BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 lutego 2026

Od Naparstnicowej Łapy do Zwiewnego Maku

Czuł, że znacznie bardziej odnajdywał się w nauce ziół i chorób niż walki czy polowania. To jednak oczywiste, bo wszelkie czynności wymagające sprawności fizycznej były dla niego znacznie utrudnione ze względu na karłowatość. Czasem zastanawiał się, jakim cudem jego matka – Postrzępiony Mróz – była w stanie zostać wojowniczką. Jak mogła chodzić na patrole i nadążać za innymi kotami? Jak była w stanie biegać za sprawną, zwinną zwierzyną? Czy ona aby na pewno robiła coś… dla klanu? Nie, żeby oskarżał ją o lenistwo. To w końcu jego matka; była dla niego… cóż, jednym z najbliższych kotów. Po prostu go to zastanawiało, bo on sam nie wyobrażał sobie, by na co dzień wędrować granicami, a do tego jeszcze ganiać za myszami czy nornicami. To wydawało się strasznie męczące, a ponadto… nierealne. Ale może to jemu w dodatku trafiło się jeszcze więcej ograniczeń niż liliowej szylkretce. W końcu Strzępka nie zdawała się mieć problemów z oddychaniem, natomiast on tak. Męczył się i dusił po wykonaniu ledwie dziesięciu żwawych kroków! Ale medyczki raczej wykluczyły u niego astmę. Mówiły o czymś innym, ale Naparstnica nie do końca pamiętał już, o czym. Zresztą i tak wolał nie wiedzieć – w końcu im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. W jego przypadku to powiedzenie się sprawdzało. Chociaż… i tak czasem miał problemy z zaśnięciem, rozmyślając nad tym, jak bardzo pokarał go Klan Gwiazdy.
Słyszał, że medycy potrafią kontaktować się z Gwiezdnymi Przodkami, i czasem marzył o tym, by kiedyś móc tak jak oni spotkać się z Klanem Gwiazdy, by zadać mu te wszystkie pytania, na które nie znał odpowiedzi. Chciałby wiedzieć, czym zawinił, rodząc się w takiej rodzinie, a nie innej. Dlaczego to on musiał cierpieć za haniebne czyny swojej matki i ojca, którego nawet nie znał? Wiedział o nim jedynie tyle, że był z innego klanu i że Strzępka szczerze go kochała. Ale nic więcej. Nie wiedział nawet, z jakiej przynależności pochodził, ale coś mu podpowiadało, że był on członkiem Klanu Wilka… Wciąż go ciągnęło do tej łaciatej przywódczyni, która także miała białe plamki wyglądające niczym piegi. Czy to możliwe, że ta kotka mogłaby być… jego babcią?
Nim jednak zdążył się nad tym głębiej zastanowić, do legowiska uczniów wparowała Rozkwitający Aster. Wszystkie myśli i przypuszczenia, które przed chwilą nagromadził w swojej głowie, nagle uciekły. Strzepnął ogonem sfrustrowany, zdając sobie sprawę z tego, że mógł mieć rozwiązanie swoich problemów na końcu języka. Nie chciał jednak winić za to swojej mentorki. Ona tylko robiła to, co powinna. Podniósł na nią wzrok, czekając, aż ta wyda mu rozkazy. Pewnie zabierze go na trening, tylko ciekawe, czy tym razem będzie on na medyka, czy wojownika.
— Hej, Naparstku. Mam prośbę… — mruknęła buraska, robiąc krok w stronę ucznia. — Chciałabym, byś poprosił medyczki o mysią żółć i wyciągnął Trójokiemu Zającowi kleszcza. Nauczysz się, jak wygląda i jak jej używać, a przy okazji odciążysz medyczki z jednego zadania — wyjaśniła, uśmiechając się do kocura.
Naparstnicowa Łapa trochę się zdziwił, bo sądził, że znowu będzie musiał opuszczać obóz, ale to nawet lepiej, że musi jedynie wyciągnąć kleszcza z czyjejś skóry. Chociaż właściwie nie do końca wiedział, kim był Trójoki Zając. Wydawało mu się, że mógł być bratem Króliczej Prawdy, no bo… Królik i Zając to imiona dla bliźniaków!
Skinął głową w stronę Aster, która po chwili podniosła się i opuściła legowisko uczniów, zostawiając Naparstnicową Łapę samego. Kocur wyciągnął przednie łapy do przodu i ziewnął przeciągle, szykując się do wstania. Musiał jakoś odnaleźć tego wspomnianego wcześniej kota, a kompletnie nie miał pojęcia, gdzie ten mógłby się znajdować. Musiał kierować się tylko faktem, że domyślał się, iż wojownik będzie mieć kremowe futro i krótki ogon. Wydawało mu się, że fakt, iż ten kocur był bratem bliźniakiem Króliczej Prawdy, mógł być prawdziwy, bo do żłobka czasem przychodził kocur łudząco podobny do niego.
Naparstnicowa Łapa w końcu podniósł się ze swojego gniazda i zaczął kierować się w stronę centrum obozu, jednocześnie rozglądając się wokół w poszukiwaniu kremowego futra. Właściwie to nie musiał szukać długo. W pewnym momencie jego oczy zatrzymały się na czyjejś sylwetce, która wydawała się znajoma z czasów żłobka. Biało-niebieski przyspieszył kroku, czując, jak w jego sercu zaczęła narastać nadzieja.
— Trójoki Zającu, hej! — mruknął, podchodząc do kocura. — W ramach treningu kazano mi wyjąć ci kleszcza ze skóry, więc…
— Chwila, chwila — odparł wojownik, marszcząc brwi. — Ja nie jestem Trójokim Zającem, tylko jego bratem. Na imię mi Królicza Prawda i… nie mam w futrze ŻADNYCH pasożytów — stwierdził, patrząc na Naparstnicową Łapę podejrzliwie.
Uczeń poczuł, jak robi mu się ciepło, jak zaczynają drżeć mu łapy.
— Na Klan Gwiazdy! Tak strasznie cię przepraszam, Królicza Prawdo… Ja… — zaczął się tłumaczyć, ale plątał mu się język. — Musiałem was pomylić, ale… nieważne. Wiesz może, gdzie jest twój brat…? — zapytał z nadzieją, że nie będzie musiał w dalszym ciągu się rozglądać. Teraz to miał ochotę zaszyć się w swoim legowisku!
— Nie, nie wiem. Ale możesz sprawdzić, czy nie śpi na którejś z półek — mruknął, na co Naparstnica skinął mu wdzięcznie głową i już bez żadnego słowa niezręcznie zaczął oddalać się od kremowego. Co za wstyd! W ogóle nie pomyślał o tym, który z nich ma jaki kolor oczu!
Wspinając się po rampie prowadzącej przez wszystkie skalne półki, nieźle się zmęczył. Miał tylko nadzieję, że gdy już zostanie mianowany na protektora, przyjdzie mu spać gdzieś nisko, by nie musiał się tak wysilać za każdym razem! No bo naprawdę, kto wymyślił tak strome wejście? Jeszcze bardziej przerażała go rampa prowadząca do legowiska starszyzny. Trafiały tam koty, które ze względu na swój stan fizyczny nie były w stanie normalnie polować i walczyć, więc dlaczego miałyby być w stanie wspinać się po czymś takim, by dotrzeć do swojego posłania? Ktoś chyba tego nie przemyślał, gdy ustalał rozkład legowisk. Swoją drogą ciekawe, jak dawno temu to było… Od ilu księżyców Klan Klifu i inne klany żyły tutaj, nad morzem? Czy kiedykolwiek żyły gdzieś indziej? To jednak pytanie na inny dzień, bo teraz musiał skupić się na znalezieniu wojownika.
Nie musiał szukać zbyt długo. Kremowy faktycznie odpoczywał właśnie na swoim posłaniu. Leżał w pozycji “na chlebek” i oczy miał przymrużone, ale zdecydowanie nie można było powiedzieć, że spał. To dobrze, bo budzenie go tylko po to, by wyjąć mu kleszcza, byłoby dosyć… słabe.
— Trójoki Zającu? — mruknął, podchodząc bliżej kocura. Ten od razu postawił ucho do góry i spojrzał na ucznia. — Rozkwitający Aster powiedziała mi, że w ramach treningu mam wyjąć ci kleszcza ze skóry — wyjaśnił, uśmiechając się nieśmiało.
— Ach, tak. Ostatnio na niego narzekałem… — miauknął zielonooki, po czym odwrócił głowę. — Jest w miejscu, do którego nawet nie mogę sięgnąć! Cieszę się, że chcesz mi pomóc — oznajmił, po czym podniósł się z miejsca i oba kocury ruszyły w stronę lecznicy.

* * *

Dzisiaj znów udał się na poszukiwania ziół razem z Rozkwitającym Astrem. Tym razem kotka zabrała go jeszcze dalej niż wcześniej, a ponadto kazała mu po kamieniach przeskoczyć rzekę! Strasznie się bał, gdy to robił, bo skoki nigdy nie były jego mocną stroną, ale na szczęście udało mu się przeżyć. Zastanawiał się tylko, czy w drodze powrotnej też będzie miał tyle szczęścia.
Teraz kroczył przy granicy z Klanem Burzy, węsząc przy ziemi. Bura kotka dreptała tuż obok, a jej rytmiczne kroki pobrzmiewały w uszach Naparstnicowej Łapy. Słońce było już wysoko na niebie, a niebo zdawało się nieskazitelnie czyste – pozbawione jakiejkolwiek chmurki. W innym przypadku może by się cieszył, że jest tak słonecznie i pogodnie, ale było mu teraz okropnie ciepło. Jego długie, gęste futro dobrze nadawało się do mrozów, ale gdy promienie słoneczne zaczynały robić się tak zabójczo gorące, miał ochotę je sobie wyrwać! Jednak jego matka też miała długie futro. Ciekawe, jak radziła sobie w tak upalne dni? Mógłby ją nawet o to spytać, ale odkąd kotka przyznała się do tego, że jego ojciec jest z innego klanu… trochę się od niej zdystansował. Czuł się bardzo dziwnie z faktem, że Postrzępiony Mróz związała się z tym dziwnym kotem po raz drugi, wiedząc, że za pierwszym razem urodziły jej się same chore córki. Sama na siebie sprowadziła ten los. Pozwoliła, by Irysek i Sreberko umarli, a on… by pozostał przy życiu i cierpiał z każdym dniem. Dlaczego to zrobiła? Jak mogła być tak… tak głupia? Naprawdę czuł do niej sporo żalu. Czasem nie mógł patrzeć na jej pysk, ale… rodziny się nie wybiera, prawda? Poza nią nie miał raczej nikogo więcej w Klanie Klifu. Nie miał nikogo, kto by go wysłuchał. No… może oprócz Gąsienicowego Ogryzka. Kocur wydawał się całkiem fajny. Opiekował się Naparstnicą w żłobku, podczas gdy liliowa szylkretka była bardziej zajęta swoim umierającym kociakiem niż żywym synem.
Tak się zamyślił, że nawet nie zauważył, gdy przekroczył granicę z Klanem Burzy. Na ziemię przywrócił go dopiero czyjś krzyk, dobiegający od strony burzackich terenów. Naparstnicowa Łapa wzdrygnął się i już chciał się cofać, jednak coś mu nie pozwalało. Stał jak wryty, teraz wpatrując się w czarno-białą kotkę, która zmierzała w jego stronę. Przełknął głośno ślinę, czując, jakby jego pysk nagle stał się suchy niczym wiór. Gdzie teraz była Rozkwitająca Aster? Czemu od niego odeszła? “Proszę, wróć tu i załagodź tę sytuację…” – modlił się w myślach.
— Cześć… — mruknął do obcej mu kotki, gdy była już wystarczająco blisko. — Nie wszedłem tu specjalnie, przysięgam…

<Nieznajoma?>

[1500 słów do treningu medyka]

[Przyznano 30%]

Wyleczeni: Trójoki Zając

Od Lamentującej Toni do Chomiczej Łapy

Bez celu krążyła po zalesionych terenach Klanu Nocy. Zapach sosnowych igieł łaskotał jej nozdrza, tak samo, jak wilgoć, wciąż unosząca się w powietrzu po ostatniej ulewie. Słońce wychynęło zza chmur, rzucając kilka skąpych promieni na szary, zmarznięty kark wojowniczki.
Lamentująca Toń przekrzywiła nieznacznie łeb, przystając przy granicy z Klanem Burzy. Uważnie lustrowała otoczenie wzrokiem, jakby próbowała doszukać się czegoś podejrzanego.
Odkąd Cienista Zjawa ukończył szkolenie, zakres jej obowiązków znacznie się zwężył; większa część jej dni była więc przepełniona nudą. Nie, żeby narzekała ani nic. Cieszyła się, że nie musiała dłużej pracować z dawnym uczniem; nieważne, ile razy starała się wbić trochę rozumu do tego pustego łba, ten mysi móżdżek wciąż robił swoje. Drażnił ją.
Na samą myśl zmarszczyła delikatnie brwi; jak dobrze, że nie musiała się z nim więcej użerać… Z zamyśleń wytrącił ją nagły dźwięk czyichś kroków; dopiero, gdy się odwróciła, dostrzegła dwubarwny pysk i parę żywych, zielonych ślepi. Przed nią, niemal na skraju granicy z Klanem Burzy, stała barczysta kocica. Zadbane, szylkretowe futro spływało z jej grzbietu, a oczy błyszczały wyzywająco.
Cóż za… bardzo prawdopodobnie irytująca istota.
Wilczacka prychnęła cicho.
— Co tutaj robisz? — zapytała sucho.
Głupie pytanie, zważywszy na fakt, że sama pałętała się bez celu po własnych terenach.

<Nieznajoma?>

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy

Zaskoczony jej nagłą propozycją przez pierwszą chwilę wpatrywał się w nią z szeroko otwartymi oczami. Uśmiech zawitał natychmiastowo na jego pysku.
— Nie licz na wygraną tak łatwo!
Nie spodziewał się, że raptem parę księżyców temu, Pożar która wpierw nie była zbytnio zainteresowana bliższą znajomością, teraz sama będzie proponować wspólny bieg.
Widział kątem oka jak ruda pędziła przez obóz. Kilka kotów podniosło głowy znad świeżej zdobyczy, gdy przemknęła obok.
Nie czekając chwili dłużej, pędem ruszył za nią. Czuł, jak ekscytacja miesza się z rosnącym szczęściem, z każdym przebiegniętym metrem. Mimo wieku, był jeszcze dość sprawy i ku uldze, potrafił jeszcze szybko biec.
Wypadli z obozu, przemierzając łąki. Słońce przyjemnie świeciło w futro, a Dzwonek poczuł, że żyje.
Po paru chwilach dorównał jej wreszcie kroku. Nie zamierzał poddawać się tak łatwo.
— Nie licz na fory! — zawołał.
— W życiu! Wygram jedynie uczciwie!
Upadły Potwór wyłonił się przed nimi. Kocur chciał przyspieszyć, ale na moment zabrakło mu tchu. Wiedział, że przegrał, gdy kotka z pewnością nabrała rozpędu na ostatnich metrach.
— Wygrałam! — wydyszała triumfalnie.
Sekundę później Dzwonkowy Świst wpadł na nią z impetem. Oboje potoczyli się po ziemi. Przez chwilę leżeli spleceni, a rudy spoglądał na nią przepraszającym wzrokiem.
Był skończony, myślał już o tym, co kotka mu powie i jaką dostanie od niej pogadankę.
Ku jemu zdziwieniu, Pożar jedynie cicho się zaśmiała, a on do niej dołączył.
Kotka pierwsza oprzytomniała. Wstała, otrzepała się i przysiadła niedaleko. Poszedł w jej ślady. Przez moment między nimi zapadła niezręczna cisza.
Postanowił ją przerwać.
— Wiesz… — odezwał się. — Lubię, kiedy się tak śmiejesz.
Serce zabiło mu mocniej. Był przekonany, że rzuci jak zwykle, jakąś ripostę, jak to miała w zwyczaju. Jednak ku jemu zdziwieniu tego nie zrobiła.
Zamiast tego uniosła podbródek.
— To przyzwyczajaj się — mruknęła.
— Naprawdę? Co w ciebie wstąpiło? — zapytał szczerze zaskoczony jej zachowaniem.


< Pożar?>

Nowy Członek Pustki!

NARRATOR

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odszedł do Pustki!

Od Celestyna

Najpierw do jego uszu dotarł huk wiatru za oknem; potem delikatny skrzyp drzwi i wreszcie dźwięki kroków gdzieś nad jego głową — zapewne Dwunożni przebudzili się ze snu i, jak co dzień, szykowali się do opuszczenia domostwa, aby potem wrócić, gdy słońce będzie już wysoko na niebie. Celestyn przesunął ogonem po materiale kanapy i wyciągnął łapy przed siebie, a następnie obrócił się na bok. Przez chwilę przysłuchiwał się dźwiękom porannej krzątaniny; ciche stukanie, odgłosy rozmów, brzdęk talerzy, gdy Wyprostowani szykowali się do spożycia śniadania. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Było… dziwnie cicho. Zbyt cicho. Kremowy uchylił powieki — jego wzrok niemal natychmiast powędrował do miejsca, w którym zazwyczaj sypiał Narrator — tym razem też tam był, ale… coś było nie tak. Poranne promienie światła przebijały się przez cienki materiał firanek, padając wprost na jego nieruchome ciało.
Celestyn podniósł się na równe łapy i zeskoczył z kanapy. Serce zamarło mu w piersi, gdy przystanął przy fotelu, na którym spoczywał ojciec. Jego nieruchomy pysk okraszony był lśniącymi kosmykami futra, oczy zaszłe mgłą.
Zamarł. Co się stało?
Boki ojca nie unosiły się w rytmicznym oddechu — na próżno Celestyn starał się go przebudzić. Trącał go łapą, popychał nosem, zawodził żałośnie; z każdą chwilą serce coraz bardziej ciążyło mu w klatce piersiowej, a gardło ściskało się boleśnie od wstrzymywanego szlochu. Dlaczego nie wstawał?
Wreszcie się poddał; łzy stoczyły się po jego pysku, gdy po raz ostatni wtulił się w futro ojca.
Nie żył, nie żył!
Cóż za tragiczny los go spotkał! I co on teraz pocznie bez ojca, sam, samiuteńki?
Możliwe, że Dwunożni usłyszeli jego płacz — w każdym razie po pewnym czasie wtargnęli do salonu i zabrali ze sobą Narratora, zanim zdążył wymamrotać ostatnie słowa pożegnania. Też im chyba było smutno, bo strasznie dziwnie się zachowywali.

Od Zawilcowej Korony

 Słońce ponownie wstało, chociaż w myślach kocur błagał, aby do jego ślepia nie dotarł następny promień. Wtedy może wszystkie jego problemy by zniknęły, a on zmuszony byłby do odpoczynku. Jednak czy bycie bezużytecznym członkiem nie było najgorszą karą, jaką mógł ktoś mu zaoferować? Utknięcie w nieustannej bezczynności, która nazywana była odpoczynkiem i którą można tylko przerwać, rzucając się komuś pod łapy. To brzmiało jak koszmar, który mógłby się spełnić, wbrew jego woli. Westchnął cicho, a po chwili do jego uszu dotarł cichy śmiech. Podnosząc swój wzrok, ujrzał w wyjściu Przeplatkowy Wianek, która swe ślepia wbijała wprost w niego.
 – Czyżby komuś się nudziło? – zapytała, podchodząc do niego. – To dobrze, bo ostatnio me stawy dają o sobie znać i to nie w dobry sposób. Może to dobry czas, abym pomyślała o odejściu do starszyzny, aby pilnować moich wnucząt. Rosną zdecydowanie za szybko. Poza tym chciałam z tobą porozmawiać.
 – Świetnie – mruknął, wskazując ogonem na posłanie przed nim, na którym kocica położyła się, dając mu się zbadać. – Z jakim temat dziś do mnie przybywasz?
 – Przyszłam dziś do Ciebie z nowym problemem, który staje się powoli irytujący. A mówię dokładnie o Świerszczowym Skoku. – Uszy kocura drgnęły, gdy dotarło do niego to imię. Mimo iż słyszał je wiele razy to ton, z jakim wojowniczka je wypowiedziała, nie sugerował nic dobrego. Zwykle wychwalała go, jednak tym razem tak nie było, co go zdziwiło. – Przekracza on już wszystkie granice smaku, a zaczęło się to po śmierci Norniczego Śladu, jakby ona zadziała w jakiś sposób na niego, co jest dla mnie trudne do uwierzenia. Jednak pozostawia nam to jedną opcję, jaką jest pozbycie się go.
 – Nam? Wypraszam sobie, to brzmi tylko jak twój problem. Od kiedy to moim problemem jest to, że nie słucha się on Ciebie? Może wreszcie zrozumiał swe błędy.
 – Błędy? On jest bardziej ślepy niż ty Zawilcowa Korono. A czemu to również twój problem? Bo teraz nie mogę zagwarantować Ci, że któregoś poranka nie wpadnie on na świetny pomysł, na przykład uciszenie Kminkowy Szum na wieki, który postanowi zrealizować. Dlatego to jest nasz problem. Mój i twój. Jednak jak zwykle posiadam rozwiązanie, a jedynym problemem jest to, że ty musisz go zrealizować, gdyż mogłam przypadkowo sprowadzić na siebie uwagę naszego zastępcy.
 – Jak sprowadza się na siebie jego uwagę przypadkowo? Czyż nie prowadzi on całego klanu?
 – Tam o jedno za dużo słówko się powiedziało w rozmowie z Motylkową Łączką, a ta pobiegła zaraz pod jego legowisko. Nie ważne jak to się stało, ważne jest to, że jesteś w stanie to zrobić. Na chwilę obecną postaraj się dowiedzieć, co planuje.
 Uśmiech przystroił pysk Przeplatki, jakby kilka mrugnięć powieki nie powiedziała czegoś, co mogłoby być przyczyną jej wygnania. Medyk zniknął na chwilę z pola widzenia kocicy, udając się do składziku po potrzebne zioła, a kiedy powrócił, dostrzegł Wełnistą Mszycę, która powróciła do legowiska i zamieniła kilka słów z jej byłą mentorką. Dalej nie mógł uwierzyć, że kotka szkolona pod łapami Przeplatki skończyła jako asystentka medyka, tuż obok niego. Los śmiał mu się w pysk i czasem trudno było trzymać język za kłami, jednak musiał. Jego słowa i tak nie miały większego znaczenia, był to wybór Wdzięcznej Firletki, by ją mianować. Zawilec usiadł obok wojowniczki, zajmując się nią w milczeniu.

Wyleczeni: Przeplatkowy Wianek

Od Księżycowego Odłamka

 Jego interakcje z młodszymi kotami ostatnimi czasy zdawały się nie istnieć i niezbyt mu to przeszkadzało. Chciał mieć znajomych i przyjaciół oczywiście, wbrew pozorom był społecznym stworzeniem (tylko wtedy kiedy jego energia społeczna była pełna, znał koty z którymi rozmawiał i je lubił, lub od razu nawiązywał dobry kontakt i wspólną nić porozumienia) i często rozmarzał o posiadaniu całej grupki przyjaciół którzy byliby do niego podobni, jednak Klan Burzy pod tym względem niezbyt spełniał jego idealistyczne oczekiwania. Była co prawda Wróżka, która była najbliżej jego komfort strefy, jednak ona była jego... hm, bardziej obiektem zauroczenia niż takim czysto platonicznym przyjacielem. Była Dryfujący Fluoryt i Ruda Lisówka, ale oni byli dużo starsi, był Barszczowa Łodyga którego traktował bardziej jak wujka i uch... kto jeszcze? Znajomy z granicy z Owocowego Lasu? Nie widział się z nim już od dłuższego czasu, a z miotem Jagodowego Marzenia nie miał kontaktu, podobnie jak z całą resztą podobnych mu wiekiem. Jeszcze po odejściu Kołysanka czegoś bardzo mu brakowało i nie mógł za nic nazwać tej brakującej cząstki. 
I wtedy... BĘC! 
Odskoczył zaskoczony, nie spodziewając się zderzenia. Co to, kamień? Korzeń? Nie powinno tu być tego czegoś, to coś nowego! Ktoś tu coś przytachał? Ale nie, chwila... to coś było zbyt miękkie na ścianę i zdecydowanie pachniało kotem... a dokładniej pewną kotką z legowiska uczniów. Musiała się nie ruszać, skoro jej nie usłyszał... przypał. 
- Ej! Nie widzisz jak...!? - przerwała. - Aha. 
Mina Księżyca mówiła sama za siebie, chociaż nic nie powiedział. Jedynie ściął wargi na wzór wymuszonego uśmiechu i czekał aż kotka sobie pójdzie, albo... nie wiedział, cokolwiek.
- Wybacz - mruknął, oczekując jakiegoś komentarza zwrotnego, jednak zamiast tego kotka wskazała łapą na jakiś przedmiot (a przynajmniej tak zgadywał) po czym odezwała się raz jeszcze. 
- Co to? Czyje to? 
- ... Nie mam... pojęcia, o czym mówisz... 
- To - zostało mu coś przyłożone z rozmachem do piersi - Czyje? 
Z lekkim zaskoczeniem malującym się na pysku bo tym nagłym ataku, przyłożył łapę do piersi, nie pozwalając przedmiotowi spaść na ziemię i szybko zauważył, że kotka mówiła o piórze. Długim, nieco poszarpanym już i starym, najpewniej wyrwanym ze skrzydła, lub po prostu zebranym z ziemi. 
- Bażant - mruknął krótko, czy powąchał je u nasady i przejechał po nim łapą. 
- A to? 
- Gołąb. 
- A to? To jest śliczne!
- Czajka. 
- Mogę je wziąć? 
- A jest jeszcze jakieś inne? 
- ... Nie. 
- To nie. 
Krótka wymiana zdań a jednak pozostawiła po sobie niezadowolenie na mordce kotki. Niezadowolona usiadła z marudnym wydechem, grzebiąc pazurem w ziemi. 
- Nie jesteś wcale zabawny - stwierdziła, jak gdyby rozczarowana. Księżyc nie bardzo wiedział co z tym faktem zrobić. Przeprosić? ,,Wybacz, że nie spełniam twoich oczekiwań. Spodziewałaś się spotkać tutaj rasowego bad-boya? Niestety wylosowałaś smutnego nerda, spróbuj swojego szczęścia ponownie! Już dziś kup dwa losy a dostaniesz jeden dodatkowy w gratisie!" Nie wiedział co o kotce myśleć. Znał ją. Kroki zdawały się znajome i z tego, co mówił Lotosowy Pąk, nie pierwszy raz plątała się po Grocie Pamięci, przeszukując pióra i dopytując o różne gatunki roślin czy zwierząt, bardzo często jednak odchodząc z niezadowoleniem, jak gdyby ich odpowiedzi niezbyt ją satysfakcjonowały. Wciąż jednak nie miał okazji z nią porozmawiać i jej stwierdzenie, że nie jest zabawny, pomimo bardzo krótkiej wymiany słów, której nie można było nawet nazwać rozmową, jakoś ubodło jego ego. Przynajmniej nie powiedziała, że jest nie interesujący. Brak zabawności mógł przeżyć. Może nie był specjalnie społeczny, ale wciąż przejmował się tym, co mówią i myślą o nim inni. 
- Nie staram się być... - burknął jakby nadąsany i niezbyt zadowolony, chociaż ładnie owinął to w obojętność. Młodsza jednak zdawała się nie być szczególnie szczęśliwa z usłyszanej odpowiedzi. 
- Powinieneś! Ze swoim wyglądem wzbudzasz naprawdę wiele nadziei. Oszukujesz innych! Słyszysz? Oszust. 
- Co? Wcale nikogo nie-
- Czuję się oszukana. - stwierdziła z nadąsaniem. Nie bardzo rozumiał, co miał z tym zrobić? To nie była jego wina, że kotka sobie coś ubzdurała. Cisza która nastała po wyznaniu kotki była niezwykle głośna, przerwana przez odgłos mechanicznego przełykania śliny, który odbił się w uszach srebrnego. 
- Uh... - po tym kreatywnym komentarzu obrócił się w miejscu, chcąc odejść od bardzo niezręcznej konwersacji. 
- Ej. Ej, ej co ty robisz? 
- ... Idę. 
- Nie możesz! - kotka ruszyła się z miejsca, podbiegając do kronikarza, który nie mógł już ukryć zdezorientowania i znużenia na pysku. Uszy dawno poleciały mu na boki a ogon wyrażał dyskomfort. 
,,Czym jest jej problem"
Chciała się czegoś dowiedzieć? O coś zapytać? Poszukać pachołka by się na nim wyżyć? Jeszcze fakt, że była to dość młoda uczennica sprawiał, że nie za bardzo wiedział jak się zachować. Co prawda było lepiej niż z młodymi kociętami, ale wciąż. Jeśli miał jakoś posegregować z jaką grupą najlepiej by mu się było dogadać, to najgorsze były kociaki, czasem zamieniając się miejscem ze starszymi uczniami którzy bywali wredni. W najlepszym miejscu znajdowali się ci młodsi uczniowie, ale głównie niezręczne kocury czy kotki. Ona się do takich nie zaliczała... tak mu się zdawało. W sumie, ile miała księżyców? Na pewno powyżej 6 ale niewiele mu to mówiło, akurat tą fazę rozwojową klanu ominął. 
- Powinniśmy trzymać się razem!
- ... Czemu. 
- Bo oboje jesteśmy specjalni! 
,,Specjalni inaczej?" To zdawał się mówić przez chwilę jego pysk. Nie wiedział, czy czuł bardziej zmieszanie czy niezręczność. Od samego początku rozmowa się nie kleiła, szczególnie od jego strony, a teraz usłyszał od podrostka, że powinien się z nim trzymać po tym, jak został nazwany mało zabawny. 
- Jesteś... bardzo trudna do obejścia - zauważył na wydechu, nieco zrezygnowany, opuszczając znów uszy na boki, tym razem wraz z głową. Czego ona chciała? Pomocy! Była przerażająca! On sam w życiu by nie dał rady podejść do starszego kota i się naprzykrzać! Nie, żeby był zły z tego powodu ani nic, ale jednak... 
- Co to ma znaczyć - prychnęła, zaraz rzucając to jednak w niepamięć - SpEcJalNi. Ja, ty, rozumiesz? Podobnie jak Wędrujące Niebo, ale on jest za stary. 
- Eh? Co ma do tego Wędrujące Niebo, nie rozumiem - jęknął, już całkiem skołowany, przykładając łapę do czoła. - Specjalnymi na pewno można by nazwać pawie dzieci, a nie-
- Nie, nie, nie słuchasz mnie! Ty, ja i Pan Stary Kronikarz, chociaż sam najmłodszy nie jesteś, jesteśmy super. Stary Kronikarz ma jedno oko zamglone, ty masz oba niewidzące, a ja mam jedno niezbyt działające przez pysk... a skoro ja jestem super, to znaczy, że wy pewnie też. W jakiś... sposób. Jeszcze nie wiem jaki, ale na pewno to odkryjemy, więc się przygotuj. 
Tok myślenia kotki miał jakiś sens. Miał sens jeśli myślało się tak, jak ona i kocur to w pewien sposób wyłapał, jednak patrząc na to z boku - brzmiało jak zwykłe urojenia, niestety. Coś, co się mówiło kociakowi który odstaje od reszty, żeby nie czuło się jak ostatni dziwoląg. A co do pyska, tak, coś mu zaczęło świtać, coś słyszał o jedynym kociaku Kwiecistej Kniei która szybko po porodzie wyparowała, a opiekę nad młodym szczawiem przejęła Słodka Dziewanna. Jak to było z opisem...? ,,Pysk jej jakby żywica stopiona, po jednej stronie drzewa sosnowego spływająca" jak to Wędrujący niegdyś opisał. Tylko jak jej było na imię? Nie mógł sobie za nic przypomnieć, na pewno znał jej kroki i zapach, ale ani to ani to nie powie mu jej imienia. 
- Mmmm... ty jesteś... 
- Jestem. 
- Nie, nie o to. Twoje imię. 
- Bazia Łapa. 
- Tak, słuchaj... czy możesz.... czy możesz sobie iść czy możesz... nie? 
- Co nie.
- Nie robić... tego. Tego co robisz. No wiesz... - machnął łapami, próbując podeprzeć się nimi podczas wyjaśniania o co mu chodziło, jednak milczenie z drugiej strony świadczyło albo o niezadowoleniu, albo o zmieszaniu, więc w końcu zatrzymał łapy gwałtownym ruchem, zamarł na moment. Nie rozumiała, a on sam się zaplatał we własnych myślach. ,,Żeby zdezorientować swojego wroga musisz najpierw zdezorientować siebie" czy coś takiego. - Albo wiesz co, rób co chcesz - Westchnął przeciągle, jeszcze nie wiedząc, że te słowa mogły wywołać katastrofę w postaci zabrania części czasu z jego (niezbyt) cennego życia. 
- Naprawdę? - rozpromieniła się. Niemal mógł poczuć jak uderzają w niego gwiazdki i kwiatki należące do aury wytwarzanej przez kotkę. 
,,O nie." 
- Nie, czekaj, może nie koniecznie WSZYSTKO co chcesz-
- Nie ma cofnięć! Nie masz pojęcia ile mam pomysłów co możemy zrobić! Myśleliście kiedyś nad przedstawieniami, albo może zajęciami dla najmłodszych takimi bardziej kolorowymi? Albo dla starszych takie bardziej kRwaWe? Oczywiście, ja jestem starsza, więc mogłabym oglądać! Albo nawet przedstawiać! Co prawda trochę was mało ale na pewno znajdą się jacyś wolontariusze. 
- Czekaj... nie, czekaj chwilę - starał się ją uspokoić, ale ciąg myśli tej kotki, w przeciwieństwie do niego, nie tylko nie miał końca, ale jeszcze wychodził na światło dzienne z zadziwiającą szybkością. 
- Wrócę tutaj jutro, jestem pewna, że Zwiewny Mak będzie podzielać mój pomysł, zobaczysz. Jeszcze nie wiem który, ale na pewno na któryś przystanie, tylko muszę jej powiedzieć. Spodziewaj się mnie jutro, towarzyszu! - wybiegła. Wybiegła, zostawiając jeszcze bardziej skonfundowanego Księżyca niż był na początku. W dodatku bardzo przebodźcowanego i nie do końca wiedzącego, co ze sobą zrobić. No i czy na pewno mógł pozwolić młodszej kotce szaleć? Czy Wędrujące Niebo nie urwie im za to uszu? Czy w ogóle słowa zakazu dotrą do Baziej Łapy? Panika nakazała zrobić jedyną rozsądną teraz rzecz, która wymagała zawołania odpowiedzialnego dorosłego który mógłby opanować sytuację. 
- Lotosowy Pąkuuu - jęknął cicho, przydreptując do starszego kolegi, który właśnie wszedł do groty. 

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Żmijowcowej Wici

Na wzmiankę o dzieciach pazury wbiły jej się w ziemię. Odwróciła się na uderzenie serca od kocura, żeby otrzeć z pyska pojedynczą łzę, której nie dała rady powstrzymać od wypłynięcia, po czym ponownie z takim samym wyrazem twarzy jak wcześniej odwróciła się do niego z powrotem.
— Bardziej martwiłabym się teraz pazurami członków własnego klanu. Ale w porządku, o ile nie przestaniesz wykonywać swoich codziennych obowiązków.
Wojownik skinął głową.
– Dziękuję.
***
Po paru księżycach myślenia wreszcie wpadła na rozwiązanie. Idealny plan, który nie miał dziur. Wiedziała już jak uniemożliwić rodzinie Baśniowej Stokrotki sabotowanie Klanu Nocy. Jednocześnie mogła ich wykorzystać dla własnych celów. Może i było to ryzykowne, ale musiała postawić wszystko na jedną kartę. Dla dobra jej rodziny. Dla dobra Klanu Nocy. Nie zamierzała tego uzgadniać z Wężyną. Nie tym razem. Musiała działać szybko. Sprawnym krokiem wyszła ze swojego legowiska. Czas wydawać rozkazy.
***
Kiedy już wszyscy więźniowie zostali przetransportowani na wyspę, a strażnicy mających ich pilnować wyznaczeni, wskoczyła na wielki sumak i zwołała zebranie klanu. Widziała zdezorientowane spojrzenia klanowiczów. Większość nie do końca rozumiała, co się wydarzyło. Nieważne. Ważne było tylko to, że już się zajęła problemem.
– Klanie Nocy! – wykrzyknęła, przesuwając chłodnym wzrokiem po zebranych. – Być może zauważyliście zniknięcie kilku klanowiczów z obozu. Rysi Bór, Borówkowa Słodycz, Rozpromieniony Skowronek i Konwaliowa Mielizna zostali uwięzieni na wyspie niedaleko obozu. Zostali oni uznani za prawdopodobnych zdrajców i zagrożenie dla klanu, dlatego będą tam przetrzymywani na czas bliżej nieokreślony.
Zaniepokojone pomruki przeszły przez tłum. Znalazło się też kilka kotów, które protestowały bardziej. Te szybko jednak zostały zagłuszone przez jej kolejne słowa:
– W związku z tym postanowiłam przerwać trening Słodkiej Łapy i Korzennej Łapy. Obie kotki zostaną przeniesione do żłobka, żeby wykonywać drobne prace w obozie i poza nim, tak jak to robi teraz Fląderka. – Tym razem nawet nie dała wybrzmieć reakcji Nocniaków. – Nowym mentorem Dryfującej Łapy będzie Wężynowy Splot. Jednocześnie odwołuję Tojadową Kryzę z roli mentora Morszczynowej Łapy z powodu opóźnionych postępów w treningu. Zastąpi go Mżący Przelot.
Nikt nie musiał wiedzieć, że postępy w treningu kocurka wcale nie były powodem tej decyzji. Mandarynkowa Gwiazda najzwyczajniej nie ufała Tojadowej Kryzie z powodu jego partnerki i dzieci. Zakończyła spotkanie i wróciła do swojego legowiska. Tam skontaktowała się ze swoim zastępcą. Poprosiła go o przyprowadzenie jej kogoś do legowiska. Potrzebowała kota do obserwowania rudego bicolora. Kogoś lojalnego. A tak się składało, że już zdążyła tego kota wybrać, czy tego chciał, czy nie. Uśmiechnęła się z satysfakcją na widok bardzo przejętej kociej sylwetki, wchodzącej do wnętrza sumaka.
– Witaj Żmijowcowa Wici. Mam dla ciebie propozycję…
<Żmij? Zostajesz szpiegiem?>

Od Słonecznego Fragmentu Do Poczciwego Szakłaka

Mimo przeogromnych chęci Słoneczny Fragment nie był w stanie spełnić prośby Ognistej Piękności. Być może ruda starsza kocica miała rację, może faktycznie ze Śnieżycowej Chmury byłaby dobra matka, jak i partnerka, lecz Słoneczny Fragment nie był w stanie zbliżyć się do kocicy, aby móc ją lepiej poznać. Nie, po prostu nie. Nie potrafił na nią spojrzeć jak na kogoś więcej niż kocicę należąca do tego samego klanu. Nie był w stanie przenieść ich relacji na wyższy poziom. Nie był w stanie jej pokochać. A nie chciał być z kimś, tylko dlatego, aby spełnić czyjąś pobudkę.
Pustkę, którą pozostawiła po sobie Wieleni Szlak nie była w stanie wypełnić żadna z kocic z towarzystwa, nie ważne, jak bardzo tego pragnął.
Słoneczny Fragment miał nadzieję, że jeśli nie trafi tam, gdzie bura szylkretka, trafi tam, gdzie będzie mógł ponownie stanąć naprzeciw Mątwiego Życzenia. Widział, że kocica umarła młodo, a o jej śmierci dowiedział się niedługo po swoim mianowaniu. Jednak czasami zastawiał się, co by było, gdyby udało mu się spotkać ponownie z księżniczką i ta by jednak nie umarła.

"Czy mimo wszystko zacząłbym darzyć uczuciem Wieleni Szlak? Czy istniałaby szansa, aby był prawdopodobnym ojcem kociąt Pacynki?"


Nie widział, mimo to ciekawiło go to, jakby się jego losy potoczyły, gdyby przodkowie nie zabrali pierwszego kota, którego pokochał. Czy udałoby im się rozwinąć relację i oboje oczekiwaliby ponownego spotkania na granicy?
Z zamyślenia został wyrwany w tej samej chwili, gdy przeniósł spojrzenie na czarny kształt, ostrożnie wchodzący do legowiska wojowników. Był to kuzyn Zawodzącego Echo, co czyniło go również w teorii kuzynem przewodnika. W teorii do kwadratu, bo przecież przewodnik był synem Nagietkowego Wschodu, w dodatku adoptowanym. Nie łączyły ich żadne więzy krwi z czarnym wojownikiem.
Mimo to cenił sobie obecność czarnego kocura. To dzięki niemu udało mu się zaaklimatyzować szybko w Klanie Burzy, być może Poczciwemu Szakłakowi również, tuż po tym jak opuścił matkę i siostrę w Klanie Klifu. Nawet jeśli z biegiem czasu oddalili się od siebie, zielonooki wojownik był dla niego cennym towarzyszem.
Szakłak nie miał szczęścia zarówno do mentorów, jak i uczniów. Zarówno Kruczy Taniec, Poczciwy Dziwaczek i Kołysankowa Łapa dołączyli na Srebrzystą Skórę. Rudy bengal o wiele zbyt szybko, jak i również mentorzy czarnego. Wszyscy byli młodzi. Słońce współczuł wojownikowi. Zdawał sobie sprawę, że kocurowi musi być naprawdę trudno. W dodatku jego ojciec, Barszczowa Łodyga zasilił legowisko starszych.
Niewiele myśląc, kremowy podźwignął się na swych łapach i zbliżył się do kocura, który właśnie zajmował miejsce na swoim posłaniu. Przywitał się z "kuzynem", po czym uśmiechając się delikatnie, zaproponował spędzenie czasu wspólnie w swym małym gronie, jak za starych czasów, tuż przed tym, jak do Klanu Burzy dołączyła Słodka Dziewanna ze Strzępotkowym Kokonem oraz Burzowe Chmury.


<Poczciwy Szakłaku? Czy chciałbyś poprowadzić nawet może krótka sesje ze Słońcem?>

Od Lilii

Lilia, jak to ona, polowała na kłębek mchu, czasami dziwacznie się na nim kładąc, szturchając i naskakując.
- Lilia! - krzyknęła kremowa kotka - Lilia! Chodź tutaj!
Była to Szafirek. Koteczki zdążyła się zaprzyjaźnić w trakcie zabaw z Szkwałem i Lawendą. Liliowa koteczka pobiegła do niej, omało w nią nie wpadając.
- Szafirko, o co chodzi? - spytała, patrząc na nią ciekawskimi, zielonymi oczkami.
- Nie miałam ochoty już bawić się w wydry, więc poszłam na wyprawę w poszukiwaniu skarbów i patrz, co znalazłam!
Szafirek popchnęła łapą mały kwiatek z niebiesko - fioletowymi kulkami.
- Szafirek! - wykrzyknęła Lilia - gdzie go znalazłaś?
- Tajemnica - koteczka przechyliła głowę w bok dumnie patrząc na przyjaciółkę.
- Może zostaniesz ogrodniczką? - spytał liliowy kociak.
- Meh, to nie dla mnie, wolę polować na zwierzynę, taką jak Szkwał - zażartowała - muszę ćwiczyć przed mianowaniem, chodź w sumie, i tak jestem przygotowana.
Machnęła ogonem na pożegnanie i uciekła w stronę biegającego brata.
Lilia nagle zdała sobie sprawę z tego, że niedługo zostanie sama w żłobku, tylko niecałe pół księżyca, ale dla niej to była cała wieczność. Sama nie mogła doczekać się mianowania, by zostać Liliową Łapą i zacząć szkolenie. Chciałaby też się dowiedzieć dlaczego Kasztanek, teraz Przypalona Łapa patrzył się na nią jakby za chwilę miała na niego naskoczyć i go pożreć. Jak to się wszystko potoczy? Czas pokaże.

Od Lilii

Rześkie powietrze wlatywało do żłobka, niosąc za sobą zapach pory nowych liści. Lilia siedziała przy wejściu, patrząc na tętniący życiem obóz. Kotka już się zaaklimatyzowała w nowym środowisku, robiąc wycieczki po obozie, znajdując kolorowe kamyczki w płytkiej mieliźnie i plącząc się pod łapami innych kotów. Raz zapytała się kocura niosącego rybę o to, jak się je łowi.
- Musisz kucnąć przy rzece i czekać na odpowiedni moment, kiedy jedna z nich dopłynie do ciebie - odpowiedział dla spokoju. 
Zdeterminowana wzięła kłębek mchu, postawiła go kawałek dalej i przypatrywała się mu, by po chwili na niego naskoczyć.
- Co ty robisz? - spytała Szafirek, która nagle pojawiła się za jej plecami.
- Poluje na ryby - odpowiedziała.
Szafirek tylko zastrzygła uszami i pobiegła za rodzeństwem bawiącym się w berka.
Lilia patrzyła na to ze smutnymi oczkami. Z nikim nie miała bliższej relacji, nawet z bratem, bo nawet go tu nie było. Koteczka poczuła ukłucie w sercu, jednak po chwili znów skupiła się na kłębku mchu i zaczęła się z nim miotać po ziemi. I znowu, jak na zawołanie, pojawił się niespodziewanie przy niej.
- Lilio, jak się czujesz? - była to Różana Woń.
Koteczka rozszerzyła oczka. Medyczka należała do rodu królewskiego, więc spuściła głowę, wydłużyła do przodu łapki, niby w ukłonie i odpowiedziała:
- Tak, mości pani, wszystko w porządku. Żaden kaszelek ani katarek się nie ukazał, dreszczu nie mam, chyba że przed twą światą, czy jak to leciało.
Różana Woń o mało nie parsknęła ze śmiechu, a rzadko tak miała, i szepnęła:
-Kociaki. - a następnie głośniej dodała - Naprawdę jest z tobą wszystko w porządku, bardzo mnie to cieszy.
Potem machnęła ogonem i wyszła z legowiska.

***

Nadeszło późne popołudnie, słońce chowało się za drzewami. W żłobku Złocisty Widlik opowiadał różne legendy, w tej chwili skąd wzięły się maści kotów. Lilia uważnie się przysłuchiwała, chłonąc każde słowo.
- Czyli moja mama znalazła mnie w kwiatku? - zapytała.
- Nie, przyniósł cię ptak - odpowiedział piastun z błyskiem lekkiego zawstydzenia, a zarazem rozbawienia.
- Ptak?! - oczy się jej zabłyszczały - ale fajnie!
- No już, idź spać - rzekł złoty kocur - wszyscy zasnęli oprócz ciebie.
- Ale ja nie jestem śpiąca - miauknęła by po chwili ziewnąć
- Przecież widzę, że jesteś. No już - szturchnął ją lekko nosem.
- A jutro opowiesz nam o paziu królowej? - spytała.
- Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie. A teraz już do spania.
Koteczka posłusznie podreptała do kącika żłobka, by zwinąć się w kłębek i zapaść w głęboki sen...

Od Lilii CD. Szkwału

Lilia spała w kącie żłobka, chodź spaniem tego nie można było nazwać, gdyż była wpół przytomna przez hałas panujący wokół. Jej boki delikatnie unosiły się i opadały, próbując zapaść w sen. I tak nie miała już co robić, pobawiła się w rybę, zjadła dorodnego pstrąga, posłuchała obiecanej opowieści o paziu królowej i na tym się skończyło. Nareszcie zasypiała, kiedy ktoś szturchnął ją łapką. Obróciła się i ujrzała niebieskiego z bielą, puchatego kocurka z kółeczkami na futrze, który na nią patrzył błękitnymi oczkami.
- Hej! Jak się nazywasz? Chcesz się pobawić lub zapoznać? - spytał z ciekawością.
Koteczka rozpromieniała i gdyby mogła, ze szczęścia latałaby po całym żłobku. Nareszcie miała kogoś w swoim wieku z kim mogłaby pogadać! Wstała energicznie na nogi, zapominając o śnie.
- Cześć! Jestem Lilia! A ty?
- Szkwał - powiedział z dumą.
- Chciałbyś zobaczyć moją kolekcję kamyczków? - spytała kocurka, próbując znaleźć jakieś wspólne zajęcie.
- Czemu nie - odmruknął.
Kociaki podreptały wzdłuż ściany żłobka, aż dotarli do plątaniny gałęzi i liści. Rozejrzała się wokół i szepnęła:
- Nie powiesz nikomu?
- Nie - odpowiedział Szkwał, kręcąc głową.
Lilia delikatnie wsunęła łapę od góry i popchnęła na zewnątrz garść kolorowych kamyczków.
- Sama to znalazłam i wymyśliłam - rzekła z dumą - nie możesz je zabrać od przodu, ponieważ uniemożliwi ci to ściana gałęzi, no, chyba że je złamiesz, ale mniej niszczycielskim sposobem jest wypchnięcie je od tyłu.
Szkwał przyglądał się kamykom, a Lilia opowiadała mu, gdzie je znalazła.
- A ten chował się przede mną pod krzakiem przy mieliźnie.
Nagle pojawiła się Szafirka i dotknęła brata nosem.
-Berek! - wykrzyknęła, uciekając
- Dopadnę cię! - wykrzyczał - Chcesz się z nami pobawić?
Koteczka skinęła główką.
- To teraz ty gonisz! - dotknął ją i uciekł za siostrą.
- Ej! - roześmiała się i pobiegła za nimi.

<Szkwał?>

Od Kobczyka CD. Przebiśniegu

Przeszłość

Kobczyk wtuliła się w bok mamy, patrząc na Przebiśnieg. Dowiedziała się dzisiaj sporo istotnych rzeczy, dzięki którym może będzie mogła pomóc jakoś swojej rodzinie w razie kryzysu związanego z ograniczoną ilością zwierzyny? W końcu ryb w wodzie zdawało się, było tak wiele, jak gałęzi na drzewach. Oczywiście, jeśli Kobczyk siedziałaby nad wodą tylko i wiecznie wyławiała kolejne, to w końcu by ich zabrakło. To tak, jakby wyrywać każdą z gałęzi po kolei, nie dając roślinie czasu na regenerację. Kobczyk dowiedziała się, jaką postawę warto było przyjąć podczas łowów oraz za czym się rozglądać.
Po jakimś czasie deszcz przybrał na sile, intensywnie uderzając w ich schron, który sprawnie osłaniał ich przed wszelkiego rodzaju niedogodnościami pogodowymi. Kobczyk wgryzła się w rybę, czując, że natrafia na coś twardego. Intensywny rybi zapach poniósł się po jej pysku, zwierzyna smakowała dokładnie tak, jak pachniała. Ość pękła pod jej zębami, wydając intensywny dźwięk chrupnięcia. Czekoladowa wypluła ją prędko ze zdziwieniem. Czyli tak, jak myszy miały kości, tak ryby też posiadały własne, tylko inne. Może nawet bardziej kruche? Reszta posiłku przeszła do dwóch vanek, a sama brązowooka poczuła się senna.

***

Teraźniejszość

Wąsatka nie wróciła. Najprawdopodobniej nadal męczyła się ze swoim uciekającym okiem, jeśli tylko żyła gdzieś tam, daleko. Wilczy Skowyt, jej ojciec, miał pojęcie, gdzie znajdowała się jej siostrzyczka, w końcu cały czas powtarzał, że kiedyś wróci, jak tylko wykona nieznaną łaciatej misję. Co to była za misja, która zajmowała tak długo? Czemu akurat ona musiała na nią wyruszyć, sama? Była już wystarczająco duża, żeby szukać swojej siostrzyczki. Była też wystarczająco duża, żeby zacząć podejrzewać, że jej kochana siostrzyczka umarła, chociaż nie miała na to żadnego dowodu. Nie chciała za bardzo wierzyć w tę wersję zdarzeń, było to okrutne i niepotrzebnie przygnębiające, jeśli tylko okazałoby się, że żyje, to Kobczyk przeżyłaby żałobę bez sensu. Chociaż ciekawe, czy wtedy ich więź tylko by się pogłębiła, jeśli Wąsatka by wróciła i tym samym okazałoby się, że żyje? Czy tęskniła czasami za Kobczykiem? Poruszyła łapką po gruncie. W brzuchu jej burczało, a po zwierzynie, jaką mieli jeszcze ostatnio, pozostały same kosteczki. Chwyciła jedną z nich, próbując zębami zerwać jakiekolwiek resztki mięsa, jednakże każda z nich była całkowicie wyjedzona. Westchnęła pod nosem z niezadowoleniem.
Napuszyła futro wzdłuż kręgosłupa, nabierając długiego, dużego oddechu świeżego, mokrego powietrza. Kichnęła, gdy do nosa napłynął jej nieprzyjemny zapach błota. Pogoda nie była wcale litościwa, mimo że znacznie się ociepliło i powinno być przyjemniej.
— Za niedługo wrócę, mamo, idę zapolować — miauknęła do Mewy, która obecnie układała ich posłania. Kobczyk usłyszała od niej pozytywną odpowiedź. Ciekawe czy uda jej się rzeczywiście coś dzisiaj upolować? I czy udałoby jej się znaleźć Wąsatkę? Najprawdopodobniej nie od razu. Musiała uzbroić się w cierpliwość… i to jaką! Mogło okazać się, że szuka jej całkowicie na darmo. Może łatwiej byłoby po prostu kazać ojcu, żeby ją do niej zaprowadził. Albo, żeby sam przyprowadził wreszcie Wąsatkę do domu.
Krążąc tak, mijając kolejne i coraz to nowsze drzewa w zamyśleniu z chlupotem mokrego błota pod łapami, natknęła się na znaną jej kotkę. — Przebiśniegu? Miło cię widzieć — miauknęła, posyłając jej delikatny uśmiech. — Zapolujemy na ryby? — dopytała, zastanawiając się, czy obecna pogoda była wystarczająco dobra, czy raczej całkowicie się nie nadawała na tego typu aktywności. Poruszyła ogonem z nadzieją.

<Przebiśniegu?>

Od Orchidei CD. Lisa

— Ojej, chyba wołają mnie do żłobka. Zobaczymy się jutro, Orchideo? — spytał kociak, swoim chwiejnym krokiem kierując się do żłobka.
— Oczywiście, mój mały drapieżniku. Do jutra, słodkich snów! — mruknęłam z czułością, patrząc, jak odchodził.
Po chwili sama także wstałam, początkowo chcąc pójść spać do swojego legowiska, ale zatrzymałam się. Po chwili namysłu, która naprawdę nie trwała zbyt długo, zmieniłam kierunek i pokierowałam się wprost do legowiska liderki, czyli swojej kochanej Pieczarki. Sprawnie wdrapałam się po drzewie, następnie szukając białej wzrokiem.
— Puk, puk? Mogę wejść?
Ślepia w kolorze pierwszej trawiastej łąki Pory Nowych Liści zalśniły w blasku księżyca, który przedzierał się przez gałęzie drzewa.
— Oczywiście, chodź, Orchisiu! — zamruczała liderka, na co od razu ruszyłam w jej stronę.
Na widok mojego liliowo-białego, miękkiego okrycia, w jej oczach zaiskrzyła radość.
Przywitałyśmy się ciepłym przytulasem, a ja wzięłam głęboki oddech, napawając się jej zapachem. Był dla mnie niczym hipnoza, pociągający i uspokajający w sposób, który ciężko opisać jakimikolwiek istniejącymi słowami. Razem ułożyłyśmy się w wygodnych pozycjach, a ona kojąco czyściła mi futro swoim językiem. Zazwyczaj to ja się nią zajmowałam, ale taka zmiana była bardzo przyjemna.
Przeciągnęłam się, wbijając pazury w korę, kiedy zapytałam:
— Czy przeszkadzałoby ci, gdybyśmy dzisiaj spały razem? Wiesz, od kiedy jesteś liderką, śpimy cały czas osobno… Brakuje mi tego…
Długowłosa lekko się uśmiechnęła.
— Z przyjemnością! Wiesz… Mi też tego brakuje i to bardzo…
Odwzajemniłam jej uśmiech, a z mojego pyszczka wyleciało cichutkie mruknięcie zadowolenia. W odpowiedzi kocica przeciągle ziewnęła. Obydwie najwyraźniej byłyśmy zmęczone.
— Dobranoc, stokroteczko — szepnęłam, obserwując z góry powoli cichnący obóz, kiedy moje oczy powoli się zamykały.
— Dobranoc, lilijko — odparła, po czym obydwie zapadłyśmy w głęboki sen.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Kiedy Iskrzyk i Lisek mieli około 4 księżyców

Czułam się… Dziwnie. Dotychczas praktycznie przez całe moje życie jakby pędziło tornado. Cały czas coś się działo, więc zanim zdążyłam odetchnąć i jakkolwiek wykurować się po jednym zdarzeniu, już działo się drugie! A teraz? Teraz nagle wszystko w Owocowym Lesie było tak jakby prostsze… Łatwiejsze. Spokojniejsze. Mogłabym wręcz rzec…
Stabilniejsze.
Nie, żeby mi to przeszkadzało czy żebym się nudziła. Chodziło bardziej o takie... No właśnie, dziwne uczucie w środku. Taka niepewność pomieszana z nieufnością i nutą strachu. Cały, calutki czas łapałam się na tym, że myślę, co mogłoby pójść nie tak. Miałam wrażenie, że zaraz to wszystko rozsypie się niczym jakiś prowizoryczny domek zbudowany z jesiennych liści, zdmuchnięty jednym niewielkim świstem wiatru.
Było po prostu ZBYT spokojnie!
A może to już przez starość? W końcu spójrzmy prawdzie w ślepia — stara ze mnie już panna! Kiedy te prawie 100 księżyców minęło? Jakby po prostu przeminęło z wiatrem?... Bliżej mi już do gleby niż narodzin i to zdecydowanie o sporo! Ale… cóż, mimo tych wszystkich wzlotów i (w głównej mierze) upadków, nie chciałam się jeszcze wybierać na tamten świat, jeżeli takowy w ogóle istniał. Tu, w Owocowym Lesie, w domu, było mi dobrze. Nawet bardzo dobrze. Miałam przyjaciół takich jak, chociażby Figa, Jeżyna, Poranek, Topola czy Czernidłak. Nie z każdym z nich miałam taki dobry kontakt jak kiedyś, ale jednak! (Jakimś cudem…) Miałam też moją ukochaną stokroteczkę — Pieczarkę — oraz oczywiście Pumę i moje kochane maleństwa, czyli Kostkę Brukową i Drobinkę lub, innymi słowy, Cegiełkę, jak zwał tak zwał. Nawet jeśli miałam na karku niezłą panienkę, to nadal powodziło mi się między Owocniakami, do których bardzo chętnie podchodziłam. Chociażby Iskrzyk i Lisek! Bardzo lubiłam tę dwójkę! Byli słodkimi kociakami, z którymi z przyjemnością spędzałam czas. Nie mówiłam tego nikomu oprócz Pieczarki, ale te malce były dla mnie niczym własne i z przyjemnością (jeśli tylko oni obydwoje też by chcieli) oficjalnie przygarnęłabym ich pod swoje skrzydła razem ze swoją partnerką. Oprócz dwóch mam zyskaliby także starsze rodzeństwo! Uwielbiałam ich po równo, starając się żadnego z nich nie faworyzować, tak jak starałam się nie faworyzować swoich pociech, ale zdecydowanie więcej czasu spędzałam w towarzystwie małego Liska. Kiwaczek chyba też mnie lubi tak jak ja jego, a przynajmniej mam taką nadzieję. Nieraz wtula się w moje łapy, klatkę piersiową czy ogon. Dokładnie tak jak teraz.
— Naprawdę chciałbym móc bawić się tak jak Iskrzyk, zostać wojownikiem, a może nawet kiedyś kimś więcej… — miauknął ze smutkiem w swoim cienkim, jak na kociaka przystało, głosiku.
— Wiem, maluszku… — mruknęłam miękkim tonem, z troską otulając go swoim długim liliowo-białym ogonem.
Kociak położył się w moich objęciach, a ja zaczęłam płynnie sunąć swoim językiem po jego rudo-białej główce, na co odpowiedział mi cichym mruczeniem zadowolenia. Kocurek oparł swój niewielki pyszczek na mojej łapie, strzygąc jednym uchem. Jego małe kończyny, a raczej ich końcówki zawsze były ubłocone, więc jego zapach miał w sobie aromat gleby i deszczu. Nie w takim złym sensie, tylko raczej w takim, że jego zapach był bardzo charakterystyczny, a na myśl od razu przywoływał w mojej głowie obraz lasów, barw złocistego piasku, bursztynów połyskujących w ostatnich promieniach słońca i masy pysznej zwierzyny, szykującej się na Porę Nagich Drzew.
— Lisku, to, że jesteś inny, wcale nie znaczy, że jesteś zły! Kiedy jeszcze nie było cię na tym świecie, w Owocowym Lesie panowała Sówka. Była moją… Hm… myślę, że mogę nazwać ją dobrą koleżanką, ale za to zastępczynią, a po jakimś czasie i liderką. Była moim skromnym zdaniem dobra, ale tak, wracając do sedna, kiedyś rozmawiałyśmy sobie w cztery oczy i wyznałam jej, że czuję się gorsza od innych, wiesz, co mi wtedy odpowiedziała?
Ciekawskie ślepka rudzika powędrowały do moich bursztynowych ślepi, jakby szukając w nich odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie. A może i czegoś więcej, czego na pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć?
— Nie… Chyba nie wiem…
Posłałam mu ciepły uśmiech, kontynuując:
— Nie przejmuj się tym, Przepiórko! Wiesz, co o mnie gadali inni? Że mam zeza, przez którego nawet nie umiem chodzić dobrze po drzewach, a teraz? Teraz jestem przywódczynią Owocowego Lasu, a moje wady wcale nie wyparowały! Tak naprawdę to wszystko zawsze zależy od tego, co, gdzie, kiedy, u kogo komu i jak!
Przerwałam na uderzenie serca lub dwa, spoglądając na Liska, który w tamtym momencie układał się wygodnie na plecach, uważnie mnie słuchając.
— Chwila, jednego nie rozumiem… — miauknął, strzepując śnieżnobiałą końcówką ogonka.
— Czego nie rozumiesz, mój mały drapieżniku? — spytałam, z troską i miłością w głosie, patrząc na każdy jego ruch, nawet ten najmniejszy.
— Czemu nazwała cię “Przepiórką”?
— Ach, no tak. Wiesz, nie od zawsze nazywam się Orchidea. Kiedy Kosodrzewina, moja mama urodziła mnie i Pumę, nazwała mnie “Chmurka”. Kiedy zostałam uczennicą medyka, stało się… coś bardzo przykrego, przez co zmieniono moje imię na “Przepiórka”. Nigdy za nim szczególnie nie przepadałam, ale w końcu po prostu się przyzwyczaiłam. W końcu nie będę prosić lidera o zmianę imienia z byle błahego powodu, czyż nie? Jeszcze później, w Owocowym Lesie stało się coś bardzo przykrego dla wszystkich kotów, ponieważ zaatakował nas sęp. Ale spokojnie, to było już dosyć dawno temu, więc nie ma się czego bać.
Maluch wyciągnął swoje ostre pazurki, które zalśniły w popołudniowym słońcu.
— Spokooooojnie, ja bym nas ochronił! W końcu nie bez powodu jestem lisem! O-och, zobacz na moje pazury i zęby! Czyż nie są ostre? Zaraz bym go tak poharatał, że żaden zły ptak ani inne złe coś by nie przyszło nigdy przenigdy więcej!
Kocię pokazało mi swoje jeszcze cienkie niczym igiełki młodych sosen, wyrastających w Porze Nowych Liści pazury, a ja ciepło się zaśmiałam.
— Jestem tego pewna, mój mały bohaterze.
Lisek też się uśmiechnął, po czym przeciągle ziewnął.
— Mogłabyś dokończyć historię? Proooooszę?
Kiwaczek zamrugał do mnie, robiąc tak zwane "słodkie oczka".
— Dobrze wiesz, że nie musisz brać mnie na słodkie oczy, już kończę.
Kociak zapiszczał z radości, mocniej wtulając się w moją liliową klatkę piersiową.
— No, więc wracając, od tamtej pory, raczej mało który Owocniak patrzy przychylnie na ptaki. W związku z tym, Sówka, już przy końcu swojego panowania zmieniła moje imię na Orchidea. No i tak więc jestem! Bardzo lubię moje nowe imię, moim zdaniem brzmi przecudnie!
— Hmm, a co to w sumie jest Orchidea? Nigdy nie słyszałem tego słowa oprócz twojego imienia, oczywiście. To jakiś ptak? Nie, to by było głupie. W końcu nie po to zmieniałaby twoje imię, żeby dać ci imię po ptaku! Raczej… Może to jakaś rzecz?... Tak w sumie to słów kostka brukowa i cegiełka też nigdy nie słyszałem… wiesz co to? Raczej tak, bo ty wiesz chyba wszystko, co nie?
W odpowiedzi na słowa kociaka poruszyłam swoimi cieniutkimi niczym pajęcze nici wąsami, rozbawiona jego wypowiedziami. Był taki przeuroczy!
— Orchidea to taki kwiat, którego dwunożni hodują w przeźroczystych ogrodach, to znaczy, sam ogród nie jest przeźroczysty, ale jest tak jakby osłonięty przeźroczystym… Przeźroczystym czymś. To się chyba nazywało, umm, szkło? Jakoś tak. Moja mama, zanim trafiła jeszcze do Owocowego Lasu, mieszkała niedaleko tego czegoś, jeśli nie u Dwunożnych, Tak szczerze to już średnio pamiętam. Podobno ta Orchidea może mieć różne warianty i bardzo ładnie pachnie. Kostka brukowa to materiał, który jest używany do robienia podłoża w Betonowym Świecie, czyli tam, gdzie żyją właśnie Dwunożni. Cegiełek natomiast używają do robienia ścian swoich gniazd. Mogą mieć nawet różne kolory! Pamiętam, jak na jednym patrolu znaleźliśmy pudełko pełne właśnie tych materiałów. Były twarde i miały jakby konkretny kształt! Wiesz co, mógłbyś podejść kiedyś do Drobinki lub Bruka i spytać, czy coś pamiętają.
— Chwiiilka, chwilunia, momencik, dlaczego mieliby to pamiętać? — wtrącił rudy, zadając kolejne trafne pytanie w moim kierunku.
— Jesteś bardzo dociekliwy, wiesz? To bardzo dobrze!
Lis uśmiechnął się, a ja odpowiedziałam:
— Cóż, Drobinka i Kostka Brukowa nie są ani moimi, ani Pieczarki biologicznymi dziećmi. To, że nie są naszymi biologicznymi dziećmi, oznacza, że żadna z nas ich nie urodziła. Podczas wspólnego spaceru podczas bodajże patrolu granicznego, znalazłyśmy ich na właśnie na granicy i przygarnęłyśmy. Pokochałyśmy i wychowałyśmy wśród Owocniaków, w Owocowym Lesie, ponieważ miłość ci nie wyznacza to, kto z kim jest spokrewniony, ale to, co uznajemy w naszych serduszkach. Dla mnie nie ma żadnego znaczenia czy urodziłam ich, czy nie. Byli, są i zawsze będą moimi dziećmi, tak samo, jak byli, są i zawsze będą dziećmi mojej partnerki, Pieczarki. A tak poza tym to bardzo mi schlebiasz, ale nie wiem wszystkiego i chyba nie ma żadnego kota ani w ogóle żadnej istoty, która wszystko by wiedziała. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, wiesz?
— Nawet ty?...
— Nawet ja.
— To zmienia postać rzeczy! Ale chyba nigdy bym nie zgadł, że nie są waszymi biologicznymi dziećmi… przecież są do was tacy podobni!
— Prawda? — zawtórowałam, a kociak znów ziewnął, ugniatając podłoże swoimi malutkimi, ubłoconymi łapkami.
— Mhm… Jestem troszkę zmęczony…
— Chciałbyś iść tutaj na drzemkę? — spytałam, widząc zmęczenie w jego oczkach.

<Mój jeszcze wcale-nie-synku Lisku?>

Od Rybkowej Łapy

Przed atakiem lisa

Rybkowa Łapa siedziała w środku Upadłego Potwora, przekopując stertę patyków i liści. Miała nadzieję, że Skrzydlata Płomykówka nie znajdzie jej zbyt prędko. W martwym potworze uczennica ukryła swój największy skarb: odbijające szkiełko. Wiedziała, że za ucieczkę z treningu dostanie niezłą burę od swojej mentorki, jednak ponowne obejrzenie szkiełka było tego warte. Przedmiot wydawał się częścią czegoś większego, tak, jakby został od czegoś odłamany. Jego ostre krawędzie raniły jej łapy, czasem nawet aż do krwi. Musiała więc być bardzo ostrożna, gdy go oglądała. Mimo to młoda kotka uwielbiała obracać w łapkach szkiełko i w nim się przeglądać. Na jego małej powierzchni widziała swój pyszczek, a raczej jego kawałek, bo cały się nie mieścił. Uczennica przesuwała główkę w każdą możliwą stronę, po kolei oglądając swoje oczy, nos, wibrysy, zęby i w końcu swoją szarą łatkę, po której dostała imię. To właśnie dzięki szkiełku zobaczyła ją wyraźnie po raz pierwszy. Koteczka była bardzo dumna z tej plamki. Nie często zdarzało się, żeby jakiś kot miał na sobie znaczenie wyglądające jak inne zwierzę. Rybkowa Łapa bardzo chciała znaleźć kolejne części szkiełka. Może wtedy mogłaby się przeglądać cała. Poza tym była przekonana, że przedmiot był dziełem jakiejś niezwykle mądrej istoty. Ani koty, ani natura nie byłyby w stanie wytworzyć czegoś takiego. Może, kiedy złoży szkiełko w całość, odkryje jakąś tajemnicę?
Z rozmyślań wyrwał ją zapach Skrzydlatej Płomykówki. Wiatr działał dzisiaj na jej korzyść. Wiał od strony, z której nadchodziła mentorką, mogła więc wyczuć ją wcześniej i zakopać skarb z powrotem. Uczennica szybko wyskoczyła z Potwora i skierowała się w stronę nauczycielki. Po chwili ujrzała ją w oddali, biegnącą w jej stronę z miną, która daleka była od zadowolonej.
— Rybkowa Łapo! Nie wolno ci tak samej odbiegać! — wysyczała kocica. — Miałaś biec razem ze mną! Co prawda biegamy długodystansowo, ale co ci przyszło do głowy, żeby tak się oddalać? Chodź. Zdążymy jeszcze zrobić jeden bieg przed powrotem do obozu.
Rybkowa Łapa posłusznie poszła za swoją mentorką. Chociaż jedną z poduszek nacięła sobie szkiełkiem, starała się nie krzywić, nawet wtedy, gdy zaczęły biegać. Wiedziała, że ignorowanie urazu może skończyć się infekcją, jednak nie mogła pozwolić na to, by Płomykówka nabrała jakichś podejrzeń. Porządne wylizanie rany powinno wystarczyć.
Po powrocie do obozu Rybkowa Łapa opadła na swoje posłanie. Długodystansowe biegi były bardzo męczące, a na dodatek łapka zaczęła jej bardziej doskwierać. Musiała jednak zacisnąć zęby i wytrzymać pieczenie. Jeśli starczy jej sił, w nocy wybierze się na poszukiwania kolejnych części szkiełka. Teraz jednak pozwoliła sobie na odpoczynek.

[409 słów, bieg długodystansowy]

[Przyznano 8% + 5%]

Od Berberysowej Łapy CD. Motylkowej Łączki

Kocur pokiwał głową ze zrozumieniem na tłumaczenia jego ciotki. Cieszył się, że to właśnie ona zechciała z nim porozmawiać, jednak nadal czuł frustrację z jego dłużącym się szkoleniem. Miał wrażenie, że jeszcze trochę, a jako ostatni zostanie mianowany na wojownika. Na samą myśl, że Ciernista Łapa dostałby imię dorosłego szybciej niż on, zalewała go gorycz oraz złość. Jego brat dostawał wszystko, co chciał, zaczynając od uwagi ojca po Jagodowe Życzenie za mentorkę.
Motylkowa Łączka, zauważając jego nietęgą minę, polizała go czule po pyszczku, dokładnie z taką samą czułością, jaką robiła to jego matka. Docenił ten gest, dlatego przysunął się bliżej kocicy, a ich futra lekko się ze sobą ocierały.

***

Aktualne

Deszcz spadał z szarego nieba, a on dopiero co wrócił do obozu z patrolu łowieckiego. Był cały przemoczony i wychłodzony jak reszta jego pobratymców. Czasami żałował, że ich terytorium nie było bardziej zalesione, wtedy może mniej by chorowali? Nie mieli przecież nadkociej odporności na chłód, a jednak byli najbardziej wystawieni na nieprzyjemne warunki atmosferyczne.
W jego oko wpadło mu znajome szylkretowe futro, które przeczesywało stertę zwierzyny. Nie wiele się zastanawiając, podszedł do Motylkowej Łączki od tyłu i szturchnął ją nosem w bark. Kocica odwróciła się spłoszona, jednak na jego widok uspokoiła się.
— Miło cię widzieć, Berberysowa Łapo. Jesteś cały przemoczony! Musisz się wysuszyć, inaczej się przeziębisz.
Przewrócił oczyma. Nie zamierzał na tę chwilę wracać do legowiska uczniów. Padało cały dzień, więc musieli pracować w tym deszczu, a to on musiał być wcześniej mianowany przed Ciernistą Łapą i Trzemielą Łapą.
— Ciociu, a nie chciałabyś ze mną wyruszyć na kolejne polowanie? Coraz lepiej wychodzi mi zakradanie się do królików — zauważył. — Natomiast zwierzyny nigdy nie dość.

<Motylkowa Łączko?>

[276 słów]

[Przyznano 6%]

Od Berberysowej Łapy CD. Poczciwego Szakłaka

Przeszłość

Berberysowa Łapa zastrzygł uchem na słowa Poczciwego Szakłaka. Kocur miał rację co do Śnieżycowej Chmury. Kotka była dla niego utrapieniem. Uczyła go dość dobrze, jednak nie miał tyle energii, by tamtej dorównać.
— Obawiam się, że z nią długo nie pożyje. Zamęczy mnie na śmierć swoją głośnością — powiedział dość markotnie. — Jeśli mógłbym, to z chęcią zamieniłbym swoją mentorkę. Nie pasuje do niej, a Królicza Gwiazda jest chyba ślepy i nie zna chyba swoich wojowników…
Wojownik lekko zakłopotany spojrzał na niego. Pewnie tamten zgodziłyby się z nim, jednak nie przystało to wojownikowi, by szkalować własnego przywódcę. Berberysowa Łapa był gotów na zbesztanie jego głupich tekstów, jednak tak się nie stało. Wojownik tylko cicho westchnął pod nosem.
— Może jak coś upolujemy, to szybciej wrócimy do obozu, co ty na to, Berberysowa Łapo? — Czarny jednak wolał zwyczajnie zmienić temat.
— Brzmi, jak dobry plan — przyznał starszemu.
Jego mięśnie się rozluźniły, co go zdziwiło. Nie spodziewał się, że podświadomie spiął się cały. Jednak czemu? Czy obawiał się reakcji wojownika? Na to wychodziło.
— W takim razie chodź za mną, znam dobre miejsce — posłał mu skromny uśmiech.
Poczciwy Szakłak ponownie puścił się biegiem w przeciwnym kierunku, w którym odbiegli Śnieżycowa Chmura wraz z Kołysankową Łapą. Mijali wielkie trawy i uważnie oglądali tereny w poszukiwaniu królików. Wiatr wiał z zawrotną prędkością i zarzucał siarczystym mrozem w ich pyski. Berberysowa Łapa przystanął w końcu, zastanawiając się, czy nie przerwać ich samodzielnej eskapady i wrócić do miejsca, gdzie ostatnio widzieli się z resztą patrolu, jednak ku jego zdziwieniu, Poczciwy Szakłak podniósł ogon, dając znak, że coś wyczuł. Zawęszył ostrożnie, chcąc również dowiedzieć się, co wyczuł kocur. Do jego nozdrzy uderzyła leciutka woń królika.
— Mamy szansę go upolować — zauważył Berberysowa Łapa, przekręcając łepek.
— Owszem, jednak, zamiast biec za zwierzyną, jak głupki, to możemy zrobić na niego zasadzkę. Będzie prościej.
Skinął starszemu wojownikowi głową.
— Patrz na to, co robię i okrążaj królika z drugiej strony. Przegonię go do ciebie, więc bądź gotów na wszystko.
Mówiąc to, zniknął między zaspami oraz wysokimi trawami, które jeszcze nie zdążyły zostać zasypane śniegiem. Berberysowa Łapa, zaczynając się skradać, poszedł w drugą stronę, uważnie obserwując czarne futro, które znikało i pojawiało się między bielą oraz zgniłą zielenią. W końcu dostrzegł królika, który ostrożnie wystawiał łepek z nory. Złapał powietrze i w milczeniu obserwował dalej, co postanowi starszy wojownik. Poczciwy Szakłak po chwili machnął ogonem i wyskoczył z ukrycia. Popędził na zwierzynę, która zauważając kocura zgłupiała i ratując swoje życie, czmychnęła prosto w łapy Berberysowej Łapy. Złapał królika i wbił swoje kły w jego szyję. Ciało królika drgnęło, a po krótkiej chwili zwiotczało, co ucieszyło Berberysową Łapę. W końcu upolował coś większego! Jego ojciec będzie z niego dumny!
— Dobra robota, Berberysowa Łapo! — pochwalił go Poczciwy Szakłak, podchodząc do niego.
Zamruczał zadowolony w podzięce. Szkoda, że Poczciwy Szakłak nie został jego mentorem. Dopiero poznawał głębiej wojownika, jednak już teraz widział, że dogadywał się z nim coraz lepiej.

***

Czuwanie nad Kołysankową Łapą

Zatrzymał się obok Poczciwego Szakłaka i pozwolił, by ich futra delikatnie się zetknęły. Nie wiedział, co mógłby powiedzieć, żeby ukoić ból wojownika po stracie swojego ucznia. Klan Gwiazdy bardzo wcześnie upomniał się o rudego ucznia, nie dając mu nawet możliwości, żeby ten został mianowany na wojownika.
“Głupie lisy i głupi Klan Gwiazdy…” — najchętniej powiedziałby to kocurowi, jednak odebrałoby to powagi uroczystości.
Burzaki zbierały się wokół ucznia oraz dwóch starszych, na których również przyszedł czas. Czuwanie przebiegło szybko, przynajmniej dla Berberysowej Łapy. Szmer modlitw oraz cichego szlochu najbliższych kotów zmarłych nie był miodem dla uszu ucznia.
Czmychnął do legowiska uczniów, rzucając współczujące spojrzenie w stronę rodziny Kołysankowej Łapy oraz Poczciwego Szakłaka.

***

Teraźniejszość

Zapach mokrej ziemi i ograniczone miejsce do ucieczki sprawiały Berberysową Łapę o zawrót głowy. Z trudem zrobił unik, a nad jego głową świsnęła łapa jego mentorki. Przełknął ślinę i po omacku wyprowadził cios w Śnieżycową Chmurę. Kotka prychnęła, co oznaczało, że udało mu się trafić kotkę.
“Gdzie ta twoja garda?” — zaśmiał się w myślach z mentorki.
Kotka zrobiła mu długi wywód, dlaczego powinien trzymać gardę, gdyż walka w tunelach jest o wiele trudniejsza niż na powierzchni. W ciemności trudniej było dobrze zadawać ciosy oraz robić uniki.
Nagle poczuł na sobie ciężar i silne kopniaki w brzuch. Znów się zamyślił, a Śnieżycowa Chmura perfidnie to wykorzystała! Zaczął się szamotać, a każde uderzenie tylnymi łapami, które zadawała mu kocica, sprawiało, że tracił na chwilę dech. Zakołysał się i z całej swojej siły pochwycił Śnieżycową Chmurę i przerzucił ją nad sobą.
Syki i unosząca się sierść zwabiły do tunelu trzeciego kota, który z bojowym warknięciem rzucił się na niego. Berberysowa Łapa od razu poczuł wtapiające się w jego sierść pazury, przez co pisnął wystraszony.
— Poczciwy Szakłaku! To my! Śnieżycowa Chmura oraz Berberysowa Łapa! Uczyłam, go walki w tunelach — odezwała się równie przerażona mentorka.
To był Poczciwy Szakłak?
Nigdy nie widział kocura w bojowym nastawieniu, a teraz sam poczuł, jego ostre pazury we własnym futrze.
— Och… Nikt nie uprzedził mnie, że trenujecie walkę w tunelach… — Słychać było speszony głos wojownika. — Usłyszałem odgłosy walki, akurat, kiedy byłem na spacerze. Bardzo mnie wystraszyliście — odetchnął z ulgą.
— Uuuuu, czyli ocaliłbyś mnie w potrzebie, co? — zamruczała Śnieżycowa Chmura. Gdyby nie ciemność, kotka pewnie zatrzepotałaby zalotnie swoimi rzęsami.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy, której każdy z nich obawiał się przerwać.
— Mógłbyś ze mnie zejść, Poczciwy Szakłaku? — odezwał się w końcu przyduszonym głosem.
— Ach! Tak! Jasne, przepraszam cię, Berberysowa Łapo!
Wojownik cofnął się i pomógł mu wstać.
— Czyli to jest koniec walki w tunelach na dzisiaj? — pytanie skierował do swojej mentorki, która przeciągle westchnęła.
— Chyba tak… Już jesteś pewnie rozkojarzony od treningu. Spróbujemy jutro. — Było słychać zrezygnowanie, które aż kipiało z wojowniczki.
Berberysowa Łapa nie musiał widzieć miny Poczciwego Szakłaka, żeby czuć od niego poczucie winy. Na szczęście go to nie dotyczyło. Miał na dzisiaj wolne! Mógł w spokoju wrócić na swoje wygodne posłanie i zdrzemnąć się podczas cichutkiego deszczyku.
Wyszli z tunelu i od razu uderzył w nich zimny wiatr. Koty nastroszyły sierść i ruszyły z powrotem do obozu.

***

Weszli do obozu, a ich futra ociekały deszczem. Mogli uciec do swoich legowisk, by zwinąć się w ciepłym posłaniu, jednak Berberysowa Łapa stanął, jak wryty, widząc swojego brata wraz z patrolem, który przyniósł jakieś małe kocięta. Burzacy podchodzili do nich, pytając się o zajście, a tamci starali się wszystko opowiedzieć, uciszając przy tym pozostałych ciekawskich uczniów. Do tłumu podeszła równie zaciekawiona Śnieżycowa Chmura, zostawiając go z tyłu wraz z Poczciwym Szakłakiem.
Mina Berberysowej Łapy od razu zrzedła, a sierść na karku się podniosła. Czemu to zawsze w centrum uwagi jest reszta jego rodzeństwa, a nie on? Widział spojrzenia reszty patrolu, które wręcz z dumą spoglądały na Ciernistą Łapę.
Nie zastanawiając się zbytnio, szybkim krokiem opuścił obóz. Nie chciał patrzeć się na brata oraz jego patrol, który teraz był w centrum uwagi. Srebrny rudy van ruszył kłusem przez mokre trawy oraz roztopy. Zimne powietrze oraz zacinający deszcz padał mu prosto w pysk przez co, co chwilę musiał mrugać. Kiedy poczuł, że złość przemija, usiadł, wpatrując się w dal, gdzie mógł zobaczyć granicę z Klanem Wilka. Iglaki były małe, tak małe, że mógł je zgnieść łapą. Szkoda, że nie mógł tak zrobić naprawdę. Czy jeśli by zgniótł tak Ciernistą Łapę, to zniknęłyby jego problemy? Raczej nie.
Za jego plecami rozległ się szelest traw, a zaraz po tym wyszedł czarny wojownik, który już zdążył mu przeszkodzić podczas treningu w tunelach.
— Czy ty też zamierzasz zachwycać się wyczynem patrolu, na którym był Ciernista Łapa? — spytał starszego nieco za ostro, niż planował.
Przetarł łapą oczy, w których zbierały się łzy frustracji.

<Poczciwy Szakłaku?>

[1251 słów + walka w tunelach]

[Przyznano 25% + 5%]

Od Niedźwiedziówki (Niedźwiedziówkowej Łapy) do Czyhającej Mureny

Teraźniejszość

Wreszcie otrzymała imię ucznia – Niedźwiedziówkowa Łapa. Nie wiedziała, czemu to imię jest takie długie, ale nawet jej to nie przeszkadzało. Marionetka lubiła takie skomplikowane nazwy, toteż pewnie by się ucieszyła, gdyby dowiedziała się, jakie imię nosi teraz Pacynka. No, w każdym razie, ten awans był tylko krokiem bliżej do zostania kimś bardziej szanowanym w Klanie Nocy, bo jak na razie większość spoglądała na nią raczej jak na kogoś obcego, niegodnego miana Nocniaka. Niech tylko zaczekają. To się jeszcze zmieni. Jeszcze owinie sobie wokół palca Czyhającą Murenę, a jeśli będzie tego trzeba, to nawet i Błękitną Lagunę. Jej celem było zbliżenie się jak najbardziej do tego całego królewskiego rodu, który był tu najważniejszym fundamentem. Słyszała też coś o ślubach i odkąd ta informacja przeszła przez jej uszy, Niedźwiedziówka zaczęła wyobrażać sobie taką ceremonię z nią i kimś z rodu. Bo czy to nie piękne? Związać się tak oficjalnie z kotem tak istotnym w Klanie Nocy? Brzmiało jak marzenie, a może raczej prosty sposób na to, by wspiąć się wyżej w hierarchii. Jednak czy w praktyce też było to takie cudowne? Czy taki kot z rodu nie zostałby obrzucony podejrzliwymi i oceniającymi spojrzeniami? A zresztą, czy to teraz ważne? Tym się będzie przejmować… później, o ile w ogóle.
W tym momencie słońce było już w zenicie. Buraska wciąż jeszcze leżała w swoim posłaniu w legowisku uczniów, czekając tylko, aż Wężynowy Kieł przyjdzie i ją stąd zabierze. Trochę dziwnie się tu spało, biorąc pod uwagę, że reszta uczniów była znacznie młodsza od niej. Czuła się trochę upokorzona, ale na szczęście nie na długo. Starała się sprawiać wrażenie takiej, która przykłada się do treningów i ceni sobie nocniackie tradycje oraz umiejętności. Nie opanowała jeszcze do końca pływania i łowienia ryb, ale z każdym dniem była coraz bliżej perfekcji. Nawet jeśli nie zawsze była zachwycona zachowaniem swojej mentorki, uważnie wysłuchiwała jej słów i powtarzała jej ruchy.
W końcu szylkretka zjawiła się w progu legowiska uczniów.
— Wstawaj. — Jej głos był znużony, jakby dopiero co wstała i przyszła tu bardzo niechętnie. Co było bardzo możliwe… Wężyna nie była może przykładną wojowniczką Klanu Nocy, ale z tego, co Niedźwiedziówka zdążyła zauważyć, zbratała się z Mandarynkową Gwiazdą, więc nieważne, jak leniwa by była, i tak nie spotka ją za to żadna kara. Co za niesprawiedliwy świat, w którym przyszło jej żyć…
Niedźwiedziówkowa Łapa podniosła się z miejsca i podeszła do Wężynowego Kła, by po chwili w ciszy wyjść u jej boku z legowiska. Gdy zaś wychodziły z obozu, szylkretka zaczęła wyjaśniać:
— Dziś pójdziemy w głąb terenów Klanu Nocy, nad jezioro — oznajmiła, zadzierając brodę.
Jednak mimo jej pewności Niedźwiedziówka zauważyła, że kotka delikatnie kuśtyka, choć starała się to jak najbardziej zamaskować.
— Tam spróbujesz popływać bez obawy o to, że prąd cię zniesie — mówiła dalej, ale bura przestała już skupiać się na jej słowach.
— Aha, dobrze. A jesteś pewna, że to bezpieczne zbliżać się tak do wody, gdy się kuśtyka? — zapytała, przechylając głowę.
Wężynowy Kieł milczała przez chwilę, po czym zmarszczyła nos i fuknęła pod nosem.
— Nie wiem, o czym mówisz — przyznała, idąc dalej przed siebie.
Niedźwiedziówka chętnie by ją jeszcze o to pomęczyła, ale nie chciała wchodzić kotce pod skórę. W końcu obiecała sobie, że będzie udawać przyjazną i pomocną. Nie chciała uchodzić teraz za natrętną.
Po jakimś czasie udało im się w końcu dotrzeć nad brzeg jeziora. W późnej Porze Nowych Liści było tu całkiem ładnie. No, a przede wszystkim było też ciepło. Słońce przygrzewało w grzbiety kotów, które zdecydowały się opuścić swoje zacienione legowiska. Niedźwiedziówkowa Łapa zbliżyła się do tafli wody, by następnie pochylić się nad nią i zaczerpnąć trochę wody.
— Nauczyłam cię już podstaw pływania — mruknęła w końcu Wężyna, również przybliżając się do wody. — Ale w Klanie Nocy są sami świetni pływacy. Ty takim nie jesteś. Nie teraz — mówiła dalej.
Obecnie znajdowały się na brzegu cypla, więc na horyzoncie dokładnie było widać drugi brzeg.
Bura przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że wie, co ją czeka.
— W ramach testu przepłyniesz stąd na drugą stronę. Będę szła brzegiem i cię obserwowała. Tylko nie zacznij się topić, bo nie zamierzam cię ratować — oznajmiła, przewracając oczami.
“Pf… Co za pocieszająca informacja” – pomyślała, jednak mimo wszystko uśmiechnęła się pogodnie i odparła:
— W życiu! Jestem pewna, że nie zacznę się topić. W końcu już tak dokładnie mi pokazałaś, jak powinnam pływać.
Wężynowy Kieł uniosła jedną brew do góry.
— No ja mam nadzieję.
W ten sposób Niedźwiedziówkowa Łapa dała się zaciągnąć do wody. Na szczęście dzięki swojej determinacji i uprzednio zdobytej wiedzy bez szwanku udało jej się dopłynąć na drugi brzeg. Choć gdy już wyszła na ląd, zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo bolą ją łapy. Musiała się nieźle zmęczyć, gdy tak nimi machała.
Po tym wróciły już do obozu. Rozstały się przy wejściu, ale bura dostrzegła, że Wężynowy Kieł zmierza w stronę lecznicy. Więc naprawdę coś musiało ją boleć. Nie chciała się jednak przyznać, bo to uraziłoby jej majestat.

* * *

Przeszłość, przed mianowaniem kociąt Niedźwiedziówki na uczniów

Od samego rana Niedźwiedziówka siedziała poza żłobkiem w obecności Wężynowego Kła. Wojowniczka opowiadała jej dziś o zwyczajach, które panowały w Klanie Nocy. Mówiła o nienawiści do kotów czekoladowych, o ślubach… a przede wszystkim o rodzie królewskim. Bura słuchała jej dziś niezwykle uważnie, zaintrygowana tą grupą kotów, które w klanie uchodziły za najważniejsze. Gdyby tylko mogła zbliżyć się do jednego z nich, a najlepiej… do każdego! Tylko czy była na tyle czarująca, by jakoś zaskarbić sobie ich szacunek?
Nagle przed jej twarzą przemknęła dobrze zbudowana kocica o średnim wzroście. Miała półdługie, biało-czarne futro, a na czole widniał szkarłatny znak lotosu. Uniesiony ogon świadczył o tym, że musiała być dumną i poważną wojowniczką. Pasowała niemal idealnie do opisu wzorcowej księżniczki, o którym opowiedziała jej Wężynowy Kieł, przez co bura spojrzała wymownie w jej stronę, unosząc delikatnie kąciki ust.
— Jest z rodu, prawda? — szepnęła jej niemal do ucha, jednocześnie czujnie śledząc ruchy wojowniczki krzątającej się nieopodal.
Szylkretowa zmrużyła oczy, po czym cicho odchrząknęła.
— Najwidoczniej — odparła, prostując się przy tym, jakby próbowała sprawić wrażenie niewzruszonej. Jej pysk wygiął się w ten typowy dla niej grymas, który świadczył tylko o jednym – że uważa się za kogoś ponad wszystkimi.
Niedźwiedziówka przewróciła oczami, a końcówka jej ogona zastukała kilka razy o ziemię.
— Dobra, koniec tego gadania na dzisiaj. Idę się z nią przywitać — oznajmiła, szczerząc zęby w uśmiechu.
Wężyna jedynie zmarszczyła brwi, jakby bezsłownie chciała skrytykować poczynania burej, ale mimo wszystko nie próbowała jej powstrzymać.
Brązowooka ruszyła pewnie przed siebie i podeszła do biało-czarnej kotki, która właśnie wylizywała jedną z przednich łap.
— Strasznie dziś chłodno, prawda? — mruknęła karmicielka, przysiadając obok księżniczki. Nie znała jej imienia i miała wrażenie, że zapytanie o nie byłoby niegrzeczne. Zapewne wymagano od niej, by znała cały ród królewski na pamięć. — Nazywam się Niedźwiedziówka, ale to pewnie już wiesz. Chociaż mam nadzieję, że liderka nada mi dwuczłonowe imię, gdy już ukończę ten… trening — dodała jeszcze, z lekkim zawahaniem. Nie była może zachwycona wszystkimi klanowymi zwyczajami, ale wizja otrzymania takiego fikuśnie brzmiącego miana całkiem jej się podobała.
— Z pewnością takowe otrzymasz — odparła kotka po chwili. — Przypomnisz mi, kto zajmuje się twoim szkoleniem?
Niedźwiedziówka uśmiechnęła się pod nosem, po czym spojrzała za siebie. Nieopodal wciąż jeszcze siedziała szylkretowa wojowniczka.
— Wężynowy Kieł — odparła, po czym wróciła spojrzeniem do czarno-białej kotki. — Lubisz ją?

<Księżniczko?>

Wyleczeni: Wężynowy Kieł

Od Konwaliowej Mielizny CD. Słodkiej Łapy

Przeszłość

Znudzony szedł wraz z dwójką kotkę oraz Niedźwiedziówką w stronę ustalonego miejsca spotkania z drugą częścią patrolu. Miał nadzieję, że nie było błędem zabieranie obcej samotniczki do ich obozu — nawet jeśli kodeks nakazywał, co innego, to on nie zamierzał tracić w żadnym wypadku czujności. Coś mu mówiło, że bura nie do końca mówi prawdę, a jedynie to, co chcą usłyszeć. Może to jego jakaś paranoja, przewrażliwienie, lecz uważał, że lepiej być przesadnie ostrożnym, niż zginąć z łap kota, kiedy tylko na chwilę odwrócić wzrok.
Jego przemyślenia przerwał słaby głos Słodkiej Łapy. Nieco zaniepokojony od razu skierował na nią swoje niebieskie ślepia, chwilę przed tym, jak kotka o mało co nie upadła na ziemię. Od razu znalazł się blisko jej boku, starając się ją wspierać. Lekka panika zawitała w jego jasnym spojrzeniu, bojąc się o szylkretkę.
— Ćmie Mżenie, zabierz Niedźwiedziówkę do reszty patrol — oznajmił, nawet nie spoglądając na wojowniczkę.
— A ty to co?
— Zabieram swą siostrę do medyków, teraz. — I nie czekając dłużej, ruszył prosto w stronę obozu, nie mając zamiaru ani chwili zwlekać z obawą, że stan kotki może się jeszcze bardziej pogorszyć.

«★»

— To tylko odwodnienie spowodowane niestrawnością, a następnie wymiotami, jednak dobrze, że w końcu ją przyprowadziłeś.
— W końcu? Nic mi nie było wiadomo, by wcześniej chorowała — zauważył liliowy, obserwując pracę Różanej Woni oraz Gąbczastej Perły. — Głupiaś siostro. Czemu wcześniej nie przyszłaś do medyczek?
— Konwaliowa Mielizno, wiem, że się martwisz o Słodką Łapę, jednak teraz przyda jej się odpoczynek i porządne nawodnienie. — Wojownik doskonale zrozumiał aluzje medyczki: miał wyjść i nie zawracać ogona siostrze. W tej kwestii nie miał nic do gadanie, więc jedynie nieco poirytowany lekceważącym podejściem Słodkiej do swojego zdrowia, zastrzygł uchem, by następnie opuścić lecznicę.
Tuż przy wyjściu nieco zaciągnął się zapachem mięty, który unosił się w legowisku, by następnie odszukać mentorkę szylkretki i przekazać jej wieści o stanie uczennicy. W tym aspekcie dopisało mu szczęście, gdyż zwęglona wojowniczka właśnie wyłoniła się z legowiska wojowników. Żwawym krokiem podszedł do niej i nim otworzył pysk, skinął głową na powitanie.
— Witaj Świteziankowe Jezioro, chcę jedynie przekazać wieści o mej siostrze, Słodkiej Łapie. — Widząc drobne zaciekawienie w żółtych oczach starszej, kontynuował: — Ma głupia siostra zbagatelizowała stan swego zdrowia i obecnie wraca do sił u medyczek.
— Dziękuje Ci, Konwaliowa Mielizna — odpowiedziała cicho, dopiero po paru uderzenia serca, oznaczających wahanie przed wypowiedzeniem jakichkolwiek słów w stronę liliowego. Ten jedynie skinął głowę, by następnie udać się do legowiska.
Miał zamiar przywrócić swoje futro do nienagannego stanu, w którym było, nim wyruszył na patrol z resztą. Przez ten czas do jego długiej szaty zdążył się przyczepić drobne gałązki lub nawet liście, które będzie musiał wyjmować. Nikły grymas pojawił się na jego pysku, kiedy zdał sobie sprawę, że w takim stanie przypadła mu rozmowa ze Świteziankowym Jeziorem. Jednakże wtedy nie miał czasu, by najpierw z grubsza ogarnąć swój wygląd, gdyż wojowniczka musiała w trybie nagłym dowiedzieć się o stanie swojej uczennicy. Na chwilę przerwał wyciąganie elementów lasu z sierści, by spojrzeć na Źródełko, które było przyozdobione lawendą. Musiał uspokoić swoje galopujące myśli oraz określenia cisnąć mu się na język przez nieostrożność Słodkiej Łapy. Bardzo się o nią martwił, nie będąc w stanie pojąć, czemu zwlekała aż tyle z udaniem się do medyczek, przecież trening nie ucieknie, a bez dobrego zdrowia to ten może jedynie się jeszcze bardziej wydłużyć.
Po dłuższej chwili wrócić do przerwanej czynności, przechodząc do rozplątania dłuższych pasm, które zdążyły się ze sobą splątać w trakcie patrolu oraz przeprawy na wyspę ze Słodką.

«★»

Obecnie

Od incydentu z odwodnieniem Słodkiej Łapy minęło trochę czasu, jednak Konwalia nadal miał za złe uczennicy, że tak bagatelizowała swój stan. Treningi szylkretki nieco ułatwiały mu sprawę, gdyż często jedno z nich było na tyle zajęte, że się mijali, bądź nie byli w stanie się załapać i chociaż zamienić kilka słów. Może liliowy zachowywał się nieco, jak kociak, niemal unikając zielonookiej, lecz głównie było to podszyte obawą, że emocje wzięłyby górę i powiedział coś, czego, by później żałował.
Właśnie wychodził ze żłobka po kolejnej wizycie u Złocistego Widlika i kolejnych kociąt, które jakiś czas temu zawitały w Klanie Nocy. Dzieci Niedźwiedziówki w tym czasie zostały mianowane na uczniów, jak ona sama, będąc wprowadzaną przez Wężynowy Kieł w klanowe życie. Natomiast Werwa, Narcyz i Kasztanek mieli łatwiej, gdyż urodzili się tutaj i obecnie byli szkoleni przez Kijankowe Moczary, Lśniącą Ikrę i Zmierzchającą Falę. W głowie liliowego pojawiła się myśl, czy on też kiedyś dostanie własnego ucznia — jego dymny mentor raczej dobrze go wyszkolił, patrząc na to, że dostał kolejnego ucznia, Przypaloną Łapę.
Zmierzając w stronę wyjścia z obozu, przez przypadek wpadł na kogoś drobniejsze budowy od niego. Już chciał przepraszać i przyznawać, że zbytnio nie patrzał, gdzie idzie, lecz widok jego siostry skutecznie powstrzymał wszelkie słowa, które chciał wypowiedzieć. Nieco zmieszany skierował wzrok na kołyszącą się lawendę obok źródełka.
— Konwaliowa Mielizno, może dołączysz? — spytała niespodziewanie wojowniczka, choć było widać na jej pysku zakłopotanie i niepewność po wypowiedzeniu propozycji.
— Nie jestem pewny, nie chciałbym wam przeszkadzać… — mruknął, starając się unikać wzroku Słodkiej Łapy.
— Idziesz i nie ma żadnego “ale”. — Jak widać, zielonooka uczennica podjęła za niego decyzję. A on? Nie miał zbytnio sił się z nią spierać, dlatego też jedynie skinął głową starszej, dając znać, że dołączy.

<Słodka Łapo?>

Wyleczeni: Słodka Łapa

Od Czyhającej Mureny CD. Klekotka (Klekoczącej Łapy)

Przekrzywiła nieznacznie łeb, na moment przerywając czyszczenie kociaka. Wzrokiem podążyła za spojrzeniem Klekotka, zanim ponownie spojrzała na jego mordkę.
— No wiesz, zachowanie higieny jest bardzo ważne — odparła po chwili. — To, czy inne kociaki się myją, to już sprawa ich mam. A ty, zwłaszcza jako członek rodu, musisz pamiętać o czystości.
Przejechała ogonem po ziemi i strzepnęła uchem, po raz kolejny przejeżdżając językiem po czole synka. Dobrze mu to tłumaczyła? Nie wydawał się szczególnie przekonany... A może powinna dać mu więcej swobody? Sama nie wiedziała... Nie chciała, żeby Klekotek czuł na sobie zbyt dużą presję ze względu na swoje pochodzenie, ale nie chciała też przegiąć w drugą stronę.
Maluch położył po sobie uszy.
— Aha... Rozumiem — powiedział i na moment umilkł, aby zająć się własnymi myślami. Po dłuższej chwili powiedział, podnosząc mocno głowę, wyginając się do tyłu. — A czy to znaczy też, że jeśli ja cię kocham mocniej niż reszta kocha swoją mamę, to powinienem lizać cię językiem?
Przerwała na chwilę czyszczenie synka, aby spojrzeć na niego z zaskoczeniem; przez chwilę obserwowała jego mordkę, zanim parsknęła z rozbawieniem.
— Nie, to tak nie działa — wymruczała, kiwając nieznacznie głową. — To mamy myją swoje kociaki, a nie na odwrót. Ja potrafię zrobić to sama; ty też będziesz, jak nieco podrośniesz.
Klekotek kiwnął łebkiem na znak, że zrozumiał. Najwidoczniej coś jednak dalej nie dawało mu spokoju, bo po chwili znów zabrał głos:
— A Pani Kotewka? — zapytał, wgapiając się w matkę, jakby zawsze z zasady miała od razu wszystko rozumieć i domyślać się, o co chodzi synowi. W końcu jednak dodał: — Ona też mnie myje... To... Czemu?
Czyhająca Murena przechyliła nieznacznie głowę. Nie była pewna, czy nieustanne pytania syna były czymś pozytywnym, czy raczej świadczącym o głupocie…
— Kotewkowy Powiew jest piastunką, więc jej obowiązkiem jest pilnowanie innych kociaków. Zajmuje się tobą i twoją higieną, gdy nie ma mnie z tobą w żłobku — wyjaśniła.
— A nie mogłaby... iść, zamiast ciebie coś robić? — zapytał kocurek.
To pytanie ją zaskoczyło. Strzepnęła ogonem.
— Nie lubisz jej?
Wydawało jej się to niemal nieprawdopodobne. Większość kociaków przepadała za Kotewką…
— Nie! — wzburzył się delikatnie, ale futerko na karku pozostało gładkie. — Lubię... A-ale — przerwał. Chyba musiał się zastanowić, jak dokładnie ubrać to w słowa. Język nie plątał mu się już tak, jak nogi, zwłaszcza kiedy rozmawiał tylko z rodzicielką, ale najwidoczniej czasami myślał o tylu rzeczach na raz, że nie potrafił tego wszystkiego uporządkować. — Ona jest wszystkich... wspólna — powiedział w końcu, a ostatecznie dodał jeszcze: — Ty nie.
— Oh. — Uciekło jej z pyska. Jak miała zinterpretować słowa syna? Westchnęła cicho i pokręciła głową.
— Niestety nie mogę — przyznała (co nie do końca było prawdą, ale jak miała wyjaśnić takiemu maluchowi, dlaczego nie chciała ciągle przebywać w żłobku?). — Wiesz, że mam obowiązki... ale jeśli chcesz, mogę postarać się przychodzić do ciebie nieco częściej. Gdyby ci się nudziło, zawsze możesz pobawić się ze swoimi rówieśnikami — zasugerowała po chwili. Liczyła, że Klekotek podłapie temat i może opowie coś więcej o swoich kolegach; nigdy nie widywała go, bawiącego się z innymi — czasami przebywał ze Złotą Łapą, ale na tym się kończyło.
Rozpromienił się na pierwszą część wypowiedzi matki, ale zaraz potem... powróciła jego neutralna mimika. Westchnął pod noskiem. 
— Są... głośni i biegają... — Zmarszczył brewki i dodał jeszcze prędko, niemal nie gryząc się w język przez nagłość wypowiadanych słów: — I Pani Kotewka dziwnie patrzy na tą... jedną... — zamyślił się. Przecież wiedział, jak miała na imię, powinien wiedzieć.... — No…
— Rozumiem — odparła Murena, przyglądając się kocurkowi. — Na kogo dziwnie patrzy? — dodała po chwili, przejeżdżając ogonem po ziemi.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, o kogo mogła chodzić.
No tak.
— Korzonek? — podpowiedziała.
Przez chwilę milczała. Czy powinna wyjaśnić Klekotkowi, czym spowodowane było zachowanie innych w stosunki do czekoladowej? Spojrzała na niego z ukosa.
Za bardzo się przejmowała... Nie miała żadnych powodów, aby nie powiedzieć mu prawdy. Z resztą, prędzej czy później musiała go przestrzec.
— Słyszałeś już o tym, jak powstały różne koty?
Klekotek zmarszczył nosek, jakby usilnie starał się sobie coś przypomnieć.
— Pani Kotewka mówiła, ale... nie pamiętam. — Oparł się policzkiem o łapy Mureny. — Ale i tak wole usłyszeć od ciebie.
Skinęła łbem, przyglądając się kociakowi spod półprzymkniętych powiek.
— No więc, jak już pewnie wiesz, na początku świat spowity był mrokiem, spoczywając w objęciach Wiecznej Nocy. Dopiero później niebo ukruszyło się i powstały koty — zaczęła, uważnie obserwując reakcję Klekotka. Starała się wyjaśnić mu to w jak najprostszy sposób, ale mówiąc szczerze, sama nie do końca rozumiała, na czym miałoby to wszystko polegać.
— Tak właśnie z odłamków nocnego nieba zrodziły się koty czarne. Z okruchów Srebrnej Skóry natomiast powstały koty białe; to dlatego czarno-białe osobniki są zazwyczaj najbardziej szanowane, jak już pewnie zauważyłeś. Oprócz tego powstało jeszcze wiele maści, ale koty czekoladowe wyłoniły się z błota — dlatego większość nocniaków jest do nich uprzedzona.
Przerwała, aby spojrzeć na młodziaka. 

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Teraźniejszość

Rozciągnęła zdrętwiałe kończyny i rozwarła szczęki w szerokim ziewnięciu, które wkrótce przerodziło się w westchnienie. Zmrużyła nieznacznie oczy, prostując łapy; kolejna bezsenna noc minęła jej na gapieniu się w pustą ścianę legowiska i przysłuchiwaniu się miarowym oddechom współklanowiczów. Wreszcie, skoro pierwsze koty zaczęły się przebudzać, mogła wyjść z legowiska bez obaw, że kogoś obudzi. Niemal od razu skierowała się w stronę lecznicy; śnieg trzeszczał cicho pod ciężarem jej łap, a chłodny, siarczysty wiatr wył w koronach drzew. W legowisku medyka natomiast warunki były zupełnie inne; Murena przekonała się o tym, gdy wreszcie weszła do środka i kłujące zimno (przynajmniej częściowo) ustało. Szczelne ściany legowiska chroniły przed wszelkimi warunkami pogodowymi. Przystanęła na moment, rozglądając się po wnętrzu.
— Oh, witaj, Mureno! — Do jej uszu dotarł znajomy głos Różanej Woni, a chwilę później zza rogu wychynął łeb kotki. — Co cię tutaj sprowadza?
Murena strzepnęła ogonem i przekrzywiła nieznacznie łeb.
— Nic wielkiego; ostatnio miałam problemy z zaśnięciem i zastanawiałam się, czy jesteś coś w stanie na to poradzić… — Rozejrzała się po lecznicy. Klekocząca Łapa prawdopodobnie gdzieś tutaj przebywał…
Starsza pokiwała kilka razy głową, po czym ruszyła w stronę składziku.
— Na Klan Gwiazdy, pogoda strasznie nie dopisuje… Połowa kotów pociąga nosami; jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zabraknie nam ziół! No nic, miejmy nadzieję, że…
Reszty słów nie usłyszała, bo medyczka zniknęła już za ścianą legowiska, prawdopodobnie szukając odpowiednich medykamentów. Po chwili wróciła z kilkoma ziarnami maku, które położyła przed łapami Mureny, a następnie, mamrocząc coś pod nosem, udała się w inną stronę legowiska.
Księżniczka przechyliła nieznacznie łeb, gdy ktoś inny wszedł do środka lecznicy; napotkała parę znajomych, młodych oczu.
— Oh, jesteś, Klekotku — wymruczała, przejeżdżając ogonem po ziemi. — Jak podoba ci się nowe szkolenie? Wiem, że podjęcie się tego treningu musiało być dla ciebie trudną decyzją…
Zawsze cieszyła się, że jej syn pilnie się uczył, a szkolenie na wojownika przychodziło mu bardzo łatwo — dlatego też serce ściskało jej się na myśl, że jej drogi synek musiał zmienić drogę szkolenia i obrać rolę, której nie chciał. Oddałaby wszystko, żeby był szczęśliwy — żeby jego życie potoczyło się lepiej niż jej własne — ale mimo to, bezpieczeństwo klanu było jeszcze ważniejsze. Klekotek musiał podjąć dojrzałą decyzję i poświęcić swoje szczęście dla całej społeczności. I była dumna, że wybrał dobro ogółu.

Wyleczeni: Czyhająca Murena

<Klekotku?>

Od Narcyza (Narcyzowej Łapy) do Niedźwiedziówkowej Łapy

Jakiś czas temu, dzień mianowania

Narcyz schował pysk w futrze Niedźwiedziówki. Pora Nagich Liści nie należała do łaskawych — wiatr nie przestawał wyć za ścianami legowiska i chłód, mimo szczelnej zabudowy schronienia, przedzierał się do środka. Matula zapewniała Narcyza, że niedługo nadejdzie ciepło, ale nie powstrzymało go to przed narzekaniem na zimną porę — skoro niedługo miał rozpocząć szkolenie, to chciał, żeby było ciepło.
Niedźwiedziówka kończyła właśnie porządkowanie jego sierści; ostatnie ruchy językiem, słodkie słowa (musiała go bardzo kochać!), i po chwili szedł już za rodzeństwem na środek obozu. Ziemia była wilgotna, trawa brzydka i przegniła. Okropieństwo. Trochę się wlókł, wywracał oczyma i skarżył matuli, ale nie wydawała się zaangażowana w jego wywody. Ba, uważniejsze oko dostrzegłoby delikatnie drgający ogon i przymrużone oczy, świadczące raczej o poirytowaniu. Nie, żeby Narcyz się tym przejmował (albo to zauważał).
Gdy Werwa, idąca nieco przed nim, zatrzymała się, omal na nią nie wpadł — uśmiechnął się z politowaniem w stronę siostry, po czym skrzywił się. Przeniósł wzrok na mównicę lidera, na której dawno stała już Mandarynkowa Gwiazda. Rozpoczęła przemówienie kilkoma słowami wstępu, potem strzepnęła ogonem i zerknęła na niego — a może na Werwę, która siedziała przed nim (i swoim wielkim zadem zasłaniała mu połowę widoku!). Kasztanek siedział nieco dalej od nich. Ten to dopiero był dziwny.
Możliwe, że Narcyz trochę się zamyślił, bo po chwili Mandarynkowa Gwiazda wymawiała już jego imię:
— Narcyzie, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, nazywać się będziesz Narcyzowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Lśniąca Ikra. Mam nadzieję, że przekaże ci całą swoją wiedzę.
Następnie zwróciła się do wojownika i zanim Narcyz zdążył się zorientować, ktoś popchnął go do przodu; nieco niezgrabnie zetknął się nosami z kocurem, po czym przycupnął przy jego boku.
Chciał od razu pobiec do mamy, ale nie mógł już wypatrzyć jej w tłumie — zerknął więc ukradkiem na nowego mentora; zaraz jednak odwrócił wzrok, gdy dostrzegł spojrzenie starszego.
— Narcyzie — zaczął ze spokojem. — Jutro oprowadzę cię po terenach Klanu Nocy i rozpoczniemy szkolenie, a póki co możesz udać się do rodziny. Nabierz sił i wyśpij się porządnie, żebyś jutro był gotowy do pracy.
Kocurek pokiwał łebkiem, ale nie był w stanie ukryć grymasu, który pojawił się na jego mordce na słowa “praca”. Leżenie w żłobku brzmiało znacznie przyjemniej. Zmrużył oczy, jednak nic już nie odpowiedział — zamiast tego podniósł się z ziemi i ruszył w stronę mamy oraz rodzeństwa.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Nieboskłon malował się jasnymi, porannymi barwami — języki pomarańczy i czerwieni przeplatały się, aby po chwili ustąpić błękitowi, wraz ze słońcem wznoszącemu się na niebo.
Narcyzowa Łapa przez chwilę przyglądał się wschodowi słońca; do czasu, aż Lśniąca Ikra oznajmił, że wyruszają na pierwszy trening. Opuścili koczowisko, ruszając przez piaszczyste wybrzeże do mętnej tafli wody.
Narcyz zmrużył oczy. Nawet z oddali mógł stwierdzić, że było dość głęboko. No i, że nie ma ochoty tam włazić. Dreszcz przebiegł mu przez kręgosłup.
Lśniąca Ikra najwidoczniej dostrzegł jego wahanie, bo zatrzymał się tuż przy mulistym brzegu i spojrzał na niego przez ramię.
— Boisz się?
Grymas wykrzywił pysk Narcyza.
— Oczywiście, że nie! — żachnął się, strzepując ogonem.
Mentor chyba nie był szczególnie przekonany; posłał mu wymowne spojrzenie i zmarszczył brwi, ale nie drążył tematu.
— No, to wskakuj do wody — polecił, wskazując ogonem na mętną taflę. A potem, chyba tak na wszelki wypadek, dodał jeszcze:
— Będę cię asekurować.
Zawahał się. Nurt pewnie był silny, a kolejne wybrzeże wydawało się być kawałek stąd… Nerwowo przeciął ogonem powietrze. Chciał iść do domu… Wreszcie, pod naglącym spojrzeniem Ikry, zanurzył łapy w chłodnej cieczy. Mógł teraz poczuć, jak serce wali mu w klatce piersiowej, a oddech przyspiesza.
Zza jego pleców dobiegło głośne westchnienie.
Lśniąca Ikra spoglądał na coś ponad głową Narcyza, zanim przeniósł wzrok z powrotem na niego.
— Dalej, Narcyzowa Łapo, nie mamy całego dnia. Twoje rodzeństwo na pewno już dawno zwiedziło przynajmniej sporą część terenów. Jeśli się boisz to po prostu…
— Nie boję się!
— Boisz.
— Nieprawda!
Wojownik westchnął przeciągle i zmrużył oczy.
— No dobrze, w takim razie chodźmy już. Tylko ostrożnie. — I nie czekając na odpowiedź, zszedł z błotnistego wybrzeża; teraz woda dosięgała mu niemal do brody, ale uczeń mógłby przysiąc, że jego łapy nie dotykały dna. Przerażające.
Ostatnie, tęskne spojrzenie na obóz za nim, po czym drżącymi łapami odepchnął się od brzegu i… omal nie zachłysnął się wodą, gdy grunt pod jego nogami nagle rozpłynął się w powietrze (gwoli ścisłości: po prostu nie uważał). Jego pysk znalazł się pod wodą. W panice zaczął wierzgać łapami, próbując wypłynąć na powierzchnię; w tej samej chwili czyjeś szczęki zacisnęły się na jego karku i jednym, zdecydowanym ruchem wyłowiły go z wody.
Otworzył pysk, biorąc gwałtowny haust powietrza (i przy okazji zachłysnął się wodą).
— Mówiłem, żebyś uważał… — wymamrotał Lśniąca Ikra (wciąż jednak nie puścił Narcyza, ale wyglądał, jakby miał dość).
— Nie moja wina! — zaprotestował młodziak, co spotkało się ze srogim spojrzeniem mentora.
— No już, już, zamknij się — zganił go. — I, na litość Klanu Gwiazdy, zacznij poruszać tymi łapami! To wcale nie jest takie ciężkie.
Kocurek jęknął, ale nie zdołał już wymyślić żadnej uszczypliwej odpowiedzi, bo Ikra poluzował uścisk na jego skórze i rzeczywiście musiał zacząć pływać (a przynajmniej próbować, jeśli nie chciał znowu zanurzyć pysku pod wodą).
— Wyprostuj grzbiet, unieś wyżej brodę — polecił Ikra, wciąż uważnie obserwując ucznia. — Miarowo przebieraj łapami, powoli… Uspokój się trochę, nie utopisz się. I oddychaj.
Łatwo mu było mówić! Narcyz chciał rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale za bardzo zmęczył się próbą pływania, żeby w ogóle się odezwać (no i bał się, że zachłyśnie się wodą, gdy tylko otworzy pysk). W ten sposób przepłynął z Lśniącą Ikrą połowę drogi, a wkrótce udało im się dostać na drugi brzeg.
Z walącym sercem Narcyz wygramolił się na wybrzeże i rzucił na trawę, zataczając się dramatycznie. Trening dopiero co się zaczął, a on już tego nienawidził. Naprawdę musiał pływać  tak codziennie?
Mentor nachylił się nad nim, marszcząc brwi.
— Jeśli masz jeszcze trochę siły, to idziemy dalej.
Narcyz niechętnie podniósł się na równe łapy. Może i nie zmęczył się tak bardzo, ale na pewno najadł się strachu. Nigdy więcej nie miał zamiaru pływać… Obserwował spode łba, jak mentor wymija go i rusza przed siebie, a po chwili zrównał z nim kroku. Nawet, jeśli był irytujący, to musiał przyznać, że wyławianie kotów z rzeki szło mu całkiem dobrze.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Słońce chyliło się już ku horyzontowi, gdy Narcyzowa Łapa wraz z Lśniącą Ikrą zawitali w obozie Klanu Nocy; trudno było stwierdzić, kto był bardziej wyczerpany po całym dniu wspólnego łażenia, ale jedno było pewne — obaj nie byli szczególnie zadowoleni z początków treningu (i ich relacji). Przysiedli w rogu koczowiska; podczas, gdy Ikra zajęty był wyjaśnianiem mu jak poprawić technikę pływania, Narcyz zabrał się za układanie futra. Nie interesowało go, co miał do powiedzenia mentor. I tak utopi się w tej głupiej rzece pewnego dnia, więc po co się starać?
Nagłe pacnięcie w łebek wytrąciło go z rozmyślań.
— Słuchasz mnie, Narcyzie? — Ikra zmarszczył brwi. — Możesz iść odpocząć.
Oh. Wyprostował się, wgapiając w mentora. Gdzie miał teraz iść? Znaczy, był wyczerpany, mógł się przespać, ale… nie lubił być sam. Zamrugał kilka razy, po czym uśmiechnął się krzywo.
— No tak — rzucił pośpiesznie, a następnie wstał i ruszył przed siebie, w głąb koczowiska.
Może po prostu pójdzie do mamy? Na pewno ucieszy się, gdy opowie jej o tym, jak minął mu dzień! Tak, to dobry pomysł. Strzepnął ogonem i rozejrzał się; kocica stała nieopodal stosu ze zwierzyną. Może z kimś rozmawiała, może nie; nieważne, i tak z chęcią go wysłucha. Stanął tuż przy jej boku, podnosząc podbródek, aby spojrzeć na jej pysk. Wciąż nie był zbyt wysoki… pewnie musiał jeszcze poczekać.
— Mamo. — Pociągnął za spływające jej z grzbietu futro i uśmiechnął się elegancko. — Prawie się dzisiaj utopiłem.

<No co tam, mamusiu? Wink>

[1257 słów + trening pływania]

[Przyznano 25% + 5%]