Przeszłość
Wyjątkowo łagodna Pora Opadających Liści zagościła na terenach, barwiąc liczne korony drzew na najróżniejsze kolory – od czystych czerwieni, żółci aż po zieleń wymieszaną z plejadą barw, krzątając się po leśnym poszyciu. Pogoda była sielankowa wręcz, słońce przebijało się przez gęsto porośnięte gałęzie, powoli zrzucające liście z niebios. Przyjemny zefirek owiał rudo-białe futro kocura, który rozglądał się po całym obozie w poszukiwaniu konkretnego kota. Ptaki ćwierkały w najlepsze na ramionach wiekowych roślin, niosąc echem swoje najpiękniejsze melodie, a pod śnieżnobiałymi łapami samotnika uginały się delikatnie mokre paprocie, z których przy każdym najmniejszym dotyku zsypywały się mokre kropelki rosy. Stroczkowa Nadzieja dzisiaj chodził dość podenerwowany, a związane było to z nieobecnością ojca. Serce tłukło mu jak szalone, a umysł zdążył nawymyślać już przeróżnych możliwości, co mogło się stać. Nadal pamiętał ich przeprawę w poszukiwaniu nowych terenów, schronu. Potwory dwunożnych na zawsze odcisnęły piętno w umyśle młodego kocurka, wtedy zaledwie paru księżycowego, który musiał jakoś odnaleźć się w jakże strasznej, nowej rzeczywistości… Połamane kości, masa chorych i potrzebujących pomocy… od wtedy już nigdy nie spojrzał na schorowanego kota tak samo. Od zawsze jego poziom empatii był niezwykle wysoki, aczkolwiek wtedy… wtedy zwyczajnie łamało mu to serce. Potrzebował wielu rozpraszaczy, żeby jakkolwiek poradzić sobie z poleceniami, które dawała mu jego szylkretowa mentorka. Potrzebowała pomocy. Wszyscy jej potrzebowali i polegali na nich, a później tylko na nim. Z czasem pojawił się również Oset… Słońce pokonało już sporą część nieboskłonu, a jego ojciec, Szczawiowe Serce, nadal nie powrócił z samotnego patrolu, na którym zamierzał zapolować dla grupy. Normalnie Stroczek nie przejąłby się tym, szczególnie gdyby nie fakt, iż nie było to podobne do kocura. Zawsze wracał o czasie.
Wyruszył więc na poszukiwania, obawiając się, że reszta grupy zareagowałaby za późno, jeśli tylko coś niekorzystnego miało miejsce. Z całego tego zamieszania nie poinformował nawet nikogo, że sam wychodzi. Ruszył za tropem ojca, który ciągnął się w stronę rzeki. Tam, gdzie czekoladowy mówił, że będzie, a jednak nadal nie wrócił do azylu. Uchylił pysk, pozwalając przeróżnym woniom owiać siebie i prowadzić łapy. Wolał się upewnić, że wszystko było w porządku, niż potem tego wszystkiego żałować do końca życia. Wędrował i wędrował, nerwowo powiewając ogonem i węsząc niczym wygłodniały pies w poszukiwaniu najbardziej cennego skrawka jedzenia, pierwszego od miesięcy. Postawił czujnie uszy, gdy do jego nosa dotarł rybi, mokry wręcz zapach kotów Klanu Nocy.
— Dlaczego zawędrował aż tutaj? — pomyślał, kładąc po sobie uszy, nie mogąc zrozumieć decyzji podjętych przez ojca. Nie wolno im było wracać na tereny klanów, dlaczego więc jego trop prowadził właśnie tutaj? Uniósł łapę, wahając się, czy powinien podążać tropem dalej. Co, jeśli zaatakowały ojca borsuki? Słyszał, że każdej przynależności dokuczały inne drapieżniki, chociaż… od jego ucieczki z Klanu Wilka minęło już tak wiele. Jego pamięć była niczym przez mgłę. Skoro dotarł aż tutaj, nie mógł się wycofać. Nagle, aromat, który do niego dopłynął, sprawił, że uchylił ślepia szerzej. Ktoś tu był. Niedawno przemierzał te tereny.
Przyspieszył kroku, od truchtu, wreszcie po sprint, jakby zależało od tego jego życie. Może zależało, ale nie był pewien, czy obecnie jego. Okrążając większe kałuże i unikając tylu zbiorników wodnych, ile był fizycznie w stanie, żeby nie zatracić energii na pływanie, natknął się na coś… nowego. Poszlakę.
Parę żółtych kwiatów, pachnących oznaczeniami zapachowymi Klanu Nocy pojawiło się przed jego ślepiami, a zaraz potem dotarł do niego zapach jego ojca. Chwycił pozostałości po kwieciu, ciemnozielonymi oczami przeskakując z jednego, na drugie z niepokojem. Ślepiami szukał wszelkich dodatkowych oznak, czegokolwiek, co mogłoby go naprowadzić dalej, gdzie był bursztynooki. Zerknął na nieopodal rosnące, śnieżnobiałe pręgowane drzewo – brzozę. Po zbliżeniu się dostrzegł krew, świeżą. Żołądek zacisnął mu się w supeł, a do gardła podeszła żółć. Liczne, szkarłatno-ciepło zabarwione liście powiewały delikatnie na wietrze, trzymając się gałązki, dzięki której miały możliwość wyrosnąć. Nie potrzebował wiele czasu, by dostrzec brązowo zabarwione kępki futra nieopodal. Stało się coś bardzo złego.
— Tato, gdzie jesteś? — miał ochotę zawołać, aczkolwiek wiedział, że było to zwyczajnie głupie. Czy jego opiekun został porwany przez kota Klanu Nocy? Co powinien zrobić? Odbył parę treningów na wojownika, ale czy to wystarczyło, żeby ochronić Szczawiowe Serce przed napastnikiem, a może nawet i przed kilkoma, całym klanem wręcz? Jego następny ruch… nie należał do najmądrzejszych. Jego umysł jednak zmagał się z tak wieloma pędzącymi galopem myślami, że nie był w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji, której później by nie żałował. Postanowił ruszyć tropem napastnika. Tak szybko, jak było to tylko możliwe. Tak, aż zaczęły go boleć mięśnie z powodu nadmiernego napinania ich w celu stałego zwiększenia swojej szybkości. W kącikach jego oczu zbierały się stale łzy, które zwiewał wiatr zmierzający wprost na jego pysk. Rude futro przylgnęło do jego policzków, a ogon powiewał w kółko.
Wtargnął do azylu, rozglądając się za jakimkolwiek czekoladowym futrem. Gdy nie spostrzegł nikogo znajomego, a zamiast tego zaczęły zbierać się naokoło niego obce koty, poczuł, jak mimowolnie kuli się na ich widok i podsuwa puchaty ogon pod siebie.
***
Teraźniejszość
Dwadzieścia księżyców. Tyle minęło od śmierci Jarzębinowego Żaru, a rudzielec miał wrażenie, jakby odeszła z tego świata do łask Klanu Gwiazdy zaledwie wczoraj. Siedząc tutaj, w dziurze, miał za dużo czasu na wszelkiego rodzaju przemyślenia. Miał wrażenie, że jedynym, co trzymało go w tym miejscu, w społecznościach klanów, był Szczawiowe Serce, jego przybrany ojciec. Teraz, w Klanie Nocy, przebywając w tym obozie już tyle księżyców, jako więzień, miał wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Wspomnienia o Świetlikach nadal były żywe w jego umyśle. Amorphina, Jarzębinowy Żar… cała grupa się rozpadła, takie miał wrażenie. Zostawił ich. Był nikim więcej, jak tchórzem. Gorzki posmak pojawił się na jego języku, gdy wspomnienia dawnych pobratymców powróciły do jego głowy. Zerknął na leżącego obok niego ojca. Jego łapa zdążyła dawno się zagoić, chociaż uraz w głowie z pewnością pozostał. Pamiętał tamten dzień, kiedy pojawili się tutaj po raz pierwszy i od wtedy zostali. Bliżej Gąbczastej Perły i Sennej Łzy, niż za czasów, kiedy żyli w Klanie Wilka. A mimo to, Stroczkowa Nadzieja, Muszla, nie miał z siostrą kontaktu. Nie wolno mu było z nią rozmawiać, dopuścić, by połączyła kropki. Ciekawe, czy zastanawiała się czasami, co się z nim działo? Może już dawno wiedziała, że przebywał w obozie Nocniaków, ale mimo wszystko zachowała milczenie? Nie był pewien, która myśl byłaby dla niego lepsza, bardziej pocieszająca… Nakrył nos puchatym ogonem i zwinął się w kłębek, wtykając łapy pod siebie i przymykając oczy. Jego dni były monotonne, ale przynajmniej mógł porozmawiać z ojcem, któremu z pewnością również nie było łatwo odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Z nowym imieniem i wymazaną przeszłością.
— Wydostanę nas stąd, tato — szepnął do starszego z determinacją, nie będąc pewien, czy kocur w ogóle go usłyszał. Musieli się ratować. Musieli jakoś polepszyć warunki swojego życia.
— Myślisz, że warto... Muszlo? — mruknął Szczawiowe Serce, a raczej obecnie znany jako Błoto. Zielonooki spojrzał na niego z niepokojem. Odkąd pojawili się w Klanie Nocy, zmuszeni byli do przyjęcia nowych imion. To prawie tak, jakby stali się innymi kotami.
— Tak. Zawsze warto. Już tak długo tutaj tkwimy... — kontynuował, otwierając ślepia i spoglądając teraz na czekoladowego kocura. Liczył na większy entuzjazm z jego strony, tak jak zawsze, kiedy to van go pocieszał tak wiele razy... a zamiast tego spotkał się z przybitym starcem, który miał już siedemdziesiąt księżyców na karku. Zastrzygł wąsami. — Proszę. Nie wolno nam się poddawać. Nie, gdy zaszliśmy już tak daleko. — Próbował desperacko go przekonać, mimo świadomości, że nie miał żadnego planu na polepszenie ich sytuacji, a jedynie chciał podnieść ojca na duchu. Za każdym razem, gdy wracał od medyczek jeszcze bardziej przygnębiony, niż przed leczeniem, Muszla zastanawiał się, czy może był niewystarczający, jako syn. Czy oferował za mało wsparcia? Czy powodem smutków więźnia był właśnie on? Pokręcił głową. Szczawiowe Serce by nigdy o nim tak nie pomyślał, prawda? Jako o kuli u łapy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz