba nie była najlepszym pomysłem…
W każdym razie kończył aktualnie leczenie infekcji gardła u Wilgowej Goryczy. Cały czas mamrotał do siebie, czym niewątpliwie zrażał pacjenta, ale co go to obchodziło. Były ważniejsze rzeczy na głowie!
Kiedy skończył, kocur wyszedł z zaleceniami dalszego dbania o siebie. Chudy mógł chwile odsapnąć. Gdy jednak odpoczywał na swoim posłaniu, do nory weszła nikt inny, jak Cisowe Tchnienie. Chudy podskoczył w miejscu, a po jego kościstym grzbiecie przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Czmychnął pod pretekstem spaceru, zostawiając szylkretkę za sobą.
Wyszedł z obozu i błądził wśród przyrody Pory Opadających Liści. Ostatnie roślinki wystające spoza kolorowych liści próbowały złapać nieco słońca. Chudy niewiele myśląc, zgarnął kilka ładnych liści. Czy mógłby ich użyć jako peleryny? Skleić żywicą i stworzyć kubraczek na zimę? Jeśli tak, potrzebował ich więcej!
Zaczął się rozglądać i coraz głębiej brnął w dobrze znany las. Wielkie drzewa otaczały go z każdej ze stron, ale niestety wśród tylu iglaków, musiał się nieźle naszukać liściastych odmian. Dzięki temu lub przez to trafił w dalszą część terenów Klanu Wilka. Gdy brodził wśród leśnego poszycia, trafił na martwe ciało jakiegoś zwierzęcia. Wyglądało to na coś jak drapieżny ptak. Chyba sowa, jeśli się nie mylił… a może jastrząb? Ale czy jastrzębie polowały w tak gęstych lasach? Cóż, ekspertem nie był, a śmierdzące zwłoki raczej nie powiedzą mu, kim były.
Kiedy już miał odchodzić, do głowy zawitał mu nowy, nowatorski pomysł. Może zamiast liści… użyłby skóry tego ptaka? Przecież pióra miały zdolność izolacji temperatury… inaczej te ptaki ginęłyby Porą Nagich Drzew.
Niewiele myśląc, zgarnął dużo większe cielsko od siebie. Trzymając je zębami, wywalając wcześniej garść liści, powoli, ale wytrwale, pociągnął je do obozu. Gdy dotarł, Gruba Ryba postanowił mu pomóc.
— Co tam ciągniesz? — zagaił, podchodząc z jednej strony.
Chudy, bardzo zdyszany i chudszy, niż zwykle, odpowiedział;
— Chyba mój nowy kubraczek.
— Kubraczek? — powtórzył.
— Tak! Jak mi pomożesz je zawlec do nory medyków, to oddam Ci wnętrzności. Wyglądają całkiem nieźle, może są nawet zdatne do zjedzenia — miauknął, przedstawiając bratu ofertę.
Rudy się zgodził, łapiąc w zęby z drugiej strony i już wkrótce oba koty ciągnęły sowę do nory. Gdy dotarli, Gruby pomógł Chudemu wyciągnąć z rozdartego już brzucha drapieżnika flaki, po czym Gruby zaczął je sobie przebierać na podwieczorek.
Chudy patrzył na ptaka, a w jego głowie powstawał zupełnie nowy plan działania.

Wyleczeni: Wilgowa Gorycz

26 czerwca 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Cisowego Tchnienia

Przeszłość

Chudy nigdy nie był zbyt blisko z Cisowym Tchnieniem. Kotka zajmowała wysoką pozycję w Klanie (a przynajmniej tak myślał Chudy), więc bury wyczuwał pomiędzy nimi przepaść nie do przeskoczenia. O ile Roztargniony Koperek go szkolił, było ono również po prostu… przystępniejsze. Bez tego zimnego, oceniającego spojrzenia. Jakby sam wzrok głównej Medyczki mógł przeczytać z myśli Chudego, co planuje dzisiaj robić, albo czy coś przeskrobał. Chociaż w większości przypadków bury młody medyk był raczej klanowym klaunem, ciągle robiąc jakieś głupie występki, tak też nie wykluczało to przecież używania takiego zachowania jako przykrywki do niecnych planów. Co prawda Chudy raczej strategiem nie był, ale nigdy nie powinno się wykluczać takiej opcji, nie? Właśnie przez to głównie czuł dystans do Cis. Jakby ona nigdy mu nie ufała, jakby w ogóle go nie lubiła, odkąd pierwszy raz postawił łapę w legowisku medyków. Ciągle miał wrażenie, jakby jego trzy włoski na grzbiecie jeżyły się losowo w ciągu dnia, pod wpływem wzroku starszej, zimniejszego od lodu. Wychudzony kocurek uważał poniekąd, że powinna już dawno pójść na emeryturę, ale z drugiej strony wiedział też, iż miała na pewno rozległą wiedzę. O ziołach, chociaż zapewne nie tylko…
Dlatego też tym razem zagrodził jej drogę. Od dłuższego czasu Chudemu chodziło po głowie zapytanie kotki o jakieś konkretne pomysły na mieszanki ziół, które może rozwiązałyby problemy skórne burego. Zawsze jednak w ostatniej chwili się wahał i odpuszczał, bo koniec końców był tylko tchórzem. Dziś jednak kotka zdawała się w niezłym nastroju, o ile można było to tak nazwać…
— O co chodzi? — zapytała go, gdy ten patrzył na nią z wahaniem.
Otworzył pyszczek, zamknął go, machnął nerwowo cienkim ogonem.
— Czy eee… masz może pomysł na jakąś mieszankę ziół, która pomogłaby mi z suchą skórą…? No bo jesteś starsza stażem i w ogóle, może gadałaś z innymi medykami z klanów i coś tam słyszałaś. No bo wiesz, że ja taką tę skórę mam no… jak ziemia w Porę Zielonych Liści, heheh…
Popatrzyła na niego karcąco, a Chudy momentalnie napiął się jak struna. Skulił się w sobie niczym kocię.
— Jako medyk masz się skupić na leczeniu kotów. Nie na jakichś kocięcych marzeniach.
Młody medyk położył po sobie uszy, jego ogon przestał nerwowo drgać, opadając ze zrezygnowaniem. No tak… to kocięce marzenie… próba bycia normalnym, tak jak wszyscy, ale widocznie nie dla wszystkich miało to, tak samo duże znaczenie. Bury krzywo się uśmiechnął, mimo rozdzierającego smutku i jakby wielkiego głazu przygniatającego jego chęci oraz ambicje.
— No tak… — mruknął niezręcznie, przełykając wielką gulę, która ugrzęzła mu w gardle.
Na co on liczył? Iż Cisowe Tchnienie naprawdę da mu wskazówki? Że go zrozumie, spróbuje wesprzeć? Szylkretka była poważana w klanie dużo bardziej, niż on, w dodatku przeżyła więcej, dlaczego więc przyszło mu na myśl, iżby miała pochylić się nad tak prozaicznym problemem, jakim była jego skóra? Nie dorastał jej do pięt, czuł, jakby w ogóle nie powinien się do niej odzywać bez ważnego powodu. Istotnego nie według jego miar, a klanowych - jak na przykład potencjalne zagrożenie z czyjejś strony, lub zasłyszana niepokojąca plotka. Chudy Grzbiet był na pewno w oczach kotki zwykłym desperatem, żałosnym, niegodnym zaufania.
Uszy przykleił jeszcze mocniej do czaszki, nim podziękował i uciekł w popłochu niczym zając.

Teraźniejszość

Śmierć starszego, Bladego Lica zaskoczyła wszystkich. Przynajmniej takie było wrażenie, gdy koty plotkowały na prawo i lewo po tej tragedii. Jedynie Zalotna Gwiazda zdawała się mieć ten sam, poważny wyraz pyska jak zawsze. Chudy słyszał, że zabiła swojego poprzednika, toteż nigdy nie opuszczał w pobliżu kotki gardy, ba, ważył każde słowo, jakby miał pazury liderki na gardle. Kotka przerażała samą swoją prezencją, ozdobiona bliznami, postrzępionym futrem i oceniającym, przeszywającym duszę spojrzeniem. Każdy oddech w jej towarzystwie mógł być tym ostatnim.
Chudy Grzbiet nie zdziwił się, więc gdy słyszał plotki, a były najróżniejsze. Przede wszystkim ta o gałązce cisu przy ciele zmarłego. Ponoć koty z patrolu, który odnalazł ciało, podzieliły się taką informacją. Mało tego, przecież niedawno Blade Lico oraz Cisowe Tchnienie zostali oficjalnie parą. Kotka musiała przeżywać głęboką żałobę po ukochanym.
Bury medyk po tej tragedii obserwował kocicę bardziej niż zwykle. Oczekiwał płaczu, żalu, może nawet przerwy w pełnieniu obowiązków, jednak… nic takiego nie nastąpiło. Cisowe Tchnienie wciąż była tak samo oziębła, jak zwykle, nie płakała po nocach, co Chudy by wiedział, wszak mieszkali razem w jednym legowisku. Po szylkretowej kotce jednak nie było widać ani grama rozpaczy. Dlaczego? Chudy dzień i noc zastanawiał się nad tym zjawiskiem. Przecież normalnie, jeśli koty się kochają, to powinny płakać po stracie partnera, prawda? Czemu więc Cis tego nie robiła? Lub robiła, ale tak cicho i dyskretnie, by żadne oczy oraz uszy nie mogły tego dostrzec…? Bury nie mógł wyrzucić tej kwestii z głowy. Jeszcze ta gałązka cisu przy ciele. Czy Blade Lico był tak zdesperowany, by popełnić samobójstwo? Wszak wiadomo, że cis jest szalenie trujący!
Może… Może Chudy wysnuwał błędne wnioski? Niby nie znał starszego jakoś dobrze, ale przez liczne karne sprzątania oraz karmienia starszych wiedział tyle, iż nie był on desperatem. Ba, nie miał depresji, żadnych stanów lękowych, dlaczego więc miałby posunąć się do czegoś tak drastycznego, jak odebranie sobie życia? Chociaż… jego ciało miało również ślady pazurów jakby po walce. Czy to możliwe, że został zamordowany z premedytacją? Niby koty tak szepczą… Może Blade Lico komuś zawinił? Czy płacił za grzechy popełnione kiedyś, nim Chudy zjawił się w tym klanie? Na Mroczną Puszczę… to wszystko było zbyt zagmatwane.
Jedno jednak było pewne - brak głębokiej żałoby u Cis wywoływał w Chudym prawdziwy strach. Jeśli kotka była tak wyprana z emocji, by nawet nie płakać po zmarłym partnerze, to musiała być jakaś psychiczna. Pewnie jej ktoś mózg przeprogramował, w co Chudy mógłby uwierzyć… w końcu mieszkali w Klanie Wilka. Czy można było tu mówić o powiązaniach pomiędzy medyczką a śmiercią starszego? Gałązka cisu przecież wskazywała na skojarzenie z imieniem szylkretki.
Myślenie o tym powodowało w Chudym przerażenie. Prawdziwą obawę o swoje życie zaczął odczuwać, gdy kotka któregoś razu spojrzała na niego tym swoim spojrzeniem, jednak Chudy dostrzegł w nim coś jeszcze. Nie śmiał oskarżać medyczki o takie drastyczne rzeczy… przecież nic nie zostało udowodnione! On był po prostu głupi, myśląc, że Cis mogłaby zrobić coś takiego! Tak, to na pewno to. Może… Może ktoś chciał wrobić medyczkę?
Co prawda Chudy ograniczał swoje interakcje ze starszą, jednak musiał ją o to zapytać. Nie mógł spać po nocach przez nawiedzające go myśli o tej tragedii.
Dlatego też pewnego ładnego wieczora, podszedł do kotki na uboczu. Nie było dookoła nich kotów, czym Chudy potencjalnie ryzykował brak świadków, ale martwy i tak nic nie zdziała. W końcu Cis nigdy go nie lubiła, a nie miał pewności czy teraz gdy zacznie wściubiać nosa w nie swoje sprawy, nie zostanie uciszony.
Podszedł do niej, próbując zamaskować drżenie łap. Mógłby to, co prawda zrzucić na swoją kondycję, w końcu on ciągle się telepał, ale czuł, że kogo jak kogo, ale Cis nie wyprowadzi tym w maliny. Wziął więc wdech, nieco zestresowany, nim wyrzucił z siebie pytanie.
— Jak się czujesz po stracie partnera, Bladego Lica? — miauknął. — Czy… mogę Ci jakoś pomóc?

<Cis? :3 >

14 czerwca 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Jesionowej Łapy (Jesionowej Szadzi)

Słońce paliło niemiłosiernie, zwłaszcza biedny grzbiet burego medyka, który miał rzadką okrywę włosową. Nic nie chroniło go przed tym ostrzałem z niebios, tak więc zwyczajnie się smażył, i to niestety, dosłownie. Przemykał między krzewami, drzewami i cieszył się z tego, że żył w Klanie Wilka, a nie na przykład Burzy. Słyszał, że ich tereny to same równiny... więc prawdziwa patelnia w letnie dni. On by tam umarł. Dosłownie zapewne. Chociaż może, gdyby się urodził w innym klanie, to i wyglądałby inaczej? Kto wie...
Dzień mu mijał na porządkowaniu ziół według wielkości na polecenie Roztargnionego Koperku. Kot wybył wraz z Cis na uzupełnienie zapasów, to też chwilowo został sam. Marudził sobie pod nosem, kiedy wyszedł na chwilę rozprostować kości. Przyuważył swojego brata, Grubą Łapę, który markotnie i wolniej, niż zwykle, szedł na trening. Chudy Grzbiet zastanawiał się poniekąd, jak długo kocur będzie na tym stanowisku. Bał się o jego głowę, kiedy Zalotna Gwiazda go dorwie...
Następnego dnia ponownie, zauważył swojego brata, który z dziwnym wyrazem pyska wyszedł niechętnie z legowiska. Na polecenie mentorki musiał wyjść na patrol. Chudy i tak nie spał, bo zło nigdy nie śpi, więc do niego podszedł.
— Hej, Grubasku, kiepsko wyglądasz — miauknął z nieukrywanym zmartwieniem. Rudy obrzucił go spojrzeniem zaczerwienionych oczu. Ziewnął przeciągle.
— Spać nie mogę — burknął. — A tamta mi każe na treningi chodzić…
Chudy zastrzygł uszami. Problemy ze snem…?
— Może zajrzysz do mnie po treningu? — zaproponował z tym swoim krzywym uśmiechem.
Gruby zamlaskał kilka razy, końcowo zgadzając się na propozycję brata. Następnie, plącząc łapy z ogonem, poszedł do mentorki. Chudy naprawdę widział, że nęka go bezsenność. Był ciekaw przyczyny, których mogło być naprawdę dużo, a większość, których można łatwo wyeliminować. Wiedział, iż jego brat nie należał do najprostszych kotów, dlatego nie zdziwiłoby go, gdyby to przez wyczerpujące treningi mentorki miał taki kłopot. W końcu kotka, nie widząc efektów, na pewno mocniej go cisnęła.
Wieczorem tak jak się spodziewał, zobaczył płaski pyszczek rudego brata. Zerwał się na krzywe nogi, by go powitać. Zabrał Grubego do swojego posłania, pełnego dziwnych ziół i nieudanych maści, leżących na liściach lub kawałkach kory.
Odsunął je pospiesznie, by nie przeszkadzały.
— No, to jak dziś było? — zapytał bury.
— A weź, nic nie mów — miauknął rudzielec.
— Nie masz przypadkiem problemów z zaśnięciem? Może przypałętały Ci się jakieś złe nawyki?
Chudy najlepiej jak potrafił, zrobił z bratem wywiad. Dogłębnie wszystkiego się dowiedział, a na tej podstawie postawił diagnozę bezsenności. Wymyślił plan dla Grubego, by poprawić jego komfort.
Kiedy Gruba Łapa otrzymał zalecenia, Chudy Grzbiet polizał go po tłustym policzku. Ze łzami w oczach wręcz, żegnał braciszka, kiedy ten szedł na zasłużoną drzemkę. Bury medyk wykłócił się przy okazji z mentorką rudego o wolne dla Grubej Łapy na następny dzień.
Kiedy kotka niezadowolona poszła sobie nie wiadomo gdzie, Chudy wypiął jej język na pożegnanie. Tak, żeby tego nie zobaczyła, bo życie było mu miłe. Odwrócił się na pięcie i sam polazł na kawałek mchu wypełniony różnymi ziołami.

~*~

Następnego dnia z rana zajął się medykowaniem, a później eksperymentami. Wciąż czegoś mu brakowało, jakby pokrzywa z wodą nie była wystarczająca do jego maści… zastanawiał się tylko, co mogło stanowić ten zaginiony element?
I tak główkował, główkował, aż nie przypomniał sobie o znalezionym niedawno i kwitnącym drzewku. Problem jednak stanowiło samo wejście po jego pniu, by zdobyć liście oraz kwiaty. Gdyby tylko… rozejrzał się po obozie, szukając sobie ofiary.
Jego oczy dostrzegły Kajojeje. Piękna liliowa była już samotniczka kroczyła wdzięcznym krokiem przez obóz. Kimże byłby Chudy, gdyby nie podszedł? Dawno nie miał okazji jej pomarudzić! Dodatkowo może kotka zostanie jego pomocnikiem?
Tak więc swoim zwyczajowym, nieco sztywnym krokiem i ze skrzypem kości, ruszył ku uczennicy. Kotka aktualnie zaczęła myć futerko po treningu, więc po prostu się dosiadł. On rzadko używał języka do kąpieli. Raczej wolał piasek tak jak ptaki. O! Czy to oznacza, że Chudy miał w przodkach ptaka?
Klapnął obok niej i kątem oka podziwiał piękną szatę. Naprawdę, ileż on by oddał za taką sierść...
— Ostatnio słońce próbuje mnie usmażyć żywcem — miauknął, drapiąc się w bok. Trochę jego rzadkich włosków poleciało w przestworza. — Ej w ogóle wiesz co? Ostatnio tak sobie myślałem i pomyślałem, że pora zmienić coś w sobie. No wiesz, bo raczej przystojniejszy, niż teraz nie dam rady być — miauknął, ukrywając gorzki żal. — Więc od kilku dni jestem poważnym medykiem! Możesz się do mnie zwracać Panie Poważny Medyku Chudy.
Jesionce nie umknęło, kiedy chudzielec się do niej dosiadł. Wiedziała, że on na pewno chce zacząć, więc tylko czekała, aż coś wycharczy.
— W porządku, Panie Poważny Medyku Chudy, ilu pacjentów masz zamiar wyleczyć w swoim świetlistym życiu? — zapytała, uśmiechając się ciepło.
Chudy odwzajemnił lekko uśmiech, kiedy usłyszał swój nowy tytuł.
— Oh tak. Będę miłym Chudym — miauknął. — Dopóki ktoś mnie nie wkurzy.
Słysząc pytanie kotki, przekrzywił głowę.
— MNÓSTWO! — odparł bez zawahania. — Będę najlepszym medykiem w tym Klanie! Ba, w LESIE. Zobaczysz, wynajdę takie mieszanki, o jakich ta wiocha nie słyszała! Przestaniecie się w końcu śmiać z medyków, o!
Aż musiał złapać wdech po tym monologu, bo trochę go przytkało. Odchrząknął i zakasłał kilka razy.
— Ale co ważniejsze, moja droga — zaczął ponownie. — Widziałem Cię tam z tą nową śliczną koteczką. Co Wy tam tego śmego?
Jesionowa Łapa zaśmiała się cicho. Na jego pytanie, kotka zastrzygła uszami i zaczęła unikać wzroku burasa. Nie umknęło to kościstemu młodszemu.
— Wiesz... trzeba mieć czasem przyjaciół. Miodowa Łapa jest bardzo sympatyczna i przyjemnie jest z nią rozmawiać. Nie ma kija w zadzie, w przeciwieństwie do niektórych kotów.
Chudy zamrugał kilka razy oczami. Przyjaciół... czy on miał takowych? Koper się liczył? A jego bracia? Chociaż chyba, jeśli to rodzina to nie liczą się jako przyjaciele? Nie wiedział. Czy zatem Kalinowy Powiew mógłby określić mianem "przyjaciółki"? Patrząc na ich stosunek, zapewne nie bardzo...
Skrzywił pysk i prychnął pod nosem. Koniec końców nie miał tych magicznych przyjaciół.
— Zgadzam się. Leczyłem ją ostatnio. Słodsza od miodu i wydaje się głupiutka. Pewnie to cecha wszystkich pieszczochów — stwierdził. — Największego kija w tyłku ma nie kto inny jak nasza wspaniała Liderka-tyranka Zalotna Gwiazda. Tylko nie mów jej, że Ci powiedziałem jej sekret. Ona udaje, że jest inaczej, ale wszyscy wiedzą.
Zakryła usta łapą, by ukryć uśmiech z rozbawienia.
— Nie mam zamiaru z nią rozmawiać w żadnym przypadku. Wystarczy, że ją widzę od czasu do czasu. Ona chyba też ma mnie całkowicie gdzieś — wyjaśniła. — I bardzo dobrze.
Chudy Grzbiet pokiwał głową z dumą. Szybko się uczyła ta piękna uczennica. Gdyby chciała, Chudy nauczyłby ją tego i owego na temat ziół, ale z tego, co pamiętał, kotkę to nie interesowało. Pozostała mu więc samotna adoracja cmentarzyków z pokrzywy, maku i kocimiętki.
Po chwili wpadł na pomysł.
— Ej! A chcesz mi pomóc?
Kotka spojrzała na niego z delikatnym ruchem brwi.
— Jasne, co tam?
— Użyjesz swoich umięśnionych łap i zerwiesz dla mnie trochę liści oraz kwiatów z drzew. Ale! — przerwał dramatycznie. — Będziemy musieli znaleźć to drzewo, bo niby pamiętam, gdzie jest, ale nie do końca…
Podrapał się pazurem w policzek, tak jakby wyrażał zakłopotanie.
Pręguska otworzyła szerzej oczy, a zaraz potem nieco się rozluźniła.
— No dobra — odchrząknęła i wstała. — Możemy mieć to z głowy — dopowiedziała i zaprosiła go ogonem do wstania.
Chudy podniósł się o dziwo energicznie, tak jakby wstąpiło w niego nowe życie. Hurra! Wycieczka po zioła i nie będzie musiał się zbyt męczyć, żeby je zdobyć... układ idealny. On może być od myślenia, a Jesionowa Łapa od zdobywania. Będzie jego prywatnym pomagaczem.
Ruszyli więc w głąb lasu, szukając wspomnianego drzewa. Chudy pamiętał, że widział je gdzieś, gdzie było słońce, na skraju tej gęstwiny. Poprowadził więc kotkę najkrótszą drogą, w kierunku Ciernistego Drzewa. Kiedy docierali do granicy lasu, z iglastych drzew zaczęły robić się również liściaste, które wolały być w słońcu aniżeli cieniu. Wyszli więc i Chudy od razu dostrzegł wspomniane drzewo. Nie było wielkie, ale miało na sobie białe kwiatki i to o nie mu chodziło, chociaż z liśćmi też chętnie poeksperymentuje. Podeszli pod nie, pień nie był obszerny tak jak u tych iglaków dookoła ich obozu, więc drzewo musiało być młode. Chudy Grzbiet odwrócił pysk do kotki.
— To, to! — wskazał pazurem, mało elegancko. — Potrzebuję, żebyś mi zerwała gałązki z kwiatkami. I liście jakby Ci się udało, to też byłoby super.
Posłał jej krzywy uśmiech. Kotka uniosła łeb i zastrzygła uszami. Obejrzała drzewo i chwilę potem spojrzała z powrotem na kocura.
— Dobra, robi się — miauknęła i podeszła do drzewa, po czym przysiadła w gotowości. Po szybkim skoku uczepiła się najniższej gałęzi i na nią wlazła. Chudy patrzył z zadowoleniem, jak kotka sprawnie weszła na drzewo.
Nie zajęło jej to dużo czasu. Upewniła się, czy aby na pewno dobrze się trzyma i złapała przednią łapą gałąź, która była nieco wyżej.
Widział, jak kotka wyszukiwała dorodne okazy i pokiwał z uznaniem głową. Wybrała chudą niczym młody medyk gałązkę, na której rosły piękne liście i jeszcze piękniejsze kwiaty oraz złapała ją w zęby, odpowiednio przekręciła i oderwała od konaru. Pyłek z kwiecia sypnął, przez co kotce zakręciło się w nosie. Wstrzymała kichnięcie i zebrała dwie podobne gałązki, po czym zlazła szybkim susem na ziemię. Położyła "zdobycze" pod łapami kocura.
— I jak, podobają się? — spytała.
Zazdrościł jej w głębi duszy tej umiejętności wspinaczki, a z drugiej strony nie chciał nabawić się drzazgi... więc grzecznie poczekał na trawie.
Kiedy zeszła, odsunął się o krok, by go, aby nie przydeptała. W końcu był w porównaniu z nią jak suszony kawałek mięsa.
— Są genialne — miauknął, pocierając o siebie przednie łapy. Zachichotał pod nosem. — Będą idealne... zobaczymy, co da się z nich zrobić. Dobry z Ciebie pomocnik, możesz częściej się zgłaszać na wyprawy! Masz takie wielkie muskuły, że na pewno zdobędziesz wszystkie zioła, które będą trudno dostępne!
Zakasłał, bo mu wyschło w gardle. Przełknął ślinę.
— Fajny widok na górze?
Uśmiechnęła się.
— Jeśli tylko mnie poprosisz w dany dzień, to mogę być specjalistką od wykonywania zadań specjalnych — odparła i wylizała łapę z brudu, który zebrała podczas wspinaczki.
— Widoki? Nie zwróciłam na nie uwagi, bo się skupiam wyłącznie na zbiorze.
— Oh, kumam — odparł jedynie, kiwając głową.
Rozejrzał się następnie po polanie, na którą wyszli. To miejsce było jednym z nielicznych w Klanie Wilka, gdzie faktycznie były jakiekolwiek równiny. Przez susze trawa była wyschnięta i zabawnie chrupała pod łapami. Chudy ruszył dalej, biorąc od kotki gałązki z kwiatkami i liśćmi. Zapach momentalnie wypełnił jego nozdrza, bardzo ładny zresztą aromat lipy. Westchnął cicho, zaciągając się wonią.
Ruszył przed siebie, ogonem zapraszając dalej Jesionową Łapę. Akurat byli niedaleko takiego fajnego miejsca...
Gdy dotarli, ich oczom ukazało się niewielkie wgłębienie, zapewne po wyschniętej kałuży, ale co ważniejsze...
— Piasek! — Chudy się ucieszył, a jego krótki pyszczek rozpromienił uśmiech.
Odłożył na bok zioła.
— Dawaj, Jesiona, chodź ze mną się wytarzać! — miauknął jak kociak, wskakując przodem do sypkiego materiału.

Wyleczony: Gruba Łapa

<Jesionka? :3 >

24 maja 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Kalinowego Powiewu

Od jego mianowania nie minęło długo. Pora Nagich Drzew skończyła się kilka wschodów słońca temu, resztki śniegu topniały na dobre, zwierzyna powracała do lasów, a temperatura rosła. Chudy Grzbiet, nazwany tak na cześć swojego wystającego kręgosłupa, miał sporo pracy. Wraz z nowymi liśćmi na drzewach, wyrastały również świeże zioła, których zapasy kończyły się w mgnieniu oka podczas Pory Nagich Drzew. Chodził więc, czy to z Roztargnionym Koperkiem, czy z Cisowym Tchnieniem na zbieranie. Musiał odbudować zaufanie do siebie po akcji z kocimiętką, a i tak Koper lubiło trzymać na niej łapę.
Chudemu dni mijały całkiem pracowicie. Co prawda, wraz z nowym imieniem nie zmieniło się u niego nic, poza dodatkowymi obowiązkami. Przytrafiła mu się któregoś dnia nie kto inny jak Kwaśna Kocanka. Kotka została ugryziona przez szczura. Niebieska wojowniczka wyjaśniła, jak doszło do zdarzenia, kiedy zaszczyciła swoją obecnością legowisko medyków. Jak na złość Chudy był sam.
— Czyżby szczur poczuł Porę Nowych Liści i postanowił wyjść na polowanie? — miauknął kąśliwie bury medyk. — I pech chciał, że trafił na Ciebie.
Nie spojrzał na kotkę, a wiedział, że na jej pyszczek wkradło się rozdrażnienie tym komentarzem. Chudy wybrał odpowiednie zioła.
— No, ale pomyśl o tym tak, zawsze to mógł być kleszcz — dodał. — Wtedy byś została potraktowana żółcią, która śmierdzi na kilometr. Ale w sumie… odstraszałabyś nie tylko koty, ale też szczury! Zastanów się, mam nadwyżkę to mogę Ci odpalić działkę.
W międzyczasie sprawnie uporał się z odkażaniem miejsca ugryzienia. Następnie wydzielił kotce ziółka i dał zalecenia.
Chudy sądząc po minie Kocanki, nie zrobił zbyt dobrego wrażenia… a tak się starał! Zaproponował jej rozwiązanie problemu i nawet rzucił żartem. Kotki przecież to lubią, nie? To, czemu nie działało?
Usiadł i westchnął. Odkąd został mianowany, miał w głowie, że powinien być teraz jak Cisowe Tchnienie; poważny i tajemniczy. Bo był poważnym panem medykiem z pasującym jak ulał imieniem. Wypadałoby w takim razie nieco się ogarnąć, co nie?
Problem w tym, iż ciężko było wcielić ten plan w życie. Niby coś tam gryzł się w język, ale za słabo. Trochę zadzierał nosa, a z drugiej strony miał za krótki pysk, by zrobić to tak fajnie, jak inni. Bracia mu ciągle wciskali do głowy, że był idealny taki jaki jest, ale on nie do końca im wierzył. Taki mały cichy głosik w głowie nakłaniał go do ogarnięcia tyłka.
Kiedy Koper z Cis wrócili, Chudy oznajmił, że idzie odpocząć, bo jest zmęczony użeraniem się z innymi. Wyszedł więc na zewnątrz poza norę, a jasne słońce oślepiło jego oczy. Burknął wiązankę pod nosem, idąc przed siebie. Zaraz ktoś go popchnął, tak jakby nie było widać, że szedł… i tym sposobem wpadł na losowego kota.
Zanurkował nosem w gęstym futrze. Słońce skryło się za chmurami, nie rażąc go już tak mocno, więc odsuwając się, mógł dostrzec pyszczek tego nieszczęśnika. Lub… nieszczęśniczki. Błękitno blade oczy medyka skrzyżowały się ze złotym, palącym spojrzeniem nikogo innego, jak Kalinowego Powiewu. Chudy Grzbiet wyprostował swoją przygarbioną postawę, bo w końcu teraz był poważnym panem medykiem i odchrząknął.
— Kogo ja widzę? — zaczął nerwowo, ale udawał, że wie, co robi. — Czyż to nie Kalinowy Powiew? Co Cię… sprowadza w to miejsce w obozie?
Kalinowy Powiew otrząsnęła się z szoku po zderzeniu. Była widocznie niezadowolona… kiedy jednak usłyszała gadkę Chudego, aż otworzyła oczy z niedowierzania. Po chwili jednak powrócił na jej pyszczek ten sam, poważny wyraz.
— Jest tu coś wyjątkowego, o czym nie wiem? — wydawała się skołowana. Zastrzygła wąsami. — Mam rozumieć, że to była celowa próba zwrócenia na siebie uwagi? — spytała chłodno, choć jej końcówka ogona podrygiwała z irytacją. — Jeśli tak, wybrałeś wyjątkowo kiepską metodę — po paru uderzeniach serca się podniosła, otrzepując z nadmiaru kurzu. Przeniosła wzrok z powrotem na kota w pewnym sensie winnemu całemu temu zamieszaniu.
Chudy Grzbiet słuchał tego, co mówiła złotooka, a jego krzywy uśmiech bladł z każdą chwilą. I tak był już poddenerwowany i zestresowany tym wszystkim, a ta mu jeszcze prawiła wywody. Chociaż... cieszył się, słysząc jej głos. Ciężko mu było tylko stwierdzić, czy go tolerowała, czy może jednak wolałaby, by nie pokazywał jej się na oczy. Celowa próba zwrócenia na siebie uwagi? Co to w ogóle miało być za oskarżenie?! Chudy nie był aż takim desperatem!
Bury kocur ponownie się przygarbił, a jego kiełki zniknęły w grymaśnej minie. Wziął wdech, a jego ogon podrygiwał z irytacją.
— Nie każdy ma takie bystre oczy, jak Ty — burknął w odpowiedzi na uwagę kotki. Odwrócił głowę, skanując prędko okolicę i pobieżnie patrząc na koty dookoła.
Mimo wszystko przypomniał sobie, że przecież teraz był w trakcie przemiany swojego charakteru, więc wziął tylko głęboki wdech, nim jako tako opanował emocje. Spojrzał na kotkę swoimi przygaszonymi oczami.
— Jeśli lubisz nasz klan oraz obóz to tak, to miejsce jest wyjątkowe. Może trawa jest tu zieleńsza? Kto wie? — zarzucił, niby to filozofując, chociaż dla niego był to tylko skrawek ziemi, taki jak wszędzie.
— Nigdy bym nie pomyślała, że to konkretne miejsce mogłoby być dla Ciebie wyjątkowe — powiedziała. — W dodatku, co to miało znaczyć? To, co wydarzyło się przed twoim mianowaniem, z Nocnym Śpiewakiem? — zaczęła dopytywać wojowniczka. — W dodatku nadal nie usłyszałam przeprosin od ciebie.
Na pytanie o jego brata i tę "sprawę", zalał go zimny pot. Dosłownie poczuł, jak nerwowo zaczyna bić mu serce, szybko, nierówno. Odchrząknął znowu, uciekając wzrokiem w bok. Co miał jej powiedzieć? Prawdę? Kłamstwo? Pół-prawdę? Czy w ogóle powinien cokolwiek mówić na ten temat?
— Uh, widzisz... — mruknął. — Może... może eee opowiem Ci w... mniej zatłoczonym miejscu? — zapytał nerwowo, kupując sobie więcej czasu na obranie strategii względem rozegrania tego tematu. No i... pomyśli nad tymi "przeprosinami". Eh, dlaczego ona była taka... ugh! Nawet nie znał odpowiedniego określenia! Miał zbyt ubogi słownik!
Kalinowy Powiew uspokoiła się odrobinę. Wyprostowała się, poprawiając zmierzwione kosmyki futra. Westchnęła cicho pod nosem, a po chwili kiwnęła mu głową, dając zgodę.
— W porządku — mruknęła, czekając, aż Chudy Grzbiet ich poprowadzi.
Chudy zesztywniał, jakby uszło z niego całe życie. Ona poważnie się zgodziła? Naprawdę? Nie przypuszczał, że zależy jej na poznaniu prawdy do tego stopnia... Nie spodziewał się takiego scenariusza. Gdy tylko kotka wyraziła zgodę na wspólne wyjście poza obóz, Chudy Grzbiet o mało nie zakrztusił się własną śliną. Liliowo-biała czekała, aż medyk wskaże drogę, a Chudy wewnętrznie cały panikował.
— Oh... Oh! Zgodziłaś się... hmm — miauknął nerwowo. Rozejrzał się prędko, a w głowie przeskanował wszystkie miejsca, w których był.
Nie muszą iść daleko... po prostu gdzieś gdzie nie będzie tylu wścibskich oczu. Chociaż już samo wspólne wyjście, jeśli ktoś przyuważy, będzie niezłą sensacją...
Chudy Grzbiet, ponieważ tak jak postanowił sobie jakiś czas temu, przemieniał siebie w nową wersję. Zgodnie z tym, chociaż teraz najchętniej by uciekł, opanował odruch biegu, na rzecz spokojnego, acz sztywnego marszu. Ogonem poprosił kotkę, by za nim podążyła, a on odwrócił głowę, by nie widziała jego paniki. I co on teraz zrobi? Sam na sam z Kalinowym Powiewem? Nigdy jeszcze nie miał takiej sytuacji! Zawsze byli otoczeni świadkami. Jeśli kotce nie spodoba się to, co powie i postanowi go ukatrupić gdzieś w krzaczorach, to go nikt nie znajdzie! Chociaż Kalinowy Powiew nie była tym typem kota... ale zawsze istniała taka ewentualność! Musiał być na nią gotowy...
Wyszli z obozu, Chudy poprowadził kotkę na leśną polanę, z której co jakiś czas brał zioła typu rumianek lub mniszek. Usiana małymi kwiatkami, ale jednocześnie oświetlona i odosobniona. Piękny zapach roślin unosił się w powietrzu, a Chudy musiał walczyć z chęcią zabrania świeżych ziół do obozu... Nie pora teraz na medykowanie! Chociaż tamta pokrzywa wyglądała tak, jakby sama chciała pójść do ich legowiska. Zanotował w głowie, by po rozmowie prędko zerwać kilka gałązek. Planował zrobić kilka nowych eksperymentów z ziołami...
Zatrzymali się, Chudy opanował emocje, ponieważ teraz interesowały go te wszystkie zioła, z których musiał chwilowo zrezygnować. Medykowanie, myślenie o roślinach pomagało mu się uspokoić, wrócić myśli na odpowiednie tory. Nigdy nie przypuszczałby, iż odnajdzie takie powołanie w życiu. Nie chodziło tutaj o leczenie innych, chociaż rozwiązanie zagadki co danemu kotu dolega, również było niesamowitym uczuciem. Tak, jak wyjęcie wkurzającej resztki posiłku spomiędzy zębów i poczucie tej ulgi. Duma z siebie, spełnienie. Medycyna była dla Chudego całym jego życiem… i przez to koniec końców nie mógł się opanować. Drżące ze stresu łapy postanowił zająć czymś pożytecznym w trakcie układania jakiegoś sensownego zdania dla kotki.
Chudy Grzbiet krzątał się więc, zbierając listki, łodyżki i gałązki zielarskich roślin. Był wręcz w siódmym niebie albo bardziej... siódmym wymiarze Mrocznej Puszczy. Jak zwał tak zwał- nie zmieniało to faktu radości burego. Właśnie... zioła, kocimiętka. Bury oprzytomniał, odwracając się do kotki. Gdy tylko jego oczy objęły ją pośród leśnej, kwiecistej polany, zaparło mu dech w piersiach. Kalinowy Powiew, ze spokojem podziwiała rosnące tu piękne okazy kwiatów, dodatkowo na pewno nie wiedziała, że część z nich to zioła. Jeśli będą mieć okazję, to Chudy jej o tym powie. W sprawie medycznych ciekawostek zawsze był do przodu.
Oklapnięte uszy kotki, zabawnie, ale też uroczo poruszające się wraz z jej głową, długa sierść, starannie wyczyszczona. Złote oczy, w tak intensywnym odcieniu, jakby same bursztyny oddały im swój blask. W dodatku pyszczek idealnych wręcz kształtów, nie za mały, nie za duży, uroczy nosek i długie wąsy, które drgały przy mówieniu.
Seans podziwiania wojowniczki przerwało jej spojrzenie się na Chudego. Ups! Przyłapany na wgapianiu się! Odwrócił prędko wzrok, udając, że grzebie w ziemi.
Wziął głęboki wdech. Wiedział, że ona czekała na wyjaśnienia. Z drugiej strony... dlaczego jej na tym zależało? Kalinowy Powiew nie była typem plotkary, więc ta informacja nie posłuży za rozsianie nowych ploteczek pomiędzy klanowiczami. Może ona... Może ona lubiła Noc? I chciała wiedzieć, dlaczego kocur skończył w takim stanie? Lub, ewentualnie, po prostu była ciekawa? A jaka szansa mogła być na to, że się o Chudego martwiła? A może chodziło faktycznie o Noc...
Położył po sobie uszy na moment, myśląc o bracie. W sercu poczuł ukłucie, bo podświadomie nie chciał, by to chodziło o czarnego. Miał malutką, tyciulką, nadzieję, iż kotka martwiła się o niego. O Chudy Grzbiet, a nie o Nocnego Śpiewaka. Nie miał jednak tyle odwagi, by zapytać. Kotka go onieśmielała tak jak zresztą większość pięknych kocic. Bycie taką wychudzoną pokraką miało mnóstwo minusów, w tym właśnie trudność przy rozmowie z kimś co ma wszystko, czego Ty nigdy nie dostaniesz. Chyba że udałoby się Chudemu stworzyć maść na porost włosów... wtedy lepiej by się prezentował.
Próbował ułożyć w głowie jakieś sensowne zdanie, co okazało się naprawdę trudne. Nie wiedział, od czego zacząć, jak to zrobić. Wiedział już, że nie będzie kłamać. Pogorszy to tylko ich, i tak ledwo zipiącą, relację.
Po dłuższym milczeniu postanowił po prostu to z siebie wyrzucić, bez zbędnych upiększaczy.
— Spanikowałem — miauknął cicho na początku. Nie patrzył na kotkę, a gdzieś w bok, marszcząc lekko brwi. Stawał właśnie naprzeciw swoich własnych lęków. — Kiedy Nocny Śpiewak zapytał mnie o moje... uh, preferencje, spanikowałem. Zamiast odpowiedzieć mu normalnie, znalazłem krzew kocimiętki i wziąłem kilka listków, żeby mi pomogły w tej rozmowie. Głupie, nie? To mój brat, a ja się tak wystraszyłem tej rozmowy.
Zacisnął zęby. Był zwykłym tchórzem.
— Po prostu... Ja nie wiem. Chyba bałem się bycia ocenionym przez niego. Chociaż jest moim najukochańszym bratem i wiem, że by tego nie zrobił. To chyba po prostu taka kocia natura. No i mnie wzięło... widzisz, jak wyglądam — zaśmiał się nerwowo, chociaż był to gorzki śmiech. — Kocimiętka w takiej ilości zadziałała na mnie od razu, totalnie. Noc, który jest normalnym kocurem, miał trudności, by osiągnąć taki stan.
Zamknął buzię, bo chyba za bardzo się zagalopował w tłumaczeniach. Sam nawet nie był pewien, czy chciał się wybielić w oczach kotki, czy zwyczajnie wyrzucić to z siebie. Jeśli Kalinka uzna go za żałosnego... no to nie pozostanie mu nic jak nigdy więcej się do niej nie odezwać. Jego paplanie mu tutaj nie pomogło, bo zamiast odpowiedzieć krótko, dał jej całą historię... Eh!
— No i... no i tak to wyglądało — mruknął jeszcze.
Podrapał się nerwowo w łapę. Zaraz jednak spanikował nieco, nie będąc pewnym jak interpretować minę Kalinki.
— A-Ale! Nocny Śpiewak to b-bardzo porządny kocur! Patriota i w ogóle... — dodał prędko, by Kalinka nie pomyślała o czarnym kocie w zły sposób.
Po powiedzeniu Kalinowemu Powiewowi sytuacji z kocimiętką zrobiło mu się lżej na duszy. Tak, jakby zrzucił z siebie niewidzialny ciężar, który dźwigał od jakiegoś czasu. Nie, żeby ta sytuacja z afrodyzjakiem była szczególnie żenująca... bardziej chodziło o tą część z uczuciami, preferencjami. Nigdy o tym nie myślał, jednak skoro naturalnie przychodzi mu podziwianie kocic, a także wyszukiwanie w nich wspaniałych cech, chyba oznaczało to, iż go pociągały, nie? Chociaż ze swoją urodą wiele nie zwojuje, to może kiedyś znajdzie jakąś niewidomą, która go pokocha za wszystko poza wyglądem...
Chudy to Chudy. O nim mogła tak myśleć, ale nie chciał dopuścić do splamienia obrazu swojego braciszka w oczach wojowniczki. Postanowił wziąć wszystko na siebie, nawet jeśli nikt nie był tutaj winny.
— Każdy czasem panikuje, nawet jeśli w naszym klanie nie jest to szczególnie mile widziane. Oczywiście najlepiej byłoby panować nad własnymi emocjami, bo potrafią prowadzić do nierozsądnych decyzji, ale całkowite ich tłumienie również nie wydaje mi się zdrowe czy zawsze możliwe — zaczęła. Po chwili zdawała się rozkojarzona, wylizując i podgryzając miejsce na klatce piersiowej.
Dostał wywód od Kalinki, którego poniekąd mógł się spodziewać. Rzeczowe odpowiedzi kotki wybrzmiewały w jego uszach. Tak... panika w tym Klanie nie była mile widziana... zresztą, podobnie jak koty jego pokroju, a jednak hej! Wciąż tutaj był! Odstępstwo od reguły, czy może okazał się przydatnym? Zapewne to wiedziała tylko Zalotna Gwiazda.
Chudy Grzbiet przyuważył rozproszoną uwagę wojowniczki. Ciągle się czochrała i drapała, jakby nagle pogryzło ją mnóstwo komarów. Słysząc jednak wzmiankę o swoim bracie, odsunął zebrane wcześniej zioła na bok. Miał ich tyle, że nie wiedział, czy zdoła je wszystkie udźwignąć.
— Może... hm, nie — mruknął. — Na pewno masz rację — powiedział pokornie. Nie miał żadnych argumentów ani powodów, by się z nią w tej kwestii sprzeczać. Przejrzała go i tyle.
— I też skoro powiedziałeś mi to wszystko, najwidoczniej potrzebowałeś z kimś porozmawiać. Na zdaniu Nocnego Śpiewaka Ci zależy tak bardzo, bo jesteście blisko, tak myślę — dodała jeszcze, widząc, że Chudy nie emanował taką pewnością siebie, co zawsze. Po paru uderzeniach serca zabrała ponownie głos. — To chyba nie jest normalne... — zaczęła, ogon odsuwając lekko od łapy. — Im dłużej tu przebywamy, tym bardziej mnie swędzi skóra. Chyba mam na coś uczulenie — wyprostowała się wręcz odruchowo.
Przełknął ślinę, jakby zawierała w sobie kolce. Ciężko mu przychodziły takie szczere rozmowy, zwłaszcza kiedy rozmówczynią była ona. Kalinowy Powiew. Kotka tak tajemnicza, a zarazem otwarta i pozwalająca się poznać do pewnego stopnia. Chudy Grzbiet nigdy nie miał jednak okazji na normalną rozmowę z nią, bo przy każdym niemal spotkaniu na siebie fukali. Czy było to spowodowane różnicami w ich poglądach? Może w wychowaniu? Lub ogólnie, w sposobie bycia. Powodów mogło być wiele, co nie zmieniało faktu, że z upływem księżyców wcale nie było lepiej. Poniekąd Chudego to przygnębiało; w końcu chciałby ją poznać lepiej, a z drugiej... Ona tego nie odwzajemniała. Więc postanowił dać se spokój, ale teraz… po mianowaniu, gdy zyskał nieco szacunku wśród współklanowiczów, ponownie zaczął mieć nadzieję, iż kotka przychylniej na niego spojrzy. Udowodnił poniekąd swoją przydatność, a to chyba było ważne?
Zamrugał kilka razy. Rozejrzał się dookoła, kiedy kotka zwróciła swoją uwagę na kwiaty, które potencjalnie mogły ją uczulić. Bury medyk niemal automatycznie ruszył z miejsca ku niej, o dziwo pewnie siebie, ze spokojem. Jakby mu się włączył tryb detekcji tajemniczych medycznych przypadków do rozwiązania.
Zatrzymał się długość zająca od niej. Wyczuł, iż mogła nie życzyć sobie jego obecności bliżej, a z drugiej strony chciał ją obejrzeć i udzielić pomocy. W końcu potrafił to zrobić!
Machnął niepewnie ogonem. Jak powinien postąpić? Bez pytania rozpocząć diagnozę? Może przedstawić jej dostępne opcje? Chociaż nie było ich wiele... patrząc na rodzaj uczulenie oraz miejsce. Zaklął w myślach swój brak kompetencji społecznych. Zmarszczył brwi, zastanawiając się dalej. Czy zdołałby postawić diagnozę bez dotykania jej? Patrząc jedynie na stan futra, zaczerwienienie? Dlaczego on w ogóle brał to pod uwagę?! Powinien ją potraktować tak jak każdego, ale… ugh! Ona nie była jak “każdy”! Nie dla Chudego, i w tym właśnie tkwił cały problem. Sam siebie nie rozumiał i tego wszystkiego.
Widząc jednak, że kotka odczuwa coraz większy dyskomfort, poddał się i po prostu wziął wdech.
— Wszystko w porządku? — zapytał miękko i z troską, jakby stał przed nim jego brat, a nie kotka, która go nie lubi. Był sam sobą zszokowany do tego stopnia, że położył po sobie uszy speszony.
Dłuższe uderzenie serca minęło, nim podjął decyzję. Cofnął się, by zebrać zioła w kępkę. Spojrzał następnie na wojowniczkę.
— Pomóż mi zabrać te rośliny — polecił jej, wracając do swojego zwyczajowego tonu głosu. — Pójdziemy tam, gdzie nie będzie tych wszystkich kłączy, które by mogły Cię uczulić.
Jak powiedział, tak zrobił. Wziął swoją część ziół, nie czekając na kotkę. Z duszą na ramieniu przeszukiwał w pamięci miejsca, które nie zawierały kwiatów, w których wojowniczka stała. Wynalazł kilka takich miejsc, w tym jedno nieopodal. Leśną gęstwinę, porośniętą mchem, pełną gałęzi i korzeni. Zwykle uczniowie trenują tam wspinaczkę na drzewa, więc mogli się udać w tamtą lokację. Kalinowy Powiew odbyła z sukcesem szkolenie na wojownika, tak więc wiadome było, iż nie miała alergii na mech czy żywicę z drzew.
Gdy dotarli, Chudy odłożył zioła na bok, wybierając do tego szeroki kawałek kory, który był suchy. Po ostatnich deszczach przyroda odżyła, ale nie oznaczało to, że dla medyków była to dobra nowina. Zioła lubiły gnić w nadmiarze wilgoci.
— Połóż to tutaj — zlecił jej ponownie, o dziwo w miarę pewnym siebie tonem.
Podrapał swój wychudzony bok, a następnie otrzepał sierść z drobinek skóry. Poleciały sobie na ziemię, ściągane wilgotnym powietrzem. Gdy pozbył się tej warstewki z siebie, mógł poświęcić całą uwagę pacjentce.
Podszedł do niej, widząc, że jest niepewna. Jakby... mu nie ufała. Poniekąd to nie dziwiło młodego medyka, ale gdzieś tam głęboko poczuł ukłucie w sercu. Z jakiego powodu? Przecież się nie lubili. Prawda?
A może... to jedynie Kalinowy Powiew pałała względem niego nienawiścią? Chudy Grzbiet od dłuższego czasu zauważył, iż nie odczuwał względem niej wstrętu tak jak kiedyś. Nadal kotka zdawała się wywyższać i wymądrzać, rzucając tymi swoimi mądrymi słówkami, co go doprowadzało do szewskiej pasji, a jednak gdzieś tam mu imponował styl bycia wojowniczki. Chociaż... kilkukrotnie jego szczerość zakończyła się kłótnia ich dwójki. Jak w takim razie nakłonić ją do współpracy? A może... Nie będzie musiał? Niby była między nimi niewidzialna ściana, ale jednak Chudy był medykiem. Miał rozległą wiedzę, a to z miejsca powinno dodać mu w pewnym stopniu wiarygodności.
Gdy podniósł ponownie wzrok, napotkał rozdrażnione oczy kotki. Chudy widział, jak uczulenie się rozniosło, a ona nie mogła poradzić nic, niż tylko się wkurzać i drapać. Zrobiło mu się jej żal.
— Kalinko — zaczął, używając o dziwo zdrobnienia jej imienia. Zaczął w głowie formułować poważną wypowiedź, a nie prostacką uwagę tak jak zawsze. Po kilku uderzeniach serca chyba wymyślił. — Mogę... mogę obejrzeć miejsce uczulenia? — Zapytał z początku niepewnie, ale musiał się przecież zebrać w garść... jak miał zostać poważnym panem medykiem, jeśli pokonuje go rozmowa z samicą?
— Zebrałem dużo ziół i myślę, że będę w stanie sporządzić odpowiednie antidotum na Twoją przypadłość... tak tu teraz... no wiesz.
Posłał jej krzywy uśmiech, mając nadzieję nie dostać zaraz w pysk. Kalinowy Powiew dłuższą chwilę milczała, wyraźnie się zastanawiając nad odpowiedzią. Chudy Grzbiet z kolei nie poznawał sam siebie i będzie musiał przemyśleć swoje zachowanie. Gdzie zniknęła jego wredna strona? Dlaczego zachowywał się w tak uległy i specyficzny sposób? Czy to już jakieś szaleństwo? Umierał? Może jemu też zaszkodziły tamte kwiaty…
— Skoro już tyle przeszliśmy i nazbierałeś tyle ziół, to byłoby niemądre z mojej strony, gdybym teraz Ci odmówiła… — podjęła pewnie, po czym machnęła kitą jednokrotnie. — I tak zachowujesz się, jak nie ty — dopowiedziała jeszcze cicho.
Chudy zacisnął wargi. Miała rację. On też nie wiedział, dlaczego tak było. Chciał… nie, wręcz pragnął upodobnić się do innych kotów. Stanąć z nimi na równi, zdobyć przyjaciół i mieć normalne życie. Przecież oni zachowywali się w ten sposób, prawda? Byli mili i tacy troskliwi. Mogli tak zjednać sobie pobratymców, tylko… Czy Chudy naprawdę w głębi serca chciał upodabniać się do innych? Udawać kogoś, kim się nie czuł?
— …Ale nie próbuj niczego głupiego! Jeśli coś się stanie, to dostaniesz po głowie! — dodała.
Chudy położył po sobie uszy i zmarszczył brwi na jej komentarz. Nie dogodzisz!
— To w końcu wolisz, kiedy się kłócimy czy kiedy jestem dla Ciebie miły? — zapytał nieco zrzędliwie, wywracając oczami.
Nie wiedział, czy chciał poznać odpowiedź na to pytanie, jednak kotka dawała mu dużo mieszanych sygnałów. Znali się od żłobka, ich spotkania ciągle wypełniały sprzeczki, a teraz kiedy Chudy próbował zachowywać się tak jak inni, to jej nie pasowało! Niech ona się zdecyduje… Lubi w końcu, kiedy jest się dla niej miłym czy nie?!
Pomamrotał coś pod nosem, zajmując się już w pełni ziołami. Jak on jej nie pasował, to nie musiała przecież za nim iść! Mogła wrócić do obozu i poszukać Kopra czy Cis...
Przegrzebywał stertę ziół, znajdując sobie pokrzywę oraz inne, które uznał za przydatne. Nie powinny zmieniać swojego działania, jeśli by je połączył.
Od jakiegoś czasu Chudy pieczołowicie w wolnych chwilach eksperymentował z ziołami, co mogło nie każdemu się podobać. Śmierdział dziwnymi mieszankami na kilometr i robił dookoła siebie bałagan, który nazywał "twórczym nieładem". Próbował wynaleźć dla siebie maść na porost sierści, ale by tego dokonać, musiał najpierw znaleźć zioła do tego potrzebne. Poznał właściwości pokrzywy po sporządzeniu z niej maści, ale nie działało tak, jak chciał, więc próbował dalej. Zauważył jednak, że łagodziła jego świąd. Założył więc, iż kotce też pomoże.
— Pokaż no mi to miejsce uczulenia — miauknął, już starym zwyczajowym tonem. Jak nie chciała go miłego to nie będzie go mieć! Szansa zmarnowana, o!
Obejrzał zaczerwienienie i na tej podstawie postanowił zrobić maść, którą nałoży na liście i pookleja jej skórę. Zastanawiał się, czy powinien także wydzielić jej z ich medykowych zapasów w obozie zioła do zjedzenia. Tak na wszelki wypadek... ale to skonsultuje już z Koprem. Nie chciał uzyskać odwrotnego efektu od pożądanego.
Przeżuł zioła na papkę, kładąc je na duże liście, które rosły niemal wszędzie, zwłaszcza w ich lesie. Mimo że w większości był iglasty, niektóre dzielne liściaste drzewka się tu zakorzeniły. Gdy okład był gotowy, Chudy zerknął na kotkę, wychodząc z medykowego transu.
— Sama to zrobisz czy Ci pomóc? — zapytał z tym swoim skrzywionym krótkim pyszczkiem.
Nie będzie na siłę jej prosić i smarować tym mazidłem. Jak jest taka samowystarczalna, to niech sobie zrobi to od łapy, bez jego pomocy, o. Pomyśleć, że zaczął być poważnym panem medykiem, żeby jej (i innym) się przypodobać... żałosne. On był żałosny, nic się nie zmieniło.
Patrzył na nią, czekając na odpowiedź.

< Chodź na ziołowego tulaska :3 >

Wyleczona: Kwaśna Kocanka

18 maja 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Bielinki

Jeszcze gdy Chudy był uczniem

Bielinka zasyczała. Chuda Łapa zmarszczył brwi.
— Ty śmierdzielu! Ty przebrzydły robalu! Ty... ty chude mysie serce! Tylko poczekaj, aż zostanę uczennicą! Będę o wiele silniejsza od... tfu... Ciebie! Lepiej ze mną nie zadzieraj!
Wielka koteczka najeżyła się i jeszcze raz zasyczała. Potem zademonstrowała Chudej Łapie kilka ciosów w powietrzu i czekała, aż kocur odpowie.
Chudy splunął i popatrzył na nią z politowaniem. Taka mała a jaka pyskata, nawet on taki nie był! NAWET ON!
— Słuchaj no, zasrańcu! Nie rzucaj tak groźbami, kiedy matka wciąż Ci tyłek myje! — odpowiedział jej, a na ten pokaz umiejętności aż prychnął z rozbawieniem pod nosem. Stanął obok niej. — Wyglądasz jak umierająca modliszka! — zaśmiał się skrzeczącym tonem. — Daleko tak nie zajdziesz! Zostaniesz w lesie i zjedzą Cię potwory! Weź się uspokój i zajmij zabawą kasztanami albo czymś.
— Ty padlino! Jak śmiesz tak do mnie mówić, mysia paszo?! Jesteś chudszy od patyka i pewnie nigdy nie nauczysz się walczyć. Będziesz tylko siedział nad jakimiś listkami i podziwiał PRAWDZIWE koty, nie jakichś... phi... podziwiaczy listków.
Bielinka wysunęła pazury i zamachnęła się, jej łapa przemknęła tuż obok pyska Chudej Łapy, o mało go nie raniąc. Chudy widział zamach kocięcej łapki. Nieomal go nie drasnęła, ale bury medyk też jakoś niespecjalnie przejął się dziecięcymi groźbami. Póki była małym smrodem, nie miał powodów do obaw. W końcu przeszedł część treningu wojownika! Jak Bielinka podrośnie i go przerośnie, to wtedy najwyżej będzie jej unikać... albo znajdzie sobie ochroniarza.
Prychnął z rozbawieniem na próbę młodej koteczki. Pokręcił głową na jej słowa.
— Mogę być chudszy od patyka, ale wciąż jestem od Ciebie lepszy! Pogódź się z tym i daj spokój DOROSŁYM, gówniaku! — syknął z wyższością w głosie. — POZA TYM, gdyby nie moje "listki" to byście wszyscy poumierali! Bezmózgie mięśniaki, które wiedzą tylko jak spuszczać innym łomot! Medycyna to prawdziwa sztuka! Tylko wybrani mogą ją poznać, a machać łapami to może każdy! Więc ja jestem wyjątkowy. A Ty nie!
Wystawił jej język.
— Phi. Medycyna to żadna sztuka! Wisisz całymi dniami nad jakimiś listkami i kwiatkami, i nie umiesz sobie ich zapamiętać, podczas gdy wojownicy, prawdziwi członkowie klanu, walczą i polują! Gdyby nie wojownicy, klan dopiero by umarł! Ranki można wylizać, nie trzeba do tego kwiatków i łodyżek. Poza tym wyobraź sobie, co by się stało z klanem, gdyby byli w nim sami... medycy! Klan by nie przeżył, Ty zapchleńcu! Ty padlino!
Bielinka zasyczała z furią i jeszcze bardziej wysunęła pazury. Chudego zatkało na chwilę przez głupotę młodej kotki. Ona miała wyprany mózg! A jak nie przestanie, to będzie mieć też spraną dupę!
— Posłuchaj no mnie, Ty masz tam orzecha zamiast mózgu w tej łepetynie! — burknął, czując, że wysycha mu powoli gardło od tego darcia się. — Ja pamiętam wszystkie zioła! A wiesz, ile ich jest?! Mnóstwo! Wszędzie są, każda roślina prawie to zioło! Ale Ty nigdy się o tym nie dowiesz, bo masz papkę zamiast mózgu i wolisz wybijać innym zęby! Nic wartego podziwu, wyżej srasz, niż dupę masz, ot co! Weź się, trochę uspokój, bo cały obóz obudzisz!
— Raczej Ty, mysia paszo! Ucisz się, bo ten twój okropny głos obudzi wojowników, którzy cię rozszarpią. Ale ty pewnie w tym czasie będziesz próbował bronić się łodyżkami i korzonkami!
Chudy zastanowił się, czy to były jedyne obelgi, jakie znała mała kotka. Bielinka natomiast parsknęła śmiechem i odbiegła cała nastroszona. Chuda Łapa skrzywił krótki pysk i zjeżył swoje trzy włoski na grzbiecie.
Kiedy kotka pobiegła z powrotem do żłobka, powiódł za nią wzrokiem. To, co powiedziała...
— Hm... ciekawe czy da się obronić łodyżkami i korzonkami — mruknął w zamyśleniu, już do siebie.

Teraźniejszość

Przyszła Pora Nowych Liści, a wraz z nią masa świeżutkich ziół! Nic nie działało na nastrój Chudego lepiej, aniżeli porządna dawka zbierania korzonków czy liści. Odkąd został medykiem, pracy miał co niemiara, ale na szczęście był też Koper i Cis, więc dzielili się robotą. Dzięki temu Chudy Grzbiet mógł wygospodarować nieco czasu na… eksperymenty.
Od czasu kłótni z Bielinką i jej uwagi na temat bronienia się za pomocą ziół, umysł Chudego intensywnie obmyślał jakieś narzędzia, które można byłoby z nich stworzyć. Może coś w rodzaju liny z długich łodyg, na tyle mocnych, by coś owinąć? Mógłby skleić je żywicą, by były odpowiednio mocne. Podczas prób jednak nie wychodziło mu to tak dobrze, jak zakładał. Łodygi owszem, może i zostawały fajnie posklejane, jednak dużo ciężej było nimi operować no i strasznie się rwały… co gdyby mógł znaleźć coś, by je zastąpić?
Zaczął też myśleć nad jakimiś pociskami. Najpierw próbował nasączyć kulki mchu w żółci, ale mieli jej za mało, poza tym była całkiem trudna do zdobycia, by mógł sobie z nią tak eksperymentować. Chudy Grzbiet spróbował więc szukać śmierdzących roślin, ale nie bardzo miał też tyle czasu, by przewertować ogromne lasy Klanu Wilka. No i poza tym… może istniało coś innego poza roślinami? Odpadki z jakichś piszczek?
Chudy Grzbiet miał głowę pełną pomysłów, ale brak czasu, by je zrealizować…
Wtem właśnie, idąc zamyślony przez obóz, dostrzegł nikogo innego jak Bielinkę. Kotka nie została jeszcze uczniem, ale niedługo nim zostanie… hmmm mógłby to wykorzystać. Tylko jak nakłonić tego głupiego dzieciaka do szukania dla niego roślin?
— E, śmierdzielu! — zaczął, podchodząc do niej. — Nauczyłaś się wreszcie walczyć czy wciąż będziesz się ośmieszać tymi swoimi marnymi ciosami? Kiedy zostaniesz uczniem?

<Bielinko?>

27 kwietnia 2026

Od Chudej Łapy (Chudego Grzbietu)

Przyszła zima. Znienawidzona pora roku Chudej Łapy, który łaził cały markotny. Tu zimno, tam mokro, a tam to w ogóle beznadzieja. Jego kara się skończyła, nie musiał już wymieniać legowisk, wycierać samicom nosów i karmić starszych, z czego się cieszył. Nadal jednak nie zakolegował się z wujkiem Kalinki, którego kiedyś wystraszył. Miał z tyłu głowy to w planach, ale wykonanie okazało się o wiele trudniejsze. Do tej pory go unikał, nie żeby to było trudne, bo kocur jest niewidomy. Ale w przyszłości, jeśli zdąży, to chciałby go chociaż przeprosić za tamto. Może Kalinowy Powiew nie będzie wtedy na niego taka zła…
Podrapał się za przekłutym kością uchem, a drobinki skóry poleciały na biały śnieg. Chrupał zabawnie pod łapami, ale Chudemu nie było do śmiechu. Ostatnio o mało nie spotkał się ze śmiercią- tym razem naprawdę! Chociaż wtedy po kocimiętce też miał blisko do bram Mrocznej Puszczy… ale! Gdy dwunożni wyciągnęli łapy po Nocnego Śpiewaka, Chudego zmroziło. Borsucza Puszcza została finalnie przez nich zabrana, czego dowiedział się od brata, bo on sam już dawno z tego miejsca uciekł, gdzie pieprz rośnie. Nigdy nie biegł tak szybko w swoim życiu i oby nie musiał tego powtarzać. Niemalże wypluł płuca, kryjąc się gdzieś w zaroślach, gdzie później znalazł go Noc.
Takie to miał przygody ten młody medyk. Gdyby Przodkowie dali mu wybór, to wolałby mniej… atrakcyjne życie. A tak tu to, tam tamto. I tak leciało. Roztargniony Koperek pewnie bał się puszczać go samego gdziekolwiek w obawie, żeby znowu nie wpakował się w tarapaty. Gdzie Chudy nawet nie próbował! To kłopoty znajdowały jego.
Pewnego dnia, wieczorem, Zalotna Gwiazda zwołała koty. Wskoczyła ze skrzypieniem kości na ścięty pień. Chudy patrzył. Coś tam ogłosiła, a następnie podeszła do niej Cisowe Tchnienie. Kotka zwróciła oczy na Chudą Łapę, a po jego plecach przebiegł naprawdę dziwny dreszcz. Położył uszy po sobie i nerwowo przełknął ślinę. Cis ogonem go zawołała. Podszedł niepewnie, po chwili się prostując, bo w końcu był na oczach całego klanu. Nawet jeśli połowy nie lubił, niech widzą go w jego pięknej okazałości!
— Ja, medyczka Klanu Wilka, Cisowe Tchnienie, wzywam moich walecznych Przodków, by spojrzeli na tego oto ucznia — zaczęła, a Chudy rozdziawił buzię w szoku. Czy on naprawdę dożył tego momentu?! — By z waszą pomocą służył klanowi przez długie przyszłe księżyce. Chuda Łapo, czy przysięgasz podążać drogą medyka, trzymać się z daleka od klanowych wojen i chronić wszystkie koty, nawet za cenę życia?
Bury przełknął ślinę. Wizja oddania życia za kogokolwiek kto nie był jego braćmi, średnio mu się widziała, ale nie mógł tego powiedzieć. Przełknął ślinę, trzęsąc się na zimnie. Wziął wdech, podniósł szczurowaty ogon i odpowiedział swoim zdartym głosem z wyschniętego gardła:
— Przysięgam.
Cis wzięła wdech ponownie, spojrzała na ucznia, który przysporzył im tyle zmartwień, bólów głowy, nerwów i pewnie wszystkiego, co można z… jakąś dziwną mieszanką uczuć. Jakby niby go nie lubiła, ale też przywykła do jego obecności, a może chciała mu naklepać za krzakiem za wszystkie przysporzone problemy… Ciężko było stwierdzić.
Chudy zmarszczył brwi. Może mu się przywidziało?
— Z mocą Przodków nadaję ci imię medyka. Chuda Łapo, od dziś będziesz znany jako Chudy… Grzbiet.
Buremu szczęka opadła. Widział kątem oka uśmieszek Zalotnej Gwiazdy pod nosem, a po klanowych kotach przeszedł szmer.
— Przodkowie doceniają twój… zapał oraz pilną naukę i witają cię jako nowego medyka Klanu Wilka.
Cały klan zaczął skandować jego imię. Mógłby przysiąc, że część z nich była prześmiewcza, a druga poważna. Widział w tłumie wzruszonych braci, więc się do nich uśmiechnął. Czego się w sumie spodziewał… być Chudą Gałęzią? Albo Chudym Pazurem? Czy takie imiona do niego pasowały bardziej, aniżeli Chudy Grzbiet, który przecież no… nie ukrywajmy, leżał na nim jak ulał.
Koty się rozeszły, a świeżo upieczony medyk sztywnym krokiem zszedł na śnieg. Z jednego się cieszył, teraz będzie mógł rozstawiać koty typu Bielinka po kątach, bo jest poważnym panem medykiem. Koty nie będą mogły już go tak zbywać ani olewać tego, co mówi, czy unikać zaleceń. Hehehe… może nie będzie tak źle?

18 kwietnia 2026

Od Chudej Łapy CD. Bielinki

Jeszcze za jesieni

Liście przyklapły na ziemi, zamieniając się z kolorowego dywanu w jedną wielką mokrą papkę. Padał deszcz, robił z tego błoto i tak o to właśnie, koty łaziły brudne. Chudy nie narzekał, bo z błotka robił sobie skorupę ochronną. Jak prawdziwy okład nawilżający! Na te kilka wschodów słońca jego skóra nieco się poprawiła, ale kiedy błoto zaschło, a zrobiła się skorupa, niestety wróciła do stanu poprzedniego. Chudy nacieszył się, ile mógł, później, niestety, wracając do szarej rzeczywistości.
Gdy tak stał w obozie i ubolewał nad swoim losem, garbiąc się przy tym niesamowicie, obecnością zaszczyciła go jakaś gówniara.
Bielinka podeszła i bez zastanowienia palnęła:
— Masz szczęście, że nie jestem przywódczynią, bo Twoim wojowniczym imieniem byłoby Wystające Żebro, ty wronia karmo! Hahahhaha!
Po czym to małe gówno ugryzło go w nogę! Chuda Łapa pisnął, jeżąc się od koniuszka ogona aż po same uszy. Dziecior uciekł aż się kurzyło.
— Ty małpo! Wracaj tutaj, walcz jak mężczyzna! Wylecisz z tego obozu na kopach, niech no, tylko Cię dopadnę! — wrzasnął za nią, ale nie wiedział, czy usłyszała.
Nawet jeśli, pewnie by go zignorowała. Mały kleszcz… będzie musiał coś wymyślić na tego zgredka kiedy odwiedzi żłobek.

Następnego dnia

Nie mógł spać w nocy. Skóra go piekła, chyba na deszcz, dodatkowo czuł się przemęczony od kilku dni sprzątając legowiska wojowników i uczniów. Śmierdziele! Czemu nikt koło swojego tyłka porządku nie miał? Tylko on musiał teraz o to dbać, za karę?
Siedział naburmuszony obok medykowej jamy, przekładając nerwowo zioła. Układał je, by ukoić nerwy. Przy okazji dzielił na ładne sterty, żeby później było łatwiej je odnaleźć. Nagle, niestety, przylazła ta mała wredna z wczoraj. Chudy nawet nie drgnął, kiedy kotka zaczęła z niego szydzić.
— Jesteś medykiem! Wybrałeś tę ścieżkę, bo pewnie boisz się wysunąć pazury i nie umiesz walczyć, co nie? — wyśmiewała go Bielinka.
Chudy odchrząknął i splunął obok siebie. Uderzył rozdrażniony ogonem o trawnik. Nagle na jego pysk wypełzł bardzo brzydki uśmiech.
— Ta, jestem medykiem! Jak będziesz dalej taka wredna, ty mały wypłoszu, to postaram się dla Ciebie o sraczkę życia! Nie wyjdziesz z krzaków przez dwa dni! Będziesz tonąć we własnych fekaliach, o ile wiesz co to jest, kleszczu! — odparł, zniżając łeb do jej poziomu. Przeszył małego kociaka wzrokiem, nagle wstając i podchodząc.
Jego kościste ciało było wyższe od kluskowego kociaka, to też zawisł nad nią i użył swojej przerażającej aparycji. Wyszczerzył kły.
— Tak Cię ziołami urządzę, że Cię matka nie pozna! — dodał. — Złapie Cię za tę Twoją małą rozkoszną mordkę i ścisnę i wepchnę do gardła najobrzydliwsze zioła, jakie znam! Zrobię na Tobie eksperymenty i będę patrzeć, jak cierpisz! Ty wypierdku!

<Bielinka?>

[Liczba słów: 428, medyczny trening Chudej Łapy]

[9%]

12 kwietnia 2026

Od Chudej Łapy CD. Roztargnionego Koperka

Jakiś czas temu
Chudy się skrzywił.
— Nie za dużo ode mnie wymagasz? — miauknął.
Mimo początkowej niepewności bury uczeń wysunął tezę, co mogło dolegać kotce. Podparta została powtórzeniem stwierdzenia medyka o tym, iż kotka nie miała złamania czy ran. Roztargniony Koperek po wysłuchaniu ucznia przedstawił mu poprawną odpowiedź, a następnie wspólnie ustalili metodę leczenia.

Teraźniejszość, po kocimiętkowej eskapadzie

Chudą Łapę bolała głowa, ale to tak, jakby miał zaraz wykorkować. Tym razem naprawdę czuł się bliski śmierci, chociaż doznania przed nią były przyjemne. Obrócił się na bok, by dostrzec swojego brata. Byli gdzieś… na pewno nie tam, gdzie zemdleli. Dookoła nie dostrzegł lasu, a doskonale znajome legowisko. A co za tym szło…
Zerknął spod uchylonych powiek w bok na tyle, ile mógł. Dostrzegł nieopodal Roztargniony Koperek, który rozmawiał o czymś z mentorką Nocnej Łapy. Bury nie miał czasu wsłuchać się w temat rozmowy, bo ponownie jego oczyska się zamknęły, ale tym razem do snu.
Kiedy ponownie się obudził, nie było już obok niego Nocnej Łapy. Został jednak gorzki posmak wymiocin na języku, szum w uszach, ciężka głowa i dziury w pamięci. O czym oni tam gadali w tym lesie…?
Podniósł się chwiejnie, zataczając co chwila. Dopadł do mchu nasączonego wodą i wziął kilka łyków tak łapczywych, aż się zakrztusił.
— Gszee ja jeszem? — mruknął. Po chwili dotarło do niego, iż nie zmienił swojego położenia i wciąż znajdował się w medykowym legowisku.
Machnął niedbale ogonem, ale kiedy się obrócił, stanął pyskiem w pysk ze swoim mentorem. Dreszcz przerażenia przebiegł po grzbiecie medyka, który stukał pazurem w podłoże. Chyba… czekał na wyjaśnienia.
— Tło buło uhhh — Chudy próbował skleić zdanie. — Dja nauki… Dla nauki, tak! Haha… — zaśmiał się niezręcznie, uciekając wzrokiem w bok. — W kooońcu jako medyk muszę wiedzieć jakie efekty przyniesie za sobą spożycie uhhh nadmiaru kocimiętki… Nie? No i już wiem…
Wyszczerzył ząbki w krzywym uśmiechu. Koper obserwowało swojego ucznia z niedowierzaniem. Roztargniony Koperek pokręciło nerwowo głową ze swego rodzaju zawodem na pysku.
— Ależ oczywiście, że dla nauki — mruknęło, wzdychając ciężko. — Co ja się z tobą mam... — dodało, już raczej szeptem.
Obserwowało tylko zachowanie ucznia z niezadowolonym, a może nawet obrzydzonym wyrazem pyszczka.
— Myślę, że to nie o takie eksperymenty z ziołami chodziło — miauknęło. — Ale z drugiej strony to też coś... — mruknęło znacznie ciszej, patrząc gdzieś w bok.
Po chwili pokręciło głową, pozbywając się dziwnej myśli.
— No wybacz no! — miauknął. — Tak się zachowujesz, jakbyś nigdy nie próbowało takich rzeczy…
— Chyba pogadamy, jak już wydobrzejesz — warknęło niezadowolone. — Coś cię boli? Potrzebujesz maku?
Chudy nieco się zachwiał. Zmrużył oczy, bo wciąż niewyraźnie widział, jednak po kilku uderzeniach serca obraz się wyostrzył. Dostrzegł nerwową minę mentora i trochę zrobiło mu się głupio. Ciekawe czy napędził jenu stracha...
— Boli mnie egzystencja — odparł po chwili. Natychmiast niemal się jednak zreflektował. — Żartuję! ŻARTUJĘ… daj tego maku trochę.
Rzucił mu błagalne spojrzenie.
Roztargniony Koperek zmarszczyło nos w niezadowoleniu. Pokręciło pobłażliwie głową na jego pierwsze słowa, ale słysząc kolejne, poczuło się, jakby coś go trafiło.
— Nie gadaj takich głupot Chuda Łapo — ostrzegło ucznia, próbując się uspokoić. — Tak jak z resztą każdego medyka w tym... psim klanie — warknęło pod nosem, poprawiając futro na piersi. — Dam ci tylko odrobinę — miauknęło, dając mu jedno z mniejszych ziarnek maku.
Chudy przyjął lekarstwo na wszelkie problemy z wdzięcznością. Po zjedzeniu spojrzał na Roztargniony Koperek.
— Psim... Klanie? — Zapytał ciszej. — Nie czujesz się tutaj za bardzo dobrze, co?
Liliowy widząc spadający ze składziku listek ziół, podniósł go i odłożył na miejsce. Uniosło uszy, słysząc pytanie ucznia.
— Miałeś tego raczej nie usłyszeć — mruknęło z odrobinę wyczuwalnym sykiem w głosie. — Psy pochodzą od wilków — wytłumaczyli tylko prędko, a po chwili pokręciło głową zdenerwowane. — A kim ty jesteś, abym ci się wyżalało? — mruknęło nieco obojętnie, ale i tak postanowiło powiedzieć swoje. — Niezbyt. Moja matka nie żyje, ojciec był zdrajcą. Nikogo tu nie mam. Chociaż może to i lepiej — dodało. — Trzyma mnie tu miłość do ziół i moja pozycja, więc jestem, ale to wszystko — rzuciło, ściszając jeszcze bardziej swój głos.
Chudy zmarszczył brwi i przymrużył oczy. Wysłuchał, co Koper ma do powiedzenia, a potem machnął ogonem delikatnie, jego końcówka drgała.
— Nie widziałem nigdy psa. — Zaczął bury. — Co nie znaczy, że bym chciał! I co dobrze ci tu samemu? Zapytał, chociaż trochę go zabolał fakt, iż po tylu księżycach wspólnej nauki, Koper nie uznawał go za "swojego". Chyba Chuda Łapa pospieszył się ze stwierdzeniem, że są kolegami. Widocznie byli dla siebie tylko kotami o tym samym powołaniu, przynajmniej w oczach Koperka.
— Ja też nie mam matki ani ojca! Ale mam braci. Gdyby nie oni to też byłbym tu sam. Nikt nie chce ze mną gadać — podrapał się po brodzie. — No, może tamta ładna samotniczka. Jak ona... Jesionowa Łapa chyba teraz się nazywa. Ciekawe kim była moja matka? Orientujesz się w ogóle, jak ja się tu znalazłem w tym Klanie? Bo mnie też nikt nie pytał, pff. Może gdybym był większy i silniejszy, to mógłbym decydować o tym, gdzie mieszkam, ale nie jestem, więc tu zostaję. Nie spieszy mi się do grobu, a Zalotna Gwiazda pewnie by mnie ukatrupiła za próbę ucieczki. Posłał medykowi niezręczne spojrzenie. Tak jak Kopra trzymały tu zioła, tak Chudego bracia i niemoc do zmiany czegokolwiek. Nie, żeby w innych klanach miałby czuć się lepiej. Skoro tutaj wytykają go pazurami, to w innych byłoby tak samo.
Pręgus zaśmiał się na słowa Chudego.
— Z pewnością byś nie chciał. Wilka też nie — miauknęło, kiwając głową, tak jakby potwierdzając jego stwierdzenie. — A co to wyścigi kto ma mniej? — prychnęło, przerywając uczniowi. — A właściwie to, co mnie to obchodzi? — zapytało, unosząc brew.
Potrząsnęło futrem, aby pozbyć się liści ze swojego futra i wbiło nagle wzrok w młodego. — Twoja matka? Hmm... Wydaje mi się, że była samotniczką. Chociaż nie mogę być pewne — odparło krótko. — Ja chciałom uciec, ale wkrótce potem znalazłom Aksamitkę i Cykorię. Zmieniłom zdanie, ale nadal nie chcę tu być — miauknęło, kładąc się na ziemi, drapiąc piach pazurem, tak jakby nagle straciło całą werwę. — Ta szczera rozmówka jest nietypowa. Z Cisowym Tchnieniem miało taką po jakoś 40 księżycach życia w jednym legowisku — zaśmiało się, co brzmiało co najmniej nienaturalnie. — Zwierzanki, zwierzeniami, ale masz problem kolego — miauknęło, nagle unosząc pysk. — Księżyc roboty. Ogarniasz legowiska, a także starszych i chorych. Czasem wyślę Cię też do żłobka. I nie obchodzi mnie, że boli. Nie ma aż tak lekko — mruknęło chłodno.
Wysłuchał historii Kopra ponownie. Też mu było dziwnie od takich zwierzeń, chociaż Chudy dużo częściej otwierał się przed innymi kotami. Narzekał sporo, ale wiele z jego "rozmówców" jednym uchem wpuszczała, a drugim wypuszczała. Zapewne połowa z nich nawet nie notowała w głowie tego, co mówił, a zawsze mówił prawdę w tym marudzeniu. Gdyby ktoś go tak słuchał uważnie, to miałby całe jego życie, zmartwienia, problemy, jak na tacy.
Jednak Koper zaczął temat, którego bury się obawiał. Kara. Sprzątanie! Robota! Ciężka, katorżnicza! I to w legowisku starszych...
Chudy stęknął, przewrócił oczami. Jęknął baaardzo niezadowolonym tonem jak kociak, któremu odmawiasz wyjścia na spacer.
— No nie no! Do tych staruchów?! — Miauknął niezadowolony. — I do bachorów też? Miejże litość! Dlaczego tak długo?! Jak ja mam się uczyć medykowania w tym czasie!
Wysłuchało tylko słów kocura i prychnęło.
— Szacunku trochę, bo będę kazało ci doły kopać za karę. I będziesz miał je kopać bez celu. I to jeszcze z twoim radosnym uśmiechem na twarzy — miauknęło, będąc poważnym. — A to mnie już nie obchodzi. Oprócz tego możesz tu spać i uczyć się z obserwacji. Trzeba było zapytać o tę kocimiętkę! I o przebite ucho również! — Syknęło zdenerwowane. — Przecież bym się zgodziło — dodało już nieco łagodniej. — Bierz się do roboty. Jak będziesz dobrze się sprawował, to skrócę ci tę katorżniczą pracę. I to o połowę. Tylko mam nie słyszeć na Ciebie żadnych skarg — kiwnęło głową z krótkim westchnięciem.
Chudy machnął rozdrażniony ogonem. Dostał ochrzan! Najprawdziwszy ochrzan! To chyba pierwszy w jego życiu...
— A co Ty, mój Ojciec jesteś, żebym Cię pytał o zgodę?! — Miauknął rozdrażniony, ale zaczął człapać smętnie w stronę wyjścia. Mamrotał pod nosem jeszcze różne pierdoły.
— Chodziło o zgodę. O zioła bezmózgu! — Wykrzyczało jeszcze uczniowi na odchodne.
Chuda Łapa był więcej niż oburzony. Wręcz zaczął żałować tej kocimiętkowej eskapady! Chociaż nie… cofa to. Było wspaniałym, braterskim doświadczeniem.
Dotarł wreszcie do legowiska starszych. Zapach, jaki się tam unosił, wysuszał mu nozdrza od razu. Taki stęchły, może wilgotny poniekąd. W końcu zbliżała się zima, a w powietrzu unosiła się wilgoć od częstych deszczy. Mało tego, kiedy Chuda Łapa dotarł, zorientował się o obecności pewnego kota, z którym nie miał najmilszych doświadczeń… Trzcinniczkowej Dziupli. Chudy skrzywił pysk spanikowany. Co on teraz pocznie? Jak ma wykonywać tę karę bez żadnych skarg, kiedy już zdążył sobie nagrabić u niewidomego kocura?
Przełknął nerwowo ślinę, kiedy ktoś go zaczepił.
— Oh, kogo nam tu przywiało! — Radosne miauknięcie rozległo się za wychudzonymi plecami ucznia. Odwrócił się i wzrokiem błagał o niewypowiadanie jego imienia… ale Srebrzysta Łuna miała to w nosie. — Czy to nie Chuda Łapa?!
I bury był spalony. Widział, jak Trzcinniczkowa Dziupla rusza się w swoim legowisku. Chudy nie wiedział, co ma robić, więc spanikował i dał dyla. Normalnie wziął nogi za pas. Przyjdzie jutro!
W ten pozostały do zmierzchu czas zakręcił się przy legowiskach wojowników. Musiał je wymienić i posprzątać czy chciał, czy nie, więc spróbował zrobić to szybko. Problem w tym, że… szybkość i Chudy raczej się nie łączyły.
Brał mech, targał go pod krzewy, a potem wywlekał ten zużyty, uklepany. Padał na ryj, a był dopiero w połowie. Wziął głęboki wdech, podchodząc do kolejnego legowiska. Jego łapy same się chwiały. Ziarno maku przestawało działać, a on poczuł zawroty głowy. Uh… powinien pewnie nieco przytyć, by następnym razem (o ile takowy będzie) lepiej to znieść. Nocna Łapa się pewnie pozbierał w ciągu poranka. Ciekawe czy jeszcze żył, czy może mentorka go ukatrupiła gdzie w krzakach.
Zatoczył się na czyjeś posłanie. Usiadł na nim i wziął kilka wdechów, by nieco się zregenerować. Nie jadł nic dzisiaj jeszcze, tak więc naprawdę był, jak dętka. A to posłanie pachniało tak ładnie… świeżo skoszoną trawą.
Dał sobie chwilę na odpoczynek. Ta woń pomogła mu się zrelaksować i nabrać sił, by sprzątać dalej.
Pod wieczór nareszcie skończył. Starszych, żłobek i legowiska uczniów ogarnie jutro lub pojutrze, a teraz pora się położyć. Wyszedł z wojowniczych legowisk, łapy kierując ku jamie medyków. Wszedł do niej powoli, a jego kończyny drgały. Podreptał cicho do swojego kącika gdzieś pod ścianą. Padł plackiem, zasypiając niemal od razu.

<Koper? >

[liczba słów: 1780, medyczny trening Chudej Łapy]

[36%]

11 kwietnia 2026

Od Chudej Łapy CD. Wilczego Skowytu

Jeszcze kiedy Chudy był uczniem woja

Bury uczeń doczekał się wreszcie powrotu wojownika ze świeżym mchem. Niechętnie wziął od niego trochę i potuptał smętnie, by wymienić go w legowiskach. Co i rusz próbował się wymigiwać, robić mniej, ale Wilczy Skowyt skutecznie udaremniał jego próby leniuchowania.
Kiedy skończyli, Chuda Łapa padł plackiem na środku obozu. Oddychał zmęczony, jakby przynajmniej obiegł całe tereny Klanu Wilka, a nie tylko odświeżył legowiska uczniów. Wilczy Skowyt przysiadł obok niego, chwilę pomyślał, nim złapał za ogon burego.
— CO TY ODWALASZ WILCZY !? — wrzasnął skrzekliwie młodziak.
— Nie będę Ci przecież gadać o mojej wybrańce na środku obozu — burknął.
Zaczął go ściągać za złapany ogon na bok. Chudzielec machał łapkami, jakby mu się działa krzywda. Koty dookoła patrzyły ciekawsko, ale gdy dostrzegały ucznia Nadciągającego Pomroku, odwracali wzrok, bo ten to zawsze robił z igły widły. Nic ciekawego.
Kiedy oba kocury były na uboczu, Chudy wstał i się otrzepał z nadmiaru piachu.
— Następnym razem weź mnie na plecy — warknął, garbiąc się. — No, to dawaj mi te tajne informacje. Co to za koteczka?
— No to wiesz, taka biała z czarnymi uszami i ogonem. Mam z nią też dwie córki!
Chudy rozdziawił buzię w szoku tak bardzo, że mogłaby mu do niej wpaść mucha.
— TY MASZ BACHORY?!
Zeskanował czekoladowego wzrokiem od góry do dołu. Jakoś tak… Nie wyglądał na materiał ojcowski. Ale może po prostu Chudy się nie znał.
Czekoladowy wojownik lekko się roześmiał.
— No właściwie to jedno, miałem dwie córki. Wąsatkę i Kobczyk, ale Wąsatka… Zaginęła. — Mruknął ciszej, lekko zawiedziony.
Chuda Łapa opuścił uszy. To jak on tego dzieciaka pilnował? Chyba, chociaż czekaj… Chudy nie bywał w kociarni w ogóle, ale może te koty nie wiedzą o swoim pokrewieństwie z Wilczym? To wszystko było zagmatwane.
— Ah, oh... yyyy — mruknął nie bardziej wiedząc co ma na to odpowiedzieć. — Kiedyś się znajdzie. Mi też kiedyś zgubił się patyk, którym dokuczałem Kalince, a potem magicznie znalazłem go w miejscu, w którym zawsze kładła się Ognista Słota. Dziwne miejsce, no ale nie wnikam! A jak to się stało, żeś poznał tą swoją...samotniczkę?
— No to było tak… Kiedyś jako uczeń, ponad 30 księżyców temu! Podczas jednego z patroli spotkałem właśnie ją! Była nie za bardzo pozytywnie nastawiona! Ale zaczęliśmy się częściej spotykać iiii… się zakochaliśmy! Nazywa się Mewa i gdybyś ją poznał, też byś się zakochał!
Chudy momentalnie skrzywił pysk. Trzydzieści księżyców… Chuda Łapa policzył na palcach swoich łapek… on nawet wtedy nie żył jeszcze! Ale ten Wilczy stary jest.
— Huh? Chyba nie chciałbyś, żeby ktoś ją też lubił, nie kochasiu? — miauknął. — No ale nic nie poradzę na mój przystojny pyszczek!
Wilczy uśmiechnął się.
— Czy taki przystojny jesteś, to ja nie wiem, haha — odpowiedział mu. — Ale masz rację! Nie chcę, żeby ktokolwiek inny ją lubił!
Chudy prychnął na słowa starszego i odwrócił głowę, obrażony. Skrzyżował chuderlawe łapki na kościstej piersi.
— Nie znasz się! — odburknął. — Jeśli ja kiedykolwiek kogoś znajdę, to jej nie poznasz, ty wredny dziadu.
Wypiął mu język.

~ Teraźniejszość ~

Chudy od kilku dni gorzej się czuł. Dosłownie, jak na co dzień było źle, to teraz było bardzo źle. Ledwie oddychał, nos jakby taki ciągle zatkany. W płuca coś mniej powietrza wchodziło, częściej kasłał…
Roztargniony Koperek chyba to zauważył, bo któregoś dnia wziął go za fraki i wybadał. Jeszcze mu się dostało za lekceważenie objawów… a co on miał poradzić? Przecież na co dzień było źle, więc nie umiał odróżnić choroby od codzienności!
Dostał porcję ziół, na które skrzywił pysk. Fajnie było leczyć, a nie być leczonym. Przewrócił oczami, kiedy nakazano mu zjeść pierwszą porcję.
Wylazł potem z legowiska, cały naburmuszony. Zobaczył siedzącego z boku Wilczy Skowyt, który chyba jadł obiad. Chuda Łapa podszedł więc do niego i po prostu, bez pytania, się dosiadł.
— Powiem Ci, Wilczy, że ciężki jest mój żywot — zaczął smętnie, niczym stary dziadek. Pokręcił głową nad własną niedolą. — Kilka dni temu coś gorzej się poczułem, ale no wiesz, ja na co dzień źle się czuję, więc nie widziałem różnicy! Poza tym, że trudniej mi się oddychało. Ale wiesz, doszedłem do wniosku, iż taka moja przystojność i nic z tym nie zrobiłem. Aż wkurzyłem tym Kopra, który mnie wziął przebadał, dał zioła i jeszcze ochrzan. Gdybyś Ty tam był… to bym się za Ciebie schował. Zazwyczaj robię tak z Grubym, bo on jest wiesz…gruby. A ja chudy! I się za nim mieszczę.
Zeskanował kocura wzrokiem.
— No, Tobie trochę się schudło z tyłka, ale myślę, że i tak dałoby radę. Co tam jesz? — zapytał. — Fuj, wróbel. Spróbowałbyś sikory. Lepsze są. W ogóle słyszałeś ploty o Cisowym Tchnieniu? Ponoć kręci coś z Bladym Licem. Nie, żeby mnie to interesowało, ale nigdy nie uważałem jej za zbyt… względną. Jakby, no, nie oceniam przecież, chociaż Cis mało mówi i chyba ma depresję. Ciężko powiedzieć, bo z nią nie gadam. Zwykle siedzi gdzieś z dala i tylko czasem łypnie na mnie wzrokiem. Przerażająca samica.

<Wilczy?>
Liczba słów: 797, medyczny trening Chudej Łapy

[16%]

Wyleczeni: Chuda Łapa

08 kwietnia 2026

Od Chudej Łapy CD. Nocnej Łapy

Chuda Łapa miał mnóstwo pracy. Dużo kotów zaczęło się ziębić albo ranić o gołe gałęzie drzew czy krzewów, a ich zapasy szybko topniały. Któregoś południa Roztargniony Koperek wysłał go, by poszedł sam nazbierać ziół. Umiał wystarczająco dużo, tak jak mawiał medyk, oraz był odpowiednio duży, by nie potrzebować asysty. Chuda Łapa cieszył się w duchu z tego zaufania, jakie zdobył.
Idąc przez obóz, dostrzegł swojego brata. Nocna Łapa wyglądał, jakby wracał z treningu, ale wciąż miał nieco energii. Chudzielec podszedł więc do niego.
— Braciszku. — zaczął. — Masz jeszcze trochę siły i czasu? Może chcesz pomóc mi nazbierać duuużo ziół do naszych zapasów?
— To bardzo dobry pomysł. Idźcie. — Tropiąca Łaska odpowiedziała za czarnego kocurka, jako że jeszcze była w zasięgu ich słuchu. — Może w końcu coś zmęczy cię wystarczająco, abyś przespał poranny patrol. — Odetchnęła zirytowana i odeszła od nich.
— Pójdę. Jak słyszałeś, nawet moja mentorka nalega! — odparł tym razem już sam.
Chudy posłał mu uśmiech ulgi, że nie będzie musiał sam wszystkiego dźwigać.
— No to chodźmy! Znam niezłą miejscówkę, gdzie powinniśmy znaleźć większość tego, co trzeba. — oznajmił, kierując się do wyjścia. Dał bratu ogonem znak, by za nim podążył. — Uff, jak dobrze, że Cię spotkałem! Nie będę musiał sam tego nosić, a uwierz mi, że to całkiem trudne pomieścić wszystko w pyszczku. Co dzisiaj robiłeś na treningu? Ty to się świetnie nadajesz na wojownika, widzę, że dla Ciebie to pikuś te treningi. Ja na każdym o mało nie umarłem.
— Dla mnie te treningi to nawet trochę za mało. Co rano jeszcze sobie biegam wokół obozu, tak dla zdrowia! — pochwalił się Noc.
— My chyba jesteśmy z innych ojców — rzucił żartem bury, słysząc o wyczerpujących treningach brata.
— Ale tak! Łatwo mi się ćwiczy na wojownika. Dzisiaj powaliłem Tropiącą Łaskę w boju trzy razy z trzech prób! A Ty... dobrze Ci jako medykowi? Wyglądasz na szczęśliwego jako medyk... — Nocna Łapa szedł grzecznie w tempie brata, zerkając na niego ciekawskimi oczkami.
Bury po chwili po otrzymaniu komplementu od braciszka, aż wyprostował swoją kościstą klatę. Postawił uszy z przekłutą kością, a szczurowaty ogon powędrował dziarsko w górę.
— Ha ha! — Miauknął. — Roztargniony Koperek coraz mniej błędów mi wytyka, a dzisiaj pierwszy raz wysłał mnie samego po zioła! Nocna Łapo, czuję, że jestem blisko mianowania, mówię Ci! Robię coraz mniej błędów, znam praktycznie wszystkie zioła! Nawet Cis czasem spojrzy na mnie przychylniej niż zwykle.
Docierali powoli na miejsce, więc Chuda Łapa zaczął rozglądać się za potrzebnymi ziołami. Dostrzegł niemal od razu krzew jeżyny krzewiastej, więc zboczył z trasy.
— O! Weźmy od razu trochę tych liści, przydadzą się. — miauknął, biorąc się do roboty. — Papka z tego krzewu łagodzi użądlenia pszczół, a wiem, że jeszcze latają, więc mogą być przydatne.
Noc zastrzygł uszami, wsłuchując się w wywód brata.
— Daj. Ja ponoszę. Możemy część z nich wsunąć mi w futro, to potem więcej zmieści się w pyskach. A te liście wydają się wystarczająco duże, żeby się trzymały w tym gąszczu! — Zaproponował Nocna Łapa, wystawiając po nie łapkę. Chuda Łapa oddał więc zebrane liście bratu, pomógł mu je też wetknąć w futro. Musiał przyznać, że to był genialny pomysł. Jeśli kiedykolwiek Chudy zapuści takie kudły, to też będzie tak robić!
— Może skoro tu jesteśmy, to chodźmy tą drogą. — Zaproponował.
Zaczął przeciskać się przez krzewy jeżyn, by wejść pod kolejne, zwyczajne.
— Słyszałeś ostatnie, głupie plotki? O tym, że mi Kalinowy Powiew serce złamała? — zapytał z wyrzutem. — Te Wilczaki to nie mają o czym gadać! Takie bzdury wymyślają. W głowie się nie mieści! Ja nie mam serca, więc nie ma co łamać, pff!
Wyszli z krzaków i dotarli do głębszej części lasu, gdzie wpadało więcej jesiennego słońca. Chudy otrzepał się z gałązek i prychnął ponownie.
— Niech się zajmą swoimi życiami! — Trzepnął ogonem gniewnie. Spojrzał na brata. — Kalinowy Powiew to kot, którego chyba najbardziej, zaraz po Ognistej Słocie i Zalotnej Gwieździe nie mogę znieść! A wiesz co je łączy? Są samicami! Takie zarozumiałe i wszystko wiedzą, pff.
— Słyszałem te plotki i nawet śmiać mi się chciało, jak to usłyszałem. — przyznał Noc. — W końcu mój najlepszy i najukochańszy brat raczej by mi powiedział, że się w kimś zabujał! — Pokiwał łebkiem, idąc zaraz obok brata, jak tylko zrobiło się więcej miejsca. — Ale tak w ogóle... to Ty samic nie lubisz. A samce? — zagadał Noc, zerkając na niego ciekawskim okiem.
Chudy poczuł się trochę... jakby skrępowany i zaskoczony tym pytaniem. Nie sądził, że Nocna Łapa skieruje rozmowę na te tory, a może powinien się tego spodziewać? W końcu są już całkiem dojrzali, niedługo przejdą mianowanie... więc chyba powinni myśleć o takich rzeczach? Chociaż Chudy umiał rozmyślać tylko o ziołach... Zerknął na brata spłoszonym wzrokiem, kiedy ten przypytał go o jego preferencje.
— No ten uhhhhhhhhh — miauknął przeciągle. — To nie tak, że ich nie lubię, ale samice są nieznośne, ale z drugiej strony niektóre są całkiem względne... znaczy! Nie zrozum mnie źle, pewnie nigdy żadna na mnie nie spojrzy przychylnie... w końcu, kiedy mam takiego przystojnego brata.
Zaśmiał się niezręcznie, dostrzegając nieopodal kocimiętkę. Normalnie jakby wygrał życie w tej chwili! Na trzeźwo nie mógł prowadzić tej rozmowy dalej.
Podbiegł do krzewu i przeżuł kilka liści, których wcześniej miał okazję jedynie spróbować. Teraz po prostu zeżarł tyle, ile złapał.
— No bo ja nie sądzę, bym lubił kocury — miauknął niezręcznie, odwracając się do brata. — Chcesz? — rzucił mimochodem, dając mu kilka liści.
Chudy poczuł się momentalnie odprężony. Wytarzał się w trawie rosnącej pod krzewem i otrzepał, przy czym się zatoczył. Przy jego masie ta porcja, którą zjadł, wzięła go dużo szybciej, niż mógłby przypuszczać.
— No bwo wjeszzzzz — burknął. — Jjja tjo chyba — czknął — mimo wsystko wolleeee koteczkiiii.
Noc wziął od brata zaproponowane liście i upchnął w gębę.
— Wolisz kotki! I też dobrze. Jestem pewny, że jakaś spojrzy na Ciebie przychylnie, nie wydziwiaj. Ja wiem, że jestem piękny i w ogóle, ale są kotki, które wolą być... tą silniejszą w związku i nosić Cię na plecach! — oświadczył, tarzając się tam, gdzie robił to przed chwilą brat, ale zamiast kładąc się obok niego, pozostał leżący w kocimiętce. — Ja osobiście nie wybrzydzam. — Uśmiechnął się do brata.
— Hehehe... — zaśmiał się. — A wjenc ljubiss wszystio.
Zaśmiał się znowu, chociaż nie powiedział nic zabawnego.
— Ale dość o miłości... co to jest, w czym się tak... tarzam. — Noc zamruczał.
Błogo im się robiło. Chudy czknął ponownie, a potem zaczął trochę kasłać. Chwiejnie wstał z ziemi i polazł do brata. Słuchał go, ale nie mógł nic poradzić na to, że część słów gdzieś mu umykała. No sama to robiła! Nie jego wina!
— To? A tooooo — zamruczał. — Kocimieeeentka. Ona, hehehehe, rozwesela. Hehehe~, ale nje wjem co zjobi pszy takeeej ilosci! A powieccc mi braciszkuuu~
Zaczął go szturchać w ramiona. — Njoo jaaakkk ty to rjobisz, że cje wsisci lubio?
Po czym padł obok niego i leżeli w liściach kocimiętki.
— Jak... jak... — Noc chyba miał problem zebrać myśli w konkretną wypowiedź. — Nie wiem. Nie wiem, czy... wszyscy mnie ... lubią, wiesz? — odparł — Wszyscy tak... pobieżnie, mnie... lubią. Bo się dużo umśecham. — Przekształcił ostatnie słowo pogrążony w błogim stanie. Nawet sam się zaśmiał trochę, chwytając brata i przysuwając go bliżej do siebie, żeby sięgnąć językiem jego rozczochranej czupryny. — Ciebje... tesz dużo lubią.
Chudy zamruczał, kiedy Noc go polizał po głowie. Ahhh kocimiętka. Wspaniała rzecz... ciekawe co by było, gdyby zjadł jeszcze listek? W końcu powinien wiedzieć jako medyk, co nie? Robić takie... eksperymenty. W imię nauki!
— Mnjeee to njeee — miauknął przeciągle i niedokładnie. — Njee lubio. Z K... Kalinką ciooogle sje kłóciiimyyy. Hihi. A ostaaatnio spotkałem na zgjomadzeniu kota i nazwałem go brzydalem, haha! Hehehe... I rzuciłem pjaskiem w niego! Haha!
Sięgnął łapką po dodatkowy listek, który zjadł w kilku kęsach.
— Ah nie patrz taaak — mruknął. — Tjo dla nauuukiiii~
— Dla... nauki? Cze... czkeja... jak to rzuciłeś piaskiem... haha. To musiało być prześniesze, haha! Daj jednego. — Wystawił łapę do brata, oczekując liścia. W końcu to dla nauki! Też może się do tego przyczynić!
— Ale Kalinka... to się nie zna! Z Cie... Ciebie to... kawał dobrego chłopa. Może ona... po prostu zakochana... tak mocno! haha... że aż sfrustrowana, bo ty... taki piękny!
— Nooo weeeeeź nie mów mi takkk blacisku — wybełkotał. — A tam dobry chłop! Ale status medka to daje nieszle! I my sobie hihi medkujemy hihihi.
Chudy zachichotał niewyraźnie. Zaczęli wspólnie dopychać się resztkami liści, które nie zdążyły uschnąć przed zimą. Ahh było tak błogo i miło! Umysł się oczyszczał w dziwny sposób, nie myślał o głupotach czy zmartwieniach.
Pacnął brata w bark.
— HAHAHA KA...KALINA WE MNIE? Dobry żarcik braciszku! — zaśmiał się, przy czym zachrumkał zabawnie. — Dobre! Dobre! Zapiszmy co by nam nje uciekjoo!
Po chwili poczuł, jak jego brzuch opanowują konwulsje. Podniósł się w mgnieniu oka i zwymiotował część zjedzonych liści.
Padł plackiem ponownie, a przed oczami zaczynały latać mu dziwne białe paproszki. Pomachał łapą niesformie, by je odgonić.
— Ty mass wienksze szanse — miauknął słabo. — Nasza mamuśka to musjała być dopiero koteczka!
— Koteczka... — Przeżuwał powoli liścia, krzywiąc się na widok wymiotującego brata. — Musiała być, tak. Albo nasz tatko. Gruby hahaha! W końcu gruby tez ha... nie taki zły z pyska, nawet jak płaski. — Noc zaśmiał się w głos. — Podwójne galeszje! Ale śmiesznie się patrzy. — Wepchnął w gębę jeszcze jednego liścia.
— Cooo jakie gałęzie.... — zapytał niewyraźnie, szukając ich wzrokiem.
Jego oczy były pełne łez po wymiotowaniu, gardło suche o niesmacznym posmaku. Skrzywił się, zmrużył oczy, ale nie dostrzegł tych patyków.
— Znajdziemy ci kogoś brachu! Obiecuję! — oświadczył Nocna Łapa, siadając w końcu i zataczając się przy tym.
— Ja njeee potsebuuuje — miauknął. Powoli tracił kontakt z rzeczywistością i czuł, jakby spływał w senną otchłań. — Ja... Ja mam zioła! Nie potsebuje baby! Ale tyyyyy jak bendzieees miał, to mi weź przeedstaw...
Dotknął brata łapą albo tak myślał, bo się sklonowali. Machnął łapką w powietrzu, jednak nie sięgając czarnego kocurka. Skrzywił się ponownie. Jego wzrok się pogarszał?
— Grubyyy to jedsst Gruuubyy — miauknął, już ledwo kontaktując.
— HAHA Gruby jest gruby — zaśpiewał Noc, kładąc się z powrotem. Aż ziewnął, otwierając pysk szeroko. — Tobi... tesz... tak... śpiąco? Ale... bym sie zdremno — miauknąl do brata, patrząc sie na niebo nad nimi.
Chudy zacharczał jakoś dziwnie, czując pieczenie w gardle. Jego głowa stała się ciężka, nie miał ochoty nawet przekręcić jej, by spojrzeć na brata, a nagle słowa gubiły się bardziej, niż wcześniej.
— A noooo — mruknął. — Ale by może tak...na sekundkę....sekundeczkę. bo my musimy wjaaacac do kopeeerka. Hehe. Koperek. Jeccc koperek beeendziesz zdroowwwy...
A po chwili już go nie było, bo mu się urwała świadomość, mózg wyłączył, a oczy zamknęły. Nie był pewien czy zemdlał, czy zasnął. Noc wcale nie był lepszy, niedługo później samemu tracąc przytomność.
<Nocna Łapo? :D >



[Liczba słów: 1721, trening medyczny Chudej Łapy, eksperymenty z ziołami]

[34% + 5%]