TW: opis krwi
Wtulona w nią puchata siostra spała w najlepsze, pochrapując cicho. Gdy tylko Nieboskłonna Łapa się poruszyła choć odrobinę, Porzeczka instynktownie przyjęła swoją nonszalancką postawę i udawała zirytowaną przyklejeniem się do niej najmłodszej siostry. Gdy tylko Malinka otworzyła ślepia, półdługowłosa ziewnęła teatralnie i przeciągnęła przednie łapy.
— Ah! Czas na pierwszy dzień treningu! — stwierdziła, “przypadkowo” szturchając Poziomkę, by się obudziła, na co ta z półprzymkniętymi oczyma rzekła ospale:
— Ale… co?
— No dziś pierwszy trening, pamiętasz, głupolku? — zaśmiała się i wstała z prowizorycznego posłania, które ulepiły sobie wieczór wcześniej z resztek mchu znalezionych gdzieś poupychanych w kącie.
Z zadartym ku górze ogonem wyjrzała z jamy uczniów, po czym w samym przejściu zaczęła się myć.
— No dobra, gdzie jest ta pani Bazia? — zastanowiła się na głos, a jej siostry tylko się popatrzyły po sobie.
— Pani Bazia? — dopytała się Malinka.
— No ta, moja mentorka — stwierdziła, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie, na co bura westchnęła.
— To tak, jakbym na swojego mentora mówiła Pan Lotos — odparła.
— Albo ja na mojego Pan Obserwator — dopowiedziała zaspana Poziomka.
— Dobra już, dobra, ja idę szukać mojej mentorki, a wy sobie tu siedźcie lub cokolwiek — miauknęła Chyża Łapa, po czym po mrugnięciu okiem już jej nie było.
Szylkretka szła pewnie, lecz jej serce waliło jak szalone. Nie poruszała się zbyt sprawnie w tych wszystkich tunelach, poza tym to nic tu nie było widać, a jedyne światło pochodziło z dziury w suficie gdzieś w jakiejś Grocie Pamięci czy jakkolwiek na to mówili. Poziomka pewnie lepiej się będzie czuć, chodząc tunelami niż ona, skoro to ona miała szkolić się na przewodnika. Gdzie było legowisko wojowników? Ominęła je gdzieś, czy co? Nie wiedząc, co począć, zaszła do tej jaskini z dziurą. Słońce niedawno wstało, więc ta jama była już dosyć porządnie oświetlona, co trochę uspokoiło uczennicę, która westchnęła i usiadła. Skoro nikogo nie było w zasięgu jej wzroku, to mogła przestać zgrywać nonszalancką.
Złapała się za klatkę piersiową, czując, jakby jej serce miało zaraz eksplodować. To było strasznie stresujące. By zamaskować to, zaczęła myć swoje futro w miejscach, gdzie normalnie ono powinno być białe, ale przez wieczne przebywanie w pełnych brudu ciasnych tunelach było ono po prostu brudne.
W tym czasie już parę wojowników przeszło tunelem obok, ale żaden z nich nie był jej mentorką. Z irytacji Porzeczka aż zaczęła rozdrapywać ranę na brwi, którą zdobyła po uderzeniu głową w ścianę. Nieświadomie doprowadziła do kolejnego krwawienia, lecz to dodało jej dziwnej ulgi. Jakby całe napięcie z niej zeszło. Strużka szkarłatnej cieczy popłynęła po jej prawym policzku, potem przez żuchwę, by na końcu skapnąć na ziemię. Oblizała się i wytarła łapą krew z pyska, po czym powąchała ją. Wylizała osocze ze swojej poduszki, a w jej pysku rozlał się cierpki, słony, lecz przyjemny smak.
Gdy kątem oka zauważyła, jak idzie do niej właśnie Poziomka, natychmiast otarła pysk i udawała, że się po prostu myje.
— Znalazłaś swoją mentorkę? — spytała się niepewnie, siadając obok siostry, trochę się o nią opierając. Porzeczce spodobało się to uczucie, jak oblewało ją ciepło ze strony szylkretki. Rozluźniła się.
— Nie, ale wiem, że pewnie zaraz się pojawi! — stwierdziła prędko. Nie chciała się przyznać do tego, że po prostu nie wiedziała, gdzie było legowisko wojowników.
— Ja chyba też poczekam na Śniącego Obserwatora obok ciebie — odparła, mrucząc głośno, a Porzeczka stęknęła.
— Jak ja bardzo nie lubię tych wojownikowych- wojo… wojowniczych… imion! — miauknęła z frustracją.
— Dlaczego?
— Są tak niepotrzebnie długie i skomplikowane. Wolę być Porzeczką — wyjaśniła, a Poziomkowa Łapa spojrzała się na nią czule.
— To będę ci tak mówić, skoro tak ci lepiej! — stwierdziła, a uczennicy wojownika aż serce urosło.
— Dziękuję… — odparła. Akurat w tym momencie do Groty Pamięci weszła Mała Bazia, a Porzeczka natychmiast przyjęła tą twardą, nonszalancką i pewną siebie postawę.
— Tu jesteś! Szukałam cię w legowisku uczniów, ale Nieboskłonna Łapa mi powiedziała, że już wybyłaś mnie szukać — powiedziała, podchodząc do kotek.
— Ta, wyszłam, ale nigdzie cię nie było! — burknęła.
— Byłam w legowisku wojowników cały czas przecież.
— Spałaś akurat pewnie.
— Nie spałam.
— Pewnie nie spałaś — stwierdziła sarkastycznie, a Poziomka, czując dziwne napięcie siostry, zniżyła trochę łeb i cofnęła uszy.
— Po prostu się minęłyście — mruknęła niepewnie, a Porzeczka spojrzała się na nią, po czym otuliła ją swoim ogonem.
— Oczywiste, że Poziomka ma rację! — oznajmiła, a mentorka przekręciła oczami.
— No już dobra, idziemy na trening.
Uczennica kiwnęła głową i łapą pogłaskała młodszą, po czym zaraz ruszyła za Małą Bazią.
Kotki szły przez tunele. Chyża Łapa stawiała niepewnie kroki, uporczywie starając się zobaczyć cokolwiek. Jednak zmysł wzroku był w tej absolutnej ciemności całkowicie zbędny. Bokiem ocierała się o ścianę, a wąsy nastawiła w przód, by w razie czego nie przywalić w coś głową, czy to w jakiś niski sufit, czy też w hamującą mentorkę. Swoją drogą Bazia była już parę lisich ogonów przed swoją uczennicą, która, mimo że się kreowała na taką pewną siebie, doświadczoną czy lepszą od innych, to nie radziła sobie zbyt dobrze, przynajmniej póki jeszcze była w tunelach.
Pojawił się jednak promyczek nadziei, jakaś lampka przed nimi… to było wyjście! Porzeczka pierwszy raz od dawna mogła zobaczyć słońce, trawę, wszystko! Gdy tylko koniec tunelu był bliski, uczennica rzuciła się biegiem przed siebie i niemalże wyskoczyła z wyjścia z tunelu. Wzięła głęboki oddech, czując przyjemne ciepło i delikatny wiatr na pysku. Łykała świeże powietrze, rozkoszując się nim jak nigdy. Czuła się najlepiej na świecie.
— Już, już, spokojnie, nikt ci nie zabierze powietrza — zaśmiała się mentorka, przerywając kotce.
Uczennica tylko prychnęła, po czym ustawiła się w pozycji do biegu.
— Zobaczymy, jaka jestem szybka? Muszę się wyszaleć! — rzekła, a zanim Mała Bazia mogła odpowiedzieć, ruszyła pędem przed siebie, a arlekinka podążyła za nią.
Biegły przez łąkę, idąc łeb w łeb. Porzeczka co chwilę oglądała się na boki lub w tył, by zobaczyć, czy wciąż miała kotkę w tyle. Wojowniczka jednak w mig dogoniła szylkretkę, lecz ta nie zamierzała się poddać. Zmieniła styl biegu i wyciągała łapy bardziej przed siebie. Jej giętkie ciało było wręcz zbudowane do sprintu. Jedynym problemem były płuca, które po czterech księżycach gnicia w jaskiniach i tunelach po prostu nie były jeszcze dostosowane do prawdziwych warunków do biegania. Szybko się zmęczyła i zwolniła ze sprintu w trucht, a z truchtu w spacerowy chód. Nie ona jedyna się zmęczyła, bo Bazia już chwilę wcześniej się zatrzymała. Wyrównały się i Porzeczka, sapiąc, zaczęła:
— To… było… s-super! — mruknęła zadowolona.
— No, no… tylko poćwiczysz i będziesz najszybsza w całym Klanie Burzy! — odparła, lustrując uczennicę wzrokiem. — Teraz do rzeczy, bo nie chcę spędzić pierwszego dnia na niczym. Pokażę ci, gdzie sięga nasze terytorium, poopowiadam ci co nieco, no, chyba że cię to nie obchodzi, ale ta kwestia mnie też nie obchodzi — wyjaśniła, a uśmiech Chyżej Łapy zrzedł całkowicie, a zastąpiła go nuda.
— Ugh, no dobra — burknęła tylko i ruszyła za wojowniczką.
Mała Bazia poprowadziła Porzeczkę do jakiegoś rodzaju półwyspy, przedstawiając jej jakieś oczko wodne.
— Tu się zatrzymamy. Tutaj wzdłuż rzeczki mamy granicę z Klanem Nocy. To jedyny klan z jakimś rodem królewskim i tyle musisz o nich wiedzieć, na razie. To oczko wodne to nieistotne tak naprawdę, po prostu tutaj chodzimy pić, ale rzadko — opowiedziała i ruszyła dalej.
Następnym przystankiem była szosa, przynajmniej tak nazywała to matka Porzeczki, Zawijas, bo Bazia nazwała to “Drogą Grzmotu”. Kolejna dwuczłonowa nazwa, co ci klanowi mieli na punkcie długich nazw? Tragedia.
Szły wzdłuż drogi, przedzierając przez wrzosowiska, co tylko drażniło młodą Burzaczkę, bo wszędzie były jakieś muchy, osy, pszczoły czy inne owady, których nazw Porzeczka nie mogła się wysilić by zapamiętać. Gdy wreszcie przedarły się przez tę zasłonę z kwiatów, zatrzymały się na chwilę przy ogromnej, białej konstrukcji, która na pewno nie była tworem kota ani tym bardziej natury. Szylkretka rozdziawiła pysk w zdziwieniu.
— Tam gdzieś za drogą grzmotu są tereny Owocowego Lasu, takiego bardziej plemienia niż klanu. Tu zaś, gdzie zaczyna się ten las, jest również nie nasze terytorium, ale tym razem należące do Klanu Wilka. Oni to tacy wiesz, chcą żeby wszyscy się ich bali, ale nie każdemu się udaje — wytłumaczyła Bazia. — A i tutaj jest upadły potwór. Jak sama nazwa mówi, spadł i teraz leży — dodała, zwróciwszy uwagę na kolosalną budowlę, po czym ruszyła dalej.
Idąc wzdłuż granicy z Wilczakami, Wojowniczka jeszcze wskazała jakiś suchy fragment terenu z przestarzałymi, martwymi drzewami.
— Tam to ogólnie jest coś takiego jak martwy szlak, jacyś uczniowie kiedyś wymyślili jakieś głupiutkie historie na temat tego miejsca, jak chcesz je posłuchać, to spytaj innych, bo ja nie mam zamiaru przypominać sobie tego, co tam nazmyślali — stwierdziła i szła dalej, jakby nigdy nic. Taki styl uczenia to nawet się podobał Porzeczce. Mówiła wszystko wprost i nie prowadziła żadnych wykładów. Porzeczka nie mogła wymarzyć sobie lepszego stylu nauczania.
W końcu dotarły do końcówki oprowadzania po granicach. Teraz, zamiast na trawie, to kotki stały na piasku, a przed nimi stały jakieś wielkie głazy ułożone w okrąg. Zaczęła się zastanawiać, ile kotów byłoby potrzebne, by je odkopać i przestawić. Pewnie takie cztery lub pięć Klanów Burzy to minimum.
— Tu są Kamienni Strażnicy. Tu też są jakieś legendy, no ale nikomu nie chce się ich powielać. No, chyba że jest się już na emeryturze i nie ma co robić. Takie koty pewnie jeszcze utrzymują te wszystkie legendy jakkolwiek przy życiu — wyjaśniła. — Do tego zaraz tam niedaleko jest granica z Klanem Klifu. Lubią ptaki i chyba tyle. No i mają klify — dodała, wzruszając ramionami, po czym zwróciła się do swojej uczennicy: — No dobra, teraz bardziej teoria. Jest kodeks wojownika, bla, bla, bla, najważniejsze jest to, że kociaków nie wolno atakować niezależnie od klanu, stąd na przykład jesteś teraz tutaj ty, razem ze swoimi siostrzyczkami. Do tego nie można przekraczać granic klanów, nie można zabijać, takie rozsądne rzeczy ogółem no nie. I twoim obowiązkiem jest najpierw wyżywić klan, a dopiero potem pozwolić sobie na jedzenie — tłumaczyła, a Porzeczka zaskakująco była skupiona na słowach mentorki. — Chcesz jeszcze spróbować zapolować? — dopytała się Bazia.
— No… spróbować to tak — odparła, a wojowniczka ruszyła z powrotem w głąb terytorium Klanu Burzy.
Ciepły wiaterek towarzyszył kotkom w spacerze, poruszając ich futrami oraz kłosami traw. Wiał im w pyski, więc to raczej one jako pierwsze by wyczuły jakieś potencjalne zdobycze. Chyża Łapa odczuwała właśnie skutki biegu oraz długiego oprowadzania po granicach po tak długim czasie nic nierobienia w ciemnych tunelach. Jej łapy zaczęły powoli słabnąć i boleć im dłużej szły. Nie zamierzała jednak okazywać słabości i parła naprzód. Skoro już się zgodziła na polowanie, to niechaj zapolują i tyle.
W pewnym momencie Mała Bazia po prostu niespodziewanie przykucnęła, a uczennica instynktownie zrobiła to samo.
— Króliki… — szepnęła szylkretka, po czym powoli zaczęła się posuwać do przodu. Odstąpiła jednak w prawo, dając młodszej się popisać. — Spróbuj, pokaż, co umiesz — dodała, po czym się położyła w pozycji bochenka. Porzeczka przełknęła ślinę i powoli parła do przodu.
Wśród gęstej trawy ciężko było jej zobaczyć te zwierzęta, lecz to znaczyło, że i one nie widziały jej, co było dobrym znakiem. Chyba. Stawiała kroki powoli, uważając, by być bezszelestna. Po przekroczeniu paru długości myszy w końcu zauważyła trójkę żerujących królików. Wszystkie były zajęte pasieniem się, niemal się nie rozglądając. Ich błąd.
Teraz między kotką, a jej celem były zaledwie dwie długości kociego ciała. Wybrała najpulchniejszego osobnika i skupiła się na nim. W końcu zatrzymała się i szykowała ciało do susa. Wreszcie wystrzeliła, a za sobą zostawiła tylko kurz i wyrwane z ziemi źdźbła trawy. Królik, jak i jego towarzysze niemal natychmiast się zerwali do ucieczki. Porzeczka może nie wylądowała na nim, ale trzymała się zaraz za jego plecami. Raz udało jej się zadrapać grzbiet zwierzęcia, innym razem zahaczyła o wyciągniętą w tył nogę, przez co zdobycz zwolniła. W końcu szylkretce udało się dopaść swój cel, kończąc jego żywot uduszeniem. Zagryzła zęby na krtani biegusa, czekając, aż ciało zwiotczeje. W jej pysku rozlał się przyjemny, ciepły i metaliczny smak, a szkarłatna ciecz splamiła jej wargi. W końcu upuściła zdobycz i oblizała usta. Co najmniej dwa, może trzy koty się najedzą tym cudem. Była z siebie dumna. Pierwsze polowanie i taki sukces! Oby następne również były udane.
Po niedługiej chwili dogoniła ją mentorka. Z podziwem obejrzała trofeum.
— To było niesamowite — stwierdziła oniemiała. — Nawet nic ci nie podpowiedziałam, a i tak ci się udało to upolować. Gratuluję — rzekła. Porzeczka ulizała łapą swoją grzywę.
— Wiem! Będę najlepsza ze wszystkich, zobaczysz — mruknęła pewnie i nawet nie kryła satysfakcji. Mała Bazia się zaśmiała.
— Nie chwal dnia przed zachodem słońca, pamiętaj — rzekła i odwróciła się w kierunku tunelu wejściowego. — Wracajmy już. Na dziś starczy.
* * *
W chwili, gdy Porzeczka postawiła łapę w Grocie Pamięci, Poziomka natychmiast do niej dobiegła, tuląc się do siostry, która niosła właśnie królika.
— Jesteś! Sama to upolowałaś? — zapytała, wskazując na zdobycz.
— Tak! Za pierwszym razem — odparła dumnie, odkładając zwierzę na ziemię. — Pani Bazia oprowadziła mnie po granicach, pościgałyśmy się, opowiedziała mi odrobinę o kodeksie wojownika i zapolowałam bez żadnych wskazówek! — pochwaliła się, a siostra rozdziawiła pysk.
— Nie wierzę! Ale dużo dziś zrobiłyście! Mnie tylko Śniący Obserwator trochę oprowadził po tunelach i to tyle — wyjaśniła. — Ale było dobrze! I ciekawie, bo w miarę szybko udało mi się zaznajomić z tym, jak działają tunele i czym można zastąpić wzrok — opowiadała, ale Porzeczkę raczej to niespecjalnie obchodziło. Ważne, że ona mogła się pochwalić.
[2231 słów + polowanie na króliki]
[45% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz