BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wąsatkowy Ruczaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wąsatkowy Ruczaj. Pokaż wszystkie posty

22 sierpnia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowego Ruczaju) CD. Mewy

Dalej jeszcze nie zastanowiła się nad tym, czy aby na pewno chciała odwiedzić Mewę i Kobczyka. Chwile spędzone z nimi w dzieciństwie wspominała dobrze, lecz miała na uwadze, że byli oni samotnikami. Nie mogła tak nagle znikać z obozu, by ich odwiedzać, bo jej pobratymcy prędzej czy później zorientowaliby się, że coś jest nie tak. Nie mogła też zdradzać Klanu Wilka, ponieważ zawdzięczała mu życie. W końcu to tutaj dostała opiekę, jedzenie i szkolenie. Gdyby nie Wilczaki i ich pomoc, Wąsatka już dawno by nie żyła. A gdyby Pustułkowy Szpon ją uratował, a potem wypuścił wolno, najpewniej żywiłaby się jakimiś marnymi kąskami i prędzej czy później również umarłaby, tyle że z wygłodzenia i wycieńczenia. Gdyby zgodziła się na podwójne życie, okazałaby tym brak szacunku wobec swoich wybawców. Nie potrzebowała naprawiać swojej relacji z matką i bratem, którzy najzwyczajniej w świecie w niczym jej nie pomogli. Jedyne, w jaki sposób przyczynili się do jej życia, to pozwalając jej zgubić się w wielkim świecie. Wąsatka była im za to wdzięczna, bo dzięki temu mogła dołączyć do Klanu Wilka, lecz zdawała sobie sprawę z tego, że Mewa i Kobczyk nie zrobili tego dla jej dobra, a jedynie przez niedopilnowanie.
Lecz może, gdyby tylko jej matka i brat dołączyli do Klanu Wilka, udałoby im się żyć jak rodzina? Wąsatkowy Ruczaj widziała w tym jedyną opcję. Mogła bawić się w rodzinę tylko wtedy, gdyby cała ona znajdowała się w jej przynależności. Problem był taki, że nie wiedziała, czy uda jej się przekonać Mewę i Kobczyka do odrzucenia samotniczego życia. Poza tym nie wiedziała, jakie nastawienie będzie miała wobec nich Zalotna Gwiazda i czy zgodzi się na przyjęcie ich. Wilczy Skowyt w końcu nie miał zbyt dobrej opinii wśród pobratymców, więc pewnie jego partnerka również by jej nie zyskała. Choć kto wie. Liderka niedawno przyjęła do klanu Dzikiego Berberysa, który okazał się wygnańcem z Klanu Burzy. Zawodząca Gwiazda twierdził, że był on niebezpieczny, lecz Zalotka mimo wszystko zdecydowała się trzymać go w Klanie Wilka. Więc może nie była tak wybredna wobec dorosłych kotów, które chciały zamieszkać wśród Wilczaków? Zresztą, Wąsatka miała w tym klanie znajomości. Może, gdyby poprosiła Pustułka o pomoc, ten zgodziłby się namówić Zalotną Gwiazdę na przyjęcie Mewy i Kobczyka? Nie, na pewno nie… W końcu, skoro nienawidził Wilczego Skowytu za bycie złym ojcem, to czy nie znienawidziłby również Mewy za bycie złą matką?
Czarno-biała złapała się łapami za głowę. Leżała na swoim posłaniu, ciężko rozmyślając, lecz powoli zaczynało się to już robić męczące. Nigdy wcześniej w życiu nie musiała tak mocno nad czymś gdybać, toteż jej mózg szybko się przegrzał. Gdyby tylko miała jakiegoś znajomego, któremu mogłaby zaufać, na pewno poprosiłaby go o radę, lecz… prawda była taka, że niewielu miała bliskich. Poza Pustułkowym Szponem nie posiadała prawie nikogo. Lubiła co prawda Grubą Rybę i Zwęgloną Kukułkę, a dawniej także Cykoriowego Cykora, lecz nie ufała im na tyle, by dzielić się z nimi swoimi rodzinnymi rozterkami. W końcu wtedy musiałaby się przed nimi przyznać, że Pustułkowy Szpon nie jest jej biologicznym ojcem, o ile już o tym nie wiedzieli.
Swoją drogą, Wąsatka nie rozmawiała z Cykorią przez potwornie długą ilość czasu. Po tym, jak pokłóciły się po jednym z treningów, nigdy nie odbudowały swojej znajomości. Wciąż nie wiedziała, czemu czekoladowa się wtedy na nią obraziła, i zastanawiała się, czy jeszcze uda jej się poznać powód. Może gdyby spróbowała z nią teraz porozmawiać, po tych wszystkich księżycach? Emocje wojowniczki na pewno już ochłonęły i być może byłaby skłonna porozmawiać z Wąsatkowym Ruczajem na spokojnie. Jak równy z równym.
Gdy nad tym rozmyślała, nagle usłyszała kroki tuż obok swojego ucha. Otworzyła oczy, zadarła brodę, i dostrzegła końcówkę brązowego ogona w wyjściu z legowiska. Czyżby była to Cykoria? Ciekawe, dokąd się wybierała. Właściwie na tyle ją to zaciekawiło, że Wąsatka postanowiła to sprawdzić i pójść za nią. Przy okazji może uda jej się ją zaczepić i pogodzić? Przynajmniej będą miały już ten głupi spór za sobą. W końcu nie było powodu, by jako dorosłe wojowniczki wciąż się na siebie gniewać. Tym bardziej że Cykoria akurat nie miała zbyt dobrej reputacji w klanie i pewnie przydałaby jej się jakaś koleżanka, którą mogłaby zostać Wąsatka. Mogłyby wspólnie plotkować i chodzić na polowania! A przede wszystkim dzielić się swoimi problemami. Czarno-biała chętnie opowiedziałaby Cykorii o sytuacji z Wilczym Skowytem, lecz teraz nie wypadało, skoro już się nie kolegowały.
Wąsatkowy Ruczaj zaczęła podążać za pręgowaną w głąb lasu, wkrótce spostrzegając, że szedł przy niej także Wilgowa Gorycz. Wąsatka słyszała plotki o tej dwójce. Podobno byli razem, ponieważ spędzali ze sobą bardzo dużo czasu! Wojowniczkę trochę to dziwiło. W końcu Cykoriowy Cykor nie miała zbyt wielu bliskich, więc dlaczego nagle Wilga stał się jednym z nich? Nie wiadomo, jak się dogadali i dlaczego, o dziwo, nie kłócili się między sobą, a przynajmniej nie publicznie. Wąsatce zawsze mówiono, że ta dwójka ma silne charaktery. Wszyscy też przypuszczali, że ich związek nie potrwa długo — a jednak wciąż byli razem. Szli teraz ramię w ramię, rozmawiając ze sobą i śmiejąc się z czegoś. Byli sobą tak zajęci, że nawet nie raczyli odwrócić się do tyłu. Dla Wąsatkowego Ruczaju było to korzystne, gdyż nie musiała się zbytnio starać, by ich śledzić. Choć dziwne było widzieć koty tak w siebie zapatrzone. Co, gdyby zamiast Wąsatki był tu lis? Rozszarpałby ich na kawałeczki, a ci nawet by się nie skapnęli!
Wkrótce dwójka zakochanych, a także czarno-biały szpieg, dotarli nad rzeczkę, która dzieliła tereny Klanu Wilka od terenów samotniczych. Wąsatka nie rozumiała, dlaczego para przyszła akurat tutaj, lecz pomyślała, że może chcieli spędzić romantyczny wieczór, nasłuchując szumu rzeki i wpatrując się w jej nurt. Wojowniczka nie widziała w tym nic szczególnego, ale ona akurat na miłości nie znała się zbyt dobrze. Może niektórych kręciło siedzenie w swoim towarzystwie w bezruchu, ale nie ją. Ona wolałaby na randce robić coś ciekawego! Polować, gonić się, rzucać w siebie szyszkami czy inne takie.
Cykoriowy Cykor i Wilgowa Gorycz w pewnym momencie zatrzymali się przy kamieniach, po których można było przekroczyć rzekę. Zamiast usiąść i wtulić się w siebie jak para gołąbeczków, buras zaczął przeskakiwać z kamienia na kamień, aż wkrótce znalazł się po samotniczej stronie terenów. Wtem Wąsatka uznała, że musi działać. Podbiegła do Cykorii, która już szykowała się do skoku, i krzyknęła:
— Cykorio! Zaczekaj!
Zatrzymała się za kotką, która zamarła w bezruchu po usłyszeniu głosu młodszej.
Cykoria zwróciła głowę w jej stronę, a w jej oczach przez uderzenie serca pojawiła się panika.
— Wąsatko! — warknęła ostro, jeżąc futro. Dopiero po chwili nieco ochłonęła i polizała się kilka razy po piersi. — Co ty tu robisz? — zapytała, wciąż nieco nerwowym głosem.
— No, wiesz… chciałam z tobą porozmawiać — odparła Wąsatka, uśmiechając się przepraszająco do starszej kotki. — Nareszcie uznałam, że musimy się pogodzić! W końcu chyba już nie masz do mnie żalu? Wciąż nie wiem, czemu na mnie nakrzyczałaś, gdy byłyśmy uczennicami, ale jestem skłonna puścić to w niepamięć, abyśmy znowu mogły być koleżankami! — oznajmiła wesoło.
Pręgowana na jej słowa strzepnęła ogonem i prychnęła coś pod nosem.
— Słuchaj… nie mam teraz czasu na rozmowę. Nie widzisz, że Wilga na mnie czeka? — mruknęła, przewracając oczami.
Młodszej zrobiło się odrobinę smutno, lecz mimo wszystko rozumiała Cykorię. Pewnie chcieli pospacerować trochę w ciszy, gdzieś z dala od obozu.
— Dobrze. To kiedy będziesz mogła porozmawiać? Może jutro? — zaproponowała, nie chcąc tracić nadziei.
Czekoladowa przez chwilę wahała się przed udzieleniem odpowiedzi, jakby nad czymś myślała. Wpatrywała się intensywnie w pysk Wąsatkowego Ruczaju, a jej mordkę zdobił nieodgadniony wyraz.
— Tak, jutro… — odparła w końcu, po czym odwróciła głowę od młodszej wojowniczki.
— To miłej zabawy! — mruknęła czarno-biała, poruszając wesoło wibrysami.
— Co? — wydukała Cykoria, jakby nieco zdziwiona.
— No… Idziesz chyba na randkę z Wilgową Goryczą, co nie? — miauknęła Wąsatka, unosząc jedną brew do góry. — Tylko się nie zgubcie po drodze! Musisz wrócić do obozu cała i zdrowa, bo mamy pewną sprawę do obgadania — przypomniała jej.
Pręgowana westchnęła ciężko.
— Ach, tak. Masz rację — rzuciła, po czym zwróciła się w stronę rzeki. — To do zobaczenia!
Wypowiedziawszy te słowa, zaczęła zwinnie przeskakiwać po kamieniach, aż w końcu znalazła się obok Wilgi.
Dwójka kotów zaczęła ze sobą rozmawiać, lecz nie wyglądało to, jak ich poprzednie przekomarzanki. Tym razem oboje wyglądali na przejętych i zdenerwowanych. Wkrótce Wilga zawiesił wzrok na Wąsatce, lecz po chwili odwrócił się i wraz z Cykorią zaczął kierować się naprzód. Wojowniczka nie słyszała nic z ich rozmowy, gdyż szum rzeki skutecznie ją zagłuszał. Nie, żeby w ogóle chciała podsłuchiwać parę zakochanych.
Czarno-biała nie zamierzała długo nad tym myśleć. Z uśmiechem na pysku zaczęła kierować się w stronę azylu, zastanawiając się nad tym, jak rozpocznie jutrzejszą rozmowę z Cykorią. Gdy teraz rozmawiały, czekoladowa nie wyglądała na szczególnie sfrustrowaną — czy mogło to świadczyć o tym, że nie była już obrażona na Wąsatkę? Młodsza miała taką nadzieję, gdyż naprawdę zależało jej na odnowieniu tej więzi.

* * *

Obudziła się z samego ranka, niezwykle ucieszona i podekscytowana. Gdy tylko otworzyła oczy, podniosła się z miejsca i wyszła poza legowisko wojowników, by rozpocząć proces czyszczenia swojego futra po przespanej nocy. Starała się najbardziej, jak mogła, byle tylko ładnie je ułożyć. Chciała tym przekazać Cykorii, że naprawdę zależy jej na ich rozmowie i na tym, by się pogodziły. Spędziła na wylizywaniu go kilka długich chwil. Większość kotów zdążyła się już wybudzić, ożywiając nieco azyl. Wyruszył również pierwszy poranny patrol, lecz mimo wszystko Cykoriowy Cykor nie wysunęła nawet czubka nosa poza legowisko.
Wkrótce Wąsatkowy Ruczaj zniecierpliwiła się na tyle, że postanowiła sama ją obudzić. Gdy jednak wkroczyła do środka i zaczęła szukać znajomego futra wzrokiem, nie dostrzegła go. Zamiast tego posłanie starszej wojowniczki było kompletnie puste. Wilgowej Goryczy również nie było w pobliżu. Więc gdzie w takim razie mogli być? Czy nie wrócili z tego spaceru? Czy coś im się stało? Wąsatce aż serce podeszło do gardła, gdy o tym pomyślała. Postanowiła, że musi działać, i pędem pobiegła do legowiska liderki, nie zważając na to, że szylkretka może się na nią zezłościć.
Na całe szczęście przywódczyni już nie spała. Leniwie czyściła właśnie swoje futro, przynajmniej do czasu, gdy Wąsatka wpadła przerażona do jej nory.
— Zalotna Gwiazdo! Cykoriowy Cykor i Wilgowa Gorycz zaginęli! — wykrzyknęła, jeżąc futro na karku. — Wczoraj wieczorem opuścili obóz! A teraz ich nie ma! — kontynuowała, widząc zmieszanie na pysku liderki.
Zalotna Gwiazda w końcu odłożyła łapę na ziemię i wyprostowała się, przybierając poważną minę.
— Dobrze, Wąsatkowy Ruczaju. Zaraz zorganizujemy patrol poszukiwawczy.

* * *

Wojowniczka krążyła nerwowo po obozie, oczekując na powrót trójki kotów, która została wysłana, by odnaleźć zaginioną parę. Gdy jednak wrócili oni do obozu bez zagubionych wojowników, Wąsatka niemal nie popadła w obłęd. Prędko wyminęła patrol i sama rzuciła się do biegu w miejsce, gdzie ostatnio widziała Cykorię i Wilgę. Nie mogła uwierzyć w to, że czekoladowa wojowniczka tak perfidnie ją wystawiła! Przecież miały dziś rozmawiać! Miały się wreszcie pogodzić! Cykoria obiecywała, że wróci do obozu cała i zdrowa, a teraz ślad po niej zaginął!
Gdy Wąsatkowy Ruczaj dotarła do rzeki, bez wahania przeskoczyła po kamieniach, by dostać się na drugą stronę. Zaczęła zmierzać przed siebie, nawet nie wiedząc, czy później uda jej się ponownie trafić na tereny Klanu Wilka. Oczy miała zalane łzami i ledwo co widziała, lecz mimo wszystko brnęła dalej, starając się odnaleźć starszą kotkę. Jak ona mogła pozwolić im odejść! Przecież mogła się domyślić, że takie przechadzanie się po terenach samotniczych było niebezpieczne! Pewnie napadł ich jakiś pies czy borsuk, gdy byli tak pochłonięci rozmową, że nawet go nie wyczuli! Ach, wczorajszy dzień aż prosił się o tragedię! Gdyby tylko Wąsatka nie była taka głupiutka i naiwna, mogłaby jej nawet zapobiec!
Wkrótce wojowniczka zmęczyła się biegiem, zatrzymując się pośrodku niczego. Z wszystkich stron otaczały ją jedynie trawy, a w grzbiet przygrzewało słońce. Czarno-biała bełkotała coś niezrozumiałego do siebie, myśląc, że już nigdy w życiu nie ujrzy Cykoriowego Cykora. Miały się pogodzić! Miały znowu być przyjaciółkami! A tymczasem czekoladowa kotka zapewne już od jakiegoś czasu przebywała na polanach w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd! Tyle złych rzeczy mogło jej się przydarzyć, a to wszystko wina Wąsatki, która pozwoliła jej odejść…
W końcu czarno-biała położyła się na ziemi, nie potrafiąc już dłużej ustać na drżących łapach. Czuła się tak głupio! Nie mogła uwierzyć w to, że właśnie doprowadziła do śmierci drugiego kota! Wydawało jej się, że będzie tu leżeć aż do końca świata, lecz nagle usłyszała przed sobą kroki. Gdy otworzyła zapłakane ślepia, jej oczom ukazały się czyjeś łapy. Całe białe. Na pewno nie te należące do Cykorii. Lecz w takim razie do kogo?
Wąsatka uniosła wzrok, a przed sobą dostrzegła kotkę. Nieznajomą. Pewnie samotniczkę. Wyglądała trochę znajomo, lecz ciężko było stwierdzić, gdyż wojowniczka nie miała zbyt dobrego wzroku, więc pysk kotki wydawał się jej jedynie niewyraźną plamą. Ciekawe, kim była ta samotniczka. Czy chciała zrobić jej krzywdę? Wąsatka nawet by się nie opierała. Nie miała teraz siły walczyć.

<Samotniczko?>

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Wilczego Skowytu

— Ach… Wąsatko, może pójdziemy na spacer i coś by ci się przypomniało? Warto chyba spróbować… racja? — zapytał, zmieszany czekając, aż ta mu odpowie.
Wąsatka, pogrążona w myślach, nie zdążyła jeszcze nic odpowiedzieć, więc Wilczy Skowyt lekko znowu ją poklepał po barku.
— Halo! Ziemia do Wąsatkowego Ruczaju! — mruknął głośniej, a kotka ocknęła się z zamyślenia.
To wszystko działo się tak szybko. Ledwo mogła przetrawić to, co wydarzyło się wczoraj! Ciężko jej było uwierzyć w to, że cały czas kleiła się do Pustułkowego Szponu, podczas gdy jej prawdziwy ojciec był tuż obok. Czy reszta Wilczaków o tym wiedziała? Czy przez cały czas mieli świadomość tego, że Wąsatka uważała nie tego kota za ojca? Może nie mówili o tym dla jej własnego dobra? W końcu Wąsatkowy Ruczaj wiedziała, jaką reputację ma w Klanie Wilczy Skowyt. To znaczy… gorszą od Pustułkowego Szponu, który był przecież zastępcą! O Wilczku mówiło się tylko tyle, że często przebywał z Brukselkową Zadrą, która natomiast była uważana za zdrajczynię. Czy więc jeśli Wąsatka zacznie się teraz integrować ze swoim ojcem, nie spadnie jej reputacja?
— No… dzisiaj nie mogę — odparła po chwili, posyłając swojemu ojcu sztuczny uśmiech.
Ten otworzył szerzej oczy, rozdziawiając pysk w zdziwieniu.
— Co? Jak to nie możesz? — zapytał, a jego mina stała się zgorzkniała. — Co takiego ważnego masz do zrobienia, żeby nie móc iść się spotkać z zaginioną rodziną? Mewa i Kobczyk bardzo za tobą tęsknią, Wąsatko… — mruknął, pociągając smutno nosem.
Wojowniczce udzielił się jego humor i od razu poczuła żal w sercu. To prawda… nie widziała swojego brata już od wielu księżyców, a dawniej byli przecież tak blisko! Może naprawdę powinna się przejść z Wilczkiem? Co złego mogłoby się stać?
Nie… nie. Musiała pozostać nieugięta. Nie chciała w końcu, by ktoś oskarżył ją o utrzymywanie kontaktu z kotami, które wierzą w Klan Gwiazdy! Przynajmniej taka plotka chodziła wśród kotów, że Brukselka i jej bliscy praktykują inną wiarę niż większość Wilczaków.
— No… nie mogę — westchnęła, odwracając pysk od czekoladowego wojownika. — Ale… powie mi Pan… czy to prawda, że wierzy Pan w Klan Gwiazdy? — spytała po chwili, wracając wzrokiem do Wilczka.
— Oczywiście? Nie chciałbym wierzyć w Mroczną Puszczę… Tam trafiają koty, które były złe… Nie chciałbym czcić złych kotów. Skąd w ogóle to pytanie? Ktoś ci wmówił, że powinnaś była wierzyć w coś innego? — Wilczy Skowyt machnął nerwowo ogonem, cały czas wpatrując się w swoją córkę.
Wąsatka poczuła zniesmaczenie. Więc jej pobratymcy mieli rację. Czy w takim razie powinna zadawać się ze swoim ojcem? Przecież była wychowana w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Uważała tę wiarę za słuszną. Zawsze jej mówili, że to Klan Gwiazdy jest tym złym, więc czemu miałoby być inaczej?
— Proszę Pana… Nie mogę z Panem rozmawiać. Pustułkowy Szpo- — urwała.
Tak właściwie wierzyła w Mroczną Puszczę tylko dlatego, że jej przybrany ojciec o to dbał. To on wprowadził ją w tę mroczną część Klanu Wilka. Wyjaśniał jej, kogo powinna szanować, a kogo nie. I tak żyła według tych zasad. Może nie powinna była? Może przez ten cały czas Pustułkowy Szpon się mylił? Albo ją okłamywał? Tak, jak okłamywał ją na temat tego, że jest jej ojcem.
— Chociaż… Może nic się nie stanie, jeśli raz mnie zobaczą, jak wychodzę z Panem poza obóz — zaczęła się zastanawiać, przeczesując futerko na brodzie swoimi pazurami.
— Ale… Co z Pustułkowym Szponem? Nie dokończyłaś… Dlaczego powiedziałaś, że nie możesz ze mną rozmawiać? Co ci ten drań nagadał. Och, Wąsatko, tak bardzo chcę iść z tobą do rodziny. Do twojej prawdziwej rodziny, ale wytłumacz mi, proszę, o co chodzi z Pustułkowym Szponem. — Wbił pazury w ziemię.
Czarno-biała pokręciła głową. Słyszała już o tym, co wydarzyło się wcześniej. Podobno Wilczy Skowyt pobił się z Pustułkowym Szponem! Wąsatka nie wiedziała, czemu ta dwójka kocurów tak bardzo skakała sobie do gardeł. Czy to wszystko przez nią?
— O nic. Niech go Pan nie zaczepia, bo narobi Pan sobie problemów… — odparła, nerwowo ugniatając ziemię łapami. — To mój przybrany tata, przecież… Uratował mnie, gdy byłam mała i mnie wychowywał. Ot co! — wyjaśniła po chwili.
Czy Wilczy Skowyt nie powinien się cieszyć i lubić Pustułka? Przecież gdyby nie on, Wąsatka najpewniej utonęłaby już jako kociak.
— Uważam, że powinien być mu Pan wdzięczny. Jeśli naprawdę jest Pan moim ojcem, to powinien Pan się cieszyć, że mimo waszego niedopilnowania udało mi się przeżyć dzięki Pustułkowemu Szponowi — stwierdziła.
— Nie… Nie… To ty za mną poszłaś, nie miałem pojęcia, że nawet za mną idziesz! To nie było niedopilnowanie tylko twoja głupota. Matka ci powtarzała! Opuszczać samej nory ci nie było wolno, a ty zrobiłaś swoje. Nie będę skakać z radości przez… Niego! Nie cierpię go!
Wąsatkowy Ruczaj oburzyła się na słowa czekoladowego kocura.
— To obowiązek rodziców, żeby zajmować się kociakiem! — syknęła, smagając powietrze ogonem. — Nie próbuj zwalać winy na mnie, skoro miałam wtedy jakieś cztery księżyce! To wy byliście nieuważni i się mną nie zajęliście! — złościła się dalej, czując, jak włos jeży jej się na karku. — Trzeba było nie zdradzać klanu, proszę Pana! Jeśli jest Pan moim ojcem, to oznacza, że wbrew kodeksowi spiknął się Pan z samotniczką! Gdyby nie to, że odwiedzał nas Pan raz na jakiś czas, to nie czułabym potrzeby, by dowiedzieć się, dokąd Pan tak znika! W końcu czy rodzina nie jest dla Pana najważniejsza?
— Tak, jest najważniejsza! Oczywiście, ale najwidoczniej dla ciebie jest chyba ważniejsze to, co powie ten święcie mądry zastępca! Jakbym mógł wybrać, to bym nie zdradził klanu, gdybym wiedział, że trafi mi się akurat taka córka jak ty! — syknął i przednimi pazurami podrapał z całej siły ziemię i piach. — I znikałem dla waszego dobra! Gdyby nie ja to nikt z was nie miałby co jeść. Proszę bardzo, idź! Wracaj do swojego tatusia!
Wojowniczka była w szoku. Wilczy Skowyt zachowywał się nie lepiej niż naburmuszony kociak. Może Pustułkowy Szpon miał rację? Może koty, które wierzyły w Klan Gwiazdy, były chore na głowę? Czuła, że powinna go przeprosić za to, jak się zachowywała. Z tą kłótnią zdała sobie sprawę, że nie chciałaby mieć innego ojca niż on. Nawet jeśli ją oszukiwał, to najwyraźniej robił to dla dobra Wąsatki, by nie musiała rozmawiać z tym stukniętym kotem.
— Jest Pan psychiczny! Niech się Pan nawet nie próbuje nazywać moim ojcem, bo to dla mnie obraza! — splunęła, marszcząc nos. — Pustułkowy Szpon jest święcie mądrym zastępcą, a żeby Pan wiedział! Próbował mnie przez ten cały czas uratować przed Panem! Szkoda, że podczas gdy wczoraj się kłóciliście, mój tata nie wyrwał Panu języka, żeby Pan nie wygadywał takich głupot! — rzuciła w emocjach.
— Ale Wąsatko! — Czekoladowy uspokoił się i całe nerwy z niego zeszły, gdy znowu usłyszał głos swojej córki. — Przepraszam, po prostu za dużo się dzieje… Nagle się dowiaduję, że tak naprawdę cały czas razem żyliśmy, a Pustułkowy Szpon powiedział, że jestem okropnym ojcem. Może ma rację? Ale cały ten czas ja i twoja matka… My cię szukaliśmy i… Wpadnij może kiedyś do niej, ucieszy się na twój widok — Uśmiechnął się lekko.
Czarno-biała nie mogła się uspokoić tak szybko, jak cętkowany. Przed chwilą jeszcze ją obrażał, a teraz nagle zmienił taktykę? Był naprawdę dziwnym kotem. Dziwniejszym od samej Wąsatki! Ona na miejscu Pustułka też by go zaatakowała i nawet by się nie wahała.
— Tak mnie Pan szukał, a nawet Pan nie wiedział, że przez cały ten czas żyłam w tym samym klanie! Czy Pan jest głuchy? Przecież Zalotna Gwiazda przeprowadzała ceremonie! Były takie dni, w których to ja byłam w centrum uwagi Wilczaków! I wciąż Pan się nie skapnął, że jestem pańską córką? To naprawdę chore! — krzyczała dalej.
— Wiesz co! Nie masz dzieci! Nie wiesz, jak to jest gdy, nagle z dnia na dzień twoje dziecko znika! Wyrywałem sobie futro, stawałem na pazurach przez tyle księżyców, próbując cię znaleźć, szukałem wszędzie tylko nie w obozie! Myślałem, że to zbyt oczywiste! Odkąd zaginęłaś, omijałem ceremonie uczniów czy inne podobne wydarzenia związane z młodymi kotami tylko po to, aby nie myśleć o tym, że moja córka nie żyje!
Wąsatkowy Ruczaj zdziwiła się słowami ojca. Naprawdę? Specjalnie omijał mianowania, by nie musieć za każdym razem przypominać sobie o tym, co stracił?
Gdy myślała o tym dłużej, w końcu jej oczy zaszły łzami. Szybko podniosła jednak łapę, by je otrzeć.
— To i tak nie jest żadne wytłumaczenie! Przecież spaliśmy w tym samym legowisku! — upierała się, choć tym razem jej głos znacznie bardziej drżał. — Ja chyba… chyba muszę to wszystko przemyśleć… — stwierdziła po chwili, robiąc krok w tył.
Kocur skinął łbem i odszedł.
Tak po prostu odszedł.
Wąsatkowy Ruczaj nie wiedziała, czy powinna się cieszyć z tego, że pozwolił jej to wszystko przemyśleć, czy być oburzona, że tak łatwo się poddał. Naprawdę nie zamierzał jej jeszcze przekonywać? Naprawdę nie próbował nakłonić jej do tego, by poszła wraz z nim odwiedzić Mewę i Kobczyka? Czy w ogóle zależało mu jeszcze na niej?
Wojowniczka zawiesiła głowę i powolnym krokiem ruszyła w stronę swojego legowiska. Zachowanie Wilczego Skowytu było jak cios prosto w serce. Kocur był taki… specyficzny. Najpierw ją obrażał, potem zaś mówił, jak często jej szukał i jak bardzo był zraniony jej zaginięciem. Wąsatka chciałaby po prostu wejść do jego głowy i poznać prawdę, gdyż czuła, że to, co uciekło z pyska czekoladowego, było tylko jej cząstką.
Nim jednak zdążyła przekroczyć próg legowiska wojowników, usłyszała za sobą czyjś głos.
— No… wiesz. Może jednak pójdziesz ze mną i odwiedzisz Mewę i Kobczyk. Możemy równie dobrze iść do nich w ciszy, wcale nie musimy rozmawiać.
Wąsatka obserwowała go przez kilka uderzeń serca. Wilczy Skowyt kolejny raz wykazał się tym, jak bardzo zmienny był. To już powoli zaczynało robić się niepokojące.
— Pójdę, ale kiedy indziej — mruknęła, przenosząc wzrok na ziemię. — Myślałam, że już nie chcesz ze mną rozmawiać, skoro sobie poszedłeś. Czemu wróciłeś? Zapomniałeś, że śpimy w tym samym legowisku?
Wilczy Skowyt uśmiechnął się nerwowo.
— Bo… Pewien kot walnął mnie w łeb i kazał wrócić do ciebie. I pamiętam, że śpimy w jednym legowisku. Ale na razie chyba nie wracam do niego. W sensie wrócę spać, ale no wiesz, o co mi chodzi, co nie?
Wąsatka przewróciła oczami. Rozmawiając z czekoladowym kocurem, czuła się, jakby rozmawiała z o wiele młodszym od niej uczniem. Czyżby cętkowany cofnął się w rozwoju? A może po prostu nigdy nie dorósł? Cóż, Wąsatka musiała to po kimś mieć.
— No, wiem… — odparła. — Ale ja już pójdę się położyć. Ty wróć, kiedy chcesz. Nie musimy teraz rozmawiać, jeśli nie chcesz i jeśli jedyny powód, dla którego to robisz, to reprymenda od innego kota — oznajmiła.
— No nie! To nie jest jedyny powód, jestem przecież twoim ojcem, dlatego chcę z tobą rozmawiać, a nie dlatego, że dostałem po głowie — mruknął starszy.
Wojowniczka pokręciła głową.
— Przykro mi, Wilczy Skowycie. Jedną rozmową nie naprawisz tych trzydziestu straconych księżyców! Zaczęłam układać sobie życie bez ciebie i twojej rodziny w nim i nie wiem, czy tak szybko będę w stanie was dostosować do mojej codzienności — miauknęła, pierwszy raz w życiu traktując jakąś sytuację z dozą powagi.
— To nie jest przecież tylko moja rodzina, to też twoja rodzina. Dlaczego powiedziałaś mojej rodziny? To nie tylko moja rodzina, jesteś jej częścią… — mruknął zawiedziony.
Czarno-biała westchnęła ciężko.
— Mówię, że ciężko mi was traktować jak rodzinę! Nie było was przy mnie przez trzydzieści księżyców, a moje ostatnie wspomnienia z wami pochodzą z czasów, gdy byłam jeszcze małym kociakiem. Ja… ja już nawet nie pamiętam, jak wyglądają mama i brat. Wiem, że łączą nas więzy krwi, ale oni są dla mnie prawie obcymi kotami! — wyjaśniła.
— Nie są obcymi kotami! Nawet tak nie mów. To twoja rodzina. — Wilczy Skowyt westchnął. — Dlatego też chcę cię do nich zabrać, abyś sobie o nich przypomniała.
Wojowniczka czuła się co najmniej tak, jakby rozmawiała ze ścianą legowiska. To nie jej wina, że Wilczy Skowyt był na tyle uprzywilejowany, by nie musieć stracić swojej rodziny w młodym wieku — a przynajmniej tak jej się wydawało. Gdyby był na jej miejscu, na pewno by ją zrozumiał, lecz teraz? Wydawało mu się niepojęte, że nie uważała za rodzinę kotów, z którymi spędziła jedynie cząstkę swojego życia i którzy nie potrafili zadbać o to, by się nie zgubiła.
— Proszę Pana… Wiem, że są moją rodziną. Ale są też dla mnie obcy. Te dwie rzeczy mogą się ze sobą łączyć — stwierdziła. — Nie pamiętam, jak wyglądają, jak się zachowują. Gdybym ich spotkała gdzieś w dziczy, nawet nie wiedziałabym, że to oni. Dlatego tak, są dla mnie obcy. Są dla mnie jak nieznajomi — kontynuowała, po czym postąpiła krok do przodu, zanurzając łeb w półmroku legowiska wojowników. — Może kiedyś zdecyduję się, by ich odwiedzić i naprawić to wszystko, co straciłam… Lecz jeszcze nie teraz.
Wypowiedziawszy te słowa, odeszła od Wilczego Skowytu i ułożyła się w swoim posłaniu, próbując zasnąć.

* * *

Rankiem obudziła ją czyjaś łapa, która trącała ją w bark. Wąsatka otworzyła oczy, zdenerwowana. Kto śmiał wyrywać ją z pięknego snu? Gdy rozejrzała się wokół, dostrzegła przed sobą czekoladowego kocura. Wilczy Skowyt.
— Co Pan robi! — zezłościła się, podnosząc się na wszystkie łapy i jeżąc futro na karku. — Niech mnie Pan zostawi! Rozmawialiśmy wczoraj, nie zdążyłam się jeszcze namyślić! — oburzyła się, lecz ten pokręcił głową.
— To nie o to chodzi! Chodź, Wąsatko. Załatwiłem nam wspólny patrol u Kruczego Pióra. Pójdzie z nami jeszcze Sowi Zmierzch — wyjaśnił, uśmiechając się do kotki.
Wojowniczka otworzyła szerzej oczy ze zdumienia.
— Wypraszam to sobie! Nigdzie nie idę! — zdenerwowała się, strzepując gniewnie ogonem. — Chyba się Panu w głowie poprzewracało, że Pan będzie za mnie wybierał, na jaki patrol idę, a na jaki nie! — złościła się dalej, lecz po chwili Wilczek wyciągnął łapę w jej stronę i położył ją na jej szyi.
— Spokojnie, Wąsatko. To będzie miły, rodzinny spacer. Jak ojciec z córką — wyjaśnił.
— Wypluj to! — warknęła, odsuwając się od wojownika. — Nie nazywaj mnie swoją córką, bo nią nie jestem! — zirytowała się, po czym wyminęła czekoladowego i ruszyła w stronę Sowiego Zmierzchu, który już czekał przy wyjściu z azylu.
Trudno. Już pójdzie z nimi na ten patrol, choć wciąż była sfrustrowana zachowaniem swojego niby-ojca.

<Wilczy Skowycie?>

11 sierpnia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowego Ruczaju) CD. Wilczego Skowytu

Przeszłość, przed dołączeniem Wąsatki do Klanu Wilka

— Och… — wymknęło jej się cicho.
Wilczy Skowyt natychmiast znalazł się przy niej. Zasłonił ją częściowo swoim ciałem i delikatnie dotknął jej barku nosem, sprawdzając, czy nic jej się nie stało.
— Spokojnie — powiedział łagodnie. — To tylko korzeń. Nic groźnego.
Kobczyk podeszła bliżej, patrząc na siostrę z niepokojem. Wąsatka podniosła się chwiejnie i otrzepała futerko, prostując się z wyraźnym wysiłkiem.
— Każdemu się zdarza — mruknęła, bardziej do siebie niż do innych, po czym zrobiła kolejny, znacznie ostrożniejszy krok do przodu.
Nie rozumiała, dlaczego to akurat ona musiała się wywrócić. Dlaczego nie Kobczyk? Dlaczego każdy traktował ją tak, jakby była ledwie suchym, kruchym listkiem? Przecież była taka sama jak Kobczyk! Niczym nie różniła się od siostry. Prawda? To dlaczego mama i tata ciągle wypominali jej, że jest taką niezdarą? No, ale przynajmniej starali się to ukryć pod płaszczykiem słów otuchy. Wąsatka rozumiała jednak ich przekaz. Bardziej niż cokolwiek innego na świecie, jako że z rozumieniem miała nieznaczne problemy.
Wtem nagle coś jej odbiło. Gdy tylko wysunęła się delikatnie naprzód, napięła swoje mięśnie w niewielkich łapkach i zaczęła niezgrabnie biec przed siebie. Chwiała się na boki, o mało nie wywracając się przy każdym kolejnym susie. Obraz przed sobą miała rozmazany, przez co ciężko było jej stwierdzić, dokąd tak naprawdę zmierza. Wkrótce tuż za nią dobiegły ją krzyki, a potem ciężkie kroki. Nie zdołała uciec za daleko, nim za luźną skórę na karku złapały ją czyjeś zęby. Nie musiała zgadywać, do kogo należały.
— Puść mnie, tato! Ja chcę biegać! — oburzyła się, wymachując łapkami na wszystkie strony.
Czekoladowy jednak nie rozluźniał uścisku. Zabrał Wąsatkę wraz z Kobczykiem z powrotem do nory, odstawiając je przed Mewą.
— To chyba jednak nie był dobry pomysł… — mruknął, patrząc na czarno-białą koteczkę. — To mogło się bardzo źle skończyć, Wąsatko. Gdyby to twoja siostr-
Urwał nagle, po czym odchrząknął.
— Nieważne. Nie uciekaj już od nas więcej, dobrze? Świat na zewnątrz jest zbyt niebezpieczny dla takiego małego kociaka jak ty — oznajmił, po czym nachylił się nad Wąsatką i polizał ją czule po główce.

* * *

Zgromadzenie

Dotarli na zgromadzenie jako pierwsi i przez moment nie było nawet do kogo zagadać. Wąsatka nie zamierzała przecież konwersować z którymś ze swoich pobratymców, skoro miała okazję zamienić kilka słów z kimś z innego klanu! To było, według niej, o wiele ciekawsze. Usiadła więc cierpliwie, wyczekując, aż na wyspę wkroczą kolejne klany.
Drugi pojawił się Czereśnia wraz z Owocniakami, potem na wyspę wkroczyli Burzacy z Zawodzącą Gwiazdą na czele, a następnie przybyli jeszcze Klifiacy. Czarno-biała uważnie (choć tylko jednym zdrowym okiem) obserwowała przewijające się przed nią tłumy, aż w końcu jej uwagę przykuła szylkretowa koteczka o wyjątkowo krótkich łapach. Wzrostem nie przerastała nawet ucznia!
Wojowniczka natychmiast postawiła uszy i poderwała się z miejsca. Przecisnęła się przez inne koty, by dotrzeć do jasnofutrego niziołka.
— Ojej, nie uciekłaś przypadkiem z klifiackiego żłobka, myszeczko? — zagadnęła, zatrzymując się tuż przed kotką. Gdy zmrużyła oczy i przyjrzała się jej uważniej, dostrzegła, że pysk nieznajomej był już wyraźnie naznaczony czasem, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie. — Ile ty właściwie masz księżyców? Uch... nie jestem w stanie stwierdzić, czy sześć, czy sześćdziesiąt... — mruknęła, po czym uniosła łapę i podrapała się paluchem po brodzie.
Szylkretka zatrzymała się, wpatrując się w Wąsatkę zadziwiona.
— Och, mam ponad osiemdziesiąt. Już bliżej mi do legowiska starszyzny niż uczniów. — zaśmiała się lekko.
Wąsatka wytrzeszczyła oczy z niedowierzania. Jak to możliwe, żeby ktoś tak niski miał na karku osiemdziesiąt księżyców? To niemożliwe! Ten podły Klan Gwiazdy musiał maczać w tym palce. W końcu wszystko, co złe, było winą Gwiezdnych Przodków — przynajmniej tak mówili jej pobratymcy. A może szylkretka po prostu bezczelnie kłamała?
— Kłamiesz! — wypaliła nagle wojowniczka, wypinając dumnie pierś. — Próbujesz się wywinąć od konsekwencji za to, że nielegalnie przyszłaś na zgromadzenie! Zaraz pójdę i to komuś zgłoszę!
Zmarszczyła nos i jeszcze raz zmierzyła kotkę podejrzliwym wzrokiem.
— Pierwszy raz widzę, żeby osiemdziesięcioksiężycowy kot był taki drobny! Lepiej wracaj do żłobka i napij się dużo mleka, to może w końcu trochę urośniesz!
Jasnofutra zamrugała oczami ze zdumienia.
— Wiesz, jeśli chcesz, to nie zatrzymuję cię, ale raczej zaśmieją ci się w pyszczek. Wiele razy byłam już na zgromadzeniu, zapewniam cię, że każdy ci to potwierdzi.
Wojowniczka przewróciła oczami i z irytacją uderzyła ogonem o ziemię. Co za pyskaty, wyrośnięty kociak. Wąsatka mogłaby ją zgnieść jedną łapą bez najmniejszego problemu!
— W takim razie jak wyjaśnisz to, że masz takie krótkie łapy? Czy twój ojciec był jakimś żuczkiem? Bo do bólu je przypominasz — mruknęła, unosząc jedną brew. — A może ktoś ci je po prostu odgryzł, kiedy byłaś młodsza? W końcu to nienaturalne, żeby mieć aż tak krótkie łapy!
Przechyliła głowę, mierząc szylkretkę uważnym spojrzeniem.
— U mnie, w Klanie Wilka, nigdy nie widziałam takiego przypadku. To musi ci strasznie utrudniać wykonywanie wojowniczych obowiązków! Nie jesteś może medyczką? Albo nie trafiłaś od razu do starszyzny? Przecież gdybyś chciała pobić jakiegoś kota, który wtargnął na tereny Klanu Klifu, wystarczyłoby, żeby złapał cię za kark i bez problemu przeniósł w jakieś inne miejsce! A żeby go potem dosięgnąć, pewnie musiałabyś przebiec dwa razy większy kawałek drogi niż każdy normalny kot!
— Tak się składa, że księżyce temu walczyłam w wojnie pomiędzy Klanem Wilka i Klanem Klifu. Jak widzisz, nie ma na mnie zbyt wielu blizn, chyba znaczy to, że jakoś sobie dawałam radę. Choć nie jest łatwo, to przyznaję. Mój wzrost odziedziczyłam po matce. I nie, nie jestem medyczką, ani nawet starszyzną. Nadal jestem wojowniczką.
Czarno-biała uniosła jedną brew, a na jej pysku pojawił się zaczepny uśmiech.
— Ach, tak? Słyszałam o tej wojnie. Podobno to my ją wygraliśmy, więc nie byłabym taka pewna, czy rzeczywiście jesteś świetną wojowniczką. Jeśli u was jest więcej takich jak ty, to wcale mnie nie dziwi, że przegraliście! — zachichotała z wyraźną satysfakcją.
Przechyliła głowę i jeszcze raz zmierzyła szylkretkę kpiącym wzrokiem.
— Pewnie moi pobratymcy cię oszczędzili, bo wzięli cię za kociaka. Wilczacy są honorowi. Nie skrzywdziliby kogoś, kto nie dorasta im nawet do łokcia. Wasz przywódca musiał być wtedy nieźle stuknięty, skoro uznał, że taki niziołek nadaje się do walki z potężnymi, rosłymi wojownikami Klanu Wilka! Może powinien był cię posadzić z boku i kazać robić za wsparcie psychiczne, zamiast wysyłać na front!
Kotka napuszyła się na słowa Wąsatki.
— Wypraszam sobie. To, że przegraliśmy, nie znaczy, że nie walczyliśmy z całych swoich sił. Mogę cię zapewnić, że nikt mi wcale nie pobłażał, a ty powinnaś się nauczyć szacunku do starszych.
Czarno-biała zaśmiała się na słowa jasnofutrej, wyraźnie rozbawiona jej pewnością siebie.
— Doprawdy? W takim razie ilu was musiało walczyć z jednym Wilczakiem, skoro wyszłaś z tej wojny prawie bez szwanku? — zakpiła, mrużąc oczy. — Niech zgadnę. Pewnie musiałaś poprosić jeszcze dwóch rosłych wojowników o pomoc, żebyście razem dali radę jednemu Wilczakowi, co? — prychnęła, zadzierając lekko brodę. — Nie wmówisz mi przecież, że byłaś w stanie walczyć z kimś sam na sam! Szczerze mówiąc, nawet ja teraz bez problemu bym cię pokonała. Nie zdążyłabyś mnie nawet porządnie drasnąć! — dodała z rozbawieniem.
— Większość Wilczaków również walczyła w grupach — wycedziła przez zęby, a jej futro mimowolnie stanęło dęba.
— A co mieli zrobić? Zapewniam cię, że nie było takiej potrzeby, dopóki koty takie jak ty nie zaczęły zbierać sobie pomocników, bo same nie dałyby sobie rady! — stwierdziła, kiwając głową z pełnym przekonaniem. Ten niziołek z wybujałym ego coraz bardziej działał jej na nerwy!

* * *

Odkąd tak zacięcie broniła honoru Klanu Wilka na zgromadzeniu, zaczęła zastanawiać się nad tym, jak dokładnie przebiegała ta cała wojna. Słyszała już o niej nieraz i wiedziała, że Wilczacy zwyciężyli, jednak może ktoś potrafiłby opisać jej tę walkę z większymi szczegółami? Chciała w końcu poznać kilka argumentów, gdyby jakiś Klifiak jeszcze kiedyś chciał jej podskakiwać! W końcu była przykładną wojowniczką. Byłoby jej wstyd, gdyby kiedyś nie potrafiła wybronić swojej przynależności w rozmowie z wrogami narodu.
Wiedziała, że Pustułkowy Szpon walczył na wojnie. Wiedziała też jednak, że nie miała ochoty z nim rozmawiać. Nawet trochę się do siebie zbliżyli po tym, jak Wąsatka znalazła i przygarnęła Tęczę, ale teraz znów było u nich krucho. Młodsza nie widziała już w zastępcy ojca. Nie był dla niej tym idealnym kotem, autorytetem. Teraz widziała go raczej jako kłamcę. Oszusta, który sprawił, że ośmieszyła się na oczach całego klanu. Była taka głupia, wierząc w to, że czekoladowy naprawdę był jej ojcem. Mogła się tego domyślić! Gdy skupiła się na tym bardziej, zauważyła, że futro i głos Pustułkowego Szponu różniły się od tych należących do jej biologicznego taty. Poza tym nawet jego zachowanie było zupełnie odmienne.
Nie chciała już dłużej o tym myśleć, bo w ten sposób jeszcze bardziej się dołowała. Nie potrafiła zapomnieć o tym, jak okrutny był zastępca. Dlatego, gdy dostrzegła przed sobą inną czekoladową plamę, postanowiła do niej podejść. Nie był to Pustułkowy Szpon, to wiedziała na pewno. Właściwie nawet nie do końca kojarzyła tego wojownika i nie miała pojęcia, kim mógł być, lecz wiedziała, że musi czymś zająć myśli.
— Dobry wieczór! — mruknęła na powitanie. — Walczył pan na wojnie z Klanem Klifu? Bardzo mnie ona zainteresowała, gdy o niej usłyszałam i chciałabym się dowiedzieć nieco więcej. Więc, czy walczył pan? A jeśli nie, to może zna pan kogoś, kto na pewno walczył? Tylko nie Pustułkowy Szpon! Nie chcę z nim teraz rozmawiać — westchnęła dramatycznie, na moment odwracając wzrok od cętkowanego kocura.

<Czekoladowy Wilczaku?>

22 czerwca 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Kukułki

— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować. W końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam cię…! — zaprzeczyła Zwęglona Kukułka, choć raczej nie brzmiała zbyt przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!
Wąsatkowy Ruczaj nie rozumiała, o co całe to zamieszanie. Czy to był powód, dla którego szylkretka jej unikała? W takim razie był dosyć błahy.
— Nie jesteś? — odparła, przekręcając głowę.
Po chwili jednak wzruszyła ramionami.
— Nie wiem, raczej nigdy nie miałam zbyt dobrego węchu. Wzroku zresztą też nie. W każdym razie to niczego nie zmienia — dodała, uśmiechając się do wojowniczki. — W takim razie, czy przestaniesz mnie dalej ignorować? Wydajesz się ciekawy, a ja lubię ciekawe koty! Byłoby niedobrze, gdybyś znowu zaczął mnie unikać — kontynuowała, mrużąc swoje brązowe ślepia.
Zwęglona Kukułka przeniosła wzrok na łapy, jakby chciała usunąć Wąsatkę ze swojego świata. Na to starsza wojowniczka uniosła jedną brew.
— No co? Powiedziałam coś niestosownego? — zaczęła się zastanawiać, widząc reakcję szylkretki. — Chyba musiałam, skoro twoje uszy są teraz całe czerwone! Jak brzuchy gilów! — spostrzegła.

* * *

Teraźniejszość

Wciąż nie mogła uwierzyć, że udało jej się znaleźć kociaka! I w dodatku przyprowadzić go do obozu! Przedstawił się jej jako Tęcza, a reszta Wilczaków zaakceptowała to imię. Już za cztery księżyce ten mały kremowy urwis powinien odbyć samotną noc, by potem móc mianować się uczniem. Wąsatkowy Ruczaj miała nadzieję, że nie zdziwią go zwyczaje panujące w Klanie Wilka, gdyż były one całkiem nietypowe!
Zdążyła jednak zauważyć, że Tęcza nie miał w zwyczaju przejmować się różnymi rzeczami. Niby porzuciła go matka, która w dodatku później zmarła, lecz on nie wydawał się tym wzruszony. W ogóle o nią nie pytał, jakby już jej nie pamiętał. Zamiast tego kręcił się pod łapami Pustułkowego Szponu, a także jej samej, i zachowywał się tak, jakby to oni byli teraz najważniejszymi kotami w jego życiu. Co pewnie było prawdą, bo to oni opiekowali się kremowym kocurkiem.
Wąsatka zakładała też, że jego ojciec nie żył albo porzucił go dawno temu. Albo, co było jednak mało prawdopodobne, należał do innego klanu? Może była to ta sama sytuacja, co z nią, Mewą i Wilczkiem?
Czarno-biała, wchodząc teraz do żłobka, postanowiła go o to spytać. Szybko minęła Bielinkę, Ognikową Słotę i Szaleja, by dojść do swojego podopiecznego, w którym widziała młodszego braciszka.
— Hej, Tęczo! — przywitała się z młodzikiem, który w połowie leżał na ziemi, a w połowie na posłaniu, już prawie zasypiając.
Jednak na słowa wojowniczki otworzył oczy, budząc się do życia. Nie minęło dużo czasu, a podniósł się z miejsca i poruszył z radości wibrysami.
— Wąsatko! — krzyknął rozweselony, podbiegając do starszej kotki. — Tak dobrze, że jesteś! Nie miałem z kim rzucać się mchową kulką i strasznie mi się nudziło... — oznajmił, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Wąsatkowy Ruczaj usiadła, przyciągając do siebie kocura łapą.
— Naprawdę? — mruknęła, po czym polizała go po główce, by ułożyć mu futro, które było niezwykle zmierzwione. — W takim razie czemu nie zaprzyjaźnisz się z kimś ze żłobka? Przecież masz tu Szaleja, a oprócz niego jest jeszcze Ognikowa Słota. Z nimi też możesz rzucać się kulkami z mchu! — doradziła mu. Bardzo by się ucieszyła, gdyby młodziakowi udało się znaleźć przyjaciół. W końcu życie bez żadnych znajomych było potwornie nudne!
— No, mogę... — przyznał, odwracając głowę w stronę srebrzystego kocurka. — Jutro na pewno do niego zagadam! — oznajmił, dumnie wypinając pierś.
Wojowniczka zamruczała z radości, po czym wypuściła Tęczę z objęcia.
— Wiesz, że ostatnio się nad czymś zastanawiałam? — miauknęła, uciekając wzrokiem w bok.
— Nad czym? — pisnął kremowy, przekręcając głowę i o mało nie przechylając się na bok!
— Nad tym, co się stało z twoim tatą... — dodała, wracając spojrzeniem do Tęczy. — Nie żeby chciała się ciebie pozbywać! Nawet jeśli gdzieś się szwenda po świecie, i tak cię mu nie oddam! — zachichotała, poruszając wąsami z rozbawienia.
Kremowy zamilkł na moment i wlepił wzrok w ścianę, jakby mocno się nad czymś zastanawiał.
— Tata? — powtórzył. — Nie pamiętam go. Nigdy go nie widziałem — przyznał, lecz zaraz potem uśmiechnął się znowu, niewzruszony faktem, że nie wie, co tak naprawdę działo się z jego rodzicem.
— Och! No cóż, widzisz, ja też nie pamiętam już swojego biologicznego taty, chociaż kiedyś go widziałam — miauknęła, myśląc o czekoladowym wojowniku Klanu Wilka, który odwiedzał ją, gdy jeszcze żyła z Mewą.
— To... ten czekoladowy pan nie jest twoim tatą? — spytał zdziwiony Tęcza. — W takim razie kim jest? I czy to znaczy, że jednak nie możesz być moją starszą siostrą? — przeraził się, otwierając szerzej oczy.
— Ależ skądże! Zawsze będę twoją starszą siostrą — zapewniła go. — Ale to fakt, że ten czekoladowy pan nie jest moim tatą. Po prostu... uratował mnie z rzeki, gdy byłam młodsza. Prawie tak, jak my uratowaliśmy ciebie!
W oczach Tęczy zaiskrzyło zaciekawienie.
— Jak fajnie! A czemu ty znalazłaś się w rzece? — mruknął zaintrygowany.
— Wiesz, długa historia... — odparła, po czym machnęła zbywająco łapą. Nie było sensu opowiadać Tęczy o tym, że urodziła się jako samotniczka i znalazła się tutaj przez przypadek.
— Opowiedz mi ją, proszę! — domagał się niebieskooki.
Wąsatka pozostawała jednak nieugięta.
— Hej, mogę ci opowiedzieć o czymś innym! Chcesz wiedzieć, jak zyskałam swoje wojownicze imię? — spytała.
— Tak, tak! — zapiszczał młodszy.
Na szczęście nie był zbyt pamiętliwy, dlatego szybko odpuścił sobie pytanie o to, jak Wąsatka znalazła się w Klanie Wilka.

* * *

Gdy skończyła opowiadać Tęczy o walce z psem, pożegnała się z nim i wyszła na środek obozu, by zaczerpnąć trochę powietrza. Gdy tak stała, do jej nozdrzy napłynął soczysty zapach zwierzyny, który sprawił, że ślinka napłynęła jej do pyska. Choć powinna już być Pora Opadających Liści, słoneczko wciąż przyjemnie ogrzewało wojowników, a także zachęcało zwierzynę łowną do buszowania po lesie. Dzięki temu Klan Wilka obfitował w piszczki — i to takie tłuste, pożywne! Nie takie ochłapy, jakie zdarzały się w Porze Nagich Drzew.
Nim jednak Wąsatkowy Ruczaj zdążyła dojść do stosu, przemknęła przed nią znajoma sylwetka. Wydawało jej się nawet, że była delikatnie zgarbiona, jakby specjalnie starała się zmniejszyć swoje rozmiary. Czarno-biała nie była jednak na tyle głupia, by nie rozpoznać w niej Zwęglonej Kukułki.
— Hej, kolego! — wrzasnęła, podążając za uciekającą wojowniczką.
Szylkretowa od razu zamarła w bezruchu, po czym powoli odwróciła głowę w stronę Wąsatki.
— Ja? Że niby ja jestem Zwęgloną Kukułką? Ależ skądże, ja... ja nazywam się Opierzona Jaskółka! — mruknęła głosem nienaturalnym dla siebie, jakby specjalnie próbowała go zmienić.
— No, ej! Ja wiem, że ostatnio mówiłam ci, że nie mam zbyt dobrego wzroku ani węchu, ale nie popadajmy w skrajność! Do bycia kretem jeszcze trochę mi brakuje! — oburzyła się, marszcząc brwi.
Zaraz potem jednak rozluźniła mięśnie pyska, a chwilę później uśmiechnęła się zadziornie.
— Poza tym nawet nie wspomniałam twojego imienia, więc marne to twoje kłamstewko... — dodała, poruszając wąsami z rozbawieniem.

< Zwęglona Kukułko? >

19 czerwca 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Pustułkowego Szponu

Dawno, dawno temu

Wąsatkowy Ruczaj brała właśnie kosa ze stosu. Posiłek był nieodłączną częścią jej dnia, tym bardziej tak zwyczajnego, jakim był ten dzisiejszy. Nie zrobiła dziś nic nadzwyczajnego, ale nie mogła powiedzieć, że nie zrobiła niczego. Po prostu wstała, udała się na patrol, wróciła, a teraz wreszcie mogła zregenerować siły tą piszczką. Choć musiała przyznać, że nie wyglądała ona zbyt pożywnie. Była raczej marna, a poza tym już dawno chłodna, lecz Wąsatka nie zamierzała wybrzydzać. Czasem trafiały się po prostu gorsze dni dla klanu, w których znalezienie tłustej piszczki, na której widok aż ślinka ciekła, było po prostu niemożliwe.
Nim jednak zdążyła gdzieś porządnie usiąść i zabrać się za spożywanie kosa, podszedł do niej jej tata. W pysku niósł wróbla i wyglądał, jakby właśnie przygotowywał się do czegoś ważnego. Tylko do czego?
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca.
Czarno-biała ruszyła za nim w krok, zaciekawiona tym, dlaczego zastępca tak nagle wyszedł z inicjatywą wspólnego posiłku. Choć nie, żeby ją to jakoś bardzo zdziwiło, bo w końcu byli rodziną. To normalne, że czasem chcieli po prostu ze sobą pobyć, jak ojciec z córką.
Gdy w końcu się rozsiedli, a Wąsatka upuściła pod łapy kosa, mruknęła:
— To o czym, tato, chciałeś porozmawiać?
Kocur na moment zamilkł, jakby zastanawiał się nad tym, czy na pewno chce powiedzieć to, co właśnie miało opuścić jego pysk.
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę cię kochać, jak ojciec córkę — zaczął, pozostawiając Wąsatkę w niepewności.
— Ale? — odparła, unosząc jedną brew.
Czekoladowy ponownie umilkł, układając sobie w głowie słowa.
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo cię wtedy uratowałem przed utonięciem. Byłaś tak mała i drobna, nie mogłem cię tam zostawić. Sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.
Co?
To… nie mogło być prawdą. On musiał kłamać.
— Ale… ale jak to, tato?! — wyrwało się jej. Zamrugała kilka razy. Przez moment siedziała z rozdziawionym pyskiem i szeroko otwartymi oczami, sparaliżowana szokiem. — Przecież szłam tuż za tobą! Odkąd wyszłam z nory, w której żyłam z mamą i bratem, nie straciłam cię z oczu! — upierała się, kładąc po sobie uszy. — Kto inny miałby mnie uratować, jeśli nie ty, za którym cały czas szłam? — spytała, spuszczając wzrok na łapy.
— Przykro mi, Wąsatko, ale to nie twój biologiczny ojciec cię uratował — mruknął czekoladowy, najwyraźniej sam nie wiedząc, jak powinien ją pocieszyć. — Musiałaś się zagapić, kiedy szłaś za swoim ojcem. To było bardzo dawno temu. Może po prostu nie pamiętasz wszystkiego tak dokładnie, jak ci się wydaje? — dodał ostrożnie.
Jednak Wąsatkowy Ruczaj wciąż nie potrafiła w to uwierzyć. Przecież nie była na tyle głupia, żeby pomylić własnego ojca z kimś innym! Była przekonana, że przez cały czas szła za tatą, nawet na moment nie gubiąc go z pola widzenia.
A może jednak była? Może to, co mówił czekoladowy, było prawdą?
Nie była w stanie o tym myśleć. Poza tym straciła już cały apetyt. Nabrała w płuca drżącego oddechu, po czym podniosła łeb i bez słowa wstała, kierując się w stronę wyjścia z azylu.
— Nie idź za mną... — rzuciła do zastępcy, znikając za obozowym wejściem.
Nie była teraz w stanie patrzeć na kocura po tym, czego się dowiedziała. Dlaczego przyznawał się do tego dopiero teraz? Czemu pozwalał jej wierzyć przez tyle księżyców, że jest jej ojcem? Zrobił z niej idiotkę. Każdy w klanie musiał wiedzieć, że nie jest jego biologiczną córką. Pewnie przez cały ten czas patrzyli na nią jak na mysiego móżdżka, gdy kleiła się do łapy zastępcy i z pełnym przekonaniem nazywała go tatą.

* * *

Przez ostatnie księżyce jej niechęć do Pustułkowego Szponu wciąż nie zniknęła. Nie potrafiła z nim rozmawiać już tak, jak dawniej. Za każdym razem, gdy przebywała w jego otoczeniu, czuła się taka głupia i naiwna. Gdy jednak nie było go w pobliżu, starała się zachowywać normalnie i funkcjonować tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Czekoladowy może przez pierwsze dni wyglądał na dotkniętego reakcją Wąsatki, lecz po kolejnych próbach rozmowy i kolejnym spotkaniu się z ciszą ze strony wojowniczki najwyraźniej już się poddał. Byli sobie niemal obcy, ale może tak było od zawsze? W końcu nie łączyły ich więzy rodzinne, więc po co w ogóle mieliby ze sobą przebywać. Pustułek nie był też znajomym Wąsatki, a skoro nie był ani nim, ani jej ojcem, to kim miałby być, poza nieznajomym?
Wąsatkowy Ruczaj wciąż jednak zastanawiała się, kto w takim razie był jej prawdziwym ojcem. Pewien wojownik w Klanie Wilka wydawał jej się dziwnie znajomy, choć nigdy nie mogła spamiętać jego imienia, przez co ciężko jej było teraz stwierdzić, czy jest tym Wilczkiem, którego pamiętała za czasów siedzenia w norze. Gdy jeszcze wierzyła, że to Pustułkowy Szpon jest jej rodzicem, nie dopuszczała do siebie myśli, że mogło być inaczej. Jednak teraz? Teraz czuła, że widzi znacznie więcej.
Gdy tak siedziała i o tym rozmyślała, tak jak zresztą prawie zawsze, gdy nie miała czym zająć głowy, doszła do wniosku, że może jednak powinna porozmawiać z Pustułkowym Szponem. Choćby ten ostatni raz, nim na dobre uzna go za obcego. Czuła, że należy jej się poznanie prawdy, a także że zastępca może wiedzieć znacznie więcej, niż ona.
Właśnie dlatego teraz, gdy minął ją przypadkiem w azylu, nie zignorowała go tak jak od ostatnich kilku księżyców. Zamiast tego pospieszyła w jego stronę, w końcu zagradzając mu drogę. Czekoladowy nie spodziewał się tego, a na jego pysku przez ułamek sekundy pojawiło się zdziwienie, nim zostało zastąpione obojętnością.
— Wiesz, Pustułkowy Szponie… chyba musimy o czymś porozmawiać — oznajmiła, wpatrując się w nieodgadniony wyraz pyska zastępcy.
Czyżby zdziwił się, że pierwszy raz od tak długiego czasu nie został nazwany tatą, a swoim pełnym imieniem?
Skinął jednak głową i wraz z Wąsatkowym Rucza­jem ruszył do wyjścia z obozu, by tę rozmowę mogli przeprowadzić na osobności. Nie chcieli przecież, by jakiś ciekawski Wilczak wtrącał się w ich rodzinne dramaty.
W końcu, może podświadomie, a może zupełnie przypadkiem, dotarli w pobliże rzeki — tej, z której Wąsatkę uratował czekoladowy kocur. Szli w jej stronę w zupełnej ciszy, aż dopóki zielonooki nie zwolnił, stawiając uszy na sztorc i wyciągając szyję nieznacznie do przodu, jakby był na czymś skupiony.
Wąsatkowy Ruczaj starała się podążyć za jego spojrzeniem, lecz wszystko i tak wydawało się rozmazane. Wydawało jej się co prawda, że w oddali widziała jakiś kształt stojący na kamieniu okalanym przez nurt rzeki.
— Co to? — szepnęła do zastępcy.
— To jakiś kot — odparł Pustułkowy Szpon, na co biało-czarna przyspieszyła kroku, zmierzając w stronę rzeki.
— Halo, nieznajomy! Zatrzymaj się! — krzyknęła, teraz już biegnąc do kota stojącego na kamieniu. Nim jednak zdążyła do niego dobiec, kot przestraszył się jej obecności, stracił równowagę i ześlizgnął się ze śliskiej powierzchni, porwany przez nurt rzeki.
Wojowniczka w końcu dotarła do brzegu, zszokowana tym, co właśnie się wydarzyło. Po chwili coś otarło się o jej łapy, co sprawiło, że futro stanęło jej dęba. Gdy jednak spuściła wzrok, dostrzegła przed sobą… małego kociaka. Miał pręgowane, kremowe futerko i nie mógł mieć więcej niż dwóch księżyców.
Zaraz potem do Wąsatki podszedł Pustułkowy Szpon, który w pierwszej chwili zamarł w bezruchu.
— Czyj to kociak? — zapytał w końcu, zdumiony.
— Nie wiem… może tego samotnika, który przed chwilą utonął? — zastanowiła się po cichu, jakby bała się, że młodziak to usłyszy. — Musimy go zabrać do obozu! Przecież biedaczek sam sobie nie poradzi!

<Pustułkowy Szponie?>

12 kwietnia 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Łapy

Wąsatkowy Ruczaj włóczyła się po lesie. Jak tak teraz o tym myślała, to wcale nie był to zbyt dobry pomysł przez jej problemy ze wzrokiem. Tata na pewno nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że szlaja się samotnie z dala od obozu. W razie jakiegoś zagrożenia pewnie nawet by go nie zauważyła! Węchu też nie miała zbyt dobrego, więc musiała polegać głównie na słuchu. Dobrze, że przynajmniej w walce była całkiem dobra i mogłaby się wybronić! Wtedy udało jej się pokonać psa Dwunożnych, więc czemu miałaby nie potrafić zawalczyć z czymś innym? Tamten przeciwnik co prawda nie grzeszył siłą ani wielkością, a taki lis czy borsuk z całą pewnością byłby twardszym orzechem do zgryzienia, ale kto by się tym przejmował…
Wracała już do obozu, gdy nagle przez jej stopę przeszedł kłujący ból. Zatrzymała się gwałtownie, podnosząc łapę do góry, ale ból wciąż pulsował jej w poduszce.
— Co to?! — prychnęła, oglądając swoją kończynę. Gdy w końcu zbliżyła ją wystarczająco do swoich oczu, dostrzegła, że wdepnęła w cierń. Co za pech! Będzie musiała udać się do medyczki, by jej to wyciągnęła i odpowiednio opatrzyła, bo inaczej jeszcze wedrze się tam jakaś infekcja! Tego Wąsatka bardzo by nie chciała, bo utrudniałoby to jej funkcjonowanie jako pełnoprawna wojowniczka Klanu Wilka. Jakby ten zez nie był wystarczającym problemem…
Gdy weszła do obozu, nie dostała nawet chwili wytchnienia. Uderzenie serca później wpadł na nią jakiś Wilczak, niemal ją przewracając. Była zmuszona postawić łapę z cierniem na podłożu, co wywołało kolejną falę bólu.
— Ach! — fuknęła pod nosem Wąsatkowy Ruczaj, po czym spojrzała na ucznia, mierząc go morderczym wzrokiem. Choć z jednym uciekającym okiem mogło to wyglądać dosyć… śmiesznie.
— Przepraszam… — wydukał, spuszczając wzrok na swoje łapy.
— Uważaj, jak chodzisz! — burknęła, unosząc zranioną łapę. — Nie widzisz, że jestem ciężko ranna? Cierń wbił mi się w łapę, a ty sprawiłeś, że musiałam ją postawić na ziemi i wbił się jeszcze głębiej! — kontynuowała, kręcąc głową z rezygnacją.
— Nie chciał-
— Nieważne! Pójdziesz ze mną teraz do medyki i będziesz patrzył, jak mnie opatrują. Co ty na to? — mruknęła, po czym uśmiechnęła się do szylkretowego ucznia, jakby ten już się zgodził. — To świetnie, że się zgadzasz! W takim razie chodźmy.
Bez przedłużania obróciła się i zaczęła zmierzać w stronę lecznicy, utykając na jedną z łap.
Gdy weszła do środka, okazało się, że była w nim już Zalotna Gwiazda. Nie wyglądała najlepiej — może się przeziębiła? W każdym razie Cisowe Tchnienie podała jej kilka ziół, mruknęła coś pod nosem i liderka wyszła z legowiska. “Oby poczuła się lepiej. Klanem trzeba rządzić będąc zdrowym!” — pomyślała Wąsatka, patrząc za odchodzącą liderką.
Nagle Cis odchrząknęła, przypominając wojowniczce o celu wizyty.
— Co ci dolega? — spytała, na co Wąsatka zwróciła wzrok w jej stronę.
— Cóż, gdy byłam poza obozem, cierń wbił mi się w łapę — wyjaśniła, wyciągając kończynę w stronę szylkretki.
Kotka sprawnym ruchem wyciągnęła ciało obce z poduszki Wąsatkowego Ruczaju, a następnie sięgnęła po jakieś zioło. Przeżuła je na papkę, nałożyła na niewielką ranę, z której sączyła się krew, i owinęła pajęczyną.
— Dziękuję! — mruknęła wojowniczka, po czym podeszła do Zwęglonej Łapy, która czekała na nią przy wyjściu z lecznicy. — No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, wychodząc wraz z uczniem z lecznicy.

<Zwęglona Łapo?>

Wyleczeni: Zalotna Gwiazda

22 marca 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— Nic nie robisz źle. Niektórzy po prostu nie są nam pisani jako przyjaciele. Jeśli Cykoriowa Łapa faktycznie jest twoją prawdziwą koleżanką, to niedługo jej przejdzie — wyjaśnił czekoladowy. W oczekiwaniu aż młódka się uspokoi, zaczął skubać wróbla z piór, by jedną z lotek podarować czarno-białej, dołączając ją do niewielkiej kolekcji, którą miała za uchem. — Tak w ogóle to skąd masz te pióra? Nie kojarzę, by któryś z ptaków na terenie Klanu Wilka miał takie.
Wąsatkowa Łapa pociągnęła nosem, po czym wzruszyła ramionami. Właściwie pamiętała, że dostała te pióra od swojej mamy, ale nie miała teraz ochoty się z tego tłumaczyć kocurowi. Zresztą, powinien sam to wiedzieć. Widział ją już nieraz z tymi piórami za uchem. Powinien też wiedzieć, że jego partnerka lubiła się szlajać po różnych terenach! Czyżby pamięć jej taty znacznie się pogarszała? To… bardzo przykre. Może powinna coś z tym zrobić, nim zapomni i ją?
Kotka wzięła głęboki oddech i subtelnie położyła po sobie uszy. Uniosła swoje duże, zmartwione ślepia na kocura i prześledziła wyraz jego pyska jednym z nich.
— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.

* * *

Jeszcze kilka dni, a w końcu zostanie wojowniczką! Przynajmniej tak przekonywał ją czekoladowy kocur. Zastępca nieugięcie budził ją każdego ranka punktualnie, zabierając na leśne schadzki, podczas których doskonaliła swoje techniki polowania i walki. Miała co prawda wrażenie, że i tak wie mniej niż niektórzy jej bliscy, ale to chyba ze względu na to przeklęte oko!
Wcześniej nie zwracała na to zbyt dużej uwagi. Wydawało jej się, że każdy widzi świat tak samo, jak ona. Teraz jednak już wiedziała, że ma gorzej i ciężej od innych – przez to musiała przykładać się dwa razy bardziej na treningach! Nie wiedziała, czemu los zdecydował się tak pokarać akurat ją, ale przynajmniej cieszył ją fakt, że Kobczyk był zdrowy. Już wolała sama męczyć się z tym świństwem, niż żeby jej brat cierpiał! Ciekawe zresztą, jak jemu szedł trening. Czy też miał jakiegoś mentora? Może skoro Wąsatkę uczył jej tata, to Kobczyka uczy mama? To miałoby przecież sens, no nie?
Tym razem Wąsatkowa Łapa była już na nogach, krocząc obok swojego taty-mentora. Maszerowali lasem. Młódka nie do końca wiedziała dokąd, ale pamiętała, że czekoladowy wspominał coś o tunelach. Czyżby miała się nauczyć poruszać między nimi?
“Trenuję, by zostać wojowniczką, czy kretem?” – pomyślała, patrząc na swojego tatę, którego pysk nie zdradzał żadnych konkretnych emocji. No cóż, dowie się na miejscu.
Nie musiała długo czekać, bo w końcu udało im się dotrzeć do celu. Przed nią pojawiła się dziura w ziemi, która najwyraźniej była jednym z wejść do sieci tuneli.
— Tunele, do których wejścia są na terenach Klanu Wilka, ciągną się również na terytorium Klanu Klifu — wyjaśnił kocur, podchodząc powoli do nory. — Są ważną częścią życia Wilczaków, dlatego większość wojowników powinna wiedzieć, jak się w nich przemieszczać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie trudno tu o to, by wpaść w jakąś dziurę czy zabłądzić w którymś z korytarzy. Nie można mieć też pewności, że tunel nie zawali się, podczas gdy w nim będziesz — tłumaczył dalej, aż po ciele uczennicy przeszedł dreszcz. Skoro te tunele były takie niebezpieczne, dlaczego z nich korzystali? Przecież równie dobrze można się poruszać po powierzchni ziemi, a nie pod nią! Ale kim ona była, by się temu sprzeciwiać? Skoro według starszyzny tunele były istotne, to zapewne tak było – choć jeszcze nie potrafiła pojąć dlaczego.
— A na czym będzie polegał trening? — spytała, przekręcając głowę. — Oprowadzisz mnie po tych tunelach, czy będę musiała iść sama? — dodała, marszcząc nieznacznie czoło ze zmartwienia.
Czekoladowy milczał przez moment, po czym poruszył ogonem.
— Wolałbym, byś spróbowała sama odnaleźć się w tunelach. To nie będzie trudne, bo nie wymaga od ciebie zmysłu wzroku. Musisz mieć tylko dobry węch, słuch i używać swoich wibrysów! — wyjaśnił, na co Wąsatka niechętnie skinęła głową. — Wpuścimy tam mysz, a ty będziesz miała za zadanie upolować ją i przynieść mi. Dobrze?
Czarno-biała ufała swojemu tacie i wiedziała, że nie posłałby jej do tych tuneli na pewną śmierć, dlatego posłusznie skinęła głową.

* * *

Dzisiejszy dzień był wyjątkowy! Jej tata postanowił, że na trening wybierze się wraz z Kruczym Piórem, a także jego uczennicą – Kalinową Łapą! Młódka uwielbiała naukę ze swoimi rówieśnikami. Gdy mogła spędzić czas z Cykoriową Łapą pod okiem swojego mentora, też było fajnie, ale z niewiadomych powodów już po powrocie do obozu czekoladowa obraziła się na nią. Myśl o tym wydarzeniu sprawiła, że Wąsatka położyła po sobie uszy i podeszła do Kalinki.
— Hej, Kalinko. Nie obrazisz się na mnie po skończonym treningu? — mruknęła, chcąc się upewnić.
Młodsza zwróciła wzrok w jej stronę, trochę zdziwiona pytaniem kotki.
— Nie, nie obrażę. Chyba że zrobisz coś bardzo głupiego — oznajmiła jasnofutra, uśmiechając się nieznacznie do starszej uczennicy.
— Uf, to dobrze! Bo kiedyś mój tata zabrał mnie na trening z Cykorią i od jego zakończenia ona nie odezwała się do mnie ani słowem! No… prawie. Najpierw na mnie nakrzyczała, a potem przestała ze mną rozmawiać. To takie smutne, prawda? — westchnęła ciężko.
Kalinowa Łapa spojrzała na swoje łapy, jakby się nad czymś zastanawiając.
— Naprawdę? To dziwne… — odparła niebieskofutra. — Nie próbowałaś się z nią jakoś dogadać?
Uczennica prychnęła.
— Próbowałam! Ale ona nie chce ze mną rozmawiać, a ja nawet nie wiem czemu! Muszę przyznać, że jest trochę uparta… — wymamrotała pod nosem, jakby bojąc się, że Cykoriowa Łapa ich tu podsłucha.
— To nie wiem… Zostało ci chyba tylko czekanie — miauknęła Kalinka.
Można powiedzieć, że obie kotki tak się zagadały, że aż straciły z oczu swoich mentorów, którzy jeszcze chwilę temu szli przodem, wyznaczając im ścieżkę. Może zrobili to specjalnie? Może to test na to, jak sobie poradzą same?
Wąsatkowa Łapa zatrzymała się jako pierwsza, a zaraz potem jej młodsza towarzyszka zrobiła to samo.
— Gdzie oni są? — mruknęła czarno-biała, unosząc jedną brew do góry.
— Nie mam pojęcia. Może powinniśmy pójść za ich zapachem? — zaproponowała.
Nim jednak wdrożyły ten plan w życie, do ich uszu dotarł niski warkot. Futro na karku Wąsatkowej Łapy od razu wystrzeliło w górę, a jej serce zabiło szybciej.
— Czy słyszysz to, co ja? — zapytała, patrząc na Kalinową Łapę szeroko otwartymi oczami.
— Obawiam się, że tak…
Nie zdążyły się nawet rozejrzeć, a po lesie rozległ się szelest. Z krzewów wystrzelił średniej wielkości, rdzawo-kremowy pies. Z wyszczerzonymi kłami i rozwścieczoną miną rzucił się wprost na dwie samotne kotki. Jego oczy były dzikie, a ruchy gwałtowne – jakby był żądny ich krwi!
Najpierw spróbował ugryźć Wąsatkową Łapę, lecz kotce udało się niezgrabnie uniknąć jego szczęk. Zacisnęły się tuż obok jej ucha, przez co po grzbiecie czarno-białej przeszedł dreszcz. Gdyby nie udało jej się zrobić tego uniku, już nie miałaby jednego ucha!
Postanowiła nie pozostawać dłużna i zamachnęła się łapą z wysuniętymi pazurami. Dzięki nieuwadze kundla udało jej się zadać mu ranę na barku, po czym zgrabnie oddaliła się od niego na kilka lisich ogonów. Tym samym zostawiła z nim Kalinkę, która już nie miała tyle szczęścia. Wąsatka zauważyła, jak pies ugryzł ją w bok. Brązowooka spięła mięśnie i pobiegła jej na ratunek, strącając z młodszej przeciwnika. Na całe szczęście rana nie była zbyt głęboka. Wyglądało na to, że zagoi się dość szybko, a ponadto nie zostanie po niej blizna.
Wąsatkowa Łapa zaczęła tarzać się z psem po ziemi, wzbijając w powietrze kosmyki trawy i kurz. Po lesie poniosły się odgłosy wściekłego syczenia i warczenia, które zapewne odstraszyły każdą zwierzynę w okolicy! Niestety, tym razem psu udało się zadać cios młodej Wilczaczce. Poczuła, jak jego zęby zaciskają się na jej łapie. Ból był na tyle niespodziewany i silny, że brązowooka pisnęła na całe gardło i cisnęła pazurami w oczy kundla. Ten w porę je zamknął, ale i tak polała się krew.
Czarno-biała, korzystając z tego, że napastnik rozluźnił szczęki, uwolniła się od niego i uciekła na bok. Pies podniósł się na równe łapy i otrzepał, znów skupiając się na Kalinowej Łapie. Ta jednak wygięła grzbiet w łuk i syknęła. Jej pazury zalśniły w promieniach słonecznych, które przebijały się przez korony drzew. W tym momencie ich przeciwnik chyba zrozumiał, że nie miał tu czego szukać. Szczeknął na nie, lecz gdy niebiesko-biała wykonała krok w przód, podkulił ogon i czmychnął w stronę terenów Klanu Klifu.

<Tato-mentorze? Gdzie cię wywiało?>

[1398 słów + nawigacja w tunelach]

[28% + 5%]

07 lutego 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— Wąsatkowa Łapo, opisz mi, jak widzisz to drzewo. Cykoriowa Łapo, ty w tym czasie oddal się o króliczy skok od nas. Chcę coś sprawdzić — oznajmił, czekając, aż obie wykonają polecenia.
Czarno-biała zmrużyła oczy, obserwując obiekt, który Pustułkowy Szpon kazał jej opisać. Czuła, jak bicie jej serca przyspiesza, dudniąc niespokojnie w piersi. Jak miała to opisać? Jak powinna widzieć? Czy to, co widziała teraz, było nieprawidłowe…? Zawsze wydawało jej się, że każdy postrzega świat tak samo, jak ona. A jednak odkąd została uczennicą, coraz wyraźniej przekonywała się, że coś jest z nią nie tak. Ta świadomość wstrząsnęła całym jej światem, który dotąd wydawał jej się tak zwyczajny i bezpieczny.
— Drzewa… — mruknęła po chwili, przekręcając łebek i mrużąc jedno oko, a potem drugie. — Mam wrażenie, jakby były wciśnięte w ziemię... — mówiła z trudem, często robiąc przerwy między słowami, jakby bała się, że to, co mówiła, było kompletnie głupie i niezrozumiałe. Jej ogon drżał lekko, a myśli biegały po głowie. Czy Cykoriowa Łapa, stojąca gdzieś w tyle, śmiała się teraz z niepełnosprawności Wąsatki? Czy uważała ją za słabszą i tak naprawdę nigdy nie chciała się z nią przyjaźnić?
— Wąsatko, JAK widzisz. Czy to, co widzisz, jest wyraźne, zamazane? — spytał, nie mając zamiaru odpuścić córce. — Jeśli mi nie powiesz, to na treningu może ci się coś stać. Muszę znać twoje ograniczenia, dzięki temu będziemy wiedzieć, nad czym pracować — wyjaśnił, podchodząc do niej i kładąc ogon na jej czarnym grzbiecie.
Wąsatce futro podniosło się na karku. Zmarszczyła nos i szarpnęła się nerwowo, zrzucając ogon ojca z grzbietu, jakby ten zaczął parzyć ją w skórę. Odsunęła się od niego na odległość kilku wąsów, czując, jak frustracja narasta jej w klatce piersiowej. Czego on właściwie od niej wymagał? Skąd miała wiedzieć, jak wyglądał wyraźny świat, a jak rozmazany? Przecież dla niej wszystko było normalne. Tak się urodziła. Taki świat znała. Taki był jej punkt odniesienia.
— Skąd mam to wiedzieć! — pisnęła, kładąc po sobie uszy i wbijając pazury w ziemię. — Od urodzenia widzę tak, jak widzę! — wyrzuciła z siebie, a głos jej zadrżał. — Nie wiem, jak można widzieć inaczej!
— Może... faktycznie źle do tego podchodzę, lecz mi została odebrana część wzroku — przyznał, jakby to miało usprawiedliwić wszystko. — Spróbujemy inaczej, dobrze? Tylko nie gniewaj się na mnie. Pierwszy raz szkole ucznia z... — przerwał, zastanawiając się, jak to ubrać w słowa, by młodsza nie poczuła się urażona — …z tak niepowtarzalnymi oczami, a także swoją własną córkę. — Uśmiechnął się do niej lekko. — Nie tylko ty odczuwasz presję, obawę, frustrację.
Młodsza uspokoiła się nieco, choć wciąż nie była do końca przekonana co do pomysłów Pustułkowego Szponu. Czuła się zagubiona, choć wiedziała, że nie była w tym sama. Ale to ona od urodzenia musiała żyć z czymś, co dopiero teraz nazwano problemem, czymś, o czym wcześniej nawet nie wiedziała. Chyba wolała żyć w tej dawnej niewiedzy, kiedy mogła bawić się z Kobczykiem, nie myśląc o tym, że widzi i wygląda inaczej.
— Dobrze… — mruknęła cicho, po chwili wahania przysuwając się nieco bliżej czekoladowego kocura. — W takim razie… co mam zrobić?
— Spójrz na Cykoriową Łapę i opisz mi ją jak najdokładniej. Bazuj na tym, co widzisz, a nie pamiętasz. Zależy mi na szczegółach, nie ogólnikach. — Druga uczennica stała oddalona o króliczy skok. — Jeśli nie chcesz, to mogę najpierw ja ci opisać, jak ją widzę w tej odległości.
Wąsatkowa Łapa spojrzała najpierw na swoją koleżankę, a potem znów na ojca.
— Jeśli ci to w czymś pomoże… z tej odległości nawet nie bardzo widzę, że to Cykoriowa Łapa. W sensie wiem. Wiem, że tam stoi, ale… nie dostrzegam wyraźnie jej pyska — przyznała, marszcząc lekko czoło.
— A teraz podejdź do niej, jednak zatrzymaj się w momencie, gdy będziesz widzieć jej pysk — poinstruował.
Uczennica skinęła głową i podeszła bliżej swojej koleżanki, na odległość lisa. Wtedy zauważyła, że Cykoriowa Łapa wygląda na nieco zakłopotaną, może zmęczoną. Wyraźnie czuła się dziwnie, będąc żywym obiektem treningu. Wąsatka rzuciła jej przepraszające spojrzenie, po czym odwróciła głowę w stronę Pustułkowego Szponu.
— Teraz… teraz rozpoznaję, że Cykoria, to Cykoria — oznajmiła cicho, starając się brzmieć pewnie.
— Dobrze. — Skinął głową, podchodząc do obu uczennic. — Miałem dziś zamiar rozpocząć naukę wspinania, lecz plany nieco uległy zmianie. Wąsatko, Cykorio, dziś zawalczycie ze sobą — oznajmił.
Czarno-biała przez moment nie była pewna, czy na pewno dobrze zrozumiała swojego tatę-mentora. Miała walczyć? Z Cykoriową Łapą? Przecież ona była starsza, bardziej doświadczona i przede wszystkim… zdrowa. Czy Pustułkowy Szpon naprawdę chciał ją wystawić na pośmiewisko przed koleżanką? Mimo wszystko nie miała wyboru. Nie mogła postawić się czekoladowemu, bo przecież wszystko, co robił, było dla jej dobra.
Przełknęła ślinę i odsunęła się nieco od pręgowanej. “Na pewno to przegram” – pomyślała, czując, jak jej żołądek wywraca się na drugą stronę. Musiała dać z siebie wszystko. Nawet jeśli miała przegrać, chciała sprawić, by Cykorii chociaż przez chwilę nie było łatwo jej pokonać.
Teraz czekała już tylko na dalsze instrukcje kocura.

* * *

Po powrocie do obozu Wąsatkowa Łapa wraz z Cykoriową Łapą zabrały ze stosu dwie piszczki. Ten trening naprawdę był męczący! Czarno-biała wciąż nie mogła uwierzyć w to, że udało jej się wygrać ze swoją znacznie starszą towarzyszką. Podejrzewała nawet, że czekoladowa specjalnie oddała jej to zwycięstwo i czuła potrzebę, by o to zapytać. Dlatego, gdy obie usiadły gdzieś na skraju obozowej polany, Wąsatka, zamiast zacząć jeść swoją porcję, postanowiła zagaić:
— Pewnie było ci mnie szkoda i pozwoliłaś mi wygrać, żebym nie upokorzyła się przed ojcem, co? — zapytała, przy okazji z nerwów bawiąc się swoją piszczką.
Chwilę później kotki nawiązały kontakt wzrokowy, a w ślepiach Cykorii Wąsatka dostrzegła… zmęczenie. Pręgowana wykrzywiła pyszczek w gorzkim grymasie.
— Nie… To nie tak — przyznała po chwili, wzdychając ciężko. Wąsatka miała wrażenie, że zaraz usłyszy od swojej koleżanki całą prawdę, jednak ta w końcu umilkła, wracając do dalszego spożywania upolowanego wcześniej królika.
— To jak? Przecież jesteś starsza, bardziej doświadczona! Nie mam szans w walce z tobą, a jednak… wygrałam — fuknęła czarno-biała, chcąc poznać prawdę. — Znowu jesteś chora? Brzuch cię boli? Mogę zaprowadzić cię do medyki!
Czekoladowa przełknęła kęs zwierzyny, po czym zmierzyła Wąsatkę gniewnym spojrzeniem.
— Przestań mi to wypominać! Cieszysz się z tego, że mi nie idzie, co? Chcesz, żebym ci wprost powiedziała, że jestem słaba i niepotrzebna? — syknęła nagle, podnosząc się z miejsca.
Brązowooka struchlała, czując, jak jej głowę opanowuje mgła.
— Co…? To nie tak! — uparła się, patrząc w szoku na Cykorię. — Ja naprawdę pytam! Przecież… Przecież musiało ci się coś sta-
— Na litość Przodków, po prostu się zamknij! — przerwała jej czekoladowa, której frustracja sięgnęła już zenitu. — Jesteś potworna! Nie wpadło ci do głowy, żeby nie komentować mojej porażki? — mówiła dalej, podczas gdy jej oczy zaszły szklaną powłoką.
Wąsatkowej Łapie kompletnie odebrało mowę. Przecież nie miała niczego złego na myśli! Zapytała zupełnie szczerze, a nie po to, by wyśmiać swoją koleżankę.
Cykoria w pewnym momencie odwróciła się do niej tyłem i odeszła, znikając w cieniu legowiska uczniów. Czarno-biała nawet nie potrafiła się zmusić, by ją powstrzymać. Stała tam jak słup, wciąż próbując przetrawić to, co się właśnie wydarzyło.

<Tato? Wytłumaczysz mi, co zrobiłam źle?>

[1136 słów + udział w pojedynkach uczniów]

[Przyznano 23% + 5%]

01 lutego 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.
Wąsatkowa Łapa wpatrywała się w swojego tatę ze szczerym zdziwieniem. O czym on majaczył? Przecież ona miała oba oczka, a w dodatku wszystko ze wzrokiem było u niej w porządku – a przynajmniej tak jej się wydawało. Co prawda kilka kotów wspominało już o tym, że jedno ślepie gdzieś od niej ucieka, jednak nigdy nie zwracała na to większej uwagi. Myślała, że każdy widzi tak samo, jak ona. Że każdy przed oczami, zamiast wyraźnych sylwetek kotów, dostrzega jedynie kotopodobne plamy w różnych kolorach, które nieraz zlewały się ze sobą.
— Tato? — odezwała się niepewnie, wpatrując się z dezorientacją w Pustułkowy Szpon. Jej łapy zadrżały; koteczka przełknęła ciężko ślinę i położyła po sobie uszy, jak to miała w zwyczaju. Niczego już nie rozumiała. Chciała do mamy, do siostry. Chciała do tamtej ciasnej, zatęchłej nory, w której się wychowała. W której spędziła pierwsze księżyce życia i w której po raz pierwszy wywróciła się podczas zabawy z Kobczykiem.
— Słucham cię, Wąsatko — odparł czekoladowy, prowadząc ją dalej, w głąb nieznanych dla niej terenów Klanu Wilka. Uczennica rozglądała się na boki, obserwując wszystko jak przez mgłę. Czy to źle, że tak widziała? Czy w rzeczywistości wszystko miało ostrzejsze zarysy? A jeśli tak… to co tak właściwie oznaczało “ostrzejszy zarys”?
— Ale ja nie jestem inna, prawda? — odezwała się nerwowo, wypuszczając z pyszczka obłoczek pary. — Nie różnię się niczym od moich rówieśników, tak? Tato? Przecież każdy widzi tak samo, jak ja. Nie mam żadnych ograniczeń. Inne uczennice… one… one przecież… przecież są takie same? — zaczęła łkać, przytłoczona własnymi myślami.
Nie wiedziała już, co powinna czuć. Nie chciała być słabsza. Nie chciała borykać się z problemami. Nie chciała starać się dwa razy bardziej. Chciała być taka jak inni uczniowie. Pustułkowy Szpon musiał kłamać. Musiał zmyślać, by tylko zmusić ją do cięższej pracy na treningach.
— Tato… ja obiecuję, że będę się przykładać podczas szkolenia! — chlipała dalej. — Będę się starać tak, jak nigdy dotąd, ale nie okłamuj mnie w żywe oczy!
W końcu Pustułkowy Szpon zatrzymał się gwałtownie, tak że Wąsatka niemal na niego wpadła. Zatrzymała się o kocięcy krok dalej od tylnej łapy wojownika, wciąż pociągając nosem. Spojrzała na skrawek pyska swojego taty i dostrzegła… nic. Jedynie pustkę. Jakby jej słowa wcale do niego nie dotarły – a może dotarły aż za bardzo, wystarczająco, by odebrać mu mowę. Faktycznie, niektóre pytania zadawane przez młode koty, które jeszcze nie wykształciły w sobie żadnego filtra, potrafiły przytłoczyć nawet rosłych wojowników.

* * *

Wąsatkowa Łapa siedziała przed legowiskiem uczniów, wpatrując się w swoje łapy. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z myślą, że taka Makowa Łapa, Cykoriowa Łapa czy Aksamitkowa Łapa widziały lepiej, niż ona, przez co musiały mniej przykładać się do treningów. Nie ograniczało ich żadne uciekające oko. Widziały wszystko tak, jak miały widzieć naturalnie, jak zostały do tego stworzone.
Gdy Wąsatka myślała o tym, że nigdy nie doświadczy życia tak, jak one, serce ściskało jej się z żalu, aż kłuło ją w klatce piersiowej. Dlaczego los ją tak pokarał? Dlaczego akurat ją? Nie było to na tyle proste jak w przypadku Grubego, gdzie wystarczyło ulepić mu nowy pysk z ziemi, oj nie. W tej sprawie nawet Wąsatkowa Łapa była bezsilna. Nie mogła w żaden sposób pozbyć się tego oka, czy go naprawić, nie sprawiając tym samym sobie niewyobrażalnego bólu.
Poza tym nawet jeśli jakoś by się go pozbyła, wciąż byłaby inna niż wszyscy. Wciąż tylko jedno oko miałaby sprawne, działające. Jedno zamiast dwóch. Skaranie Przodków.
A może ona specjalnie taka się urodziła? Może koty z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd wiedziały, że tylko ona, dzięki sile swojej woli, poradzi sobie z trudnościami? Że właśnie ona da radę? Lubiła tak o tym myśleć, bo pomagało jej w zmotywowaniu się do nauki. Pustułkowy Szpon wspomniał jej kiedyś, że każde działanie ma swój cel. Że Przodkowie są nieomylni i dla każdego pojedynczego kota, który w nich wierzy, posiadają jakiś plan.
Nim zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, przerwał jej głos Cykoriowej Łapy:
— Hej. Wąsatka, mam rację? — spytała, rozsiadając się obok niemal tak, jakby kumplowała się z czarno-białą przez całe swoje życie.
Młodsza odsunęła się od niej trochę, instynktownie, wciąż pamiętając, jak czekoladowa syczała na nią i prychała, gdy próbowała jej pomóc. Czego mogła od niej chcieć tym razem? Skoro taka była samodzielna i dumna, to po co przybłąkała się właśnie do Wąsatki?
— Wiesz, chciałam ci… podziękować — mruknęła, choć było słychać, że z niemałym trudem to słowo przeszło jej przez gardło. — Cisowe Tchnienie mnie obejrzała. Byłam chora na biały kaszel, ale na szczęście już mi lepiej, wiesz? — mruknęła, uśmiechając się do Wąsatkowej Łapy. — Nie wiem, czy odważyłabym się pójść do medyka, gdyby nie twoje natrętne przekonywania. Ognikowa Słota to straszna ignorantka… Nie zauważyła, że coś było ze mną nie tak. Kazała mi ćwiczyć i ćwiczyć, aż zaćwiczę się na śmierć. A o pomocy ze strony innych mogłam sobie tylko pomarzyć — fuknęła Cykoria.
Czarno-biała zachichotała cicho pod nosem. Może mimo wszystko czekoladowa wcale nie była taka zła? Miewała swoje humorki – o czym młodsza zdążyła się już przekonać – ale z drugiej strony wydawała się materiałem na koleżankę.
— Ojej! To brzmi strasznie — stwierdziła Wąsatka. — Ja bardzo lubię swojego mentora, bo to mój tata. On mnie rozumie, wiesz? Robi wszystko, bym dorównała wam umiejętnościami… — kontynuowała, nieco rzewliwie, spuszczając wzrok. Żałoba za tym, czego nie mogła osiągnąć, wciąż była rozpalona w jej sercu.
Cykoriowa Łapa poklepała ją ogonem po nasadzie ogona, jakby chciała ją pocieszyć.
— Nie martw się, Wąsatko. Niczym się od nas nie różnisz — zapewniła ją pręgowana. — A tak właściwie… powiedz mi, Pustułkowy Szpon to serio twój tata? Ciągle mnie to zastanawia! Przecież nie urodziłaś się tutaj, prawda? Kim w takim razie jest twoja matka? — zapytała nagle, co wybiło młodszą z rytmu.
— Huh? — odparła, przekręcając głowę, wyraźnie zbita z tropu. — Ależ oczywiście, że Pustułek to mój tata! Ja… wcześniej mieszkałam ze swoją mamusią, ale potem zgubiłam się, gdy szłam śladami taty. Na całe szczęście, gdy prawie utonęłam, uratował mnie i zabrał ze sobą do Klanu Wilka! — opowiedziała Cykorii, poruszając wibrysami.
— Czyli Pustułkowy Szpon spotykał się z jakąś kotką spoza Klanu Wilka? — wydedukowała. Właściwie, to miała rację. Z historyjki Wąsatki wynikało, że czekoladowy kocur musiał związać się z jakąś samotniczką i posiadać z nią kocięta, co przecież było wbrew kodeksowi.
— No… — odparła niepewnie uczennica, spuszczając wzrok. — Czy to źle? Nie ukarzecie za to taty, prawda? — dopytała, zlękniona. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, to by Pustułkowemu Szponowi coś się stało. To jedyny członek rodziny, który jej pozostał, ponieważ nie wiedziała już, gdzie znajdowała się Mewa ani Kobczyk. Kotki właściwie rozpłynęły się w powietrzu, a tata nie chciał jej do nich zaprowadzić, często wymyślając ku temu różne wymówki, które z czasem zaczynały ją frustrować.
— Raczej nie. Wiesz, większość kotów w klanie raczej ci nie wierzy, że Pustułkowy Szpon to naprawdę twój ojciec. Uważają, że jesteś znajdką — wytłumaczyła jej czekoladowa, wzruszając lekko ramionami.
Wąsatkowa Łapa od razu podniosła się na cztery łapy, jeżąc futro na karku. Zmarszczyła czoło, nadymając policzki z oburzenia, jakby to słowo dogłębnie dźgnęło ją w serce.
— Wypraszam to sobie! — fuknęła, patrząc gniewnie na Cykoriową Łapę. — Pustułkowy Szpon to mój tata i jest to najpewniejsza rzecz w moim calusieńkim życiu! Naprawdę, wiele mi można zarzucać, ale nie to, że nie jestem biologiczną córką Pustułka! — upierała się, a jej głos lekko zadrżał, podczas gdy pomarańczowooka patrzyła na nią ze zdziwieniem.
— Dobra, wyluzuj. Ja ci wierzę — oznajmiła, uśmiechając się przyjacielsko do młodszej kotki. — Powinnaś się cieszyć, że inne Wilczaki uważają, że żeś to wszystko zmyśliła. W przeciwnym razie twój tata mógłby zacząć nosić imię… Tajemniczy Kochaś, czy coś w ten deseń — zaśmiała się, jednak Wąsatce wciąż do śmiechu nie było. Jej tata był szlachetnym wojownikiem, a nie żadnym Tajemniczym Kochasiem!

* * *

Młódka właśnie rozmawiała ze swoją nową znajomą – Cykoriową Łapą – gdy nagle kątem oka dostrzegła, że do obozu z porannego spaceru wracał Pustułkowy Szpon. Trzymał w pysku świeżo upolowaną piszczkę, przez co Wąsatka dała czekoladowej kuksańca i mruknęła z dumą:
— Widzisz, jaki mój tata jest fajny? Upolował zwierzynę podczas takich ciężkich warunków! Ty pewnie tak nie potrafisz, co? — zaczęła się z nią przekomarzać.
Pręgowana przewróciła oczami, prychając pod nosem.
— Proszę cię! Każdy wojownik musi umieć upolować coś, nawet w Porze Nagich Drzew. Inaczej byśmy z głodu pozdychali, bo jeden kot nie da rady wykarmić ponad trzydziestu głodnych pysków — stwierdziła, na co zaś Wąsatka również przewróciła oczami.
— No dobra, dobra. Ale wciąż musisz przyznać, że umiejętności mojego taty są na wysokim poziomie! — fuknęła, wpatrując się w czekoladowego kocura, który właśnie odkładał upolowaną piszczkę na stos.
— Bez jednego oka to na pewno — bąknęła Cykoriowa Łapa.
“Dobra, koniec tego” – pomyślała młodsza, podnosząc się z miejsca. Szturchnęła starszą koleżankę nosem.
— No wstawaj! Chodź, pójdziemy się przywitać z moim tatą! — ogłosiła Wąsatka, uśmiechając się szeroko.
Pomarańczowooka podniosła się powoli, a potem dała się poprowadzić uczennicy do czekoladowego wojownika.
— Tato, tato! — wołała Wąsatka. — Tato, to Cykoriowa Łapa. Cykoriowa Łapo, to tata — przedstawiła ich sobie nawzajem, mimo iż wiedziała, że oba koty zapewne doskonale znają swoje imiona. W klanie ciężko było kogoś nie znać. — To moja nowa koleżanka! — zwróciła się do wojownika, a w jej oczach zalśniły iskierki ekscytacji. — Może będę mogła z nią poćwiczyć walkę? Mówiłeś, że to przydatna umiejętność. Mentorka Cykorii na pewno się zgodzi, byś zabrał ją ze mną na wspólny trening. Ognikowa Słota podobno jest złą mento-
Nie dokończyła, gdyż Cykoriowa Łapa delikatnie ją pchnęła.
— Niezłą! Powiedziałam, że Ognikowa Słota jest niezłą mentorką — poprawiła ją pręgowana, mierząc Wąsatkę zawstydzonym wzrokiem. — Jest po prostu na tyle fajna i wyluzowana, że jestem przekonana, że pozwoli mi odbyć z tobą trening! — wyjaśniła, uśmiechając się w stronę Pustułkowego Szponu.
— No, tak! Cykoria mówi samą prawdę! — wtórowała czarno-biała. — To może pójdziemy nawet dzisiaj? Ani ja, ani Cykoria nie odbyłyśmy jeszcze treningu od samego ranka!

<Tato?>

[1687 słów]

[Przyznano 34%]

27 stycznia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowej Łapy) CD. Grubego

— Ale skoro ci nie odpadł, może możemy go od nowa zrobić. Taki jaki ma Noc, tylko z... hm... — zastanowiła się, po czym podskoczyła podekscytowana w miejscu. — Wiem! Z ziemi! Ozdobimy go liściami, żeby był pomarańczowy, jak ty!
Gruby zamrugał parę razy.
— Wątpię, że to pomoże... — mruknął, podnosząc się z leża.
— Nie mów nie, dopóki nie spróbujesz! — rzuciła bojowo Wąsatka, na co Gruby pokręcił łebkiem i sam zaczął się rozglądać za liśćmi, które najbardziej pasowały kolorem do jego rudej szaty.
Młódka cieszyła się z faktu, że jej nowy kolega tak bardzo zaangażował się w poszukiwania materiałów na jego nowy pyszczek. Gdy już skończą, Gruby będzie wyglądał tak, jak inne kociaki w żłobku! A przynajmniej… ich większość, bo był tu jeszcze Chudy. Jemu chyba też kufa odpadła.
— Ej, Gruby! — odezwała się nagle, podnosząc uszy do góry, co nie działo się zbyt często, bo kotka zazwyczaj trzymała je wzdłuż głowy.
Rudy zwrócił głowę w jej stronę, ponownie nieco naburmuszony – a może raczej zrezygnowany. Wąsatki nie zniechęcił jednak jego zmieszany wyraz.
— Czy twojemu bratu też taki zrobimy? — zapytała, podchodząc bliżej kociaka. — Za niedługo zostaniemy uczniami! Na pewno łatwiej wam obu będzie ze zwykłymi pyszczkami. — Wąsatka spojrzała na liście, które już zebrali. — Chudy jest brązowy, jak ziemia. Nie musimy zbierać dla niego listków… no, chyba że znalazłbyś jakieś w kolorze jego futerka… — zastanowiła się, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
— To nie będzie konieczne. Chudy sobie poradzi — stwierdził rudofutry.
Wąsatka wzruszyła ramionami. Skoro Gruby tak mówił, to pewnie miał rację. W takim razie wszystko, co zebrali, może zostać wykorzystane, by zrekonstruować kufę pomarańczowookiemu! Kocur powinien cieszyć się z tego, że znalazł sobie tak kreatywną i dobroduszną koleżankę. Nie każdy byłby chętny na udzielenie pomocy biednemu kociakowi, który urodził się bez połowy pyska.
— Świetnie! — mruknęła w końcu czarno-biała, pochylając się nad zgromadzoną kupką ziemi i rdzawych liści. Po chwili wzięła jeden z nich i przyłożyła go do mordki Grubego, następnie przechylając łebek i mrużąc oczy. — Hm… ten całkiem dobrze pasuje do koloru twojego futerka!

* * *

Teraźniejszość

W żłobku może i udało jej się zdobyć kilku przyjaciół, ale jako uczeń… z kim miała się zadawać? Jasne – wciąż rozmawiała z Chudym i Grubym, ale nie mogła przecież przesiadywać w kociarni całymi dniami! Była już prawie dorosła, a to znaczyło, że powinna spać jak uczniowie, jeść jak uczniowie i żyć jak uczniowie.
Wąsatkowa Łapa słyszała już o jakiejś Makowej Łapie, ale rudofutra kotka wydawała się dosyć… stara. Czy wciąż powinna być uczniem? Oprócz niej była też Cykoriowa Łapa i Aksamitkowa Łapa. Wszystkie w czwórkę spały pod jednym sufitem, ale zazwyczaj nie odzywały się do siebie słowem. Może kotki były po prostu zmęczone po swoich treningach?
Wąsatka nie wiedziała, jak to wygląda u innych, ale jej na razie podobało się, gdy wychodziła z Pustułkowym Szponem z obozu, a ten pokazywał jej granice i opowiadał o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Była zafascynowana tą… wiarą, jak to określał czekoladowy. Gdy była młodsza, słyszała już o niej kilka słówek, ale nigdy nie przywiązywała do nich zbyt dużej uwagi. Pustułek jednak jasno określił, że Mroczna Puszcza jest bardzo ważna w ich życiu i jeśli będzie się starać, to przyszykuje dla niej jakąś niespodziankę z tym związaną. Wąsatka uwielbiała niespodzianki!
Teraz czarno-biała leżała na swoim posłaniu, obserwując śnieżycę szalejącą poza legowiskiem i ciesząc się z tego, że nie musi teraz ćwiczyć. Pustułkowy Szpon zabrał ją na trening już z samego ranka, więc teraz, wieczorem, mogła odpoczywać. I nie martwić się o to, że takie wichry mogłyby ją zwiać do innego klanu! Na przykład… Klanu Klifu czy Klanu Burzy – bo Pustułek mówił, że z nimi graniczą.
Uczennica zastanawiała się, kiedy uda jej się spotkać kota z innej przynależności. Czy wyglądali tak samo, jak oni? A może w niczym ich nie przypominali? Tak bardzo chciałaby się dowiedzieć!
Nagle do legowiska wkroczyła, dysząc ciężko, czekoladowa, pręgowana kocica. Miała wilgotne futro i łapy oblepione grudkami śniegu. Poruszała się powoli, jakby z trudem. Jej zmęczony, zdezorientowany wzrok błądził po różnych zakątkach legowiska, aż w końcu Cykoriowa Łapa opadła ciężko na swoje posłanie. Aksamitkowej Łapy i Makowej Łapy jeszcze tu nie było.
“Na krety! Co jej się stało?” – pomyślała Wąsatka.
Przez moment obserwowała uczennicę w bezruchu, dopóki nie zdecydowała się do niej podejść. Usiadła nieopodal, owijając ogon wokół łapek.
— Cykoriowa Łapo? — zapytała, trącając kotkę paluchem. — Co ci się stało? Wyglądasz jak wielka kula śnieżna! — burknęła.
Cykoriowa Łapa odpowiedziała jej jedynie ciężkim westchnieniem. Nie wyglądała na kogoś w najlepszym stanie…
Wąsatkowa Łapa przyłożyła łapę do jej pyska.
— Halooo! Umierasz? — buczała do ucha czekoladowej, która w końcu drgnęła.
Cykoriowa Łapa kłapnęła zębami tuż przy pysku Wąsatki, marszcząc nos.
— Ej, ej! Co tak agresywnie? — fuknęła Wąsatka, odsuwając się od starszej uczennicy.
— Idź sobie! — wychrypiała czekoladowa. — Potrzebuję odpocząć!
— Nie odpoczniesz w takim przemoczonym posłaniu! Ten śnieg zaraz stopnieje i co? — naciskała, podczas gdy jej ogon przecinał powietrze niczym bicz. — Będziesz pływać, a nie odpoczywać!
— Co cię to wszystko obchodzi!? Patrz na swój czubek nosa! — wycedziła przez zęby Cykoriowa Łapa, wsuwając pysk między łapy.
“Jaka ona uparta!” – myślała Wąsatka. Ciekawe, co jej się stało. Może poza obozem robaki ją pogryzły? O ile w Porze Nagich Drzew w ogóle istniały owady – czarno-biała zdążyła już zauważyć ich brak w powietrzu. Trochę ją to zdziwiło, ale jeszcze nie miała okazji zapytać o to taty. Jak to się działo, że gdy zaczynało się robić zimno, wszystkie muchy, komary i osy chowały się… no właśnie, gdzie? A gdy się ocieplało, nagle wracały?
A jeśli nie pogryzły jej robaki, to może poparzyły ją pokrzywy? Choć to również nie miało sensu. Wszelka roślinność przykryta była teraz grubą warstwą perlistego puchu. Zupełnie tak, jak Cykoriowa Łapa w tym momencie.
— Jesteś chora? — zapytała w końcu, jakby olśniona. — Tata mi mówił o medyce! Mogę cię do niej zaprowadzić. Czyni cuda! — oznajmiła, szczerząc swoje mlecznobiałe kiełki.
— Medyce? — wymamrotała zdziwiona, po czym pociągnęła nosem. — Chyba o medyku, pacanie. Nie potrzebuję go — uparła się starsza.
Wąsatka wiedziała już jednak, że musi jakoś zaciągnąć Cykorię do lecznicy albo… lecznicę do Cykorii. W zależności od tego, co będzie łatwiejsze – choć z nastawieniem pręgowanej chyba prostsze było to drugie.
— Na moje oko, to potrzebujesz.
— Które? Te zdrowe, czy te, które od ciebie ucieka? — Starsza ostatecznie podniosła głowę, załzawionymi ślepiami wpatrując się w Wąsatkę. Jej oddech był świszczący, jakby z trudem wydostawał się na zewnątrz. Sama kotka chrząkała co jakiś czas; była wyraźnie chora.
— Nie żartuj sobie! Nie dziwię się, że przegrałaś z Cienistą Zjawą, skoro chodzisz taka zmizerniała! Rusz wreszcie zad do lecznicy i weź zioła od me-… — przerwała, mrużąc oczy ze zirytowania. W końcu prychnęła, poruszając wibrysami. — Skoro chcesz być takim osłem, to sobie nim bądź. Tylko spróbuj nie nasmarkać na legowiska obok.
Nadęła policzki i wróciła na swoje leże, zawijając się w ciasną kulkę. Jednak najwyraźniej jej słowa podziałały, gdyż już po chwili pręgowana podniosła się z miejsca, a po legowisku uczniów rozniósł się dźwięk jej kroków. Wyszła na zewnątrz.
Wąsatkowa Łapa szybko przewróciła się na drugi bok, obserwując, jak starsza skręca w stronę lecznicy. Nareszcie! Przynajmniej nie będzie ryzykować tego, że się zarazi. Bardzo nie chciałaby chorować akurat po rozpoczęciu swojego treningu – Pustułkowy Szpon na pewno nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Zależy mu przecież na tym, by wychować swoją samozwańczą córkę na jak najdumniejszą wojowniczkę Klanu Wilka!

* * *

Może interakcje z innymi uczniami po prostu nie były dla niej. Na całe szczęście jeszcze tylko kilka dni, aż Gruby i Chudy dołączą do grona terminatorów i znowu będą mogli rozmawiać ze sobą wieczorami oraz lepić sobie nawzajem pyski z ziemi, a może i śniegu! Wąsatka co prawda nie wiedziała, czy dwójka braci za nią przepada, ale nie zwracała na to uwagi. Ważne, że to ona ich lubiła, nie?
Nawet jeśli teraz nie tolerowali jej obecności, to za jakiś czas zostaną zmuszeni, by się do niej przyzwyczaić, bo Wąsatka nie zamierzała odpuszczać sobie prób zaskarbienia ich zaufania w najbliższych księżycach! Poza tym… sama nie była też zbyt bystra, jeśli chodzi o emocje innych kotów. Chudy mógł na nią wrzeszczeć, mógł nawet marszczyć się jak ususzony liść, a ona i tak uważałaby, że to tylko jego sposób na okazywanie szczęścia.
Wąsatkowa Łapa wsunęła łebek do kociarni, by rozejrzeć się po zgromadzonych tam kotach. Dostrzegła Chudego, Noc, Kalinkę, Księżycka i, rzecz jasna… Grubego! Od razu się uśmiechnęła i, nie czekając na aprobatę Gąsiorkowego Trzepotu czy Jaskółczego Ziela, wparowała do środka.
— Cześć, Gruby! — przywitała się z kociakiem. — To takie ekscytujące, że jestem już uczniem i zyskałam nowe imię, co nie? Ciekawe, kiedy ciebie Zalotna Gwiazda mianuje! Tylko wiesz, musisz uważać, bo zanim to nastąpi, musisz odbyć samotną noc w lesie! — westchnęła, rozsiadając się obok pomarańczowookiego, jakby była panem tego miejsca. — Podczas takich mrozów to potwornie ciężkie, ale mi się udało! Myślisz, że sobie poradzisz? — zaczęła go wypytywać. — Musisz być tylko zdeterminowany i dobrze nastawiony, a ze wszystkim sobie poradzisz! Mówię ci!

<Gruby?>

[1439 słów]

[Przyznano 29%]

Wyleczeni: Cykoriowa Łapa