BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalinowy Powiew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalinowy Powiew. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2026

Od Kalinowego Powiewu

Zgromadzenie

Kalinka siedziała w tłumie, ziewając co jakiś czas. Odkąd udało jej się chociaż trochę odpocząć i przegadać parę spraw z rodziną, była w stanie odrobinę bardziej o siebie zadbać, co działało na nią korzystnie. Emocje było jej łatwiej trzymać na wodzy, sama również wyglądała na spokojniejszą. Pod poduszkami czuła chłodną skałę, a gwar pobratymców i kotów z innych przynależności mieszał się w niezrozumiałe echo, nie próbowała zrozumieć żadnego z nich, ponieważ gdyby tylko chciała wiedzieć, o czym każdy rozmawiał i to w jednej chwili, pogubiłaby się szybko, a może nawet i... zwyczajnie nie byłaby fizycznie w stanie.
Poczuła nagłe szturchnięcie. Zmarszczyła brwi i wysunęła pazury w celu zachowania równowagi, jednak nie dało się ich wbić w skałę, dlatego porysowała nimi lekko posadzkę, czując dyskomfort teraz w łapach. Całe szczęście nie złamał się żaden z nich, więc nie odniosła szczególnych strat, może poza lekko obniżonym nastrojem związanym z nagłą może przypadkową nieprzyjemnością.
Gdy niebieskie oczy rozpoznały sylwetkę Kalinowego Powiewu, Chudy od razu podniósł wąsy do góry.
Z krwawiącą buzią i jabłkiem z jego zębem w łapie, zagaił wojowniczkę.
— Ej Kalina! — miauknął. — Sprawa jest...
Zerknęła na brązowego asystenta medyka, którego znała już za dobrze. Z jakiegoś powodu nie oczekiwała, że ktokolwiek inny by na nią wpadł. Po przyjrzeniu się otworzyła ślepia szerzej, nie mogąc zrozumieć początkowo, dlaczego miał na pysku krew. Gdy jednak zerknęła na jabłko u jego łap, powoli zaczynał malować jej się obraz w głowie, co mogło mieć miejsce. Tylko dlaczego?
— Chudy? Co zrobiłeś? — zapytała wprost, nie dostrzegając kła w łapie.
Wyprostował się dumnie, bo w końcu przed Kaliną to musiał się pokazać. Zmył z pyska swój zwyczajowy grymas, przywołując totalną powagę.
— Próbowałem zjeść jabłko — odpowiedział całkowicie poważnie.
Poruszył wąsami, siadając obok kotki i wskazując na nadgryziony owoc, przeszmuglowany dla niego przez Guziczka. Bury medyk przetarł łapą krew z pyska, a ta powolutku przestawała lecieć, chociaż nadal mógł czuć jej posmak.
— Mam do Ciebie bardzo, bardzo, bardzo ważną sprawę... taką mega ważną... — zaczął. Rozejrzał się po kotach. — Widzisz, mój brat jest zajęty, a potrzebuję, byś zajrzała mi do buzi i powiedziała którego zęba tam brakuje.
Posłał jej głupkowaty, acz poważny, krzywy uśmiech.
Vanka obserwowała niebieskookiego, który mimo pewnego dyskomfortu i tak próbował dobrze się prezentować przed nią. Gdy usłyszała o próbie zjedzenia jabłka, przez jej głowę od razu przemknęła myśl "po co"? Może był ciekaw, jak smakują. W końcu na terenach Klanu Wilka nie spotykało się jabłek, raczej... raczej na innych terenach, chociaż Kalinka nie była w zupełności pewna, gdzie. Może w Owocowym Lesie? Wskazywałaby na to nazwa społeczności. Podążając za palcem burasa, wzrokiem za palcem na czerwoną nadgryzioną kulkę, pozwoliła sobie zachować milczenie do tej pory. To była niezwykle nietypowa sytuacja. Gdy wspomniał o ważnej sprawie, raz jeszcze zwróciła swoją uwagę na niego i po niedługim namyśle westchnęła, jednak kiwnęła głową. Może dało się jeszcze tego zęba jakoś odratować…
— Dobrze, pokaż — zgodziła się jakoś... łatwiej niż sama by się spodziewała. Tutaj jednak byli otoczeni przez tak wiele kotów, nie wypadało robić scenek. W obozie mogli na siebie warczeć, tutaj było to dość ryzykowne.
Kiedy wojowniczka wyraziła chęć pomocy, podniósł do góry uszy i rozdziawił szczerbatą buzię.
— Wybornie! — miauknął zadowolony, że kotka ugięła się pod presją bycia na zgromadzeniu.
Kiedy kotka odwróciła się ku niemu, jej piękno na chwilę go oślepiło. Całkiem szybko wrócił do siebie, rozdziawiając zaraz szeroko pyszczek, by swobodnie mogła zajrzeć.
— Tychko powiechc ktochry — wybełkotał.
Miała ochotę pacnąć go po głowie, gdy tak widziała, jak się szczerzy, ale tego nie zrobiła. Wszystko sobie zaplanował doskonale... Rozdziawił mordkę, a Kalinowy Powiew zaczęła starannie przyglądać się zębom. Nie zajęło jej długo zlokalizowanie ubytku.
— Podnieś łapę — poleciła mu, a po paru uderzeniach serca chwyciła kończynę pręgusa i wetknęła mu delikatnie do pyska kawałek jego łapy, tak, żeby nie zrobić mu krzywdy i żeby jednocześnie poczuł dokładnie, gdzie nie miał kła. — Wypadł ci dokładnie ten. Górna trójka. — I po skończeniu pokazywania, trwała tak jeszcze chwilę, przyglądając się powoli gojącemu się dziąśle, ale jednocześnie trzymając łapę, jakby musiał dłużej go dotykać, żeby zapamiętać.
Kiedy kotka patrzyła, on zerkał na nocny księżyc. Był wyjątkowo ciekawy w tym momencie...
Gdy nagle dostał polecenie, wykonał je bez namysłu, a kiedy poczuł, jak Kalinowy Powiew łapie go za łapę, o mało nie wyskoczył ze skóry. Kotka pomogła mu zlokalizować ubytek, a Chudy wetknął do dziury palucha.
Kotka jednak mimo wskazania mu zęba, nie odsunęła się. Trzymała go za łapę i patrzyła w buzię, Chudy więc jako pierwszy przerwał tę interakcję.
— Aż takie ładne mam zęby? — zapytał z uniesioną brwią, nadal będąc trzymanym przez rówieśniczkę.
Położyła uszy po sobie, chociaż nie było tego widać szczególnie, jako iż była kłapoucha. Zmarszczyła brwi, gdy zorientowała się, że spędziła odrobinę zbyt dużo czasu na przyglądaniu się jego jamie ustnej. — Pff! — puściła jego łapę i poruszyła ogonem nerwowo. — Teraz nie, bo ci jednego brakuje. — Ale czy naprawdę uważała jego zęby, wczesniej i obecnie, za ładne? Jak w ogóle należało to rozumieć?
Uniósł brwi, zamykając pyszczek z lekkim, niewymuszonym uśmiechem. Słysząc jej odpowiedź, pokręcił głową.
— Wszystko dla nauki — wzruszył ramionami. — Czyli wcześniej były ładne? — zapytał, poruszając wąsami.
Położyła łapę nad jego nosem, tak żeby w razie co nie pogorszyć stanu w związku z ubytkiem w dziąśle, odsuwając się od niego, chociaż też nie jakoś szczególnie daleko. Po prostu, teraz kiedy niemal stykali się wąsami, było to zbyt blisko. Był to też w pewnym sensie sposób na pacnięcie go w łeb, ale nie tak, żeby przykuwać uwagę wielu kotów naokoło. Prychnęła i zmrużyła oczy. — Zależy to od tego, czy o nie dbałeś!
Prychnął, a mając łapę kotki na pyszczku, zmrużył oczy.
— Huh! Na pewno mam ładniejsze zęby niż połowa Klanu! — odpowiedział. — Przecież oni to banda dzikusów! Na pewno nie dbają, a na starość wszyscy będą szczerbaci!
Coś było w tym, że w momencie, gdy koty osiągały wiek, w którym mogły odejść do starszyzny za całe życie oddane służbie klanu, zęby jakoś same z siebie ulegały zepsuciu... może zależała od tego dieta i parę innych niezwykłych ważnych czynników, aczkolwiek vanka nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi na uzębienie u starszych. Czy Trzcinniczkowa Dziupla lub jej mama, Gąsiorkowy Trzepot również doświadczali tego problemu...? I czy było to na tyle ważne dla niej, że musiała się dowiedzieć? Nie... raczej nie, skoro nawet nie wiedziała, czy dało się im te zęby z powrotem naprawić.

09 czerwca 2026

Od Kalinowego Powiewu

Słońce przebijało się dość ostro przez wysokie korony drzew iglastych, rzucając przepełnione gorącem promienie na grzbiety kotów, które wyłoniły się dzisiejszego dnia z legowisk. Kalinowy Powiew czuła się tak, jakby była chodzącą kulą ognia. Poduszki łap piekły ją, gdy wchodziły w kontakt z wysuszonym, twardym gruntem, nieporośniętym ani kępką trawy. Trafiła jej się akurat taka mini łysa… “połać”, która jeszcze za poprzedniej pory dumnie prezentowała swoją gęstą, trawiastą grzywę. Skwar nie służył nikomu, wody, zdawało się, było coraz mniej, a spragnionych i zmęczonych kotów coraz więcej. Jak dobrze, że Wilczacy nie musieli polować na ryby. Dla Klanu Nocy takie susze musiały być szczególnie dotkliwe, tak myślała niebieska. Co prawda na nich to również wpływało, ponieważ zwierzyna wyruszała w podróż w celu odnalezienia lepszego, większego źródełka, aczkolwiek nadal nie mogli narzekać, mieli, na razie czym napełniać brzuchy, a każdy patrol powracał z owocnych łowów.
Dzisiejsze grupki miały mieć tyle samo szczęścia, co każda inna do tej pory, a może nawet i o włos więcej. Doszły ją ostatnio słuchy, iż Klan Wilka powiększył się o następnego członka, który zresztą miał imię – Szalej. Kocica z zaciekawieniem rozglądała się w wejściu do legowiska medyka za kocurkiem, zastanawiając się, co z niego wyrośnie. Została wysłana na patrol graniczny, podczas którego jej myśli przeniosły się na inny tor, zostawiając młodego w spokoju. Żółtooka rozmyślała nad tym, czy złapanie królika sprawiłoby jej szczególną trudność – może łatwiej dla niej byłoby złowić rybę? Wyobraziła sobie siebie, wspinającą się na drzewo, tylko po to, żeby zeskoczyć z niskiej gałęzi na nic niespodziewającego się królika, skubiącego trawę gdzieś u podnóży wielkiego drzewa. Na samą myśl uśmiechnęła się nieco. Może i by jej się udało go dogonić bez konieczności wspinaczki, chociaż miały długie łapy i niezwykle wielkie uszy, albo by ją usłyszał z daleka, albo by jej zdążył uciec do jednej z pobliskich norek, które miał wykopane nieopodal, a wraz z nim jego towarzysze. Z tego, co się orientowała, Ognikowa Słota przepadała za uszakami. Chociaż Kalinowy Powiew nie miała powodów do tego, by przynosić jej takie upominki, raczej, prawda?
Przechodząc obok kociarni, w celu odłożenia swojej zdobyczy, do jej uszu doleciał znany jej głos mistrzyni. Z pewnością przeprowadzała właśnie niezwykle istotną rozmowę z nowym kociakiem, z każdym tak robiła. Co prawda zdobycz Kalinki była licha w porównaniu do takiego wielkiego grzywacza leżącego obok, czy nie mniej utuczonej wiewiórki, to Kalinowy Powiew nie miała powodów do wstydu, przyniosła dwie nornice, tyle musiało na dzisiaj wystarczyć. Zajrzała do żłobka, stawiając czujnie uszy. Spojrzenie rudego przeszło na nią prędko, a zaraz potem została również obdarzona kontaktem wzrokowym z ciemnymi, guzikowatymi oczami.
— Usiądź, Kalinowy Powiewie, opowiadam właśnie Szalejowi o tym, jak wspaniałe dostał szczęście od Mrocznej Puszczy, że trafił właśnie na nasz patrol — miauknęła, uśmiechając się szeroko i mrużąc delikatnie oczy.
Szara kocica przysiadła obok, owijając ogon wokół swoich łap. Ognikowa Słota powróciła wzrokiem do młodzika.
— Więc wracając do tego, na czym skończyliśmy… Na naszych terenach rośnie drzewo, pnące się tak wysoko, wygląda złowieszczo i krąży wokół niego wiele, wiele plotek. Większością straszy się niegrzeczne kociaki — powiedziała, układając się wygodnie. Jedną łapę podłożyła sobie pod brodę, a drugą pazurem zaczęła rysować coś na wzór obrazu w ziemi, który szybko przetarła poduszką. Ponowiła próbę uderzenie serca później. Wyrysowała dość poprzerywane, niewyraźne drzewo, aczkolwiek robiło robotę. Przypominało nawet te, o którym wspominała. — Jeśli trochę podrośniesz, to cię tam zabiorę — dorzuciła chętnie, patrząc raz jeszcze na rudego srebrnego.
Szalej przez cały ten czas milczał, raz po raz kiwając głową, żeby nie było, że nie słucha, a przynajmniej tak wydawało się wojowniczce. Może się wstydził? Albo bardzo się bał? W końcu siedziały przed nim zupełnie obce mu, dwie kocice. Chociaż teraz, należąc do klanu, musiał przyzwyczaić się do takiej kolei rzeczy. Jeszcze wiele obcych, nowych pysków mu mignie przed kufą… czy tego chciał, czy nie.

14 kwietnia 2026

Od Kalinowego Powiewu CD. Chudej Łapy

Przeszłość

Kalinowy Powiew odczuwała lekki dyskomfort. Podczas każdego bardziej wymagającego ruchu głębsze ranki otwierały się, a piekący ból powracał, dokuczając wojowniczce, dopóki uszkodzenie nie zagoiło się ponownie. Związane było to z walką, jaką odbyła ostatnio z psiskiem dwunożnych. Na samą myśl skrzywiła nos, oglądając swoje futro, czy jej rany przypadkiem się nie brudzą. Unikała błota i wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń na tyle, na ile było to możliwe – w końcu szkoda, gdyby miało wdać się jej w nie jakieś zakażenie. Jeszcze, gdyby tego było mało, to samo tarzanie się w błocie nie było wcale eleganckie. Odkąd pierwszy raz usłyszała o możliwości infekcji, martwiła się lekko, że to mogłoby dotknąć niebawem i jej, jeśli tylko nie zajmowałaby się własnym futrem i skórą odpowiednio. Dlatego poświęcała toalecie więcej czasu niż zwykle. Można było powiedzieć, że myła się nawet za wiele i zbyt długo, poświęcając sporą część swojego wolnego czasu na właśnie to.
Odkąd została mianowana na wojowniczkę, jej dni wyglądały dość spokojnie oraz identycznie, co z jednej strony ją cieszyło – w końcu zyskała uznanie ze strony Kruczego Pióra, nie musiała już spełniać nierealistycznych wymagań mentora. Udało jej się wreszcie pokazać, że jest gotowa na tę rolę. Gruba Łapa, Nocna Łapa nadal byli uczniami, chociaż podejrzewała, że to kwestia czasu aż sami staną się wojownikami. Chuda Łapa zaś obrał ścieżkę medyka pod czujnym okiem Roztargnionego Koperku. Czuła się odrobinę wybita z rytmu. Przez to, iż wstawała zawsze tak wcześnie na treningi, których teraz już nie było, nie potrafiła się przestawić. Wstawała zawsze o tej samej porze, niekiedy z lekkim stresem, czy przypadkiem nie zaspała na szkolenie. A potem w oczy rzucały jej się powolnie podnoszące się i opadające boki reszty Wilczaków, którzy nawet nie zdążyli się przebudzić, a już z pewnością nie dali rady ustawić się w celu wyruszenia na patrole łowieckie czy patrole graniczne. Westchnęła cicho pod nosem. Pora Opadających Liści była przepiękna, wielokolorowe liście sypały się z niektórych drzew, chociaż na terenach Klanu Wilka było ich wyjątkowo mało. A to wszystko przez to, że u nich górowały drzewa iglaste, które jedyne co, to mogły zrzucić masę szyszek lub niekiedy igieł. Wspinanie się po nich absolutnie nie należało do najmilszych rzeczy! Wszystkie te kolce, które obrastały grubą korę, wbijały się bez większych trudów w łapy niedoświadczonych uczniów. Poduszki wojowników zdążyły stwardnieć na tyle, żeby ten problem nie dotyczył ich tak często, chociaż i takie przypadki się zdarzały.
Pokręciła głową. Nie było sensu zastanawiać się nad takimi rzeczami teraz. Przecież ani nie spała, ani nie szykowała się do wspinaczki na drzewa…
Dojrzała swojego pobratymcę, Chudą Łapę, który niósł zioła w pysku. Parę uderzeń serca temu odszedł od niego liliowy, prawdopodobnie czegoś zapomniało i musiało się wrócić. Kalinowy Powiew nie przykładała temu jakiejś wielkiej uwagi. Zabrała się za czyszczenie swojego długiego, niebieskiego ogona, wyzbywając się z niego wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Może powinna się wybrać dzisiaj na jeden z patroli? Dobrze byłoby zająć czymś łapy.
Przez zamyślenie, które znów zawładnęło jej umysłem, nie zorientowała się nawet, że uczeń podszedł do niej. Z jakiegoś powodu nie rozważyła nawet tej opcji, z góry zakładając, iż bury raczej nie będzie chciał z nią rozmawiać. Szczególnie że jakiś czas temu się pokłócili i doprowadziło to do niemałego zdziwienia wśród Wilczaków. Kocur upuścił zioła przed swoimi łapkami.
Jego oddechy były jakieś takie bardziej charczące, głośniejsze niż zwykle. Zmarszczyła nieco brwi, zastanawiając się, czy on zawsze brzmiał w ten sposób. Nie mogła sobie przypomnieć za dobrze, aczkolwiek coś podpowiadało jej, że to nie było tak, jak powinno być. Nie pasowało jej to, był zbyt głośno.
— Jak Twoje rany się goją? — zapytał bez większych emocji, a jego głos brzmiał inaczej, niż zwykle, głównie przez suchość gardła i problemy w łapaniu wdechów. Może mu obecna pora nie służyła? Nie byłoby to czymś dziwnym.
— Chuda Łapo, powinieneś raczej przyjrzeć się sobie. Nie wiem, na co zachorowałeś, ale brzmisz inaczej niż zwykle — miauknęła, nie będąc pewna, jak powinna poczuć się z jego pytaniem. Z jednej strony było to nawet miłe, ponieważ nikt inny oprócz Trzcinniczkowej Dziupli jej o to nie pytał, a z drugiej… z Chudą Łapą nie łączyła ją znajomość ani nawet przyjaźń, raczej zawsze się kłócili o wszystko. Zawsze znajdował się jakiś powód do sprzeczek między nimi. Nie mogła za bardzo zrozumieć, jaki miał cel w pytaniu o takie rzeczy. Może dzięki temu nie czułby wyrzutów sumienia, jeśli tylko jakiekolwiek siedziały mu w głowie? Albo szukał jakiegoś tematu, dzięki któremu by mógł jakoś ją zasmucić? Wykorzystać tę informację przeciwko niej? Przyuważyła też nowy obiekt, który zdobił jego ucho. Zmrużyła nieco ślepia. Czy Nocna Łapa też nie miał takiego przypadkiem?
Wąsy Chudemu opadły po uwadze kotki.
Wziął płytki, zmęczony wdech. Towarzyszył mu specyficzny świst, zaraz zaczął kasłać. Odwrócił głowę, próbując się nie udusić.
— To ja tu próbuję dbać o współklanowiczów, a ty taka wredna jesteś — burknął, gdy się uspokoił. — Słyszałaś krążące plotki? Dumna jesteś? Myślą, że mi złamałaś serce!
Jego ogon drgnął nerwowo. Spojrzał na nią przelotnie, na jej rany, których nie było praktycznie widać, co uspokoiło młodego kocurka.
Kalinowy Powiew przewróciła oczami, a następnie machnęła ogonem, usłyszawszy słowa o plotkach i próbie dbania o innych. Zwykle nie zwracała uwagi na plotki, ponieważ nie miała wcześniej czasu ani głowy na to. Koty zawsze musiały mieć jakiś temat do rozmów, więc nic dziwnego, że wyłapali wśród codziennego zgiełku ich kłótnię. Westchnęła, kręcąc głową. Ktokolwiek rozpowiedział coś podobnego, musiał się niezwykle nudzić i mieć bardzo bujną wyobraźnię. Nie skomentowała tego dalej, wsłuchując się w następne słowa pobratymcy.
— Brzmię inaczej? — powtórzył. — Huh. Co masz na myśli?
— Nie masz większych kłopotów w nabieraniu oddechu niż ostatnio? Mam wrażenie, że sapiesz głośniej niż wcześniej — powiedziała, wsłuchując się w dalsze świsty wydobywające się z jego nosa, jakby miał go zatkanego. Gdyby była noc, to mogłaby przysiąc, że chrapał, a nawet nie spał. — Nie masz wrażenia, jakbyś miał zatkany albo przytkany nos? Jakbyś miał suche gardło? Pijesz wodę?
Otworzył szerzej oczy na nagłą niby troskę kotki, po czym szybko odwrócił głowę, zadzierając krótki pysk i kładąc po sobie uszy. Zamknął oczy na chwilę. Spojrzał na kotkę z małym wyrzutem oraz grymasem na mordce. Niebieska przyglądała się jego reakcji, nie myśląc o tym jakoś szczególnie wiele.
— Czy ja naprawdę wyglądam na kogoś, kto pije wodę? — zapytał.
Przewrócił po chwili oczami, jakby naśladując jej ruch sprzed chwili. Uniosła brew, nadal nie komentując jego zachowania. Czy całe to przedstawienie miało coś na celu? Machnął ogonem, wzniecając nieco kurzu. Kalinowy Powiew teraz spojrzała na niego wymownie.
— Pff, mając tyle schorzeń, co ja nawet nie wiem, kiedy coś mi dolega innego — rzucił gorzkim tonem. Takim, który mówił, że było mu smutno z powodu swojej odmienności, ale się z nią pogodził, bo nie miał zwyczajnie wyjścia.
Wstał i trzepnął uchem z przekłutą kością. Patrzył na wojowniczkę. Mierzył ją wzrokiem dłuższe uderzenie serca. Zmarszczył pysk, przymrużył oczy, po czym się odezwał.
— Ładna jesteś. Szkoda, że masz taki paskudny charakter.
Kalinowy Powiew patrzyła na niego przez chwilę, jakby musiała przetrawić to, co właśnie do niej powiedziano. Nikt jej wcześniej nie powiedział czegoś identycznego w taki sposób, nie wiedziała, jak przyjmowało się takie… komplementy? Czy był to komplement, a może tylko chłodne stwierdzenie nienacechowane szczególniejszymi emocjami? Chciał ją obrazić czy pochwalić? Pokręciła wreszcie głową ze zrezygnowaniem, odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając burego kocura w tyle. Chuda Łapa zachowywał się dziwnie, aczkolwiek nie ona była medykiem. Skoro Roztargniony Koperek uznało, że jego podopieczny nie wymaga leczenia ani dokładniejszego przyjrzenia się mu, to nie zamierzała go zmuszać do tego ani mu mówić, co powinno robić, ani i jemu – że miał poprosić starszego kota o pomoc. Czasami trzeba było wiedzieć, kiedy należy się wycofać i sobie odpuścić.

<Chuda Łapo?>

22 marca 2026

Od Kalinowej Łapy (Kalinowego Powiewu)

Kalinowa Łapa czyściła sobie zmierzwiony kosmyk futra, który jak na złość nie chciał się wyprostować. Odkąd zawalczyła z psem, kawałki jej sierści uszkodziły się, co wcale jej nie cieszyło. Miała obawy, że mogło to już tak zostać, chociaż były one absurdalne i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. W końcu jej futro cały czas rosło, więc z pewnością, zanim się obejrzy, będzie miała futra dwa razy tyle. Jednak nadal była odrobinę wstrząśnięta po ostatnich wydarzeniach. Mimo wszystko musiała prezentować się zawsze jak najlepiej – musiała się sobie podobać! Gdy wreszcie była usatysfakcjonowana z efektu, jaki udało jej się uzyskać, do jej uszu dotarło donośne wołanie. Zastrzygła wąsami.
— Niech wszystkie koty na tyle dorosłe, żeby polować, zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Zalotna Gwiazda, sadowiąc się wygodnie na wiekowym pniu pod sobą. Kora zaskrzypiała pod lekkim naciskiem. Kalinowa Łapa wyszła na polanę pospiesznie, będąc jedną z pierwszych, którzy się zebrali. Zaraz potem z jam zaczęły wychodzić koty, oczy świeciły im z zaciekawieniem w półmroku zacienionego wgłębienia. Słońce prażyło każdemu grzbiety, a Zalotnej Gwieździe promienie padały prosto na pysk. Brązowe oczy liderki powędrowały po pobratymcach z góry, zatrzymując się na Kalinowej Łapie, przeskakując potem na Wąsatkową Łapę. Szara poruszyła odrobinę puchatym ogonem. — Kalinowa Łapo, Wąsatkowa Łapo, wystąpcie — zażądała, wznosząc końcówkę swojego ogona lekko do góry. Obydwie Wilczaczki postąpiły tak, jak im nakazano. — Zebraliśmy się dzisiaj, żeby pochwalić te dwie uczennice, które zapracowały sobie na to, aby wspomnieć o ich niezwykłym czynie. Udało im się przegonić psa, który grasował na naszym terytorium. Zasługują na pochwałę — miauknęła poważnie, z lekkim uśmiechem wymalowanym na pysku.
Żółtooka schyliła odrobinę łeb w geście szacunku. Miała wrażenie, jakby serce miało jej wyskoczyć z piersi z podekscytowania. Zamrugała parokrotnie, zupełnie ignorując gorąc, jaki coraz intensywniej grzał jej grzbiet. Skupiona teraz była na słowach przywódczyni.
— Kalinowa Łapo, od dzisiaj znana będziesz jako Kalinowy Powiew. Wąsatkowa Łapo, ty zaś od dzisiaj zwana będziesz Wąsatkowym Ruczajem. Klan Wilka jest z was dumny. Mimo ogromnego ryzyka, jakiego się podjęłyście, nie ugięłyście się pod zadaniem, pomyślnie przepędzając niebezpieczeństwo z naszych terenów, tym samym dbając o dobro pobratymców. Nie zapomnimy wam tego prędko.
— Kalinowy Powiew, Wąsatkowy Ruczaj! Kalinowy Powiew, Wąsatkowy Ruczaj! — poniosło się donośnym echem po obozie. Koty wykrzykiwały te imiona z uznaniem oraz dumą. Vanka miała wrażenie, jakby ich głosy były w stanie przedrzeć się przez drzewa iglaste, docierając do sąsiednich klanów. Jej serce wypełniło się ciepłem.
Szara rozejrzała się z uśmiechem wymalowanym na pysku po zebranych. Wypatrywała w nich swojej matki – gdy ich spojrzenia się spotkały, w żółtych oczach koteczki zakręciła się nadzieja. Czy będzie wreszcie z niej zadowolona? Pochwali ją? Pogodzą się? Na pysku starszej jednak wymalowane było niezadowolenie, może nawet swego rodzaju zawód. Poczuła nieprzyjemnie ukłucie w piersi, jej uśmiech lekko opadł. Przez głośne skandowanie przebił się jeden konkretny głos, który zwrócił jej uwagę najbardziej. Był to Trzcinniczkowa Dziupla, jej kochany wujek, który starał się jak mógł, żeby koteczce nie było przykro w tak ważny dla niej dzień. Miała wrażenie, jakby sam fakt, że starszy był gdzieś obok, mocno podnosił ją na duchu. Rozpromieniła się ponownie, w rozemocjonowaniu lekko przygniatając grunt. To był niezwykle ważny dzień, od dzisiaj miała nazywać się Kalinowym Powiewem. Było to eleganckie imię, bardzo jej się podobało!

21 marca 2026

Od Kalinowej Łapy CD. Chudej Łapy

Malowniczy krajobraz pojawił się przed pyszczkiem Kalinki, zachwyconej nieregularnym kształtem chmur, rozciągających się po niebie niczym kocie łapy. Przyglądała się drastycznej zmianie kolorów na nieboskłonie. Czasami wyglądało tak pięknie, a czasami było takie… nijakie. Zwykle nie zwracała na nie szczególnej uwagi, ponieważ była często zajęta zadaniami, jakie wymyślał dla niej Krucze Pióro. Aczkolwiek tym razem nie mogła sobie odpuścić podziwiania wielokolorowego nieba, znalazła wreszcie na to chwilę. Pomarańcz przechodził w czysty róż, zabarwiony biało-bursztynowymi chmurami, lekko zasłaniającymi słońce własnymi łapami. Westchnęła cicho pod nosem z zachwytem.
Schowała się pod jednym z drzew, nawet teraz promienie słoneczne nie były wystarczająco litościwe. Nadal grzały z niesamowitą siłą w grzbiet, wprawiając koty w dyskomfort. Dopiero o zmroku oraz z samego świtu dało się jakkolwiek funkcjonować, ponieważ w najwyższym słońcu ciężko było ruszyć się z obozu – dostęp do wody był ograniczony, vanka czasami spotykała ogromne, granatowo-zielone ważki, które też najprawdopodobniej szukały wody, aczkolwiek z niepowodzeniem. Albo źródełko było zbyt małe, albo coś innego im nie odpowiadało. Westchnęła cicho pod nosem. Mimo wszystko miała dobry dzień.
Poczuła nagle, jak ktoś uderza o nią. Przymrużyła oczy z niezadowoleniem, po chwili otwierając je. Gdy zauważyła, kto znowu w nią wpadł, zmarszczyła nos.
— Patrz pod łapy wredna sroko! — burknął do kotki. — Nie widzisz, że jestem w trakcie cierpienia?!
— Znowu we mnie wpadasz! To TY patrz pod łapy — oburzyła się, kładąc uszy po sobie. Nie wyglądała jednak dużo inaczej niż chwilę temu przez oklapnięte uszka. Miała ochotę wskazać na niego jeszcze palcem, jednak wiedziała, że tak nie wypada. Ciekawe czy robił to specjalnie? Tylko jaki interes by miał w wiecznym zderzaniu się z nią? Co mogło wpłynąć na jego słabą koordynację? — Może sobie zapracowałeś na cierpienie — prychnęła, kręcąc głową niechętnie. Poduszki łap delikatnie piekły ją od nagrzanego gruntu, a także tarcia, z jakim miały do czynienia przez stłuczkę. Wiedziała, że Chuda Łapa sobie nie wybrał przykrótkiej kufy, jeśli to było powodem jego cierpienia, aczkolwiek nie chciała oferować mu zbyt dużo zrozumienia, skoro wydawało się, że sam go nie miał za wiele, o ile w ogóle.
Chudy wciągnął gniewnie powietrze. Obrzucił kotkę piorunującym wzrokiem.
— Ta, niby czym?! Ledwo co się urodziłem, nie zdążyłem nic zrobić — obruszył się, odwracając głowę.
Końcówka jego ogona drgała. — A może ja mam słaby wzrok, co? Nie pomyślałaś o tym! Tylko ślepo zwalasz na mnie winę. A ja kaleka jestem! Powinienem być tu specjalne traktowany, a co dostaję? No, właśnie to! Taka jesteś!
Kalinowa Łapa westchnęła pod nosem, słysząc odpowiedź pobratymcy. Faktycznie, nie wybrał sobie takiego pyszczka ani takiej budowy, jednak... chyba nie myliła się w pełni, przecież każdy kot, nieważne co, musiał szanować innych w mniejszym lub większym stopniu. Bo co to byłby za klan, gdyby nikt siebie nie szanował i pomiatał każdym? Chociaż może coś w tym było, może Klan Wilka działał właśnie w ten sposób. Vanka nie chciała się nigdy taka stać, nie chciała spoglądać na innych, jakby byli gorsi.
— Jeśli rzeczywiście masz problem ze wzrokiem, to tym bardziej powinieneś uważać, gdzie chodzisz. Rozumiem, że możesz mieć trudniej, ale myślę, że to nie powód, żeby warczeć na każdego — odparła, mrużąc oczy. Ucho zadrgało jej nerwowo. Nie powinna na niego krzyczeć, nawet jeśli ją momentami tak denerwował, starała się, jak mogła, żeby wyjść na tą spokojniejszą w tej sytuacji. — Jak bardzo źle widzisz? — zapytała. Jednak czy nadal mogła coś takiego osiągnąć, jeśli już oburzyła się za stłuczkę z jego winy? — Jeśli to ci tak przeszkadza, to udaj się do Roztargnionego Koperku albo Cisowego Tchnienia, żeby ci podali zioła. Albo możemy iść razem, jeśli sam nie chcesz — poleciła po paru uderzeniach serca. Nie miała w tym żadnego interesu, jednak potrafiła zrozumieć, że niektóre rzeczy mogły być dla niego bardziej skomplikowane. Jeśli nie widział dobrze, to może nie trafiłby do legowiska, a lepiej, żeby nie krzątał się pod łapami innych Wilczaków.
Chudy zmarszczył krótki pysk. Uderzył kilka razy gniewnie ogonem o trawnik, nim westchnął. Wysłuchał Kalinki od początku do końca, zerkając na nią tylko raz po raz spod przymrużonych powiek.
— Huh, cała moja osoba to jest jeden wielki warkot na innych — pomachał łapą lekceważąco.
Po sekundzie jednak położył po sobie uszy i spuścił wzrok na swoje łapy. — A co Cię to interesuje? — Burknął nerwowo. — N-Nagle się martwisz?
Kalinka otworzyła oczy szerzej. Po jej pysku rozszedł się gorąc. Może zawstydzenie? Zirytowanie? Może wynikało to z absurdu tej sytuacji? Z jakiegoś powodu nie przewidziała takiej odpowiedzi. Poruszyła końcówką kity z podenerwowaniem. — Nie! Po prostu nie mam ochoty na ciebie znowu wpadać — syknęła oburzona, kierując się już powoli w stronę legowiska medyków.
Chudy dostrzegł zmianę na pyszczku Kalinki i prychnął, odwracając głowę.
Kiedy kotka na niego syknęła, odskoczył, a jego ogon był napuszony.
— Ahhh i czego się złościsz?! — Miauknął nastroszony. — Eh te samice...
Ruszył jednak mimo narzekań. Niechętnie, mozolnie, ale jednocześnie posłusznie.
Powłóczył za nią łapami, a pod legowiskiem obrzucił jasną kotkę niecierpliwym spojrzeniem.
— Ja pukam, ty mówisz! — Oznajmił wszem wobec.
Przymknęła na chwilę oczy, nie odpowiadając na słowa Chudej Łapy. Nie miała czasu na takie rzeczy, już wystarczająco długo zdążyli posterczeć na środku obozu i się pokłócić. Nie chciała, żeby Krucze Pióro pomyślał sobie, że się obija w najlepsze i nie przysługuje w żaden sposób klanowi. Jeśli by zechciał, to by mógł przedłużyć jej trening i nie dopuścić do mianowania, a absolutnie tego nie chciała!
Chuda Łapa wydawał się nerwowy. Może związane to było, z tym że na co dzień nie rozmawiali za bardzo? Przynajmniej nie pozytywnie, nawet jeśli vanka raczej nie szukała sobie wrogów. On był chyba jedynym kotem, z którym zdążyła pokłócić się już tyle razy.
Kalinowa Łapa weszła do legowiska medyków, rozglądając się w półmroku po jamie. Jej oczy dość szybko się do niego przyzwyczaiły. Gdy spotkała się ze zdziwionym wyrazem pyska Roztargnionego Koperku, pochyliła przed jeno głowę w geście szacunku i przywitania.
— Czego chcecie? — burknęło, strzepnąwszy uchem.
— Chuda Łapa skarży się, że źle widzi. Widzi na tyle źle, że wpada na inne koty — wyjaśniła szara oschle, nie spuszczając wzroku z asystenta.
Roztargniony Koperek westchnęło.
— Zawracacie mi głowę takimi głupotami! Chudej Łapie ucięto język i sam nie potrafi powiedzieć, co? — syknęło, wycofując się do magazynka. Kalinowa Łapa spojrzała na burego, czując lekką frustrację rosnącą w jej piersi. Przez niego na nią krzyczą! Nie podobało jej się zachowanie starszego, aczkolwiek nie mogła na to poradzić za wiele o ile cokolwiek. Musiała mieć wobec nich szacunek, chociaż było to trudne, szczególnie że do niej rzadko kiedy ktoś go miał. Nie miała dzisiaj ochoty na więcej kłótni, już na pewno nie z medykami. Gdy asystent wrócił, podszedł do Chudej Łapy, po czym nakazał mu usiąść. Chwycił łapami jego pysk w swoje, przyglądając się bliżej jego oczom.
— Weź ten mech i mu to przemyj, nie mam czasu na takie głupstwa. Oczy mu zaropiały, tylko tyle. Idźcie mi stąd, już! — zażądał, podsuwając szybko mech w stronę uczennicy. Miała wrażenie, jakby miało ich stąd zaraz wypchnąć. Kalinowa Łapa kiwnęła głową, po czym chwyciła otrzymany przedmiot w pysk. Szturchnęła lekko Chudą Łapę, żeby poszedł za nią.
Gdy wyszli z nory, usadowiła się gdzieś na uboczu, w cieniu, żeby przypadkiem nikt na nich nie wpadł ani żeby też promienie nie prażyły ich grzbietów. Nagle rzuciła wilgotną kulką w pręgusa, czując zażenowanie całą tą sytuacją. Polizała się parokrotnie po piersi.
— Sam sobie wymyj tę ropę! — prychnęła, uderzając ogonem lekko o podłoże, z którego wydobywał się gęsto pył z powodu tego, jak bardzo nagrzana była ziemia. Trawa schła szybciej, niż ktokolwiek mógłby tego chcieć. Kulka wydała z siebie pluśnięcie, gdy odbiła się od ucznia.
Chudy wydał z siebie "ow", gdy trafił w niego mech. Mokra kulka potoczyła się po ziemi, zostawiając po sobie kilka kropli. Trawa była sucha, a ziemia gorąca, więc powinien się pospieszyć, nim wyparuje z niej woda. Bury miał nietęgą minę.
Zacisnął zęby i przysunął łapami kulkę. Podniósł ją, przetarł niezdarnie oczy i spojrzał na Kalinkę. Dostrzegł śliczną nastoletnią kotkę z potarganą grzywką i wredną miną na pyszczku. Prychnął.
— Myślisz, że to tak fajnie mieć tyle problemów?! Wstawać któregoś ranka i nagle słabo widzieć, co?! Nie móc biegać tak jak inni?! — wyrzucił z siebie gniewnie. Jego cienki ogon uderzał o ziemię. — Ty to masz tak fajnie, jesteś samicą i wszystko dostajesz, odkąd byliśmy kociętami!
Złapał jeszcze wilgotny mech w zęby i wyminął kotkę. Kalinka poczuła, jak się w niej gotuje. Dostawała wszystko? Jej matka nie miała dla niej czasu, to Ognikowa Słota i cała reszta odwiedzających wojowników się nimi zajmowali. Co takiego dostała? Zastępcę jako mentora? Nie wybierała go sobie. Nie wybrała sobie także rodziny.
— Zacznij doceniać to, co masz. Strasznie mnie wkurzasz tą ignorancją — warknął jeszcze do jej oklapniętego ucha, używając mądrego słowa, które kiedyś od kotki usłyszał. Zastrzygła wąsami, nie mogąc zignorować słowa, którego sama używała i to dosyć często.

***

Kalinowa Łapa wracała z legowiska starszych spokojnym krokiem. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, śpiew ptaków zaczynał odrobinę cichnąć, grane były ostatnie melodię przed zapadnięciem zmroku. Promienie słońca, w ciągu dnia silne i niezwykle dokuczliwe, teraz nieco zelżały, przyszedł chłodny, przyjemny wiaterek. Rozejrzała się po azylu – wojownicy powoli wracali z ostatnich patroli, a także polowań. Szukała jednego konkretnego kota, do którego miała pewną sprawę. Gdy jej oczom ukazał się znany jej buras, podeszła do niego, nie zwlekając ani chwili dłużej z pilną sprawą.
— Chuda Łapo, dlaczego rzuciłeś w mojego wujka jedzeniem? — zapytała, marszcząc brwi. Nie miał prawa traktować go w ten sposób! — Nie sądzisz, że takie traktowanie zwierzyny to nie szanowanie jej? — poruszyła nerwowo kitą. Nie podobało jej się to, jak zaczęła się przy nim zachowywać. Czyżby kocur miał na nią zły wpływ? Dlaczego jej wiecznie poważna postawa, uporządkowane myśli oraz krytyk w głowie, który trzymał wszystko w ryzach, nagle zaczęły słabnąć?

<Chuda Łapo? Chyba musimy porozmawiać>

08 marca 2026

Od Kalinowej Łapy

Kalinowa Łapa zaczęła wyrywać stare części paproci ze swojego posłania, ostatnie zmiany były tylko chwilowe. Wyjęła niegdyś piękne, starannie wplecione płatki delikatnych kwiatów, które obecnie zostały wysuszone na wiór. Większy podmuch wiatru byłby w stanie porwać je na strzępy, były niezwykle kruche i łamliwe. Nadepnęła przypadkowo na jeden z nich, chrupiący dźwięk poniósł się echem po żłobku, nie zwracając na siebie uwagi reszty przesiadujących w norze obecnie uczniów, zajętych rozmową. Stary mech położyła nieopodal, będzie musiała go po skończeniu, wynieść. Zaczęła układać nowy starannie, robiąc z niego wygodne gniazdo, cały czas poprawiając każdy z rogów, żeby jej przypadkiem nie dźgała żadna niepożądana gałązka w bok. Gdy uznała, że jest dobrze, wzięła kawałek starego posłania, po czym wyszła z tunelu i odłożyła nadmiar w miejscu, w którym nikomu on nie będzie przeszkadzać. Tak samo postąpiła z resztą niepotrzebności, mrucząc z dumą. Teraz będzie mogła spać spokojnie i w dodatku najprawdopodobniej nie będzie musiała wymieniać go jeszcze przez długi czas. Chyba że na legowisko spadnie jakaś tragedia, która jej doszczętnie zniszczy całą tę ciężką pracę. Zastrzygła wąsami, po czym wylizała zmierzwione futro na piersi. Zauważyła w kącie legowiska Nocną Łapę, który wrócił z niedawnego treningu. Wyglądał na zmęczonego i jedyne, o czym marzył, to o odpoczynku. Duszące powietrze z pewnością niczego nie ułatwiało. Miała nadzieję, że obecna pogoda nie wpłynie negatywnie na zdrowie jej wujka – w końcu miał już swoje księżyce, przegrzewał się szybciej, a do legowiska starszych uczniowie zaglądali bardzo różnie. Może powinna się do niego wybrać?
Wyszła z nory, kierując się do sterty zwierzyny. Wiele zdobyczy wyschło przez przebywanie na tak dotkliwie grzejącym słońcu. Dobrze byłoby, gdyby ktoś ją przesunął w bardziej zacienione miejsce. Mięso psuło się szybciej, gdy miało do czynienia wiecznie z takimi warunkami. Wygrzebała z niej najmniej uszkodzoną mysz, po czym skierowała się do dobrze znanego jej wgłębienia. Przyzwyczaiła się prędko do półmroku, dostrzegając w nim Trzcinniczkową Dziuplę.

[311 słów]

[Przyznano 6%]

Od Kalinowej Łapy

Figlarne promienie słońca wpadały do legowiska uczniów, grzejąc boki każdego, kto jeszcze nie wyruszył na trening. Kalinowa Łapa przeciągnęła się w posłaniu, zabierając za poranną toaletę. Gdy uznała, że wygląda wystarczająco dobrze, wynurzyła się wreszcie z tunelu i zauważywszy swojego mentora, prędko podbiegła do niego truchtem. Usłyszała, że idą na patrol, dlatego też nie zamierzała narzekać. W końcu mogła odpocząć od polowania czy nauki walki, taki spacer dobrze jej zrobi. Przy wyjściu zebrała się mała grupka kotów, w tym ona i Krucze Pióro, a poza nimi Kwaśna Kocanka, Pszczeli Rój, a także Ognikowa Słota wraz z jej uczennicą, Cykoriową Łapą. Szara posłała czekoladowej przyjazne spojrzenie, tamta jednak zerknęła na nią jedynie niepewnie, nie komentując tego w żaden sposób. Wilczaczka pomyślała, że nie będzie się przejmować takimi rzeczami. Uniosła podbródek wyżej, przechodząc przez tunel pewnym krokiem.
Znaleźli się otoczeni przez wysokie, ciemne drzewa iglaste i skierowali w stronę granicy z Klanem Klifu. Intensywny, morski, świeży zapach dopłynął do nosa młódki. Słońce grzało grzbiety kotów, gdy odnawiali znaczenia zapachowe. Vanka spostrzegła, że Krucze Pióro sporo spogląda na Kwaśną Kocankę, rozmawiając z nią co nieco. Oczywiście nadal pilnował, czy Kalinowa Łapa przypadkiem nigdzie się nie zagubiła – i najprawdopodobniej, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja, kazałby jej na coś zapolować albo jakoś się pochwalić swoimi umiejętnościami, żeby tylko nie przynieść mu wstydu przed innymi wojownikami. Żółtooka szła w ciszy, podziwiając krajobraz. Niesamowite, że inne klany żyły w zupełnie różnych warunkach. Słyszała opowieści o wielu z nich, już jej tłumaczono także, po czym może rozpoznać z którym klanem ma do czynienia. Wilczacy nie natknęli się na patrole innych klanów, chociaż czuć było, że ich poranny patrol także zdążył tamtędy przejść, oczywiście po własnej stronie. Cieszył ją ten spokój. Cisza otaczająca ją była niezwykle kojąca i potrafiła bardzo pocieszyć. Miała wrażenie niekiedy, jakby sama wyszła, a jedyne, co przywracało ją do rzeczywistości to albo nowy grunt, albo słowa pobratymców. Pilnowała się, jak mogła, żeby przypadkiem nie wpaść na krzewy czy żeby nie przekroczyć granicy.

Od Kalinowej Łapy CD. Ognikowej Słoty

Krople deszczu zaczęły intensywnie obijać się o korony drzew, spływając z sosnowych igieł bez większych oporów, zrzucone w dużych ilościach nagle. Do nosa Kalinowej Łapy doleciał charakterystyczny, wilgotny zapach deszczu, nie dało się go pomylić z żadnym innym. Brało się to najprawdopodobniej stąd, iż gleba zdążyła niezwykle wyschnąć od ostatniej ulewy. Gdy ponownie ją nawodniono, nawet w małym stopniu, zaczęła wydzielać daną woń. Podłoże niebawem zamieni się w błoto, po którym wcale nie tak łatwo się chodziło. Ciekawe, ile kałuż po tym się ostanie, gdy uderzą ponownie prażące promienie słońca? Kalinowa Łapa poczuła pierwszą chłodną kroplę na swojej głowie, szybko spłynęła jej po karku, skapując wreszcie z ramienia z głuchym dźwiękiem. Vanka wycofała się odrobinę, stając przy drzewie. Zaczęła znaczyć je pazurami. Kawałki kory oderwały się, gdy przejechała po nich. Ognikowa Słota wyszła na deszcz, spokojnym krokiem kierując się do legowiska wojowników. Żółtooka, gdy miała już podążyć za nią, nagle pojawił się przed nią kruczoczarny kocur. Zdążył już trochę zmoknąć, aczkolwiek nie wyglądał na szczególnie przejętego. Posłał jej chłodne spojrzenie.
— Idziemy — powiedział stanowczo, ruchem ogona nakazując jej podążyć za sobą.
— W taką pogodę? — zapytała, czując, jak deszcz obija jej się o głowę.
— Jeśli przyjdzie ci kiedyś walczyć za nasz klan, wrogowie nie będą sobie wybierać pogody, w jaką zaatakują! Jeśli zniechęca cię lekka mżawka, to równie dobrze możesz wrócić do żłobka albo od razu do medyka, jeśli się tak boisz — warknął, sierść sama podniosła mu się wzdłuż karku. — Idziemy.
Kalinowa Łapa położyła uszy po sobie. Nie wyglądała dużo inaczej z powodu tego, iż były oklapnięte. Spadła na nich ulewa, a nie lekka mżawka. Ale nie było co z nim dyskutować, bo to i tak nie przyniosłoby nic dobrego. Idąc tak u boku mentora, patrzyła jedynie na drogę przed sobą. Pokryła się dużych rozmiarów kałużami, sięgającymi jej do kostek, jeśli spróbowała w nie wdepnąć. Deszcz sprawnie uniemożliwiał jej rozglądanie się na boki, skapywał jej z futra na czole, nim się obejrzała, była cała przemoczona. Przynajmniej nie było Pory Nagich Drzew – oczywiście podmuchy owiewały ich wibrysy stale, aczkolwiek nie były na tyle mroźne, żeby zrobić im większą krzywdę, przynajmniej nie od razu. Szara koteczka miała wrażenie, jakby coś mignęło jej przed oczami. Niezwykle jasne, jarzące się światło rzuciło swój ostry blask na podłoże, na drzewa, całe niebo w ułamek sekundy pokryła czysta zaogniona biel, za którą po chwili wyłonił się śnieżny, rozgałęziony piorun. Wraz z nim przybył niezwykle głośny trzask oraz warkot, gorszy od tego potwora dwunożnych. Biała sierść nastroszyła jej się wzdłuż kręgosłupa, a mięśnie w łapach same napięły. Nigdy w życiu nie widziała czegoś identycznego! Niebo umilkło, zanim nie pojawił się na nim kolejny, równie donośny trzask. Czuła dudnienie własnego serca, żołądek, miała wrażenie, przewrócił jej się.
Mokra ziemia kleiła się do łap Wilczaczki. Dwójka zatrzymała się, Krucze Pióro spojrzał na nią zza przymrużonych powiek.
— Nie wrócimy, dopóki niczego nie upolujesz.
Kotka skinęła mu jedynie głową, zanim nie zanurkowała w pobliskich krzewach. Na co mogła zapolować podczas tak paskudnej pogody? Wszystko, co mogło, zdążyło już się pochować. Łapy same poniosły kotkę do jednego z pobliskich drzew. Spojrzała w górę, była tu nawet dobrze chroniona przed deszczem. Wytrzepała sierść z nadmiaru wody i chwyciwszy się kory sztywno, podciągnęła się wyżej, wreszcie lądując na jednej z gałęzi. Parę uderzeń serca później znalazła się na kolejnej, zaglądając do szerokiej dziupli. Ku jej zdziwieniu, wewnątrz siedział pręgowany ptak. Rozdziawił żółte oczy szeroko – kolorystycznie przypominały wręcz te jej, co było miłą niespodzianką. Szarej aż zrobiło się go żal, aczkolwiek nie mogła wrócić z pustymi łapami. Mogła być to jedyna zwierzyna, jaką dzisiaj znajdzie. Wepchnęła się do środka, uniemożliwiając mu wylot. Podniósłszy łapę, dostrzegła, że wysiadywał trójkę młodych. Gdyby podrosły jeszcze trochę, prawdopodobnie byłyby tak wielkie, jak on sam. Wreszcie zacisnęła szczęki na karku ptaka. Sówka przestała stawiać opór, skrzydła opadły jej marnie, a młode schowały się w kącie gniazda, spozierając na kotkę z przerażeniem. Kalinowa Łapa wyjrzała zza dziupli. Wreszcie, skupiając wystarczająco wzrok, zorientowała się, że Krucze Pióro stoi tuż pod drzewem.
— Krucze Pióro! Znalazłam gniazdo, są tu młode — zawołała do niego, niepewna czy usłyszał. Po chwili do jej uszu doleciało chrobotanie, wojownik musiał zacząć się wspinać. Nim się obejrzała, dymny znalazł się na gałęzi prowadzącej do dziupli. Zaczęła podawać mu młode, które on sprawnie uśmiercał, a potem odkładał na szerokiej gałęzi za sobą. Kalinowa Łapa chwyciła swoją pójdźkę, czekając, aż mentor zrobi miejsca, aby mogła bezpiecznie wyjść. Wilczak chwycił trójkę prędko, schodząc z drzewa ostrożnie. Szara koteczka podążyła jego śladem.
Wreszcie jej łapy dotknęły gruntu. Patrzenie na świat z takiej wysokości wydawało się dość nietypowe, szczególnie że przywykła do widoku z ziemi, a nie z prawie korony drzewa.

***

Kalinowa Łapa wróciła do obozu. Deszcz zdążył już nieco uspokoić się, chociaż nadal ciężko było powiedzieć o całkowitym jego zniknięciu. Mokre powietrze docierało do niej chętnie, utrudniając odrobinę oddychanie po wysiłku. Odłożyła zwierzynę na stertę, zadowolona z dzisiejszego dnia. Gdy ułożyła się w legowisku uczniów, do jej uszu dotarły kroki. Początkowo nie przykładała im wielkiej wagi, prawdopodobnie wrócił kolejny uczeń ze szkolenia, chociaż widziała większą część z nich wewnątrz. Niewykluczone, że mogła być jedyną uczennicą, którą wzięto w tak paskudną pogodę na trening. Przymknęła oczy, już chcąc oddać się w objęcia snu, kiedy usłyszała znany jej głos.
— Kalinowa Łapo, doszły mnie słuchy, że znalazłaś gniazdo? Ta pójdźka na stercie jest twoja? — zapytała Ognikowa Słota z uśmieszkiem, trzymając mysz polną za ogon. Położyła zwierzątko przed vanką. Żółtooka otworzyła oczka, spozierając na wojowniczkę.
— Tak… udało mi się — miauknęła oszczędnie. Chciała odpocząć, chociaż świeży posiłek przed jej nosem zachęcał ją do spożycia go. Burczało jej w brzuchu.
— Dobra robota. To dla ciebie, świetnie się spisałaś — Słota przysunęła zdobycz bliżej, żeby szara nie musiała szczególnie się wyciągać tylko po to, by jej sięgnąć.
— Dziękuję — mruknęła Kalinowa Łapa, zabierając się za dość ospałe spożywanie zdobyczy. Po paru gryzach zorientowała się, że z futerka i mięsa pozostały jedynie kości. Zatrzęsła się lekko z zimna, gdy podmuch wiatru dotarł do jej grzbietu. Napuszyła przemoczoną sierść, próbując jakoś się przed nim uchronić, jednak było to trudne. Zabrała się za wylizywanie mokrych kłosów. Oby tylko nie przesiedziała na tym zbyt długo, długie futro bywało uciążliwe. Szczególnie że cały czas jej się wydłużało. — Ognikowa Słoto, boisz się piorunów? — zapytała pomiędzy liźnięciami, przypomniawszy sobie o przerażającym widoku.

<Są naprawdę straszne, Ognikowa Słoto!>

[1030 słów]

[Przyznano 21%]

07 marca 2026

Od Kalinowej Łapy

Kalinowa Łapa przeciągnęła się w legowisku po dość udanej drzemce. Nadal pobolewały ją lekko mięśnie po treningu, jednakże było lepiej. Ostatnio ćwiczyła nową technikę, o której wspominał jej Krucze Pióro. Czuła się w niej coraz pewniej i prawdopodobnie, gdyby dzisiaj kazał jej z kimś zawalczyć, udałoby jej się to zrobić. Mimo swojej filigranowości miała w łapkach wiele siły. Była w stanie już pokonać drugiego kota, wszystko dzięki szkoleniom dymnego. Więc jednak były z tego jakieś plusy, nawet jeśli zastępca zachowywał się dość nietypowo. Słońce zaświeciło jej ostro w oczy, zmuszając je do zmrużenia. Podeszła do sterty zwierzyny, zastanawiając się, co powinna dzisiaj przekąsić. Może nornicę? Chwyciła zwierzątko w zęby, oddalając się na obrzeża, żeby nikomu nie przeszkadzać. Gdy ułożyła się wygodnie w cieniu, zauważyła, że z jej nornicą jest coś nie tak. Przyjrzała jej się dokładnie – była wysuszona, a także miała dziwny kolor. Z obrzydzeniem wzięła ją ponownie, po czym przeszła przez obóz, uważając na resztę, chociaż wcale tak tłoczno nie było. Skierowała się do śmietniska, wyrzucając tam zepsute śniadanie. Nie lubiła marnować zwierzyny, ta jednak całkowicie nie nadawała się do spożycia. Dzisiaj Krucze Pióro był zbyt zajęty, dlatego vanka mogła sobie odpocząć. Postanowiła zajrzeć do żłobka – ostatnio znalazły się tam dwie kulki futra, których nie zdążyła poznać.
Weszła do kociarni, przyzwyczajając się prędko do półmroku. Skinęła głową w kierunku kotki, która obecnie ich pilnowała.
— Mogę wejść? — zapytała się jej, licząc na twierdzącą odpowiedź.
Jaskółcze Ziele potrzebowała chwili na zastanowienie się, nie trwało to jednak długo. Zmarszczyła brwi, po paru uderzeniach serca wreszcie kiwając głową.
— Jasne. Wchodź.
Vanka posłała jej wdzięczny uśmiech, idąc spokojnym krokiem w stronę dwóch kociąt. Wyglądało na to, że zajęte były obecnie sobą. Rozmawiały po cichutku, robiąc duże oczka, przepełnione czystą, kocięcą radością. Żółtooka poczuła ciepłe uczucie rozpływające się po jej piersi. Jeszcze niedawno ona też właśnie tak wyglądała. Gdy Kryształka zerknęła w jej kierunku, szarawa pomachała jej przyjaźnie łapką na powitanie. Po paru uderzeniach serca znalazła się tuż obok nich, jednak starała się zrobić to tak, żeby ich nie wystraszyć.
— Cześć, jestem Kalinowa Łapa, a wy? Jak się nazywacie? — miauknęła przyjaźnie, poruszając spokojnie ogonkiem. Mocno pachniała świeżo skoszoną trawą, jakby wytarzała się w wielu jej źdźbłach. Mała Węgielek zmarszczyła nosek, jakby było to dla niej w danym momencie zbyt wiele.
— Ja jestem Kryształka, a to moja siostra, Węgielek! — powiedziała piskliwym głosikiem jedna z nich, wskazując łapką to na siebie, to na swoją bliską tuż przed sobą. Kryształka była drobna, jej futerko przypominało bardziej piórko, musiało być niesamowicie mięciutkie, aksamitne wręcz. Była drobniutka oraz chuda. Węgielek zaś posiadała na sobie mocno przebijające się kolory – od pręgowanej czerni, po jasny rudawy, a może kremowy. Obydwie wydawały się tak spokojne, że ciężko było uwierzyć, iż były dalej kociętami. Ciekawe co mogło na to wpłynąć? A może od początku po prostu takie były? Każdy miał inny charakter, inne cechy, nie dało się spotkać kota, który byłby dokładnie taki sam, jak drugi pod każdym względem.
— Słyszałyście już o takiej zabawie? Policzę do dziesięciu i nie będę patrzeć, a wy musicie ukryć się jak najszybciej. I moim zadaniem będzie znalezienie was, a waszym ukrycie się jak najlepiej, żebym was jak najdłużej nie mogła znaleźć. Co wy na to? — zapytała z uśmieszkiem.
Kryształka otworzyła szerzej oczka, patrząc po chwili na swoją siostrę, Węgielek. Szylkretka zamyśliła się na jakiś czas, wreszcie kiwając twierdząco głową. — Możemy się pobawić.
— Wspaniale! Zatem zaczynam! — oznajmiła vanka, odwracając się do nich tyłem, w stronę ściany kociarni. Zamknęła oczy. — Raz, dwa, trzy, cztery — do jej uszu doleciało chaotyczne szurnięcie i po tym nic. — Pięć, sześć, siedem, osiem — nasłuchiwała dalej, jednak od teraz nie słyszała już więcej dźwięków łapek. Szybkie były! — Dziewięć… dziesięć! Szukam — miauknęła głośno, odwracając się do zaciekawionej ciemnej karmicielki. Kalinowa Łapa posłała jej rozpromienienie, rozglądając się za dwójką kociąt. Najpierw zaczęła sprawdzać każdy kąt kociarni – było ich sporo, jednak w żadnym z nich nie mogła dojrzeć rodzeństwa. Każdy był pusty, oprócz tego, że w niektórych przesiadywały jakieś nieznane jej muchy czy owady wszelkiego rodzaju. Później zaczęła sprawdzać legowiska – i zanim się obejrzała, znalazła obydwie koteczki.

[688 słów]

[Przyznano 14%]

Od Kalinowej Łapy do Ognikowej Słoty

Kalinowa Łapa szła u boku Kruczego Pióra, który dzisiaj pokazał jej nowe chwyty bitewne. Będzie musiała je w ciągu następnych dni udoskonalić i to najlepiej jak najszybciej, by sprawić, żeby dymny był z niej dumny. Może wtedy będzie chciał od niej mniej albo będzie miało to zupełnie odwrotny efekt od zamierzonego. Może zacznie chcieć od niej więcej i więcej skoro zauważy, że sobie nawet radzi. Przyda jej się to także dlatego, że nie miała pojęcia czy przykładowo jutro zastępca nie zażyczy sobie walki uczniów. I co zrobi, jeśli przydzielą jej kogoś dużo silniejszego? Tylko kto z obecnych uczniów mógłby być od niej lepszy… może Nocna Łapa? Chociaż nie wiedziała dokładnie, jakie postępy robił w nauce. Odkąd została uczennicą, największy kontakt miała z Chudą Łapą, który robił zawsze co w jego mocy, żeby podnieść jej ciśnienie. Na samą myśl zmarszczyła nos i machnąwszy ogonem gniewnie, westchnęła cicho pod nosem, wypuszczając z siebie całe to niepotrzebne poddenerwowanie. W końcu nadal była na treningu, musiała się skupić. Gdzieś daleko za nią rozległo się głośne pohukiwanie. Księżyc wisiał na niebie, rzucając zimną poświatę na ciemnozieloną trawę oraz złowrogo pnące się ku niebu drzewa. Vanka przełknęła nerwowo ślinę, czując przez parę uderzeń serca niepokój. Mięśnie bolały ją po dzisiejszej nauce, coś podpowiadało jej jednak, że nie był to jeszcze koniec. Jeszcze będzie musiała odczekać z marzeniem o odpoczynku w swoim już lekko zaniedbanym posłaniu. To kolejna rzecz do zrobienia, którą odkładała z powodu zmęczenia. Zajmie się tym jak najszybciej, ale teraz…
Do jej uszu dobiegł cichutki szelest. Postawiła je czujnie, odwracając łeb w kierunku poruszenia. Przypadła do ziemi, brzuchem, prawie że szorując po posadzce. Uważała na wszelkiego rodzaju gałązki oraz kamyczki, skradając się niczym prawdziwy łowca. Ogon miała nisko, a sama, gdyby mogła, to by chyba pełzła po tym gruncie. Wreszcie, znalazłszy się w odpowiedniej odległości, wybiła się w powietrze. Łapami przygniotła pulchnego grzywacza. Ptaszysko stawiało długo opór, trzepocząc grubymi, sporych rozmiarów skrzydłami. Parę razy uderzył kotkę po głowie z głuchym trzaskiem. Kalinowa Łapa nie dawała za wygraną, nie rezygnując z uścisku oraz wagi, jaką nagle nałożyła na jego kruche kości. Nawet jeśli sama była filigranowa, nie oznaczało to, że nie miała siły. Wgryzła się w szyję ptaszyska, próbując dogryźć do krtani, żeby przestał stawiać opór. Na jej podniebieniu rozpłynął się metaliczny posmak krwi. Zwierzyna w pewnym momencie opadła bezsilnie, godząc się ze swoim losem. Szara koteczka podniosła ją, odwracając się na pięcie, kierując z powrotem do kocura. Pokazała mu swój łup z dumą na mordce, on jednak westchnął jedynie pod nosem.
— Ja łapałem podczas jednego treningu trzy takie, gdy byłem w twoim wieku. Jeśli chcesz, żeby Zalotna Gwiazda mianowała cię niedługo, będziesz musiała bardziej się postarać. Jeden grzywacz to za mało, żeby wykarmić cały klan — podjął stanowczo, wznawiając ustalone tempo powrotu. — Wracamy — dorzucił jeszcze na koniec, na jego kufie nie było nawet cienia zmęczenia. Ciekawe czy rzeczywiście go to nie męczyło, czy tak dobrze to maskował? W sercu uczennicy narodziła się frustracja, rozprzestrzeniająca się niczym zaraza, teraz jedynie w formie podobnej do mrowienia.
Vanka przewróciła oczami wtedy, kiedy miała pewność, że dymny na nią już nie spogląda. Dlaczego Krucze Pióro nie mógł jej nigdy po prostu pochwalić? Dlaczego zawsze jej robił pod górkę w każdej możliwej sytuacji? Machnęła puszystą kitą, nie chcąc tak wcześnie się poddawać. Truchtem dogoniła mentora, nadal wysoko trzymając swoją zwierzynę. Może podzieli się nią z jednym z uczniów, żeby mieć jakieś pojęcie o ich postępach w nauce?
W ciszy dotarli do obozu Klanu Wilka. Kalinowa Łapa oddaliła się od zastępcy w momencie, w którym tamten skierował się do legowiska wojowników. Zawędrowała do nory starszych, z uśmieszkiem wpatrując się na śpiącego już wujka. Po cichutku podeszła do niego, układając się tuż obok. Ze smutkiem zauważyła, iż nie mieści mu się w łapach. Bardzo szybko rosła i ta zmiana była dla niej niezwykle dotkliwa. Położyła przed nim świeżo upolowanego grzywacza. Trzcinniczkowa Dziupla spał w najlepsze, może nie był obecnie głodny, dlatego też nowy zapach nie obudził go. Vanka zamknęła oczy, wtulając się w futro starszego. Jej bok zaczął powoli unosić się, a potem opadać, gdy oddała się w objęcia snu. Miała nadzieję, że przyśni jej się coś miłego. Może coś, dzięki czemu łatwiej byłoby jej nie zastanawiać się nad dziwnym zachowaniem swojego mentora.

***

Następnego dnia

Na grzbiet Kalinowej Łapy padły pierwsze ciepłe promyczki słońca. Uniosła łeb ku górze, z zadowoleniem spostrzegając, iż niebo czyste jest od wszelkiego rodzaju skaz w formie gołębich chmur. Uśmiechnęła się delikatnie, mrużąc oczy. Burze ostatnimi czasy bywały dość dotkliwe, deszcze tworzyły ogromne kałuże, przez które ciężko było przejść. Ziemia pochłaniała je niezwykle szybko, tym samym dostęp do wody był ograniczony. Lekkie podmuchy wiatru mierzwiły jej futro. W pewnym momencie ktoś stanął przed nią, zasłaniając cały ten przyjemny blask. Gdy wstała jakiś czas temu, przeprowadziła rozmowę z Trzcinniczkową Dziuplą, który ucieszył się, że ją widzi. Ona sama także była bardzo zadowolona z tego powodu. Wujek podziękował jej za śniadanie. Kalinka odnowiła też swoje posłanie – teraz wplotła w nie parę płatków kwiatów. Co prawda były delikatnie wysuszone ze względu na pogodę. Słońce prażyło dość intensywnie, niezwykle mocno dotykało to zarówno roślinność, jak i nawet zwierzynę. W ciągu dnia nie było co wychodzić, dopiero pod osłoną nocy i wieczora można było podziałać więcej, ponieważ zapadał zmrok i cienia było wszędzie. Temperatura spadała trochę, chociaż nadal noce nie należały do najzimniejszych. Nie powstrzymywało jej to jednak przed zapewnieniem sobie jak najlepszych warunków, żeby mogła się przynajmniej wyspać i dobrze najeść.
Otworzyła oczy z niezadowoleniem, już mając w zamiarze wytknąć temu, który przeszkadza, że nie podoba jej się to. Prędko jednak jej spojrzenie złagodniało, gdy spostrzegła, że przeszkadzaczem był nikt inny jak Ognikowa Słota. Uniosła jedną brew do góry ze skonfundowaniem. Ciekawe czego mogła chcieć od niej wojowniczka? Odkąd została uczennicą, nie rozmawiała już codziennie z szylkretką. Ich interakcje były teraz zazwyczaj krótsze i rzadsze, nie powinno być to niczym dziwnym, w końcu żółtooka miała teraz mentora i to dość surowego, który wymagał od niej wręcz ponad maksimum jej możliwości oraz zajmował większość jej dnia, jak i również część nocy, którą mogłaby poświęcić na odpoczynek. Uczył ją wiele, wymagał od niej nawet więcej.
— Chodźmy w cień, jest tak gorąco, że możesz nabawić się bólu głowy, jeśli będziesz się tak wygrzewać, szczególnie w godzinach szczytu. A nie chcesz raczej przeleżeć tak ładnej pogody u medyka — miauknęła Ognikowa Słota, ogonem wskazując młodszej jedno z drzew, które oferowało dość sporą ilość cienia. Pod nim nie odpoczywał także żaden z kotów, więc mogły porozmawiać tak naprawdę na każdy temat. Dwie kotki skierowały się pod nie wspólnie. — Za niedługo zostaniesz wojowniczką. Chcę, żebyś nawet wtedy dalej się starała. Udoskonalaj swoje umiejętności tak długo, jak tylko możesz, żeby nigdy nie zesztywnieć jak starsi — miauknęła brązowooka, patrząc na pyszczek szarej.
Kalinowa Łapa pokiwała głową.
— Wiem. Ognikowa Słoto, masz uczennicę, prawda? — zagadnęła Kalinka, chociaż dobrze wiedziała o Cykoriowej Łapie. Ciekawe, jak uczyła ją Słota? — Jak ją uczysz? Czy jesteś bardzo surowa? Czy Cykoriowa Łapa dobrze się uczy?
Ognikowa Słota strzepnęła nerwowo ogonem, marszcząc nos.
— Cykoriowa Łapa to najbardziej leniwa uczennica, jaką mogłam szkolić. Nawet jeśli próbuję przekazać jej jakieś wartości, to ona mnie zwyczajnie nie słucha. Robię co tylko w mojej mocy, jednak ona tego nie docenia. Zawsze staram się działać tak, żeby jej nie było źle i żeby cokolwiek trafiło do jej głowy. Pewnie gdyby szkoliła ją sama Zalotna Gwiazda, to nie byłoby lepiej, jest po prostu niewdzięczna. A czemu, Kalinowa Łapo? Skąd takie pytanie? — zapytała szylkretka, spozierając na młodszą. Między nimi wytworzyła się swego rodzaju chwilowa napięta atmosfera. Czy brązowa pręguska naprawdę była taka tragiczna? Była uczennicą już dłużej niż ona, tak naprawdę to Kalinowa Łapa nigdy nie przykładała większej uwagi, jak chodziło o koleżankę z legowiska. Dopiero ostatnio uświadomiła sobie, że Ognikowa Słota ma uczennicę.
— Po prostu jestem ciekawa, jak są szkoleni inni uczniowie. Ja mam Krucze Pióro za mentora — wyjaśniła, nie chcąc wspominać nic, co by mogło działać na szkodę starszego kocura. Tak naprawdę to chyba niepotrzebnie zaczęła w ogóle ten temat. Wzruszyła ramionami. — Opowiedziałabyś mi o przodkach? — prędko podjęła próbę zmienienia go, gdy zaczął być coraz bardziej niewygodny. Przecież nie powie jej, że ma wymagającego mentora. Każdy by się raczej z tego powodu cieszył – w końcu, gdyby miała takiego, co by jej niczego nie uczył, to też nie czułaby się dobrze.

<Ognikowa Słoto?>

[1365 słów]

[Przyznano 27%]

25 lutego 2026

Od Kalinowej Łapy do Chudej Łapy

Przeszłość

Kalinka wpatrywała się w przestrzeń przed sobą z wyraźnym zamyśleniem wymalowanym na mordce. Mroźne szpony Pory Nagich Drzew próbowały wedrzeć się do kociarni ze skowytem, aczkolwiek starannie wplecione gałązki i gęsta osłona w postaci krzewu uniemożliwiała im to, tym samym chroniąc przyszłe pokolenie Klanu Wilka przed pewną zgubą. Vanka nie mogła doczekać się, aż porozmawia z Trzcinniczkową Dziuplą, jej kochanym wujkiem. Kocur zawsze miał tak wiele historii do opowiedzenia, nie dało się przy nim nudzić. Wydawało się, że nigdy mu się nie kończyły. Jej oczy w pewnym momencie wykryły trójkolorowe, znajome jej futro. Do żłobka przyszła pewnym krokiem Ognikowa Słota, wyręczając Gąsiorkowy Trzepot, dzięki temu starsza vanka nie musiała spędzać z kociętami tak wiele czasu, a sama Słota mogła opowiadać im do woli o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd czy wspaniałości swojej lub swojej matki. Żółtooka odprowadziła delikatnie tęsknym wzrokiem rodzicielkę, która nawet się za nią nie obejrzała. Nieprzyjemne ukłucie pojawiło się w jej serduszku, próbowała je prędko zbyć. Nie mogła się jej dziwić, w końcu czwórka kociąt były lada wyzwaniem do opanowania, chociaż brązowookiej szło to dość sprawnie, jakby nie musiała nawet się wysilać. Kalinka rozumiała jednak, że jej mama nie była Słotą i mogły się od siebie różnić. To, co dla jednego było dziecinnie proste, dla drugiego mogło być nie do osiągnięcia czy zrobienia. Gdyby tylko Trzcinniczkowa Dziupla był w żłobku, a nie legowisku starszych… wtedy nie musiałaby się wymykać do niego, miałaby go bliżej i mogłaby słuchać jego historii do woli, w każdej chwili. Chociaż wtedy tych opowieści słuchałyby inne kocięta. Gruby, Chudy czy Noc. Nie była pewna, czy wujek chciałby rozmawiać też z nimi.
Kalinka poczuła, jak jakiś kociak w nią wpada. Nieprzyjemny dreszcz poniósł się po jej ciele. Odwróciła łeb w stronę Chudego, który albo zrobił to specjalnie, albo się zakręcił podczas zabawy ze swoimi braćmi. Vanka wstała ze swojego miejsca, patrząc na niego gniewnie.
— Nie wchodź mi w drogę! — warknął do niej, na co futro koteczki samo podniosło się do góry.
— To ty nie umiesz chodzić! — oburzyła się. Że też miał czelność to ją posądzać, kiedy sam zawinił! — Chudy… a wiesz, Ognikowa Słota mówiła, że ty cudem żyjesz i powinieneś dziękować Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd — zagadnęła, patrząc na brązowego. Czy było w tym wiele z prawdy? To pewnie zależało od tego, w co się wierzyło.
— Głupoty. Wy kotki, wszystkie jesteście takie same — pokręcił głową, odwracając się niezdarnie i krocząc z powrotem do Nocy i Grubego. Żółtooka pokręciła głową ze zrezygnowaniem. Czemu liczyła na to, że przeprowadzi z nim sensowną rozmowę?
— Kalinko, jesteś? — usłyszała słowa wojowniczki, która prawie że magicznie pojawiła się tuż obok, owijając ją swoim puchatym ogonem. Szara podskoczyła ze zdziwienia, wysuwając pazurki. Podniosła łeb do góry, spoglądając na wysoką Wilczaczkę. Jej futerko stanęło dęba raz jeszcze, wygładziła je prędko, uśmiechając się lekko niezręcznie. Pokiwała głową, tym samym wydzierając siebie z zamyślenia.
— Tak… opowiesz mi coś? — zapytała wprost, układając się wygodnie na kruczoczarnych kosmykach kity kocicy. Może dzięki temu jakoś przestanie się zastanawiać co z Chudym, przynajmniej na chwilę.
Ognikowa Słota uśmiechnęła się do koteczki szeroko, jakby niewerbalnie przekazując jej: “nie musisz mnie dwa razy prosić”. Ognikowa Słota opowiadała jej zazwyczaj o tym samym, ubierając to w różne słowa, co żółtooka odkryła dość prędko. Zastanawiała się, czy było to spowodowane tym, że w życiu szylkretki nie działo się często tyle nowości, czy może był to specjalny zabieg, o którym jeszcze nie rozmyślała nadto. Mianowicie po co i czemu miałoby jej aż tak bardzo zależeć na tym, by zapamiętała nawet i najmniejsze szczegóły z jej opowieści?
Z drugiego końca żłobka do uszu małej vanki doleciały głośne pomiaukiwania Chudego, któremu wylizywano właśnie oczy. Zmrużyła własne ślepia z niezadowoleniem. Ognikowa Słota zniżyła się odrobinę, patrząc na pyszczek żółtookiej. Ucho Kalinki zadrżało, gdy zerknęła na szylkretkę.
— Nie przejmuj się nim, i tak nie pożyje długo, to po co? — miauknęła, uśmiechając się do niej lekko, jakby w formie pocieszenia.
Kalinka nie odpowiedziała na to nic, jedynie pokiwała delikatnie główką, chociaż wcale nie uważała, by Chudy miał odejść na dniach. Już tyle pożył, tak naprawdę to, czemu miałaby się cieszyć z tego? Owszem, może i nie przepadała za nim i miała go za po prostu… momentami głupszego, aczkolwiek nie oznaczało to, że nie zasługiwał na życie. Miał do niego, tak naprawdę, takie samo prawo co ona, i co każdy Wilczak. Pręgus jeszcze parę razy pociągnął nosem, wydając charczący, nieprzyjemny dla uszu dźwięk. Niebieska zmarszczyła pyszczek.
— Nie mogę się skupić! — powiedziała, przyciskając odrobinę ogon wojowniczki. Ognikowa Słota przysunęła młódkę bliżej siebie, kładąc jej na uszach łapy, jakby chciała jej je zatkać.
— Czy teraz coś słyszysz? — zapytała, chociaż sama Kalinka nie była pewna, czemu miało to służyć. Czy Słota chciała w ten sposób odwrócić jej uwagę od pobratymcy?
— Tak… ale wszystko jest teraz przygłuszone — powiedziała koteczka zgodnie z prawdą.
Chudy, usłyszawszy jej głosik, zbliżył się z grymasem na mordce. — Na czym ty się tak chcesz skupiać, panieneczko? Wszystko ci nie pasuje! Wiecznie masz jakieś zażalenia! — powiedział z oburzeniem, jeżąc sierść na karku.
Trójkolorowa wojowniczka odsunęła kocię odrobinę, śmiejąc mu się prosto w pysk.
— Idź sobie. Nie zasługujesz na to, żeby też się ode mnie uczyć.
— Będę robił, co się mnie podoba, nie zabronisz mi! Zresztą ja też chcę posłuchać, nie będę gorszy od niej! — zadarł mordkę do góry, marszcząc wklęsły nosek, pyskiem wskazując na vankę.
— Mi. Mówi się “co mi się podoba” — poprawiła go Kalinka, poruszając nerwowo ogonkiem.
Ognikowa Słota uniosła brodę wyżej, patrząc na niego z pogardą.
— Co za różnica… i tak nie pożyjesz długo, jesteś taki chudy, że mogę policzyć każdą twoją kość bez nadmiernego przyglądania się tobie. Karmią cię, jesz ty cokolwiek czy tylko wybrzydzasz? Jedyne, co cię okrywa, to skóra i te mierne futro, jakim cudem mróz cię jeszcze nie pochłonął? — pokręciła głową. — W porządku. Równie dobrze możesz na coś się przydać. Może przodkowie przyjmą nawet i ciebie. Słabego i niepotrzebnego. Może im będziesz potrzebny — doszła do wniosku, przekierowując wzrok z powrotem na Kalinkę, która także na nią spojrzała. Z jednej strony spodziewała się czegoś gorszego, a z drugiej wcale nie musiała podchodzić do całej tej sytuacji tak krytycznie. Nie, żeby robiło jej szczególną różnicę, ile kotów słuchało brązowookiej. To raczej było zmartwienie wojowniczki, bo to jej zależało, by jak najwięcej kotów dowiedziało się o “prawdzie”.
— Spójrz na siebie, ty, ty…! Eh, te kotki… — prychnął młodzik, oczywiście, że to on musiał mieć zawsze swoje na końcu. Chudy z usatysfakcjonowaniem, że udało mu się wygrać, ułożył głowę na łapkach, z dumnym uśmieszkiem, jakby zapomniał o swoim przed chwilowym poirytowaniem. Kalinka przewróciła oczami, wysuwając i chowając pazurki.
— Już się ucisz, kupo kości. Teraz ja mówię — Słota uderzyła łapą o posadzkę gniewnie, posyłając w powietrze parę piórek z legowiska obok. — Wiecie, czemu kocham zachmurzone niebo? Czuje się wtedy tak, jakbym była bliżej naszych przodków. Gwiazdy nie są nam bliskie. Mówi się, że każda gwiazda to jeden z kotów, który trafił na Srebrną Skórę — splunęła, marszcząc pysk. — Uważam, że nie zasługują na takie miejsce. Koty, które za życia nie osiągnęły absolutnie nic i nie przyczyniły się w żaden sposób do rozwoju klanu, do jego ulepszenia. Każdy leniwy i słaby kot może liczyć na swoje miejsce właśnie tam. Koty z ambicjami, o których opowiada się nowym pokoleniom, obserwują nas z Mrocznej Puszczy, podszeptując, jak moglibyśmy osiągnąć sukces. Co musimy robić, żeby nie skończyć jak te przebrzydłe kociska w Klanie Gwiazdy. Niekoniecznie objawiają się w swojej formie, ja uważam, że przemawiają przez naszych pobratymców, ale też nie zawsze. Musicie umieć rozróżnić, kiedy nasi przodkowie próbują wam coś przekazać — podjęła, oceniając ostrość własnych pazurów u przedniej łapy.

***

Teraźniejszość

Kalinowa Łapa szła pospiesznie za swoim mentorem, Kruczym Piórem. Na niebie rozciągały się łapy gęstych, gołębich chmur, które sprawiały, że wszystko wokół wydawało się bure i dość… smutne, nawet mimo zmiany pory roku. Chociaż sama Kalinowa Łapa nie czuła się smutna. Bardziej zmęczona, ponieważ odbywała codziennie długie oraz wyczerpujące treningi z dymnym wojownikiem, a on nie zamierzał jej odpuścić chociaż jednego dnia. Kocur twardym krokiem prowadził, przyjmując na siebie sporą część okrutnych podmuchów chłodnego wiatru Pory Nowych Liści. Drzewa iglaste stały tak, jak były, to się nie zmieniało. Ptaki ćwierkały między gałęziami w najlepsze, trawa kołysała się pod podmuchami, przygniatana miejscami przez łapy dwójki. Kalinowa Łapa potknęła się o wystającą gałąź, niemal wpadając na swojego mentora, który z jakiegoś powodu nagle się zatrzymał. Spojrzała na niego dużymi oczami.
— Patrz pod łapy, niezdaro — warknął, marszcząc nos. Wskazał jej pyskiem dziurę w ziemi. — Dzisiaj nauczysz się nawigowania w tunelach — miauknął, po czym zniknął we wgłębieniu. Końcówka jego ogona zawirowała, gdy dymne futro zanurkowało w mroku tunelu. Kalinowa Łapa weszła pospiesznie za nim.
Mokry, duszący zapach momentalnie uderzył w jej nos, wąsami ocierała się o jedną ze ścian. Dłuższą chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do półmroku, nie widziała tutaj wcale tak wiele, nie żeby było tu cokolwiek więcej oprócz ścian ze zbitej ziemi, które odwiedziło tak wiele pokoleń kotów, najprawdopodobniej. Ciekawe czy Trzcinniczkowej Dziupli również było dane kroczyć tą ścieżką? Czy Ognikowa Słota także musiała nauczyć się, jak nawigować w tunelach? Najprawdopodobniej. Może Gąsiorkowy Trzepot także? Młódka zastanawiała się, czy Wilczak opowie jej nieco więcej, jak mogłaby nauczyć się nawigowania, aczkolwiek to nie przychodziło. Dwójka zaczęła wspinać się po podłożu kierującym się ku górze, szara koteczka chwytała się ziemi pazurami, zatapiając je głęboko jakby z obawą, że małe osunięcie się może przynieść jej zgubę. Krucze Pióro nie czekał na nią i nawet jak musiał zacząć czołgać się, żeby przejść przez wąską odnogę, nie narzekał. Tak naprawdę nie mówił do swojej uczennicy w tej chwili nic, skupiony najbardziej na tym, by dotrzeć do miejsca, na którym mu zależało. Nieregularne spadki, krzywa powierzchnia i nieprzyjemnie trący sufit o grzbiet dodawał temu miejscu właśnie tego, czego można byłoby się spodziewać po tunelach. Kalinowa Łapa wkroczyła do czegoś w rodzaju jamy, do której nie docierało światło. Zaczęła schodzić w dół, krok w krok za starszym. Chłodna posadzka pod jej łapami najprawdopodobniej przybrała kolor mokrego błota, jednak nie wydawało się, żeby miało to być bardzo kłopotliwe dla dwójki. Błękitne oczy zastępcy zaświeciły w mroku.
— Kalinowa Łapo, teraz twoim zadaniem jest znaleźć wyjście. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Jeśli ci się uda, czyli wyjdziesz cała i to w dość szybkim czasie, zaliczę ci ten trening. Jeśli nie, to pozostaniesz tu na zawsze.
Kalinowej Łapie zrobiło się odrobinę niedobrze. Po chwili jednak stres zszedł z niej, jakby uświadomiła sobie, że denerwowanie się to najgorsze, co mogła w tej chwili zrobić. Wzięła parę głębokich wdechów, myśląc o wujku. Musiała stąd wyjść, pozostanie w tunelach, nie wchodziło nawet w grę!
— Oczywiście — miauknęła, próbując ukryć niepewność. Ciekawe czy sam Krucze Pióro użyje innego przejścia? Na pewno zorientowałby się, gdyby ruszyła tuż za nim, więc tego rozwiązania także nie mogła wykorzystać. Dymny kocur przeszedł obok niej, zanurzając się w przejściu, z którego tu przybyli. Kalinowa Łapa nie wiedziała, ile ma opcji, dlatego zaczęła dokładniej badać tunel. Wibrysy znacząco ułatwiały jej to zadanie. Już po jakimś czasie zorientowała się, że są przed nią równo trzy różne rozgałęzienia. Mogła wybrać tylko jeden z nich i nie wolno było jej pozwolić sobie na pomyłkę, ponieważ taka jedna rzecz mogła kosztować całe jej życie. Szara uczennica zbliżyła się do każdego, zaczynając od węchu, ponieważ wzrok całkowicie odpadał w tej sytuacji. Początkowo wydawało się, że każdy zapach jest taki sam, bez większej różnicy. Mokry, duszący, nieprzyjemny. Czuć było, że przepływ powietrza różnił się w tunelach. Koteczka nie zorientowała się, nawet kiedy zaczęła znaczyć pazurami jeden z kamieni, jakby w formie wyładowania nerwów. Kawałek mchu osunął się ze swojego domu, wpadając na łapy winnej zniszczeniom. Otarła się o niego jeszcze. Na pewno, jeśli coś by jej się stało, to ktoś poszedłby jej szukać, prawda? Dlatego dzięki temu może szybciej ją znajdą, jeśli cokolwiek niekorzystnego nastąpi. Po dłuższym zastanowieniu dokonała wreszcie wyboru. Zaczęła kierować się za intensywnym, leśnym zapachem – tak naprawdę wcale nie był intensywny, aczkolwiek żółtooka przekonana była, że to właśnie tym przejściem dotrze do wyjścia. Stęchlizna oraz wilgotna gleba towarzyszyły jej od początku, aż do samego końca. Pyłki i wszelkiego rodzaju kurz także nie działał na nią korzystnie. Kichnęła parokrotnie, czując, że tunel zaczyna raz jeszcze coraz bardziej się zwężać. Gdyby miała długie łapy, pewnie odczułaby to bardziej. Zastanawiało ją, czy Chuda Łapa lub Gruba Łapa zdążyli zapoznać się z tunelami i jeśli tak, to czy było to dla nich wyjątkowo nieprzyjemne – w końcu krótkie kufy absolutnie nie ułatwiały zadania w takim przypadku, raczej wręcz przeciwnie.
Szara uczennica zaczęła się czołgać, nawet i ona, zmuszona była teraz do zgięcia swoich łap. Gdy jej oczom ukazał się blady promyczek światła, miała ochotę przyspieszyć. Wiedziała jednak, że nie byłoby to mądre. W przypływach impulsu można było zrobić wiele głupot, których później się często żałowało. Uparcie parła naprzód, nie zwracając uwagi na stan swoich łap. Były mokre i całe brudne, ale najważniejszym teraz było to, żeby tylko stąd wyjść. Ogonem co chwilę dotykała podłoża, o brzuchu nawet nie chciała myśleć. Spod jej łap wydobywały się drobne kamyczki, pchnięte w tył przy każdym jej konkretniejszym ruchu. Światło oświetlało drogę koteczce. Gdy jej dwukolorowy łeb wyłonił się wreszcie, nabrała wielkiego oddechu, takiego, że aż płuca zaczęły ją lekko pobolewać. Wypuściła je z ulgą, orientując się, w jak paskudnym stanie było jej futro obecnie. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając na koteczkę poprzerywane, pomarańczowe promyczki. Kalinowa Łapa czuła mokrą trawę pod sobą, musiało znowu padać. Wstała, rozglądając się dookoła. Otaczały ją dalej drzewa iglaste, zatem nie mogła przekroczyć granicy, na szczęście. Zaczęła iść w jednym z kierunków i już po jakimś czasie skojarzyła, gdzie się znalazła. Pewnym krokiem wróciła do obozu, czując, jak podmuchy wiatru przynoszą jej nieprzyjemny chłód, ale także i wysuszyły trochę jej kłosy, z których teraz odrywały się małe drobinki ziemi, było to dość nieprzyjemne. Czuła ogromną ulgę, że udało jej się stamtąd wydostać. Nawet jeśli inne koty mogły więcej ponarzekać… tak naprawdę powinna skupić się na sobie i na własnych uczuciach, a nie na tym, co mogły pomyśleć sobie o tym inne koty.
Zauważyła wśród kotów Krucze Pióro, który siedział na uboczu i jadł swój posiłek. Gdy kocur uniósł wzrok znad zwierzyny i dojrzał Kalinową Łapę, dał jej ruchem ogona znać, żeby do niego podeszła. Koteczka podreptała pospiesznie, ciekawa co powie jej za moment kocur.
— Jutro jeszcze poćwiczymy — mruknął. Ogon szarej kotki opadł. Naprawdę miał do powiedzenia tylko tyle? Żadne… “dobra robota”? “Gratulacje, udało ci się przeżyć”? Naprawdę nic z tego? Pokiwała głową, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. Gdy już miała wejść do legowiska starszych, dojrzała, że Chuda Łapa także zdążył wrócić ze swojego szkolenia. Pokręciła głową, po czym zbliżyła się do niego odrobinę. Może mogłaby się dowiedzieć, co dzisiaj robił. Ciekawe czy miał lepiej niż ona? Z Nadciągającym Pomrokiem, siostrą Ognikowej Słoty jako mentorką? Nie słyszała o drugiej szylkretce za wiele, wojowniczka chyba nigdy nie wspominała o swoim rodzeństwie dużo. Otworzyła pysk i gdy już miała coś mówić, niebieskooki ją wyprzedził.
— Błoto cię przytuliło? — zapytał, podnosząc pysk wysoko, patrząc na nią jakby z góry.
— Nasza piękna Kalinka nagle jest brudną, błotną Kalinką? Ojej. A wiesz, co słyszałem? Plotkę o tej więźniarce, Podstępnej Kłamczusze, podobno nas zdradziła, i to, że Wilczy Skowyt spotyka się z samotniczką, której nawet nie chce zaprosić do nas, do Klanu Wilka. Ale dla mnie to te wszystkie koty są żałosne. Nie mają swojego życia, tylko interesują się cudzym, ugh. A pogoda dzisiaj też fatalna, błoto wszędzie i mokro. Jak tu żyć…? — powiedział gorzko, uderzając nieco nerwowo patykowatym ogonem o podłoże.
Kalinowa Łapa zmarszczyła nos, robiąc następny krok do przodu. — Ciebie zaraz błoto przytuli! — powiedziała głośno, kładąc uszy po sobie. Usłyszała o plotkach, jednak to było za mało, żeby ją odciągnąć od jego wcześniejszych słów.
— Tylko nie podchodź do mnie, brudasie! — brązowy kocur wrzasnął niczym poparzony.
— Podejdę, jeśli mnie będziesz dalej denerwował! I żaden “brudasie” tylko “Kalinowa Łapo”, chociaż dla ciebie może nawet i pani Kalinowa Łapo — napuszyła sierść. — Ty zaraz się wytarzasz w błocie i cię nazwą Błotną Łapą! Zobaczymy, co wtedy zrobisz! — powiedziała, strzygąc wąsami.
Chudy najeżył resztki swojej sierści na karku. Machnął nerwowo ogonem i posłał kotce pełne gorzkiego wyrazu spojrzenie.
— Nie dotkniesz mnie, Brudna Łapo! — syknął, robiąc krok w tył. — Nie mam w planach kąpieli, pfff.
Kalinowa Łapa, nie mogąc dłużej tego słuchać, wzięła kawałek błota, lepiąc z niego niezgrabną kulkę, po czym cisnęła nią prosto w Chudą Łapę.

[2684 słowa, umiejętność nawigacji w tunelach]
<Chuda Łapo? A może raczej… Błotna Łapo?>

[Przyznano 53% + 5%]
credit: .barwinek1138

02 lutego 2026

Od Kalinki (Kalinowej Łapy)

Szerokie, gęsto pokryte gałęzie drzew iglastych szeleściły na wietrze, wtórując ostrym, mroźnym szponom wiatru, próbującym dostać się do legowisk w azylu. Kalinka przewróciła się na drugi bok, wtulając w ciepłe łapy Trzcinniczkowej Dziupli. Nieco przerywany i chrapliwy oddech starszego działał na nią kojąco. Ostatnio miała dużo stresu i potrzebowała wtulić się w kogoś, przy kim czuła się bezpiecznie. A najbezpieczniej czuła się właśnie przy swoim ukochanym wujku. Jej bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Wujek opowiedział jej dzisiaj historyjkę, podczas której szybko usnęła, właśnie tego jej brakowało.
Kalinka otworzyła oczka. Do jej nosa dopłynął ostry, ziemisty zapach. Zakręciło jej się w nosie. Po chwili kichnęła, pociągając cichutko nosem. Dźwięk ten poniósł się echem po wgłębieniu, głucho odbijając od ścian i wracając do nadawcy ze zdwojoną siłą. Rozejrzała się dookoła – nie mogła dostrzec nic, oprócz czystej ciemności. Wyciągnęła łapkę, którą po chwili dotknęła jednej z twardych, zbitych ścian ziemi. Rozszerzyła ślepia nawet bardziej, jakby w próbie dojrzenia czegokolwiek, aczkolwiek nic nie dopływało do jej głowy. Postanowiła iść przed siebie spokojnym, czujnym krokiem, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków. Nie odstępowała ściany nawet na krok, myślała, że dzięki temu szybciej odnajdzie wyjście, jeśli po prostu będzie trzymać się jednej. Kiedyś musi stąd wyjść, prawda? Z jakiegoś powodu nie czuła głodu, pragnienia, ani żadnej formy niedosytu – jedynie lekkie zagubienie, chociaż coś podpowiadało jej, że znajdzie drogę. Po niedługiej chwili jej uwagę przykuło cichutkie skapywanie wody gdzieś nieopodal, było regularne i po którymś razem stało się do przewidzenia, narastało z każdym jej kolejnym krokiem. Koteczka nie wyczuwała tu nikogo, wydawało się, że stoi sama w jakiejś norze. Czy śniła? Czy zaniesiono ją już w las? Może siedziała w bezpiecznym schronie i czekała na świt, dobrze schowana przed wszelkiego rodzaju nieprzychylnymi podmuchami Pory Nagich Drzew?
Poczuła, jak ktoś trąca ją delikatnie w grzbiet. Zamrugała, zakrywając sennie łapką nos, jakby próbowała jeszcze wrócić do snu. Szeroka szczęka podniosła ją za kark. Kalinka zerknęła na Trzcinniczkową Dziuplę, który z niepokojem wymalowanym na mordce spoglądał na nią, zabieraną teraz przez któregoś z wojowników. Miała ochotę pisnąć i wyrwać mu się z uścisku, jednak wiedziała, że nie mogła tak postąpić. Nie, jeśli chciała dalej istnieć w Klanie Wilka i mieć kontakt z wujkiem.
Zerknęła w dół, widząc kątem oka białe łapy. Nie wiedziała, ile kotów w Klanie Wilka takowe posiadało, nie żeby miało to większe znaczenie, kto ją niósł. Chociaż pewnie, gdyby to Trzcinniczkowa Dziupla tego dokonał, czułaby większą otuchę. To, co dostała pod wieczór, musiało jej zatem wystarczyć. Nadszedł wreszcie dzień, od którego zależało całe jej życie. Nie mogła nikogo zawieść, a najwięcej, u kogo mogła stracić, to u siebie. Nie mogła siebie zawieść. Śnieg chrupał pod poduszkami Bladego Lica. Kalinka przymrużyła oczka, co jakiś czas widząc różne elementy lasu. Miały wiele wspólnego – w każdym z nich występowało jakieś drzewo iglaste. Nawet gdyby vanka próbowała, nie była pewna, czy zdołałaby sama wrócić do obozu. Szli dość długo. Ciekawe, czy ktoś po nią z rana przyjdzie, czy raczej zostanie pozostawiona sama sobie i będzie musiała jakimś cudem wrócić? Jeśli to drugie, to… dobrze, gdyby bursztynooki wysadził ją gdzieś nieopodal, miałaby dużo łatwiej i jej szanse na przeżycie zwiększyłyby się diametralnie.
Poczuła, jak wojownik rezygnuje z uścisku, odkładając ją powoli na miękki śnieg. Żółtooka owinęła drobny ogonek wokół łap, czując, jak lodowate szpony garściami odbierają jej ciepło. Momentalnie zaczęła drżeć, podmuchy wiatru absolutnie nie były dla niej litościwe. Blade Lico kiwnął jej łbem, jego wyraz pyska był pozbawiony jakichkolwiek konkretnych emocji. Koteczka zmarszczyła odrobinę nos. Liczyła, że chociaż i on ją poinstruuje. Okazało się, że wcale nie. Więc musiała polegać na tym, czego zdążyła dowiedzieć się do tej pory. No nic… musiała sobie poradzić. Musiała… Jakoś.
Zerknęła na kruczoczarne niebo nad sobą. Przyzdobione było wieloma białymi punkcikami, układającymi się w konkretne wzorki. Ognikowa Słota zdążyła opowiedzieć jej już, że to były koty Klanu Gwiazdy, a przynajmniej w to wierzyły koty. Chociaż sama Kalinka nie była pewna, które dokładnie. Nie, żeby miało to większe znaczenie.
Rozejrzała się po pustej polanie, nastała cisza tak wielka, że delikatnie rozbolała ją głowa. Postawiła uszy czujnie, przedzierając się teraz ciężkim krokiem przez wysokie zaspy śnieżne. Każdy jej krok zapadał się w gęstym puchu, a krótkie łapki nie ułatwiały jej zadania. Oddech palił ją w gardle, a w brzuchu narastała niepewność. Nasłuchiwała wszelkich dźwięków oprócz tych należących do niej, co jakiś czas zatrzymując się niczym zwierzyna łowna rozglądająca się za swoim najgorszym koszmarem. Koteczka dotarła do jednego z wysokich drzew, wielkimi oczkami wypatrując sów czy ptaków drapieżnych. Czuła ból przy każdym oddechu, z jej pyszczka wydobywała się drobna, mleczna chmurka, porwana od razu przez wiatr, odbierając od młodej ciepło. Poduszki łap szczypały ją potwornie, krzywiła się przy każdym kontakcie ze śniegiem, jednak parła naprzód dalej. Jeśli teraz by się poddała, już nigdy nie doświadczyłaby tej monotonnej codzienności, przykrości, radości i cenności każdej spędzonej chwili w Klanie Wilka u boku bliskich. Zbliżyła się do krzewu, przyglądając się mu dokładnie. Nie znała się na nich, wyglądał jak typowy krzew, jednak…
Weszła nieco głębiej, czując, jak zapada jej się łapka. Po chwili z hukiem spadła do wydrążonej nory, lądując na miękkim brzuchu. Poczuła ukłucie dyskomfortu, na szczęście nie zrobiła sobie wielkiej krzywdy. Łapkami sprawdziła miejsce, upewniając się, iż na pewno się nie uszkodziła. Do jej nosa dotarł intensywny, ziemisty zapach, a wraz z nim jakaś inna zwietrzała woń, wskazująca na poprzedniego lokatora. Kalinka zaczęła węszyć, otwierając przy tym pysk, żeby zapachy owiały jej policzki. Ignorowała chłód, który próbował odebrać jej wszystkie możliwe ścieżki zapachowe. Wydawało się, że jest tu dość bezpiecznie. Wytężyła słuch, doszukując się czegokolwiek innego niż świstu mroźnych podmuchów wiatru, które dostawały się cienkimi strużkami do nory. Kalinka wyczuła łapkami małą odnóżkę. Zaczęła kopać ile sił w łapkach, tworząc dla siebie nową, małą, w której zamierzała schować się na resztę nocy. Bała się, że – cokolwiek tu mieszkało – wróci tu niefortunnie akurat dzisiaj. W końcu czemu by miało nie? Ten teren należał do tego stworzenia, więc miało pełne prawo.
Kalinka zamknęła oczy, jednak mimo przytłaczającego zmęczenia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego, sen nie chciał nadejść. Czuła się tak, jakby okrążyła obóz paręnaście, nie… paręset razy, powieki same jej się zamykały, aczkolwiek gdy już im pozwalała na to, by opadły całkowicie, a nawet barki poluzowały się czy uszy położyły po małej główce, nie mogła oddać się w objęcia snu, nawet jeśli bardzo chciała. Mięśnie paliły ją z bólu, płuca bolały z powodu niezwykle mroźnego wiatru, a umysł, zdawało się, krążył wokół tego, co mogło się wydarzyć oraz tego, co działo się obecnie, co było niezwykle wyczerpujące. Vanka nakryła nos drobnym ogonkiem, wsuwając pod siebie brudne od ziemi łapki. Może dyskomfort związany był, z tym że ziemia za nią była lekko wilgotna? Chociaż nie była pewna, czy miało to aż tak wielkie znaczenie, skoro chłód nie docierał tu tak łatwo, jak ponad norką. Sen naszedł ją niespodziewanie, otulając małe kocie ciepłą łapą, niczym tą należącą do Trzcinniczkowej Dziupli.
Kalinkę obudziło nagle postukiwanie. Otworzyła oczy szeroko, walcząc ze sobą, żeby nie wydać nawet najcichszego szmeru. Nie rozumiała, skąd dobiegał dźwięk, jednak spodziewała się najgorszego. Przez gałązki krzewu wpadało blade, jasne światło, oświetlające lwią część nory. Zawęszyła, nie podnosząc łba – zamiast kuny, borsuka czy chociażby lisa, wyczuła ptaka. Odetchnęła z ulgą, gdy zorientowała się wreszcie, że nie groziło jej niebezpieczeństwo. Chociaż zależało, jaki konkretnie gatunek postanowił się zjawić nieopodal. Wstała ze swojego łoża i zaczęła wspinać się niezgrabnie w kierunku wyjścia ze wgłębienia. Przednimi łapami chwyciła się najwyższego punktu, po czym tylnymi podrzuciła, drapiąc ziemistą posadzkę. Wychyliła łeb, czując, jak chłodne liście dotykają jej łebka. Ptak, usłyszawszy szmer, poderwał się do lotu, wydając z siebie ostrzegawczy dźwięk. Vanka schowała się cała pod gałązkami rośliny i gdy okazało się względnie bezpiecznie, podreptała po zimnym śniegu w miejsce, w którym zostawił ją Blade Lico. Przysiadła wygodnie na miękkim śniegu, czując ogromną ulgę i narastającą dumę z siebie. Rozejrzała się jeszcze po okolicy uważnie, wypatrując jakichkolwiek niedogodności czy niebezpieczeństw – jedyne, co rzuciło jej się w oczy, to bursztynowe ślepia, które zmierzały prosto w jej stronę. Blade Lico stanął nad koteczką, mierząc ją wzrokiem bez wyrazu. Po chwili podniósł Kalinkę za grzbiet, prowadząc ją teraz do obozu. Koteczka poruszyła wąsami, nie mogąc doczekać się już, aż zobaczy minę swojego wujka. Z pewnością będzie z niej ogromnie zadowolony!
Gdy dotarli do obozu, koty Klanu Wilka zaczęły się zbierać w centrum. Zadowolone pyski spozierały na koteczkę, której pomyślnie udało się zdać test na ucznia. Jakiś czas temu taki sam musieli zdać Chudy, Gruby oraz Noc. Dostali mentorów, byli nawet po jednym z pierwszych treningów. Dobrze, że vance także się udało, chociaż była to jedna z najstraszniejszych nocy jej życia, nawet jeśli nic jej nie porwało ani nie musiała z nikim walczyć.
— Niech wszystkie koty na tyle dorosłe, żeby polować, zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Zalotna Gwiazda, dumnie wbijając pazury w korę pnia pod sobą. Kalinka podniosła łeb, patrząc na wysoką przywódczynię. — Kalinko, jesteś z nami już od sześciu księżyców, rozpoczniesz dzisiaj swoją naukę jako uczennica Klanu Wilka. Od dzisiaj, aż do czasu, kiedy zdobędziesz imię wojownika, nazywać się będziesz Kalinowa Łapa — doszukała się w tłumie któregoś z kotów i kiwnęła do niego łbem. — Twoim mentorem będzie Krucze Pióro. Krucze Pióro, na pewno przekażesz Kalinowej Łapie całą swoją wiedzę — głos przywódczyni poniósł się echem po obozie. Przed krótkołapną koteczką wyrósł niczym z ziemi dymny wojownik, który spoglądał na nią ze swego rodzaju determinacją wymalowaną na pysku. Patrzył na nią także z góry, jakby w pewnym sensie wyśmiewał młodszą. Schylił łeb, dzięki czemu zetknęli się nosami. Kalinowa Łapa nie przejmowała się za bardzo tym, jak z oczu patrzyło starszemu. Poczuła dumę, wielką dumę, w końcu niecodziennie dostawało się zastępcę jako swojego mentora. Pewnie reszta uczniów bardzo jej zazdrościła, jeśli przykładali temu jakąkolwiek wagę. Coś podpowiadało żółtookiej, że czekały ją naprawdę ciężkie czasy, chociaż nie była nawet pewna dlaczego. Może powinna bardziej pozytywnie do tego wszystkiego podchodzić.
— Nie zawiedź mnie — miauknął Krucze Pióro, posyłając młodszej ostrzegawcze spojrzenie, jakby mówiące: “a tylko spróbuj”. Kalinowa Łapa pokiwała głową, podnosząc mały ogon do góry. Skoro nie zawiodła siebie, to nie zamierzała zawieść nikogo innego. Siedzące nieopodal wrony zaczęły donośnie krakać, zanim wzbiły się w powietrze po to, by przybliżyć się trochę do zebranych kotów. Żółtooka nie mogła za bardzo zrozumieć, dlaczego, jednak nie to było priorytetem teraz. Teraz powinna skupić się raczej na tym, aby się nie zapracować podczas treningów i dawać z siebie wszystko, ale nie kosztem siebie.
— Nie mam takiego zamiaru — odparła spokojnie i szczerze.
Po obozie poniosło się radosne skandowanie. Kalinowa Łapa doszukiwała się w tłumie własnego wujka. Kocur siedział w grupce, wiwatując chyba najgłośniej ze wszystkich Wilczaków – przynajmniej tak jej się wydawało, właśnie w taką wersję zdarzeń chciała wierzyć. Malutka vanka odczuła ogromną ochotę wtulenia się w futro Trzcinniczkowej Dziupli, chciała dalej móc słuchać jego opowieści do późna, bez większych zobowiązań następnego dnia. Jednak teraz jej życie miało się zmienić i będą wymagać od niej z wiekiem coraz to więcej i więcej, aż dołączy kiedyś do starszyzny, jeśli się tej rangi dorobi. W tłumie dostrzegła też Ognikową Słotę, z typowo napuszoną sierścią na piersi. Patrzyła na żółtooką z determinacją, a także dumą. Kalinowa Łapa czasami zastanawiała się, skąd się brało u szylkretki coś identycznego. Może vanka naprawdę znaczyła dla niej wiele? W zasadzie sama szara także uważała Słotę za swoją koleżankę lub swego rodzaju starszą siostrę, która często gadała od rzeczy, niekoniecznie jako coś złego, tylko takiego coś typowo jej… Koteczka nie mogła dostrzec nigdzie Gąsiorkowego Trzepotu. Poczuła lekkie ukłucie smutku. Liczyła na to, że chociaż dzisiaj matka będzie świętować razem z nią jej sukces.
— Kalinowa Łapa! Krucze Pióro!
— Kalinowa Łapa! Krucze Pióro!
— Zacznijmy trening już teraz. Chyba że masz coś przeciwko? — zapytał kocur, podnosząc jedną brew do góry. Skandowanie do tego czasu zdążyło umilknąć, koty rozeszły się, a samej niebieskiej także zdarzyło się odrobinę odpłynąć myślami. Kalinowa Łapa miała ochotę paść tu i teraz, przed nim, na śnieg – tak, jak robił to Gruby jeszcze w żłobku. Łapki rozjeżdżały się pod nim, jak odpoczywał. Kalinowa Łapa nie mogła, przynajmniej nie teraz, nie tutaj. Musiała wykaraskać z siebie, chociaż iskrę energii, żeby starczyło na jeszcze trening. Ciekawe czy uda jej się wstać jutro z legowiska? Pewnie, jeśli dymny jej rozkaże, to będzie musiała. Mimo dyskomfortu, mimo ogromnej niechęci, którą dało się już teraz przewidzieć.
— W porządku, nie mam nic przeciwko… — powiedziała, machając końcówką ogona nerwowo na boki. Na jej kufie wymalowane było czyste zmęczenie po ciężkiej nocy, aczkolwiek wydawało się, że wojownika to nieszczególnie ruszało. Patrzył na nią jedynie chłodno, z mrozem takim, jakiego nie spodziewałaby się nawet po płatkach śniegu. Ciekawe czy związane było to z jej budową? W końcu nie była wysoka, raczej z metra cięta, aczkolwiek pod jej futerkiem malowały się mięśnie, nawet jeśli nie były jakoś szczególnie wyrobione, ponieważ nie miała jeszcze takiego poważnego treningu, to już teraz można było powiedzieć, że zapowiadała się na porządną wojowniczkę.
Krucze Pióro kiwnął głową, ruchem ogona nakazując jej pójście za sobą. Już po chwili przeszli przez cały obóz, docierając do tunelu. Kalinowa Łapa czołgała się za nim, ciągnąc ogonek, ze zwieszonym łebkiem. Na szczęście dymny nie patrzył na nią tak często, więc mogła pozwolić sobie na coś identycznego. Normalnie musiałaby się pewnie prostować i udawać wyższą niż była w rzeczywistości.
Leśna ściółka chrupała pod łapami kotów, gdy zmierzali w stronę polanki. Krucze Pióro ustanowił żwawe tempo, do którego Kalinowa Łapa się dostosowała, chociaż myśl, że zaraz się przewróci, była bardziej zachęcająca, niż ta, że musiałaby iść dalej. Chociaż gdyby nie zmrużyła oka wcale, to byłaby najprawdopodobniej bardziej zmęczona. Poczuła nagłą dawkę energii, po wyobrażeniu sobie co będzie, mogła robić, jak tylko wróci do obozu. Mentor ruchem ogona nakazał kotce usiąść. Vanka posłusznie wykonała jego rozkaz, spozierając na mordkę starszego. Ciekawe co będą dzisiaj robić? Może oprowadzi ją po terenach Klanu Wilka? Pozna każdy zakątek samego serca azylu?
— Kalinowa Łapo, chcę, żebyś wiedziała, że twoja sielanka skończyła się dziś. Nie próbuj nawet się obijać czy nie słuchać — kocur podniósł pysk ku górze, spoglądając na nią znowu nieprzychylnie. Żółtooka obserwowała jego zachowanie, zastanawiając się jaka odpowiedź najbardziej by go ucieszyła. Może jeśli będzie zachowywać się tak, jak by tego mógł oczekiwać dymny, to miałaby lżej albo zaplusowałaby sobie u niego. — Nie zostaniesz wojowniczką, dopóki nie powiem, że jesteś gotowa. Jeszcze daleka droga przed tobą i dopóki nie sprawisz, że będę dumnie wypowiadał się o tobie pobratymcom, będziesz szkolić się pod moim czujnym okiem. Zrozumiano? — zapytał chłodno, po czym owinął ogon szczelnie wokół swoich łap.
— Tak jest, Krucze Pióro — miauknęła poważnie, wytrzymując kontakt wzrokowy, jaki narzucił kocur. Fałdy śniegu rozłożyły się nierównomiernie, a ziemia została skuta śliskim lodem. Mroźne podmuchy targały futrami dwójki Wilczaków, wyjąc jak po stracie kogoś ważnego.
— Dobrze. W takim razie dzisiaj zaczniemy od oprowadzenia po terenach i jeśli wystarczy czasu, pokażę ci wstępnie polowanie lub wspinaczkę po drzewach. Chyba że wolisz tunele? — zaproponował, chociaż po chwili pokręcił głową. — Nie, ja wybiorę. Zobaczymy, ile nam to zajmie.
Kalinowa Łapa w odpowiedzi jedynie kiwnęła głową, nie żeby miała jakikolwiek wybór. Nie podobało jej się to, ale nie zamierzała się z nim wykłócać. Może dzięki temu szybciej mianują ją na wojowniczkę i będzie mieć spokój od wymagającego mentora. Gdy Krucze Pióro nie patrzył, miała ochotę przewrócić oczami, chociaż coś podpowiadało jej, że nawet jeśli wydawało się, iż nie zwraca na niej aż tak szczególnej uwagi, to i tak w pewnym sensie ją obserwuje. Widzi cały czas. Jakby miał oczy z tyłu głowy i ponadprzeciętny słuch. Była to dość absurdalna myśl.
Wędrując za zastępcą, rozglądała się po lesie, który widziała poprzedniego dnia nocą. Wszystko wydawało się takie straszne i pourywane. Długie gałęzie drzew próbowały sięgnąć nieba, wyciągając się do niego ile miały sił. Obecnie wyglądały dużo łagodniej i przychylniej, co w pewnym sensie cieszyło vankę. Mokry śnieg lepił się do jej poduszek, topiąc się na nich momentalnie. Za każdym razem, kiedy czuła pieczenie i mrowienie, krzywiła się. Było to dość nieprzyjemne, dalej nie zdążyła przywyknąć do takich temperatur. Gałęzie drzew mieniły się w bladych, żółtych promieniach słońca, padających na grzbiety dwójki. Ptaki śpiewały w najlepsze, obwieszczając każdemu wokół swoje urywane, donośne melodie. Do nosa Kalinki, oprócz bolesnego chłodu, ogarniającego jej płuca i lekko dygoczących na wietrze łapach, dotarł nowy zapach, którego nie było jej dane nigdy wcześniej wyczuć. Spojrzała pytająco na swojego mentora, który, wydawało się, czekał na odpowiedź z jej strony. Czyżby umknęło jej pytanie? Niemożliwe, że odpłynęła myślami tak bardzo, iż całkowicie zignorowała jego słowa. Zmarszczyła nos, patrząc na swoje łapy.
— Kalinowa Łapo, powiedz mi, co czujesz? — zapytał, strzepnąwszy uchem, gdy kawałek śniegu spadł mu prosto na łeb z pobliskiego drzewa. Puch pozostawił po sobie mniejsze drobinki, spadając wreszcie na glebę. Koteczka miała ochotę zachichotać, aczkolwiek miała świadomość, że gdyby to zrobiła, kocur prawdopodobnie urwałby jej uszy, a wcale tego nie chciała… uważała je za jedną z bardziej urokliwych cech swojego wyglądu, w końcu Gąsiorkowy Trzepot czy Trzcinniczkowa Dziupla także takie mieli. Musiało zatem to być rodzinne.
— Czuję ostry, duszący zapach. Oprócz chłodu… — rozejrzała się. Przed nią rozciągały się gęste lasy iglaste, przecięte w pewnym momencie przez długą, ciemną drogę, po której przejeżdżały potwory dwunożnych. Słyszała o nich już co nieco od swojego wujka. Były podobno groźne i dobrze, gdyby trzymała się od nich z daleka. Potrafiły z zimną krwią pozbawić życia dorosłego kota, a nawet więcej, niż tylko jednego. — Czy jesteśmy na granicy? — dopytała, przenosząc wzrok z powrotem na swojego mentora. Kocur pokiwał głową, chociaż wyglądał na dość zirytowanego, jakby vanka zapytała o coś tak banalnego, że wiedziały o tym nawet kocięta ze żłobka, już w momencie narodzin.
— Tak. Jesteśmy przy granicy z Klanem Burzy. Pasmo, które widzisz przed sobą, to droga grzmotu. Uważaj na nią i nie wchodź tam, bo jest niebezpiecznie. Chyba że jesteś zapchlonym tchórzem i planujesz ucieczkę z Klanu Wilka i to już niebawem. Wiedz jednak, że nawet jeśli cokolwiek identycznego przeszło ci kiedykolwiek przez myśl, nikt ci na to nie pozwoli. Nie wrócisz z takiej przechadzki żywa, sama nie poradzisz sobie w lesie pełnym drapieżników i niebezpieczeństw. Oprócz Klanu Wilka i Klanu Burzy, są także inne klany. Przykładowo Klan Klifu, Klan Nocy, jak i również Owocowy Las. Każdy pachnie inaczej na swój sposób i od razu rozpoznasz linie zapachowe, gdy tylko znajdziesz się blisko. Nie graniczymy jednak z Klanem Nocy, chociaż mamy sojusz. Owocowy Las oddzielony jest od nas właśnie drogą grzmotu, więc nie widzę większego powodu, dlaczego miałabyś ją przekraczać. Klan Klifu, ze względu na swoje położenie, pachnie niczym świeża morska bryza, słona, gryząca w płuca podobnie co obecne chłody. Możesz od nich wyczuć także intensywną, ptasią woń, jeśli są pokryci piórami, najczęściej tymi należącymi do mew — zaczął opowiadać. Kalinowa Łapa spojrzała na niego ze zdziwieniem. Niesamowite, że ich sąsiedzi mieli dostęp do morza. Mieli tam z pewnością tak wiele rzeczy, o których ona sama nie miała pojęcia jako Wilczaczka. Krucze Pióro patrzył na nią przez cały czas, kiedy mówił, nie pozwalając młodej nawet na chwilę odpoczynku od jego paplaniny. Zastanawiała się, co sprawiło, że starszy pomyślał o ucieczce z jej strony. Nie planowała niczego podobnego. Może i było momentami dość ciężko w Klanie Wilka, jednak miała najtrudniejszy test już za sobą, chyba… chyba że tym następnym ciężkim miała być ocena przez mentora. W każdym razie nie zamierzała stąd zwiewać, miała tu rodzinę. To było niedorzeczne. Czy w grupie uciekinierów, o których usłyszała co nieco z plotek, był ktoś dla niego ważny? — Klan Nocy ma dość identyczne tereny, co Klan Klifu, chociaż pachną zupełnie inaczej. Od nich mogłabyś spodziewać się mokrej, intensywnej, dla niektórych duszącej wręcz woni. Rybi zapach to z pewnością coś, czego nie zdążyłaś jeszcze poznać, jednak za niedługo się to zmieni, bardzo możliwe. W zasadzie, zamiast gadać może ci po prostu pokażę — kocur ruszył przed siebie, nie czekając nawet na żółtooką. Kalinowa Łapa pobiegła prosto za nim, zdziwiona nagłą zmianą, chociaż nie powinna być taka zaskoczona.
Gdy dotarli do kolejnych terenów należących do Klanu Wilka, dostrzegła w oddali Potworną Przełęcz. Wielkie, uszkodzone narzędzie dwunożnych leżało wbite w ziemię, porośnięte wysokimi kamieniami oraz gęstym mchem. Prawdopodobnie, gdyby pogoda była bardziej sprzyjająca, mogłaby się tutaj spodziewać królików podjadających wysokie kłosy trawy. Żwawym krokiem dotarli do Czarnych Gniazd. Do nosa koteczki dopłynął zapach, o którym wcześniej wspominał mentor. Rozejrzała się po granicy, próbując dostrzec morze, jednak niestety jedynym, co zauważyła, były to jedynie blade, gęste białe połacie, piasek zbity w ostre, grube były lodowe. Westchnęła pod nosem cichutko. Krucze Pióro kiwnął nerwowo ogonem, jakby jej zachowanie wybiło go z rytmu. Wilczaczka wyprostowała się, wpatrując prosto na pysk mentora.
— To granica z Klanem Klifu. Linie zapachowe są świeże, oznacza to, że musiał tędy przechodzić niedawno jeden z ich patroli. Chodźmy dalej — zażądał i już po chwili jego ogon zniknął w jednym z krzewów. Żółtooka zanurkowała prosto za nim, próbując nadążyć za niezbyt przyjemnym tempem. Wydawało się, że kocur bardzo się spieszył, jakby chciał w krótkim czasie przedstawić jej jak najwięcej. Miała tylko nadzieję, że takie tempo nie zaburzy jej szybkości nauki i że znajdzie w głowie miejsce na tak nagłą i wielką ilość informacji, jakie jej zaczął przekazywać kocur.

***

Po zwiedzeniu pozostałych granic

Słońce chyliło się ku zachodowi, wspinając po niebie z malowniczą, przyjemną dla oka plejadą barw. Błękitne niebo przecinały różowe, gęste chmury wymieszane z pomarańczowym, a może nawet i złotym, jeśli by się uparła. Kalinowa Łapa spojrzała na swojego mentora spod przymrużonych powiek, czując, jak zmęczenie coraz bardziej jej się udziela. Poślizgnęła się na lodzie, idąc za nim – na szczęście, gdy wysunęła pazury, chwytając się pobliskej zmarzniętej trawy, udało jej się zachować równowagę. Serce zaczęło bić jej dużo szybciej, a mięśnie spięły się, jakby była gotowa do ataku. Atak na lód. Krucze Pióro przysiadł przy jednym z drzew, patrząc na nią z niecierpliwością.
— Długo zamierzasz się jeszcze wygłupiać? — syknął, gdy oparł łapę o korę wiekowej rośliny.
— Nie! Przepraszam! — miauknęła. Znalazła się szybciutko u boku mentora, obserwując każdy jego ruch.
— Słuchaj się i nie rozkojarzaj tak bardzo, bo sobie połamiesz łapy i będziesz wtedy tyle przydatna i potrzebna, co te durne wietrzysko, które nie chce dać sobie spokoju — powiedział gniewnie, uderzając ogonem o lodową posadzkę. Chwycił się drzewa mocno, napinając mięśnie i wysuwając pazury. Zaczął zwinnie wspinać się po nim i przysiadłszy na najniższej gałęzi, patrzył na uczennicę. — Spróbuj to powtórzyć — powiedział, spoglądając na nią niczym ptak drapieżny.
Może o takie sowy im chodziło — pomyślała niechętnie, opierając łapy o pień. Wbiła pazury w korę, zastanawiając się, jak należało się podciągnąć tak, żeby nie spaść. Po chwili wskoczyła na drzewo, niemal nie spadając. Położyła po sobie uszy, gdy małymi kroczkami pięła się coraz wyżej. Gdy znalazła się tuż obok gałęzi, jej ogon się zatrząsł, a ona sama zadygotała na wietrze, kurczowo trzymając się drzewa łapami. Wzrok kocura z każdym uderzeniem serca stawał się coraz bardziej chłodny i surowy. Kalinka pomyślała, że w razie, gdyby spadła, może Krucze Pióro złapałby ją za kark w porę i wciągnął na górę, chociaż nie sądziła, że tak by mu zależało na jej bezpieczeństwie. Cały dzień szwendała się za nim, oglądając drzewa i krzaczki, ślizgając się na lodzie niczym mokra ryba, wyjęta prosto z wody. Jednym konkretnym ruchem wspięła się na gałąź wreszcie i usiadła obok mentora. Krucze Pióro kiwnął do niej głową, po chwili zeskakując sprawnie z konara, lądując na czterech łapach bez żadnych obrażeń. Strzepnął z siebie drobinki kurzu, patrząc teraz z dołu na swoją uczennicę.
— To teraz zejdź — miauknął, mrużąc oczy.
Koteczka wysunęła pazury, wbijając je w gałąź. Mentor z takiej wysokości wydawał się trochę mniejszy, niż był normalnie. Jego grzbiet był pokryty jasną okrywą, jednak nie tak jasną, jak śnieg. Kalinowa Łapa chwyciła się kory, z rozpędem schodząc z drzewa. Prawie wpadła na wojownika, który tylko prychnął z rozgniewaniem, aczkolwiek nie sądziła, by miało to jakieś wielkie znaczenie. Skoro udało jej się zejść i przy okazji nie zabić siebie ani jego, to nie powinno być to aż takim kłopotem.

***

Po powrocie do obozu

Kalinowa Łapa ułożyła się wygodnie w łapach Trzcinniczkowej Dziupli, wysuwając do przodu łapki i rozciągając się. Tak bardzo chciała mu opowiedzieć, co dzisiaj robiła, jednak czuła, jak zmęczenie samo zmusza ją do milczenia. Słyszała głośne bicie swojego serca w uszach, ciepły oddech kocura ogrzewał jej zimne ciałko, które – pewnie, gdyby została jeszcze na noc – po prostu odmówiłoby posłuszeństwa i oddałoby się w lodowe objęcia mroźnych pazurów poza azylem. Starszy kocur zaczął wylizywać jej głowę między uszami, mierzwiąc szarawą grzywkę. Żółtooka zaczęła głośno pomrukiwać, niedługo po tym do pomruków doszło także głośne chrapanie, jej bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Była wykończona i gdyby mogła, przespałaby następne dwa dni. Krucze Pióro przeciągnął ją po terenach, a potem jeszcze kazał nauczyć się wspinaczki na drzewa. Mięśnie paliły ją z bólu, w głowie kręciło się z powodu przemęczenia, jednak koteczka mogła wreszcie pozwolić sobie na zasłużony odpoczynek.

[4063 słowa, umiejętność wspinaczki na drzewa]

[Przyznano 81% + 5% ]