Z gracją przeskoczyła przez płot otaczający jej ogródek. Już miała wyruszyć na wyprawę, gdy nagle do jej pyska dotarł niepokojący zapach… krwi?
Ze strachem podążyła za metaliczną wonią i jej oczom ukazał się mały ptaszek. Nie było w nim nic szczególnego, gdyby nie to, że kawałek lewego skrzydełka został oderwany, a samo zwierzątko leżało w małej czerwonej kałuży.
Śnieżne Futro spanikowała. Co robić? Jak go ratować?!
Delikatnie zaczęła wylizywać ranę, jednak burgundowej cieczy było tylko więcej. Rozejrzała się zdesperowana. Miała niejasne pojęcie, że należało czymś zatamować krwawienie. Dostrzegła jakiś zrywek materiału. Po bliższym przyjrzeniu się mu zorientowała się, że był to prawdopodobnie fragment starej odzieży wyprostowanych. Nie wahała się; musiała działać szybko, jeśli miała utrzymać ptaszka przy życiu. Energicznie oderwała kawałek tkaniny i zaczęła owijać nim skrzydełko.
Gdy zwierzątko było w miarę zabezpieczone, delikatnie złapała je w pysk tak, aby nie wyrządzić mu jeszcze więcej szkód. Zaczęła powoli iść, trzymając głowę w górze.
“Uratuje cię, obiecuję!”, przysięgła w myślach małej istotce, która była teraz całkowicie zależna od angory.
Nagle dostrzegła znajomy pysk.
– Krokus! – zawołała – pomocy! On jest ranny!
Starsza kotka odwróciła się i wbiła wzrok w białą, zupełnie jakby ta miała zeza albo coś jeszcze gorszego.
– Chcesz, żebym opatrzyła posiłek – powiedziała Krokus powoli, jakby zastanawiała się, czy śni – wiesz, że to jest jedzenie, prawda?
– Przyniosę ci płaskiego placka dwunożnych – obiecała – nawet dwa! Zrobię co, zechcesz tylko proszę, uratuj go… – błagała ze łzami w oczach.
Starsza kotka westchnęła i przycupnęła przy ptaszku.
– On już nie żyje, Śnieżne Futro. Stracił zbyt wiele krwi. Może, gdybym zaczęła go leczyć wcześniej…
Biała kotka więcej już nie słyszała. Zwiesiła łeb w rozpaczy.
– Zostawisz mi go? – usłyszała dalsze słowa Krokus. Fuknęła na nią zezłoszczona, jednak nie protestowała. Skoro i tak już był martwy, równie dobrze mógł posłużyć się starszej. To wszystko jej wina. Gdyby wiedziała, chociaż odrobinę o lecznictwie, może teraz ten ptaszek nadal mógłby latać.
*****
Zobaczyła jakiś ruch za przezroczystą szybą. Promieniste Słońce? Nie, to była… Kobczyk!
Wybiegła przez klapkę w drzwiach i pognała do płotu.
– Kobczyk! – zawołała.
– Ojej, ale wyrosłaś, Malutka.
– Teraz mam na imię Śnieżne Futro, ale to nieważne, tak samo, jak to, że przez prawie rok mnie nie odwiedzałaś! Mam do ciebie bardzo pilną sprawę – przerwała, aby zaczerpnąć tchu – musisz zacząć mnie szkolić w lecznictwie!
[545 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz