BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 września 2026

Nowy członek Klanu Burzy!


 Kostka

7 księżyców

Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy

Pora Opadających Liści nadeszła, jej ostatnie zgadywanie co miało mieć miejsce za jakiś czas, nie było wcale błędne. Była to nieodłączna część życia każdego z kotów, zamieszkujących tereny wrzosowisk, a najprawdopodobniej nawet i lasów, które graniczyły z terenami Klanu Burzy. Zmiany pór roku. Poziomkowa Łapa, mimo chłodu w wietrze pod wieczór, a także z rana, w ciągu dnia nie odczuwała tej zmiany jakoś szczególnie dotkliwie. Było to nie tylko dzięki gęstej, nieprzepuszczającej chłód szacie. Jedyne, na co mogła ponarzekać, to na zimne poduszki łap, a także końcówki uszu i wydzielinę wydobywającą się z jej nosa. Pora, która nadeszła, nie uderzyła z przytupem, jak myślała szylkretka. Najprawdopodobniej wszystko stanie się bardzo stopniowo. Łagodne promienie słońca padały na wejście do tunelów, obecnego obozu Klanu Burzy. Ziemia na górze nagrzewała się, aczkolwiek nie do takiego stopnia, żeby komuś to doskwierało. Puchata uczennica wychyliła łebek z legowiska uczniów, rozglądając się po obozie. Wszystkie koty wydawały się spieszyć na poranne obowiązki, a sama młódka wiedziała po zgiełku, że wstała zbyt wcześnie. Zamrugała parokrotnie oczami, ziewając i wyginając grzbiet w łuk, tylną łapkę wystawiając za siebie i trzepiąc nią. Wreszcie wyprostowała się i strąciła z siebie paprochy, uśmiechając aksamitnie. W tłumie dostrzegła Śnieżycową Chmurę, jedną ze starszych wojowniczek. Nie słyszała o niej tak naprawdę nic, do tej pory. Coś jednak w rudej kotce przykuło jej uwagę na tyle, że aż jej zatańczyły iskierki podekscytowania w ślepkach, ale i lekkie poddenerwowanie. Nie miała w zwyczaju zaczepiać innych kotów, też w głównej mierze dlatego, że nie chciała, żeby jej siostrzyczka się na nią gniewała lub myślała, że były dla niej niewystarczające. Kochała swoje rodzeństwo nad życie i były zawsze u niej na pierwszym miejscu. Spochmurniała, a cętkowana za ten czas zdążyła się do niej zbliżyć. Zamruczała.
— Nie smuć się, młoda! Szukasz Śniącego Obserwatora? — zapytała, posyłając jej delikatne rozpromienienie. Poziomkowa Łapa pokręciła głową, onieśmielona.
— Nie… wiem, że teraz pewnie jeszcze śpi, dlatego mam dla siebie jeszcze trochę czasu — miauknęła do niej, patrząc w intensywnie zielone oczka Burzaczki. Była średniego wzrostu, a jednak nadal łapy miała dłuższe niż niebieskooka, choć patykowate. Dało dostrzec się między nimi różnicę wzrostów. Ognista barwa futra stonowała się przez ciemność panującą w tunelach. Wojowniczka zamyśliła się na moment, kiwając wreszcie głową. Wyglądała tak, jakby bardzo pilnie musiała coś powiedzieć.
— Ty jesteś tą koteczką, co znaleźli ostatnio! Masz dwie siostry. Czy słyszałaś może o tym, że wiele księżyców temu Złota Wydma wróciła do obozu wtulona w Ostatni Pożar? Kto by się spodziewał… teraz chyba się pomiędzy nimi trochę pozmieniało, bo nie widzę ich już aż tak często, ale może nie wyłapałam ich wzrokiem. Złota Wydma kiedyś rozmawiała najwięcej z Sójczym Błękitem… — Spochmurniała na wzmiankę o kocicy. Poziomkowa Łapa przechyliła odrobinę łebek na bok. Nie wiedziała, o kim mówiła starsza. Kocica wróciła do niej spojrzeniem. — Byłaś kiedyś na patrolu lub na polowaniu? Chyba jeszcze nie, co? — zagadnęła, po chwili ciszy między nimi, przerywanej rozmowami pobratymców nieopodal. Poziomka skupiła się na niej raz jeszcze. W rzeczywistości nie miała okazji, a przynajmniej nie przypominała sobie żadnej z tych sytuacji. Może poza ostatnim wyjściem poza obóz, aczkolwiek wtedy jedynie badali stary azyl, ciężko było to nazwać oznaczaniem granic.
— Jeszcze nigdy. — Poruszyła nieznacznie ogonem, karcąc się w myślach za to, że nie była zbyt gadatliwa. Obejrzała się za siebie i zauważywszy kroczącą w jej stronę Chyżą Łapę, skinęła ognistofutrej głową na pożegnanie. Nie mogła już z nią rozmawiać, musiała skupić się na siostrze. Już uderzenie serca później Porzeczka przystanęła tuż obok siostry i spojrzała na nią wymownie, a do uszu Śnieżycowej Chmury dotarło wołanie. Zbierała się na poranny wypad.
— To do zobaczenia. Może niedługo ci się uda! — Pomachała jej ogonem na pożegnanie, a Poziomka poczuła ukłucie, wymieszane z ulgą. Z jednej strony nie musiała już się martwić tym, że wypadła niezręcznie, a z drugiej pojawiła się następna istotna sprawa; musiała coś powiedzieć siostrze, bo z pewnością oczekiwała jakichś wyjaśnień. Zerknęła na nią, poruszając końcówką ogona, a siostra posłała jej aksamitny uśmiech.
— Znacie się? — zapytała, odprowadzając zielonooką wzrokiem. — Poziomko, pamiętasz naszą ostatnią rozmowę, prawda? Martwię się. — W jej oczach pojawił się czysty smutek, który momentalnie wywołał w Poziomkowej Łapie ogromny stres, smutek wręcz równie wielki. Spojrzała na swoje łapy.
— N-nie… sama do mnie zagadała. Wiem tylko, że to jedna z naszych wojowniczek — powiedziała jej, wtulając się w bok siostry, szukając komfortu. Chyża Łapa pozwoliła jej na to, chociaż Poziomka nie czuła się tak, jakby rozwiało to wątpliwości siostrzyczki.

***

Kocica szła u boku jednego z wojowników, Rudej Lisówki, a przed nimi szło jeszcze dwóch – Śnieżycowa Chmura, a także Cyklonowe Oko, pochłonięci rozmową, był to jej pierwszy patrol w życiu. Udało jej się wyprosić mentora, żeby dzisiaj, po udanym treningu, pozwolił jej pójść na taki, a dzięki również zastępczyni wszystko się udało. Zawdzięczając wszystko zbiegowi okoliczności, przydzielono ją akurat do grupki, w której była ta ognistofutra Burzaczka. Poziomkowa Łapa ze świecącymi z zachwytu oczkami obserwowała teren dookoła, ciesząc się wiatrem rozwiewającym futro na jej kryzie. Gdy zorientowała się, że zwęglonych połaci było coraz mniej, zastępowane przez odrastającą powoli, zieloną, bujną i wysoką trawę, w jej sercu zakwitło ciepło takie, którym mogłaby co najmniej kogoś ogrzać w potrzebie. Zamruczała pod nosem, idąc dalej i obserwując wszystko z zachwytem. W pewnym momencie do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, który od razu postawił jej uszy do góry, a serce zabiło szybciej. Zerknęła na kremowego kocura, zaalarmowana tą nowością. Ruda Lisówka przystanął sztywno. Był on chyba najwyższy z całej ich grupki, chociaż nie potrafiła stwierdzić czy Cyklonowe Oko go przypadkiem nie prześcignął wzrostem. W każdym razie wyraźnie odznaczające się żebra na płomiennorudym futrze i kości policzkowe, których również nie dało się zignorować, wywołały w głowie koteczki masę pytań, na które nie mogła znaleźć odpowiedzi, ponieważ nie miała nawet na to obecnie czasu.
— Co to za zapach? — zapytała niepewnie, rozglądając się za źródłem, chociaż jej oczy nie wykryły absolutnie niczego, a na pewno nie od razu. Ruda Lisówka uśmiechnął się lekko.
— To na pewno nie ja. Myłem się dzisiaj. — Cyklonowe Oko przewrócił oczami, cętkowana wojowniczka zaś pokręciła głową, łapiąc się palcami za nos. Poziomkowa Łapa uśmiechnęła się szeroko, panika zelżała w jej sercu odrobinę. Była mu za to wdzięczna. Kremus następnie podążył za jej wzrokiem, nie zwlekając dłużej z odpowiedzią, jednocześnie ignorując żart kocura;
— To zapach samotnika. Musimy dokładnie przejrzeć te tereny, znaleźć go i przegonić — powiedział bez wahania, węsząc intensywnie. Śnieżycowa Chmura pokiwała głową, wypatrując ich celu, o dziwo teraz siedząc w ciszy, a Ruda Lisówka polizał się parokrotnie po piersi, spoglądając po chwili na Poziomkową Łapę. Koteczka uśmiechnęła się do niego, a kocur nie skomentował tego dalej i zaczął również szukać zagrożenia. Może Śnieżycowa Chmura znajdzie w tym jakiś temat do następnej plotki, która rozniesie się po pobratymcach. Niezwykle gęste, kremowe futro poruszało się spokojnie na wietrze, plącząc się. Poziomkowa Łapa zawsze zastanawiała się jakim cudem kocur nie potykał się o te wszystkie kłosy. Sama również nie była lepsza, jej futro zawsze wchodziło jej w drogę, aczkolwiek miała o tyle łatwiej, że nie sięgało samego podłoża i zawijało się w wielu miejscach, chociaż najbardziej widoczne było to po przebudzeniu się koteczki, w ciągu dnia loki się prostowały.
Wreszcie, całej czwórce rzuciło się w oczy intensywnie rude, pręgowane gęste futro, długością podobne do tego Poziomki. Nie było na tyle długie, jak kremowego Burzaka, ale do krótkich również absolutnie się nie zaliczało. Kotka ruszyła pędem w stronę nieznajomego, u boku Śnieżycowej Chmurki i reszty. Na jej mordce wymalowana była determinacja. Chciała się na coś przydać, mimo że po paru susach łapy zaczęły ją piec, a ogon wywijał na boki niczym małe śmigło. Niczego nieświadomy obcy zaczął nawoływać kogoś, chociaż przez wiatr w uszach kotka nie mogła zrozumieć, kogo. Nie patrzył w ich stronę, zamiast tego stał do nich tyłem, co było jego błędem. Im bliżej niego się znajdowała, tym wyraźniej zaczynała dostrzegać, że nie był wcale dorosły, a tak naprawdę młody. Koteczka zatrzymała się nieopodal, nabierając intensywnych oddechów z powodu konkretnej zadyszki. Płuca ją paliły, a mięśnie napinały się delikatnie z powodu wysiłku, jednak była z siebie zadowolona. Tym razem wytrzymała dłużej niż ostatnim razem. Może spowodowane było to ekscytacją albo adrenaliną, w końcu, poza rodzicami, nie widziała nigdy innego bezklanowca. Kocurek okazał się wzrostem większy od niej, ale byli w podobnym wieku. Spojrzała na niego nieśmiało, choć z zaciekawieniem, wpatrując się w jego brązowe oczy. Rudy skulił się, trochę przytłoczony tak nagłą ilością obcych kotów dookoła.
— Zgubiłeś się, młody? Nie wiesz, jakie niebezpieczeństwa czyhają na wrzosowiskach? — Ruda Lisówka jako pierwszy zabrał głos, przypatrując się kocurkowi. Żaden z nich nie miał wysuniętych pazurów. Rudas po paru uderzeniach serca pokiwał nieznacznie głową.
— Chyba tak… chyba się zgubiłem… szukam mojego brata, Klocka. Przechodził tędy razem ze swoją partnerką, Różą, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Czy widzieliście tutaj może kota podobnego do mnie, ale wyższego i chudszego, z białymi policzkami? Ma trochę jaśniejsze futro i zielone oczy — podał im opis, wyraźnie martwiąc się o swojego członka rodziny. Poziomka zaczęła od razu mu współczuć, mimo że się zupełnie nie znali. Wiedziała, jak ciężkim było kogoś stracić, szczególnie że wyglądało na to, iż musieli być blisko, skoro rudy go szukał. Cyklonowe Oko pokręcił głową, razem ze Śnieżycową Chmurką.
— Nie. Nie czuliśmy też żadnego zapachu samotników nieopodal. Jesteś pewien, że szedł tędy? W końcu wrzosowiska są bardzo rozległe, może pomyliłeś wzniesienia? — powiedziała do niego, poruszając odrobinę ogonem. — Jak cię zwą? — dopytała jeszcze, tym samym nie dopuszczając kremowego do głosu. Długofutry skarcił ją wzrokiem, lecz nie skomentował tego. Poziomka zastrzygła wąsami, zestresowana. Nie chciała, żeby wojownicy się przy niej kłócili.
— Mam na imię Kostka. — Zrobił chwilę przerwy, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Cętkowana kocica zerknęła na Rudą Lisówkę.
— Powinniśmy odesłać go do domu. Widać, że się zgubił, jest młody, na pewno zapamięta, jak mu pokażemy, że nie powinien wracać na nasze tereny — powiedział Cyklonowe Oko, marszcząc brwi w zamyśleniu. Poziomkowa Łapa zrobiła krok do przodu, przyglądając się Kostce. Widziała w nim siebie, kiedyś, ona również była samotniczką, aczkolwiek została porzucona przez matkę. Kostka jednak miał rodzinę, a przynajmniej tak jej się wydawało, przecież nie szukałby i nie narażałby się, gdyby kot, o którym wspominał, nigdy nie istniał, prawda?
— Kostko? — miauknęła, a rudy przeniósł spojrzenie ciemnych ślepi na nią. Przełknęła ślinę i spojrzała na wojowników. Sama nie była pewna, czego od niego chciała, jednak nie mogła znieść myśli, że mógłby nie znaleźć swojego brata. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie miała pojęcia jak. Pokręciła główką. Wyciągnęła nos do przodu i pozwoliła mu się obwąchać, samemu również zapamiętując jego zapach. Pachniał w inny sposób niż dotychczasowe koty. Przypominał jej ten zapach domu, chociaż niezupełnie. Była w nim nuta czegoś nowego, ale przyjemnego, jakby woń kwitnących, słodkich kwiatów i rześkości.
— Cyklonowe Oko, ale potrzebujemy nowych wojowników. Po ostatnim pożarze, po tylu stratach… może nam się przydać. Sam na niego spójrz. Jest wysoki, młody, z pewnością będzie mu lepiej u nas, niżeli jako samotnik. Tyle kotów ginie w szczękach lisów, borsuków, nawet przez nieuważnych Dwunożnych — powiedziała stanowczo, nie robiąc sobie za wiele z faktu, że rudy nawet nie wyraził swojej opinii, czy w ogóle chciałby zamieszkać w nowym miejscu, zacząć żyć w zupełnie nowej, odmiennej społeczności… Kostka nie odpowiadał aż do tej pory, chociaż ślepia błądziły mu po kotach.
— Co macie na myśli przez “wojowników”? — zapytał, poruszając uszami nieznacznie.
— Wojownicy to koty, które dbają o zdrowie i dobro kotów, w postaci zapewniania im pożywienia, patrolowania granic, wielu wojowników walczy do ostatniej kropli krwi za swój dom i pobratymców. Jesteśmy członkami Klanu Burzy, jednego z czterech klanów zamieszkujących te tereny — wyjaśniła mu kocica, a Ruda Lisówka wraz z Cyklonowym Okiem zaczęli o czymś rozmawiać trochę ciszej, jakby potrzebowali się naradzić czy był to dobry pomysł. Poziomkowa Łapa kiwnęła główką.
— Gdybyś się do nas przyłączył, może mógłbyś znaleźć swojego brata. Klan oferuje schron, jednak nie jest to miejsce, z którego jedynie się bierze, a także się daje. Jesteśmy zżytą społecznością. Czy chciałbyś dołączyć do Klanu Burzy? — mruknęła, patrząc na niego z zaciekawieniem.
Kocur zastanawiał się jeszcze przez jakiś czas, łapką grzebiąc w jednym z kłosów traw w zamyśleniu, jakby czegoś szukał, chociaż nawet niczego tam nie było. Spojrzał na czwórkę przed nimi.
— Jeśli zdecydujesz się do nas dołączyć, będziesz musiał przyzwyczaić się do zwyczajów panujących w naszym klanie. Jeśli to zrobisz, nie będziesz mógł się już wycofać, musisz to dobrze przemyśleć — poinformował go Ruda Lisówka, a kremus pokiwał głową. Poziomka poczuła powiew wiatru na wąsach, który działał na nią kojąco, chociaż zaczynała czuć dyskomfort związany z przebywaniem na otwartej przestrzeni tak długo.
— Klan wymaga głębokiej lojalności i ciężkiej pracy od każdego. Nie jest to życie, które odpowiada każdemu kotu, wielu samotników nigdy nie zdecydowałoby się na taką opcję ze względu na przyzwyczajenie albo wiele własnych powodów. Jednak korzyści jest wiele. — Długie pędzelki na jego uszach powiewały na wietrze, wręcz mieniąc się śnieżnobiałą barwą w promieniach słońca. Kostka wreszcie kiwnął głową, a Śnieżycowa Chmura poruszyła ogonem z zadowoleniem.
— Wspaniały wybór. Zatem zaprowadzimy cię teraz do obozu, do naszego przywódcy, żeby mógł zdecydować, co się z tobą stanie — wyjaśniła mu, a brązowooki pokiwał głową ponownie. Ustawił się obok Rudej Lisówki, a czwórka dość sprawnie przygotowała się do ruszenia z powrotem do obozu. Poziomkowa Łapa zerknęła na kocura raz jeszcze i zrównała z nim kroku. Pochyliła się delikatnie przed nim jakby w geście szacunku.
— Nazywam się Poziomkowa Łapa — przedstawiła się, myśląc, co mogłaby dodać do tej wypowiedzi. Nie chciała, żeby pomyślał, że była nudna lub nachalna. Poruszyła nieznacznie uszami, a następnie dyskretnie zbliżyła się do niego i szepnęła do ucha;
— Ale jeśli wolisz, możesz mówić mi Poziomka. Klanowe imiona są długie i mogą plątać język. — Pomyślała o siostrzyczce, Porzeczce, która również preferowała swoje kocięce imię, niżeli uczniowskie, czyli Chyża Łapa. Miała świadomość, że koty mogły różnie na to zareagować, dlatego też zdecydowała się na taki zabieg. Dwójka musnęła się futrami na policzkach, co ją onieśmieliło. Tak blisko była jedynie z siostrami, ale może myślała o tym zbyt dużo i była to zwykła interakcja. Kostka zamruczał na znak, iż przyjął to do informacji. Odetchnęła z ulgą, uśmiechając się pogodnie.

***

Wieczorne powietrze było chłodniejsze niż za dnia, a słońce schowało się za pokaźnymi i przyjemnymi dla oka chmurami, rozciągającymi się daleko po błękitno granatowym niebie, wpadającym u nasady w barwę czystego pomarańczowego. Wrzosowiska wraz z zachodzącą kulą pogrążały się w półmroku, a świerszcze zaczęły cykać swoje najlepsze pieśni, zachęcając zmęczone koty po całym dniu do odpoczynku. Promienie światła rzucały jeszcze ostatnie promyczki na wysoko pnącą się trawę, nie docierając już jednak zbyt dobrze do tuneli. Poziomkowa Łapa odetchnęła, gdy do nosa dotarł jej przyjemny, ziemisty zapach, wymieszany z wonią jej sióstr. Kostka został członkiem ich klanu, a jutro miała odbyć się ceremonia przydzielenia mu mentora. Poziomkowa Łapa była szczerze ciekawa, jakie imię zostanie mu nadane. Czy przyzwyczai się szybko do klanowych zwyczajów? Czy może również będzie preferował skróconą wersję imienia? Jej wzrok, do tej pory nieobecny, zabłądził i zatrzymał się na Chyżej Łapie, której wąska kita powiewała na boki.

<Porzeczko? Jesteś na mnie zła, siostrzyczko?>
[2455 słów]

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Jej myśli od dawna zaprzątała jedna ważna sprawa, mianowicie ta Błękitnej Laguny. Jej syn i zastępca, a jednocześnie kot, któremu nie potrafiła ponownie zaufać. Ile razy myślała, kto mógłby wejść na jego pozycję… Najchętniej wybrałaby pewnie Żmijowcową Wić. Niestety nie był on członkiem rodu królewskiego, więc z szacunku do Sroczej Gwiazdy nie mogła tego zrobić. Z książąt i księżniczek z kolei też nie miała dużego wyboru. Zostawały tylko jej dzieci, które… jakby to powiedzieć… nie byłyby zbyt lepsze od aktualnego zastępcy. Chociaż od stosunkowo niedawna miała też inny pomysł. Mogłaby obsadzić na tym miejscu Rogatego Flaminga. Kocur był młodym, zdolnym wojownikiem i jej wnukiem. Ufała mu, bo była pewna, że poprowadziłby klan tak jak ona. Problem był taki, że point nie wyszkolił jeszcze ucznia. Wesoła Łapa nadal nie ukończyła swojego treningu. Teoretycznie i tak mogła postawić go na tym stanowisku, bo nie wybierała się jeszcze tak szybko na tamten świat. Niestety i tak było to ryzykowne. No i właśnie, musiała podjąć decyzję teraz. Nie robiła się coraz młodsza i dostrzegała już trochę siwych włosów na swoim pysku. Powoli zaczynało do niej docierać, że nie zostanie tu na zawsze. Przesunęła łapą po swoim pysku w zamyśleniu, po czym ułożyła się w pozycji bochenka. Czas na ostateczny wybór nadszedł. Zmiana zdania w ostatniej chwili tylko przysporzyłaby wszystkim kłopotów. Westchnęła ciężko. Musiała porozmawiać z Rogatym Flamingiem. Podniosła się na łapy i postawiła krok poza swoje legowisko. Przerzuciła wzrokiem po obozie. Szybko zauważyła wnuka. Wojownik patrzył się na kogoś oceniającym wzrokiem, po czym prychnął i zaczął poprawiać kwiaty w ogonie. Jej łapa przygotowana do postawienia kolejnego kroku zawisła w powietrzu. Zamarła. Nie, nie mogła tego zrobić. Kochała Flaminga jako członka rodziny i właśnie dlatego nie mogła mu tego zrobić. Nie chciała sprawiać, że musiałby dźwigać odpowiedzialność, na którą żaden kot nie mógł być gotowy. Wcześniej myślała o nim jak o dobrym kandydacie, bo… ją jej przypominał. Ale nie zepsuje mu życia. Nie tak jak ktoś kiedyś zepsuł jej. Może i Błękitna Laguna nie poprowadzi klanu tak, jak ona by chciała… ale przynajmniej Rogaty Flaming, Żmijowcowa Wić, Trzcinowy Szmer, Łabędzi Tan, Nurowa Łapa i reszta rodu będzie bezpieczna. Jeżeli to jest cena, jaką musi za to zapłacić… to pozwoli obecnemu zastępcy zostać u władzy. I ta myśl, choć była trudna do zaakceptowania, spowodowała, że kąciki jej pyska uniosły się lekko.

Od Guziczka CD. Gronostaja

Dawno temu

– USZ! Mafakwa, fafo! – odpowiedział kocurek, z pełnym pyszczkiem… – Nif tyfko… umf… mufe biefaf f bfofie i… umf…
Guziczek zaśmiał się cicho, patrząc na syna. Oh, jaki był szczęśliwy ze swoich pociech!
– Spokojnie, Gronostaju, powoli. Nie mów z pełnym pyskiem, bo się zadławisz. I i tak nic nie zrozumiałem.
– TATOOO! Muszę teraz powtarzać wszystkooo! WUSZ! – Gronostaj oburzył się, na co Guziczek posłał mu przepraszający uśmiech. – Mówię, że… że MASAKRA! Jaśminowiec każe mi walczyć w błocie bez przerwy. Atakuje mnie znienacka. I twierdzi, że jestem NIEZDYSCYPLINOWANY! Możesz w to uwierzyć? JA, niezdyscyplinowany! Przecież… przecież ja mam tutaj ze WSZYSTKICH kotów najbardziej poukładany tryb życia i… i ZAWSZE trzymam się swoich zasad! I mam najsilniejszy wewnętrzny kodeks! TAK! Dociera to do ciebie, tato? DO NIEJ NIE!
Guziczek skądś to znał… Sam był uważany raczej za rozrabiakę. Nie mógł się z tym nie zgodzić, oczywiście! Był raczej dość okropnym kociakiem. W pewien sposób cieszył się, że jego maluchy były dużo grzeczniejsze, niż on sam… Zerknął w stronę, gdzie chowano zmarłych. Ciekawe, jak poradziłaby sobie z Gronostajem Kajzerka? Zawsze była przy swoich dzieciach, nieważne jak ciężko jej nie było. To była świetna mama… Marzeniem zwiadowcy było być tak dobrym rodzicem, jak ona…
Pokręcił więc głową na słowa syna, wpatrując się w niego z ciepłym uśmiechem.
– To brzmi naprawdę okropnie, synu… – odparł rozbawiony. Chociaż naprawdę starał się być poważny! Po prostu wiedział, że jednak… Nie dało się takich rozrabiaków jak on, czy Gronostaj załatwić inaczej, niż ich własną bronią.
– MHM!
Guziczek zastanowił się przez moment. Nie sądził, żeby jego syn właściwie był rozrabiaką. Bardziej był uparty, co też oczywiście miał po swoim tatusiu. Był też raczej dość pesymistyczny… Dlatego kocur po chwili zapytał:
– A… działo się może ostatnio coś, co nie było masakrą…?
– Hm. Hm. Coś niemasakrycznego…? Ojjj, ciężko będzie, tatusiu. Ale… O! WIEM! Na przykład… wczoraj, na treningu, nauczyłem się rozpoznawać tropy lisa! – Machnął ogonem, wpatrując się w Guziczka. – Zaraz ci powiem jak!
Więc zwiadowca rozsiadł się wygodnie i słuchał, jak jego syn uczył się rozpoznawać ślady lisów. Sam próbował sobie przypomnieć, gdy to on to robił… Ale chyba nie przejmował się wtedy tym aż tak, aby to pamiętać.
– I co myślisz, tato? Co myślisz? Jestem PRZEGENIALNY, prawda? POWIEDZ, TATO! – Przyczołgał się bliżej. – Powiedz! Powiedz! Powiedz!
– Jesteś, jesteś. Mój geniusz. – Guziczek uśmiechnął się i polizał Gronostaja po główce.

Po zostaniu zastępcą

Guziczek… Wcale się tego nie spodziewał. Gdy tamtego dnia zostało ogłoszone zebranie, poszedł na nie wraz z rodziną, nie spodziewając się, że tuż po nim stanie na mównicy obok Czereśni jako zastępca. Został zastępcą! To jeszcze nie był lider wszystkich kotów, ale… Zawsze krok do przodu! Oczywiście, że był szczęśliwy, ale… Trochę się też zmieniło. Musiał bardziej zaangażować się w życie Owocniaków. Chciał być dobry. Chciał być kotem, o którego nikt nie będzie się zastanawiać, czy mógł zostać na pozycji, na jakiej był. Ba! Chciał być kotem, na którego inni mogli liczyć i którego wszyscy będą ciągle wybierać. Niestety zaczęło zjadać mu to bardzo dużo czasu… A jego dzieciaki przestały być już tak małe i ciągle go potrzebować. To było trochę smutne. Znalazł więc pewnego wieczoru wolną chwilę i podszedł do legowiska, w którym leżał Gronostaj.
– Cześć.
– Cześć, tato!
– Jak tam treningi? – zapytał.
Nie chciał wyjść na natarczywego! Chociaż trochę się niecierpliwił… Chciał, żeby jego dzieciaki szybko zostały tym, kim sobie wymarzyły. On przecież został mianowany w wieku dziesięciu księżyców! A nawet nie miał wtedy mentorki…
– Kiedy zostaniesz mianowany? – zapytał jeszcze.

<Gronostaju?>
[564 słowa - trening Gronostaja]

Od Trzcinowego Szmeru CD. Fląderki

W końcu udało jej się zasnąć. Maluchy dokuczały bardzo, jednak były na tyle małymi kuleczkami, że jeszcze nie rozumiały, co się do nich mówiło. Natomiast wszystkie ważne koty, w tym Mandarynkowa Gwiazda, odwiedzały ją w żłobku. Już po pierwszej wizycie samej przywódczyni, czuła się zmęczona. Kocięta na całe szczęście również spały. Trzcinowy Szmer, jednak czuła ssanie w żołądku. Problem był w tym, że nie miała na tyle sił, by wstać i przynieść coś dla siebie, a Żmijowcowa Wić dosłownie wyszedł na chwilę z obozu, by zapolować.
Szelest przy wejściu do żłobka zbudził zmęczoną karmicielkę. Przed jej oczyma pojawiła się czekoladowa szylkretka, która niosła w pyszczku okonia.
— Przepraszam, że przeszkadzam, Pani Trzcinowy Szmerze... Przyniosłam dla Pani i Pani kociąt posiłek. Wymarzona Słodycz złowiła ją chwilę temu. Złocisty Widlik powiedział, że ta ryba jest najbardziej odpowiednia dla karmiących królowych. M-mam nadzieję, że będzie smakować. Nigdy jej nie jadłam, więc nie wiem, czy jest dobra… i niestety nie pamiętam, jak ona się nazywa. — Położyła po sobie jedno jedyne uszko, jakie posiadała.
Niemrawo poprawiła się na posłaniu i zębami wzięła podarek od Fląderki. Była bardzo głodna, a okoń był naprawdę smaczny.
— Dziękuję ci, Fląderko — wymruczała między kęsami, a brązowe oczy odrzutka aż zabłyszczały ze szczęścia. — Bardzo dobra, cieszę się, że ty również o mnie myślisz. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję.
— N-nie ma, za co, Pani Trzcinowy Szmerze. To dla mnie przyjemność pomagać w żłobku. Szczególnie dla pani. — Zerknęła na dwójkę kociąt, które jak zabite spały blisko brzucha karmicielki. — Chciałam jeszcze powiedzieć, że pani ma naprawdę piękne i zdrowo wyglądające kocięta.
— Zgodnie z kanonem piękna Klanu Nocy — wymruczała. — Są moim jedynym oczkiem w głowie. Sama Mandarynkowa Gwiazda lubi zaglądać do nas. Jestem pod wrażeniem, z jakim zainteresowaniem się cieszą wśród rodu królewskiego.
— Wyglądają, jakby w ich żyłach płynęła krew królewska.
— Doprawdy?
— M-może właśnie pani Mandarynkowa Gwiazda doszukiwała się lotosu na ich czole — gdybała nieśmiało Fląderka.

***

Wygnanie Rezedowej Łapy

Jej były uczeń nie został mianowany na wojownika. Kocur nigdy nie przejawiał nawet większej chęci, by czegoś więcej się nauczyć. Nie miał tej żyłki wojownika, co reszta Klanu Nocy. Rezedowa Łapa w wieku trzydziestu księżyców został wygnany z obozu. Nie był już mile widziany przez Nocniaków.
W tym wieku od kota oczekiwało się odpowiedzialności, profesjonalizmu, a niektórzy doczekują się kociąt. Tymczasem rudzielec jedynie żył na ciężko upolowanych zdobyczach wojowników i terroryzował uczniów.
Mandarynkowa Gwiazda, skończywszy zebranie klanu, zeskoczyła z gałęzi sumaka, a wybrani wojownicy stanęli przy Rezedowej Łapie, by wyprowadzić go z terenów Klanu Nocy. Srebrny rudzielec był roztrzęsiony i wodził wzrokiem po kotach. Nawet zatrzymał swoje spojrzenie na niej. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie, które niczym robale oblazły plecy szylkretowej namiestniczki. Obrzydzenie. To właśnie to uczucie kłębiło się w jej gardle i drażniło ją niczym żółć. Jak mogła nawet trenować takiego kota? Ona?
Kiedy wyprowadzono kocura, a koty rozeszły się, wracając do własnych zajęć, Trzcinowy Szmer zauważyła, że na polanie głównej została Fląderka. Załamany odrzutek wpatrywał się w wyjście z obozu, gdzie zniknął właśnie ostatni członek jej rodziny. Chcąc pocieszyć kotkę, dosiadła się do niej i położyła jej ogon na barku. Nie odezwała się choćby słowem, tylko siedziała tak, aż brązowa szylkretka postanowiła wrócić wraz z nią do żłobka.

***

Po porodzie Fląderki

Ona niedawno opuściła żłobek i wróciła do swoich wojowniczych obowiązków, a jej dzieci również zaczęły uczyć się na wojowników. Natomiast Fląderka została karmicielką i doczekała się kociąt. Lubiła bardzo kotkę, jednak miała bardzo mieszane uczucia do jej potomstwa. Czy kocica nie wykazała się głupstwem? Przecież jej młode mogły mieć okropne życie przez reputację Fląderki. Czy Klan Nocy musiał mieć kolejnych odrzutków?
Chcąc odwiedzić kotkę, weszła do żłobka, gdzie nowo upieczona karmicielka wylizywała swoje maluchy, które wiły się przy brzuszku swojej matki.
— Dzień dobry, Fląderko. Jak się czujesz po porodzie? Widzę, że przyniosłaś Klanowi Nocy dużo przyszłych wojowników — zamruczała cicho, gdyż widziała po brązowych oczach kotki, że była zmęczona. Przyjrzała się kociętom i zastrzygła uchem. Było całkiem nieźle. Tylko jeden kociak był srebrnym czekotem, a reszcie kociąt się upiekło. — Jak je nazwałaś?
— Wełnianka, Centuria, Lipieniek i Komar. — Pokazała po kolei swoje pociechy, każdego dotykając wilgotnym noskiem.
— Piękne imiona — przyznała. — Nie obawiasz się, że mogą one podzielić twój los? — dodała w końcu, na co czekoladowa szylkretka lekko się wzdrygnęła. Może powiedziała to zbyt chłodno, jednak tak powinna odbyć się ta rozmowa.
— S-słucham?
— Nie obawiasz się, że przez twoją “wpadkę”, te kocięta będą mieć podobny żywot do twojego? Wiemy wszyscy, że nie zostałaś wojowniczką ze względu na swój kolor futra. Chcesz mi powiedzieć, że nie myślałaś nad tym, czy te kocięta nie zostaną wojownikami, tylko dlatego, że są one twoimi kociętami? — głos miała chłodny, nieczuły. Jednak to była poważna rozmowa, którą musiała odbyć z odrzutkiem. Nie wiedziała, czy Złocisty Widlik z nią rozmawiał na ten temat. Miała nadzieję, że to zrobił. — Nawet nie muszę ci wspominać o tym, że nie wiadomo, kim jest ojciec tych kociąt. Czy to jest ktoś z Klanu Nocy?

< Fląderko? Czas na przesłuchanie. >
🎍

Od Cisowego Tchnienia CD. Blednącej Łapy (Blednącego Szaleju)

Teraźniejszość

Złapała zębami za kolec i pociągnęła mocno, usuwając go z łapy Podstępnej Kłamczuchy. Odłożyła go na bok i usiadła. Kropelka krwi powoli pojawiła się w ranie i zaczęła płynąć po poduszce starszej. Medyczka nie poruszyła się. Wpatrywała się w szkarłat, nie mogąc oderwać wzroku. Dopiero kiedy rubinowa łza skapnęła na ziemię, niebieska została wyrwana z transu. Przesunęła wzrok na przygotowane medykamenty, z których pośpiesznie sporządziła okład. Po opatrzeniu rany nie pożegnała się, nawet nie popatrzyła na inne koty w legowisku. Wyszła niczym jakaś zjawa. Była zupełnie w innym świecie. Dopiero kiedy pojawiła się na polanie obozowej, jej krok przyśpieszył. Poruszała się bardzo szybkim truchtem w stronę swojej nory. Nie chciała poczuć na swojej skórze wzroku przywódczyni. Niestety co chwilę prześladowało ją takie złudzenie. W końcu zniknęła w lecznicy. Była przepełniona zapachem ziół, a poza tym zupełnie pusta. Było w tym coś kojącego i niepokojącego jednocześnie. W końcu, gdyby ktoś zdecydował się wymierzyć jej tutaj sprawiedliwość… nie miałaby nikogo do pomocy. Jest nawet szansa, że nikt nie zdążyłby usłyszeć jej krzyku. Właśnie dlatego nasłuchiwała. Od paru księżyców dzień i noc, jej uszy były zawsze wyczulone. Budziła się w nocy wielokrotnie zaalarmowana szelestem, który okazywał się jedynie którymś z pozostałych medyków przewracających się na drugi bok. Dlatego w tym momencie, kiedy usłyszała kroki, momentalnie obróciła się w ich stronę. Do nory wszedł Blednący Szalej. Nie spuszczała z niego swojego zimnego wzroku. Każdy ruch zwracał jej uwagę. Kolejny krok, strzepnięcie ogona, skinięcie głową na przywitanie.
– O co chodzi? – spytała trochę zbyt szybko. Wojownik zdecydowanie to wyłapał. Tak jak wszystkie poprzednie dziwne zachowania. Najwyraźniej tyle wystarczyło, żeby zaczął się zastanawiać, bo miauknął:
– Wszystko dobrze Cisowe Tchnienie? – mruknął. – Zachowujesz się… inaczej…
Nawet nie zauważyła, kiedy jej kamienna maska po prostu się roztrzaskała. Po prostu chwilę później patrzyła na niego jak na ducha. Wiedział. Ale ile? Nie mógł tego skojarzyć. Był wtedy przecież kociakiem… Wiedziała, że kiedyś ściągnie ją na dno. Wysiliła się na zmianę wyrazu pyska. Teraz widniał na nim drżący uśmiech.
– To twoja wina… – wyszeptała niewyraźnie, głosem równie niepewnym.

Wyleczeni: Podstępna Kłamczucha

<Szalej?>

Od Trzcinowego Szmeru CD. Wzorzystej Dali

Przeszłość, Pora Nagich Drzew

Było bardzo zimno, jednak ona postanowiła, że przejdzie się po terenach Klanu Nocy, żeby rozprostować łapy. Akurat traf chciał, że wywiało ją na plażę, która była całkowicie ośnieżona. Granice zapachowe były mocno wyczuwalne, a na mieliźnie było widać blisko granicy kotkę, Wzorzystą Dal. Wojowniczka podana jak na tacy. Bez widocznego patrolu w pobliżu.
— Kogo ja widzę? — Podeszła bliżej granicy, nie spiesząc się zbytnio. Chociaż czuła, jak poduszeczki łap szczypały ją od zimna.
Po ich ostatnim spotkaniu nie rozeszły się w pokoju. Czy Klifiaczka nadal trzymała do niej urazę? Uśmiech Wzorzystej Dali zszedł z jej pyska, a futro na karku mimowolnie trochę się podniosło. Spojrzała na kotkę.
— Co tym razem, Trzcinowy Szmerze? Może oskarżysz mnie o kradzież zwierzyny?
Trzcinowy Szmer usiadła spokojnie po swojej części granicy i odgarnęła trochę śniegu. Położyła łapki na swoim ogonie, by nie było jej aż tak zimno. Czyżby zanosiło się na długą pogadankę?
— Uuu… Nadal trzymasz urazę, Wzorzysta Dalio? — zacmokała. — Myślałam, że to normalne, skoro nasze klany między sobą konkurują. Na dodatek nie jesteśmy nawet sojusznikami. Nie spodziewałam się, że możesz trzymać aż tak urazę. Chciałam jedynie się przywitać po tak długim czasie niewidzenia. Tym bardziej że nie często wychodzę z obozu od momentu, kiedy utknęłam w żłobku.

< Wzorzysta Dalio? Czyżbyś zauważyła jakąś zmianę na pyszczku Trzcinki? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Niezapominajkowej Nadziei

Jeszcze przed ślubem Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici

Siedziała w spokoju w żłobku. Dzisiejszego dnia zdążył ją jeszcze odwiedzić jej partner, Żmijowcowa Wić, który przyniósł jej smakowitą zdobycz. Trzcinowy Szmer jeszcze wracała do zdrowia po porodzie i jej ciało znakomicie sobie radziło.
Kociaki się bawiły i zajmowały swoimi kocimi sprawami, gdy nagle do środka weszła znana jej kotka. Była to Niezapominajkowa Nadzieja.
— O, dzień dobry pani Niezapominajko! — przywitała się Łabądka. — Przepraszam za wbiegnięcie w panią!
— Nic nie szkodzi, nie musisz mi mówić pani. — Dymna orientalka przeniosła na nią swój wzrok, jakby czekała aż ta się pierwsza odezwie.
Trzcinowy Szmer zastrzygła uchem i ruchem ogona, nakazała kotce podejść do niej oraz głową skinęła na posłanie, żeby ta usiadła. Wszystko zrobiła dość władczym tonem, na co Łabądka z fascynacją się wpatrywała.
— Co cię sprowadza do mnie, Niezapominajkowa Nadziejo? — spytała, kiedy ta wygodnie zajęła swoje miejsce. — Pamiętam, że ostatnio nasza rozmowa nie była zbyt przyjazna, jednak nie gniewam się na ciebie, jeśli ty zaakceptujesz moje wybory oraz pierwszeństwo mojej rodziny.
Jej przyjaciółka przełknęła ciężko ślinę, jednak skinęła głową. Czyżby aż takie wrażenie robiła na niej? Może jeszcze czuła do niej jakiś sentyment, chociaż sama musiała przyznać przed sobą, że nie okazywała tego zbytnio dymnej.
— C-chciałam cię tylko odwiedzić i zobaczyć, jak mają się twoje kocięta, Trzcinowy Szmerze — przyznała tamta, jednak Trzcinowy Szmer nadal widziała żal w jej oczach.
Przynajmniej otwarcie nie chciała się kłócić lub miauczeć jej o wspólnej przyszłości przy Nurze oraz Łabądku.
Kotki rozmawiały dalej o pogodzie oraz samopoczuciu. Nic wyjątkowego. Wyglądało to, jakby Niezapominajkowa Nadzieja starała się przywrócić dobre stosunki między nimi. Cóż mogła powiedzieć? Udało jej się. Gorycz jej ostatniej rozmowy była mniej dokuczliwa. Tylko czy dobre relacje między nimi się utrzymają? Zastanawiała się, kiedy Niezapominajkowa Nadzieja zniknęła w wyjściu ze żłobka.

***

Podczas ślubu Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici

Właśnie Błękitna Laguna wraz z Niezapominajkową Nadzieją zniknęli z Wyspy Świetlikowej. Ceremonia została kontynuowana i oficjalnie została związana ze Żmijowcową Wicią, a ich krew nowego rodu namiestników zapieczętowana. Mimo tylu prezentów oraz mruczenia do swoich gości, nadal była zła. Nie rozumiała, jak Niezapominajkowa Nadzieja, śmiała w ogóle podważyć jej decyzję. Przy wszystkich. Wstała i po prostu się sprzeciwiła. Trzcinowy Szmer wiedziała, że tamta coś do niej czuła od samego początku, nawet sama się kiedyś nad tym złapała, jednak jej serce nie było sługą. Sama kochała Żmijowcową Wić platonicznie.
Kiedy cała ceremonia się zakończyła, prezenty zostały przeniesione do obozu, a reszta kotów poszła spać, oprócz niej. Księżyc wisiał wysoko na Srebrnej Skórze, ona siedziała w trzcinach, a woda obmywała jej łapy. Zdjęła swoją kreację ze ślubu i wpatrywała się w pióra, które zabrał nurt rzeki.
Nagle zaszeleściły trawy, a do jej nozdrzy dopłynęła woń Niezapominajkowej Nadziei. Nie odwróciła się nawet. Kotka nawet nie zasługiwałaby na nią spojrzeć po tym cyrku, którego dopuściła się na jej jednej z najważniejszych ceremonii.
— Nie będę z tobą rozmawiać — powiedziała chłodno, a kot za nią nadal milczał. — Nie chcę cię dzisiaj widzieć na moje oczy, Niezapominajkowa Nadziejo. Wracaj do legowiska wojowników.
Trawy znów zaszeleściły, a zapach wojowniczki zniknął. Poszła sobie. Będąc nadal rozgniewana, złapała płaski kamień i z warknięciem cisnęła go daleko w wodę, a śpiące ptactwo nagle się poderwało i wzbiło się w powietrze.

***

Niedługo po ślubie

Łabądka i Nur niedługo mieli zostać mianowani na uczniów. Tak naprawdę spędzali ostatnie swoje chwile w żłobku, bawiąc się i beztrosko obserwując Nocniaków, którzy ciężko harowali. Sama szczerze będzie tęsknić za spędzaniem długich chwil w żłobku i pogawędek ze Złocistym Widlikiem, który był wspaniałym piastunem, jak i Fląderką, która mimo wszystko też miała swoje obowiązki.
Nagle do środka weszła Niezapominajkowa Nadzieja. Trzcinowy Szmer na samym początku zjeżyła się na karku. Wciąż nie przebaczyła kotce za jej wybryk na jej ślubie. A jej nachodzenie ją w żłobku, by oglądać kocięta, mogło się skończyć w końcu z podrapanym pyskiem dla orientalki. Miała już fuknąć zła, gdy dostrzegła wychudzone liliowe kocię, które trzymała wojowniczka.
— Na Klan Gwiazdy, on jest wychudzony… Gdzie ty go znalazłaś...? — zapytała wystraszona o dobro małego.
— Na granicy. Podobno uciekł od Dwunożnych, a jego siostra… Nie żyje. Pochowaliśmy ją w miejscu, w którym ich znaleźliśmy… — odpowiedziała cicho dymna, gdy kociak ułożył się u boku Trzcinowego Szmeru.
Do środka zajrzał Kijankowe Moczary, który podał łudząco podobnej do niego Niezapominajkowej Nadziei małą, miękką rybę, którą młodziak mógł pogryźć. Trzcinowy Szmer skupiła się na młodzieńcu i zaczęła rozdrabniać rybę i podawać mu małe porcje mięsa, które ten łapczywie zjadał.
Ciężko jej było patrzeć na cierpiącego młodego kocurka. Współczucie i troska jednak wypełniły jej myśli, zapominając o złości, którą dotąd czuła w stosunku do Niezapominajkowej Nadziei.

***

Liliowa Łapa, czyli kocurek, którym się opiekowała w żłobku i można powiedzieć, że dość mocno się zżyła, niedawno został uczniem i szkolił się pod okiem Żabiego Oka. Trzcinowy Szmer była dumna z kocurka, przynajmniej jakby ten był jej trzecim dzieckiem. Jednakże jaka szkoda, że nie był on jej rodzonym kocięciem. Zrobiłaby z niego również świetnego namiestnika, który w przyszłości mógłby sprawić wielką dumę jej rodowi. Jednak te nadzieje musiała powierzyć w łapy Łabędziego Tanu oraz Nurowej Łapy.
Siedziała właśnie na polanie, czekając na resztę wojowników, z którymi miała iść na patrol łowiecki. Ropusza Łapa, Ćmie Mżenie i Niezapominajkowa Nadzieja miały się udać do Brzozowego Zagajnika. Czekając na kotki, przyszła pierwsza do niej dymna orientalka. Cisza między nimi była dość niezręczna.
Trzcinowy Szmer nadal czuła urazę do kotki, jednak również tęskniła za czasami, kiedy to obie jako uczennice polowały i cieszyły się każdym dniem. Czy mogły zostać, chociaż jeszcze koleżankami?
— Sprawdzałaś jak radzi sobie Liliowa Łapa? — stwierdziła, że zagada do kotki. Miały chociaż jeden temat łączący je po tak wielkiej niezgodzie, a był nim ów kocur. — Ostatnio pytałam się Żabiego Oka i z tego, co wiem, całkiem nieźle idzie mu pływanie.

< Niezapominajkowa Nadziejo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Na drugi dzień po ślubie

Do żłobka weszła srebrna przywódczyni.
— Trzcinowy Szmerze, mogę cię prosić?
Szylkretka wstała ze swojego posłania i wyszła ze żłobka. Tym razem nie poszły do jej legowiska. Nie miała to być rozmowa formalna.
— Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że wczorajszy wieczór udał się pomimo… incydentu…
Skinęła głową Mandarynkowej Gwieździe.
— Tak, czuję się całkowicie dobrze, chociaż niesmak został… Nie wiedziałam, że Niezapominajkowa Nadzieja tak trzymała takie uczucia w stosunku do mnie. Jednak teraz nie jest to ważne. Ważniejszy jest Żmijowcowa Wić oraz moje dzieci.
— Cieszę się, słysząc to — mruknęła z ulgą przywódczyni. — Widzę też, że zostaliście naprawdę hojnie obdarowani prezentami przez gości.
— Owszem, jesteśmy zadowoleni z prezentów wraz ze Żmijowcową Wicią.
Nie kłamała. Pamiętała uśmiech oraz błysk w oku swojego męża, oraz dzieci, które przebierały w błyskotkach. Sama czuła, jak ciepło jej się robiło na serduszku, kiedy dostawała kolejny prezent.
Rozmawiały jeszcze chwilę, a w międzyczasie jej kocięta bawiły się w żłobku. Obie wpatrywały się w pociechy, jak te ganiały się po żłobku lub turlali kłębek z mchu. Chociaż większość czasu Nur wraz z Łabądkiem sprzeczali się i prowadzili głupiutkie, kocięce dyskusje.

***

Dzień po mianowaniu Łabędziego Tanu

Trzcinowy Szmer trochę tęskniła za przebywaniem w żłobku. Nie musiała wtedy szukać przywódczyni, gdyż ta stosunkowo często ją odwiedzała. Teraz jednak, kiedy wróciła do legowiska wojowników, przywódczyni częściej przebywała w legowisku lidera.
Po wieczornym patrolu, kiedy nikt nie zawracał głowy przywódczyni, postanowiła, że odwiedzi kotkę w jej legowisku. Weszła niezapowiedziana, a srebrna od razu przeniosła wyczekująco spojrzenie jej pomarańczowych oczu.
— Przyszłam z podziękowaniami, za wybranie tak ładnego wojowniczego imienia dla Łabędziej Łapy — skłoniła krótko głowę.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Gąbczastej Perły

Do żłobka weszła jej przyjaciółka, Gąbczasta Perła. Na widok medyczki rozpromieniła się i wygodnie się rozsiadła, wiedząc, że będą mieć dobre tematy do rozmów. Dymna musiała zbierać najróżniejsze smaczki i ciekawostki od Nocniaków przez ten długi czas, jak za bardzo ze sobą nie rozmawiały.
Na podśmiechujki z jej byłego ucznia, Rezedowej Łapy – zamruczała rozbawiona. Jego? Ugryzł szczur? Normalnie powiedziałaby, że każdemu mogło się zdarzyć, jednak ów kocur strasznie zaszedł jej za skórę. Nie było jej go szkoda.
— Wiesz... słyszałaś może o tym, co mówiła Różana Woń? O tym, że Klan Nocy czekają mroczne czasy? — spytała medyczka znacznie cichszym głosem. — Nie potrafię przestać o tym myśleć. Strasznie mnie to zaniepokoiło. Chciałabym poznać twoją opinię... bo sama już nie wiem, co o tym wszystkim sądzić.
Szylkretka założyła łapę na łapę i ogonem strzepnęła na bok, tym samym wprawiając w ruch kuleczkę mchu, za którą pobiegły jej kocięta.
— Hmmm… Słyszałam o tym, co nieco. Plotki szybko się roznoszą po obozie, a w szczególności, jeśli emerytowana medyczka w nocy krzyczy przestraszona nową przepowiednię…
Przyjaciółka czekała dzielnie na bardziej konkretną odpowiedź namiestniczki. Dzielnie znosiła jej spojrzenie brązowych oczu. Problemem było jednak to, że Trzcinowy Szmer zbytnio nie zastanawiała się nad przepowiednią starszej Różanej Woni. Kocica była stara, a sama niezbyt wierzyła w przepowiednie w snach lub w odbiciach jakiejś perły.
— Ciągle coś się przydarza dziwnego Klanowi Nocy, jednak wątpię, by było coś podobnego w skali do potopu, którego jeszcze pamiętam, a byłam małym kocięciem. Jeśli nawet przyszłyby gorsze czasy. Czy to głód lub szpiegostwo innych klanów, to możesz być o tyle spokojna, że postaram się dbać o Nocniaków oraz służyć Mandarynkowej Gwieździe. — Gąbczasta Perła nie wyglądała na spokojną po jej dość dyplomatycznej wypowiedzi, dlatego dodała jeszcze pół żartem pół serio. — Jak będzie trzeba, to obronię cię własną piersią i pazurami. Nie musisz się martwić.
Dymna westchnęła jedynie. Pewnie nie pomogła kotce jej odpowiedź, jednak Trzcinowy Szmer nie zamierzała męczyć się z interpretacją, czegoś, co mogło być zwykłym koszmarem dla Różanej Woni.

Teraźniejszość

Czas mijał. Kocięta zostały uczniami, a nawet jedno już było wojownikiem. Natomiast Gąbczasta Perła wydawała się zmarnowana i przejęta. Może źle jej się spało? A może nadal przeżywała śmierć swojej mentorki albo nadal próbowała rozwiązać przepowiednię, którą starsza medyczka wygłosiła.
Nie mając nic do roboty pomiędzy swoimi patrolami, stwierdziła, że odwiedzi swoją przyjaciółkę w lecznicy. Kiedy tylko weszła do środka, ukazała jej się dymna, która właśnie prowadziła małą sprzeczkę z własnym asystentem, Klekoczącym Bocianem.
— Gąbczasta Perło? Masz chwilę? Albo powinnam się spytać, czy nie chciałabyś odpocząć i wyprostować swoich łap. Uważam, że przydałby ci się, chociaż krótki spacer wokół obozu.
Dymna skinęła głową, przystając na jej propozycję i obróciła się na pięcie, zostawiając drugiego medyka w legowisku. Obie szybko wyszły poza obóz i kiedy były same, Trzcinowy Szmer postanowiła, że to wykorzysta, żeby popytać kotkę o kilka rzeczy.
— Czy u ciebie jest wszystko w porządku? Ostatnio mam wrażenie, że strasznie się martwisz, jednak nie wiem czym. Czy nadal chodzi o tę przepowiednię Różanej Woni? — mruknęła, idąc po plaży wysepki, pozwalając, by woda obmywała jej poduszki łap.

< Gąbczasta Perło? >
🎍