BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chudy Grzbiet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chudy Grzbiet. Pokaż wszystkie posty

12 września 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Cętkowanego Tęgosza

Lato, po Zgromadzeniu, ale przed śmiercią Trzcinniczkowej Dziupli

Od spróbowania wraz z Wilczym Skowytem sfermentowanego jabłka minęło już trochę czasu. Chudy Grzbiet wciąż czuł na języku ten obrzydliwy smak, ale nie pamiętał niestety zbyt wiele z ich wspólnej podróży. Może kiedyś uda mu się wybrać na tę wycieczkę ponownie, o ile znajdzie sobie do tego towarzystwo oraz zdobędzie towar. Koniecznie będzie musiał porozmawiać na ten temat z Guziczkiem…
Teraz jednak jego głowę zaprzątały inne sprawy. Wraz z ciągnącym się latem, kolejne koty zapadały na choroby i stety niestety, miał łapki pełne roboty. Dzielił pracę z Koprem, którego cenił ponad wszystko. Mógłby nawet rzec, że obok jego braci, Koper był ulubionym kotem Chudego. Bury medyk ostatnio mało czasu spędzał z Nocnym Śpiewakiem, jako, iż ten miał dzieciaki. Dzięki temu siedział ciągle w medycznej norze i uprzykrzał (chociaż Chudy uważa, że umilał) czas Koperkowi. Cis była stara i raczej Chudy udawał, że jej nie widzi. Bał się kotki, unikał zostawania z nią sam na sam. Cis pomimo wieku pewnie by go poskładała jak leżaki nad Bałtykiem, więc wolał nie próbować starcia.

W czasie zbierania ziół Chudy szukał też piór. Miał już pokaźną kolekcję w swoim posłaniu, czym na pewno drażnił pozostałych mieszkańców nory. Cóż mógł jednak poradzić, skoro ich potrzebował? Z czego niby zrobi kubrak jak nie z piór? Nie wyszło mu ze skórą sowy, ale nie planował jednocześnie zaprzestać na tych próbach. Jeśli będzie mieć okazję, powtórzy ten eksperyment i ponownie wysuszy jakieś zwłoki, ale to nie teraz… musiał aktualnie zrobić coś mniej pracochłonnego. Bo skoro ptaki były ogrzewane przez pióra, to on też mógł być! Przynajmniej tak myślał.
Następnego dnia poszedł do starszych. Obejrzał ich i przeprowadził wywiad, tak jak kazał mu Koperek. Z Trzcinniczkiem od jakiegoś czasu poprawiały mu się relacje, co niezmiernie cieszyło młodego medyka. Może wreszcie Kalinka przestanie się na niego tak obrażać… wiedział w końcu, ile ten staruch dla niej znaczył.
Pozwolił sobie nawet nieco pożartować ze starszymi, chociaż nie każdy jego żart był udany. Chyba powinien udoskonalić swój warsztat… Chociaż był teraz przecież poważnym panem medykiem! Wtedy kiedy wszyscy patrzyli oczywiście. Przy Kalinowym Powiewie obowiązkowo. Nawet na Zgromadzeniu, kiedy stracił zęba, zachowywał się jak mężny kocur i chyba zrobił na niej wrażenie, na jego oko nawet dobre. Chudy stosował tę strategię od dłuższego czasu i, pomimo że był nią zmęczony, kontynuował. Serce Kalinowego Powiewu było tego warte… mimo jego samopoczucia.
Wrócił na ziemię, bo Trzcinniczek coś do niego mówił. Ponownie udawał poważnego i stonowanego kocura.
Gdy nie wykrył u nich nic niepokojącego, wyszedł od nich i wrócił do swoich spraw.

Dzień morderstwa

Minęło parę dni. Chudy był w trakcie robienia swojego kubraczka, do którego użył sporego kawałka mchu. Wtykał w niego pióra i na wszelki wypadek zaklejał żywicą. Podwójna warstwa powinna pomóc mu przetrwać zimę…
Gdy tak siedział, kątem oka widział Tęgosza i Blednącego Szaleja. Szli ramię w ramię do starszych z posiłkiem w pysku. Opuścił wzrok z powrotem na swoją robótkę.
Później wieczorem, lecząc Iglastą Łapę z kataru, mógł usłyszeć poruszenie. Wyściubił nosa poza norę, by zobaczyć, co się dzieje. Zawsze lubił nowinki. Garść kotów stała przy na środku obozu, ale nie mógł dojrzeć, co się tam działo. Wrócił więc do wydzielania ziół dla ucznia.
Kiedy skończył i pożegnał ciemnego kocura, posprzątał resztki ziół, odkładając je na miejsce. Następnie poszedł zobaczyć, co się stało. Przedarł swoje wątłe ciało przez zgromadzone koty, dostrzegając coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Trzcinniczkowa Dziupla leżał martwy na trawie. Chudy momentalnie nie mógł złapać tchu przez szok, jaki przeżył, a gdy odzyskał władzę nad własnym ciałem, spuścił głowę. No tak… kocur był już bardzo stary.
Bury przeleciał wzrokiem po zgromadzonych, dostrzegając wtuloną w ciało starszego Kalinowy Powiew. Ścisnęło mu serce i żołądek, a łapy drgnęły, by do niej podejść. Zaniechał jednak tej czynności, karcąc się w myślach. Nie był odpowiednim kotem, by ją teraz pocieszać… by udostępnić futro, w które mogłaby się wypłakać. Spuścił wzrok, kładąc po sobie uszy. Chociaż bardzo chciał, nie podszedł do niej.
Zanotował w głowie, by później odwiedzić grób starszego, po czym wrócił do legowiska medyków.

~*~

Chudy był niepocieszony przez następny czas. Markotny, małomówny, cały czas zamyślony. Roztargniony Koperek w końcu mógł odpocząć od jego chorej paplaniny i głupich pomysłów, a jednak… poniekąd takie zachowanie mogło być niepokojące.
Bury siedział w wejściu, segregując liście rozmiarami. Ogon smętnie leżał na trawniku, a szaro-niebieskie oczy wpatrzone były w ziemię.
Usłyszał nagle wołanie jednego z wojowników. Podniósł wzrok, dostrzegając Cętkowanego Tęgosza, który szedł do legowiska Zalotnej Gwiazdy. Chłód nocy nagle przybrał na sile. Po co kocur został zawołany na dywanik?
Jakiś czas później rudzielec wyszedł ze spuszczonym ogonem na zewnątrz. Chudy był zaciekawiony dlaczego, w końcu Liderka była babką wojownika. Patrzył, jak ten odchodzi, początkowo wzruszając ramionami.

Następnego dnia, kiedy Tęgosza nie było w pobliżu, poszedł do legowiska starszych. Chciał dowiedzieć się więcej na temat tej sprawy. Coś… nie dawało mu spokoju.
Siedziała na swoim posłaniu Gąsiorkowy Trzepot, patrzyła smętnie na swój nieruszony posiłek. Bury podszedł bliżej, położył przy niej liść z nasionem maku, bez słowa. Bał się cokolwiek powiedzieć, toteż zrobił krok w tył i poruszył wąsami, mając nadzieję, że kotka go zauważy. Jej oczy podniosły się na zioła, a z ust wydobyło westchnienie. Podniósł uszy.
— Trzcinniczowa Dziupla… — zaczęła drżącym głosem. — On zjadł posiłek I… I n-nagle zaczął się ślinić i tak dziwnie zachowywać.
Chudy zmarszczył brwi. Nie brzmiało to, jak śmierć ze starości.
— Tak? — Zachęcił kotkę do mówienia dalej.
— On nagle zaczął się jakby dusić i nie mógł utrzymać równowagi… a kiedy upadł… już nie wstał. Nie obudził się. — Miauknęła smutno.
Chudemu… zabrakło słów. Znał te objawy, wiedział, co oznaczały.
— Czy to był posiłek przyniesiony przez Cętkowanego Tęgosza? — Zapytał.
— Hm? Tak, chyba tak…
Cętkowany Tęgosz podrzucił Trzcinniczkowej Dziupli zatrutą piszczkę. Dlatego kocur zmarł, nie ze starości, nie z choroby!
W Chudym dosłownie zawrzało. Jego ogon podrygiwał nerwowo. Coś podobnego spotkało Blade Lico… śmierć teoretycznie bez przyczyny… przy nim jednak została odnaleziona gałązka cisu, co potwierdzało przyczynę zgonu, a po śmierci Trzcinniczka nie było śladów. Piszczka została zjedzona… ugh! Gdyby tylko mógł zrobić sekcję zwłok…
Teraz jednak wiedział, dlaczego Tegosz został zawołany do Liderki. Zacisnął zęby.
— Czy… co Tęgosz tutaj robi? Widziałem, jak przychodził wcześniej — zapytał.
— Dba. — Kotka machnęła ogonem. — Dostał jakąś karę i musi niczym uczeń przy nas chodzić.
Że co?! Chudego zatkało. Za morderstwo kocur dostał tylko… dbanie o starszych?! Gdzie wcześniej zabił jednego z nich?!
Wysunął pazury, które otarły o podłoże, jednak zaraz je schował. Wziął głęboki wdech, drżący.
— Tutaj… emmm jest ziarenko maku, jeśli będziesz potrzebować. — Wydusił z siebie, nim wyszedł.
Szedł bardzo sztywnym krokiem. Dotarł do nory medyków, w której panowała cisza. Cis nie było, Kopra również. Bardzo dobrze… on potrzebował teraz chwili samotności.
Czyli podsumowując… Nie miał dowodów, ale nagła śmierć niewidomego, jego objawy, następnie kara Tęgosza. Wszystko wskazywało na celowe działanie młodego wojownika. Tylko dlaczego?! Chudy nie potrafił tego zrozumieć.
Siedząc na środku medycznej nory, zaciskał zęby, patrząc w ziemię. Trzcinniczek nie zasłużył… Nie powinien jeszcze odchodzić. Pomimo że nigdy nie byli blisko, Chudego bardzo zabolała ta śmierć. Widok zapłakanej twarzy Kalinki… chyba nigdy jej nie zapomni. Ileż by dał, żeby móc kotkę ochronić przed wszystkimi niebezpieczeństwami… ale to się nigdy nie ziści. Był słaby, do tego ona wcale go nie lubiła. Nawet nie wiedział, czy tolerowałaby jego obecność koło siebie na dłuższy czas. Dodatkowo… ta żałosna kara wymierzona przez Zalotną Gwiazdę. Śmiech na sali! Jak ona mogła? Tak po prostu wyrzucić w kąt wszystkie zasługi Trzcinniczka dla Klanu jedną decyzją o karze swojego wnuka?! Paskudna, dwulicowa kocica! Nepotyzm tej staruchy najbardziej go bolał. Poczucie niesprawiedliwości, wyższości, jaką okazała tym zachowaniem… sam czyn Tęgosza pokazał wszystkim, że uważał się za Pana Życia i Śmierci. Obrzydliwe… podłe! Chudy jako ten słaby, bez pozycji i dobrze sytuowanej rodziny poczuł to wydarzenie niczym silne uderzenie w brzuch. To trawiące go żywcem poczucie niesprawiedliwości, rosnąca nienawiść względem Tęgosza…
— Uh, Chudy Grzbiecie? — Przemknęło gdzieś w tle.
Zalotnej Gwiazdy od dawna nie trawił, nie miał jednak zasobów, by cokolwiek z tym zrobić. Tak samo całej jej rodziny, Nadciągającego Pomroku czy Ognikowej Słoty… A teraz jeszcze Cętkowanego Tęgosza.
— Chudy Grzbiecie! — Przedarło się przez jego myśli.
— Ugh… CZEGO CHCESZ?! — Odwrócił się gwałtownie ku jak się okazało, Piołunowemu Dymowi. — NIE WIDZISZ, ŻE JESTEM ZAJĘTY?!
Kocur nieco się zmieszał.
— Ale Ty nic nie robisz…
— Myślę! A myślenie to jest bardzo zajmujące zajęcie! Czego chcesz?! Byle szybko!
— No… umm
Kocur wyjaśnił swoje objawy, a bury jak za karę, odmierzył dawkę ziół. Kolejne wymioty w tym księżycu. Co z nimi jest nie tak! Wszystkie te koty jakieś chorowite… on pomimo swojej aparycji wcale nie chorował! Powinni się od niego uczyć, zarozumiali wojownicy, pff.
Nie pożegnał kocura, wręcz go wykopał na zewnątrz. Był bardzo nie w nastroju. Cała ta sytuacja sprawiła, że przelała się u niego czara goryczy, którą czuł od dawna. Niesprawiedliwość w Klanie, ciągłe intrygi i strach o jutro. Klan Wilka był przerażający, podły, nieprzyjemny. W takim miejscu przyszło mu żyć. Chudy miał niemal pewność, że gdyby nie został medykiem, już dawno podzieliłby los Bladego Lica czy Trzcinniczkowej Dziupli.
Sierść sama jeżyła się na grzbiecie. Kolejne napływające myśli tylko to potęgowały.
— Chudy Grzbiecie, dlaczego wyrzuciłeś stąd Piołunowy Dym? Nie powinieneś pomagać kotom, zamiast ich besztać? — Rozległo się za nim, a w Medyku coś pękło.
Odwrócił się, stając twarzą w twarz z tym, przez którego był w takim stanie. Wziął głęboki wdech, a jego serce biło tak szybko, że słyszał szum własnej krwi przez nie pompowanej.
— Czyś Ty oszalał?! — Podniósł głos, co robił bardzo, bardzo rzadko. — Pająki zasnuły Ci mózg?! Jak śmiesz decydować o czyjejś śmierci, Tęgosz?!

<Tęgoszu?>

Wyleczeni: Iglasta Łapa, Piołunowy Dym

16 sierpnia 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Nocnego Śpiewaka

Poprzednie Zgromadzenie

Szedł smętnie obok Roztargnionego Koperka, zerkając niepewnie w stronę Cisowego Tchnienia. Może dzisiaj odpuści siedzenie z medykami i poszuka jakichś hm...znajomych?
Chudy jak sobie obiecał, tak planował zrobić. Poszukać znajomych! Gorzej tylko z wykonaniem... Rozejrzał się po obecnych kotach. W końcu dźwignął swój wychudzony tyłek i przeszedł się po skale. Jego oczy dostrzegły buro białe futro i postanowił spróbować.
— Gorący wieczór nie? — Zagaił, podchodząc. — Codziennie mam wrażenie, że umrę.
— Jest okropnie. — przyznał, parskając śmiechem. — Ale przynajmniej owoce u nas rosną. Nie są najlepszym jedzeniem, ale ładnie wyglądają.
Nieznajomy przyjrzał się kocurowi. Chudy poruszył końcówką ogona.
— Jestem Guziczek, a Ty?
— Guziczek? Dziwne te imiona macie. — Skomentował.
— Krótkie, łatwe. — Bury przewrócił oczyma.
— Owoce? Jakie owoce? Wy jecie takie rzeczy?? Dziwaki. — Dodał jeszcze Chudy bez ogródek.
Zakasłał, bo mu przez gorąc zaschło w gardle. Sądząc po wypowiedziach kocura oraz po jego imieniu, Chudy wnioskował, iż należał do Owocowego Lasu. Wiedział, iż koty z tej społeczności przywdziewają na całe życie imiona jednoczłonowe - nie tak jak pozostali.
— Ja jestem Chudy Grzbiet, będę najlepszym medykiem w Klanie Wilka. — Przedstawił się.
Owocniak zamyślił się na chwilę, wzbudzając tym ciekawość młodego medyka.
— Mamy jabłka. Niektóre są specjalne. — uśmiechnął się szeroko. Słysząc wzmiankę o ambitnych planach kocura, machnął ogonem. — Powodzenia. Ja kiedyś będę władcą wszystkich. — wypiął dumnie pierś.
Chudy zaśmiał się skrzekliwie. Podrapał swój bok, z którego poleciały cząsteczki jego skóry. Nadstawił uszy na wypowiedź o jabłkach.
— Co ty gadasz? Jakie specjalne jabłka? Weź mi powiedz coś więcej, Ty przyszły władco wszystkich, hehe. — Zachichotał. — Najpierw będziesz musiał pokonać naszą Liderkę tyrankę, a z tego, co wiem, to ona jest prawdziwym wrzodem na tyłku. Ale nie na moim, tylko na wszystkich, chociaż czasem mam wrażenie, że mnie nie lubi, co w sumie mnie nie dziwi. Mało kto mnie lubi, ale co poradzisz, kiedy jesteś geniuszem?
Guziczkowi wcale nie spodobała się odpowiedź kocura, więc delikatnie się skrzywił.
— Jak jabłko spadnie, a jest za ciepło, to zaczyna śmiesznie smakować. Mogę Ci przynieść następnym razem!
Bury medyk otworzył szerzej oczy.
— Powaga? Ej, a weźmy tak zróbmy... — Miauknął ciszej, rozglądając się jeszcze na wszelki wypadek dookoła. Nie chciał, żeby jakieś nieproszone uszy zasłyszały... — Myślisz, że te jabłka będą dobre do... eksperymentów? — Szepnął. — Bo wiesz, jestem medykiem i lubię czasem coś tam sobie... popróbować nowego.
Guziczek kiwnął głową na jego pierwsze pytanie, ale na kolejne już zmarszczył brwi.
— Mogą być dobre. — Przyznał niepewnie. — Ale może najpierw testuj na sobie? Nie chcę, żeby potem było, że kogoś zabiłem czy coś! Nie mogę zepsuć swojej reputacji.
Chudy potarł łapkami o siebie jak jakiś gremlin.
— Nie, nie, nie martw się takimi rzeczami! — Miauknął. — Ja wszystko najpierw na sobie testuję... hehe. To jak, na następnym zgromadzeniu przyniesiesz mi po jednym takim jabłku?
— Mogę spróbować, ale nic nie obiecuję!
— Trzymam kciuki, Guziczku! — Miauknął. — Dasz radę i pamiętaj, to w imię nauki!
Guziczek parsknął śmiechem. — Jak ci już przyniosę to jabłko, to mam nadzieję, że pomożesz mi wygrać z tą waszą liderką.
Medyk z Klanu Wilka zarechotał.
— Mogę spróbować zdobyć informacje na jej temat... — Mruknął. — Ale jest już stara, więc myślę, że bez większego problemu ją pokonasz! Sam czekam, aż już kopnie w kalendarz.
Następnie kocury rozeszły się, każdy w swoim kierunku. Bury medyk przez resztę zgromadzenia zastanawiał się, co to są te jabłka, jak one wyglądają i smakują. Hah… niedługo się tego dowie!

~*~

Zgromadzenie

Chudy Grzbiet był w bardzo dobrym nastroju, jak na niego. Nucił coś pod nosem, przygotowując się do drogi na wyspę. ON! NUCIŁ! W dodatku cieszył się, że idą na Zgromadzenie!
Czyżby Chudy Grzbiet był chory? Na pewno, a jego zachowanie nie umknęło z pewnością Cisowemu Tchnieniu oraz Roztargnionemu Koperkowi. Oba koty jednak nie komentowały nic głośno, zachowując ewentualne uwagi dla siebie. Kto wie, może później wezmą go na rozmowę…
Gdy dotarli na wyspę, Chudy ziewnął przeciągle. Podrapał swój grzbiet, cały czas skanując niebieskimi oczyma okolicę. Kichnął, a z jego nosa zaczął dyndać glut, którego otarł nieelegancko łapą. Resztę wciągnął z powrotem, mlaszcząc przy tym, jakby zjadł jakiś rarytas.
Rozejrzał się, a gdy jego oczom ukazał się owocniak z zeszłego Zgromadzenia, otworzył pyszczek. Szare oczy podążyły za nim, próbując dostrzec czy miał to... na co się umawiali.
Gdy dostrzegł, iż kocur też go szuka, wstał i z ogonem w górze podszedł ku niemu, oraz jego partnerowi.
— Dobry chłodny wieczór — miauknął do owocniaka. — Przejdziesz się ze mną na stronę?
Buro biały uśmiechnął się uspokajająco do swojego partnera i odszedł z Wilczakiem na bok.
— Możesz poczekać jeszcze kilka dni. Ale już zaczyna fermentować. — mruknął, podając mu jabłko. — Więc zadziała. Do czegokolwiek tego potrzebujesz…
Oczy zaświeciły mu się jak dwa diamenty. Ten owoc był miękki i jakby trochę obity, nawet nieco zalatywał... zupełnie jak on! Dogadają się... ciekawe tylko jak mógł tego użyć?
— No do eksperymentów oczywiście! — Miauknął. — Hehehehe.... jak wy to...? Smakujecie? Normalnie koty u was to jedzą? Czy robicie z tego maść albo eeee no nie wiem, herbatkę?
— Raczej nie. To dla nas po prostu owoc. Jest kwaśny. Niedobry. Młode koty jedzą dla zabawy.
Zastanowił się. Kwaśny? Niedobry? Ale czy aby na pewno? Nie byłby sobą, gdyby nie chciał spróbować na własnej wysuszonej skórze. Nim to jednak zrobił, wypowiedź kocura zwróciła jego uwagę.
— JEDZĄ?
Obejrzał jabłko i z jednej strony wyglądało nawet względnie. Niewiele myśląc, po prostu zanurzył w nim zębiska. Spróbował odgryźć kawałek, ale z jakiegoś powodu, gdy mu się to udało, poczuł metaliczny posmak w ustach.
Spojrzał na jabłko.
Jabłko spojrzało na niego.
A w tym jabłku...
— MÓJ ZĄB! — Pisnął w głos. — GUZIK TO JABŁKO ZABRAŁO MI ZĘBA!!!! AAAA!
Guziczek skrzywił pyszczek. Nie panikował tak jak młodszy, raczej był… obrzydzony.
— Hm. Chyba nie dojrzało. Daj mu kilka dni. Jest magiczne, tylko jak jest miękkie. — stwierdził ostatecznie — Potrzebujesz czegoś jeszcze...?
Był w szoku, że kocur tak chłodno przyjął stratę jednego z zębów medyka... zero współczucia w tych owocniakach! Za grosz!
Spojrzał na wojownika zdziwiony, z rozdziawioną buzią, z której kapała krew prosto na skałę.
— Magiczne jest tylko miękkie...? — Mruknął.
No cóż, lepiej późno niż wcale. Ale faktycznie takie cierpkie w smaku, nic specjalnego. Ciekawe czy gdy miękło, to robiło się słodkie?
Na pytanie burego zastanowił się.
— Hmm... zajrzysz mi do buzi i powiesz, który to ząb mi został w tym jabłku?
Kot zaśmiał się na jego propozycję i pokręcił głową.
— Wydaje mi się, że mój partner mógłby być zazdrosny, gdybym to zrobił. Poproś kogoś od siebie. — Po czym odszedł. Tak po prostu!
Chudy skrzywił się, połykając krew z ust. Położył po sobie uszy i poruszył wąsami. Pfff, za takie coś być zazdrosnym? W dodatku o taką pokrakę jak on? Te owocniaki mają poprzestawiane w głowach!
— Eh no skoro muszę... — burknął i odszedł szukać swojej ofiary. Jabłko zabrał ze sobą tak jak i ząb w nie wbity.
Los chciał (albo i nie), że wpadł na kotkę, o dziwo dobrze mu znaną. Gdy niebieskie oczy rozpoznały sylwetkę Kalinowego Powiewu, Chudy od razu podniósł wąsy do góry.
Z krwawiącą buzią i jabłkiem z jego zębem w łapie, zagaił wojowniczkę.
— Ej Kalina! — Miauknął. — Sprawa jest…
— Chudy? Co zrobiłeś? — zapytała wprost, widząc krew na pysku rówieśnika. Chudy mógłby przysiąc, że dostrzegł u niej szczyptę zmartwienia, przyćmionej przez zrezygnowanie kolejnym dziwnym wybrykiem medyka.
Wyprostował się dumnie, bo w końcu przed Kaliną to musiał się pokazać. Zmył z pyska swój zwyczajowy grymas, przywołując totalną powagę.
— Próbowałem zjeść jabłko. — Odpowiedział totalnie poważnie.
Poruszył wąsami, siadając obok kotki i wskazując na nadgryziony owoc, przeszmuglowany dla niego przez Guziczka. Bury medyk przetarł łapą krew z pyska, a ta powolutku przestawała lecieć, chociaż nadal mógł czuć jej posmak.
Podążając za palcem burasa, vanka wzrokiem spojrzała na czerwoną nadgryzioną kulkę. Pozwoliła sobie zachować milczenie do tej pory.
— Mam do Ciebie bardzo, bardzo, bardzo ważną sprawę... taką mega ważną... — Zaczął. Rozejrzał się po kotach. — Widzisz, mój brat jest zajęty, a potrzebuję byś zajrzała mi do buzi i powiedziała którego zęba tam brakuje.
Posłał jej głupkowaty, acz poważny, krzywy uśmiech. Gdy wspomniał o ważnej sprawie, raz jeszcze zwróciła swoją uwagę na niego i po niedługim namyśle westchnęła, jednak kiwnęła głową. Kotka westchnęła, a on zaczął myśleć, że jego misterny plan spalił na panewce...
— Dobrze, pokaż — zgodziła się.
Kiedy wojowniczka wyraziła chęć pomocy, podniósł do góry uszy i rozdziawił szczerbatą buzię.
— Wybornie! — Miauknął zadowolony, że kotka ugięła się pod presją bycia na zgromadzeniu.
W obozie pewnie sprzedałaby mu liścia i pełne obrzydzenia spojrzenie, ale nie tutaj... Nie przy tylu kotach! He he, wiedział na kogo wpaść… Kiedy kotka odwróciła się ku niemu, jej piękno na chwilę go oślepiło. Całkiem szybko wrócił do siebie, rozdziawiając zaraz szeroko pyszczek, by swobodnie mogła zajrzeć.
— Tychko powiechc ktochry — wybełkotał.
Rozdziawiając mordkę, Kalinowy Powiew zaczęła starannie przyglądać się zębom. Nie zajęło jej długo zlokalizowanie ubytku.
— Podnieś łapę — poleciła mu.
Gdy nagle dostał polecenie, wykonał je bez namysłu, a kiedy poczuł, jak Kalinowy Powiew łapie go za łapę, o mało nie wyskoczył ze skóry. Wetknęła mu delikatnie do pyska kawałek jego łapy, tak, żeby nie zrobić mu krzywdy i żeby jednocześnie poczuł dokładnie, gdzie nie miał kła. Kiedy kotka patrzyła, on zerkał na nocny księżyc. Był wyjątkowo ciekawy w tym momencie...
— Wypadł ci dokładnie ten. Górna trójka. — Odezwała się po chwili ciszy.
Kotka pomogła mu zlokalizować ubytek, a Chudy wetknął do dziury palucha. Auć! Bolało! Ale ciekawe doświadczenie...
Kotka jednak mimo wskazania mu miejsca wypadnięcia zęba, nie odsunęła się. Trzymała go za łapę i patrzyła w buzię, Chudy więc jako pierwszy przerwał tę interakcję, mimo szybko bijącego serca i lekkiego stresa spowodowanego taką bliskością.
— Aż takie ładne mam zęby? — Zapytał z uniesioną brwią, nadal będąc trzymanym przez rówieśniczkę.
Położyła uszy po sobie, chociaż nie było tego widać szczególnie, jako iż była kłapoucha. Zmarszczyła brwi, gdy zorientowała się, że spędziła odrobinę zbyt dużo czasu na przyglądaniu się jego jamie ustnej.
— Pff! — puściła jego łapę i poruszyła ogonem nerwowo. — Teraz nie, bo Ci jednego brakuje.
Uniósł brwi, zamykając pyszczek z lekkim, niewymuszonym uśmiechem. Kiedy kotka się speszyła, zabierając łapę, wyglądała rozbrajająco. Tak inaczej, niż zwykle, gdy zadzierała nos i miała ten oceniający wyraz pyszczka.
Słysząc jej odpowiedź, pokręcił głową. Samice!
— Wszystko dla nauki — wzruszył ramionami. — Czyli wcześniej były ładne?
Zapytał, poruszając wąsami. Wciąż siedzieli blisko siebie, mogli się niemal dotknąć wibrysami.
Kalinowy Powiew położyła łapę nad jego nosem, tak żeby w razie co nie pogorszyć stanu w związku z ubytkiem w dziąśle, odsuwając się od niego, chociaż też nie jakoś szczególnie daleko. Prychnęła i zmrużyła oczy.
— Zależy to od tego, czy o nie dbałeś!
Prychnął, a mając łapę kotki na pyszczku, zmrużył oczy.
— Huh! Na pewno mam ładniejsze zęby niż połowa Klanu! — Odpowiedział. — Przecież oni to banda dzikusów! Na pewno nie dbają, a na starość wszyscy będą szczerbaci!
Ach i tym sposobem wrócił stary zrzędliwy Chudy. Chociaż musiał przyznać, że wyglądali komicznie. Kalinka trzymająca go na dystans jak niesfornego kociaka, z łapką na jego pyszczku, a on wcale nie próbujący się spod tego dotyku wydostać. Siedzieli tak po prostu i wymieniali się uwagami, dopóki nie zarządzono powrotu. Wtedy też vanka uniosła swój zadbany ogon do góry i odeszła, a Chudy Grzbiet, omamiony jej zachowaniem, dalej tam trwał. Ruszył się, dopiero kiedy Gruba Ryba do niego podszedł, pytając, czy będzie “to” jadł. Chudy zabrał do siebie swoją zdobycz, odmawiając tym razem bratu podzielenia się…

~*~

Kiedy jego ubytek się zagoił, czyli raptem dwa wschody słońca później, Chudy miał już ułożony misterny plan. Potrzebował do jego zrealizowania drugiego kota, ale nie byle jakiego. Musiał nim być ktoś, kto go nie ocenia, nie wypytuje zbytnio, tylko bez słowa pomaga.
Idealnie wpasowywał się tutaj Nocny Śpiewak!
Bury siedział jak zwykle przy swoich ziołach. Jego sierść ładnie odrastała, pokrywając wciąż chude boki z wystającymi żebrami. Jedzenie ziółek popłacało, a i czasem rozmiękczał je z wodą, by zrobić okład lub dziwny kleik, który potem wciągał niczym komar krew. Niedługo będzie najprzystojniejszym medykiem w całym lesie! Jeśli udałoby mu się wyhodować tak piękną okrywę włosową, jaką mieli jego bracia, to uhuhu! Ależ by było wspaniale! Co prawda nigdy nie osiągnie takiej gęstości, jaką ma Noc, ale może to i lepiej, mniej dbania i kołtunienia…
Nagle, jakby przywołany, do medycznej nory zajrzał wspomniany wojownik. Kocur miał załzawione oczy i oddychał pyszczkiem, co zwróciło uwagę burasa.
— Co się dzieje, bracie? — Zapytał od razu, nim czarny zdążył wydobyć z siebie słowo.
— Nic poważnego... przynajmniej tak myślę — odparł Noc, wycierając łezkę z kąta oka. — Ale cokolwiek to jest chciałbym się tego pozbyć, zanim moje kociaki przyjdą na świat...
Chudy od razu jeszcze bardziej się ożywił.
— Ach! Ach! Będę wujkiem! — Miauknął radośnie. — Chodź no, przebadam Cię, będziesz jak nowy akurat w czas ich narodzin!
— Będziesz najlepszym wujkiem pod słońcem. — odparł Noc i podszedł do brata, pozwalając mu się zbadać — Chcesz je spotkać od razu po narodzinach?
Chudy nucąc coś pod nosem, zabrał się za oględziny brata. Był w podejrzanie dobrym nastroju. Słysząc pytanie, poruszył wąsami.
— Będę najpierwszy, żeby je przebadać, jak przyjdą na świat! — Miauknął. — Już ja o to zadbam, żebym własnymi łapami sprawdził, czy z dziećmi mojego drogiego braciszka wszystko w porządku! Swoją drogą, jesteście partnerami z tym kotem?
— Nie, nie. — Noc pokręcił głową. — Pszczeli Rój zgodził się po prostu urodzić te kociaki. Nie wiem, czy będzie chciał być w ich życiu, ale jeśli chce, to nigdy mu tego nie zabronię. — odparł. —Aczkolwiek nic nas nie łączy poza prostym kontraktem…
Chudy wydał z siebie cisze "mhm", nim poporcjował zioła.
— Twoja diagnoza to katar! — Oznajmił. — Ten Wasz... "Kontrakt"... Ktoś Ci go narzucił czy Ty... uchh, chciałeś być ojcem?
Właściwie nigdy nie rozmawiali na te tematy. Chudy nie poruszał w sumie z nikim rozmów o partnerstwie czy posiadaniu kociąt, wiedząc, że jego to raczej i tak żadna nie zechce. Co tu mówić o kociętach…
— Katar... Nie brzmi strasznie. — odetchnął z ulgą Noc. — Nie. Tak... Ciężko powiedzieć. Słota z pewnością wpłynęła na tę decyzję, ale sam też spędziłem dużo czasu, nad tym rozmyślając, wiesz... I cóż... Pszczeli Rój zgodził się bez większego oporu. Wszyscy inni nie byli bardzo chętni, a on... tylko wzruszył ramionami i się zgodził.
Pokiwał głową na znak zgody. Wydzielił porcję lekarstwa, kładąc ją na liść. Podrygiwał przy tym nieco, co mogło być zastanawiające dla kogoś z boku.
— Słota? Nigdy jej nie lubiłem — mruknął bury. — Na pewno Twoje dzieciaki będą po Tobie przystojne, hehe. Jesteś pierwszym z naszej trójki, który dorobił się potomstwa. — Zauważył.
— Rozumiem, dlaczego mógłbyś jej nie lubić. — przyznał Noc. — Nie zmienia to faktu, że miała na to duży wpływ. Ona i jej dzieciątka, którymi co jakiś czas się zajmowałem. Nie mogę się doczekać... To już tak niedługo. Moje kociaki... — łezki zebrały się w kącikach jego oczu.
— Hah, jesteś szczęściarzem — mruknął jedynie.
Tak... jego brat był tym, co opisuje sukces. Umięśniony, mądry i zabawny, zawsze pomoże. Na pewno dlatego Słota go nagadała. Chociaż kto wie, ta kotka ma coś z głową ewidentnie.
— Wierzę, że znajdziesz sobie kiedyś partnerkę swoich marzeń — miauknął. — lub partnera.
Po czym puścił mu oczko, wciskając liść z ziołami i instrukcjami.
— Dużo wiary... Może za dużo. W tym klanie wszyscy oglądają się na mnie trochę jak na dziwaka, kiedy z nimi rozmawiam. Wszystkie moje relacje są bardzo pobieżne... — Przyznał Noc i uśmiechnął się krzywo. — A jak już jesteśmy w temacie — Noc zmrużył oczy z szerokim uśmiechem. — Jak tam z Kaliną? Widziałem Was na zgromadzeniu w ...ciekawej pozycji.
Bury medyk słuchał brata i pomyślał mimochodem "może to przez nasze więzy krwi? Gdybyś pochodził z innej rodziny, na pewno miałbyś wianuszek przyjaciół". Posmutniał nieco, ale tylko na chwilę. Kiedy Noc dowalił następnym pytaniem, Chudy momentalnie się spiął, czując jak jego serce zaczyna przyspieszać, a sierść nieco unosić na karku. Zalała go fala ciepła, jakby został złapany na gorącym uczynku, a sam nie do końca wiedział, dlaczego reagował w ten sposób na pytanie od Nocnego Śpiewaka.
— Z-Z kim...?! K-Kalinką...?? Nie wiem o c-czym mówisz. — Wydukał.
— No tak... nie wiesz... Na pewno? Bo wydaje mi się, że widziałem ją zaglądającą Ci ... w zęby? — Zagadnął Noc. Nie był pewien co tam właściwie, dokładnie się wydarzyło, ale… — Niewinnie to, to nie wyglądało.
Chudego na chwilę zamurowało, jednak po tym, jak sens słów do niego dotarł, odetchnął z ulgą.
— Heheheh... bo widzisz, zdarzyła się taka sytuacja... troszkę specyficzna. — Wydukał, gestykulując łapami. — Tak jakby umówiłem się z jednym owocniakiem na przeszmuglowanie mi jabłka na zgromadzenie i gdy chciałem je zjeść, to mój ząb postanowił wypaść i został w tym jabłku... No i Ty z kimś gadałeś, więc nie chciałem Ci przeszkadzać, ale zobaczyłem Kalinkę niedaleko, to poszedłem do niej i ku mojemu zdziwieniu, ona mi pomogła! Zajrzała mi do buzi i powiedziała, którego zęba mi brakuje... Wszystko n-niewinnie, hahah... tak jak widzisz... — powiedział niemal na jednym tchu.
Noc miał ochotę się śmiać w głos, ale jego zatkany noc mu to utrudniał.
— Acha... No... Niewinne... — Wypuścił nieco powietrza pod nosem z rozbawieniem. — Bracie... jesteś czerwony od czubka głowy do czubka ogona... — Noc zerknął na brata. — Na pewno nie ma między Wami czegoś więcej? Albo, chociaż... małego zauroczenia z twojej strony, co? Ty zawsze tak mocno na nią reagujesz.
Chudy potarł łapą o łapę niezręcznie. Wypuścił z płuc powietrze, a jego ogon drgał nerwowo. Tak... Tak, Noc miał bardzo bystre oko, a Chudy był naiwny myśląc, że go zwiedzie. Pod naciskiem czarnego kocura, spojrzał się w ziemię, a upewniwszy się, iż nie ma nikogo dookoła, wyszeptał.
— S-Sam nie wiem, o co chodzi... Nie wiem, dlaczego tak na nią reaguję. C-Ciągle się kłócimy, a jednak ja wciąż próbuję ją zaczepiać nawet z tak głupimi rzeczami, że pewnie uważa mnie za jakiegoś odklejonego. — Kopnął leżący obok kamyk, a ten poturlał się ku ścianie nory. — Chociaż pewnie w tym ma rację, ugh. Ona... Ona po prostu jest taka, taka uhh! Brakuje mi słów w słowniku!
— Ach... — Noc uśmiechnął się i podszedł do brata, żeby się otrzeć o jego bok. — To ewidentnie miłość. I to jeszcze taka skomplikowana... — odetchnął. — Mam wrażenie czasami, że ona też się na ciebie patrzy, jakby nie chciała się przyznać do tego co czuje. Oboje latacie wokół siebie jak dwa lisy za zającem…
Chudy Grzbiet poczuł mrowienie, a w żołądku dziwne łaskotki, słysząc słowa brata. Czy było to możliwe?
— Wybacz mi Noc, ale nie mogę w to uwierzyć... — Mruknął smętnie, patrząc w bok. — Kalinowy Powiew jest gdzieś tutaj — podniósł wysoko jedną łapę. — a ja tutaj — drugą położył niemal przy ziemi. — Wiesz, heh to nie tak, że liczę na cokolwiek, bo jednak nie jestem jakiś zbyt... hmmm no nie ma na czym oka zawiesić, a Kalinowy Powiew to kotka z klasą przecież. Nie to, co ja, wieśniak i to jeszcze bez zęba! Pewnie rozmawia ze mną z litości…
— Och bracie, bracie. — Noc przyciągnął go do siebie bliżej. — Zdradzę Ci pewną tajemnicę. Miłość, zwłaszcza ta szczera i prosto z serca nie patrzy na to, czy Ty jesteś tu, a ona tu. — powtórzył po bracie jego gest. — O nie. Miłość powoduje, że Ci głowa głupieje. Że nie wiesz jak się zachować, więc się z nimi kłócisz. Że nie widzisz przyszłości bez tego drugiego kota, że lubisz ich zaczepiać bez powodu. Że ta druga osoba znosi wszystkie twoje humorki i wybrzydzanie. Że patrzysz się na nich a oni na Ciebie zza obozu i oboje odwracacie wzrok, bo co innego można powiedzieć. Chudy, bracie, to gdzie jesteś i kim jesteś, nie ma znaczenia, bo miłość nie jest logiczna. Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Stąd tyle kociąt urodzonych z kotów z dwóch różnych klanów. Stąd koty, które rodzą się z samotników. Stąd koty, które rodzą się medykom, w klanach, w którym im tego nie można.
Chudy pozwolił, by brat przysunął go bliżej do siebie, czując od razu miękkość jego futra. Przymknął oczy, mrucząc chwilę. Kiedy Noc zaczął mówić, otworzył niebieskie ślepia, podążając za łapami wojownika. Słowa Nocnego Śpiewaka były tak szczere, spójne, płynące prosto z serca, podyktowane dobrem ich obydwóch, że medykowi ciężko było zaprzeczyć. Poza tym... czy powinien to robić? Na siłę wręcz wykłócać się z bratem, zamiast przyjąć jego pomocną łapę, dobre słowo, napełniające go nadzieją?
Westchnął cicho, kiedy czarny kocur zakończył wypowiedź.
— Skąd Ty to wszystko wiesz, braciszku? — Zapytał, gorzko się śmiejąc. Spojrzał ku wyjściu z medycznej nory. — Ja chyba naprawdę dla niej zgłupiałem. Tylko... tylko że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż myślałem. Na początku sądziłem, iż ona mnie po prostu wkurza, bo jest we wszystkim lepsza i każdy ją lubi, zaczepiałem ją, bo mnie drażniła. Dopiero tak nie wiem nawet kiedy, zacząłem zauważać jej piękno, mądrość i błyskotliwość. Martwiłem się, gdy walczyła z psem, albo ostatnio kiedy wyglądała na przepracowaną... Bo ja... ja się boję, że... — zniżył głos, szeptając — że ona mnie już skreśliła przez to, jak ją traktowałem...
— Wiesz, że nigdy nie jest za późno na zmianę? — Noc poklepał brata po plecach. — Nigdy. Nawet jeśli skreśliła Cię teraz, nie znaczy, że jesteś skreślony na zawsze... zresztą. Jak się na nią patrzy, to nie odnosi się wrażenia, że nie lubi Cię jakoś bardzo... Raczej... że wkurzasz ją na tyle, że aż jej serce się dla Ciebie ogrzewa. Że irytujesz ją tak mocno, że się wręcz, w tobie zakochała... I wiesz... to zgromadzenie mnie tylko utwierdza w tym, iż właściwie jedyne co wam stoi na drodze to wasza nieumiejętność przyznawania się do własnych uczuć…
Chudego zatkało. Dosłownie. Zabrakło mu, co się rzadko zdarza, języka w gębie. Noc tak dokładnie podsumował całą sytuację z Kalinką, że medyk nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Jakim cudem on tak dobrze znał się na kotach? W ogóle na uczuciach? I ten kocur wciąż był singlem? Niesamowita była to zagadka...
— Ty em... uchhhh — wydukał zawstydzony, przejechany szczerością brata jak zające na jezdni. — Ja nie wiem co powiedzieć…
— Nie musisz nic mówić. Ważniejsze jest, co zrobisz Chudzielcu Ty mój kochany. — Odparł Noc. — Dobrze... Ja będę leciał, pójdę zanieść jakąś mysz Pszczelemu Rojowi i zażyć moje leki. A Ty mój drogi bracie... możesz albo dalej patrzeć z daleka, albo w końcu wziąć się w garść i spróbować. Jeśli się nie uda, to przynajmniej próbowałeś…
Noc tak jak powiedział, tak zrobił, biorąc zawiniątko w zęby. Zostawił zamurowanego Chudego, który nagle oprzytomniał. Wyleciał za bratem na zewnątrz i wziąwszy głęboki wdech, wydarł się na cały obóz.
— JUTRO BĘDZIESZ MI POTRZEBNY, WIĘC ZAREZERWUJ SOBIE CZAS !
Tak, bo przez to wszystko zapomniał, co chciał od Nocy…

<Braciszku? hihihi >

Wyleczeni: Nocny Śpiewak

16 lipca 2026

Od Chudego Grzbietu

Końcówka Pory Opadających Liści

Chudemu z pomocą Grubej Ryby udało się wyjąć większość mięsa ze środka wielkiej sowy. Medyk, ignorując ciekawskie spojrzenia, wyrzucił cielsko na zewnątrz, żeby przeschło. Pora Opadających Liści nie była tak ciepła, jak Pora Zielonych Liści, jednak wciąż można było liczyć na słoneczne dni. Chudy trzymał kciuki, że się ładnie osuszy.
Po dwóch dniach doglądania nie było jakoś super dobrze. Bury macał zwłoki z każdej strony, ale niestety wciąż były wilgotne. Czy powinien na nie podmuchać? Może je powachlować? Pokiwał głową, myśląc. Po sekundzie dosłownie uznał, że co mu szkodzi i zaczął dmuchać na zwłoki. Nieopodal zauważył go Gruba Ryba i zaproponował swoją pomoc.
Długo, długo później oba kocury padły zmęczone, Gruby na trawę, a Chudy na Grubego.
— Myślę, że wystarczy — oznajmił bury, sapiąc i dysząc.
Rudy brat ponownie mu pomógł, tym razem zawlec sowę na posłanie asystenta medyka. Chudy wślizgnął się pod nie i wyglądał przekomicznie.
— Dziwne uczucie — burknął, kiedy Gruby wyszedł. — Niby ciepło, ale zimno.
Ściemniło się, a gdy reszta medyków wróciła, darowała sobie jakiekolwiek uwagi na ten temat, chyba zwyczajnie nie mając siły na bezsensowne gadanie do wychudzonego medyka. Po co będą marnować ślinę na tłumaczenie mu, że to nie jest dobry sposób na ogrzanie się Porą Nagich Drzew? Przecież on i tak nie posłucha.
Wieczory były coraz zimniejsze, a koty wyglądały pierwszego śniegu. Chudy spał pod martwą sową, która zaczęła bardzo mocno śmierdzieć. Bury medyk zmartwiony obejrzał ją z każdej strony, by dojść do wniosku, iż gniła od środka. Nie miał pojęcia, którymi ziołami mógł zatrzymać ten proces, więc po chwilowej załamce, po prostu pogodził się z porażką. Może następnym razem będzie miał więcej szczęścia? Trafi mniejszą sowę, świeższą?
Tylko teraz pozostawał kolejny problem… co z nią zrobić? Pomijając już, że całe ciało Chudego śmierdziało tymi smrodkami, więc wziął nieco lawendy i powtykał sobie w przerzedzoną, półdługą sierść. Mało kto by uwierzył, kiedy by powiedział, że kuracja dziwnymi ziołami działała. Codziennie jadł liście pokrzywy, których zapas niestety mu się kończył, a i czasami miał bóle brzucha od tejże kuracji. Mimo to zaczął zauważać efekty! Chociaż powolne, to jednak. Nie zamierzał spoczywać na laurach, planując na Porę Nowych Liści kolejne mieszanki, może stworzenie maści, zamiast jedzenia. O ile ususzone liście łatwiej przechować, tak maść mógł zrobić w każdej chwili, żując rośliny, dodając wodę i mieszając.
Wracając jednak Chudy Grzbiet wpadł na pomysł, by chociaż oskubać tego ptaszora. Niechże ma jakikolwiek pożytek z tego wszystkiego! Wkurzony zaczął skubać skrzydła sowy, a potem odłożył je na bok. Gdy miał pokaźną górkę, poprosił Nocnego Śpiewaka, by pomógł mu pozbyć się tego zgniłego truchlaka. Następnie, już wieczorem, bo tak długo to wszystko trwało, powtykał pióra w swoje mchowe legowisko, żeby chociaż trochę bardziej je ogrzać.

~*~

Następnego dnia obudził się z kaszlem, myśląc, że zaraz wypluje płuca.
Odezwało się, spanie pod trupem, pomyślał. Gdyby lepiej go wysuszył, może by uniknął choróbska!
Kaszląc wniebogłosy i budząc tym każdego dookoła, zrobił sam sobie przegląd, ale Roztargniony Koperek wkurzony postanowił wstać i mu pomóc. Niedawno liliowy go adoptowało, więc pewnie poczuwało się do dbania o przybranego, brzydkiego syna. Chudy pomruczał nieco, kiedy Koper zaoferowało pomoc, a to go zgromiło spojrzeniem, a potem dało reprymendę za te wszystkie głupie rzeczy, które robił ostatnimi dniami. No bo kto to słyszał trupa znosić do legowiska!
Diagnoza była prosta: biały kaszel. Raz-dwa liliowy medyk zabrał się za tworzenie mieszanki ziół, a potem wepchnęło ją buremu do gardła.
Chudy Grzbiet padł wycieńczony na swoje posłanie, zwinął się w kłębek i żałował, że nie ma grubego futra jak inni. Chciałby mieć taką izolację, nie chorować, nie musieć wymyślać tych wszystkich innowacji, za które pewnie niektórzy by go nabili na patyk.
Westchnął cicho, zakrywając łapami pysk, po chwili odpływając do krainy snów.
Wyleczony: Chudy Grzbiet

Od Chudego Grzbietu CD. Roztargnionego Koperku

Porą Zielonych Liści

Nastała Pora Zielonych Liści i piękna, acz naprawdę gorąca pogoda. Taka wręcz nie do życia zwłaszcza dla pewnego wychudzonego jegomościa, który sierści miał jak na lekarstwo, a wszak wiadomo, iż gęsta okrywa włosowa chroniła przed upałami. Cóż... nie u Chudego. Bury asystent medyka cierpiał prawdziwe katusze, smażąc się na słońcu jak jajka na patelni. Mało brakowało, by mu coś zaczęło skwierczeć. Mimo tego dzielnie wykonywał swoje obowiązki i w dalszym ciągu robił eksperymenty z maścią na porost włosów. Właśnie coś mu brakło jakichś ziół do kolejnej już mieszanki, wiec pomyślał, że po nie pójdzie. Wszedł do legowiska medyków po kilka dużych liści, kiedy to dostrzegł byłego mentora. Kot, który nie miał z nim łatwego treningu, a jednak poniekąd wziął na siebie ułożenie niesfornego żyjącego szkieletu. Chudy do dziś pamiętał wielki ochrzan po akcji z kocimiętką i to niezadowolone spojrzenie, gdy przebił sobie ucho z bratem. Zupełnie jakby... jak ojciec? Bury nigdy nie miał tego luksusu posiadania figury ojcowskiej w życiu, to też nie miał pojęcia czy mógł w ogóle myśleć o Koprze w ten sposób. Poza tym, czy kot w ogóle by chciał takiego zabiedzonego kota na coś à la "syna"? Miało już dwie córki, więc nie wiedział, czy było tam miejsce, ale Chudy był drobny, to może by go wcisnął gdzieś... Przełknął gulę w gardle. Od dłuższego czasu nad tym myślał. O tym, jak określić ich aktualną relację i czy mógłby zyskać w Koprze coś na wzór ojca... O ile ono by chciało. Bardzo sztywnym i niezręcznym krokiem postanowił podejść do liliowego. Wyglądał, jakby miał zaraz zejść.
— Hej — miauknął z chrypą. — P-Pójdziemy po zioła?
Liliowy zbierał właśnie rozsypane ziarenka maku, więc dokończyło swoje zajęcie, nim odwróciło się w stronę stojącego za nim chudzielca.
— Wyglądasz strasznie. Wszystko dobrze? — zapytało troskliwie, strzygąc uszami. — Witaj Chudy Grzbiecie. Możemy iść po zioła, oczywiście — uśmiechnęło się lekko.
Chudy pokiwał głową, ale się nie odezwał. Machnął nerwowo ogonem, a gdy liliowy zgodził się pójść, wyszedł przodem. Szli w dziwnej ciszy, a trawa chrupała pod ich łapami. Chudy Grzbiet drapał się co chwila po boku lub łapie, co chyba już było jego tikiem nerwowym. Niebieskie oczy skakały z rośliny na roślinę, bo nie potrafił skupić uwagi na niczym konkretnym. Dlaczego tak się stresował? Przecież Koper go nie zje… chyba.
Dotarli do miejsca z potrzebnymi ziołami. Chudy Grzbiet bez słowa zaczął zrywać pędy, szukając w tym samym czasie innych roślin, które mogłyby się przydać. Zerkał co chwila na Asystenta Medyka, a łapy mu drżały.
Po dłuższym czasie w końcu przełknął gulę w gardle.
— Hej... — zaczął, nieco się wahając. Czy powinien poruszać ten temat? — No bo ten... tak się mną zajmujesz, odkąd byłem Twoim uczniem i nawet wcześniej... I tak się zastanawiam…
Roztargniony Koperek nadstawiło uszu, słysząc nieco zachrypnięty najwyraźniej z nerwów, głos kocura.
— Nooo...? — zachęcił go do kontynuowania.
Mówił całkiem szybko, a jego oczy uciekały wciąż na boki, unikając kontaktu wzrokowego. Przysiadł z tego wszystkiego i zwiesił łeb. Czemu się wahał? Przecież znali się tyle księżyców, a najgorsze (chyba) co mógł dostać w odpowiedzi, to "nie". Więc dlaczego nie mogło mu przejść przez gardło to pytanie? Bo zawsze byli tylko sierotami, odkupionymi od jakiejś samotniczki? Nigdy nie zostali w pełni członkami klanu? Czy to mogła być przyczyna?
Liliowy spojrzało na młodszego asystenta medyka i zmrużyło oczy.
— Na pewno nie jesteś chory? — podpytało, chyba dla świętego spokoju. Zauważyło jednak zakłopotanie swojego byłego ucznia i odrobinę położyło uszy po sobie, a następnie kiwnęło głową na znak, że zrozumiało, dając mu więcej czasu, by to z siebie wydusić.
Bury westchnął ciężko. Słabo mu szły takie poważne rozmowy, które nie były kłótniami. On… on czasami powątpiewał czy w ogóle nadawał się do życia w społeczeństwie. Wszystko było takie... skomplikowane.
W końcu podjął ponowną próbę, przełykając głośno ślinę.
— Mam takie eeee pytanko — mruknął, drapiąc się po szyi. — M-Mogę Ci mówić tato?
Słysząc pytanie, zacisnęło usta i odwróciło wzrok w bok, żeby nie parsknąć śmiechem.
— Na Mroczną Puszczę... — wymsknęło się jeno. Przejechało łapą po twarzy, usiłując utrzymać ten sam wyraz twarzy, ale widać było po jeno, że najchętniej położyłoby się na ziemi, rechocząc wniebogłosy. — Ale ty tak poważnie? — zapytało, marszcząc brwi.
Chudy momentalnie poczuł, jak pieką go uszy oraz kościste policzki. Najeżył rzadką sierść na grzbiecie, odwracając zażenowany głowę. Reakcja Kopra była bardzo wymowna. Jakby załamało nad nim łapy...
— N-N-No, ale o co Ci chodzi! — miauknął zażenowany i zawstydzony Chudy. — Zawsze mi pomagałoś i w ogóle! Plasterki z liści mi robiłoś, a potem wzięłoś na ucznia i nawet dostawałem od Ciebie ochrzany i szlabany! Jakbyś był moim ojcem! — wykrzyczał skrępowany. Patrzył, jak Koper zakrywa łapą pysk. Chudy położył po sobie uszy. — No i czego się chichrasz?! — burknął.
— Bo się jeszcze popłaczesz. Spokojnie — spoważniało, wzdychając cicho. — Mentor może mieć podobne zadania co ojciec, wiesz? Rozumiem, że Ci go brakuje... I że możesz w nim odnajdywać mnie — przerwało na chwilę, wpatrując się we własne łapy, jakby szukało odpowiednich słów. — Jednak słyszałeś sytuację, gdy to mentor dawał reprymendy swojemu uczniowi i... — znowu przerwało i przybiło sobie piątkę z czołem. — Nie jestem pewne, czy byłbym do tego odpowiednie, wiesz? — burknęło.
— Tak, na poważnie! Żebyś wiedział! Chcę takiego gbura i wredotę jak Ty na ojca, powinieneś się cieszyć, do diaska! Nawet rodziców ciężko mi znaleźć no...
Machnął nerwowo ogonem, szorując nim po trawie. Zaczął powoli żałować tego pytania. Ośmieszył się tylko bardziej, ale co mógł poradzić? Dla takiej sieroty jak on, którą każdy kopie z kąta w kąt kot jak Koper naprawdę był na wagę złota. Nawet jeśli go nie lubił, to się nim zajmował. Poza tym nie prosił, by Koper adoptowało też jego braci... więc by miał tylko jedno dziecko ekstra, a nie trójpak!
Zastrzygło uszami, słysząc zakłopotanie młodszego asystenta. Pokręciło z politowaniem głową.
Liliowy skopało kamyk leżący nieopodal, mrużąc niebieskie oczy. Słysząc dalszą wypowiedź burasa, prychnęło cicho i rzuciło mu wyraźnie niezadowolone spojrzenie. — Gbura i wredotę? — zapytało osłupiałe, a następnie zaczęło się śmiać. — Bardzo mi miło wiedzieć jak mnie postrzegasz, głupi badylu — uśmiechnęło się, a następnie położyło mu łapę na głowie lekko, roztrzepując mu futro.
Chudy uszy miał nisko, a pyszczek zrezygnowany, kiedy słuchał tego, co mówiło asystent medyka. Widział, jak Koper przybiło piątkę z czołem i Chudy przewrócił oczami. Co za kot!
— To nie tak, że brakuje mi ojca... — szepnął, ale tak by Koper słyszało. — Ty po prostu... uh.
Przerwał na chwilę, by przełknąć ślinę i powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Czy to był wstyd, a może skrępowanie? Przygnębienie, bo nie dostał pozytywnej odpowiedzi? Jeśli Koper nie czuł się dobrze w roli ojca, to dlaczego miał córki? — Ty po prostu jesteś blisko mnie... — wydusił z siebie. — I mojego... ugh, serca. Bo wiesz, też mam taki narząd w sobie.
— Oh no oczywiście, że masz, bez niego byś nie żył — miauknęło, uśmiechając się odrobinę głupio. — Rozumiem — dodało po chwili.
Chudy został poczochrany po głowie, a jego trzy włoski zmierzwione i teraz każdy stał w innym kierunku.
— Nie musisz być odpowiednie… — mruknął cicho, patrząc w innym kierunku. Końcówki uszu bardzo go piekły, a serducho biło szybko. Kto by przypuszczał, że będzie odbywać kiedykolwiek taką rozmowę?! — Po prostu... no... bądź tam gdzieś obok... — wydusił resztę swoich myśli.
— Hmm... No dobrze — miauknęło, uśmiechając się lekko, co było zdecydowanie czymś nowym. — Jestem obok prawie cały czas, Chudy — dodało. Słysząc oburzenie kocura, parsknął śmiechem. Spojrzało na swoje dzieło na głowie Chudzielca, zabierając łapę.
Chudy zmarszczył brwi, kiedy Koper zostawiło na jego głowie roztrzepane dzieło. Z jednej strony uroczo, a z drugiej... on i tak miał tam trzy włoski!
Bury na chwilę zamilkł i rozejrzał się po trawie, jakby myślał jeszcze. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na Kopra, gdy dotarło do niego, jak został nazwany.
— Jesteś gburem, nazywam rzeczy po imieniu — orzekł swoim zwyczajowym tonem. — Poza tym… Ja?! Głupi Badyl!? Wypraszam sobie!
— Tak, ty! Głupi Badyl. Chyba nie powiesz mi, że nie? Też nazywam rzeczy po imieniu — rzuciło z uśmiechem, a następnie po chwili ciszy przytuliło go. — To mówisz, że mam być twoim ojcem? Jasne, ale dostajesz podwójne reprymendy — uśmiechnęło się odrobinę złośliwie.
Słuchał liliowego, a gdy ten się uśmiechnął, poczuł ciepło na sercu. Chyba nigdy dotąd... Nie widział, jak asystent medyka się uśmiechał? Czy to była jego zasługa? Koper cieszyło się, że Chudy jednak odważył się zapytać? Otworzył zszokowany pyszczek i mógłby przysiąc, że zapiekły go policzki. To było takie dziwne...? Radość? Bo wywołał u Kopra delikatny uśmiech? Wiec był do tego zdolny... woah! Aż Chudy sam krzywo się uśmiechnął. Serce mu rosło, widząc to wszystko, a nowa nadzieja na normalne życie wstąpiła w jego duszę. Kiedy jednak Koper zaczęło go wyzywać od badyli, na nowo się obruszył.
— Akurat mózg mam duży! Wzniosę medycynę Klanu Wilka tak wysoko, że wszystkie klany będą nam zazdrościć! Wtedy nie będziesz mógł mnie wyzywać od Głupich Badyli! — odparł dziarsko, a na jego pysk wstąpił zaczepny wyraz, jakby rzucał kotu medyczne wyzwanie. Po sekundzie... Koper go objął łapami. Pierwszy raz, odkąd się znali, odkąd Chudy w ogóle przyszedł na ten świat, ktoś go przytulił i nie był jego bratem. Serce zaczęło szybko mu bić z tych wszystkich emocji. Wtulił krótki pyszczek w bujną sierść starszego medyka. Wciągnął nosem jego zapach, kojący i taki... taki swój. Bezpieczny, kojarzący się właśnie z zaufaniem. Kiedy jednak kot odezwał się ponownie, sielanka została zburzona jak domek z kart.
— Reprymendy?! Niby za co! Czemu! Powinieneś mnie chwalić i eeeee kochać, o! Ojcowie są od kochania i rozpieszczania! Od przytulania, kiedy dziecko ma koszmary! I... i eeee od grania z nimi kulką mchu!

<Koper? :3 >

10 lipca 2026

Od Chudego Grzbietu

Nadeszła Pora Opadających Liści. Pora niby zimna, ale jeszcze miała nieco ciepłych dni. Bury młody medyk jak zwykle pomiędzy leczeniem kotów, robił eksperymenty. Ciekawiły go nowe mieszanki ziół z różnych pór roku. Czy miały odmienne działanie? Jeśli zmieszałby przebiśnieg z ich dostępnymi ziołami, to odkryłby coś nowego? Może zamiast wody dodałby innej płynnej substancji? Miód? Ślinę? Krew? Chociaż krew chyba nie była najlepszym pomysłem…
W każdym razie kończył aktualnie leczenie infekcji gardła u Wilgowej Goryczy. Cały czas mamrotał do siebie, czym niewątpliwie zrażał pacjenta, ale co go to obchodziło. Były ważniejsze rzeczy na głowie!
Kiedy skończył, kocur wyszedł z zaleceniami dalszego dbania o siebie. Chudy mógł chwile odsapnąć. Gdy jednak odpoczywał na swoim posłaniu, do nory weszła nikt inny, jak Cisowe Tchnienie. Chudy podskoczył w miejscu, a po jego kościstym grzbiecie przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Czmychnął pod pretekstem spaceru, zostawiając szylkretkę za sobą.
Wyszedł z obozu i błądził wśród przyrody Pory Opadających Liści. Ostatnie roślinki wystające spoza kolorowych liści próbowały złapać nieco słońca. Chudy niewiele myśląc, zgarnął kilka ładnych liści. Czy mógłby ich użyć jako peleryny? Skleić żywicą i stworzyć kubraczek na zimę? Jeśli tak, potrzebował ich więcej!
Zaczął się rozglądać i coraz głębiej brnął w dobrze znany las. Wielkie drzewa otaczały go z każdej ze stron, ale niestety wśród tylu iglaków, musiał się nieźle naszukać liściastych odmian. Dzięki temu lub przez to trafił w dalszą część terenów Klanu Wilka. Gdy brodził wśród leśnego poszycia, trafił na martwe ciało jakiegoś zwierzęcia. Wyglądało to na coś jak drapieżny ptak. Chyba sowa, jeśli się nie mylił… a może jastrząb? Ale czy jastrzębie polowały w tak gęstych lasach? Cóż, ekspertem nie był, a śmierdzące zwłoki raczej nie powiedzą mu, kim były.
Kiedy już miał odchodzić, do głowy zawitał mu nowy, nowatorski pomysł. Może zamiast liści… użyłby skóry tego ptaka? Przecież pióra miały zdolność izolacji temperatury… inaczej te ptaki ginęłyby Porą Nagich Drzew.
Niewiele myśląc, zgarnął dużo większe cielsko od siebie. Trzymając je zębami, wywalając wcześniej garść liści, powoli, ale wytrwale, pociągnął je do obozu. Gdy dotarł, Gruba Ryba postanowił mu pomóc.
— Co tam ciągniesz? — zagaił, podchodząc z jednej strony.
Chudy, bardzo zdyszany i chudszy, niż zwykle, odpowiedział;
— Chyba mój nowy kubraczek.
— Kubraczek? — powtórzył.
— Tak! Jak mi pomożesz je zawlec do nory medyków, to oddam Ci wnętrzności. Wyglądają całkiem nieźle, może są nawet zdatne do zjedzenia — miauknął, przedstawiając bratu ofertę.
Rudy się zgodził, łapiąc w zęby z drugiej strony i już wkrótce oba koty ciągnęły sowę do nory. Gdy dotarli, Gruby pomógł Chudemu wyciągnąć z rozdartego już brzucha drapieżnika flaki, po czym Gruby zaczął je sobie przebierać na podwieczorek.
Chudy patrzył na ptaka, a w jego głowie powstawał zupełnie nowy plan działania.

Wyleczeni: Wilgowa Gorycz

26 czerwca 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Cisowego Tchnienia

Przeszłość

Chudy nigdy nie był zbyt blisko z Cisowym Tchnieniem. Kotka zajmowała wysoką pozycję w Klanie (a przynajmniej tak myślał Chudy), więc bury wyczuwał pomiędzy nimi przepaść nie do przeskoczenia. O ile Roztargniony Koperek go szkolił, było ono również po prostu… przystępniejsze. Bez tego zimnego, oceniającego spojrzenia. Jakby sam wzrok głównej Medyczki mógł przeczytać z myśli Chudego, co planuje dzisiaj robić, albo czy coś przeskrobał. Chociaż w większości przypadków bury młody medyk był raczej klanowym klaunem, ciągle robiąc jakieś głupie występki, tak też nie wykluczało to przecież używania takiego zachowania jako przykrywki do niecnych planów. Co prawda Chudy raczej strategiem nie był, ale nigdy nie powinno się wykluczać takiej opcji, nie? Właśnie przez to głównie czuł dystans do Cis. Jakby ona nigdy mu nie ufała, jakby w ogóle go nie lubiła, odkąd pierwszy raz postawił łapę w legowisku medyków. Ciągle miał wrażenie, jakby jego trzy włoski na grzbiecie jeżyły się losowo w ciągu dnia, pod wpływem wzroku starszej, zimniejszego od lodu. Wychudzony kocurek uważał poniekąd, że powinna już dawno pójść na emeryturę, ale z drugiej strony wiedział też, iż miała na pewno rozległą wiedzę. O ziołach, chociaż zapewne nie tylko…
Dlatego też tym razem zagrodził jej drogę. Od dłuższego czasu Chudemu chodziło po głowie zapytanie kotki o jakieś konkretne pomysły na mieszanki ziół, które może rozwiązałyby problemy skórne burego. Zawsze jednak w ostatniej chwili się wahał i odpuszczał, bo koniec końców był tylko tchórzem. Dziś jednak kotka zdawała się w niezłym nastroju, o ile można było to tak nazwać…
— O co chodzi? — zapytała go, gdy ten patrzył na nią z wahaniem.
Otworzył pyszczek, zamknął go, machnął nerwowo cienkim ogonem.
— Czy eee… masz może pomysł na jakąś mieszankę ziół, która pomogłaby mi z suchą skórą…? No bo jesteś starsza stażem i w ogóle, może gadałaś z innymi medykami z klanów i coś tam słyszałaś. No bo wiesz, że ja taką tę skórę mam no… jak ziemia w Porę Zielonych Liści, heheh…
Popatrzyła na niego karcąco, a Chudy momentalnie napiął się jak struna. Skulił się w sobie niczym kocię.
— Jako medyk masz się skupić na leczeniu kotów. Nie na jakichś kocięcych marzeniach.
Młody medyk położył po sobie uszy, jego ogon przestał nerwowo drgać, opadając ze zrezygnowaniem. No tak… to kocięce marzenie… próba bycia normalnym, tak jak wszyscy, ale widocznie nie dla wszystkich miało to, tak samo duże znaczenie. Bury krzywo się uśmiechnął, mimo rozdzierającego smutku i jakby wielkiego głazu przygniatającego jego chęci oraz ambicje.
— No tak… — mruknął niezręcznie, przełykając wielką gulę, która ugrzęzła mu w gardle.
Na co on liczył? Iż Cisowe Tchnienie naprawdę da mu wskazówki? Że go zrozumie, spróbuje wesprzeć? Szylkretka była poważana w klanie dużo bardziej, niż on, w dodatku przeżyła więcej, dlaczego więc przyszło mu na myśl, iżby miała pochylić się nad tak prozaicznym problemem, jakim była jego skóra? Nie dorastał jej do pięt, czuł, jakby w ogóle nie powinien się do niej odzywać bez ważnego powodu. Istotnego nie według jego miar, a klanowych - jak na przykład potencjalne zagrożenie z czyjejś strony, lub zasłyszana niepokojąca plotka. Chudy Grzbiet był na pewno w oczach kotki zwykłym desperatem, żałosnym, niegodnym zaufania.
Uszy przykleił jeszcze mocniej do czaszki, nim podziękował i uciekł w popłochu niczym zając.

Teraźniejszość

Śmierć starszego, Bladego Lica zaskoczyła wszystkich. Przynajmniej takie było wrażenie, gdy koty plotkowały na prawo i lewo po tej tragedii. Jedynie Zalotna Gwiazda zdawała się mieć ten sam, poważny wyraz pyska jak zawsze. Chudy słyszał, że zabiła swojego poprzednika, toteż nigdy nie opuszczał w pobliżu kotki gardy, ba, ważył każde słowo, jakby miał pazury liderki na gardle. Kotka przerażała samą swoją prezencją, ozdobiona bliznami, postrzępionym futrem i oceniającym, przeszywającym duszę spojrzeniem. Każdy oddech w jej towarzystwie mógł być tym ostatnim.
Chudy Grzbiet nie zdziwił się, więc gdy słyszał plotki, a były najróżniejsze. Przede wszystkim ta o gałązce cisu przy ciele zmarłego. Ponoć koty z patrolu, który odnalazł ciało, podzieliły się taką informacją. Mało tego, przecież niedawno Blade Lico oraz Cisowe Tchnienie zostali oficjalnie parą. Kotka musiała przeżywać głęboką żałobę po ukochanym.
Bury medyk po tej tragedii obserwował kocicę bardziej niż zwykle. Oczekiwał płaczu, żalu, może nawet przerwy w pełnieniu obowiązków, jednak… nic takiego nie nastąpiło. Cisowe Tchnienie wciąż była tak samo oziębła, jak zwykle, nie płakała po nocach, co Chudy by wiedział, wszak mieszkali razem w jednym legowisku. Po szylkretowej kotce jednak nie było widać ani grama rozpaczy. Dlaczego? Chudy dzień i noc zastanawiał się nad tym zjawiskiem. Przecież normalnie, jeśli koty się kochają, to powinny płakać po stracie partnera, prawda? Czemu więc Cis tego nie robiła? Lub robiła, ale tak cicho i dyskretnie, by żadne oczy oraz uszy nie mogły tego dostrzec…? Bury nie mógł wyrzucić tej kwestii z głowy. Jeszcze ta gałązka cisu przy ciele. Czy Blade Lico był tak zdesperowany, by popełnić samobójstwo? Wszak wiadomo, że cis jest szalenie trujący!
Może… Może Chudy wysnuwał błędne wnioski? Niby nie znał starszego jakoś dobrze, ale przez liczne karne sprzątania oraz karmienia starszych wiedział tyle, iż nie był on desperatem. Ba, nie miał depresji, żadnych stanów lękowych, dlaczego więc miałby posunąć się do czegoś tak drastycznego, jak odebranie sobie życia? Chociaż… jego ciało miało również ślady pazurów jakby po walce. Czy to możliwe, że został zamordowany z premedytacją? Niby koty tak szepczą… Może Blade Lico komuś zawinił? Czy płacił za grzechy popełnione kiedyś, nim Chudy zjawił się w tym klanie? Na Mroczną Puszczę… to wszystko było zbyt zagmatwane.
Jedno jednak było pewne - brak głębokiej żałoby u Cis wywoływał w Chudym prawdziwy strach. Jeśli kotka była tak wyprana z emocji, by nawet nie płakać po zmarłym partnerze, to musiała być jakaś psychiczna. Pewnie jej ktoś mózg przeprogramował, w co Chudy mógłby uwierzyć… w końcu mieszkali w Klanie Wilka. Czy można było tu mówić o powiązaniach pomiędzy medyczką a śmiercią starszego? Gałązka cisu przecież wskazywała na skojarzenie z imieniem szylkretki.
Myślenie o tym powodowało w Chudym przerażenie. Prawdziwą obawę o swoje życie zaczął odczuwać, gdy kotka któregoś razu spojrzała na niego tym swoim spojrzeniem, jednak Chudy dostrzegł w nim coś jeszcze. Nie śmiał oskarżać medyczki o takie drastyczne rzeczy… przecież nic nie zostało udowodnione! On był po prostu głupi, myśląc, że Cis mogłaby zrobić coś takiego! Tak, to na pewno to. Może… Może ktoś chciał wrobić medyczkę?
Co prawda Chudy ograniczał swoje interakcje ze starszą, jednak musiał ją o to zapytać. Nie mógł spać po nocach przez nawiedzające go myśli o tej tragedii.
Dlatego też pewnego ładnego wieczora, podszedł do kotki na uboczu. Nie było dookoła nich kotów, czym Chudy potencjalnie ryzykował brak świadków, ale martwy i tak nic nie zdziała. W końcu Cis nigdy go nie lubiła, a nie miał pewności czy teraz gdy zacznie wściubiać nosa w nie swoje sprawy, nie zostanie uciszony.
Podszedł do niej, próbując zamaskować drżenie łap. Mógłby to, co prawda zrzucić na swoją kondycję, w końcu on ciągle się telepał, ale czuł, że kogo jak kogo, ale Cis nie wyprowadzi tym w maliny. Wziął więc wdech, nieco zestresowany, nim wyrzucił z siebie pytanie.
— Jak się czujesz po stracie partnera, Bladego Lica? — miauknął. — Czy… mogę Ci jakoś pomóc?

<Cis? :3 >

14 czerwca 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Jesionowej Łapy (Jesionowej Szadzi)

Słońce paliło niemiłosiernie, zwłaszcza biedny grzbiet burego medyka, który miał rzadką okrywę włosową. Nic nie chroniło go przed tym ostrzałem z niebios, tak więc zwyczajnie się smażył, i to niestety, dosłownie. Przemykał między krzewami, drzewami i cieszył się z tego, że żył w Klanie Wilka, a nie na przykład Burzy. Słyszał, że ich tereny to same równiny... więc prawdziwa patelnia w letnie dni. On by tam umarł. Dosłownie zapewne. Chociaż może, gdyby się urodził w innym klanie, to i wyglądałby inaczej? Kto wie...
Dzień mu mijał na porządkowaniu ziół według wielkości na polecenie Roztargnionego Koperku. Kot wybył wraz z Cis na uzupełnienie zapasów, to też chwilowo został sam. Marudził sobie pod nosem, kiedy wyszedł na chwilę rozprostować kości. Przyuważył swojego brata, Grubą Łapę, który markotnie i wolniej, niż zwykle, szedł na trening. Chudy Grzbiet zastanawiał się poniekąd, jak długo kocur będzie na tym stanowisku. Bał się o jego głowę, kiedy Zalotna Gwiazda go dorwie...
Następnego dnia ponownie, zauważył swojego brata, który z dziwnym wyrazem pyska wyszedł niechętnie z legowiska. Na polecenie mentorki musiał wyjść na patrol. Chudy i tak nie spał, bo zło nigdy nie śpi, więc do niego podszedł.
— Hej, Grubasku, kiepsko wyglądasz — miauknął z nieukrywanym zmartwieniem. Rudy obrzucił go spojrzeniem zaczerwienionych oczu. Ziewnął przeciągle.
— Spać nie mogę — burknął. — A tamta mi każe na treningi chodzić…
Chudy zastrzygł uszami. Problemy ze snem…?
— Może zajrzysz do mnie po treningu? — zaproponował z tym swoim krzywym uśmiechem.
Gruby zamlaskał kilka razy, końcowo zgadzając się na propozycję brata. Następnie, plącząc łapy z ogonem, poszedł do mentorki. Chudy naprawdę widział, że nęka go bezsenność. Był ciekaw przyczyny, których mogło być naprawdę dużo, a większość, których można łatwo wyeliminować. Wiedział, iż jego brat nie należał do najprostszych kotów, dlatego nie zdziwiłoby go, gdyby to przez wyczerpujące treningi mentorki miał taki kłopot. W końcu kotka, nie widząc efektów, na pewno mocniej go cisnęła.
Wieczorem tak jak się spodziewał, zobaczył płaski pyszczek rudego brata. Zerwał się na krzywe nogi, by go powitać. Zabrał Grubego do swojego posłania, pełnego dziwnych ziół i nieudanych maści, leżących na liściach lub kawałkach kory.
Odsunął je pospiesznie, by nie przeszkadzały.
— No, to jak dziś było? — zapytał bury.
— A weź, nic nie mów — miauknął rudzielec.
— Nie masz przypadkiem problemów z zaśnięciem? Może przypałętały Ci się jakieś złe nawyki?
Chudy najlepiej jak potrafił, zrobił z bratem wywiad. Dogłębnie wszystkiego się dowiedział, a na tej podstawie postawił diagnozę bezsenności. Wymyślił plan dla Grubego, by poprawić jego komfort.
Kiedy Gruba Łapa otrzymał zalecenia, Chudy Grzbiet polizał go po tłustym policzku. Ze łzami w oczach wręcz, żegnał braciszka, kiedy ten szedł na zasłużoną drzemkę. Bury medyk wykłócił się przy okazji z mentorką rudego o wolne dla Grubej Łapy na następny dzień.
Kiedy kotka niezadowolona poszła sobie nie wiadomo gdzie, Chudy wypiął jej język na pożegnanie. Tak, żeby tego nie zobaczyła, bo życie było mu miłe. Odwrócił się na pięcie i sam polazł na kawałek mchu wypełniony różnymi ziołami.

~*~

Następnego dnia z rana zajął się medykowaniem, a później eksperymentami. Wciąż czegoś mu brakowało, jakby pokrzywa z wodą nie była wystarczająca do jego maści… zastanawiał się tylko, co mogło stanowić ten zaginiony element?
I tak główkował, główkował, aż nie przypomniał sobie o znalezionym niedawno i kwitnącym drzewku. Problem jednak stanowiło samo wejście po jego pniu, by zdobyć liście oraz kwiaty. Gdyby tylko… rozejrzał się po obozie, szukając sobie ofiary.
Jego oczy dostrzegły Kajojeje. Piękna liliowa była już samotniczka kroczyła wdzięcznym krokiem przez obóz. Kimże byłby Chudy, gdyby nie podszedł? Dawno nie miał okazji jej pomarudzić! Dodatkowo może kotka zostanie jego pomocnikiem?
Tak więc swoim zwyczajowym, nieco sztywnym krokiem i ze skrzypem kości, ruszył ku uczennicy. Kotka aktualnie zaczęła myć futerko po treningu, więc po prostu się dosiadł. On rzadko używał języka do kąpieli. Raczej wolał piasek tak jak ptaki. O! Czy to oznacza, że Chudy miał w przodkach ptaka?
Klapnął obok niej i kątem oka podziwiał piękną szatę. Naprawdę, ileż on by oddał za taką sierść...
— Ostatnio słońce próbuje mnie usmażyć żywcem — miauknął, drapiąc się w bok. Trochę jego rzadkich włosków poleciało w przestworza. — Ej w ogóle wiesz co? Ostatnio tak sobie myślałem i pomyślałem, że pora zmienić coś w sobie. No wiesz, bo raczej przystojniejszy, niż teraz nie dam rady być — miauknął, ukrywając gorzki żal. — Więc od kilku dni jestem poważnym medykiem! Możesz się do mnie zwracać Panie Poważny Medyku Chudy.
Jesionce nie umknęło, kiedy chudzielec się do niej dosiadł. Wiedziała, że on na pewno chce zacząć, więc tylko czekała, aż coś wycharczy.
— W porządku, Panie Poważny Medyku Chudy, ilu pacjentów masz zamiar wyleczyć w swoim świetlistym życiu? — zapytała, uśmiechając się ciepło.
Chudy odwzajemnił lekko uśmiech, kiedy usłyszał swój nowy tytuł.
— Oh tak. Będę miłym Chudym — miauknął. — Dopóki ktoś mnie nie wkurzy.
Słysząc pytanie kotki, przekrzywił głowę.
— MNÓSTWO! — odparł bez zawahania. — Będę najlepszym medykiem w tym Klanie! Ba, w LESIE. Zobaczysz, wynajdę takie mieszanki, o jakich ta wiocha nie słyszała! Przestaniecie się w końcu śmiać z medyków, o!
Aż musiał złapać wdech po tym monologu, bo trochę go przytkało. Odchrząknął i zakasłał kilka razy.
— Ale co ważniejsze, moja droga — zaczął ponownie. — Widziałem Cię tam z tą nową śliczną koteczką. Co Wy tam tego śmego?
Jesionowa Łapa zaśmiała się cicho. Na jego pytanie, kotka zastrzygła uszami i zaczęła unikać wzroku burasa. Nie umknęło to kościstemu młodszemu.
— Wiesz... trzeba mieć czasem przyjaciół. Miodowa Łapa jest bardzo sympatyczna i przyjemnie jest z nią rozmawiać. Nie ma kija w zadzie, w przeciwieństwie do niektórych kotów.
Chudy zamrugał kilka razy oczami. Przyjaciół... czy on miał takowych? Koper się liczył? A jego bracia? Chociaż chyba, jeśli to rodzina to nie liczą się jako przyjaciele? Nie wiedział. Czy zatem Kalinowy Powiew mógłby określić mianem "przyjaciółki"? Patrząc na ich stosunek, zapewne nie bardzo...
Skrzywił pysk i prychnął pod nosem. Koniec końców nie miał tych magicznych przyjaciół.
— Zgadzam się. Leczyłem ją ostatnio. Słodsza od miodu i wydaje się głupiutka. Pewnie to cecha wszystkich pieszczochów — stwierdził. — Największego kija w tyłku ma nie kto inny jak nasza wspaniała Liderka-tyranka Zalotna Gwiazda. Tylko nie mów jej, że Ci powiedziałem jej sekret. Ona udaje, że jest inaczej, ale wszyscy wiedzą.
Zakryła usta łapą, by ukryć uśmiech z rozbawienia.
— Nie mam zamiaru z nią rozmawiać w żadnym przypadku. Wystarczy, że ją widzę od czasu do czasu. Ona chyba też ma mnie całkowicie gdzieś — wyjaśniła. — I bardzo dobrze.
Chudy Grzbiet pokiwał głową z dumą. Szybko się uczyła ta piękna uczennica. Gdyby chciała, Chudy nauczyłby ją tego i owego na temat ziół, ale z tego, co pamiętał, kotkę to nie interesowało. Pozostała mu więc samotna adoracja cmentarzyków z pokrzywy, maku i kocimiętki.
Po chwili wpadł na pomysł.
— Ej! A chcesz mi pomóc?
Kotka spojrzała na niego z delikatnym ruchem brwi.
— Jasne, co tam?
— Użyjesz swoich umięśnionych łap i zerwiesz dla mnie trochę liści oraz kwiatów z drzew. Ale! — przerwał dramatycznie. — Będziemy musieli znaleźć to drzewo, bo niby pamiętam, gdzie jest, ale nie do końca…
Podrapał się pazurem w policzek, tak jakby wyrażał zakłopotanie.
Pręguska otworzyła szerzej oczy, a zaraz potem nieco się rozluźniła.
— No dobra — odchrząknęła i wstała. — Możemy mieć to z głowy — dopowiedziała i zaprosiła go ogonem do wstania.
Chudy podniósł się o dziwo energicznie, tak jakby wstąpiło w niego nowe życie. Hurra! Wycieczka po zioła i nie będzie musiał się zbyt męczyć, żeby je zdobyć... układ idealny. On może być od myślenia, a Jesionowa Łapa od zdobywania. Będzie jego prywatnym pomagaczem.
Ruszyli więc w głąb lasu, szukając wspomnianego drzewa. Chudy pamiętał, że widział je gdzieś, gdzie było słońce, na skraju tej gęstwiny. Poprowadził więc kotkę najkrótszą drogą, w kierunku Ciernistego Drzewa. Kiedy docierali do granicy lasu, z iglastych drzew zaczęły robić się również liściaste, które wolały być w słońcu aniżeli cieniu. Wyszli więc i Chudy od razu dostrzegł wspomniane drzewo. Nie było wielkie, ale miało na sobie białe kwiatki i to o nie mu chodziło, chociaż z liśćmi też chętnie poeksperymentuje. Podeszli pod nie, pień nie był obszerny tak jak u tych iglaków dookoła ich obozu, więc drzewo musiało być młode. Chudy Grzbiet odwrócił pysk do kotki.
— To, to! — wskazał pazurem, mało elegancko. — Potrzebuję, żebyś mi zerwała gałązki z kwiatkami. I liście jakby Ci się udało, to też byłoby super.
Posłał jej krzywy uśmiech. Kotka uniosła łeb i zastrzygła uszami. Obejrzała drzewo i chwilę potem spojrzała z powrotem na kocura.
— Dobra, robi się — miauknęła i podeszła do drzewa, po czym przysiadła w gotowości. Po szybkim skoku uczepiła się najniższej gałęzi i na nią wlazła. Chudy patrzył z zadowoleniem, jak kotka sprawnie weszła na drzewo.
Nie zajęło jej to dużo czasu. Upewniła się, czy aby na pewno dobrze się trzyma i złapała przednią łapą gałąź, która była nieco wyżej.
Widział, jak kotka wyszukiwała dorodne okazy i pokiwał z uznaniem głową. Wybrała chudą niczym młody medyk gałązkę, na której rosły piękne liście i jeszcze piękniejsze kwiaty oraz złapała ją w zęby, odpowiednio przekręciła i oderwała od konaru. Pyłek z kwiecia sypnął, przez co kotce zakręciło się w nosie. Wstrzymała kichnięcie i zebrała dwie podobne gałązki, po czym zlazła szybkim susem na ziemię. Położyła "zdobycze" pod łapami kocura.
— I jak, podobają się? — spytała.
Zazdrościł jej w głębi duszy tej umiejętności wspinaczki, a z drugiej strony nie chciał nabawić się drzazgi... więc grzecznie poczekał na trawie.
Kiedy zeszła, odsunął się o krok, by go, aby nie przydeptała. W końcu był w porównaniu z nią jak suszony kawałek mięsa.
— Są genialne — miauknął, pocierając o siebie przednie łapy. Zachichotał pod nosem. — Będą idealne... zobaczymy, co da się z nich zrobić. Dobry z Ciebie pomocnik, możesz częściej się zgłaszać na wyprawy! Masz takie wielkie muskuły, że na pewno zdobędziesz wszystkie zioła, które będą trudno dostępne!
Zakasłał, bo mu wyschło w gardle. Przełknął ślinę.
— Fajny widok na górze?
Uśmiechnęła się.
— Jeśli tylko mnie poprosisz w dany dzień, to mogę być specjalistką od wykonywania zadań specjalnych — odparła i wylizała łapę z brudu, który zebrała podczas wspinaczki.
— Widoki? Nie zwróciłam na nie uwagi, bo się skupiam wyłącznie na zbiorze.
— Oh, kumam — odparł jedynie, kiwając głową.
Rozejrzał się następnie po polanie, na którą wyszli. To miejsce było jednym z nielicznych w Klanie Wilka, gdzie faktycznie były jakiekolwiek równiny. Przez susze trawa była wyschnięta i zabawnie chrupała pod łapami. Chudy ruszył dalej, biorąc od kotki gałązki z kwiatkami i liśćmi. Zapach momentalnie wypełnił jego nozdrza, bardzo ładny zresztą aromat lipy. Westchnął cicho, zaciągając się wonią.
Ruszył przed siebie, ogonem zapraszając dalej Jesionową Łapę. Akurat byli niedaleko takiego fajnego miejsca...
Gdy dotarli, ich oczom ukazało się niewielkie wgłębienie, zapewne po wyschniętej kałuży, ale co ważniejsze...
— Piasek! — Chudy się ucieszył, a jego krótki pyszczek rozpromienił uśmiech.
Odłożył na bok zioła.
— Dawaj, Jesiona, chodź ze mną się wytarzać! — miauknął jak kociak, wskakując przodem do sypkiego materiału.

Wyleczony: Gruba Łapa

<Jesionka? :3 >

24 maja 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Kalinowego Powiewu

Od jego mianowania nie minęło długo. Pora Nagich Drzew skończyła się kilka wschodów słońca temu, resztki śniegu topniały na dobre, zwierzyna powracała do lasów, a temperatura rosła. Chudy Grzbiet, nazwany tak na cześć swojego wystającego kręgosłupa, miał sporo pracy. Wraz z nowymi liśćmi na drzewach, wyrastały również świeże zioła, których zapasy kończyły się w mgnieniu oka podczas Pory Nagich Drzew. Chodził więc, czy to z Roztargnionym Koperkiem, czy z Cisowym Tchnieniem na zbieranie. Musiał odbudować zaufanie do siebie po akcji z kocimiętką, a i tak Koper lubiło trzymać na niej łapę.
Chudemu dni mijały całkiem pracowicie. Co prawda, wraz z nowym imieniem nie zmieniło się u niego nic, poza dodatkowymi obowiązkami. Przytrafiła mu się któregoś dnia nie kto inny jak Kwaśna Kocanka. Kotka została ugryziona przez szczura. Niebieska wojowniczka wyjaśniła, jak doszło do zdarzenia, kiedy zaszczyciła swoją obecnością legowisko medyków. Jak na złość Chudy był sam.
— Czyżby szczur poczuł Porę Nowych Liści i postanowił wyjść na polowanie? — miauknął kąśliwie bury medyk. — I pech chciał, że trafił na Ciebie.
Nie spojrzał na kotkę, a wiedział, że na jej pyszczek wkradło się rozdrażnienie tym komentarzem. Chudy wybrał odpowiednie zioła.
— No, ale pomyśl o tym tak, zawsze to mógł być kleszcz — dodał. — Wtedy byś została potraktowana żółcią, która śmierdzi na kilometr. Ale w sumie… odstraszałabyś nie tylko koty, ale też szczury! Zastanów się, mam nadwyżkę to mogę Ci odpalić działkę.
W międzyczasie sprawnie uporał się z odkażaniem miejsca ugryzienia. Następnie wydzielił kotce ziółka i dał zalecenia.
Chudy sądząc po minie Kocanki, nie zrobił zbyt dobrego wrażenia… a tak się starał! Zaproponował jej rozwiązanie problemu i nawet rzucił żartem. Kotki przecież to lubią, nie? To, czemu nie działało?
Usiadł i westchnął. Odkąd został mianowany, miał w głowie, że powinien być teraz jak Cisowe Tchnienie; poważny i tajemniczy. Bo był poważnym panem medykiem z pasującym jak ulał imieniem. Wypadałoby w takim razie nieco się ogarnąć, co nie?
Problem w tym, iż ciężko było wcielić ten plan w życie. Niby coś tam gryzł się w język, ale za słabo. Trochę zadzierał nosa, a z drugiej strony miał za krótki pysk, by zrobić to tak fajnie, jak inni. Bracia mu ciągle wciskali do głowy, że był idealny taki jaki jest, ale on nie do końca im wierzył. Taki mały cichy głosik w głowie nakłaniał go do ogarnięcia tyłka.
Kiedy Koper z Cis wrócili, Chudy oznajmił, że idzie odpocząć, bo jest zmęczony użeraniem się z innymi. Wyszedł więc na zewnątrz poza norę, a jasne słońce oślepiło jego oczy. Burknął wiązankę pod nosem, idąc przed siebie. Zaraz ktoś go popchnął, tak jakby nie było widać, że szedł… i tym sposobem wpadł na losowego kota.
Zanurkował nosem w gęstym futrze. Słońce skryło się za chmurami, nie rażąc go już tak mocno, więc odsuwając się, mógł dostrzec pyszczek tego nieszczęśnika. Lub… nieszczęśniczki. Błękitno blade oczy medyka skrzyżowały się ze złotym, palącym spojrzeniem nikogo innego, jak Kalinowego Powiewu. Chudy Grzbiet wyprostował swoją przygarbioną postawę, bo w końcu teraz był poważnym panem medykiem i odchrząknął.
— Kogo ja widzę? — zaczął nerwowo, ale udawał, że wie, co robi. — Czyż to nie Kalinowy Powiew? Co Cię… sprowadza w to miejsce w obozie?
Kalinowy Powiew otrząsnęła się z szoku po zderzeniu. Była widocznie niezadowolona… kiedy jednak usłyszała gadkę Chudego, aż otworzyła oczy z niedowierzania. Po chwili jednak powrócił na jej pyszczek ten sam, poważny wyraz.
— Jest tu coś wyjątkowego, o czym nie wiem? — wydawała się skołowana. Zastrzygła wąsami. — Mam rozumieć, że to była celowa próba zwrócenia na siebie uwagi? — spytała chłodno, choć jej końcówka ogona podrygiwała z irytacją. — Jeśli tak, wybrałeś wyjątkowo kiepską metodę — po paru uderzeniach serca się podniosła, otrzepując z nadmiaru kurzu. Przeniosła wzrok z powrotem na kota w pewnym sensie winnemu całemu temu zamieszaniu.
Chudy Grzbiet słuchał tego, co mówiła złotooka, a jego krzywy uśmiech bladł z każdą chwilą. I tak był już poddenerwowany i zestresowany tym wszystkim, a ta mu jeszcze prawiła wywody. Chociaż... cieszył się, słysząc jej głos. Ciężko mu było tylko stwierdzić, czy go tolerowała, czy może jednak wolałaby, by nie pokazywał jej się na oczy. Celowa próba zwrócenia na siebie uwagi? Co to w ogóle miało być za oskarżenie?! Chudy nie był aż takim desperatem!
Bury kocur ponownie się przygarbił, a jego kiełki zniknęły w grymaśnej minie. Wziął wdech, a jego ogon podrygiwał z irytacją.
— Nie każdy ma takie bystre oczy, jak Ty — burknął w odpowiedzi na uwagę kotki. Odwrócił głowę, skanując prędko okolicę i pobieżnie patrząc na koty dookoła.
Mimo wszystko przypomniał sobie, że przecież teraz był w trakcie przemiany swojego charakteru, więc wziął tylko głęboki wdech, nim jako tako opanował emocje. Spojrzał na kotkę swoimi przygaszonymi oczami.
— Jeśli lubisz nasz klan oraz obóz to tak, to miejsce jest wyjątkowe. Może trawa jest tu zieleńsza? Kto wie? — zarzucił, niby to filozofując, chociaż dla niego był to tylko skrawek ziemi, taki jak wszędzie.
— Nigdy bym nie pomyślała, że to konkretne miejsce mogłoby być dla Ciebie wyjątkowe — powiedziała. — W dodatku, co to miało znaczyć? To, co wydarzyło się przed twoim mianowaniem, z Nocnym Śpiewakiem? — zaczęła dopytywać wojowniczka. — W dodatku nadal nie usłyszałam przeprosin od ciebie.
Na pytanie o jego brata i tę "sprawę", zalał go zimny pot. Dosłownie poczuł, jak nerwowo zaczyna bić mu serce, szybko, nierówno. Odchrząknął znowu, uciekając wzrokiem w bok. Co miał jej powiedzieć? Prawdę? Kłamstwo? Pół-prawdę? Czy w ogóle powinien cokolwiek mówić na ten temat?
— Uh, widzisz... — mruknął. — Może... może eee opowiem Ci w... mniej zatłoczonym miejscu? — zapytał nerwowo, kupując sobie więcej czasu na obranie strategii względem rozegrania tego tematu. No i... pomyśli nad tymi "przeprosinami". Eh, dlaczego ona była taka... ugh! Nawet nie znał odpowiedniego określenia! Miał zbyt ubogi słownik!
Kalinowy Powiew uspokoiła się odrobinę. Wyprostowała się, poprawiając zmierzwione kosmyki futra. Westchnęła cicho pod nosem, a po chwili kiwnęła mu głową, dając zgodę.
— W porządku — mruknęła, czekając, aż Chudy Grzbiet ich poprowadzi.
Chudy zesztywniał, jakby uszło z niego całe życie. Ona poważnie się zgodziła? Naprawdę? Nie przypuszczał, że zależy jej na poznaniu prawdy do tego stopnia... Nie spodziewał się takiego scenariusza. Gdy tylko kotka wyraziła zgodę na wspólne wyjście poza obóz, Chudy Grzbiet o mało nie zakrztusił się własną śliną. Liliowo-biała czekała, aż medyk wskaże drogę, a Chudy wewnętrznie cały panikował.
— Oh... Oh! Zgodziłaś się... hmm — miauknął nerwowo. Rozejrzał się prędko, a w głowie przeskanował wszystkie miejsca, w których był.
Nie muszą iść daleko... po prostu gdzieś gdzie nie będzie tylu wścibskich oczu. Chociaż już samo wspólne wyjście, jeśli ktoś przyuważy, będzie niezłą sensacją...
Chudy Grzbiet, ponieważ tak jak postanowił sobie jakiś czas temu, przemieniał siebie w nową wersję. Zgodnie z tym, chociaż teraz najchętniej by uciekł, opanował odruch biegu, na rzecz spokojnego, acz sztywnego marszu. Ogonem poprosił kotkę, by za nim podążyła, a on odwrócił głowę, by nie widziała jego paniki. I co on teraz zrobi? Sam na sam z Kalinowym Powiewem? Nigdy jeszcze nie miał takiej sytuacji! Zawsze byli otoczeni świadkami. Jeśli kotce nie spodoba się to, co powie i postanowi go ukatrupić gdzieś w krzaczorach, to go nikt nie znajdzie! Chociaż Kalinowy Powiew nie była tym typem kota... ale zawsze istniała taka ewentualność! Musiał być na nią gotowy...
Wyszli z obozu, Chudy poprowadził kotkę na leśną polanę, z której co jakiś czas brał zioła typu rumianek lub mniszek. Usiana małymi kwiatkami, ale jednocześnie oświetlona i odosobniona. Piękny zapach roślin unosił się w powietrzu, a Chudy musiał walczyć z chęcią zabrania świeżych ziół do obozu... Nie pora teraz na medykowanie! Chociaż tamta pokrzywa wyglądała tak, jakby sama chciała pójść do ich legowiska. Zanotował w głowie, by po rozmowie prędko zerwać kilka gałązek. Planował zrobić kilka nowych eksperymentów z ziołami...
Zatrzymali się, Chudy opanował emocje, ponieważ teraz interesowały go te wszystkie zioła, z których musiał chwilowo zrezygnować. Medykowanie, myślenie o roślinach pomagało mu się uspokoić, wrócić myśli na odpowiednie tory. Nigdy nie przypuszczałby, iż odnajdzie takie powołanie w życiu. Nie chodziło tutaj o leczenie innych, chociaż rozwiązanie zagadki co danemu kotu dolega, również było niesamowitym uczuciem. Tak, jak wyjęcie wkurzającej resztki posiłku spomiędzy zębów i poczucie tej ulgi. Duma z siebie, spełnienie. Medycyna była dla Chudego całym jego życiem… i przez to koniec końców nie mógł się opanować. Drżące ze stresu łapy postanowił zająć czymś pożytecznym w trakcie układania jakiegoś sensownego zdania dla kotki.
Chudy Grzbiet krzątał się więc, zbierając listki, łodyżki i gałązki zielarskich roślin. Był wręcz w siódmym niebie albo bardziej... siódmym wymiarze Mrocznej Puszczy. Jak zwał tak zwał- nie zmieniało to faktu radości burego. Właśnie... zioła, kocimiętka. Bury oprzytomniał, odwracając się do kotki. Gdy tylko jego oczy objęły ją pośród leśnej, kwiecistej polany, zaparło mu dech w piersiach. Kalinowy Powiew, ze spokojem podziwiała rosnące tu piękne okazy kwiatów, dodatkowo na pewno nie wiedziała, że część z nich to zioła. Jeśli będą mieć okazję, to Chudy jej o tym powie. W sprawie medycznych ciekawostek zawsze był do przodu.
Oklapnięte uszy kotki, zabawnie, ale też uroczo poruszające się wraz z jej głową, długa sierść, starannie wyczyszczona. Złote oczy, w tak intensywnym odcieniu, jakby same bursztyny oddały im swój blask. W dodatku pyszczek idealnych wręcz kształtów, nie za mały, nie za duży, uroczy nosek i długie wąsy, które drgały przy mówieniu.
Seans podziwiania wojowniczki przerwało jej spojrzenie się na Chudego. Ups! Przyłapany na wgapianiu się! Odwrócił prędko wzrok, udając, że grzebie w ziemi.
Wziął głęboki wdech. Wiedział, że ona czekała na wyjaśnienia. Z drugiej strony... dlaczego jej na tym zależało? Kalinowy Powiew nie była typem plotkary, więc ta informacja nie posłuży za rozsianie nowych ploteczek pomiędzy klanowiczami. Może ona... Może ona lubiła Noc? I chciała wiedzieć, dlaczego kocur skończył w takim stanie? Lub, ewentualnie, po prostu była ciekawa? A jaka szansa mogła być na to, że się o Chudego martwiła? A może chodziło faktycznie o Noc...
Położył po sobie uszy na moment, myśląc o bracie. W sercu poczuł ukłucie, bo podświadomie nie chciał, by to chodziło o czarnego. Miał malutką, tyciulką, nadzieję, iż kotka martwiła się o niego. O Chudy Grzbiet, a nie o Nocnego Śpiewaka. Nie miał jednak tyle odwagi, by zapytać. Kotka go onieśmielała tak jak zresztą większość pięknych kocic. Bycie taką wychudzoną pokraką miało mnóstwo minusów, w tym właśnie trudność przy rozmowie z kimś co ma wszystko, czego Ty nigdy nie dostaniesz. Chyba że udałoby się Chudemu stworzyć maść na porost włosów... wtedy lepiej by się prezentował.
Próbował ułożyć w głowie jakieś sensowne zdanie, co okazało się naprawdę trudne. Nie wiedział, od czego zacząć, jak to zrobić. Wiedział już, że nie będzie kłamać. Pogorszy to tylko ich, i tak ledwo zipiącą, relację.
Po dłuższym milczeniu postanowił po prostu to z siebie wyrzucić, bez zbędnych upiększaczy.
— Spanikowałem — miauknął cicho na początku. Nie patrzył na kotkę, a gdzieś w bok, marszcząc lekko brwi. Stawał właśnie naprzeciw swoich własnych lęków. — Kiedy Nocny Śpiewak zapytał mnie o moje... uh, preferencje, spanikowałem. Zamiast odpowiedzieć mu normalnie, znalazłem krzew kocimiętki i wziąłem kilka listków, żeby mi pomogły w tej rozmowie. Głupie, nie? To mój brat, a ja się tak wystraszyłem tej rozmowy.
Zacisnął zęby. Był zwykłym tchórzem.
— Po prostu... Ja nie wiem. Chyba bałem się bycia ocenionym przez niego. Chociaż jest moim najukochańszym bratem i wiem, że by tego nie zrobił. To chyba po prostu taka kocia natura. No i mnie wzięło... widzisz, jak wyglądam — zaśmiał się nerwowo, chociaż był to gorzki śmiech. — Kocimiętka w takiej ilości zadziałała na mnie od razu, totalnie. Noc, który jest normalnym kocurem, miał trudności, by osiągnąć taki stan.
Zamknął buzię, bo chyba za bardzo się zagalopował w tłumaczeniach. Sam nawet nie był pewien, czy chciał się wybielić w oczach kotki, czy zwyczajnie wyrzucić to z siebie. Jeśli Kalinka uzna go za żałosnego... no to nie pozostanie mu nic jak nigdy więcej się do niej nie odezwać. Jego paplanie mu tutaj nie pomogło, bo zamiast odpowiedzieć krótko, dał jej całą historię... Eh!
— No i... no i tak to wyglądało — mruknął jeszcze.
Podrapał się nerwowo w łapę. Zaraz jednak spanikował nieco, nie będąc pewnym jak interpretować minę Kalinki.
— A-Ale! Nocny Śpiewak to b-bardzo porządny kocur! Patriota i w ogóle... — dodał prędko, by Kalinka nie pomyślała o czarnym kocie w zły sposób.
Po powiedzeniu Kalinowemu Powiewowi sytuacji z kocimiętką zrobiło mu się lżej na duszy. Tak, jakby zrzucił z siebie niewidzialny ciężar, który dźwigał od jakiegoś czasu. Nie, żeby ta sytuacja z afrodyzjakiem była szczególnie żenująca... bardziej chodziło o tą część z uczuciami, preferencjami. Nigdy o tym nie myślał, jednak skoro naturalnie przychodzi mu podziwianie kocic, a także wyszukiwanie w nich wspaniałych cech, chyba oznaczało to, iż go pociągały, nie? Chociaż ze swoją urodą wiele nie zwojuje, to może kiedyś znajdzie jakąś niewidomą, która go pokocha za wszystko poza wyglądem...
Chudy to Chudy. O nim mogła tak myśleć, ale nie chciał dopuścić do splamienia obrazu swojego braciszka w oczach wojowniczki. Postanowił wziąć wszystko na siebie, nawet jeśli nikt nie był tutaj winny.
— Każdy czasem panikuje, nawet jeśli w naszym klanie nie jest to szczególnie mile widziane. Oczywiście najlepiej byłoby panować nad własnymi emocjami, bo potrafią prowadzić do nierozsądnych decyzji, ale całkowite ich tłumienie również nie wydaje mi się zdrowe czy zawsze możliwe — zaczęła. Po chwili zdawała się rozkojarzona, wylizując i podgryzając miejsce na klatce piersiowej.
Dostał wywód od Kalinki, którego poniekąd mógł się spodziewać. Rzeczowe odpowiedzi kotki wybrzmiewały w jego uszach. Tak... panika w tym Klanie nie była mile widziana... zresztą, podobnie jak koty jego pokroju, a jednak hej! Wciąż tutaj był! Odstępstwo od reguły, czy może okazał się przydatnym? Zapewne to wiedziała tylko Zalotna Gwiazda.
Chudy Grzbiet przyuważył rozproszoną uwagę wojowniczki. Ciągle się czochrała i drapała, jakby nagle pogryzło ją mnóstwo komarów. Słysząc jednak wzmiankę o swoim bracie, odsunął zebrane wcześniej zioła na bok. Miał ich tyle, że nie wiedział, czy zdoła je wszystkie udźwignąć.
— Może... hm, nie — mruknął. — Na pewno masz rację — powiedział pokornie. Nie miał żadnych argumentów ani powodów, by się z nią w tej kwestii sprzeczać. Przejrzała go i tyle.
— I też skoro powiedziałeś mi to wszystko, najwidoczniej potrzebowałeś z kimś porozmawiać. Na zdaniu Nocnego Śpiewaka Ci zależy tak bardzo, bo jesteście blisko, tak myślę — dodała jeszcze, widząc, że Chudy nie emanował taką pewnością siebie, co zawsze. Po paru uderzeniach serca zabrała ponownie głos. — To chyba nie jest normalne... — zaczęła, ogon odsuwając lekko od łapy. — Im dłużej tu przebywamy, tym bardziej mnie swędzi skóra. Chyba mam na coś uczulenie — wyprostowała się wręcz odruchowo.
Przełknął ślinę, jakby zawierała w sobie kolce. Ciężko mu przychodziły takie szczere rozmowy, zwłaszcza kiedy rozmówczynią była ona. Kalinowy Powiew. Kotka tak tajemnicza, a zarazem otwarta i pozwalająca się poznać do pewnego stopnia. Chudy Grzbiet nigdy nie miał jednak okazji na normalną rozmowę z nią, bo przy każdym niemal spotkaniu na siebie fukali. Czy było to spowodowane różnicami w ich poglądach? Może w wychowaniu? Lub ogólnie, w sposobie bycia. Powodów mogło być wiele, co nie zmieniało faktu, że z upływem księżyców wcale nie było lepiej. Poniekąd Chudego to przygnębiało; w końcu chciałby ją poznać lepiej, a z drugiej... Ona tego nie odwzajemniała. Więc postanowił dać se spokój, ale teraz… po mianowaniu, gdy zyskał nieco szacunku wśród współklanowiczów, ponownie zaczął mieć nadzieję, iż kotka przychylniej na niego spojrzy. Udowodnił poniekąd swoją przydatność, a to chyba było ważne?
Zamrugał kilka razy. Rozejrzał się dookoła, kiedy kotka zwróciła swoją uwagę na kwiaty, które potencjalnie mogły ją uczulić. Bury medyk niemal automatycznie ruszył z miejsca ku niej, o dziwo pewnie siebie, ze spokojem. Jakby mu się włączył tryb detekcji tajemniczych medycznych przypadków do rozwiązania.
Zatrzymał się długość zająca od niej. Wyczuł, iż mogła nie życzyć sobie jego obecności bliżej, a z drugiej strony chciał ją obejrzeć i udzielić pomocy. W końcu potrafił to zrobić!
Machnął niepewnie ogonem. Jak powinien postąpić? Bez pytania rozpocząć diagnozę? Może przedstawić jej dostępne opcje? Chociaż nie było ich wiele... patrząc na rodzaj uczulenie oraz miejsce. Zaklął w myślach swój brak kompetencji społecznych. Zmarszczył brwi, zastanawiając się dalej. Czy zdołałby postawić diagnozę bez dotykania jej? Patrząc jedynie na stan futra, zaczerwienienie? Dlaczego on w ogóle brał to pod uwagę?! Powinien ją potraktować tak jak każdego, ale… ugh! Ona nie była jak “każdy”! Nie dla Chudego, i w tym właśnie tkwił cały problem. Sam siebie nie rozumiał i tego wszystkiego.
Widząc jednak, że kotka odczuwa coraz większy dyskomfort, poddał się i po prostu wziął wdech.
— Wszystko w porządku? — zapytał miękko i z troską, jakby stał przed nim jego brat, a nie kotka, która go nie lubi. Był sam sobą zszokowany do tego stopnia, że położył po sobie uszy speszony.
Dłuższe uderzenie serca minęło, nim podjął decyzję. Cofnął się, by zebrać zioła w kępkę. Spojrzał następnie na wojowniczkę.
— Pomóż mi zabrać te rośliny — polecił jej, wracając do swojego zwyczajowego tonu głosu. — Pójdziemy tam, gdzie nie będzie tych wszystkich kłączy, które by mogły Cię uczulić.
Jak powiedział, tak zrobił. Wziął swoją część ziół, nie czekając na kotkę. Z duszą na ramieniu przeszukiwał w pamięci miejsca, które nie zawierały kwiatów, w których wojowniczka stała. Wynalazł kilka takich miejsc, w tym jedno nieopodal. Leśną gęstwinę, porośniętą mchem, pełną gałęzi i korzeni. Zwykle uczniowie trenują tam wspinaczkę na drzewa, więc mogli się udać w tamtą lokację. Kalinowy Powiew odbyła z sukcesem szkolenie na wojownika, tak więc wiadome było, iż nie miała alergii na mech czy żywicę z drzew.
Gdy dotarli, Chudy odłożył zioła na bok, wybierając do tego szeroki kawałek kory, który był suchy. Po ostatnich deszczach przyroda odżyła, ale nie oznaczało to, że dla medyków była to dobra nowina. Zioła lubiły gnić w nadmiarze wilgoci.
— Połóż to tutaj — zlecił jej ponownie, o dziwo w miarę pewnym siebie tonem.
Podrapał swój wychudzony bok, a następnie otrzepał sierść z drobinek skóry. Poleciały sobie na ziemię, ściągane wilgotnym powietrzem. Gdy pozbył się tej warstewki z siebie, mógł poświęcić całą uwagę pacjentce.
Podszedł do niej, widząc, że jest niepewna. Jakby... mu nie ufała. Poniekąd to nie dziwiło młodego medyka, ale gdzieś tam głęboko poczuł ukłucie w sercu. Z jakiego powodu? Przecież się nie lubili. Prawda?
A może... to jedynie Kalinowy Powiew pałała względem niego nienawiścią? Chudy Grzbiet od dłuższego czasu zauważył, iż nie odczuwał względem niej wstrętu tak jak kiedyś. Nadal kotka zdawała się wywyższać i wymądrzać, rzucając tymi swoimi mądrymi słówkami, co go doprowadzało do szewskiej pasji, a jednak gdzieś tam mu imponował styl bycia wojowniczki. Chociaż... kilkukrotnie jego szczerość zakończyła się kłótnia ich dwójki. Jak w takim razie nakłonić ją do współpracy? A może... Nie będzie musiał? Niby była między nimi niewidzialna ściana, ale jednak Chudy był medykiem. Miał rozległą wiedzę, a to z miejsca powinno dodać mu w pewnym stopniu wiarygodności.
Gdy podniósł ponownie wzrok, napotkał rozdrażnione oczy kotki. Chudy widział, jak uczulenie się rozniosło, a ona nie mogła poradzić nic, niż tylko się wkurzać i drapać. Zrobiło mu się jej żal.
— Kalinko — zaczął, używając o dziwo zdrobnienia jej imienia. Zaczął w głowie formułować poważną wypowiedź, a nie prostacką uwagę tak jak zawsze. Po kilku uderzeniach serca chyba wymyślił. — Mogę... mogę obejrzeć miejsce uczulenia? — Zapytał z początku niepewnie, ale musiał się przecież zebrać w garść... jak miał zostać poważnym panem medykiem, jeśli pokonuje go rozmowa z samicą?
— Zebrałem dużo ziół i myślę, że będę w stanie sporządzić odpowiednie antidotum na Twoją przypadłość... tak tu teraz... no wiesz.
Posłał jej krzywy uśmiech, mając nadzieję nie dostać zaraz w pysk. Kalinowy Powiew dłuższą chwilę milczała, wyraźnie się zastanawiając nad odpowiedzią. Chudy Grzbiet z kolei nie poznawał sam siebie i będzie musiał przemyśleć swoje zachowanie. Gdzie zniknęła jego wredna strona? Dlaczego zachowywał się w tak uległy i specyficzny sposób? Czy to już jakieś szaleństwo? Umierał? Może jemu też zaszkodziły tamte kwiaty…
— Skoro już tyle przeszliśmy i nazbierałeś tyle ziół, to byłoby niemądre z mojej strony, gdybym teraz Ci odmówiła… — podjęła pewnie, po czym machnęła kitą jednokrotnie. — I tak zachowujesz się, jak nie ty — dopowiedziała jeszcze cicho.
Chudy zacisnął wargi. Miała rację. On też nie wiedział, dlaczego tak było. Chciał… nie, wręcz pragnął upodobnić się do innych kotów. Stanąć z nimi na równi, zdobyć przyjaciół i mieć normalne życie. Przecież oni zachowywali się w ten sposób, prawda? Byli mili i tacy troskliwi. Mogli tak zjednać sobie pobratymców, tylko… Czy Chudy naprawdę w głębi serca chciał upodabniać się do innych? Udawać kogoś, kim się nie czuł?
— …Ale nie próbuj niczego głupiego! Jeśli coś się stanie, to dostaniesz po głowie! — dodała.
Chudy położył po sobie uszy i zmarszczył brwi na jej komentarz. Nie dogodzisz!
— To w końcu wolisz, kiedy się kłócimy czy kiedy jestem dla Ciebie miły? — zapytał nieco zrzędliwie, wywracając oczami.
Nie wiedział, czy chciał poznać odpowiedź na to pytanie, jednak kotka dawała mu dużo mieszanych sygnałów. Znali się od żłobka, ich spotkania ciągle wypełniały sprzeczki, a teraz kiedy Chudy próbował zachowywać się tak jak inni, to jej nie pasowało! Niech ona się zdecyduje… Lubi w końcu, kiedy jest się dla niej miłym czy nie?!
Pomamrotał coś pod nosem, zajmując się już w pełni ziołami. Jak on jej nie pasował, to nie musiała przecież za nim iść! Mogła wrócić do obozu i poszukać Kopra czy Cis...
Przegrzebywał stertę ziół, znajdując sobie pokrzywę oraz inne, które uznał za przydatne. Nie powinny zmieniać swojego działania, jeśli by je połączył.
Od jakiegoś czasu Chudy pieczołowicie w wolnych chwilach eksperymentował z ziołami, co mogło nie każdemu się podobać. Śmierdział dziwnymi mieszankami na kilometr i robił dookoła siebie bałagan, który nazywał "twórczym nieładem". Próbował wynaleźć dla siebie maść na porost sierści, ale by tego dokonać, musiał najpierw znaleźć zioła do tego potrzebne. Poznał właściwości pokrzywy po sporządzeniu z niej maści, ale nie działało tak, jak chciał, więc próbował dalej. Zauważył jednak, że łagodziła jego świąd. Założył więc, iż kotce też pomoże.
— Pokaż no mi to miejsce uczulenia — miauknął, już starym zwyczajowym tonem. Jak nie chciała go miłego to nie będzie go mieć! Szansa zmarnowana, o!
Obejrzał zaczerwienienie i na tej podstawie postanowił zrobić maść, którą nałoży na liście i pookleja jej skórę. Zastanawiał się, czy powinien także wydzielić jej z ich medykowych zapasów w obozie zioła do zjedzenia. Tak na wszelki wypadek... ale to skonsultuje już z Koprem. Nie chciał uzyskać odwrotnego efektu od pożądanego.
Przeżuł zioła na papkę, kładąc je na duże liście, które rosły niemal wszędzie, zwłaszcza w ich lesie. Mimo że w większości był iglasty, niektóre dzielne liściaste drzewka się tu zakorzeniły. Gdy okład był gotowy, Chudy zerknął na kotkę, wychodząc z medykowego transu.
— Sama to zrobisz czy Ci pomóc? — zapytał z tym swoim skrzywionym krótkim pyszczkiem.
Nie będzie na siłę jej prosić i smarować tym mazidłem. Jak jest taka samowystarczalna, to niech sobie zrobi to od łapy, bez jego pomocy, o. Pomyśleć, że zaczął być poważnym panem medykiem, żeby jej (i innym) się przypodobać... żałosne. On był żałosny, nic się nie zmieniło.
Patrzył na nią, czekając na odpowiedź.

< Chodź na ziołowego tulaska :3 >

Wyleczona: Kwaśna Kocanka

18 maja 2026

Od Chudego Grzbietu CD. Bielinki

Jeszcze gdy Chudy był uczniem

Bielinka zasyczała. Chuda Łapa zmarszczył brwi.
— Ty śmierdzielu! Ty przebrzydły robalu! Ty... ty chude mysie serce! Tylko poczekaj, aż zostanę uczennicą! Będę o wiele silniejsza od... tfu... Ciebie! Lepiej ze mną nie zadzieraj!
Wielka koteczka najeżyła się i jeszcze raz zasyczała. Potem zademonstrowała Chudej Łapie kilka ciosów w powietrzu i czekała, aż kocur odpowie.
Chudy splunął i popatrzył na nią z politowaniem. Taka mała a jaka pyskata, nawet on taki nie był! NAWET ON!
— Słuchaj no, zasrańcu! Nie rzucaj tak groźbami, kiedy matka wciąż Ci tyłek myje! — odpowiedział jej, a na ten pokaz umiejętności aż prychnął z rozbawieniem pod nosem. Stanął obok niej. — Wyglądasz jak umierająca modliszka! — zaśmiał się skrzeczącym tonem. — Daleko tak nie zajdziesz! Zostaniesz w lesie i zjedzą Cię potwory! Weź się uspokój i zajmij zabawą kasztanami albo czymś.
— Ty padlino! Jak śmiesz tak do mnie mówić, mysia paszo?! Jesteś chudszy od patyka i pewnie nigdy nie nauczysz się walczyć. Będziesz tylko siedział nad jakimiś listkami i podziwiał PRAWDZIWE koty, nie jakichś... phi... podziwiaczy listków.
Bielinka wysunęła pazury i zamachnęła się, jej łapa przemknęła tuż obok pyska Chudej Łapy, o mało go nie raniąc. Chudy widział zamach kocięcej łapki. Nieomal go nie drasnęła, ale bury medyk też jakoś niespecjalnie przejął się dziecięcymi groźbami. Póki była małym smrodem, nie miał powodów do obaw. W końcu przeszedł część treningu wojownika! Jak Bielinka podrośnie i go przerośnie, to wtedy najwyżej będzie jej unikać... albo znajdzie sobie ochroniarza.
Prychnął z rozbawieniem na próbę młodej koteczki. Pokręcił głową na jej słowa.
— Mogę być chudszy od patyka, ale wciąż jestem od Ciebie lepszy! Pogódź się z tym i daj spokój DOROSŁYM, gówniaku! — syknął z wyższością w głosie. — POZA TYM, gdyby nie moje "listki" to byście wszyscy poumierali! Bezmózgie mięśniaki, które wiedzą tylko jak spuszczać innym łomot! Medycyna to prawdziwa sztuka! Tylko wybrani mogą ją poznać, a machać łapami to może każdy! Więc ja jestem wyjątkowy. A Ty nie!
Wystawił jej język.
— Phi. Medycyna to żadna sztuka! Wisisz całymi dniami nad jakimiś listkami i kwiatkami, i nie umiesz sobie ich zapamiętać, podczas gdy wojownicy, prawdziwi członkowie klanu, walczą i polują! Gdyby nie wojownicy, klan dopiero by umarł! Ranki można wylizać, nie trzeba do tego kwiatków i łodyżek. Poza tym wyobraź sobie, co by się stało z klanem, gdyby byli w nim sami... medycy! Klan by nie przeżył, Ty zapchleńcu! Ty padlino!
Bielinka zasyczała z furią i jeszcze bardziej wysunęła pazury. Chudego zatkało na chwilę przez głupotę młodej kotki. Ona miała wyprany mózg! A jak nie przestanie, to będzie mieć też spraną dupę!
— Posłuchaj no mnie, Ty masz tam orzecha zamiast mózgu w tej łepetynie! — burknął, czując, że wysycha mu powoli gardło od tego darcia się. — Ja pamiętam wszystkie zioła! A wiesz, ile ich jest?! Mnóstwo! Wszędzie są, każda roślina prawie to zioło! Ale Ty nigdy się o tym nie dowiesz, bo masz papkę zamiast mózgu i wolisz wybijać innym zęby! Nic wartego podziwu, wyżej srasz, niż dupę masz, ot co! Weź się, trochę uspokój, bo cały obóz obudzisz!
— Raczej Ty, mysia paszo! Ucisz się, bo ten twój okropny głos obudzi wojowników, którzy cię rozszarpią. Ale ty pewnie w tym czasie będziesz próbował bronić się łodyżkami i korzonkami!
Chudy zastanowił się, czy to były jedyne obelgi, jakie znała mała kotka. Bielinka natomiast parsknęła śmiechem i odbiegła cała nastroszona. Chuda Łapa skrzywił krótki pysk i zjeżył swoje trzy włoski na grzbiecie.
Kiedy kotka pobiegła z powrotem do żłobka, powiódł za nią wzrokiem. To, co powiedziała...
— Hm... ciekawe czy da się obronić łodyżkami i korzonkami — mruknął w zamyśleniu, już do siebie.

Teraźniejszość

Przyszła Pora Nowych Liści, a wraz z nią masa świeżutkich ziół! Nic nie działało na nastrój Chudego lepiej, aniżeli porządna dawka zbierania korzonków czy liści. Odkąd został medykiem, pracy miał co niemiara, ale na szczęście był też Koper i Cis, więc dzielili się robotą. Dzięki temu Chudy Grzbiet mógł wygospodarować nieco czasu na… eksperymenty.
Od czasu kłótni z Bielinką i jej uwagi na temat bronienia się za pomocą ziół, umysł Chudego intensywnie obmyślał jakieś narzędzia, które można byłoby z nich stworzyć. Może coś w rodzaju liny z długich łodyg, na tyle mocnych, by coś owinąć? Mógłby skleić je żywicą, by były odpowiednio mocne. Podczas prób jednak nie wychodziło mu to tak dobrze, jak zakładał. Łodygi owszem, może i zostawały fajnie posklejane, jednak dużo ciężej było nimi operować no i strasznie się rwały… co gdyby mógł znaleźć coś, by je zastąpić?
Zaczął też myśleć nad jakimiś pociskami. Najpierw próbował nasączyć kulki mchu w żółci, ale mieli jej za mało, poza tym była całkiem trudna do zdobycia, by mógł sobie z nią tak eksperymentować. Chudy Grzbiet spróbował więc szukać śmierdzących roślin, ale nie bardzo miał też tyle czasu, by przewertować ogromne lasy Klanu Wilka. No i poza tym… może istniało coś innego poza roślinami? Odpadki z jakichś piszczek?
Chudy Grzbiet miał głowę pełną pomysłów, ale brak czasu, by je zrealizować…
Wtem właśnie, idąc zamyślony przez obóz, dostrzegł nikogo innego jak Bielinkę. Kotka nie została jeszcze uczniem, ale niedługo nim zostanie… hmmm mógłby to wykorzystać. Tylko jak nakłonić tego głupiego dzieciaka do szukania dla niego roślin?
— E, śmierdzielu! — zaczął, podchodząc do niej. — Nauczyłaś się wreszcie walczyć czy wciąż będziesz się ośmieszać tymi swoimi marnymi ciosami? Kiedy zostaniesz uczniem?

<Bielinko?>