BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Latająca Ryba x Księżycowy Odłamek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Latająca Ryba x Księżycowy Odłamek. Pokaż wszystkie posty

22 marca 2026

Od Latającej Ryby CD. Księżycowego Odłamka

Trudno było stwierdzić, czy zdębiała z powodu takiego, że jakimś niewyjaśnionym sposobem ją rozpoznał, czy jednak bardziej zadziwił ją zdobiący jego pysk pozornie pozytywny wyszczerz.
Zmrużyła oczy. Nie mógł jej widzieć, to było nie do zaprzeczenia, jego ślepia wypełniała pustka, tak samo jak i jego łeb. Natomiast nie wyglądał też na takiego, nad którym ulitowałby się Klan Gwiazd i obdarował darem jakiegoś pozaziemskiego widzenia.
Chociaż... Jego futro wciąż przywodziło jej na myśl coś pozaziemskiego, bliskiego połyskującym srebrzyście gwiazdom na nocnym niebie... Nie, to musiało stanowić tylko przypadek. Nie przeszłoby jej przez głowę, że jakikolwiek cud spotkałby takiego pierwszego lepszego Burzaka.
— Ty jesteś jakiś chory? — zapytała w końcu bez dalszego kwestionowania losu
Zdawało się, że na moment zesztywniał.
— A, to pani — Zmieszał się najpierw. — Nie, jak ostatnim razem się badałem to wszystko było w porządku. Czemu? — spytał, brzmiąc całkiem szczerze — Chociaż, zależy o jakim ,,dobrze" mówimy. — dodał, gestykulując łapą.
Zastrzygła uchem. Czyli jednak nie rozpoznał jej wcześniej? Westchnęła cierpiętniczo, mogła jednak przemilczeć to spotkanie.
— Już o żadnym — wymamrotała ponuro. Rozejrzała się. — Dzisiaj jesteś bez obstawy w dole? — wypaliła, zaraz to się poprawiając. — Bez dołu w sumie też jesteś...
— Nie, nie przyszedł. — Podzielił się informacją, chociaż wyglądał przy tym na zmartwionego. — No i rzeczywiście, bez dołu jestem, w skale która jest w wodzie raczej ciężko kopać, wie pani. — Przewróciła oczami, zachowując wszelkie uszczypliwe komentarze dla siebie. — Ale mogę mieć obstawę poza dołem, nie kłamię i na pewno nie jestem bezbronny. Chce się pani przekonać? — spytał wesoło, jakby tylko czekając na możliwość zawołania pomocy.
Ukradkiem zerknęła na siedzące nieopodal koty. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy zajęci byli rozmowami albo wpatrywaniem się w zgromadzonych na skale przywódców.
— Nie wątpię, że na zgromadzeniu, na którym obowiązuje pokój między klanami, nie jesteś w zagrożeniu. To inna sytuacja niż porzucenie przy granicy — stwierdziła. Ogon drgnął jej lekko z irytacją, gdy przypomniała sobie jego zbyt zadowolony ton głosu sprzed chwili. — Ah, i nie — dodała po krótkiej przerwie, krzywiąc się subtelniej. — Nie musisz dzisiaj nikogo wołać do ratunku z opresji. Jeszcze cię nie daj Klanie Gwiazd gardełko rozboli i co wtedy zrobisz? — rzuciła z wyraźnie udawaną troską.
Nie mogła wyrzucić z głowy tamtego upokorzenia, jakie zażyła będąc na granicy. Nie bolało tak jak strach przed wodą, raczej jak drzazga wbita w łapę. Niegroźna, ale irytująca na każdym kroku.
— Tak, rzeczywiście, ma pani rację, mogłoby mnie rozboleć, to mógłby być problem — mruknął. — Z resztą już mówiłem, wcale nie byłem porzucony i nie byłem na granicy, to pani była u nas i jeszcze się rzucała — naprostował.
Machnęła łapą, zbywając jego słowa niczym nic nieznaczącą plotkę. Zaraz jednak, z pewnym opóźnieniem, i jakże dobrodusznie z jej strony, przypomniała sobie, że kocur i tak nie mógł tego zobaczyć.
— Wyglądasz i brzmisz, jakbyś się nie wysypiał. — Przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się uważniej. W jej oczach nie było jednak prawdziwej litości, raczej chłodna ciekawość i odrobina pobłażania. — Uszy ci opadają, ocz… — urwała nagle, marszcząc nos. — Pysk masz jakiś cały pomarszczony, a do tego majaczysz o jakichś niestworzonych sytuacjach. Poza tym, rzucałam się? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Okazałam dobre serce i zainteresowałam się losem kogoś, kto... oj, no błędnie, wydawał mi się być w potrzebie — westchnęła teatralnie. — Tak to teraz jest, gdy kot chce być dobry. Wszędzie tylko niewdzięczność…
Noc, wbrew wszystkiemu, była przyjemna. Delikatny wiatr chłodził jej rozdrażnienie.
— Rzeczywiście, bardzo się pani interesowała naszą stroną granicy, nie przeczę. — Kiwnął kilka razy głową gorliwie na potwierdzenie. — I rzeczywiście mogę być trochę niewyspany, ostatnio muszę spać z innymi kotami, zapomniałem jakie to stresujące, tak spać i słyszeć jak komuś świszczy nos podczas oddychania, ale doceniam pani troskę. A co tam mówiła pani o moich oczach? Coś przed tym, że mam zmarszczony pysk, naprawdę jest zmarszczony? Mi się wydaje, że całkiem rozluźniony, czasem się tylko uśmiecham to się napina... — Zaczął mówić dalej, dotykając pyska, jakby chciał sprawdzić jego kształt. — I tak, rzucała się pani i była niemiła, twierdząc, że mam wymyślonych przyjaciół.
Westchnęła znowu, coraz bardziej zmęczona własnym wzdychaniem.
— No widzisz — zaczęła odruchowo, zaraz to gryząc się w język. — Znaczy ty nie widzisz. Ale ja widzę każdą niedoskonałość twojego pyska. Ci twoi niby przyjaciele to tacy nie za szczerzy z tobą są, skoro ci tego jeszcze nie wypomnieli.
— Nie widzę — potwierdził krótko i cicho, wcinając jej się w zdaniu. — Ale co by to zmieniło? I tak nie widzę, jak wyglądam, więc mało mnie też obchodzi jak widzą mnie inni. Na przykład pani nie widzę. Mógłbym, ale musiałbym dotknąć pani pyska — wyjaśnił.
Nastroszyła się gwałtownie, jednak obecność tłumu otaczających ją kotów, nawet jeśli żaden z nich nie zwracał na nią większej uwagi, natychmiast zmusiła ją do opanowania się.
— Stop. — Zabrzmiała nagle niezwykle poważnie, jakby poruszony temat dotyczył co najmniej czyjejś śmierci. — I że ci takie obrzydlistwa przechodzą przez pysk… — mruknęła chłodno. — Cóż, to przykre, że zostałeś pozbawiony jednego z podstawowych zmysłów. — Obleciała spojrzeniem otoczenie, po czym zatrzymała wzrok na własnym boku, z wyraźną nutą samozadowolenia. — Na świecie jest tyle pięknych rzeczy… — Zaczęła niemal rozmarzonym tonem. — To musi być naprawdę okropne, nie móc widzieć tych pięknych futer… czy tam jakichś kwiatków. Ta, kwiatki też są ładne — dodała już mniej przekonana.
— Obrzydlistwa? — spytał najpierw, marszcząc czoło co mogło zasugerować, że nie ma pojęcia o czym kotka mówiła. — No i czemu miałbym się zachwycać nad futrami? To jakieś fajne? Można podziwiać inne rzeczy, jak czyjś głos. Nie słuchała pani nigdy żadnej melodii?
— Melodii? Masz na myśli śpiew ptaków czy raczej jego nieudolne próby imitacji przez koty? — Uniosła lekko brew. — Nie są to dźwięki szczególnie uciążliwe. Z pewnością przyjemniej się tego słucha niż czyjegoś jazgotu i niekończącego się gderania — przyznała z lekkim przekąsem. — Natomiast tak, futra są różne i to właśnie czyni je tak wyjątkowymi. Niektóre niczym się nie wyróżniają, giną w tłumie, ale innym razem indywidualność potrafi być wręcz zachwycająca. To tak jakby... hm... — Zawahała się na chwilę. Nie była mistrzynią porównań. — O, wiesz. Wyobraź sobie, że jesteś na łące pełnej kwiatów. Nie każdy pachnie tak samo, jedne mają woń intensywniejszą, inne ledwie wyczuwalną, mimo że to wciąż ten sam gatunek. Albo mięso, możesz codziennie jeść to samo, ten sam rodzaj ryb... czy tam królika u was, wszystko jedno. Liczy się to, że jeden posiłek będzie smakował lepiej od drugiego, choć oba są świeże i są tego samego gatunku. — Poruszyła lekko ogonem, nabierając pewności w głosie.— Z futrem jest podobnie. Różni się miękkością, gładkością, ale kiedy patrzysz na takie, które jest piękniej ubarwione, bardziej wyjątkowe, mniej spotykane, to to robi wrażenie. Takie coś potrafi aż zaprzeć dech w piersi. — Uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona. Zarówno z własnego wywodu, jak i z faktu, że sama była jego najlepszym przykładem
— O, możesz mieć rację. Futro Wróżki jest świetne w dotyku! I przypomina miękką, ciepłą chmurkę. Przynajmniej tak to kiedyś mama opisała, znaczy, przyrównała do chmurki — rzekł z uśmiechem. Tego nie zamierzała komentować. Co to w ogóle było za imię, Wróżka? Pierwszy raz słyszała to słowo. — Ale wiesz, czy tu też nie chodzi o osobiste gusta? Niektórzy lubią króliki a inni wolą ptaki, a jeszcze inni gardzą obydwoma. O to pani chodzi? — Zamieszał się, nieco zmartwiony, ale ona już nawet nie zamierzała próbować się bardziej z tego tłumaczyć. — A, tak, i zapomniałem, jeszcze o ten śpiew, nie, nie, nie imitujemy ptaków, powinna kiedyś pani posłuchać jak ładnie się roznosi śpiew w grocie! Melodia płynie, odbija się i pogłębia śpiew i brzmi to, jakby sam Klan gwiazdy dołączył! Nie śpiewała pani nigdy?
Spuściła ponuro wzrok na własne łapy. Śpiewać? A co ona była, słowikiem, wróbelkiem? Miała głos odpowiedni do mówienia, nie do żadnego ćwierkania. Zresztą, określenie, że melodia była płynie, pozostawało dla niej niezrozumiałe. Pływały ryby, nie dźwięki. — Uh, nie zdarzyło mi się i raczej nie wpada to w zakres moich zainteresowań — stwierdziła ostrożnie. — Ja jestem wzrokowcem. Dla mnie ładne jest to, co widzę, a nie to, co słyszę. Poza tym... w grocie? — podjęła, unosząc brew i przyglądając mu się uważniej. — Wy w ogóle zażywacie czasem słońca, czy siedzicie tylko w tych dziurach i jaskiniach? — mruknęła pod nosem, choć w jej tonie, poza zwyczajowym chłodem, pojawiła się nuta szczerego zastanowienia. Miało to przecież jakiś sens, tam musiało być ciemno. A jeśli gorzej się widzi, to może rzeczywiście zostaje tylko słuchać siebie nawzajem. W tym konkretnym przypadku, który siedział przed nią, było to nawet bardziej zrozumiałe.

<Kszienszyc?>

15 marca 2026

Od Księżycowego Odłamka CD. Latającej Ryby

 — Sam? Nie jestem sam, mówiłem, że zawsze mogę krzyknąć, z resztą, nie przekroczyłem granicy, więc nawet jakbym został zaatakowany, to nie moja wina — odpowiedział, znów, jakby niebezpieczeństwo było czymś, o czym w życiu nie słyszał. Może to wina ignorancji a może zbytniego wyluzowania, chociaż wciąż było to lepsze od bycia paranoikiem, w którego się zamieniał gdy fazy księżyca były nieodpowiednie... czy jakoś tak. Wtedy niebezpieczne było nawet spanie w legowisku
— I nie, nie zostawiamy kociąt na... z resztą, nie ważne, jestem bardzo kochany, przez wiele fajnych kotów — rzekł pewnie, marszcząc czoło, jednak nocniaczka nie zdawała się być przekonana. Naprawdę wyglądał na takiego, co nie miał przyjaciół? Co prawda trzymał się wąskiego grona, ale wciąż! No i po tym jak został pobity przez wściekłego wilczaka, naprawdę nie ruszał się daleko od patrolu czy kogoś do towarzystwa. 
— Ja bym cię nawet kijem tknąć nie chciała, więc z mojej strony o atak martwić się nie musisz. Widzę, że brak ci całkowicie wyobraźni — stwierdziła gorzko. — Pierwszy lepszy głodny drapieżnik i nawet nie zdążyłbyś pisnąć głośniej od myszy, a już byś został pożarty żywcem. Gdybym chciała cię skrzywdzić, zdążyłabym to zrobić kilka razy, a nikt by tu nawet nie dobiegł. Te twoje fajne koty to fajne muszą być tylko w twojej głowie — uznała z przekąsem.
— Nie, akurat jak ostatni raz sprawdzałem to były prawdziwe — powiedział pół żartem, chociaż ton był raczej luźny niż żartobliwy, nie wiedząc jeszcze, czy się denerwować czy nie, ale jak na razie całkiem dobrze się bawił. Może byłby na tym etapie już głęboko urażony kilka księżyców temu, jednak z wiekiem nauczył się ignorować większość zaczepek, o ile nie wchodziły za głęboko w jego strefę komfortu, która swoją drogą nie została jeszcze naruszona na tyle, by się złościć. — I wyobraźnia też mi działa, chociaż zgaduję, że nieco inaczej od innych. W końcu nie mogę się bać czegoś, czego nie widać, chyba, że to poczuję albo usłyszę... z resztą, wcale nie jestem taki bezrady, wiesz? Mógłbym na przykład, na ciebie, nie wiem, napluć i co wtedy? — I chociaż nie wiedział czy się denerwować, już dawno zdecydował, że raczej nie podejdzie do tej konwersacji poważnie. Z resztą, już zadeklarowała, że go nie dotknie, więc czego się bać? Wyraźny szmer a następnie dochodzący z większej odległości jej głos świadczył o tym, że jego słowa o pluciu potraktowała dosyć poważnie, co zauważył z lekkim rozbawieniem. 
 — Obrzydlistwo — wycedziła. — Każdy Burzak jest taki niewychowany czy tylko ty jesteś wyjątkiem?
— Jestem jedyny w swoim rodzaju — kontynuował swoim rozluźnionym tonem — Ale popatrz, zadziałało. — dodał, może trochę zbyt rozmytym tonem, jakby niezbyt przytomnym. Można by uznać, że w ogóle nie wiedział, gdzie jest ani co się dzieje! 
— Tak, tak, ja patrzę. — na ostatnie słowo dała większy nacisk. — Nie jest ci źle z tym, że pogłębiasz już i tak słabą opinie swojego klanu? — spytała z wyższością.
— Słabą? Pogłębiam? Z jakiego powodu, bo jestem ślepy? — przekręcił głowę w bok, trochę na pokaz zgrywając głupiego. Zazwyczaj bycie idiotą w podobnych sytuacjach go ratowało. Co prawda nikt potem nie brał go zbyt na poważnie, ale dało się przyzwyczaić, z resztą, w połowie sytuacji nie grał idioty; po prostu nim był. — Też mogłabyś się urodzić ślepa, albo w ogóle pozbawiona oczu, albo z krzywym pyskiem, barkiem, bez umiejętności mowy czy ze sparaliżowanymi nogami, które mogą być również winą przypadku... więc nie rozumiem, może chodzi o coś innego? Co pozwala ci sądzić, że jesteś lepsza? — zagadał zainteresowany, chociaż w głębi duszy obwiniał za to wszystko swoich kuzynów i jakąś kotkę, co miała tyle samo rozumu co oni. Z jednej strony w nosie miał, jak ktoś w klanie obraża burzaków, ale kiedy ktoś spoza społeczności postanowił coś krzywego powiedzieć, czuł jakąś powinność by bronić dumy tej zapchlonej dziury. Po samym prychnięciu, jakie kotka z siebie wydała po jego monologu, można było wywnioskować narastające u niej oburzenie. 
— Nic mi do tego, że nie widzisz! Już nie przesadzaj i nie wciskaj mi do pyska opinii jakiej nie podzielam — fuknęła. — Ktoś mógłby się urodzić z wszystkimi wadami jakie tylko są możliwe, a nadal prezentować się z większą inteligencją niż pałętający się po granicy bezbronny ślepiec — burknęła. — I nie, nie mów nic o twoich niby znajomych co przylecą tu na zawołanie, bo najwyraźniej już długo tu siedzisz sam, a nikt się tym jeszcze nie zainteresował — zauważyła. — Oh, a co do ostatniego pytania, to uwierz, nie starczyłoby mi czasu, by wymienić wszystkie powody. Tu nawet nie trzeba nic sądzić, to się po prostu wie.
— Ah tak! To dobrze! Dziękuję za wyjaśnienie! — uśmiechnął się szeroko, klaszcząc w łapki, które przystawił sobie do pyska, jakby miał zamiar się modlić. Czyli zgrywanie debila tym razem nie zadziałało? Aaah, szkoda. — Ale wciąż trochę boli, że uważa pani, że pałętam się tu sam i uważa mnie pani za bezbronnego. Wciąż są wątpliwości, że mam przyjaciół? Naprawdę wyglądam na takiego? Przysięgam, nie jestem aż tak irytujący... prawda? Śniak? — tu nachylił się w tył nieco, w stronę... dziury w ziemi? Zdecydowanie dziury w ziemi, w której na pierwszy rzut oka, można by powiedzieć, że siedział całkiem puchaty królik. Dopiero później dostrzec można było, że to wcale nie długouszny zwierz, a najprawdziwszy kot, który wyglądał na odrobinę znudzonego, chociaż oczy miał całkiem przytomne — Zostałeś zignorowany — zauważył Księżyc.
— Śniak? — powtórzyła tępo, dopiero później zdając się zauważyć, do kogo mówił — Aha... Aha —  Te dwa krótkie słowa brzmiały bardziej na bełkot, po którym nastąpił kolejny szmer. — Uh, ty... Dobrze... Dobrze, że nie jesteś sam. To znaczy, nie obchodzi mnie to, jak coś będzie chciało cię zjeść i to tak by zdążyło, więc nadal brak ci... wam — poprawiła się niezgrabnie — rozsądku, także... Nic tu po mnie. Uwa... Nie. Skoro nie uważasz na siebie to i tak to nic nie zmieni, żegnam — prychnęła, by zaraz jedyne, co mogło po niej pozostać, to kłębiący się w powietrzu piach. Może jednak widomy kot był dla niej większym zagrożeniem? Cóż, nie, żeby spodziewał się jakiejś innej reakcji, większość klanów jak zgadywał nie wiedziała o tym, że Burzaki już od kilku pokoleń zamieniali się skrupulatnie w króliki, podróżując po norach. Szczególnie przewodnicy. 
— Weź sobie następnym razem innego pachołka do pomocy, prawie zasnąłem — odezwał się Śniątko, które zaraz potem zagłębił się w tunel, do którego wpełzł również Księżycowy Odłamek, czując narastające zmęczenie, które pojawiło się po rozmowie, powoli zapominając o zdarzeniu, bardziej przejmując się Śniątkiem, który wydawał się bardziej przygaszony niż zwykle. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

zgromadzenie

Śniący nie szedł na zgromadzenie. Nie, żeby Księżyc był o to zły, w końcu brat ostatnio zachowywał się podobnie do niego samego, gdy umarła Szanta, niemniej wraz z brakiem brata, brakowało mu też przewodnika. Dosłownie i w przenośni, bo to zazwyczaj jego ogonu się trzymał. Więc czyjego teraz? Białego? Do niego mogła podejść Wróżka.. nie, kto jeszcze został? Przysiadł się do Dryfującego Fluorytu, prosząc o możliwość potrzymania się jej sierści.
— Nie dusisz się futrem? — odezwał się głos obok niego. Bazia Łapa na moment odłączyła się od Równonocnej Łapy, przystając obok kocura. Pokręcił przecząco głową. Akurat sierść Dryfującego Fluorytu była cienka i lejąca, a nie puchata, więc nie musiał się obawiać o kłaki w nosie. 
— Ej, a nie chcesz potrzymać mojego ogona? Będziemy jak stonoga! — zmarszczenie brwi i niepewny, oceniający wyraz pyska zdradzający dyskomfort były wystarczającą odpowiedzią, a kotka dalej nie ciągnęła tematu, jedynie coś prychając pod nosem, nim podreptała znów do Równonocy. Podróż na wyspę przebiegła spokojnie, a na miejscu usiadł obok swojej tymczasowej przewodniczki, która nie zdawała się chcieć za bardzo nigdzie oddalać. Wymienili więc najpierw między sobą kilka zdań, a gdy tematy się wyczerpały, kotka zaczęła prowadzić cichą rozmowę z jakimś kotem z innego klanu, którego najwyraźniej poznała jeszcze za czasów bycia uczniem. Księżyc natomiast... nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Przynajmniej do momentu, w którym nie poczuł na sobie intensywnego wzorku. Odwrócił głowę, nieco zdezorientowany. Co za nieprzyjemne uczucie, kiedy nie można się domyślić, gdzie jest przyczyna. Chociaż, chwila, zapach Klanu Nocy... tak, nocniak na pewno. Znają się? Nie rozpoznał zapachu, ale na pewno ktoś się na niego patrzył. Znali się? Nie? Postanowił się uśmiechnąć i pomachać łapą na przywitanie. W końcu głupio by było, gdyby się nie przywitał. Głupio by też było, gdyby pomachał i ten ktoś go nie zauważył, ale o to będzie się martwić potem.

<Pani Ryba?>

11 marca 2026

Od Latającej Ryby do Księżycowego Odłamka

Kotka z należytą sumiennością praktykowała jedną, prostą, zasadę.
To, co działo się dookoła niej, nie miało większego znaczenia, dopóki nie dotyczyło jej samej.
Z tego też powodu wszelkie boleści Klanu Nocy, dziwaczne związki książąt-konfidentów ze staruszkami, zdrady stanów i tego typu melodramaty, zwisały jej koło nosa. Wychodziła z założenia, że póki jej ogon był bezpieczny, nic więcej nie powinno zaprzątać jej myśli.
Dzisiejszy dzień należał do tych przyjemniejszych. Wody między wyspami były spokojniejsze niż zwykle, a słońce wiszące wysoko nad horyzontem przyjemnie ogrzewało jej futro. Dzięki temu pływanie stało się znośniejsze, a noce spokojniejsze, choć i tak ograniczała moczenie się do absolutnego minimum. Zdecydowanie wolała ląd. Zwłaszcza teraz, gdy wraz z rozkwitem pory roku zwierzyny nie brakowało, a ona mogła z czystym sumieniem polować na suchym, stabilnym podłożu.
Samotność nigdy jej nie przeszkadzała. Inni wojownicy stanowili raczej miły dodatek — widownię, która powinna z należytą uwagą podziwiać jej futro i nie szczędzić komplementów.
Mimo to zazwyczaj trzymała się większych patroli. Gdzieś z tyłu głowy wciąż czaiło się wspomnienie paskudnych zgrai samotników, więc gdy zapuszczała się sama, wybierała raczej okolice bliżej granic innych klanów. Co mógł jej zrobić jakiś Burzak albo Klifiak? Nawet by jej nie podskoczyli — dwie siebie warte zgraje nieudaczników. Do Wilczaków również nie pałała sympatią, lecz na szczęście ich tereny leżały znacznie dalej. Sojusz czy nie, pod nosem miała już wystarczająco dużo kotów, których ledwie tolerowała.
Zawahała się, gdy przyszło jej przepłynąć rzekę. Jedyną istotą, którą naprawdę tolerowała w wodzie, było jej własne odbicie. Czasem zatrzymywała się nad spokojną taflą i przyglądała swojemu pysku ozdobionemu ciemną smugą. Dwubarwne tęczówki sprawiały, że czuła się wyjątkowa. Zresztą, w jej mniemaniu wszystko w niej było piękne. I niemal idealne.
Teraz jednak ostrożnie stawiała kroki, czując się nieswojo bliżej granicy. Sama nie potrafiła do końca wyjaśnić, co ją tu przyciągnęło. Chęć zmierzenia się z własnymi lękami brzmiała absurdalnie, bo przecież nigdy nie przyznałaby, że jakiekolwiek posiada. O nie. Była silna. Wspaniała. Mądra. I przede wszystkim niezwykle skromna.
Zastrzygła uchem, gdy wśród traw rozległ się cichy szelest. Po chwili dostrzegła drobną mysz — niewielką, stanowiącą najwyżej przekąskę dla kocięcia, ale wciąż lepszą niż nic. Są przecież tacy, którzy całymi dniami wygrzewają się w słońcu, i była ona, pracowita oraz zawzięta. To się przecież liczyło. Przykucnęła, krzywiąc się lekko, gdy piach musnął jej brzuch. Znowu pół dnia spędzi na pielęgnacji futra. Postąpiła kilka kroków bliżej, skupiona na drobnej sylwetce wśród traw, lecz wtedy rozległ się kolejny szelest — głośniejszy, sugerujący coś znacznie większego. Gwałtownie zadarła pysk, płosząc mysz, która natychmiast zniknęła w zieleni. W tej samej chwili dostrzegła jedynie ulotny błysk szarej sierści wymykającej się z krzewów. Nie zastanawiała się długo, gdyż instynkt kazał jej ruszyć biegiem.
Coś ją goniło. Na pewno. Nie słyszała za sobą żadnych kroków, lecz upór i wola przetrwania mówiły jej, by się nie zatrzymywać. Pędziła wzdłuż wody, czując jak łapy uderzają o ziemię coraz szybciej, a serce wali jej w piersi. Wyhamowała dopiero wtedy, gdy na jej drodze ni stąd, ni zowąd wyrósł skulony, jasny kot. Obróciła gwałtownie łeb, spodziewając się ataku, jednak za plecami panowała cisza. Zamiast krwiożerczego drapieżnika, w niedużej od siebie odległości dostrzegła zająca — tłustego, szarego i zupełnie nieświadomego zamieszania.
Wzdrygnęła się. Zwiewała przed... Nie, tu na pewno było coś jeszcze. A tego długouchego podrzucili jej Gwiezdni. To była jedyna sensowna wersja wydarzeń
— Śniący? — Doszedł do jej uszu cichy głos, należący do przeszkody, która powstrzymała ją od dalszych pędów. — Nie... Nie pachniesz jak Śniący...
Zmrużyła oczy. A ten skąd się tu wziął? Była niepowtarzalna i widząc ją, powinien od razu wiedzieć, że z kimkolwiek jej nie pomylił, na pewno tym kimś nie jest. Nawet nie potrafiła powtórzyć tego imienia, które wymajaczył — nie było warte jej uwagi. Zazwyczaj w takich sytuacjach po prostu by się wycofała, nie wdając się w rozmowy z kimś spoza klanu, jednak tym razem coś ją zatrzymało. Futro kocura było… specyficzne. Nie w tym zapierającym dech stylu co jej własne, ale jego niebieskawe pręgi przyciągnęły na chwilę jej uwagę.
— Nie — prychnęła w końcu. — Ja pachnę ładnie. A ten twój... ktokolwiek, z pewnością śmierdzi. Zresztą jak każdy z waszej bandy.
Wciągnęła ze świstem zapach unoszący się w powietrzu. Burzak? Skrzywiła się i rozejrzała po okolicy. Nie było mowy, by przekroczyła granicę. To nie byłoby do niej podobne. Brzydzili ją, a z własnej woli nigdy nie postawiłaby na cudzych terenach łapy.
Kocur wzdrygnął się, co z początku ją wystraszyło, gdyż spodziewała się nagłego ataku z jego strony.
— Nie wiem, nie wąchałem cię — odparł po chwili ciszy, raczej beznamiętnym tonem. — Może też śmierdzisz. Na przykład rybami. — Zdawało się, że albo był pewny siebie, albo wiedział coś, czego kotka wiedzieć nie mogła, a czas miał wszystko pokazać.
Z początku, rzecz jasna, nastroszyła się na te słowa. Akurat śmierdzenie i ryby wzajemnie się wykluczały, jednak czego mogła się spodziewać po kocie z innego klanu? Logiczne że nie wiedział, co dobre. Na dodatek uparcie trzymał spuszczony pysk, przez co nie mogła nawet zaznaczyć swojej wyższości samym spojrzeniem. Było to wyjątkowo irytujące — jakby celowo odmawiał jej tej drobnej przyjemności.
— Najwidoczniej masz problemy z węchem — rzuciła chłodno.
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to nie były jej tereny. Rozsądek podpowiadał, że powinna się wycofać, zanim rozmowa przerodzi się w coś bardziej kłopotliwego. Nie chciała problemów — w końcu to nie jej wina, że goniła ją jakaś bestia i nie miała lepszego miejsca do ucieczki. Tak przynajmniej wolała to sobie tłumaczyć.
Mimo to nie potrafiła tak po prostu odejść. Coś w wyglądzie kocura uparcie przyciągało jej uwagę. Jego futro nie było wcale takie zwyczajne, jak początkowo sądziła. Najbliżej było mu chyba do pręgowania cętkowanego, lecz nadal nie oddawało to w pełni jego wzoru. Plamy były większe, bardziej rozlane, a jaśniejsze środki tworzyły zaskakująco harmonijną całość. Nic wyjątkowego w porównaniu z jej wdzięcznymi spiralami, a jednak widok ten dziwnie ją drażnił. Jakby niechętnie musiała przyznać, że było w nim coś interesującego.
— Uh, z głową zresztą też masz coś nie tak. Ktoś wchodzi na tereny twojego klanu, a ty co? Zero postawy obronnej? Widać, że pozamienialiście się na rozumy z królikami — stwierdziła z wyraźną dezaprobatą. Najwyraźniej tylko w jej przypadku ładne futro szło w parze z rozsądkiem.
— Ah, tak, to... Nie, żebym mógł coś z tym zrobić. Znaczy, niby bym mógł, ale mało by z tego wyszło? Zawsze mogę wrzasnąć i ktoś mi przyjdzie pomóc, po prostu gardło będzie boleć. A co, wyglądam groźnie? Dałbym radę cię przegonić? — wyjaśnił tonem którym mógłby oceniać czyjąś sytuację, a nie swoją, jakby aktualne możliwe niebezpieczeństwo go nie dotyczyło. — I z nosem mam wszystko w porządku, z głową chyba też — dodał. — A skoro jesteś świadoma, że jesteś nie na swoich terenach, to to nie tak, że z tobą jest coś nie tak? — spytał szczerze, przekręcając głowę. — Po co tu weszłaś, jesteś masochistką czy coś?
— Słucham? — burknęła odruchowo, krzywiąc się. — Oczywiście, że nie, zresztą nie dałbyś mi rady, ale...
Urwała w pół słowa. Dopiero teraz, gdy jego pysk nie był już pochylony ku ziemi, dostrzegła coś, co sprawiło, że jej myśli nagle się rozproszyły.
Oczy kocura były niezwykle blade. Puste. Pozbawione ciemnych źrenic, po których zawsze najłatwiej było odczytać, co myślał rozmówca. Patrzyły w jej stronę, a jednak jakby wcale jej nie widziały.
I nie chodziło o to, że zrobiło jej się głupio. Po prostu poczuła się dziwnie. Stała przed nim w całej swojej okazałości, z tym pięknym futrem i idealnie ułożonymi smugami, a on nawet nie miał szansy tego dostrzec. To było w pewien sposób przykre. Może wcale nie byłby takim ignorantem, gdyby mógł zobaczyć, z kim rozmawia. Może nawet nie wiedział, że jego własna sierść wcale nie była tak nijaka jak u co drugiego wojownika.
Przez dłuższą chwilę milczała, rozglądając się dookoła. Był tu sam, blisko granicy. Nie żeby szczególnie zależało jej na losie obcych kotów, ale nawet ona potrafiła uznać, że nie był to zbyt mądry pomysł.
— Ciebie wygnano, czy coś? — palnęła w końcu. — Czy Burzacy mają bezmyślność w naturze? Sam przylazłeś na granicę, wiedząc że… no… — zawahała się, marszcząc nos — no wiesz, nie widzisz? — Poczuła się nagle trochę niezręcznie z własnej bezpośredniości. — Nikt cię nie kocha, że pozwala ci tak beztrosko pakować się pod nos potencjalnego zagrożenia? — mruknęła. — Na Klan Gwiazd, kocięta też tak zostawiacie same sobie przy granicach? I że was jeszcze wszystkich nic nie powybijało...
Ostatnie słowa zabrzmiały bardziej jak zdezorientowane burknięcie niż prawdziwa złośliwość. Nadal nie była pewna, co właściwie powinna teraz myśleć. Zupełnym przypadkiem zawędrowała na nieswoje rejony, ale teraz zdawało jej się zbyt późno, aby tak po prostu zawrócić.

<Księżycu?>