BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 marca 2026

Od Zwiewnego Maku CD. Czajki

Zwiewny Mak rozszerzyła oczy. Czy to naprawdę był… Czajka?
— Czajko! — zawołała Zwiewny Mak i podeszła bliżej drogi grzmotu.
Kocur po drugiej stronie pozostał cicho. Było widać, że nie wie, co ma rzec.
Wojowniczka spojrzała w lewo, potem w prawo i przebiegła do kocura.
— Dlaczego… dlaczego nie przychodziłeś? Czekałam każdej nocy… myślałam, że już nie chcesz się ze mną spotykać.
Głos kotki drżał i był desperacki, jakby kotka pragnęła, by kocur odpowiedział.
Czy już jej nie lubił… albo nie kochał?
Zwiewny Mak jakiś czas temu zrozumiała, że uczucie, które odczuwała w trakcie spotkań z Czajką, to miłość. Jednak teraz kotka nie była pewna, czy kocur to odwzajemnia.
Jej wzrok wbity był w pysk Czajki. Nie było widać na nim żadnych emocji.
— Przyjdziesz jeszcze kiedyś? — spytała Mak.
Jej oczy się zaszkliły.
Czarny ogon kotki opadł i leżał na ziemi, gdy kotka czekała na odpowiedź ukochanego. W końcu ona sama powiedziała:
— Wiem… chyba wiem, czemu nie przychodziłeś. To jest trudne… wiesz, ja jestem z Klanu Burzy, ty z Owocowego Lasu… ale ja… ja cię kocham… — na końcu jej głos zmienił się w szept pełen uczucia jak i strachu. Teraz wystarczyło tylko czekać, aż Czajka odpowie. — Wiesz, ja zawsze mogę przejść do Owocowego Lasu… jeśli nie chcesz się już spotykać potajemnie w nocy!

Od Kasjopei do Ognikowej Słoty

Liliowa pręguska zbudziła się wśród kwiatów lawendy, a jej nos zalany został jej kojącym zapachem. Poczuła na swojej skórze ciepło letniego poranka. Westchnęła błogo, przeciągając się wśród łodyg kwiecia. Wytarzała się w nich, zatrzymując na swoim futrze ich intensywny zapach. Zaraz po tym przeszła do szybkiej porannej kuwety, porządkując swoje skołtunione po śnie futro. Wylizała również łabędzie pióro, by oczyścić je z brunatnej ziemi, która splamiła śnieżnobiałe pierze, a po tym ulokowała je niezgrabnie z powrotem za ucho. Po swojej stylizacji wreszcie wstała w celu zapolowania. Musiała przecież coś zjeść, bo trzeba wyruszyć zaraz ponownie w trasę. Może dziś znajdzie jakąś grupę, do której będzie mogła się przyłączyć? Samotność na nią dobrze nie wpływała, potrzebuje kontaktu z innymi kotami albo oszaleje.
Wyruszyła ona w stronę najbliższego wrzosowiska. Tam fauna była na tyle bujna, że na pewno znajdzie tam dla siebie jakiś syty kąsek. Po drodze zaczęła odczuwać, jak ciepło zamienia się w gorąco, a słońce niemiłosiernie świeciło w jej oczy. Po dotarciu szybko wyczuła zapach królika, a następnie podążyła tropem, jaki za sobą zostawił. Gdy wreszcie go zobaczyła, przypadła do ziemi i zaczęła swoje skradanie. Stawiała łapy na ziemi lekko, starając się być cichszą od myszy. Gdy królik się odwrócił niespodziewanie w stronę Kasjopei, oboje się poderwali w bieg. Podczas niedługiej pogoni samotniczce udało się przygnieść zwierzątko do ziemi, uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Spojrzała mu w oko, po czym natychmiast wgryzła się w krtań zdobyczy. Przez moment się miotało, ale gdy kocica poczuła gorzki smak krwi, natychmiast wyzionęło ducha. Zdobycz zabrała na niewielki zalesiony skrawek obok pola lawend, w którym spała i tam zajęła się jedzeniem w cieniu drzew.
Po posileniu się natychmiast wyruszyła dalej, by zawędrować jak najdalej, póki nie było jeszcze pełnego słońca. Szła wzdłuż rzeki, która teraz przez upał bardziej przypominała niezgrabny strumyk. Co jakiś czas robiła sobie postoje na napicie się, a jedyne ukojenie od słońca przynosiły okazjonalne cienie rzucane przez bialutkie chmury. Po drodze wróciła myślami do rodziny. Jak się czuli po jej odejściu? Czy w ogóle powinno ją to przejmować? Możliwe, że nie, ale zachowanie jej rodziny wciąż sprawiało, że pręguska stawiała sobie kilka pytań. Czy od zawsze Andromeda donosiła na Kasjope, czy tylko ten jeden raz? A ojciec to chyba w ogóle nie wiedział, w jakiej kwestii bronił matkę. Nie zdziwiłaby się, więc gdyby okazało się to prawdą. Kocur był tak zaślepiony starszą kotką, że od razu bezwarunkowo stawał po jej stronie, nie ważne, jakie bzdury ona by opowiadała. Zielonooka aż westchnęła z irytacją i przystanęła na niewielkim wzniesieniu, obserwując teren przed sobą.
Widziała miks lasu i łąk, gdzieniegdzie przerywane rzekami czy strumieniami. Może tam kogoś znajdę - pomyślała, po czym zawęszyła. Poczuła, jak wiatr zwiewa w jej stronę mieszankę zapachów kotów. Na pewno trafiła w dobre miejsce. Najpierw musi jednak znaleźć cień, bo słońce zaczęło już piec ją w cielsko.
Zaszła do lasu, który wprowadzał do terenów Klanu Wilka, o którym Kasjopeja jeszcze nie miała pojęcia. Na skraju zalesienia i pól spotkała niskiego szarego kocura, który na swój sposób przypominał kotce jej ojca.
— Przestrzegam cię, nie zaszywaj się dalej! — rzekł kocur, gdy tylko spotkali się wzrokiem. — Tam samotnicy, gdy wejdą raz, to więcej nie wyjdą!
Kasjopeję zaintrygował fakt znikających kotów. Zastanowiła się przez moment.
— A wiadomo, dlaczego tak jest? I jeśli tak jest, po co tu jesteś? — zapytała zaciekawiona.
— Klan tutejszy jest wrogi kotom z zewnątrz. Gdy w dzień tam zaszedłem, uszedłem z życiem, ale mój brat przedtem wlazł i nie wylazł, a była noc — opowiadał kocur, widocznie wzdrygając się na wspomnienie o krewnym. — Jestem tu, bo o cień nie łatwo, a w tym miejscu tu jest jeszcze bezpiecznie. Granica jest głębiej w las. Aczkolwiek trzyma mnie tu nadzieja o spotkanie brata.
Pręguska wsłuchiwała się w każde słowo kota, zastanawiając się, czy może lepiej byłoby pójść gdzie indziej. Ryzykować życiem czy może odpuścić?
— Rozumiem. Jest więcej klanów?
— Oj tak, kilka. Nie znam ich dobrze, powierzchownie tylko. Tu najgroźniej, lecz o cień najlepiej. Gdy pogoda przestanie gotować mi skórę, opuszczę to miejsce, bo na razie życie mi miłe — skwitował i natychmiast zaszył się w zaroślach, prędko pozostawiając Kasjopeję samą.
Samotniczka zastanowiła się przez moment. Może dołączyłaby do tego klanu? Skoro w ciągu dnia da się ujść z życiem, to może warto spróbować. Najwyżej straci życie. I tak nikt na nią nie czekał. Najpierw musiałaby zapolować. Ptactwa powinno tu być wystarczająco. Srebrna pręguska w takim razie zabrała się do polowania. Weszła nieco głębiej w las i zaczęła nadsłuchiwać. Tu i ówdzie usłyszała dzięcioła, tam gołębia, a gdzieś indziej jeszcze brzmiał śpiew sikory przerywany okrzykami kosa. Bardzo dobrze szło jej rozpoznawanie dźwięków ptaków, ale z polowaniem na nie szło jej nieco ciężej. Przypadła do ziemi między krzewami z widokiem na jałowce i kopiec mrówek. Oset uczył, że przy krzewach z owocami można się spodziewać wielu ptaków, ale to Andromedzie najlepiej szło polowanie na nie. Kasjopeja raczej wolała myszy czy inne gryzonie, do tego zajęczaki.
Kotka czekała na idealny moment, ale większość potencjalnych zdobyczy niemal natychmiast uciekała. Po długim oczekiwaniu przyleciał dzięcioł i zajął się wyskubywaniem mrówek. Był obrócony do kotki plecami, idealnie, by ta mogła się podkraść. Zanim poderwał się do lotu, ta szybko zajęła się przygwożdżeniem ptaka do ziemi, łamiąc przy tym jego kręgosłup. Spojrzała na niebo i zauważyła, że przybiera ono już nieco złotawą barwę, oznaczając nadciągający zachód słońca. Może teraz nie powinna iść do klanu. Raczej lepiej dla niej czekać do rana. Kotka westchnęła i przekąsiła dzięcioła, a następnie wybrała się, by znaleźć miejsce na sen.
Wyszła ona na nieco bardziej otwarty teren. Teraz gdy słońce schowało się za horyzontem, mogła spędzić wieczór w chłodnym, otwartym miejscu. Znalazła polankę ukwieconą rumiankiem, na co się uśmiechnęła. Nie była to lawenda, lecz jego zapach był dla niej równie kojący. Położyła się i wytarzała w białym kwieciu i przeciągnęła się. Po długim dniu wreszcie czas na wypoczynek.

***

Zbudziły ją ciepłe promienie porannego słońca, zapraszając ją do ucieczki w cień. Na niebie nie dało się zaobserwować żadnej chmury, zapowiadając dzień o bardzo ostrym i nieprzerwanym słońcu. Kotka wytrząsnęła z futra wszystkie kwiecia lawendy, by zastąpić je rumiankiem, uprzednio na szybko porządkując swoją już skołtunioną sierść. Następnie wybrała się z powrotem w las i zawęszyła. Wyczuła różnorodne zwierzęta. Cały ranek spędziła na polowaniu. Udało jej się złapać gołębia i ryjówkę, którą zjadła na pierwszy posiłek, a ptaka zostawiła jako prezent dla członków klanu. Gdy spojrzała w niebo, zaobserwowała słońce, które ledwo co się wspięło na szczyt. Czas najwyższy jest odnaleźć granicę klanu.
Po drodze zastanawiała się nad możliwymi pytaniami zadanymi w jej stronę. Na przykład: po co chce dołączyć do klanu? Najlepszym wytłumaczeniem byłaby potrzeba należenia do jakiejś grupy kotów, bo samotne życie nie było ambicją Kasjopei. A dlaczego akurat ten klan? Może po prostu lubi przesiadywanie w lesie, a poza tym tylko o tym klanie cokolwiek wie na ten moment. Westchnęła i się skupiła na drodze. Co chwilę stawała w miejscu, odkładając gołębia na bok, by móc wyczuć jakiekolwiek oznaczenia granicy. Po kilku takich postojach wywęszyła punkt, w którym zapach innych kotów stał się intensywniejszy niż gdziekolwiek indziej na drodze pręguski. Przystanęła i wzięła głęboki oddech. Teraz gdy już stała na granicy potencjalnych morderców samotników, nie było odwrotu. Jej poduszki łap zaczęły swędzieć przez nerwowe pocenie się. Dreptała w tę i z powrotem, próbując się opanować. Po kilku chwilach udało jej się przestać tak stresować i tylko oczekiwała jakichkolwiek kotów. Wtedy usłyszała szelest. Kotka stała z wiatrem, więc to koty czuły jej zapach, nie na odwrót. Usiadła i zaczekała cierpliwie. Zza drzew wyszła trójka kotów: dwa szylkrety i jeden bury kocur. Kasjopeja cofnęła lekko uszy, lecz w jej oczach wciąż było widać spokój i opanowanie.
— Czego tu szukasz, samotniku? — syknęła kotka o ciemnorudym zabarwieniu z czarnymi oraz białymi smugami. Spoglądała na liliową z uniesioną brodą i wyraźną pogardą w brązowych ślepiach.
— Jeśli jesteś tu tylko z kaprysu, radzę odejść — mruknął kot o kremowo-czarnym szylkretowym futrze, będąc raczej z tyłu grupy. Bury kocur zaś jedynie analizował Kasjopeję wzrokiem od góry do dołu.
— Chciałabym do was dołączyć — rzekła.
Odpowiedziała jej cisza i szybkie jakby obrzydzone spojrzenia między nieznanymi jej kotami.
— Taa, po to, by zapchlić nam klan — warknął wreszcie czarny pręgus, a reszta pozostała milcząca.
— Nie mam pcheł — parsknęła liliowa pręguska. — I mówię poważnie.
Przez kilka uderzeń serca trwała nieprzyjemna cisza między patrolem rzucającym pogardliwe spojrzenia w stronę samotniczki.
— To się okaże — skwitowała szylkretka, wbijając swój wzrok w oczy Kasjopei z niesmakiem.

<Ognikowa Słoto?>

Od Brukselkowej Zadry CD. Wełnistej Mszycy

— Brukselkowa Zadro — Wełnista Mszyca podjęła nagle. — Czuję, że Klan Wilka... Nie. — Pokręciła łebkiem. — Wiem, że Klan Wilka nie jest bezpiecznym miejscem dla kogoś takiego, jak ty czy ja. Nie jest odpowiednim miejscem, w którym powinny przychodzić na świat kocięta czy trenować młodzi uczniowie. Gęste korony drzew uniemożliwiają dotarcie gwieździstemu blasku do waszego obozu, pozwalając tym samym, aby mrok otulał serca i umysły większości twych braci. Dlatego chcę, żebyś wiedziała, że ty i koty, które czczą Gwiezdnych, mogą liczyć na moją pomoc, jak i myślę, że mogłyby liczyć na znalezienie bezpiecznego miejsca w Klanie Burzy, jeśli bylibyście gotowi na zmianę. Nie chcę już nikogo więcej z was stracić.
Liliowa zaniemówiła. Nie spodziewała się usłyszeć takiej propozycji od albinoski. Odejść? Z Klanu Wilka? Nie po to pozwoliła swoim bliskim uciec, samemu zostając w wilczackich szeregach, by teraz z nich odchodzić. Skinęła jednak głową w podzięce za troskę.
— Przepraszam, ale nie mogę… — odparła po chwili, biorąc głęboki wdech. — Nie mogę opuścić Klanu Wilka, choć masz rację, czasem jest tu trochę niebezpiecznie… — kontynuowała, próbując nadać głosowi żartobliwy ton, by rozluźnić atmosferę. — Jednak nie mogę zostawić tu kotów, które są tak bliskie memu sercu. Nie każdy z nich zdecyduje się na przejście do Klanu Burzy, a ja nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś im się stało, podczas gdy ja bezpiecznie siedziałabym w waszym azylu — tłumaczyła, przenosząc spojrzenie na swoje łapy. — Zresztą jestem już zbyt stara na takie zmiany. Który z Burzaków ucieszyłby się z kolejnego starucha do wykarmienia? Wiesz, przyjęcie przez Króliczą Gwiazdę to jedno, a bycie zaakceptowanym przez Burzaków to drugie. Nie chcę was zamęczać swoją obecnością — dodała, jakby poprzednie słowa nie były wystarczającym powodem, by zostać w Klanie Wilka.
Wełnista Mszyca nie wyglądała na ucieszoną, ale też nie była zawiedziona. Na jej pysku pojawiło się zrozumienie.
— Cóż, nie zmuszę cię do zmiany decyzji ani nie podejmę jej za ciebie — mruknęła w końcu białofutra, odwracając wzrok od Brukselkowej Zadry. — Oby Klan Gwiazdy miał cię w opiece. Muszę już wracać, ale gdy tylko nadarzy się okazja, spotkajmy się znów.
Pręgowana bez wahania zgodziła się na tę propozycję. Albinoska miała dobre serce. Troszczyła się o innych i każdemu starała się pomóc. Ponadto łączyło je całkiem sporo – w końcu obie znały Mglistego Sna, a teraz zamartwiały się o niego po stokroć.
Wojowniczka obdarzyła albinoskę ciepłym uśmiechem, po czym odwróciła się i zniknęła między wysokimi pniami drzew iglastych oraz gęstymi krzewami. Miała nadzieję, że już niedługo ich ścieżki skrzyżują się po raz kolejny.

* * *

Brukselkowa Zadra miała wrażenie, że Klan Wilka tylko rósł w siłę. Zalotna Gwiazda nie ociągała się z ceremoniami, których ostatnio było całkiem sporo. Na posadzie mistrzów zasiadały teraz trzy kotki – Kocimiętkowy Wir, Nadciągający Pomrok i Ognikowa Słota. Oprócz tego na ucznia został mianowany Księżycek, syn Jaskółczego Ziela. Czarnofutra kotka była dla Brukselki, można by rzec, znajomą. Zdarzało im się zamienić ze sobą kilka słów, tak więc pręgowana nie ociągała się, gdy kilka księżyców temu usłyszała wieść, że Jaskółka doczekała się kocięcia.
Jednak najważniejszym wydarzeniem ostatnich czasów było dla Brukselki mianowanie jej przybranych kociąt. Kryształka zwała się teraz Kryształową Łapą, a Węgielka nosiła miano Zwęglonej Łapy. Liliową z lekka niepokoił fakt, że dostały one na mentorów koty silnie związane z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd. Czyżby liderka przejrzała już wszystkie koty wierzące w Klan Gwiazdy, które żyją w wilczackim azylu? Czy specjalnie dobierała mentorów tak, by na jej oczach wyrastało pokolenie jeszcze silniej oddane mrokowi? Czy w takim przypadku próba nawrócenia Wilczaków była wciąż możliwa? Ten klan i tak już dawno był zepsuty. Wyżarty przez bezgwiezdne dusze, przegniły od środka. Może ucieczka naprawdę była jedynym rozwiązaniem? Cóż, z całą pewnością najłatwiejszym.
Brukselkowa Zadra miała już na karku mniej więcej siedemdziesiąt księżyców, co tylko potęgowało jej wrażenie, że czas ucieka jej przez palce. Obiecała Gwiezdnym Przodkom, że się nie podda, że jeszcze naprawi swoich zaślepionych pobratymców. Czy wtedy kłamała? Przyjęła tak chciwie nagrodę od Klanu Gwiazdy, a teraz zachowywała się, jakby ten rozdział w jej życiu został już zamknięty. Nie próbowała podszeptywać innym właściwych przekonań, nie próbowała budzić niepewności w kotach, które jeszcze dało się uratować. Pozwalała, by ci, którzy mieli szansę na nawrócenie, jeszcze bardziej pogrążali się w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
Tak nie powinien postępować kot, w którym Gwiezdni pokładali tak wiele nadziei.
Żółtooka westchnęła ciężko, opierając głowę na łapach. Czuła, jak ogarnia ją bezsilność. Ze śmiercią matki zdążyła się już pogodzić, teraz czując, że Kryształka jest jakby jej innym wcieleniem. Wciąż jednak nie mogła przełknąć faktu, że oczekiwano od niej o wiele więcej, niż w rzeczywistości robiła. Może i wykonywała pojedyncze rozkazy wydane przez Gwiezdnych, jednak na dłuższą metę nie robiła niczego z własnej woli. Pomysły, które miała na sprowadzenie Klanu Wilka na dobrą drogę, rozpływały się gdzieś w rutynie.
Teraz zresztą, gdy Wrotyczowa Szrama zaczęła się od niej dystansować, cały czas trzymając się boku Zalotnej Gwiazdy, Brukselka straciła ostatnie strzępki motywacji, jakie w niej drzemały. Kompletnie nie rozumiała tej zmiany w nastawieniu dymnej wojowniczki. Co musiało się jej stać, by tak drastycznie zmieniła swoje usposobienie?
Może Mglisty Sen miał rację. Może bronienie jej racji nie było warte napiętej relacji z synem. Może czarnofutry już od dawna widział więcej niż Brukselkowa Zadra. Tak bardzo chciałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co dzieje się teraz w Klanie Wilka – i tak bardzo chciałaby przeprosić go za wszystkie słowa, które z jej pyska mogłyby jakkolwiek go urazić.
By się nieco odprężyć i przewietrzyć, postanowiła udać się na spacer. Na klanowe tereny zawitała już słoneczna Pora Zielonych Liści, która przyjemnie ogrzewała las, jednocześnie nie męcząc zbytnio Wilczaków. Poszczęściło im się, że na swoich terenach mieli tak dużo cienia. Brukselka nie wyobrażała sobie spacerów w pełnym słońcu; chyba padłaby z przegrzania! Teraz przyszło jej też do głowy, że gdyby nie te wszystkie okrutne zwyczaje, Klan Wilka mógłby być naprawdę pięknym klanem. Na ich terenach nie brakowało rzek, jezior, rozległych lasów i kwiecistych polan. Nie była co prawda pewna, jak wyglądają tereny w innych zakątkach klanów, ale wiedziała, że inni mogliby tylko pomarzyć o takim borze.
Łapy zaniosły wojowniczkę wprost nad granicę z Klanem Burzy. Nie myślała o tym, by spotkać Wełnistą Mszycę, lecz najwyraźniej gdzieś z tyłu głowy i tak kłębiła się nadzieja, że znów się ujrzą. Może medyczka sprzeda Brukselce kilka rad? Była co prawda młodsza i zapewne mniej doświadczona przez życie, ale w końcu jej posada w dużej mierze opierała się na kontakcie z Przodkami. To ona była o nich nauczana już od urodzenia – dla niej byli czymś normalnym, naturalnym. Natomiast liliowa, choć wierzyła w ich słuszność, w tematach ich dotyczących czasem czuła się jak kocię we mgle.

<Wełnista Mszyco? Jesteś tam gdzieś?>

Od Latającej Ryby do Słonecznego Fragmentu

Skutecznie ignorując rozgadane towarzystwo, które od rana rozprawiało o kolejnych dziwactwach w klanie, zdecydowała się opuścić teren obozu. Przedzierając się między gęstwiną trzcin, pozwoliła sobie na odrobinę samouwielbienia, przyglądając się niektórym wykończeniom uzyskanym wskutek jej ciężkiej pracy. Gdy przesuwała się dalej, mimowolnie wychwytywała wśród łodyg miejsca niedorobione, krzywo ułożone. Fragmenty, przy których na pewno nie maczała łap. Inni najwyraźniej nie przykładali się wówczas solidnie do roboty tak jak ona.
Zadrżała lekko, gdy wyszła nad brzeg. Incydent z powodzią był już tylko odległym wspomnieniem, a wraz z nadejściem upałów poziom wody wyraźnie opadł. Teraz nurt był spokojniejszy, niemal leniwy. Jeśli tylko dobrze się zaparła, potrafiła przeprawić się na drugą stronę całkiem sprawnie. A przy takim słońcu wystarczyła chwila, by futro znów było suche i nienaganne.
Korzystała z tej łaskawości natury coraz częściej, wybierając samotne polowania. Nawet po ostatnim spotkaniu z niewidomym kocurem przy granicy Klanu Burzy uznała te okolice za w miarę bezpieczne. Nie była na tyle szybka, by dorwać króliki przemykające z sąsiednich terenów, lecz za to roiło się tam od gryzoni. A to w zupełności jej wystarczało.
Poranny patrol, w którym brała udział, był żałośnie powolny. Z jej potrzebą produktywności nie było mowy, by uznała to za wystarczający wysiłek na cały dzień.
Kolorowa Łąka w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Wysokie trawy mieszały się z plamami kwiatów w dziesiątkach odcieni, tworząc niemal przesadnie barwny krajobraz. Ktoś mógłby powiedzieć, że piękno tkwi w prostocie, ale gdy tylko zerknęła na własne futro, utwierdzała się w przekonaniu, że nic nie dorówna prawdziwej wyjątkowości. Wyróżnianie się z tłumu było przecież znacznie bardziej godne podziwu.
Dziś była jednak ostrożniejsza. Nie zbliżała się do granicy tak jak poprzednio, raczej obserwowała ją uważnie z bezpiecznej odległości. Powtarzała sobie, że tym razem nic jej nie zaskoczy. Z bojowym nastawieniem i siłą, jaką niosły jej łapy, z pewnością poradziłaby sobie z każdym zagrożeniem.
Zresztą skoro Burzacy wysyłali na granicę ślepców, trudno było uznać ich za szczególnie groźnych.
Na moment nawet zapomniała, że przyszła tu polować. Krążyła po łące powoli, z dumnie uniesioną głową, obserwując okolicę. Nie żeby specjalnie kusiła los, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła się ciekawość, czy znów natknie się na dziwacznie pręgowanego kocura. Nie zdążyła wtedy dokładnie przyjrzeć się jego futru, a gdy coś wyglądało choć odrobinę inaczej niż zwykle, trudno było jej przejść obok tego obojętnie.
Na wszelki wypadek zerknęła na siebie, wygładzając sierść krótkim ruchem języka. Nie daj Klanie Gwiazd, by ktoś uznał, że kręci się tu z powodów niegodnych porządnej wojowniczki. W końcu było wręcz przeciwnie — dbała o bezpieczeństwo. W teorii ich wspólne, w praktyce myślała tylko o sobie.
Najpewniej jednak większość kotów o tej porze kryła się w cieniu pod koronami drzew. Ona sama zdecydowanie wolała upał niż jakąkolwiek formę deszczu. Nawet lekka mżawka potrafiła zepsuć jej dzień do tego stopnia, że najchętniej zaszyłaby się w najbliższej suchej norze.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę granicy, znieruchomiała.
Tym razem nie była pusta.
Kremowy kot, wysoki i smukły, dostrzegł ją szybciej, niż by sobie tego życzyła. Jego futro nie wyróżniało się niczym szczególnym, choć uwagę przyciągały dziwnie wykręcone uszy i wyjątkowo puchata kita.
Spięła się odruchowo, lekko nastroszona. Była odważna, ale fakt, że znalazł się tak blisko granicy, mógł świadczyć o złych zamiarach. Może planował podwędzić zwierzynę z ich terenów? Ha. Nie było szans, by przepuściła taką okazję do przegonienia intruza. To byłoby coś, czym mogłaby się później pochwalić przed całym klanem.
Odchrząknęła, czując że to właśnie ten moment, gdy powinna przemówić. Była wystarczająco wysoka i dobrze zbudowana, by obcy od razu zrozumiał, że nie ma do czynienia z byle chucherkiem.
— Szukasz kogoś?
Zamarła.
To nie były jej słowa.
To kocur odezwał się pierwszy, patrząc w jej stronę z zaskakującym spokojem.
— Nie? — wybełkotała, wyraźnie zbita z tropu. — Ja... Po prostu zobaczyłam, że ktoś za bardzo się kręci nie przy swojej granicy, więc postanowiłam zareagować — dodała szybko, odzyskując resztki opanowania.
— Podszedłem, bo uznałem, że masz jakąś sprawę — odparł. — Nie przy swojej? Granica jest tak samo wasza jak i nasza, ale cóż, to nieważne. Najwyraźniej oboje podjęliśmy błędne założenia. Zdarza się.
Jego głos był ciepły, a ton zupełnie pozbawiony wrogości. To ją zmyliło. W swojej wyobraźni była już gotowa na bójkę. Pełna majestatu, nieugięta, przegoniłaby kocura jak najdalej.
— Tak... Nic tu po tobie — zasugerowała w końcu.
Nie mogła odejść pierwsza. Musiała zachować choćby pozory dominacji i przekonać samą siebie, że to ona przepędza przybysza. Nawet jeśli kremowy kocur wcale nie wyglądał, jakby planował przekroczyć granicę.
Stała więc wyprostowana, z wysoko uniesioną głową.
Przynajmniej tak wyglądało to w jej wyobrażeniach.
W rzeczywistości była lekko skulona, napięta i nadzwyczaj czujna. Każdy szmer za jej plecami sprawiał, że ogon drgał niespokojnie. Nie mogła się jednak odwrócić. Nie mogła spuścić go z oczu.
Wróg to wróg. Nawet jeśli się uprzejmie uśmiecha.
Kremowy kocur przez chwilę milczał, jakby rozważał jej słowa. Ogon poruszał się powoli, zamiatając trawy.
— Rozumiem — odezwał się w końcu spokojnie. — Czyli pilnujesz granic.
Uniosła wyżej podbródek. Do czego dążył?
— Oczywiście.
— W samotności?
To pytanie zabrzmiało zbyt niewinnie.
— Ja sama wystarczę, by wytropić każde zagrożenie i je odgonić — odparła szybko. — Nie potrzebuję nikogo więcej do tego.
Kocur skinął głową, jakby przyjmował tę odpowiedź bez zastrzeżeń. Jego spojrzenie na moment przesunęło się po łące, zatrzymując gdzieś za jej plecami.
— W takim razie masz dobry wzrok — stwierdził.
Uszy drgnęły jej lekko, niespokojnie.
— Słucham? — mruknęła, tłamsząc w sobie dozę niepewności. Chodziło o to, że go wypatrzyła? Cóż, to nie było ciężkie, jego kremowa barwa wyróżniała się na tle zieleni.
— Coś się tam rusza — powiedział nagle.
Latająca Ryba poczuła, jak po jej grzbiecie przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Przez krótką chwilę walczyła z chęcią obejrzenia się za siebie. To byłby błąd. Pokazałaby słabość.
— Próbujesz mnie rozproszyć? — prychnęła.
— Gdybym próbował, zrobiłbym to trochę subtelniej.
Trawy zaszeleściły. Cicho, ale wyraźnie, a to wystarczyło, by cała zesztywniała.
Kremowy wojownik nie ruszył się ani o krok. Nadal patrzył w jej stronę. Spokojnie, niemal z zaciekawieniem.
— Jeśli to coś z twojej strony granicy — powiedział łagodnie — to chyba twój problem.
Na moment zapadła cisza. A potem w wysokiej trawie znów coś poruszyło się ciężko. Wysokie źdźbła zaszeleściły jeszcze raz, tym razem głośniej.
Ogon Ryby nastroszył się niemal natychmiast, a mięśnie napięły do skoku, choć sama nie była pewna, czy zamierza walczyć, czy raczej rzucić się do ucieczki.
Z wysokiej zieleni wyrwał się... zając.
Długouchy przemknął tuż obok niej, niemal ocierając się o jej łapę, po czym pomknął dalej przez łąkę, jakby cała sytuacja w ogóle go nie obchodziła.
Podskoczyła gwałtownie, a z jej pyska uciekł zduszony okrzyk.
Przez ułamek chwili stała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami i nastroszoną sierścią, patrząc w ślad za uciekającym zwierzęciem. Dopiero gdy cisza zagościła na dobre, powoli się wyprostowała.
Niestety miała nieprzyjemne przeczucie, że kremowy kocur widział wszystko.
Otrzepała łapę z przesadną starannością, jakby to, jak teraz wygląda, było najważniejszą sprawą na świecie.
— No... — mruknęła w końcu, starając się nadać głosowi choć odrobinę godności. — Najwyraźniej uznał, że nie warto ze mną zadzierać. Taka sugestia dla ciebie.
Zając był już dawno poza zasięgiem wzroku, a ona stała jeszcze chwilę, czując jak jej własna duma powoli zwija się gdzieś w środku. Najchętniej odwróciłaby się i odeszła, ale to oznaczałoby przyznanie się do porażki. A na to absolutnie nie mogła sobie pozwolić.
Uniosła więc podbródek i wskazała ogonem w stronę granicy.
— No dobrze — rzuciła chłodno. — Skoro już widzę, że wszystko jest tu bezpieczne, to możesz sobie iść.
Stała w miejscu, sztywna jak patyk, pewna tego, że nie ma najmniejszego zamiaru odejść pierwsza.

<Słońce?>

Od Księżycka (Księżycowej Łapy)

Wieczór dzień przed mianowaniem

Biały kocurek biegał właśnie za motylem, gdy zauważył stojącego obok kocura. Zatrzymał się nagle przed nim, uderzając w jego klatkę piersiową. Liliowy spojrzał w dół na kociaka i westchnął.
— Zabieram cię na noc w lesie. Pamiętasz? — miauknął po chwili, odsuwając się od Księżycka. — Mama ci o tym nie wspominała? — zapytał po chwili, a gdy zauważył zmrużone oczy niebieskookiego, prychnął cicho.
— Coś wspominała? Nie wiem, nie słuchałem! — miauknął, z uśmiechem na pyszczku, a następnie złapał w pyszczek gałązkę, która leżała nieopodal.
— Nieważne. Chodź — miauknął, kręcąc głową niedowierzającą. — Najlepszy wojownik to z ciebie raczej nie będzie — stwierdził kocur, gdy wychodzili właśnie poza wyjście z obozu.
— Mam spędzić całą noc gdzieś tu? — zapytał, marszcząc brwi. — A jak będzie chciał mnie zjeść wilk? — zapytał, kierując swoje ogromne oczy na pręgowanego.
— Za dużo gadasz. Wtedy przynajmniej będziemy wiedzieć, że byłeś smaczny — odmruknął, a jego pysk mówił tylko jedno: “Proszę, zamknij się już”.
Czy to znaczyło, że Księżycek przestał gadać? Oczywiście, że nie. Pięknooki nie rozumiał komunikatów poprzez gesty czy mimikę. To nie tak, że był głupi. Po prostu czasem nie rozumiał.
— A to w ogóle bezpieczne? — zapytał, zatrzymując się.
— Nie, a teraz idź dalej i przestań już gadać — odparł kocur, najwyraźniej mający już szczerze dość. — Naucz się być cicho, bo inaczej te wilki cię zjedzą — dodał jeszcze, żeby biały w końcu zaczął być cicho.
Księżyckowi oczywiście zakręciła się łezka w oku. Gdyby nie był odrobinę emocjonalny, nie byłby w końcu sobą.
— Dobrze, przepraszam — wymamrotał tylko, starając się przełknąć gulę w gardle
Opuścił głowę w dół i zaczął chodzić bardziej nierówno jakby nerwowo. Stąpał powoli, a gałązki łamały się pod jego łapkami. Na jego nos spadł listek, więc zamachnął się głową, przez przypadek uderzając jednym ze swoich pędzelków Sowi Zmierzch.
— Mam dość — mruknął. — Miałem iść z tobą aż do Potwornej Przełęczy, ale zostajesz tu, na Czarnych Gniazdach. Żegnam — burknął i odszedł w stronę obozu.
Księżycek spojrzał w górę, szukając niewielkiej przestrzeni do obserwacji powoli ciemniejącego nieba. Przysiadł bezczynnie na środku, tylko co jakiś czas się rozglądając. Nagle usłyszał jakiś cichy dźwięk dochodzący z krzaków. Miał ochotę odskoczyć, ale zwierzę, które siedziało w ukryciu, musiało być naprawdę niewielkie. Ustawił się w pozycji, której nauczył go wojownik Kamyk i skończył na zwierzę. Działał jednak odrobinę zbyt chaotycznie i do tego stał pod wiatr, więc zwierzyna ostatecznie uciekła, a Księżycek wylądował z pyszczkiem w ściółce leśnej. Potarł nos łapą i przylizał swoją pierś. Nawet nie zauważył, gdy ciemność rozeszła się na tyle, że nie był w stanie zauważyć dalszego krajobrazu. Podszedł do jednego z drzew i spojrzał w górę. Miał nadzieję, że uda mu się wspiąć na jedną z gałęzi i przespać tam noc, jednak trochę się przeliczył. Najwidoczniej będzie musiał przećwiczyć to ze swoim mentorem, gdy już będzie uczniem, bo gdy wspiął się zaledwie pół metra, jego łapy odmówiły posłuszeństwa i spadł na ziemię. Pisnął cicho przez ból czterech liter, a jego wielkie oczy teraz stały się odrobinę szklane. Gdy już się uspokoił, zaczął się rozglądać za nową kryjówką. Szybko znalazł niewielki krzak, pod który z pewnością mógł wyjść i się ukryć. Jego białe futro z pewnością odznaczało się na tle lasu, co mogło sprowadzić na niego drapieżniki, ale siedział tak cicho i tak skulony, że możnaby pomyśleć, iż był tam od początku. Ułożył się na tyle wygodnie, na ile pozwalały mu to krzaki, schował puchaty ogonek pod siebie i dosyć szybko zasnął.

W dniu mianowania

Biały kocurek nadstawił jedno z uszu. Otworzył powoli niebieskie oczy, dopiero po chwili orientując się, gdzie właściwie się znajdował. Hałas nieopodal sugerował mu, że coś się zbliża. Głośniejszy tupot mówił mu także że mogło to być nadchodzące niebezpieczeństwo. Wyskoczył z krzaków i zaczął się rozglądać. Zjeżył białe futro, żeby wyglądać na odrobinę bardziej przerażającego, lecz przy jego ogromnych, niebieskich oczach, długaśnych pędzelkach oraz nieco dziwnej grzyweczce, wyglądał co najwyżej komicznie. Gdy zauważył w końcu drapieżnika, prędko odkrył, że to po prostu kot. Podbiegł do niego i przywitał się skinięciem pyszczka.
— Przeżyłem! I nie uciekłem do obozu! — miauknął radośnie, a mina, którą przybrał jego pyszczek, była chyba największym widzianym kotom wyszczerzem. Prędko rozpoznał w wojowniku kotkę, z którą rozmawiał kilka księżyców temu.
— Pani Maczek! — zawołał po chwili, widząc rudy pyszczek. Uśmiechnął się szeroko i machnął lekko puszystym ogonkiem.
Kotka uśmiechnęła się tylko, kiwając lekko głową.

***

Księżycek pobiegł do żłobka, rozglądając się za Jaskółczym Zielem. Szybko uświadomił sobie, że jego mamy już tam nie było. Zagrzebał nerwowo łapką w ziemi. Zdecydował się sam wymyć swoje futerko, przygotowując się swojej ceremonii. W ten sposób miał śmiesznie wyliczane na różne strony futro. Niekoniecznie potrafił myć je sam. Uznał jednak, że nauczy się wkrótce. Już po chwili zauważył liderkę Klanu Wilka wychodzącą ze swojego legowiska. Brązowe oczy kotki wydawały się Księżyckowi przerażające. Gdy spotkały się z tymi jego, zdawało się, że wyrażały one pogardę. Biały kocurek nie mógł być tego pewien, ale prawdopodobnie uważała, że był słaby. Zmrużył lekko oczy i nabrał powietrza w płuca, usiłując uspokoić drżące łapy. Nie naprawiało to jednak faktu, że jego zęby odrobinę szczękały. Starał się z całych sił nie okazywać strachu, ale emocje targające jego przerażonym serduszkiem mu na to nie pozwalały. Gdy usłyszał zwoływanie klanu, podszedł bliżej. Miał szczerą nadzieję, że przytrafi mu się dobry mentor, który nauczy go wszystkiego, co powinien wiedzieć. Szylkretowa kotka poprosiła niebieskookiego o podejście nieco bliżej.
— Księżycku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą — zaczęła Zalotna Gwiazda, wpatrując się w białe kocię. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać… Księżycowa Łapa. Twoim mentorem będzie Kocimiętkowy Wir. Mam nadzieję, że Kocimiętkowy Wir przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, odwracając się w stronę mentorki, którą postanowiła dać potomkowi Jaskółczego Ziela. Księżycek widząc rude futro i piękne zielone oczy uśmiechnął się lekko. “Wygląda niemal kropka w kropkę jak pani Maczek! Może będzie równie przyjazna? A może są siostrzyczkami?” pomyślał, a jedno z jego uszu zatrzepotał radośnie, sprawiając, że pędzelek prawie uderzył Zalotną Gwiazdę w nos. Kotka spojrzała tylko na niego ni to pobłażliwym, ni to rozeźlonym wzrokiem. Odwróciła ponownie głowę w stronę pręguski.
— Kocimiętkowy Wirze, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki, Lodowego Omenu doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją siłę i upartość. Będziesz mentorką Księżycowej Łapy. Mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — miauknęła, a następnie przymknęła oczy, najwyraźniej zastanawiając się jeszcze chwilę czy to, aby na pewno dobra decyzja.
Zalotka stała jeszcze chwilę, a następnie odwróciła się, kierując się w stronę swojego legowiska. Ksieżycek, a może raczej Księżycowa Łapa, bo tak teraz brzmiało jego imię, słuchał wiwatów. Nowe imię było podobne do poprzedniego i zdaniem ucznia równie piękne. Uniósł pyszczek, było widać jak bardzo bym dumny. Opuścił go, aby poszukać wzrokiem swojej matki, ale nigdzie nie mógł jej dostrzec. Gdy wykrzykiwanie jego imienia się skończyło, od razu poszedł szukać Kocimiętkowego Wiru. W końcu musiał kiedyś odczepić się od Jaskółczego Ziela…

[1122 słowa]

Od Dryfującej Łapy (Dryfującej Gałęzatki)

Niebieski kocur stał niedaleko od wyjścia już przygotowany na kolejny dzień treningów. Po ostatnich burach od nowej mentorki, a także po wcześniejszej karze na jedzonko w końcu postanowił trochę zmądrzeć. Dlatego, zamiast wegetować jak zawsze o tej porze, postanowił raz zrobić coś pożytecznego i wstał nieco wcześniej. Widząc szylkretowe futro, uśmiechnęła się nieznacznie.
— Witaj Wężynowy Splocie! Czym zamierzasz mnie dziś katować? — zapytał ironicznie, szczerząc się głupio.
Kotka skrzywiła się nieznacznie.
— Jesteś już na to za stary Dryfująca Łapo. Weź się za siebie. Idziesz na polowanie. Sam — prychnęła kotka.
— Czyżby to już pora mojej śmierci? Czy to wkrótce będzie moja ceremonia? — uśmiechnęło się szeroko, przechylając irytująca głowę w bok.
— Ucisz się już. Od tego twojego gadania zaraz będę musiała odwiedzić legowisko medyków — miauknęła, jeżąc odrobinę futro. — Po prostu przestań się odzywać nieproszony — dodała, liżąc swoje futro na piersi.
Pręgus kiwnął tylko głową i pożegnał się z kotką, kierując się w stronę Brzozowego Zagajnika. Tak złapało mysz oraz całkiem pokaźnej wielkości wiewiórkę. Uznając to za całkiem atrakcyjne pożywienie, zabrał je ze sobą z powrotem do obozu, gdzie po chwili przywitała go Wężynowy Splot.
— Nie będę się z tobą już więcej użerać. Dziś twoje mianowanie. Mandarynkowa Gwiazda sama stwierdziła, że nie będzie już dłużej trzymać cię jako leniwego ucznia — miauknęła kotka, jak zwykle wbijając swojemu uczniowi gdzieś jakąś szpilę. — Teraz za to będziesz mógł być leniwym wojownikiem. Awans — dodała, cicho się śmiejąc.
Dryfująca Łapa spojrzała w stronę srebrnego futra wychodzącego z legowiska przywódcy.
Gdy była już na swoim miejscu, niebieski podszedł bliżej, witając się drobnym skinięciem głowy.
“Nie zabawię tu na długo, ale przynajmniej zostałam wojownikiem” pomyślał rozbawiony.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika.
Dryfująca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — miauknęła kotka, kierując swój pysk w stronę złotookiego.
— Przysięgam — miauknęło nerwowo.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Dryfująca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Dryfująca Gałęzatka. Klan Gwiazdy ceni twoją empatię i siłę oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — mruknęła, dotykając pyskiem głowy kota. Niebieski dosyć szybko dotknął barku kotki, gdyż strasznie nie podobało się jeno czyjś dotyk. Wzdrygnęło się lekko, ale już po chwili było uśmiechnięte. Samo wyszło przed wyjście, gdzie przez całą noc pilnowało obozu.

[390 słów]

13 marca 2026

Nowy samotnik!

 


Od Króliczej Prawdy CD. Oszronionej Łapy

Zając posłał nowoprzybyłej parze przepraszający uśmiech.
— Ustalaliśmy dokładne zasady naszych podwójnych treningów.
— Tak, tak, to dość niecodzienny wybór — zgodził się Królik. — Ja i Oszroniona Łapa chcieliśmy pogratulować za to temu oto uczniowi. — Spojrzał na syna z taką samą dumą, jaką wcześniej obdarzył córkę. Strzępek skinął w podzięce.
— Dali ci takie imię, że nie umiem go powiedzieć — przyznała nagle Oszroniona Łapa. — Czemu, tak w ogóle...? — Tutaj spojrzała na ojca, a potem na wuja. — Czemu kotom zmieniają imiona? Moje jest takie szame... Inne, ale takie szame…
Królicza Prawda na moment jakby odciął się od rzeczywistości. W zmianie imion miał większe doświadczenie, niż mogłoby się Szronce wydawać. Niestety nie dało się wymazać tamtej fazy z istnienia, więc imię Niesforna Łapa wisiało nad kremowym kocurem jak złowrogi cień, przypominając mu o wszystkich błędach, jakie popełnił.
— Wiesz… niektórym kotom czasem zmieniają imiona przez to, że zrobiły coś złego — odparł po chwili i zamrugał kilkakrotnie, jakby odzyskiwał świadomość.
— Ale Sztrzępek nie zrobił nic złego, nie? — wypomniała mu kotka.
— Och… masz rację — mruknął wojownik, poruszając nerwowo kikutem. — W takim razie nie wiem… Może Judaszowcowa Gwiazda stwierdził, że imię Zszarzała Łapa bardziej do niego pasuje. Być może jako wojownik twój brat będzie nazywał się Zszarzałym Strzępkiem — wyjaśnił, próbując zachować spokój.
Nie będzie się przecież przyznawał do tego, że kilkanaście księżyców temu dopuścił się czegoś tak okropnego, jak ucieczka z rodzimego klanu, który był dla niego wszystkim. Nie chciał dawać Oszronionej Łapie żadnych niewłaściwych pomysłów.
Pointka zmrużyła oczy, jakby trochę podejrzliwie.
“Kiedyś im opowiem. Tak. Kiedyś na pewno…” – pomyślał Królik. Nie chciał teraz opowiadać o swoich przeżyciach, ale wiedział, że kiedyś z całą pewnością przyjdzie na to czas. Nie może tego ukrywać do końca życia, choć bardzo by chciał, żeby było to możliwe. Wolał jednak sam się przyznać, niż żeby te kocięta usłyszały o jego ucieczce od kogoś obcego.

* * *

Pasterzowa Łapa w końcu został wojownikiem, zyskując tym samym imię Czujny Pasterz. Judaszowcowa Gwiazda był już u schyłku swojego życia, co oznaczało, że niedługo to Pikująca Jaskółka – matka Królika – obejmie władzę w klanie.
Czy kremowa miała już wybranego zastępcę? Czy byłaby w stanie wybrać własnego syna na swoją prawą łapę? Jeśli tak, to czy zostałby nią Królicza Prawda, czy Trójoki Zając? Ciężko było stwierdzić, komu Jaskółka ufała bardziej. A może tak naprawdę nie wybierze żadnego z synów, by nikt nie podejrzewał, że któregoś z nich faworyzuje? Tego nie wiedział nawet sam Klan Gwiazdy, co przyprawiało Królika o dreszczyk ekscytacji. Czekoladowy przywódca mógł się przekręcić w każdym momencie, a wtedy życie wszystkich Klifiaków całkowicie się zmieni. Kremowy bardzo ufał swojej matce, więc zakładał, że dobrze poradzi sobie na tak wysokim stanowisku. Bez wątpienia przyniesie Klanowi Klifu chwałę i dumę, honorowo reprezentując go na zgromadzeniach.
Niedawno w klanie zmarła też jedna z wojowniczek – Pietruszkowa Błyskawica. Bursztynowooki nie znał jej zbyt dobrze. Jedyne, co o niej wiedział, to to, że była jak matka dla Przepiórczej Wichury, Kukułczego Wdzięku i Gołębiego Puchu. Jedna z tych kotek skradła serce Trójokiego Zająca, więc chcąc nie chcąc Królik musiał ją chociaż kojarzyć. Nie przepadał jednak za nią, a ona nie przepadała za nim. Mimo to kremus starał się ją tolerować, by zielonookiemu nie było przykro. Wiedział, jak wiele dla niego znaczyła Kukułka i jak długo już był w niej zakochany.
To dziwne, że ich związek jeszcze nie jest oficjalny. Najwyraźniej żadne z nich nie ma na tyle odwagi, by wyznać drugiemu miłość. A może po prostu szylkretka nie podziela uczuć pręgowanego wojownika?
Królik zdał sobie sprawę z tego, że już od jakiegoś czasu jego rozmowy z bratem ograniczały się raczej do kilku krótkich zdań. Może jednak powinni wyjść razem na spacer jak za dawnych czasów? Mogliby porozmawiać szczerze i powymieniać się nowinkami. Tęsknił za tamtymi dniami. A szczególnie za tymi sprzed ucieczki, gdy wszystko wydawało się jeszcze takie spokojne i ustatkowane. Przynajmniej w większości, bo Królik i tak od początku nie miał zbyt zwyczajnego życia…
Jego ciocia zmarła, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Nie pamiętał już o niej zbyt wiele, lecz gdzieś z tyłu głowy wciąż tkwiło wspomnienie chwili, gdy Pikująca Jaskółka przyszła im ogłosić, że Siewczy Letarg już do nich nie wróci. Pamiętał też, że przez pewien czas bardzo zależało mu na odkryciu prawdziwej przyczyny zniknięcia szylkretki. Jednak dni mijały, a on coraz bardziej tracił motywację, by kontynuować to śledztwo. Ostatecznie skończyło się więc na niczym.
Teraz kremowy obserwował, jak Oszroniona Łapa, Zszarzała Łapa, Trójoki Zając i Bukowa Korona wracają ze wspólnego patrolu. Te wszystkie koty… były mu tak znajome. Czuł się trochę dziwnie z faktem, że nie należał do ich treningowej “grupki”. Ale przecież był ojcem tych kociąt, a wcześniej miał za ucznia Pasterza, więc tak czy inaczej, nie mógł zostać mentorem któregoś z nich. Miał tylko nadzieję, że dobrze radzili sobie na treningach i nie sprawiali zbyt wielu problemów.
Właściwie postanowił nawet podejść do czwórki kotów i się z nimi przywitać.
— Hej, hej! — mruknął, zagradzając im drogę. — Jak było na treningu? — zwrócił się do swoich latorośli. — Czuję, że wasza ceremonia jest już tuż za rogiem! — stwierdził, uśmiechając się pokrzepiająco do Szronki i Strzępka.
Mieli już niemal dwanaście księżyców, a także zapewne niemałą wiedzę na temat walki i polowań! Oby tylko Judaszowiec nie zapomniał o tym, że wciąż ma obowiązki do wykonania – tak jak chyba zapomniał, że Strzępek mógłby zostać Postrzępioną Łapą, a nie Zszarzałą Łapą… Co będzie, jeśli kocur nie zostanie Zszarzałym Strzępkiem? Co, jeśli zostanie nazwany… Zszarzałym Nosem. Na Klan Gwiazdy! Czekoladowy naprawdę powinien już przejść do starszyzny.
— W takim razie dobrze czujesz — odezwał się Bukowa Korona, spoglądając na Króliczą Prawdę spod przymrużonych powiek. — Szkolę twojego dzieciaka bardzo starannie. Nie ma wątpliwości, że pod moim okiem stanie się najlepszym wojownikiem Klanu Klifu. Zaraz po mnie, oczywiście — kontynuował.
Kremus zaczął się zastanawiać, czy Buk bardziej wychwalał siebie, czy Zszarzałą Łapę. Z początku zdawali się nie przepadać za sobą, lecz teraz? Chyba zaczęli się dogadywać – co zresztą bursztynowookiego bardzo cieszyło.
— No pewnie… — odparł pręgowany, śmiejąc się pod nosem. — Bardzo doceniam starania każdego z was. Może uczcimy je jakimś skromnym polowaniem? Chciałbym zobaczyć, co już potrafią ci młodzi uczniowie — zaproponował, znów zwracając wzrok w stronę swoich dzieci.

<Córko?>

Od Szkwalnej Łapy do Zwiewnego Maku

Usłyszał od Mewiego Puchu, że dziś pójdą do Kolorowej Łąki zobaczyć granicę z Klanem Burzy i Klanem Klifu, a przy okazji nauczą się wspinać po drzewach. Podróż miała trochę zająć, więc możliwe, że będą mieli kilka postojów. Było popołudnie, sądził, że wyruszą rano, ale Mewi Puch wolał tę porę, więc nie było co dyskutować. Podczas gdy był w obozie, to nie został bez jakichś zajęć, musiał od rana wymieniać posłania w legowisku uczniów i je czyścić, zajęło mu to dosyć sporo czasu. Musiał wymienić jedenastu uczniom posłania po kolei i osobno czyścić, czy część z nich mogłaby się już mianować? Kto normalny w wieku 20 księżyców jeszcze siedzi w legowisku uczniów? Konwaliowa Mielizna ma tyle prawie, a jest już wojownikiem. Gdyby inni też by już się bardziej postarali, miałby mniej sprzątania. Na szczęście jednak już skończył na ostatnim posłaniu, czyli swoim, więc mógł tylko się zameldować do Mewiego Puchu.

***

Szkwalna Łapa podszedł do Mewiego Puchu, który wylegiwał się akurat przy stosie ze zwierzyną. Zrobił to na tyle blisko, że jego cień zasłaniał brzuch mentora.
– To pójdziemy teraz na granice? Już posprzątałem legowisko uczniów, jak mi kazałeś – czarny dymno-biały kocur spojrzał na niego z przymrużonymi oczami.
– Co do mnie mówiłeś, Szkwalna Łapo? – wojownik zapytał. Czy on był głuchy, czy coś? Przecież nie powiedział tego pytania cicho, a nie lubił się powtarzać.
– Obiecałeś, że gdy posprzątam legowiska uczniów, to pójdziemy na granice! – już głośniej mu przypomniał, co wcześniej chciał mu przekazać. Miał nadzieję, że jego mentor nie zapomniał o tym, że mieli dzisiaj iść. Inaczej by czuł się źle, że Mewi Puch jako kot bliski z rodem królewskim nie chce mu poświęcić czasu. Choć gdyby tak było, to może dlatego, że na pierwszym treningu zbabrał pływanie?
– A, no tak! Mam krótką pamięć, ale nie martw się, zabiorę cię nawet teraz – wojownik wstał i poszedł do wyjścia, a Szkwalna Łapa w podskokach pognał za swym mentorem, bardzo się cieszył, że wyjdzie z obozu.

***

Przepłynięcie z wysepki na wysepkę już nie było trudniejsze niż poprzednio. Dzięki temu, że regularnie pływał, to potrafił pokonać każde dystanse, po te krótsze, jak i dłuższe. Szkwalna Łapa był pewny, że skoro pływanie mu dobrze poszło, to wspinaczka też mu pójdzie bez większych problemów. Mewi Puch już stał na brzegu, czekając tylko na niego, Szkwał szybko przepłynął dłuższy dystans, dołączając do mentora. Gdy byli w komplecie, poszli w stronę lasu.

***

Weszli w głąb boru, Szkwalna Łapa nigdy nie widział tyle drzew w jednym miejscu. Sądził, że rosną pojedynczo, jak to drzewo w ich obozie, w którym Mandarynkowa Gwiazda miała swoje legowisko. Czuł się tak ciasno w otoczeniu lasu, był przyzwyczajony do gołej przestrzeni bez drzew składającej się z wysp wokół obozu. Zastanawiał się tylko teraz na które drzewo się wspiąć? Wszystkie wydawały się dosyć wysokie, zbyt wysokie...
– Możemy się tu na chwilę zatrzymać. Tymczasem spróbuję cię nauczyć wspinaczki na tym drzewie – Mewi Puch pokazał mu gruby dąb. – Zrobimy tak, że może wespniesz się na najbliższą gałąź, wystarczy, że będziesz używać pazurów, by nie spaść. Będę patrzało – wojownik usiadł sobie, a Szkwalna Łapa zastanawiał się, jak ugryźć temat. Drzewo było dość szerokie, więc chyba nie mogło być źle. Niebiesko-biały kocur chwycił za drzewo i zaczął się powoli wspinać. Niby wszystko szło gładko, ale uczucie kory, która dotykała jego poduszek, była dziwna, taka łaskocząca lekko, a niby taka nieprzyjemna, przez to kocurowi średnio podobało się. Czuł lekki dyskomfort, ale nadal się wspinał. Był tak w połowie drogi na tą gałąź, spojrzał w dół na swego mentora czy patrzy i się przeraził. Nie wyobrażał sobie, że tak wyglądało bycie wysoko nad powierzchnią ziemi. Teraz zupełnie nie chciał się wspinać dalej, bał się, że spadnie, dodatkowo wizja, że będzie wyżej, bardziej go przerażała, niż cieszyła. Musiał coś wymyślić, żeby się wymigać. Nie był w stanie wspiąć się na tą najwyższą gałąź. Chociaż patrząc na mentora, zauważył, że... ganiał motyle? Na serio? On chyba miał nawet więcej księżycy, niż jego ojciec, a zajmował się motylami? Szkwalna Łapa chciał się śmiać, ale przypomniał sobie, że gdyby się zaśmiał, to by spadł, więc się powstrzymał. Grupa motyli, którą ganiał wojownik, akurat się rozdzieliła, choć jeden siedział na korze jednego z drzew, a czarny dymny kocur nie odrywał od niej wzroku. Wtedy terminator wpadł na sprytny pomysł.
– Mewi Puchu, pomożesz mi? Akurat wspiąłem się na gałąź i chciałem zejść, ale jestem w połowie i już mi się kręci w głowie! – wcale nie schodził na dół po wspinaczce z gałęzi, nawet jej nie dotknął, ale Mewi Puch nie patrzył, więc skąd miał to wiedzieć? Dzięki temu Szkwalna Łapa mógł się wymignąć już od niepotrzebnej wspinaczki. Mentor na chwilę oderwał uwagę od motyla, słuchając swego ucznia.
– Jasne, już ci pomogom – Mewa szybko podszedł do drzewa, łapiąc Szkwała, następnie już niebieski kocur był na ziemi.
– Dziękuję, Mewi Puchu, to teraz możemy iść dalej? – skoro się w teorii wspiął, to chyba mogli sobie odpuścić, co nie? Granice brzmiały już ciekawiej niż kolejna wspinaczka na drzewo. Może nawet by spotkał jakiegoś Klifiaka lub Burzaka?
– Wspiąłeś się na gałąź, więc możemy uznać, że masz już zaliczoną wspinaczkę. Możemy zatem ruszyć dalej – odparł jego mentor, po czym zaczęli iść przez las. Minęli przy okazji jakiś charakterystyczny kamień dla tego miejsca. Im dalej szedł z mentorem, tym bardziej widział, że przebija się duża ilość światła przez drzewa. To znaczyło, że powoli wychodzili z tego lasu.

***

Byli na terenach, które się różniły od lasów i wysepek otoczonych wodą, tym razem widział nagi teren. Było tu doskonale widać z daleka piaszczyste plaże z morzem. Idąc z Mewim Puchem, zauważył oprócz tego obszar, który składał się z wielu kolorowych kwiatów.
– To ta Kolorowa Łąka, gdzie są blisko granice Klanu Klifu i Klanu Burzy? – spytał Szkwalna Łapa.
– Tak, to tutaj, przejdziemy przez nią, by obejrzeć granicę, a następnie wrócimy do obozu – kocury weszły w kwiatowisko, kwiaty wyglądały lepiej z bliska niż z daleka. Było tu dużo maków, stokrotek, mleczy i innych wszelakich kwiatów, Szkwała jednak zainteresowały żółte intensywne kwiaty, nie wiedział co to za rodzaj, ale zrobił postój i urwał trzy kwiaty i dał je za lewe ucho. Podobały mu się, pasowały do jego pięknego długiego niebieskiego futra. Czuł się tak męski, kwiaty w jego futrze nie przyciemniły jego bycia samcem. Tak się dumając, zauważył, że zgubił Mewi Puch. Rozejrzał się, po czym zauważył, że wśród kwiatów wystaje czarny kot, to był jego mentor. Podbiegł do niego, by się nie zgubić. Z kwiecistej łąki zbliżyli się już do plaży. Uczeń czuł jakby promienie słońca miały go spiec na wiór, jego długie futro też nie pomagało mu w schłodzeniu się. Chciał tak bardzo wejść do tego morza, tak się dusił przez tę duchotę w powietrzu, akurat widział jakieś wielkie głazy, na których mógł odpocząć, ale Mewi Puch zagrodził mu drogę.
– Nie możemy już iść dalej, jesteśmy przy granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy. Różnica jest taka, że tam, gdzie są przy brzegu większe kamienie i dostęp do morza, to tam jest granica Klanu Klifu, natomiast dłuższy odcinek z samym piaskiem to już granica z Klanem Burzy – ta różnica, można powiedzieć, była diametralna, Klan Klifu miał mały skrawek granicy, a tymczasem Klan Burzy miał długą granicę z nimi, ale nie miał dostępu do morza. Skoro już wiedział, czym się to różni, to chciał być już w wodzie!
– Mewi Puchu, skoro już znam różnicę między granicami dwóch klanów, to czy mogę iść do wody? Jest mi ciepło! – Wody! WODY! On już nie mógł znieść tej tułaczki bez kąpieli.
– Oczywiście, możesz nawet tu przez chwilę być, a ja coś dla nas upoluje, bo trochę mi to zajmie – nie dość, że będzie pływał w morzu, to jeszcze dostanie darmową wyżerkę! Nie mogło już być lepiej. Wszedł do morza, a Mewi Puch zniknął, idąc w stronę Kolorowej Łąki. Szkwalna Łapa, będąc w słonej wodzie, poczuł się lepiej, była ona dosyć ciepła, ale chodząca, był tak blisko granicy z Klanem Klifu, zastanawiał się, czy jak zostanie wojownikiem, to będzie tu przychodził częściej. Było tu tak spokojnie i przyjemnie.
Od kiedy nie było Mewiego Puchu, cieszył się, że może się sam nacieszyć tym morzem, tylko ciekawe czy kogoś nie spotka przy granicy. Fajnie by było, bo chciał poznać jakichś uczniów z Klanu Klifu, wtedy mogliby wspólnie spotykać się i spędzać wspaniale czas, poza treningami. Na chwilę otrzepał się z wody i podszedł bliżej granicy, by się przyjrzeć terenom Klanu Klifu. Niestety nikt nie przyszedł, tak jak chciał, była tylko pusta i głucha cisza. Szkoda, że zapowiadało się na to, że nikogo nie spotka. Przynajmniej tak to wyglądało. Poszedł więc na granicę z Klanem Burzy popatrzeć z daleka na te dziwnie długie kamienie, które mieli na swoich terenach ci Burzacy. Słyszał, że Burzacy to stan umysłu, ciekawe czy to była prawda?
Nagle zauważył o dwie długości lisa od granicy czarną kotkę, która polowała na królika, była to chyba Burzaczka. Zobaczył, że jej oczy zwęziły się w szparki, gdy go ujrzała, więc podeszła do granicy Klanu Nocy z Klanem Burzy.
– Czego szukasz tak blisko terytorium Klanu Burzy? – zapytała kotka, podchodząc bliżej ucznia. Szkwalna Łapa nie rozumiał oburzenia tej wojowniczki, niby po co?
– Poznaje granicę z moim mentorem, ale akurat go aktualnie nie ma przy mnie, bo poszedł gdzieś – podał fakty, najwyżej jak kotka będzie chciała się na niego rzucić, to on jej odda, bo jakby po co się uczy na wojownika? By wymiękać? Już jej pokaże.
– No dobra... ale jeśli nie znikniesz stąd niedługo, to spodziewaj się... już sam wiesz czego. Miłego dnia... chyba – czarna kotka po tym wzięła królika, po czym sobie poszła. Em... Okej? To było dosyć dziwne, bardzo dziwne, nie spodziewał się tego.
– To na razie, cokolwiek miało to znaczyć – odszedł od granicy z Klanu Burzy, ci Burzacy naprawdę mają nie po kolei w łbach. Jak dobrze, że już sobie poszła, zadziałała mu tylko niepotrzebnie na nerwy. Ponownie wszedł do morza popływać, starając się zapomnieć o tej dziwaczce.

***

Mewi Puch przyszedł z dwoma myszami, Szkwalna Łapa, widząc go, podpłynął do niego. Następnie usiedli w piasku, dzieląc się zwierzyną.
– Spotkałem dziwną wojowniczkę na granicy – opowiedział Szkwał, prawie kończąc mysz. Mewi Puch wziął tylko kilka gryzów.
– Czemu dziwną? – wojownik był ciekawy, wydawało się, że się przejął tym, co powiedział niebieski kocur.
– Była cała czarna z białą plamą na klatce piersiowej i miała biel na łapach, dodatkowo miała niebieskie oczy. Groziła mi, że jak się nie wyniosę, to mam się czegoś spodziewać. Nie powiedziała nawet czego, to było naprawdę nietypowe zachowanie – aż przypominał sobie, jak na niego warczała, na zgniłą rybę! Dobrze, że nie była ruda, bo by go zapewne rozszarpała.
– To okropne… Dobrze, że dała ci spokój. To teraz skoro już zjedliśmy, możemy wrócić do obozu – czarny wojownik wstał, po czym dał znać ogonem, że powinni iść. Szkwalna Łapa tylko obrócił się w stronę granicy z Klanem Burzy i poszedł w stronę obozu.

<Burzaczko?>

[Umiejętność – Pływanie + Wspinaczka po drzewach]

[1776 Słów]

Od Wzorzystej Dali CD. Płomiennego Serca

Zastanowiła się głęboko. Czy to możliwe, żeby Psotny Nietoperz jej się podobała? Nie. Na pewno nie! Przecież wtedy nie byłaby o nią nigdy zazdrosna. Psotka jest po prostu fajną kotką. Taką, jaką ona chciałaby być.
– Ja nie wiem… Ona mi się chyba nie podoba…
Ruda nie kwestionowała tego. Po prostu uśmiechnęła się ciepło.
– To nie jest takie łatwe. Kiedyś zrozumiesz, o kogo konkretnie chodzi. Po prostu potrzebujesz czasu.

***

– Wzorek! Jak ty to robisz, że ta grzywka jest taka falowana? – zapytała Drobne Ukojenie. Na to wojowniczka wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Tak jakoś wyszło.
To wywołało chichot wśród zgromadzonych kotek.
– Chcesz powiedzieć, że to jest naturalne? – dopytała inna.
– Najwyraźniej tak.
– Dobra, skoro Wzorek tak bardzo chce zachować sposób na falowaną grzywkę dla siebie – zażartowała Psotny Nietoperz. – To może porozmawiamy o czymś innym?
Większość przyjaciółek od razu się zgodziła. Nie było sensu wypytywać byłej pieszczoszki o coś, czego nie wiedziała, lub czym nie chciała się podzielić.
– W takim razie, jaki temat proponujesz?
– Może być o kocurach, jak chcesz. Chętnie posłuchamy o twoich randkach – uśmiechnęła się Nietoperz. Wzorek, która nie brała udziału w tej konkretnej wymianie zdań, poczuła się nagle nieswojo. Czuła, jakby jej żołądek zwinął się w kłębek. Nagle straciła całkowite zainteresowanie rozmową. Przynajmniej pozornie, bo jedno z jej uszu nadal uważnie ją śledziło. Mimo tego postanowiła oddzielić się od grupy na jakiś czas.
– Gdzie idziesz, Wzorek? – zapytała Pchełkowy Skok. Stanęła jak wryta. Co miała jej odpowiedzieć? Na szczęście dla niej chwilę później usłyszała kolejny żart ze strony Nietoperz.
– A co tam, nie powstrzymujmy wielkiej łowczyni Klanu Klifu.
Na tą zgodę Wzorek wsunęła się między krzaki i oddaliła się od kółeczka plotkarskiego. Podczas samotnego spaceru jej myśli cały czas były zajęte. Już, od kiedy zaczęła brać pod uwagę taką opcję, zastanawiała się, jak miała powiedzieć koleżankom, że podobają jej się kotki i być może spróbować swoich szans u jednej z tych, które jej się podobały. Niestety nie przewidziała jednego małego szczegółu. Nie wiedziała, ile z nich też lubiło kotki. Była szansa, że takich kotów nie było w jej grupce znajomych. A może akurat te, które jej się podobają, patrzą tylko na kocury? W końcu ciągle o nich gadały. Może kierowała swoje serce w złe miejsce? “Gdybym tylko była kocurem” westchnęła w myślach.

***

Kilka dni temu zdała sobie sprawę, że jej problem może mógł mieć rozwiązanie. Przecież istnieją koty, które urodziły się kotką, ale są kocurami. Musiała tylko zacząć używać męskich zaimków. Nawet próbowała, ale po prostu nie była w stanie poprawić nikogo. Bo nie czuła, że to działa. Nawet gdy w myślach mówiła o sobie jak o kocurze, czuła, że to coś obcego. Po raz kolejny zaplątała się w sieć emocji i nie wiedziała co zrobić. Na szczęście ostatnio pomogła jej z tym Płomienne Serce. Może i tym razem to zadziała? Dosiadła się do rudej podczas posiłku. Tylko jak teraz zacząć temat…?

<Płomyk? Jesteś oficjalnym terapeutą Wzorek>