BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 lipca 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

— Wiciokrzewie — zaczęła Mistral, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem.
Liliowy martwił się stanem swojej córki, która od ostatnich kilku dni izolowała go od większości społeczności Owocowego Lasu. Nie pozwalała, by jakikolwiek stróż do niego podchodził i ingerował w jego stan zdrowia. To samo tyczyło się szamanki, jej ucznia i Gołąbka. Białofutra jakby kompletnie zatraciła się w chęci pomocy Wiciokrzewowi, co znacznie go niepokoiło. W końcu ją to wyniszczy. Powinna skupić się na swoich obowiązkach, rozmawiać z kotami w swoim wieku i nawiązywać nowe relacje, a zamiast tego większość czasu spędzała z byłym uzdrowicielem, który już dawno stracił sens życia. Dlaczego tak bardzo się nim przejmowała? Teraz był tylko schorowanym starszym. Jedną łapą stał już w grobie, a najintensywniejsze i najważniejsze księżyce jego życia dawno minęły. Próba naprawienia go nigdy nie przyniesie owoców, więc nie powinna być nawet podejmowana.
Zielonooki wiedział jednak, że samymi słowami nie sprawi, by Mistral odpuściła. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie spocznie, póki nie dopnie swego. Nawet gdyby miała odciąć się od całej społeczności Owocowego Lasu, zrobiłaby to bez wahania. Ta myśl niepokoiła Wiciokrzewa. Nie mógł pogodzić się z tym, że z jego winy jego własna córka mogłaby zmarnować najlepsze księżyce swojego życia.
Wpatrywał się w nią smutnym wzrokiem, nie odpowiadając na jej pytanie. W końcu białofutra odchrząknęła, przypominając mu, że wciąż czeka na odpowiedź.
— C-coraz lepiej, có- — urwał nagle, po czym odkaszlnął nerwowo. — Dziękuję za te z-zioła, M-Mistral. Naprawdę się s-starasz i na-należy ci się... odpoczynek — dodał, spuszczając wzrok na własne łapy.
— Chcę po prostu nadrobić czas, kiedy to nie byłam najlepszą uczennicą dla ciebie. Do dziś żałuję, że tak cię traktowałam i to tylko z powodu, że moja matka umarła, a to nawet twoja wina nie była — wymruczała niebieskooka. — Na odpoczynek przyjdzie czas później, poza tym odkąd jest Modrogończyk, to nie mam aż tylu obowiązków. W końcu to on zastąpi Purchawkę, a nie wybrany uzdrowiciel lub zielarz, jak to dawniej bywało.
Wiciokrzew wiedział, że tak właśnie będzie. Czuł się bezsilny wobec uporu Mistral. Nie nakrzyczy przecież na nią. Nie zmusi jej, by przestała go odwiedzać. Robiła to z dobroci serca, więc powinien być jej za to wdzięczny, zamiast próbować ją od siebie odsunąć. A jednak, widząc, jak bardzo odbija się to na jej zdrowiu, nie potrafił się z tego cieszyć.
— N-nie musisz. Nie mam ci te-tego za z-złe — przypomniał cicho, wciąż nie podnosząc wzroku, jakby się czegoś wstydził. Bo, co wcale nie było dziwne, wstydził się — i to bardzo. Czuł, że powinien być silniejszym kotem. Takim, któremu jakiś młodziak nie musiałby zanosić przeróżnych ziołowych mieszanek, by dodać mu sił. — Po-powinnaś za-zająć się Owocowym La-Lasem... i zrobić wszystko, żeby ni-nigdy więcej nie wy-wyrósł w nim ktoś taki jak j-ja — westchnął smutno.
— Ktoś taki jak ty? Nie mów tak! Nawet nie próbuj przy mnie ciągle rozpamiętywać śmierci tego wojownika! — Mistral fuknęła niczym obrażony kociak. — Nie możesz całe życie żyć tym jednym błędem. Takim podejściem zły mi przykład dajesz, wiesz?
Starszy w końcu uniósł brodę, spoglądając na swoją córkę wzrokiem pełnym bólu, jakby ten kumulował się w nim od samego dzieciństwa. Choć tak naprawdę właśnie tak było. Jego zmęczenie i bezsilność nie narodziły się dopiero po śmierci Ziemniaka. Były z nim znacznie dłużej. Już od chwili narodzin skazany był na cierpienie.
— Och, Mistral. G-gdyby to tylko o n-niego chodziło… — mruknął smętnie, przypominając sobie czasy swojego dzieciństwa. Pamiętał słowa matki, które raniły go niczym ciernie. Pamiętał też, jak Cierń powtarzała mu, że bycie medykiem nie jest honorowe i że powinien zostać wojownikiem. Potem przyszedł czas wyczerpujących — zarówno fizycznie, jak i psychicznie — treningów z Rokitnikiem, które zmieniły go na zawsze. Jego życie było po prostu niekończącą się serią porażek, przez które na starość stał się tym, kim był dzisiaj.
— Skoro nie tylko to opowiedz mi o tym, proszę. Sam mówisz, że powinnam zająć się Owocowym Lasem, lecz ty też jesteś jego częścią. Nie chcę nie wiadomo ilu kotom na raz pomagać, gdyż to finalnie minie się z celem. Chce pomagać po kolei, powoli, w tempie każdego, by te działania niosły ze sobą odpowiedni skutek, a nie były krótkotrwałą ulgą dla kogoś — naciskała białofutra.
Dawny uzdrowiciel nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co chciał przekazać córce. Ostatecznie postanowił mówić to, co samo cisnęło mu się na język.
— Może i je-jestem jego częścią, ale na pe-pewno nie jego przyszłością. Po-powinnaś zająć się ty-tymi, których je-jeszcze da się uratować. Ja nie-niedługo odejdę i na nic z-zdadzą się twoje próby po-pomocy mi. Mu-musisz dopilnować, żeby ni-nikt z Owocniaków na s-starość nie skończył tak s-samo, jak ja. Taki zgorzkniały… b-bezsilny — wyjaśnił drżącym głosem, czując, jak oczy zaczynają zachodzić mu łzami.
— Możliwe, lecz każdy zasługuje, by nawet w ostatnich księżycach życia odnaleźć spokój ducha, szczególnie nim spotka Wszechmatkę. Tobie może i nikt nie pomógł wcześniej, jednak teraz jestem ja i możesz mówić, co chcesz, lecz będę do ciebie przychodzić dopóty, dopóki oddychasz. Jeśli będzie z tobą lepiej to może niekoniecznie codziennie, ale jednak nie będziesz czuł się porzucony ani zostawiony samemu sobie.
Wiciokrzew nie wiedział, jak długo musiałby jeszcze zapewniać Mistral, że żadne słowa nie są już w stanie mu pomóc. Najpewniej aż do samej śmierci, bo do białofutrej zdawał się nie docierać żaden z jego argumentów.
Na moment umilkł, ponownie spuszczając wzrok na własne łapy. Zastanawiał się, co jeszcze chciałby przekazać córce, nim odejdzie z tego świata. Czy powinien w końcu wyznać jej, że jest jej biologicznym ojcem, czy może lepiej będzie, jeśli pozostanie w błogiej nieświadomości? W ten sposób przynajmniej mieli ze sobą coś wspólnego. Liliowy również nigdy nie poznał swojego ojca i raczej już go nie pozna, skoro Cierń odeszła z tego świata.
— Niech ci b-będzie — miauknął w końcu, po czym poprawił się na posłaniu i odchrząknął. — Prawda jest taka, że ni-nigdy nie znałem s-swojego ojca, a moja ma-matka była kotką niezwykle s-surową i wymagającą. Uważała, że je-jestem dziwny. Wstydziła się mnie. Wi-widziałem, jak patrzy na mnie z o-odrazą, a to wszystko dla-dlatego, że nie byłem si-silny. Nie byłem dumny. Nie byłem a-ambitny. Marzyła o tym, bym zo-został wojownikiem. Chciała, bym był w sta-stanie się bronić. A ja… ja ją za-zawiodłem — wyrzucił z siebie w końcu.
Mógłby mówić dalej, lecz za bardzo się wystraszył. Zrzucenie tego wszystkiego z serca wcale nie przyniosło mu ulgi, a zamiast tego sprawiło, że zestresował się jeszcze bardziej. Nigdy przecież nie chciał obciążać innych kotów swoimi problemami. Tym bardziej nie kogoś młodszego od siebie.
— Może i w jej mniemaniu ją zawiodłeś, lecz to twoje życie, to ty decydujesz, nie inni. Dobra, może to egoistycznie zabrzmiało, biorąc pod uwagę moje dotychczasowe działanie, lecz ja to robię z troski, a ona zapewne ze swoich niespełnionych ambicji. Może nie byłeś dumny czy silny, ale byłeś sobą i to powinno się liczyć. Prawdziwa matka powinna to zaakceptować, a przynajmniej tak mi się wydaje... Sama wzoru nie miałam, lecz Purchawka jest dla mnie niczym przybrana matka, a ona akceptuje moje wady, nawet pomaga mi z niektórymi pracować, by było mi łatwiej w życiu.
Zielonooki pokręcił głową z rezygnacją.
— Wi-widzisz, Mistral, w tym wła-właśnie tkwi sęk. Łatwo jest mó-mówić, że po-poszczególny kot nie powinien dy-dyktować tego, jak się czujesz ani ja-jaki masz stosunek do sa-samego siebie. Ale je-jeśli ten kot przez długi cza-czas był dla ciebie naj-najważniejszy i najbliższy, to trudno nie brać sobie do se-serca jego słów. Może i to, co mó-mówiła moja ma-matka, było raniące, szko-szkodliwe i nieprawdziwe, ale jako młody, głupiutki kociak wi-widziałem w niej jedyne o-oparcie. Była dla mnie na-najmądrzejszym kotem w Owocowym Le-Lesie, któremu chciałem za-zaimponować — wyjaśnił, czując, jak supeł zaciska mu się na gardle. — To my-myślenie we mnie zo-zostało. Wiem, że jest szko-szkodliwe. Ale ono... za-zakorzeniło się we mnie. Jest jak za-zaraza, z której ni-nigdy nie będę w stanie się wy-wyleczyć — dokończył, po czym wlepił swój przestraszony wzrok w białofutrą kotkę.
Czy powiedział za dużo? Dlaczego nie mógł po prostu udawać, że słowa Mistral naprawdę go pocieszały? Wtedy przynajmniej miałaby spokój, wierząc, że jakoś mu pomaga. Och, czemu musiał być taki głupi i nie pomyśleć o tym wcześniej?
— Nawet jeśli to prawda, to nie szkodzi spróbować to zmienić. Może nie będzie to proste, lecz same chęci do zmiany tego są już dużym postępem. Cieszę się, że w końcu zacząłeś mi o tym wszystkim mówić, będę teraz nieco spokojniejsza. Wiedz jednak, że nadal będę przychodzić. Może nawet zmienię moje dotychczasowe ustalenia, ale chciałabym nadal z tobą rozmawiać, obojętnie na jaki temat. Chcę, byś czuł się częścią Owocowego Lasu, albo przynajmniej kimś ważnym dla mnie, dobrze?
Wiciokrzew czuł się obrzydliwie po tym wszystkim, co powiedział Mistral. Czuł się taki… bezbronny. Przez tak długi czas nie dzielił się swoimi problemami z innymi kotami, że zdążył już zapomnieć, iż podobno miało to przynosić ulgę. Zamiast niej czuł jedynie wstyd. Jakby właśnie dał białofutrej kolejny powód, by patrzyła na niego jak na pokrakę. Wiedział, że już wcześniej nie było szans, by widziała w nim kogokolwiek innego niż płaczliwego, słabego uzdrowiciela, lecz teraz, gdy z jego pyska padły te wszystkie słowa, miał wrażenie, że pogrążył się jeszcze bardziej.
Nie rozumiał, dlaczego tak się czuł. Dlaczego miał ochotę wyszarpać sobie język, byle tylko nigdy więcej nie dzielić się swoimi przeżyciami z kimkolwiek? Przecież nie powinno tak być. Powinien rozmawiać z Mistral, by mogła mu pomóc. Tak przecież robiły normalne koty. Mówiły głośno o swoich problemach, by poczuć się lżej.
Liliowy w końcu skinął głową na słowa zielarki, jednak jedyne, o czym potrafił teraz myśleć, to to, jak okropnie się czuł i jak bardzo nie potrafił uwolnić się od tego uczucia. Chciał zapaść się pod ziemię. Albo uciec z Owocowego Lasu. Może nawet zrobić coś znacznie bardziej desperackiego, o czym nie chciał nawet teraz myśleć. Nie w towarzystwie młodszej.
— Mo-możesz już mnie zo-zostawić s-samego? — wydukał z trudem, ledwo potrafiąc spojrzeć córce w oczy.
Mistral widząc, jak ciężka była to rozmowa dla starszego, skinęła głową i w ciszy wyszła, prosząc najbliższego stróża, by w razie jakieś niepokojących dźwięków z legowiska starszyzny, od razu ją informował.
Liliowy czuł się teraz tak, jakby był uwięziony. Jakby z każdej strony otaczały go spojrzenia córki, stróży i reszty starszyzny. Wiedział jednak, że prędzej czy później znajdzie sposób, by przestać czuć się w ten sposób. Musiał go znaleźć. Nieważne, jak bardzo Mistral próbowałaby go powstrzymać — on lepiej wiedział, co będzie najkorzystniejsze dla wszystkich. A skoro po raz ostatni miał okazję przysłużyć się kotom, które kochał, zamierzał jej nie zmarnować.

* * *

Teraźniejszość

Od rozmowy z Mistral, w której zdradził jej część informacji o swoim dzieciństwie, ani razu nie powiedział jej niczego więcej. Właściwie od tamtego momentu jeszcze bardziej pilnował się w kwestii tego, co mówił, i coraz częściej starał się udawać, że czuje się lepiej psychicznie, jak i fizycznie. Nie próbował odtrącić swojej córki ani nie mówił jej, że jej starania, by go naprawić, są bezużyteczne. Dalej oczywiście tak uważał, lecz w trosce o nią pozwalał jej żyć w przekonaniu, że jej praca w końcu przynosi jakieś efekty.
Jednocześnie nie potrafił pozbyć się myśli, że prędzej czy później nadejdzie czas na to, o czym tak długo rozmyślał. Wiedział, że lepiej będzie, jeśli ukróci cierpienia zarówno sobie, jak i białofutrej. Nawet jeśli przez kilka następnych księżyców niebieskooka miałaby czuć się przez to źle, wierzył, że później uda jej się o tym zapomnieć i będzie w stanie żyć jak normalny Owocniak. Nie mógł pozwolić na to, by jej obsesyjne zamartwianie się stanem liliowego zniszczyło ją jeszcze bardziej niż dotychczas. A skoro zielarka sama nie zamierzała odpuścić, pozostawał mu tylko jeden sposób. Może i niezbyt łatwy ani przyjemny, ale jedyny.
Właśnie dlatego pewnego dnia Wiciokrzew postanowił przejść się na spacer. Bardzo niepozorny, choć już wtedy, gdy wyszedł z legowiska starszyzny, podeszła do niego stróżka — Miodunka.
— Dokąd się wybierasz, Wiciokrzewie? — zapytała.
Liliowy wiedział, że srebrzysta nie robiła tego z własnej woli, lecz dlatego, że poprosiła ją o to Mistral. Trochę go to dobijało.
— Na te-terenach zawitała Po-Pora Nowych Liści! Chciałem tylko prze-przejść się i po-popodziwiać jej piękno — wyjaśnił, siląc się na najbardziej entuzjastyczny ton, jaki tylko potrafił.
Stróżka jeszcze przez moment patrzyła na niego podejrzliwie, lecz finalnie niczego nie powiedziała. Wiciokrzew był w końcu dorosłym kotem i nikt nie mógł mu zakazać wychodzenia poza obóz. Nie był więźniem, a jedynie starszym.
Prędko opuścił azyl, nim zdążyła zauważyć go białofutra kotka. Gdyby tylko dostrzegła, że kocur przebywa poza legowiskiem starszych, najpewniej zdenerwowałaby się i kazała mu do niego wracać. Zielonooki musiał działać szybko, jeśli nie chciał, by ta uparta młódka przeszkodziła mu w zrealizowaniu swojego planu.
Udało mu się szybko dotrzeć nad Drogę Grzmotu, mimo że przez tak szybkie tempo zdążył się zmęczyć. Na tyle, że łapy zaczęły go palić ze zmęczenia. Wiedział jednak, że niedługo ten ból minie i nie będzie już miał znaczenia.
Widząc chropowatą powierzchnię i czując gryzący zapach, uśmiechnął się pod nosem. Śmiało wkroczył wprost na drogę, czując, jak ogarnia go spokój. W końcu usiadł, gotów na to, co miało się stać za chwilę. A przynajmniej na to, co myślał, że miało się stać.
Nagle jednak w oddali usłyszał znajomy głos, który został przerwany przez głośny ryk potwora. Wiciokrzew otworzył szerzej oczy, zamierając w kompletnym bezruchu.

<Mistral? Czy to ty?>

Od Czajki CD. Lisiego Ostu

Przeszłość, w czasie pory nagich drzew

Pojawienie się Sennej Łzy było czymś, czego nikt się nie spodziewał, ani Lisi Oset, ani tym bardziej Czajka, który nie miał bladego pojęcia, że ten dawny Owocniak przez te księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć i to z jakiegoś klanu! Niebieski może i kiedyś spotkał kotkę na jakimś zgromadzeniu, lecz w ich czasie przewijało się tyle kotów, że ciężko było kogoś więcej spamiętać, szczególnie jeśli widziało się danego kota jedynie przez chwilę.
Nie ruszając się z dotychczasowego miejsca, uważnie obserwował i przysłuchiwał się całej tej rozmowie. Z każdym słowem szylkretki miał wrażenie, że gdzieś głęboko w nim rodzi się poczucie zdradzenia, zapomnienia przez kogoś bliskiego. Jakąś cząstką siebie poczuł się niczym zwykły odpad, które się pozbywa, kiedy to staje się niepotrzebny. Wszystko to było wyjątkowo absurdalnymi odczuciami, lecz Czajka sam nie wiedział, skąd one się biorą, w końcu Osetek był jedynie przyjacielem, a teraz to nawet pewnego rodzaju towarzyszem w samotniczym życiu dawnego zwiadowcy. Więc dlaczego? Dlaczego ta Nocniaczka, choć mu obca, wywoływała w nim istną burzę. Stronił od przemocy, lecz ją chciał przegonić jak najdalej, by tylko nie wracała i nie mieszała się w ich samotnicze życie u swego boku.
Mimo tego wszystkiego milczał. Milczał, kiedy młodszy wołał kocicę. Może i wtedy czułby jakąś satysfakcję z tego, że Senna Łza sama finalnie uciekła, lecz nie mógł. Nie mógł, widząc, do jakiego stanu to wszystko doprowadziło zielonookiego. To Czajka musiał co dzień znosić jego rozkojarzenie, zdenerwowanie, nieudane polowania. Z tego też powodu nie dręczył kocura o możliwość wyleczenia ze swędzącej infekcji czy kawałka szkła w łapie, który w czasie ostatniego polowania mu się boleśnie wbił. Starał się ukrywać objawy z racji zachowania Osetka. W końcu postanowił z nim o tym porozmawiać, nim któreś z nich padnie z głodu.
— Wszystko w porządku? — spytał, przysiadając obok czarnego.
Nie minęła chwila, a Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.
Tego to się niebieski nie spodziewał. Nie miał bladego pojęcia, jak na to zareagować — jego nigdy nie ciągnęło do kocic, ojcostwa, zakładania rodziny. Ba! On sam się do końca nie identyfikował jako kocur, więc jakby mógł myśleć o tym, że ktoś to zaakceptuje i zostanie jego partnerem lub partnerką. Nawet nie był pewny, czy dałby radę, chociażby jednego kociaka odchować, a co dopiero trójkę lub więcej.
— Może… może nie będzie tak źle, jak myślisz? Może Senna Łza opowiem im o tobie, kiedy tylko będą na tyle dojrzałe, by wiedzieć, co zachować dla siebie oraz nie robić z tego powodu głupot? Może kiedyś spotkasz je na granicy i uda ci się je rozpoznać? — odparł, starając się jakkolwiek pocieszyć przyjaciela, nawet jeśli było to jedynie gdybanie i była szansa, że nigdy do żadnej z wymienionych sytuacji nie dojdzie. — Wybacz… Nie jestem chyba zbyt dobry w pocieszaniu, jednak nie możesz się tym tak zadręczać. Najważniejsze, by Senna Łza i wasze kocięta były bezpieczne. A my musimy przetrwać zdani na siebie, każdy dzień to walka o przetrwanie, ty to doskonale wiesz. Jesteś dłużej ode mnie samotnikiem, więc doskonale wiesz, jak czasem bywa ciężko.
Tak, zdecydowanie nie jest dobry w to całe pocieszanie, jednak się starał, a to najważniejsze, tak? Tak.

•• ━━━━━ ••●•• ━━━━━ ••

Po próbie pocieszania Osetka Czajka starał dawać mu się czas i przestrzeń na wszelkie przemyślenia. Choć to też był czas dla niego samego, by zrozumieć, czemu tak reagował na słowa Sennej Łzy oraz fakt, iż młodszy przez te wszystkie księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć, kiedy to brązowooki myślał, że ten nie żyje. Początkowo miał mu to za złe, lecz dość szybko cała złość czy żal minęły, w końcu samotnicze życie nie jest łatwe, a zawsze jakoś raźniej we dwójkę niż pojedynkę.
Kiedy tylko zielonooki dostawał czas i przestrzeń na własne przemyślenia, niebieski starał się nadrobić wszystkie zdobycze, których nie udało się złapać przez rozkojarzenie Osetka. Był to dość ambitny plan i ciężki w wykonaniu przez infekcję oraz ciągle tkwiące szkło w łapie. Kocur starał się tej konkretnej łapy zbytnio nie obciążać, lecz czasem po prostu musiał, przez co często tłumił syk bólu. Nie był pewny, jak długo tak zdoła pociągnąć, jednak jeśli Osetkowi niedługo się nie poprawi, to będzie musiał szukać pomocy medycznej u jakiegoś samotnika lub też klanu. Tego drugiego wolałby uniknąć, gdyż raczej mało kto byłby skory do pomocy jakiemuś samotnikowi, który jedynie nadwyręży cenne zapasy ziół.
Rozmyślania przerwał mu pobliski dźwięk chrobotania, który był odpowiednikiem szelestu w czasie innych sezonów. Teraz zwierzyna sama szukała pożywienia, przez co stawała się celem drapieżników, w tym wprawnego łowcę, jakim był Czajka, choć w obecnym stanie trochę daleko było mu do tego tytułu. Starając się cicho podejść na trzech łapach, wyczuł po paru krokach zapach nornicy, która po chwili znalazła się w zasięgu jego wzroku. Ta wyjątkowo nie była jakaś mizerna ani wychudzona do granic możliwości, istny rarytas w porze nagich drzew, aż na samą myśl poczuł, jak w pysku gromadzi mu się ślina.
Podszedł jeszcze parę drobnych kroczków, by mieć pewność, że gryzoń mu nie ucieknie zbyt łatwo, a wcześniej nie dostrzeże łowcy. Niebieski cierpliwie czekał. Czekał na moment, w którym ofiara poczuje się na tyle bezpieczna, by z opóźnioną reakcją próbować uciec, choć też nie mógł czyhać na zwierzę w nieskończoność, gdyż wystarczyło, by wiatr zawiał zza jego pleców, a już na starcie może pożegnać się z nornicą. Póki znajdował się pod wiatr, pozostawał niezauważony. W końcu napięte do granic możliwości mięśnie zaczęły dawać o sobie znać, lecz brązowooki nawet nie drgnął i dopiero po chwili mocno odbił się tylnymi łapami i skoczył na roślinożercę. Ten nie miał szans, więc moment później skończył w pysku samotnika.
Dopiero gdy nieco adrenalina opadła, poczuł, jak łapa zaczyna go wręcz palić żywym ogniem. Zacisnął zęby na ciele ciepłej piszczki, tłumiąc syknięcie. Kulejąc, skierował się do miejsca, które w ostatnich dniach zajmował z Osetkiem, z nadzieją, że skusi się na coś świeżego do zjedzenia, nim zagłodzi się z tych nerwów.

<I jak się trzymasz?>

27 lipca 2026

Od Złocistego Widlika CD. Szkwała (Ulewnego Szkwała)

Gdy Szkwał był jeszcze kociakiem

Kremowy kocur przeniósł wzrok na syna i pokręcił lekko łebkiem.
— Skażona krew rozumiesz synu? Z pewnych przyczyn zostali zdrajcami, a sama Mandarynkowa Gwiazda na pewno wiedziała, co robi — miauknął po prostu. Liderka nie robiła niczego bez powodu, więc i tym razem na pewno miała wystarczające dowody, by zmienić tym kotom rangę w klanie.
— A teraz idź spać Szkwałku, bo jest już późno. Twoje siostry już śpią — dodał na koniec.

Obecnie

Piastun miał mętlik w głowie. Stracił brata, a potem dawnego przyjaciela, chociaż z Konwalią nie dogadywał się zbyt dobrze. Mieli odrębne zdania na temat czekoladowych potworów. Nie rozumiał, dlaczego tak dobry wojownik, jak Konwaliowa Mielizna darzył te kreatury ciepłymi uczuciami. Do tego prosił go, by zaopiekował się odrzutkiem. To brzmiało jak nieśmieszny żart.
— Przez wzgląd na naszą dawną przyjaźń, dobre — prychnął z obrzydzeniem. Nigdy nie przepadał za czekoladowymi szkaradami. Mało tego jego własna córka poszła w ślady zbiega i również rozczulała się nad tymi parszywymi stworami, jakby były tak samo dobre, jak inne koty. Zastanawiał się, czy Szafirka kiedyś gadała z Konwalią i kocur jej wmówił, że są dobre. Dobrze, że jego syn przejął od niego nauki. Jeśli chodziło o Lawendę, to koteczka chyba również nie pałała szczególnymi uczuciami do czekotów. Jeśli już mowa o czekoladowych pokrakach, to w żłobku oprócz Flądry pojawiły się jeszcze dwa wydrze koty. Gdy po raz pierwszy przyniesiono je do żłobka, Złotek nie mógł uwierzyć, że pozwolono im zostać. Jasne kodeks był oczywisty, ale czy naprawdę nie mogli komuś podrzucić tych stworów? Z drugiej strony miał ułatwione lekcje nienawiści do czekotów w praktyce.
— Ojcze? — rozległ się głos Ulewnego Szkwała. Kremowy kocur przeniósł na niego wzrok, a jego zielone oczy zalśniły ciepłym uczuciem na widok wojownika.
— Szkwałku, witaj — wymruczał, podnosząc się na łapy. Rzucił ciepłe spojrzenie na Lilię i Milczka, a potem z obrzydzeniem spojrzał na czekoladowe kociaki, których imion nie silił się pamiętać. Ruszył spokojnym krokiem w stronę młodszego. Liznął go w łebek na powitanie i zaprosił na ubocze.
— Dobrze, że jesteś — wymruczał, siadając wygodnie na posłaniu. Poprawił muszelkę na piersi, a następnie położył ogon na łapach.
— Wybacz, że musisz znosić te wstrętne czekoty, ale nie mogę za bardzo odejść, bo są inne maluchy, które muszę pilnować — przeprosił syna.
— Rozumiesz, że Konwalia prosił mnie o zajęcie się tym wstrętnym odrzutkiem? Wiesz, jaki był jego argument? Zrób to przez wzgląd na naszą dawną przyjaźń. Rozumiesz? On mnie poprosił o zajęcie się tym wydrzanym kotem! Może rzeczywiście jest ojcem kociąt tej szkarady, a uciekł z klanu, by zamazać ślady. A ona? Łże, że nie jest ojcem kociąt. Mówię ci, coś mi tu bardzo nie pasuje — wymamrotał. Zaczął temat z przytupem, ale wiedział, że jego syn go zrozumie i wesprze po tym ciosie poniżej ogona.

<Synu? Jak on mógł?>

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

Przeszłość, początek poprzedniej pory nagich drzew

“Głupi, egoistyczny! Czemu mu to powiedziałem? Czy jestem aż tak zachłanny, że sama przyjaźń z nim mi nie wystarcza?” — pomyślał, kiedy tylko po powrocie do obozu udali się w swoje strony. Czarny z każdy krokiem karcił się coraz bardziej w myślach, dopóki nie przystanął na środku tunelu. “Czy… ja z siebie robię jakąś ofiarę losu? Przecież pewnie nie jestem pierwszym kotem w klanie, który został przez kogoś odrzucony.”
Gorzki śmiech opuścił jego pysk, nim wznowił marsz do Groty Pamięci. Liczył, że zastanie tam Skrzydlatą Płomykówkę, która może mu jakoś doradzi, co z tym wszystkim począć — nawet jeśli srebrna była zastępczynią, to starała się znajdować czas dla każdego pobratymca, który potrzebował tego. Dlatego też Poczciwy Szakłak mógł na nią liczyć, szczególnie po zdradzie Rudzikowego Skrzydełka, mniej więcej wiedzieli, co drugie z nich czuję, więc stanowili dla siebie wzajemne wsparcie.
Miał szczęście, gdyż młodsza właśnie była w trakcie rozmowy z Oskrzydlonym Ognikiem, który był mentorem Żywicznej Łapy, czyli siostry Bursztynu, szkolącego się pod opieką czarnego. Musiałby z młodzikiem jakkolwiek poruszyć temat treningów, gdyż prace nad podziemnym obozem sukcesywnie się posuwały i już niedługo klan wróci do dawnego rytmu. Zielonooki nie chciał im zbytnio przeszkadzać w czasie konwersacji, więc przystanął w pewnej odległości, cierpliwie oczekując końca ich wymiany zdań. W międzyczasie starał się nie spoglądać na rodzeństwo, by ci nie czuli się ponaglenie do niczego ze strony wojownika.
W pewnym momencie jasne spojrzenie zastępczyni padło na Szakłaka, chwilę później również podobnie uczynił Oskrzydlony Ognik. Płomykówka coś jeszcze powiedziała do brata, a następnie odeszła w stronę oczekującego wojownika.
— Coś się stało Szakłacz- — przerwała, przypominając sobie prośbę przyjaciela. — Poczciwy Szakłaku? — poprawiła.
— Nie chciałem wam przeszkadzać… — wymruczał, odprowadzając wzrokiem brata rozmówczyni.
— Spokojnie, rozmawialiśmy na temat treningów uczniów, nie jest to nic naglącego. No to mów, co się stało, że aż przyszedłeś do mnie, a nie na przykład Gasnącej Łapy?
Na dźwięk imienia kremowego, wojownik widocznie się zgarbił, co oczywiście nie mogło umknąć srebrnej.
— Czyli to… — Nie musiała nawet kończyć, gdyż niewielkie skinienie głową ze strony zielonookiego, utwierdziło ją w domysłach i swych obserwacjach. — Może chcesz porozmawiać gdzieś na osobności? — zaproponowała.
— Nie trzeba. Chodzi o to, że powiedziałem mu coś bardzo osobistego, lecz chyba zostałem odtrącony.
— Czekaj, czy ty mi chcesz powiedzieć, że…?
— Że się w nim zakochałem? Tak.
— Wiedziałam! Mogłeś się wtedy na patrolu wybierać, lecz, jak i tak byłam pewna swego — odpowiedziała dumna z siebie kocica. Szybko jednak spoważniała, wracając do tematu, kiedy to kocur spojrzał na nią swoimi matowymi ślepiami. — A tak, wybacz. Czyli wyznałeś mu uczucia? — Otrzymała jedynie skinienie głowy na potwierdzenie. — I jak zareagował?
— Po chwili nerwowo się zaśmiał, lecz szybko umilkł, jakby wcześniej uważał, że to, co mówię, jest żartem. Potem próbował coś jeszcze powiedzieć, lecz chyba słowa nie były w stanie mu przejść przez gardło.
— Może daj mu czas, by się z tym oswoić? Lub pozwolić mu to wszystko przemyśleć? Widać, że jesteście ze sobą bardzo blisko, lecz może jemu wystarcza to, co jest? Nawet jeśli nie odwzajemni twoich uczuć, to nie powinieneś go unikać, zrywać kontaktu.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Trochę minęło od dnia, kiedy to czarny kocur powiedział dawnemu Klifiakowi o swych uczuciawch względem niego. Mimo to dało się zauważyć widoczną różnicę w zachowaniu ich obu — przestali tyle rozmawiać, niemal wcale, już nie przesiadywali razem przy posiłkach, nie dzielili się językami, jakby stali się dla siebie kompletnie obcymi kotami. Zapewne każdy Burzak dostrzegał zmiany w ich zachowaniach, lecz mało kto próbował drążyć temat, uważając, że kocury zapewne jedynie się pokłóciły za parę wschodów im minie, wracając do dawnego stanu.
To jednak nie miało miejsca. Szakłak starał się stosować do rady Płomykówki, lecz za każdym razem, gdy dostrzegał kremowe futro w tłumie, uciekał, a jeśli już musiał przechodzić obok ucznia, to robił to szybko i nerwowo, jakby od tego zależało jego życie. Podobnie w przypadku rozmów, starał się je szybko kończyć, tłumacząc obowiązkami, choć do jego ulubionych wymówek należał trening z Bursztynową Łapą. Mimo wszystko czarny zawsze próbował wysłuchać do końca pomarańczowookiego czy też zatrzymać się, kiedy ten go wołał.
Podobnie był też tym razem. Szakłak lekko zgarbiony starał się przemknąć, lecz los chciał, że Gasnąca Łapa go dostrzegł i z jakiegoś powodu jego pysk opuściło wołanie za wojownikiem.
— Szakłaku, zaczekaj! — W ciągu uderzenia serca wołany zatrzymał się, czekając, aż kremowy podejdzie na tyle blisko, by żaden z nich nie musiał krzyczeć. W końcu stanęli pyskiem w pysk, przez chwilę w grobowej ciszy, aż pierwsze słowo nie opuściło warg pręgowanego
— Przepraszam...
Poczciwy Szakłak zamrugał kilka razy, lecz nie odpowiedział ani słowem, nie wiedząc zbytnio, co powiedzieć.
— Przepraszam, Szakłaku... — powtórzył. Zmrużył ślepia, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy. Prędko otarł je jednak łapą. — Nie chciałem cię odrzucić, naprawdę. Jesteś mi najdroższy... Gdybym miał cię stracić przez własną głupotę, chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Ja po prostu... nie wiem, co się ze mną dzieje... — urwał, spuszczając wzrok. — Nie wiem, co wobec ciebie czuję. Nie wiem, czy zależy mi na tobie jak na przyjacielu, czy jak na partnerze… Chciałbym, byś dał mi więcej czasu na to, by to przemyśleć. By zrozumieć, czego tak naprawdę chce moje serce…
Jednolity dotąd chował pewną urazę wobec kremowego, lecz ta szybko minęła pod wpływem jego słów. Widok Gasnącej Łapy w takim stanie sprawił, że Burzak nie był w stanie dłużej się na niego gniewać czy odczuwać pewien żal. Chciał zrobić wszystko, by uczeń czuł się w klanie, jak w prawdziwym domu, by może też z czasem również odwzajemnił uczucia zielonookiego, które nie byłby w żadnym stopniu wymuszone.
— Gasnąca Łapo… — zaczął, w pierwszym odruchu chcąc łapą dotknąć podbródka kremusa i nieco unieść jego głowę, by ten spojrzał swymi pomarańczowymi oczami na Szakłaka. Finalnie jednak zatrzymał się w połowie ruchu, zdając sobie sprawę, że powinien dać czas i przestrzeń kocurowi. — Proszę, spójrz na mnie. — Kiedy tylko prośba czarnego została spełniona, na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Dam Ci tyle czasu, ile potrzebujesz. Jak będzie trzeba, to postaram się nawet nie kręcić wokół ciebie, byś nie pomyślał, że się narzucam lub na siłę próbuje przekonać do odwzajemnienia moich uczuć.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Po dwóch wschodach słońca w obozie można było ponownie zauważyć, jak Gasnąca Łapa i Poczciwy Szakłak spędzają razem więcej czasu. Choć może nie w takich ilościach, jak dawniej, lecz widać było, że dotychczasowe niesnaski między nimi już przeminęły. U zielonookiego można było czasem zaobserwować dłuższe zamyślenie lub zawahanie się, jakby chciał mieć pewność, że ruch, który wykona lub słowo, które wypowie, nie będzie odebrane przez kremowego w ponaglający sposób w oczekiwaniu na jego odpowiedź, co do uczuć wobec jednolitego.
— Gasnąca Łapo! — Nieco radosne wołanie rozległo się echem, kiedy to wojownik zbliżał się do pomarańczowookiego ucznia. — Co powiesz na wspólne polowanie?
— A ty przypadkiem nie masz własnego ucznia do wyszkolenia? — spytał kremus, unosząc jedną brew. — Nie chcę, byś spędzając czas ze mną, zaniedbał swoje obowiązki.
— Jak raz lub dwa odpuszczę mu trening to nic się nie stanie.
— Poczciwy Szakłaku.
— Dobra no… Ale obiecaj, że bliżej zmierzchu będziesz wolny — wymruczał i nie czekając na odpowiedź starszego, musnął ogonem jego bok i po chwili oddalił się w poszukiwaniach Bursztynowej Łapy.

<Znajdziesz czas dla mnie?>

Od Modrogończyka

Przeszłość

Pamiętał ten dreszczyk emocji, gdy jego łapa znalazła się na terenach Klanu Burzy, tuż po tym, jak o mało co, nie został zgnieciony na papkę przez ogromnego Potwora.
Leżał w rowie po drugiej stronie Drogi Grzmotu, otulony ze wszystkich stron przez pachnące wrzosy, a przy uchu bzyczała mu pszczoła. Mało brakowało, a pognałby na oślep poprzez zielone połacie Klanu Burzy, mając nadzieję, że uda mu się trafić na znajomy pysk Łzy lub Zewu, którzy teraz powinni mieć dodany do swoich imion człon Łapa. Nie mógł się doczekać, aż dopadnie do nich i wtuli się w ich czarną sierść. Chciał również poznać ojca, dziadka, babkę, ciotki, wujków i kuzynów, o ile takowych miał.
Jednak, gdy tylko podniósł się na równe łapy, gdzieś z tyłu głowy zapaliła mi się lampka. Może lepiej nie pojawiać się niezapowiedziane, nawet jeśli był kocięciem z sojuszniczego miotu? W końcu wojownicy z klanu ojca nie mieli zielonego pojęcia, jak on wygląda! Mogliby uznać, że jest samotnikiem, chociaż raczej jego wiedza na temat Owocowego Lasu i informacji dotyczących sojuszniczego miotu przeważałaby na jego korzyść, że jednak naprawdę jest jednym z tych kociąt, których rodzicami są zastępca Zawodzące Echo oraz szamanka Purchawka.
— Gończyku! Gończyku!
Modrogończyk powrócił na ziemię szybciej, niż tego pragnął za sprawą głosu matki, który dobiegał z terenów Owocowego Lasu. Nie powiedział jej o tym, że pragnie złożyć wizytę rodzeństwu, chcąc się upewnić czy, aby na pewno są dobrze taktowani w klanie.
Rezygnując z dalszego zapuszczenia się w nieznane tereny, kocurek grzecznie odczekał, jak po Drodze Grzmotu przetoczy się niewielki Potwór, po czym pośpiesznie przebiegł na drugą stronę, kierując się w stronę, z której dochodził głos matki.
— Tutaj jestem! — zawołał, wyskakując spomiędzy wysokiej trawy, trzymając w pysku bylicę.

~~~

Modrogończyk z przerażeniem wpatrywał się w dogasające ogniste języki, które próbowały jeszcze przedrzeć się przez Drogę Grzmotu, nim zostaną całkowicie zmyte przez deszcz. O mało co nie wypruł przed siebie, gotów wskoczyć pomiędzy spaloną ziemię po drugiej stronie. Śnienie w ostatniej chwili złapał kocurka za kark, przytrzymując go, gdy w tym samym czasie Kolendra zasugerował powrót do obozu, aby poinformować pozostałych, w szczególności lidera o tym, czego byli świadkami i ustalić kolejny plan działania wobec pomocy sojusznikom.
— P-puść mnie! — burknął Gończyk, niezadowolony z faktu, że Śnienie uratował mu życie przed spaleniem żywcem. — M-mamo! Zew i Łza mogą być w niebezpieczeństwie!

~~~

Czereśnia zwołał zebranie, na którym zadecydował o wysłaniu patrolu na tereny Klanu Burzy, w którego skład wchodziła jego matka oraz mentorka, Purchawka, jak i Hiacynt oraz Topola. Do tej pory Modrogończyk przylegał do boku siostry, zmartwiony o sytuację pozostałego rodzeństwa. Ich teren, że wszystkich stron otaczała, wysoka i sucha trawa. A z rozmów starszych wiedział, że taka trawa szybko stawała w ogniu, czego był sam świadkiem, stojąc przy Drodze Grzmotu.
— C-czy mogę iść z wami? — spytał, wysuwając się naprzód i wpatrując się w lidera swoimi dużymi oczami, w których dało się dostrzec łzy. — Proszę. Jeśli są jacyś ranni, pomogę mamie i medykom klanu w ich opatrywaniu... Muszę na własne oczy zobaczyć, czy Łza oraz Zew są bezpieczni... czy im nic nie jest.
Czereśnia wyraził zgodę na dołączenie ucznia w skład patrolu, przypominając dodatkowo, aby Owocniacy pamiętali o tym, żeby na pierwszym miejscu stawiać swoje zdrowie, jak i życie. Gończyk miał wrażenie, że słowa starszego były skierowane tylko do niego, być może przez fakt, że na oślep chciała się rzucić z pomocą sojusznikom, ignorując zagrożenie swojego zdrowia.
— Czy ja również mogę iść? — Wśród zebranych kotów rozeszły się szepty, gdy naprzód wysunął się czarny kocur, dokładnie ten sam, którego Gończyk był dłużnikiem w związku uratowaniem przez niego życia młodemu szamanowi. Kolendra skinął głową w kierunku swojego ucznia, pozwalając mu udać się z pozostałymi na zwiad.
Nim patrol składający się z Purchawki, Topoli, Hiacynta, Śnienia oraz Modrogończyka wyruszył w kierunku Drogi Grzmotu, brązowy kocurek ponownie zbliżył się do łaciatej kotki.
— Jak tylko wrócę, od razu przekaże ci wszystkie informacje na temat Łzy oraz Zewu — zamruczał cicho, wręcz uspokajająco. — Wszechmatka oraz Klan Gwiazdy ma ich w opiece, więc na pewno są cali i zdrowi... — Tym razem również siebie pragnął uspokoić, gdyż to, co widział na własne oczy, miało się nijak do opisu, którym podzielili się z pozostałymi.

~~~

Dotarcie do obozu Klanu Burzy zajęło im dłużej, niż Gończyk przypuszczał. Jednak ciężko było się poruszać poprzez zgliszcza, uważając przy tym, aby nie oparzyć sobie łap. Gdyby nie Skruszona Wieża, czy właściwie jej pozostałości oraz potwierdzenie Purchawki, że dotarli na miejsce, kocurek nigdy by nie zgadł, że znajdują się w obozie klanu, czy też w miejscu, które kiedyś nim było.
Brązowy kocurek wysunął się naprzód, ignorując nawoływanie matki, po czym zbliżył się do miejsca, które oprócz zapachu spalenizny miało w sobie charakterystyczną słabą woń. Żłobek. Ten spalony pień, jak i częściowo zasypana nora kiedyś była żłobkiem, w którym jego rodzeństwo zamieszkało, tuż po tym, jak zasili szeregi Klanu Burzy. Pozwolił sobie uronić parę łez, z trudem akceptując fakt, że dom jego ojca, jak i rodzeństwa przestał istnieć.
Przez chwilę przeszukiwali gruzy oraz przesuwali na boki spalone gałęzie, aby się upewnić czy pod nimi nie ostał się żaden kot, jednak na szczęście najprawdopodobniej klan został w porę opuszczony, na co wskazywał również świeże liczne ślady odcisków łap kotów w różnym wieku w wypalonej ziemi.
Gdy mieli ruszyć tropem mieszkańców tutejszych terenów, spostrzegli zbliżające się w ich kierunku dwie postacie, które z każdym uderzeniem serca stawały się większe.

~~~

Łza oraz Zew, czy właściwie Łzawa Łapa oraz Milknąca Łapa żyli i byli cali i zdrowi. Jeśli nie liczyć stresującej sytuacji, w której się znaleźli, mieli się dobrze. Modrogończyk poczuł ulgę, pozwalając sobie na łzy radości. Gdy Purchawka rozmawiała z Zawodzącym Echo, a właściwie już teraz Zawodzącą Gwiazdą oraz Wdzięczną Firletką, kocur zdecydował się na spędzenie czasu ze swoim rodzeństwem, z którym został rozdzielony, aby zacieśnić sojusz między dwoma tak różnymi, a jednak podobnymi społecznościami.
— Proszę. Zaradczo wzięliśmy kępkę ziół, które mogą się przydać rannym. Przybyliśmy jak najszybciej, gdy tylko ogniste języki zgasły. — Podsunął pęczek siostrze, która podobnie, jak i on teraz kroczyła ścieżka uzdrowiciel, chociaż właściwie ścieżka Gończyka była bardziej duchowa. Nieco zmarszczył nos, zostawiając się, czy Łza naprawdę wierzyła w Gwiazdy na niebie, jednak nie zdecydował się rzucić żadnej wrednej uwagi, odnośnie drugiej z wiar. — Jestem pewien, że Pan Czereśnia wyśle kolejny patrol, w którym przyniesiemy wam wszystko, czego potrzebujecie, a co zostało strawione przez ogień... — A jeśli nie, on sam miał zamiar złożyć kolejny raz rodzeństwu wizytę pod pretekstem przeniesienia im medykamentów, pożywienia czy innych materiałów. — Czyli co, gdzie teraz będziecie mieszkać? — zmienił nieco temat, spoglądając na zrujnowany obóz tuż za plecami. Już miał zaoferować rodzeństwu powrót do Owocowego Lasu na czas jego odbudowy, gdy siostra odpowiedziała na pytanie.
— Pod ziemią. Jestem pewna, że gdy tylko zadomowimy się na dobre, otrzymasz zaproszenie od naszego ojca. Ty, Psianka i mama — mruknęła Łza. — Na moim mianowaniu musicie być obecni, bo to ja pierwsza z nas wszystkich ukończę trening i będzie to uroczyste wydarzenie, nie tylko dla Klanu Burzy, ale również dla Owocowego Lasu — mówiąc to, przejechała językiem po swoim czarnym futrze.
— Mamy w podziemiach taką dużą przestrzeń, w której przeprowadzona jest Ceremonia Dorosłości. Wojownicy, medycy i inni wraz z ukończeniem treningu odciskają swój ślad na specjalnej ścianie — dodał spokojnym tonem Milknąca Łapa, precyzując tym samym, czym tak właściwie miało być to uroczyste wydarzenie, o którym wspomniała Łzawa Łapa, wątpiąc w to, aby było również uroczystym wydarzeniem dla kotów żyjących w Owocowym Lesie, który opuścili, mając cztery księżyce.
— A-ha. To chyba macie tam całkiem przytulnie. Dobrze, że mieliście dodatkowe schronienie pod ziemią, w którym możecie zacząć od nowa. Stary obóz, czy właściwe to, co z niego zostało, nie nadaje się do ponownego zamieszkania, nawet po odbudowie... Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że wam nic nie jest – mówiąc to, wślizgnął się pomiędzy brata oraz siostrę, pozwalając sobie ich przytulić, chować pysk na zmianę w ich futrach. Ich zapach się nieco zmienił, ale to wciąż byli oni.
Wszechmatka, a być może nawet ten Klan Gwiazdy, w który Burzacy wierzyli, czuwał nad nimi. I szczęście w nieszczęściu, pomimo śmierci kilku wojowników, jak i dziadka, o czym dowiedział się w drodze powrotnej od Purchawki, zapewniono bezpieczeństwo jego rodzeństwu. Byli cali i zdrowi. Żyli. Ich serca głośno biły. To na ten moment liczyło się dla niego najbardziej jak żadna inna sprawa.
Kątem oka dostrzegł jak niebieski point oraz cały czarny kocur rozmawiają z jednym z niecodziennie wyglądającym kotów stojącym w okolicach wejścia do starego obozu. Biały kocur do złudzenia wyglądał jak postać królika z jego dziwnego snu. Jego futro było śnieżnobiałe, podobnie, jak to Mistral, jednak różnica była w kolorze oczu – w zachodzących promieniach słońca mieniły się czerwienią. Może później podejdzie do nieznajomego i zapyta się o jego imię? Czyżby był jakimś Królikiem albo Króliczym czymś? Słyszał, jak Hiacynt oferuję pomoc sojusznikowi, gdy w tym samym czasie Śnienie zacisnął pysk, przybierając nieodgadniony dla Modrogończyka wyraz twarzy.

[trening szamana – 1457 słów]

[29%]

🍃🌿🌱

Od Fląderki

Wężynowy Kieł złożyła wizytę odrzutowi w kociarni, proponując ciężarnej kotce rozprostowanie kończyn. Fląderka posłusznie przystała na propozycję matki Rogatego Flaminga, po czym wspólnie opuściły schronie, zajmując miejsce na uboczu obozu, aby nie przeszkadzać żadnemu wojownikowi lub uczniowi w wykonywaniu obowiązków.
– Wciąż trudno mi jest uwierzyć, że spodziewasz się kociąt – podjęła starsza, taksując spojrzeniem odrzutka. – Chciałaś ich? No tak... – mruknęła, tuż po tym, jak Fląderka zwiesiła łebek i nim podkręciła. – Przysięgnij na Klan Gwiazdy, że to nie Konwaliowa Mielizna jest ojcem twoich kociąt. – zarządała. – Trudno mi uwierzyć w tę historię z łaciatym kocura, którego raz spotkałaś. Brzmi jak wyssana z pazura.
– P-przysięgam na Klan Gwiazdy. N-naprawdę nie kłamie... Z Konwaliową Mielizną nic mnie nie łączy. No może jedynie łączył nas fakt, że oboje martwiliśmy się o Mysiomózgą Łapę... I wiem, że Konwalia nie patrzył na mnie w ten charakterystyczny sposób, po którym wiadomo czy ktoś nas kocha czy nie... Było mi mnie po prostu żal? Tak jak paru innym kotom, które uważają, że jest mi źle jako odrzutkowi...
– Wystarczy. Wierzę ci – Wężynowy Kieł dała znać łapą, aby Fląderka przestała mówić. – Przynajmniej chce wierzyć w to, że nie raczyłabyś okłamać mnie po raz drugi oraz krzywoprzysięgać. Jednak po Konwaliowej Mieliźnie można było się wszystkiego spodziewać. Nawet czegoś tak skrajnie głupiego jak związanie się w tajemnicy z odrzutkiem, z którym doczekałby się kociąt.
Między kocicami zapadła cisza. Fląderka zastanawiała się czy powinna powiedzieć Wężynowemu Kłowi o tym, że liliowy kocur miał zamiar już dawno odjeść z klanu. Czy ta informacja przekonałaby w pełni matkę księcia, że Fląderka mówi prawdę? Tylko jak to by wpłynęło na Wymarzoną Słodycz? Obiecała kocurowi, że będzie się zajmować jego siostrami.
– A gdyby Konwaliowa Mielizna był ich ojcem... to czy coś by się stało?
Szylkretowa kocica zmarszczyła pysk, po czym twardym tonem wymówiła na głos plotkę, którą również Fląderka miała okazję usłyszeć.
– Matka księcia, babka namiestników i prababka odrzutków... Ta plotka nie uderza tylko w ciebie, Konwaliową Mielizne czy mnie, ale również w mojego syna, Rogatego Flaminga. No i w moje wnuki, Łabądka oraz Nura, ale nie aż tak bardzo jak we Flaminga. Wyobrażasz sobie to, aby książę mający możliwość zostania w przyszłości liderem dzielił krew z odrzutkami? – prychnęła, strosząc futro na piersi. – Wątpię, aby twoje kocięta miały możliwość awansu w hierarchii, więc pewnie będą pełniły tę samą funkcję co ty, do końca swojego życia. – Urwała na chwilę, spostrzegając, że Fląderka dopiero teraz pojęła coś tak oczywistego. – Może, gdybyś zdała sobie z tego sprawę wcześniej, jak i z ciąży oszczędziłabyś im takiego żałosnego losu... Teraz już nic się nie da zrobić, nie mając na sumieniu cudzego życia.
Fląderka siedziała nieruchomo, wpatrując się w Wężynowy Kieł z szeroko otwartymi oczami. Czy ona właśnie... Nie, na pewno się przesłyszała!
– N-nie musisz się martwić o moje kocięta, Wężynowy Kle! Konwalia nie jest ich ojcem, a ty ich prababcią! N-nie zagrożą wam w żaden sposób... W-wychowam je w wierzę Klanu Nocy i dopilnuję, aby nie sprawiły nikomu kłopotu. Z-zadbam o to, aby nie popełniały moich błędów! J-jeśli chcesz m-mogę oddać ci jedno z kociąt, które mogłoby zostać twoim prywatnym pomocnikiem... Wężynowy Kle – mówiąc to skłoniła głowę. Może i Wężyna nie nosiła znaku na czole jak Błękitna Laguna czy Rogaty Flaming, to jednak wciąż była matką księcia. Babcią namiestników. Była ważną osobistością w klanie.
Wymarzona Słodycz na pewno by w tym momencie skarciła Fląderkę za to, że jedno ze swoich dzieci zamierzała ofiarować starszej kocicy. Może nawet by ją zwyzywała?
– Na razie po prostu je urodź, wykarm i zadbaj o ich edukację, a później zobaczymy czy będą godne zostania moimi prywatnymi pomocnikami. Jeśli wdadzą się w ciebie, a nie w swojego ojca to podziękuję. Słyszałam, że miałaś trudności ze znalezieniem kwiatów dla mojego syna. Żeby tak proste zadanie cię przerosło – pokręciła zrezygnowanie głową.

Od Koszmaru do Kocimiętkowego Wiru

TW: opowiadanie o zbieraczu skór

Koszmar wiercił się na posłaniu, nie mógł zasnąć. Księżyc powoli górował nad niebem, kąpiąc cały obóz w srebrzystej poświacie. Popatrzył na swoją rodzinę. Iglak oraz Zamroczka wtulili się w szylkretowe futro matki, śpiąc głęboko. Ognikowa Słota też odpłynęła, zmęczona macierzyństwem. Koszmar spróbował do nich dołączyć, lecz tylko wierzgał łapkami i przekręcał się z boku na bok. Leżąc tak, nie mając nadziei na zaśnięcie, nagle do żłobka przyszła Kocimiętkowy Wir, pewnie by położyć się u boku partnerki. Koszmar wstał, aby przywitać się z matką. Gdy kremowa zobaczyła, że jeszcze nie spał, lekko się zdziwiła.
– Koszmarze, dlaczego jeszcze nie śpisz?
Cętkowany popatrzył na swoje łapy.
– Nie wiem, po prostu nie mogę zasnąć.
– Hmm… – pomyślała zielonooka. – Chyba wiem jak temu zaradzić…
Kotka usiadła i nakazała Koszmarowi położyć się na posłaniu z mchu.
– Pewnej nocy grupa kotów chcąca wejść na wyspę na jeziorze, zwanej Spaloną Zatoczką, gdyż niegdyś piękna wyspa z bujną roślinnością przez piorun zmieniła się w spopieloną ziemię, szukały pnia, po którym mogłyby się tam dostać. Otóż krążyły legendy o strasznym widmie nawiedzającym to miejsce, a grupka chciała sprawdzić, czy to prawda. Po długich poszukiwaniach znaleźli podwodną kłodę, która prowadziła na wyspę. Najodważniejszy z kotów zrobił jeden krok, zapewniając pozostałych, że to bezpieczna ścieżka. Gdy ostatni, rudy kot położył łapę na spopielone ziemi, zobaczył szarego kota o czarnych oczach ze zwisającą przy nich skórą, jakby komuś ją zabrał. Oczywiście, powiedział to innym, ale oni mu nie uwierzyli. Szli przez wyspę, aż w końcu dotarli do spalonej wierzby. Koty chciały się na nią wspiąć dla zabawy, lecz to był błąd. Spod ziemi wykopało się widmo, które widział ostatni kot. Potwór wydawał dziwne dźwięki i ruszał nienaturalnie głową. Przybysze zaczęli uciekać w stronę kłody. Najodważniejszy kot stanął w miejscu, gdzie była kłoda, gdyż średnio ją było widać znad wody, lecz jej tam nie było. Kocur runął w wodę, tracąc przytomność, jego pobratymcy widzieli go później martwego na tafli wody. Potwór się zbliżał, a trzy pozostałe koty musiały wiać. Postanowiły wspiąć się na sam czubek wierzby, licząc na to, że widmo nie da rady. Pierwsza szła szara kotka, wcześniej będąc najbliżej teraz zmarłego kocura. Później był rudy kot a na końcu niebieski. Wczepiali pazury w korę, wdrapując się wyżej i wyżej, dwójka kotów już była na ostatnich gałęziach, lecz ostatni zaklinował nogę w niższych konarach. Zaczął ciągnąć, łamiąc przy tym małe gałązki, aż w końcu coś go pociągnęło w dół. Było to samo drzewo, złe na niebieskiego i wepchnął go do swej gardzieli. Widmo okrążało drzewo, czekając na ruch kotów. W końcu kotka postanowiła się poświęcić, zeskoczyła z drzewa prosto na stwora, a rudy w tym czasie zaczął uciekać w stronę obozu. Przerażony obejrzał się przez ramię, kotka walczyła z potworem, ale zadawała obrażenia tylko jego skórze. Otworzył gardziel z zębiskami, ugryzł kocicę, a ten przejął władzę nad jej ciałem. Rudemu udało się uciec i opowiedział innym tę przygodę, ale nikt mu nie uwierzył.
Kocurek lubił takie krótkie straszne historie bez głębokiej fabuły. Ziewnął, zamienił się w kulkę i zapadł w głęboki sen…

<Kocimiętkowy Wirze?>

Od Wzorzystej Dali CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość, dawno

– Co? Nie? To znaczy tak! Ale… – poplątała się w słowach. – Nie mam żadnego szpiega i nie wiem, czemu mnie o to oskarżasz! – zjeżyła się.
– Stoisz przy granicy klanów i każesz mi sobie iść – zauważyła Trzcinowy Szmer.
– Wiesz co, Trzcinowy Szmerze? Nie wiem, kiedy zrobiłaś się taka nieufna i wredna, ale ja nie zamierzam sobie skakać do gardeł. Siedź sobie przy tej granicy ile ci się żywnie podoba! – syknęła i z najeżonym futrem skierowała się z powrotem do obozu.

***

Teraźniejszość

Nie zamierzała więcej zażywać ziół, które dostała od Konwalijki. To jak taka roślina mogła ot tak zmienić humor kota, lekko ją przerażało. Starała się o tym nie myśleć. Ostatnio źródło spokoju znajdowała w przyrodzie. Pomimo mrozu nadal chodziła na spacery i po prostu podziwiała piękno natury. Tak jak teraz. Siedziała na krańcu plaży przy granicy z Klanem Nocy i wpatrywała się w morze. Turkusowe fale spokojnie szumiące co chwila przypływały i odpływały. Nieważne czy mróz, czy upał, zawsze robiły dokładnie to samo. I to dawało jej nadzieję, że tak jak te fale, nie zważając na okoliczności, będzie w stanie żyć normalnie. Uśmiechnęła się, podnosząc łeb do góry, żeby popatrzeć na padający śnieg. Wąsy lekko jej zadrżały, gdy jedna śnieżynka upadła na jej nos. Zachichotała. Po chwili wstała na łapy i przeciągnęła się. Czas się ruszyć. W końcu nie zamierzała nabawić się odmrożeń.
– Kogo ja widzę? – usłyszała znajomy głos zza granicy. Uśmiech zszedł z jej pyska, a futro na karku mimowolnie trochę się podniosło. Spojrzała na kotkę.
– Co tym razem, Trzcinowy Szmerze? Może oskarżysz mnie o kradzież zwierzyny?

<Trzcino?>

Od Ostatniego Pożaru

Po pożarze było dużo pracy przy tworzeniu nowego obozu i o ile pomysł mieszkania pod ziemią okropnie jej się nie podobał, to chyba nigdy nie przykładała się do niczego tak bardzo, jak do budowy. Nie było to jednak dlatego, że postanowiła nagle przysłużyć się klanowi. Chodziło o jej relację ze Złocistą Wydmą. Po jej niedoszłym ataku na Rudzikowe Skrzydełko nie była w stanie spojrzeć jej w oczy. Do tego podczas głosowania w jej sprawie nie były zgodne. Od początku ich niezbyt długiego związku zawsze stały za sobą murem. A teraz? Oddalały się od siebie. Podczas czuwania po matce przez cały czas płakała i nie była nawet w stanie stwierdzić czy to z powodu jej śmierci, czy kłótni z partnerką. Teraz akurat umacniała jeden z tuneli w obozie, kiedy poczuła lekki dotyk na barku. Nie odwróciła się. Wiedziała kto to i czuła się zbyt głupio by na nią spojrzeć, czy się do niej odezwać.
– Pożarze, możemy porozmawiać? – zapytała delikatnie Złocista Wydma.
– Jestem zajęta – miauknęła, znajdując wymówkę.
– Znalazłam kota, który zgodził się ciebie zastąpić. Będę czekać przy wyjściu z obozu.
Ruda obejrzała się jeszcze za odchodzącą i wróciła do pracy. “Muszę z nią porozmawiać. Nie, wcale nie muszę. Ale ona chce…” biła się przez chwilę z myślami. Westchnęła i po chwili poszła za krótkowłosą, nawet nie oglądając się na kota, który miał ją zastąpić. Bez słowa obie wyszły z obozu na śnieg. Pomarańczowooka ciągle patrzyła się pod swoje łapy. Między nimi tkwiła niezręczna cisza. W końcu nie wytrzymała. Popatrzyła na pysk partnerki i zapytała:
– Czemu mnie okłamałaś?
Ta stanęła jak wryta i popatrzyła na nią zaskoczona.
– Co? Kiedy?
Pożar uśmiechnęła się smutno.
– Wmówiłaś mi, że nie jestem potworem, a ja głupia ci uwierzyłam.
– Pożarze, co ty wygadujesz?! Nie jesteś żadnym potworem!
– Obie tam byłyśmy. Prawie zabiłam Rudzikowe Skrzydełko – nie dała kremowej sobie przerwać. – Nie kłam. Widziałam, że się boisz. Lepiej będzie, jeżeli damy sobie spokój. Nie będziesz musiała patrzeć, jak krzywdzę innych… i nie skrzywdzę cię.
– Ja bałam się o ciebie.
Długowłosa obróciła uszy do tyłu.
– Że co?
– Wszyscy chcieli się na ciebie rzucić. Bałam się, że znowu utkniesz w jakiejś dziurze na wiele księżyców… albo coś sobie zrobisz – żółtooka uśmiechnęła się. – Byłam w gangu. Widziałam i robiłam dużo gorsze rzeczy niż puste groźby – miauknęła, po czym wtuliła się w jej długie futro. Pożar była zupełnie zaskoczona. Nie wiedziała co powiedzieć ani jak się zachować.
– Cz-czemu dajesz mi kolejną szansę?
– Bo cię kocham, pchli móżdżku – zażartowała kremowa. – Poza tym prawdziwe potwory nie mają uczuć. Nie zatrzymałabym cię, a Rudzikowe Skrzydełko leżałaby zakopana pod ziemią.
Ostatnich dwóch zdań już nie zarejestrowała. Była zbyt szczęśliwa. Przytuliła partnerkę jeszcze mocniej.
– Wracajmy już do obozu. Dziś jest za zimno, żebyś wychodziła na długo.

Od Cisowego Tchnienia

Dzień ustanowienia nowych tytułów

– Cisowe Tchnienie, chodź! Zalotna Gwiazda zwołała zebranie klanu – z mechanicznego sortowania ziół wyrwał ją ponaglający szept Roztargnionego Koperku. Poderwała się do góry i potruchtała z legowiska, siadając przy jego wejściu. Wbiła wzrok w ziemię. Jaki mógł być powód tego zgromadzenia? Żadne kociaki nie powinny teraz zostać uczniami, a widziała przed chwilą, że koty nie robiły miejsca na walkę uczniów. To coś innego. Czyżby… ktoś się dowiedział? Nie, nie, nie! To niemożliwe! Nic na to nie wskazywało, a jednak… medyczka była kompletnie przekonana o swojej porażce. Nerwowo przeszukiwała swój umysł w poszukiwaniu wspomnienia momentu, w którym popełniła ostateczny błąd.

***

TW: myśli samobójcze

Retrospekcja, dzień zabójstwa Bladego Lica

Siedziała w umówionym miejscu. Już za chwilę miała odegrać tę jedną scenkę i zakończyć ten cały teatrzyk. Sowi Zmierzch już był na swojej pozycji. Niedługo Blade Lico padnie na ziemię bez życia i kurtyna opadnie. Nerwowo trzymała zawiniątko liści szaleju między łapami. Przed oczami przelatywały jej miliony scenariuszy, w których wszystko szło nie tak. Może starszy tu w ogóle nie przyjdzie? Może da radę uciec Sowiemu Zmierzchowi? Może źle wykalkulowała ilość ziół osłabiających albo trucizny? Co, jeśli zacznie krzyczeć i ktoś jakimś cudem usłyszy? Co ona wtedy zrobi? Zostanie zabita. Na pewno. Trzymała truciznę w łapach w losowym miejscu w nocy. Zalotna Gwiazda na pewno postanowi się jej pozbyć, a klan uzna ją za zdrajczynię. Drżącą łapą sięgnęła po gałązkę cisu znajdującą się za jej uchem. Ostrożnie oskubała ją z jagód i odrzuciła ją, zostawiając na łapie tylko czerwoną truciznę. Gdyby teraz to tak zakończyć… Nie mogliby już drugi raz jej zabić… Wystarczyła jedna… Wtedy usłyszała krzyk, a serce zaczęło jej szybciej bić. Biały za chwilę miał się tu pojawić. Szybko wcisnęła jagody w zawiniątko, zupełnie zapominając o tej jednej zgubnej gałązce…

***

TW: śmierć

Nadal retrospekcja, niedługo później

Stała nad starszym i patrzyła, jak ten trzepie się na ziemi, wstrząsany konwulsjami. Charczał, gdy piana toczyła się z jego pyska. Pierwszy raz patrzyła na kota w cierpieniu, nawet nie próbując mu pomóc. Po prostu tam tkwiła, kiedy kocur powoli przestawał się ruszać i światło gasło w jego oczach, aż po chwili koniec. Dzieło dokończone. Wetknęła mu pióro jemiołuszki za ucho i otarła pianę z jego pyska wierzchem łapy. Popatrzyła jeszcze przez chwilę na zwłoki i wsunęła się między drzewa. Przystanęła przy pierwszym zbiorniku wodnym i zanurzyła łapę ubrudzoną pianą. Nie wzdrygnęła się przy kontakcie z wodą. Po prostu pozwoliła jej zmyć z siebie dowody swojej winy. Wyciągnęła kończynę i popatrzyła na swoje odbicie. Wyglądała… normalnie. A przecież przed chwilą zamordowała innego Wilczaka. I do tego kultystę. Kota, z którym się wychowywała. Czy to oznaczało bycie pozbawionym uczuć mordercą? Otrząsnęła się. Nie mogła mieć wyrzutów sumienia. Zrobiła to dla klanu, dla kultu. Przodkowie jej kazali. Wszystko się udało, więc reszta nie była już istotna. Ważne było tylko to, żeby nikt się nie dowiedział…

***

– [...] Cisowe Tchnienie.
Na dźwięk swojego imienia uniosła łeb i skrzyżowała spojrzenia z liderką. Było zimne i niezdradzające uczuć. Skinęła łbem, ukrywając to, że nie była w stanie wcześniej jej słuchać. Miała jednak wrażenie, że w rzeczywistości szylkretka nie zamierzała, jej wybaczyć błędu. Jednak nie zachowywała też, jakby chciała się jej pozbyć. Zupełnie jakby bawiła się nią, czekając tylko, aż w odpowiednim momencie będzie mogła wbić jej nóż w plecy. Kiedy koty skandowały jej imię, ona była skupiona tylko na Zalotnej Gwieździe. Tamtej nocy kurtyna nie opadła. Teatrzyk nadal trwał, ponieważ nie ona nim dyrygowała, przywódczyni robiła to od dawna. Teraz mogła tylko czekać, kiedy zakończy jej żywot. Chyba że…

Od Gronostaja

I tak właśnie oficjalnie zostałem uczniem wojowniczki. Nie znałem co prawda za dobrze Jaśminowca. Nie wiedziałem, jaka dokładnie jest, ale już zdecydowałem podzielić się z nią wszystkimi moimi genialnymi pomysłami na nowe sposoby walki, ulepszenie struktury legowisk oraz elementy kamuflażu. Myślę, że najlepsze metody to te najmniej spodziewane, chociażby ukrycie się w mrowisku. Nie dość, że moje futerko stopiłoby się kolorystycznie z masą wkurzonych mrówek, to jeszcze nikt przecież nie zaryzykowałby spotkania z nimi, prawda? Trzeba być głupim, żeby włazić do mrowiska.
Z samego rana wyczołgałem się powoli z legowiska, przeciągając się. Spojrzałem w niebo. Słońce było już w połowie ponad linią drzew. Umówiłem się z Jaśminowcem na trening o świcie. Ale to niemożliwe. Przecież ja zawsze wstawałem, gdy słońce jest w połowie ponad linią drzew, dlaczego więc miałbym wstać o świcie? Gdzie tu sens? Zdecydowałem się więc całkowicie zignorować jej instrukcje.
Ruszyłem w stronę wyjścia z obozu, stawiając szybkie i stanowcze kroki jak to miałem w zwyczaju. Wyglądało to z boku trochę tak, jakbym biegł, idąc. Mentorka już tam na mnie czekała.
– Spóźniłeś się, Gronostaju – mruknęła, patrząc na mnie z góry z wyraźną dezaprobatą.
– Usz! Tak! – pokiwałem gorliwie głową. – Tak, wiem, wiem! Bo… bo słońce jest wyżej, niż świt więc znaczy się, że się… że spóźniłem się! Sam się zorientowałem, nawet…
– Posłuchaj, Gronostaju.
Zamilkłem. Zmarszczyłem brwi. Nie lubiłem, gdy ktoś mi przerywał. Bardzo nie lubiłem.
– Ale…
– Nie – stanowczo przerwała mi ponownie Jaśminowiec. – Gronostaju. Rozumiem, że to twój pierwszy trening. I że dostosowanie się do nowego rytmu dnia może być trudne. Dlatego dzisiaj będę wyrozumiała. Zawsze jednak musisz przychodzić na umówiony czas. Spóźnienia - już niezależnie nawet od okoliczności - to brak szacunku dla drugiego kota. Rozumiesz?
Zamrugałem, cofając lekko głowę do tyłu. Nie odrywałem od niej moich wyłupiastych ocząt.
– Pff… Nie wiedziałem tego… – mruknąłem z zamyśleniem.
Poczułem się nieco niekomfortowo z tak bezpośrednią uwagą co do mojego zwyczajowego zachowania. Ale dobra. Skoro mówiła, że to dziś bez znaczenia no to bez znaczenia. Nie będę się przejmować, skoro mówiła, że mam się nie przejmować. Zamachałem ogonkiem na boki w wyczekiwaniu.
– To już wiesz. Dobrze… W takim razie możemy zacząć trening – jej ton stał się nieco łagodniejszy. – Dzisiaj tylko obejdziemy sobie całe nasze terytorium, żebyś miał mniej więcej pogląd na całość, a potem to wszystko będziemy doszczegóławiać.

***

Nie była to łatwa wyprawa. Terytorium nie było wcale aż tak duże, problem stanowiły moje braki w budowie fizycznej oraz warunki atmosferyczne. To znaczy, moje krótkie łapki sprawiały, że ledwo co wystawałem główką ponad warstwę śniegu. Cały czas zostawałem w tyle i mentorka musiała na mnie czekać. Jaśminowiec jednak nie komentowała tego w żaden sposób. Cierpliwie zwalniała tempo, bym mógł nadgonić, opowiadała, gdzie jesteśmy, co tu się znajduje, jakie rośliny tam rosną i jakie zwierzęta występują, na co uważać…
Za to moje futerko stawało się coraz bardziej nastroszone z nasilającej się irytacji.
W ten sposób obeszliśmy Owocowy Lasek, Upadłą Gwiazdę, potem Śliwowy Gaj, a następnie skierowaliśmy się w stronę starego buku, stanowiącego pomost nad rzeką dzielącą nasz teren.
Jaśminowiec zaczęła się wspinać po spróchniałym pniu, ale ja zatrzymałem się gwałtownie. Wytrzeszczyłem oczy jeszcze szerzej, nie patrząc na nic bezpośrednio i cofając główkę. Wyraz mojego pyska przypominał długą, cienką, poziomą linię. Futerko stało na moim grzbiecie już niemal całkiem pionowo. Byłem cały oblepiony roztapiającą się białą breją. W dodatku ten zapchlony śnieg nie chciał przestać skrzypieć! Prościej mówiąc - odczuwałem wszechobecną odrazę i irytację.
– A ja na to nie wejdę – stwierdziłem, tupiąc krótką łapką.
Mentorka uniosła lekko jedną brew.
– Hm? Dlaczego nie? Nie ma się czego bać. Woda jest zamarznięta, nie musisz się martwić, że do niej wpadniesz. A pień nie jest oblodzony, bo regularnie chodzą tędy patrole. Wskakuj.
– Nie! Nie! Usz! Ja chcę już wrócić! Teraz!
Jaśminowiec już otwierała pysk, żeby powiedzieć coś zapewne logicznego, jak i pocieszającego, ale ja nie dałem się tak łatwo. W jednej chwili nabrałem do płuc jak najwięcej powietrza, po czym wsadziłem główkę w najbliższą zaspę. Gruba warstwa białego puchu miło tłumiła wszystkie irytujące dźwięki (w tym głos pewnej kotki), światło i zapachy… tyle że powoli zaczynałem tracić czucie w pysku i uszkach. To jedyny minus.
– Ugh! Gronostaju! Co ty robisz?!
Za sobą usłyszałem gwałtowne skrzypnięcie śniegu a po nim kilka cichszych. Nagle poczułem, jak zęby mentorki zaciskają się na moim karku i podnoszą mnie w górę. Jakbym był jakimś kociakiem!
– USZ! AAA! – krzyknąłem, wybierając niesprecyzowane dźwięki zamiast słów.
Zacząłem desperacko machać łapkami, ale to nie pomogło. Mentorka nie puściła mnie, za to zaczęła iść w stronę pnia. Wskoczyła na niego bez większego problemu i zaczęła iść, zupełnie ignorując szamoczącą się niemo kulkę futra w swoich zębach. To jest, mnie.
– O nie! – mruknęła niewyraźnie. – Przeprowadzę cię przez nasze tereny W CAŁOŚCI i BEZ DYSKUSJI! Miał być trening to będzie.
Po chwili nieco się uspokoiłem. Zaczął docierać do mnie sens jej słów. Miała rację. Miał być trening. Plan był, że robimy obchód. Wszystko…wszystko się zgadzało. Wszystko miało… sens.
Łapki powoli opadły mi na brzuszek. Od tego szamotania śnieg całkiem się ode mnie odkleił.
– Pff… Możesz… możesz postawić mnie już. Możemy iść – burknąłem.
Mentorka westchnęła głęboko, po czym ostrożnie opuściła mnie na ziemię po drugiej stronie rzeki.
– Oj, Gronostaju… – pokręciła lekko głową na boki. – To będą długie księżyce…
Spojrzałem jej głęboko w oczy.
– Miałaś na myśli “mega prze-epickie księżyce”?
Kotka parsknęła.
– Nie. Miałam na myśli dokładnie to, co powiedziałam – zaczęła iść dalej.
Dorównałem jej kroku, teraz drepcząc po śniegu równo z nią.
– Nie, nie! Nie łapiesz po prostu. Gdy ktoś coś mówi, zwłaszcza w kontekście mowy potocznej czy sarkazmu, jest około trzydziestu ośmiu procent szans, że ma na myśli coś dokładnie odwrotnego. Więc, nawet gdy nie mam racji, to mam rację. Bo gdy to powiedziałem, to nie wiesz, czy też nie miałem na myśli przeciwieństwa…
– Uh. Zgubiłam się chyba. Że co? – kotka uniosła brew, uśmiechając się.
– Ughhh... – przewróciłem moimi ogromnymi oczkami z irytacją. – To ja może zacznę od początku.
– A może skupimy się na treningu? – zasugerowała. – Możemy sobie już darować resztę zwiedzania, ale skoro już tu jesteśmy, to przejdziemy się kawałek po rozlewisku i wrócimy do obozu. Ale jutro będzie powtórka, Gronostaju.
– To może skupimy się na treningu – przytaknąłem.
– Więcej cię nosić nie będę.
– Usz! Nigdy więcej! – wymamrotałem, otrzepując głowę na boki.

[1020 słów]

[20%]

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Czyhającej Mureny

Kiedy Czyhająca Murena wyszła, położyła się na swoim posłaniu, układając głowę na łapach. To była naprawdę trudna sytuacja. Niestety nie mogła tego ot tak zamieść pod dywan. Już raz to zrobiła, a jej córka chyba jednak zamierzała doprowadzić do zamknięcia tej sprawy. W takim razie, chcąc nie chcąc, musiała kiedyś przesłuchać Wężynowy Kieł.

***

Chciałaby to odłożyć w czasie, jak najdłużej się dało, ale nie potrafiła. Co chwilę męczyły ją myśli o tym, że taka sytuacja mogłaby się powtórzyć. Któraś z kotek mogłaby ponownie targnąć się na jej życie, a ona mogłaby nie mieć kogoś, kto by ją uratował. Zagadka byłaby rozwiązana, ale ona jeszcze nie wybierała się do Klanu Gwiazdy. Leżała na swoim posłaniu w pozycji bochenka, zastanawiając się nad tym wszystkim, kiedy do pnia sumaka wszedł Błękitna Laguna.
– Przyprowadź tu Wężynowy Kieł – rozkazała, przenosząc wzrok z ziemi na niego. Kocur popatrzył na nią zaskoczony. W klanie nie było to tajemnicą, że od kilku księżyców kotki się unikały… przynajmniej jednostronnie.
– Jaki miałby być powód tej wizyty? – zapytał zastępca z ciekawości, a może strachu o swoją… partnerkę. Na samą myśl robiło jej się niedobrze. Mimo spędzenia dużej ilości czasu z Rogatym Flamingiem będącym niejako dowodem na relację tej dwójki nadal nie potrafiła tego zaakceptować. Z wielu powodów.
– Nie musisz tego wiedzieć – ucięła.
– Zaraz po nią pójdę. Przychodzę do ciebie jednak z inną sprawą-...
– To może poczekać. Przyprowadź tu Wężynowy Kieł – zjeżyła się z irytacji. Zastępca ponownie nie ukrył zdziwienia i skinął łbem, po czym zniknął jej z oczu. Srebrna wypuściła powietrze nosem i wyrównała futro na karku, po czym podniosła się do pozycji siedzącej. Zdążyła jeszcze przejechać parę razy językiem po futrze na piersi, zanim nie zobaczyła wchodzącej do legowiska szylkretki. Od razu zaprzestała tej czynności i wyprostowała się, spoglądając na siedzącą wojowniczkę. Starała się utrzymać dostojną postawę, ale targały nią emocje, głównie te negatywne, co znacznie utrudniało jej zadanie.
– Chyba wiesz, dlaczego kazałam cię tu zawołać – zaczęła, próbując utrzymać oficjalny ton. Widok Wężyny tylko pogarszał sprawę i musiała grać na czas. Kotka obdarzyła liderkę spokojnym spojrzeniem zielonych oczu, przysuwając się do niej jednocześnie o kilka kroków.
– Nie wiem, Mandarynko – wymruczała z nutą słodyczy w głosie. Uszy księżniczki obróciły się do tyłu jakby ze stresu, a serce jej przyspieszyło. Odchyliła się trochę do tyłu, z trudem nie odwracając wzroku.
– Odsuń się – wycedziła. – Dla Ciebie Mandarynkowa Gwiazdo – dorzuciła po chwili, dopiero teraz rejestrując to jako błąd Wężyny. Kotka nie okazała po sobie większych emocji. Zgodnie z nakazem odsunęła się na swoje poprzednie miejsce, po czym przysiadła, wachlując się swoim ogonem.
– Chcesz mi może coś wytłumaczyć? – zapytała, nie będąc w stanie sformułować dłuższego pytania bez zaciśniętego gardła.
– Co konkretnie?
Wiele rzeczy” pomyślała pręgowana. W porę ugryzła się w język. Uszczypnęła się palcami w grzbiet nosa, zamknęła oczy i westchnęła ciężko w próbie uspokojenia emocji. Nie wiedziała, czy była zirytowana, zestresowana, czy speszona. Z powrotem popatrzyła na szylkretkę.
– Wydarzenia w dniu zamachu – doprecyzowała.
– Dlaczego nagle do tego wracasz?
Nie musiała jej niczego tłumaczyć, a przede wszystkim nie chciała tego robić.
– Odpowiedz na pytanie.
– Mandarynkowa Gwiazdo, przecież sama to widziałaś. Wyszłam na samotne polowanie, gdy nagle spostrzegłam, jak Czyhająca Murena czai się na ciebie za twoimi plecami! Nim zdążyłam do niej dobiec, było za późno, próbowałam ją z ciebie zrzucić, jednak ona przyszpiliła mnie do ziemi! Całe szczęście, że się obudziłaś, bałam się, że mnie zabije…
​​– Karmicielki zazwyczaj nie wychodzą na polowania. Szczególnie o świcie, zanim obóz się obudzi – zauważyła, mając nadzieję na znalezienie dziury w zeznaniach. Może wszystko było dużo prostsze, niż myślała? Może już znalazła winną i będzie mogła spać spokojnie?
– O jakiej innej porze miałabym wychodzić? – spytała jednolita. – Wieczorami z ukrycia wychodzą drapieżniki, a w dzień musiałam zajmować się Flamingiem. Świt był jedyną porą, o której mogłam wyjść z obozu, aby rozprostować kości i spędzić chwilę czasu w ciszy, sama ze sobą. Rogaty Flaming jest moim piątym kocięciem, sama przecież tyle miałaś i na pewno wiesz, jak ciężkie jest ich wychowanie... Proszę, Mandarynkowa Gwiazdo, uwierz mi. Do niedawna byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, nie wiem, co się stało, że nagle się ode mnie tak odsunęłaś... Czyżby Czyhająca Murena rozpowiedziała Ci o mnie przykre plotki?
– Stało się morderstwo, które być może ty popełniłaś – odpowiedziała zdecydowanie za szybko. Nie można było jej winić. Przeżywała dużo emocji na raz, a przecież to ona była ofiarą. – A to, co mówiła Murena, nie powinno Cię w tej chwili interesować – syknęła, zapominając na chwilę o formalności rozmowy.
– Nie, Mandarynkowa Gwiazdo. To zaczęło się już wcześniej i dobrze o tym wiesz – Wężyna niezrażona drążyła. ​​Czy kusiło ją, żeby powiedzieć wreszcie, o co chodziło? Wygarnąć jej to wszystko? Przyznać się? Tak. Ale dla dobra swojego i Klanu Nocy musiała odciąć się od Wężyny raz na zawsze. Nie mogła wrócić do tego, co było. Więź została zerwana. Czasu się nie cofnie. Nie miała już siły ani chęci na kontynuowanie tej rozmowy. I tak więcej by z niej nie wyciągnęła.
– Żegnam.
Kotka z pędzelkami na uszach ponownie nie dała po sobie nic poznać i po prostu wyszła. Po chwili do środka ponownie wszedł zastępca. Mandarynka nie dała mu nic powiedzieć. Po prostu wstała i wyszła. Przysiadła przed sumakiem i oparła głowę na łapie. Nie wiedziała co teraz zrobić. Nie miała wystarczająco dużo dowodów na winę żadnej z tych kotek, a myślenie o tym tylko podnosiło jej ciśnienie. Ta sprawa chyba pozostanie nierozwiązana. Westchnęła ciężko i podniosła wzrok, krzyżując go z Czyhającą Mureną.

<Mureno?>

26 lipca 2026

Wiosenne dolegliwości

Nadeszła Pora Nowych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Klanu Burzy:

Złota Wydma - gorączka
Rudzikowe Skrzydełko - infekcja ucha 
Lotosowy Pąk - ugryzienie przez szczura
Krokusowa Kruchość - ból głowy 
Jabłuszko - katar

Klanu Klifu:
 
Złamana Łapa - szkło w łapie
Wzorzysta Dal - wybicie barku
Słonka - infekcja gardła
Pajęcza Nić - biały kaszel
Słoneczne Oko - katar

Klanu Nocy:

Klekoczący Bocian - ugryzienie przez szczura
Liliowa Pieśń - kłopoty z oddychaniem
Pyza - bezsenność
Bzyczek - zwichnięcie tylnej łapy
Spopielona Alga - zranienie łapy

Klanu Wilka:
 
Wilczy Skowyt - przewianie
Ośnieżony Kryształ - wymioty
Krucze Pióro - swędząca infekcja
Nocny Śpiewak - katar
Tropiąca Łaska - gorączka

Owocowego Lasu:
 
Czereśnia - infekcja ucha
Purpura - ból zęba 
Kropla - przewianie
Całunka - gorączka
Śnienie - wymioty

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Mewa - kolec w łapie
Wełnista Mszyca - ból głowy 
Promienne Słońce - bezsenność

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Dziki Berberys - gorączka > osłabienie

Klanu Klifu:
 
Wszyscy wyleczeni!

Klanu Nocy:

Wymarzona Słodycz - niestrawność > wymioty > odwodnienie

Klanu Wilka:
 
Wszyscy wyleczeni!

Owocowego Lasu:

Mistral - bezsenność > halucynacje
Gołąbek - zranienie przedniej łapy > infekcja
Bratek - kocięcy kaszel > zielony kaszel

Samotnicy i Pieszczochy:

Czajka - szkło w łapie > infekcja

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Migoczącej Łapy CD. Pszczelego Lilaku

Migocząca Łapa leżał na ziemi, praktycznie rozpłaszczony jak naleśnik. Było mu zimno, a śnieg powoli moczył jego sierść, jednak chciał jak najbardziej wtopić się w otoczenie. Jego futro idealnie pasowało do takiej pogody. Biały puch otaczał ich z każdej strony i choć było go już trochę mniej niż na samym początku pory Nagich Drzew, dalej tworzył wspaniałe ukrycie dla Migoczącej Łapy, którego futro również było w większości tego samego koloru. Tworzyło to dla kocura idealne warunki. A co za tym idzie? Uczeń szybko postanowił, że będzie wykorzystywać ten atut jak najbardziej. Przecież w porę Zielonych Liści będzie całkowicie widoczny! Nawet nie chciał o tym myśleć. Wyobrażenie, że będzie musiał tarzać się w błocie, by tylko ukryć się przed zwierzyną, było dla niego prawdziwym koszmarem. Zwłaszcza że skończyłby z tym błotem na ogonie najpewniej do mianowania na wojownika. I choć chciał, by było to jak najszybciej, czyszczenie jego ogona było wielkim problemem i dla samego Migotu i dla kotów dookoła, które kiedykolwiek chciały doprowadzić kocura do porządku.
Błyskawicznie skulił łapy pod siebie, gdy tylko usłyszał lekki szelest. To musiała być zwierzyna! Bo przecież co innego?
Ustawił się w kierunku przeciwnym do podmuchów wiatru, by małe stworzenie go nie wyczuło. Migocząca Łapa pamiętał, że to jeden z głównych błędów podczas polowań. Sam zrobił już tak kilka razy, do czego nie chciał się przyznać, dlatego tym bardziej pilnował swojej pozycji. Gdy wyczuł odpowiedni moment, powoli zbliżył się do zwierzyny, a następnie koślawo skoczył na nią, ledwo zahaczając o jej malutkie ciałko.
– Poślizgnąłeś się? – usłyszał za sobą głos Firmamentowej Łapy, który to był wraz z nim na patrolu.
– Przestań, finalnie mi się udało! – powiedział i szybko odwrócił się do brata ze zdobyczą w pysku. – A ty? Ile złapałeś? Czy może twoja grzywka zasłoniła ci widoczność? – zapytał z przekąsem, chcąc odwrócić uwagę Firmamentu od jego koślawego skoku. Migot wiedział, że brat to widział. Wiedział też, że pewnie domyślił się, że wcale nie poślizgnął się na roztopionym śniegu, tylko zawalił ze zwinnością. Firmament nie był jednak typem osoby, która specjalnie przejęłaby się krzywym skokiem. Mimo to niebieski wolał udawać, że nic się nie stało.
Niedługo po tym musieli wracać. Migocząca Łapa z dumą niósł swoją zdobycz do obozu. Starał się iść z gracją jak Firmament, by tym bardziej zwrócić na siebie uwagę zazdrosnych przybłęd. W końcu przyniósł coś na stos! I to w porę Nagich Drzew. Każdy musiał o tym wiedzieć.
Gdy wrócił do obozu, uśmiech miał od ucha do ucha. Czuł się już jak prawdziwy wojownik. Nikt i nic nie mogło popsuć mu tego humoru!
– Cześć Migocząca Łapo! – nagle usłyszał głos Pszczelego Lilaku. Kotka brutalnie wyrwała go z zamyślenia, jak zwykle przyczepiając się do niego jak rzep. Jakby nie umiała się zająć sobą! Migocząca Łapa najchętniej potraktowałby ją tak jak Jajeczną Łapę. Wygarnął jej wprost, że nie będzie się z nią zadawać. Mimo to kotka dalej czasem się do niego zbliżała. Zachowywała się tak, jakby już mu wybaczyła! Jednak Pszczeli Lilak była inna. Ona była już wojowniczką, a wraz z tym miała więcej możliwości, których Migot nie posiadał. Ona była znacznie lepszym pionkiem, niż ktokolwiek w legowisku uczniów. Zwłaszcza że w legowisku uczniów i tak nie było nikogo, kto mógłby mu się sprzeciwić - wszyscy byli zdecydowanie zbyt łagodni, z czego kocur bezkarnie korzystał.
– Hej kupo futra! – powiedział w końcu. Musiał wykorzystywać fakt jego znajomości z wojowniczką. Nie mógł tego zaprzepaścić. Chwilę po tym do głowy przyszedł mu pewien plan, który dzięki randze "koleżanki", mógł się spełnić.
– Widzę, że udało ci się coś złapać. Gratulacje! Jak było na patrolu? – zapytała Lilak.
– Wspaniale, jak widać – mruknął uczeń i ruszył w stronę stosu ze zwierzyną, by odłożyć swoją zdobycz. Po tym odwrócił się w stronę kotki. – Jednak jeszcze bym zapolował. Powinienem przecież szkolić swoje umiejętności – zauważył. – Chcesz może urządzić mały konkurs łowiecki? Komu uda się złapać więcej zwierzyny do zachodu słońca. O nagrodzie pomyślimy później – mówił Migot bez oporów. Nie przejmował się zmianą nastawienia Pszczelego Lilaku. Kotka wydawała się cichsza niż zazwyczaj. Mimo to kocur nie zwracał na to uwagi, dalej tłumacząc jej plan. Wiedział przecież, że kotka nie odmówi.
– No dobrze... – mruknęła cicho Lilak. Nie wydawała się przekonana. Czyżby się bała? – Ale będziemy polować gdzieś blisko, dobrze? – zapytała nieśmiało. Migot prychnął rozbawiony.
– Boisz się? Ale niech ci będzie. W końcu i tak wygram, więc miej jakieś pocieszenie – zaśmiał się i nie czekając na jej odpowiedź ruszył w stronę wyjścia z obozu. Wojowniczka niepewnie poszła za nim, co chwilę się rozglądając. Jednak nikt ich nie zatrzymał. Nie miał kto. W końcu ona nie była już uczennicą.
Szli w ciszy, a po drodze Migot obmyślał swój plan. Wymyślił cały ten konkurs by tylko więcej potrenować. Musiał poćwiczyć swoją zwinność i szybkość jeśli chodzi o polowanie. Nie chciał nikogo zawieść, a oznaczało to szlifowanie wszystkich umiejętności.
Gdy doszli na miejsce Migot spojrzał na Lilak. W jego oczach było widać ten błysk, w dużej mierze oznaczający tylko kłopoty. 
– Gotowa? – zapytał formalnie, by cały konkurs przebiegł zgodnie z zasadami. W końcu był wojownikiem, a wojownicy nie oszukują w walkach, a w jego przypadku - w konkursach.

<Kupo futra? Gotowa?>
[833 słowa]

[17%]

Od Lśniącej Gwiazdy do Migoczącej Łapy

Jakiś czas po ucieczce Truskawki…

Więc... zniknęła.
Truskawkowe Pole odeszła.
Opuściła Klan Klifu.
Lśniąca Gwiazda przez dłuższą chwilę pozostawał nieruchomy, jego wzrok spoczywał na kamiennej ścianie legowiska, a myśli nieustannie krążyły wokół tych samych słów, jakby uporczywie próbował odnaleźć w nich sens, którego w rzeczywistości nigdy nie było.
Powinien był odczuwać gniew albo rozczarowanie, być może nawet żal, lecz zamiast tego jego wnętrze wypełniała dziwna pustka, nieprzypominająca żadnej emocji, którą potrafiłby jednoznacznie nazwać. Była bliska poczuciu straty, lecz jednocześnie pozbawiona bólu właściwego utracie kogoś bliskiego, przez co wydawała się zaledwie zniekształconym odbiciem prawdziwego cierpienia.
Nie brakowało mu Truskawkowego Pola.
Brakowało mu jedynie miejsca, które dotąd zajmowała.
Uniósł się powoli ze swojego legowiska, przeciągając się leniwie, aż mięśnie przyjemnie napięły się pod rudym futrem. Nie ruszył się jednak od razu. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, z głową opartą o kamienną posadzkę, a jego spojrzenie pozostawało wbite w sufit jaskini, jak gdyby z jakiegoś powodu nie potrafił skierować go nigdzie indziej.
Westchnął cicho.
Nie znosił tego miejsca.
Szare, nierówne ściany otaczały go z każdej strony, sufit zdawał się przytłaczać swoją ciężkością, a kamienna posadzka nie oferowała nic poza chłodem i monotonią. Jedynym urozmaiceniem były płytkie zagłębienia pozostawione przez wodę przed wieloma księżycami oraz cienkie rysy biegnące przez skałę niczym pajęcza sieć. Nawet zapach wydawał się nijaki — mieszanina wilgoci, zimnego kamienia i starego mchu, która z każdym oddechem coraz bardziej działała mu na nerwy.
Przymknął oczy, próbując wyobrazić sobie to miejsce zupełnie inaczej.
Kilka jasnych muszli ułożonych przy wejściu mogłoby odbijać światło wpadające do jaskini. Delikatne pióra największych ptaków zawieszone pod sklepieniem poruszałyby się przy każdym podmuchu wiatru, a świeże paprocie lub pachnące gałązki jałowca skutecznie przełamałyby wszechobecną szarość. Nawet kilka większych, gładkich kamieni o jaśniejszej barwie odmieniłoby wygląd legowiska.
Biel.
Ta myśl wywołała na jego pysku ledwie dostrzegalny uśmiech.
Biały kamień nadawałby temu miejscu elegancji. Kojarzył się z czystością, spokojem i godnością — dokładnie z tym, co, jego zdaniem, powinno otaczać przywódcę klanu. Jaskinia nie musiała być wystawna. Powinna po prostu budzić podziw, jeszcze zanim ktokolwiek przekroczy jej próg.
Szkoda tylko, że natura niezbyt chętnie współpracowała z podobnymi wizjami.
Jeszcze przez chwilę pozwolił sobie na te rozważania, zanim ostatecznie otrząsnął się z zamyślenia. Obowiązki nie miały zwyczaju cierpliwie czekać, aż ich przywódca skończy planować wystrój własnego legowiska.
Powoli podniósł się na łapy i starannie otrzepał futro z pojedynczych źdźbeł mchu, wygładzając je kilkoma spokojnymi ruchami języka. Dopiero gdy upewnił się, że prezentuje się nienagannie, skierował się ku wyjściu z jaskini.
Chłodne powietrze obozowiska natychmiast musnęło jego pysk.
Ruszył przed siebie charakterystycznym dla siebie krokiem — spokojnym, płynnym i pełnym gracji. Każdy ruch wydawał się dokładnie przemyślany, jakby nawet zwykły spacer stanowił część wizerunku, który od lat budował. Jedynie wprawne oko mogło dostrzec, że tego dnia tempo było odrobinę szybsze niż zwykle. Nie przyspieszał gwałtownie ani nerwowo, lecz z wyraźną chęcią jak najszybszego dotarcia do celu.
Od chwili opuszczenia legowiska czuł na sobie spojrzenia.
Nie różniły się niczym szczególnym od tych, do których zdążył przywyknąć przez księżyce sprawowania władzy, a jednak... coś było inaczej. Koty spoglądały na niego odrobinę dłużej. Niektóre milkły, gdy przechodził obok, inne szeptały coś do siebie, starając się robić to dyskretnie. Nikt nie powiedział ani słowa, lecz cisza, która zapadała wokół niego, wydawała się cięższa niż zazwyczaj.
Na zewnątrz nie pozwolił sobie jednak na najmniejszą zmianę wyrazu pyska.
Minął wodospad spokojnym, równym krokiem, podczas gdy kamienna posadzka obozowiska stopniowo ustępowała miejsca wilgotnej ziemi i miękkiej trawie, która uginała się pod ciężarem jego łap. Szum spadającej wody pozostawał jeszcze przez chwilę wyraźny, lecz z każdym kolejnym krokiem cichł coraz bardziej, aż w końcu rozpłynął się gdzieś za jego plecami, ustępując miejsca subtelniejszym dźwiękom lasu. Korony drzew poruszały się leniwie pod naporem wiatru, pojedyncze ptaki nawoływały się z oddali, a gdzieś pomiędzy paprociami przemknęło niewielkie stworzenie, którego nie zadał sobie nawet trudu śledzić wzrokiem.
Nie obrał żadnego konkretnego kierunku, ponieważ cel nie miał dla niego większego znaczenia. Od dawna wiedział, że ruch pomagał mu porządkować myśli znacznie skuteczniej niż bezczynne siedzenie, a rytm własnych kroków pozwalał rozplątywać nawet najbardziej zawiłe rozważania. Wystarczyło iść. Wtedy kolejne elementy układanki same zaczynały odnajdywać właściwe miejsce.
Przynajmniej zazwyczaj.
Tym razem jego umysł nie chciał jednak współpracować.
Jedna myśl płynnie przechodziła w następną, choć żadna nie prowadziła tam, dokąd rzeczywiście zamierzał dotrzeć.
W pewnym momencie uświadomił sobie, że w ogóle nie myśli już o Truskawkowym Polu.
Zamiast tego... myślał o sobie.
A konkretniej — o własnym wyglądzie.
Zawsze budził w nim cichą odrazę.
Nie znosił swojego pyska, ponieważ wydawał mu się zbyt pospolity. Nie znosił futra, którego kolor nie przywodził na myśl niczego dostojnego. Nie znosił oczu, choć nieraz słyszał, że błyszczą niezwykle jasno, ponieważ nawet one nie potrafiły zrekompensować reszty.
Coraz częściej odnosił wręcz irracjonalne wrażenie, że Klan Gwiazdy zadrwił z niego już w chwili narodzin.
Jak gdyby przodkowie świadomie zamknęli go w ciele, które miało być jego próbą.
Albo karą.
Pomarańczowe futro drażniło go od zawsze. Nie widział w nim ciepła ani szlachetności, lecz coś śmiesznego, niemal dziecinnego, a ciemniejsze cętki rozsiane po bokach przypominały mu zaschnięte grudki błota, których nie sposób było zmyć. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym trudniej było mu uwierzyć, że właśnie tak miał wyglądać kot wybrany przez przodków do przewodzenia klanowi.
Jedynie przednie łapy wydawały mu się godne uznania.
Ich jasne futro przywodziło mu na myśl księżycowe światło rozlewające się po tafli jeziora oraz gwiazdy rozsiane po nocnym niebie, dlatego czasami łapał się na tym, że patrzył właśnie na nie nieco dłużej, niż było to konieczne.
Reszta...
Reszta pozostawiała wiele do życzenia.
Cicho parsknął pod nosem.
Ironia tej sytuacji wydawała się niemal zabawna.
Jeszcze przed chwilą analizował ucieczkę swojej zastępczyni, zastanawiając się, jakie konsekwencje przyniesie ona dla jego pozycji, a teraz rozmyślał nad własnym futrem, jak gdyby to ono stanowiło największy problem.
Być może rzeczywiście nim było.
Truskawkowe Pole odeszła.
To stało się już faktem.
Jego wygląd natomiast pozostawał czymś, od czego nie mógł uciec, choćby poświęcił na to każde z pozostałych ośmiu żyć. Myśl o nowym zastępcy nie budziła już w nim większych emocji ponieważ — tak w sumie, to czystym przypadkiem — problem zdążył rozwiązać znacznie wcześniej. Nie potrzebował kolejnych godzin rozważań ani długich analiz, gdyż odpowiedź od dawna wydawała się oczywista.
Źródlana Łuna.
Była jego siostrą, a jednocześnie należała do wojowników cieszących się zaufaniem klanu, dzięki czemu jej mianowanie nie wywołałoby większego poruszenia. Nie była może kotką wybitną, lecz w tej chwili nie potrzebował błyskotliwości ani wielkich ambicji.
Potrzebował kota, którego zachowania nie będzie musiał nieustannie analizować.
A przede wszystkim potrzebował zastępcy, który nie ośmieli się pewnego dnia odwrócić od niego plecami.

***

Lśniąca Gwiazda powoli wspiął się na mównicę. Nie wyglądał na rozgniewanego. Wręcz przeciwnie — w jego spojrzeniu malował się smutek, a głos, gdy w końcu przemówił, był cichy i ciężki.
— Trudno jest mi pogodzić się z tym, jak wiele kotów ucieka z naszego klanu w ostatnich czasach. Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał patrzeć, jak ci, których uważałem za rodzinę, odwracają się od domu, który wspólnie budowaliśmy.
Przesunął wzrokiem po zebranych.
— Straciłem nie tylko wspaniałą zastępczynię. Straciłem przyjaciółkę. Partnerkę. Matkę moich kociąt. Kota, któremu ufałem bardziej niż komukolwiek innemu. Każdego dnia przypominam sobie rozmowy, które prowadziliśmy, wspólne decyzje i marzenia o przyszłości Klanu Klifu. Nigdy nie przypuszczałem, że pewnego dnia zostaną jedynie wspomnieniami.
Na chwilę opuścił głowę.
— Nie mogę również zapomnieć o Pchełkowym Skoku. Była jedną z najlepszych uczennic, jakie miałem zaszczyt szkolić. Odważna, bystra i gotowa poświęcić wiele dla klanu. Wierzyłem, że pewnego dnia stanie się wzorem dla kolejnych pokoleń. Dlatego tak trudno jest mi zrozumieć jej decyzję.
Westchnął cicho.
— Odchodzą nie tylko wojownicy. Odchodzą przyjaciele. Towarzysze polowań. Koty, z którymi dawniej dzieliłem legowisko, posiłki i troski. I każde takie odejście zostawia po sobie pustkę, której nie da się wypełnić jednym dniem ani jednym księżycem.
Zapadła cisza.
— Nie wiem, dlaczego do tego doszło. Być może mogłem zrobić więcej. Być może popełniłem gdzieś błąd. Być może były rzeczy, których nie dostrzegłem. A być może nie miałem wpływu na decyzje tych, którzy postanowili odejść.
Spojrzał prosto na swoich wojowników.
— Nie wiem również, ilu z was pewnego dnia spojrzy za granice naszego terytorium i pomyśli o tym, by pójść ich śladem. Nie wiem, ilu z was jeszcze zwątpi. Nie potrafię przewidzieć przyszłości.
Przerwał na moment.
— Ale wiem jedno.
Jego głos nabrał siły.
— Nie poddam się. Nie opuszczę tego klanu. Nie porzucę kotów, które zdecydowały się zostać. Nie odejdę, niezależnie od tego, ile bólu jeszcze przyniesie mi los. Dopóki oddycham, będę walczył o Klan Klifu. O jego przyszłość. O każdego kota, który wciąż wierzy, że to miejsce jest jego domem.
Na jego pysku pojawił się delikatny, aczkolwiek przyprawiony nutką zmęczenia uśmiech.
— Nie możemy pozwolić, by smutek odebrał nam nadzieję. Ci, którzy zostali, są dowodem na to, że Klan Klifu wciąż ma przed sobą przyszłość. Nie będziemy żyli przeszłością. Będziemy budować jutro. A skoro przed nami kolejne dni i kolejne wyzwania... klan potrzebuje zastępcy.
Lśniąca Gwiazda odwrócił głowę w stronę wybranej wojowniczki. W jego spojrzeniu nie było cienia wahania — decyzję podjął już dawno temu, a teraz jedynie dzielił się nią z resztą klanu. Na pysku przywódcy malowała się mieszanka jakby świadomość, że nie będzie musiał samotnie dźwigać odpowiedzialności za przyszłość Klanu Klifu, zdjęła z jego barków część ciężaru.
— Jest kotka, której lojalność, rozwaga i oddanie niejednokrotnie miały okazję się wykazać. Kotka, której ufam i o której wiem, że będzie wspierać ten klan nie tylko siłą własnych łap, lecz także mądrością swoich decyzji. Wierzę, że Klan Gwiazdy poprowadzi ją właściwą ścieżką i że nie zawiedzie zaufania, którym ją obdarzam.
Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech, a spojrzenie spoczęło na wybranej wojowniczce z wyraźnym uznaniem. Nie było w nim ani cienia teatralności; mówił spokojnie, z tą samą miękką pewnością, z jaką zwykł zwracać się do każdego członka klanu.
— Rolę mojego zastępcy obejmie Źródlana Łuna.
Po obozie przebiegł cichy szmer. Lśniąca Gwiazda nie odezwał się od razu, pozwalając, by szepty wybrzmiały i same ucichły. Dopiero wtedy ponownie uniósł głowę, a jego spojrzenie na moment zatrzymało się na kolejnych twarzach zgromadzonych, jakby chciał upewnić się, że żaden kot nie czuje się pominięty.
— Gratuluję ci, Źródlana Łuno. Wierzę, że wspólnie poprowadzimy Klan Klifu ku lepszym czasom.
Zamilkł na krótką chwilę. Zamiast pośpiesznie przejść do następnego tematu, dał wszystkim czas na przyjęcie tej wiadomości, po czym spokojnie przesunął wzrokiem po wojownikach, uczniach i starszyźnie.
— Jednak zmiany nie kończą się na tym.
Jego głos pozostał równie ciepły, lecz nabrał większej stanowczości. Nie podniósł go ani odrobinę; mimo to każde kolejne słowo zdawało się docierać do najdalszych zakątków obozu.
— Nastała nowa era. Era, w której wielu z nas czuje niepewność. Straciliśmy koty, które były nam bliskie, a ich odejścia pozostawiły w naszych sercach pustkę. W takich chwilach łatwo jest zwątpić, łatwo zapomnieć o tym, kim jesteśmy i co uczyniło Klan Klifu tak silnym.
Na moment opuścił wzrok, wyglądając tak, jakby sam wracał myślami do wspomnień, o których mówił. Kiedy ponownie spojrzał na zgromadzonych, na jego pysku nie było już smutku, a jedynie spokojna, niemal niewzruszona pewność.
— Nie zamierzam dopuścić do tego, by zwątpienie zapuściło korzenie w naszym obozie. Potrzebujemy wojowników, którzy własnym przykładem będą przypominać innym o wartościach, dzięki którym przetrwaliśmy tyle księżyców. Kotów, których lojalność wobec klanu nie podlega żadnym wątpliwościom, które swoją pracowitością, odwagą i uczciwością inspirują innych do stawania się lepszymi.
Między kolejnymi zdaniami robił krótkie przerwy, nie dlatego, by budować napięcie, lecz jakby starannie dobierał każde słowo. Mówił powoli i z namysłem, nie pozostawiając miejsca na gwałtowność czy emocjonalne uniesienia.
— Dlatego postanowiłem ustanowić nowy zaszczytny tytuł.
Jego uśmiech nieco się poszerzył, gdy dostrzegł zaciekawione spojrzenia. Nie komentował cichych szeptów ani wymienianych między wojownikami spojrzeń; cierpliwie czekał, aż uwaga całego klanu ponownie skupi się wyłącznie na nim.
— Przedstawiam wam... Jaśniejące Skrzydła.
Przez chwilę w obozie panowała cisza. Lśniąca Gwiazda wyprostował się, a jego ogon poruszył się leniwie za plecami, podczas gdy bursztynowe oczy z uwagą śledziły reakcje zgromadzonych.
— Jaśniejące Skrzydła będą wzorem dla całego Klanu Klifu. Otrzymają moje zaufanie i będą pomagać mi prowadzić klan ku lepszej przyszłości. To właśnie oni poprowadzą najważniejsze patrole, będą szkolić kolejne pokolenia wojowników i przypominać wszystkim, że dobro wspólnoty zawsze stoi ponad dobrem jednostki. Chcę, by ich postawa była światłem dla tych, którzy czują się zagubieni, i dowodem na to, że oddanie klanowi nigdy nie pozostaje niezauważone.
Nie było w jego głosie wyniosłości ani dumy z własnego pomysłu. Mówił o nowym tytule z taką naturalnością, jakby nie ogłaszał wielkiej zmiany, lecz przypominał wszystkim o czymś, co od dawna powinno istnieć. Przesunął spojrzeniem po zgromadzonych raz jeszcze, zatrzymując je na każdym jedynie przez krótką chwilę. Gest ten sprawiał wrażenie, jakby naprawdę dostrzegał każdego z osobna i każdemu dawał jednakową szansę.
— Mam nadzieję, że nadejdzie dzień, w którym wielu z was będzie mogło z dumą nosić miano Jaśniejącego Skrzydła. A ci, którzy otrzymają je jako pierwsi, pokażą całemu klanowi, że prawdziwa wielkość rodzi się nie z pychy ani siły, lecz z bezgranicznego oddania swojej rodzinie.
Zamilkł, pozwalając, by nad obozem zapadła cisza. Przez dłuższą chwilę nie mówił ani słowa, jedynie powoli przesuwał spojrzeniem po zgromadzonych. Zdawało się, że nie szuka nikogo konkretnego, a mimo to jego wzrok zatrzymywał się na kolejnych pyskach z zadziwiającą pewnością. Dopiero gdy odnalazł wszystkich, których zamierzał wyróżnić, uniósł lekko głowę.
— Psotny Nietoperzu, Postrzępiony Mrozie, Wzorzysta Dal, Skrzydlata Pogoń, Różeńcowe Serce... wystąpcie.
Wywołane koty wymieniły między sobą krótkie spojrzenia, po czym kolejno wyszły z tłumu i zatrzymały się u podnóża mównicy.
— Mocą autorytetu przywódcy Klanu Klifu nadaję wam tytuły Jaśniejących Skrzydeł.
Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech.
— Od tej chwili waszym obowiązkiem będzie nie tylko wierna służba klanowi, lecz również prowadzenie innych własnym przykładem. Chcę, by każdy wojownik, uczeń i kocię, patrząc na was, widział, czym jest oddanie, pokora i lojalność wobec wspólnoty. Będziecie przypominać innym, że prawdziwa siła nie rodzi się z pychy ani z pragnienia chwały, lecz z gotowości do poświęcenia własnych ambicji dla dobra wszystkich.
Na krótką chwilę zatrzymał wzrok na każdym z wyróżnionych kotów, jakby przekazywał im odpowiedzialność znacznie większą niż sam tytuł.
— Niech wasze decyzje będą mądre, słowa przemyślane, a czyny godne naśladowania. Od tej chwili jesteście głosem lojalności, strażnikami jedności i skrzydłami, które pomagają całemu Klanowi Klifu wznieść się wyżej.
Przez moment pozwolił, by wybrzmiała waga jego słów, po czym spokojnie przeniósł spojrzenie w stronę wyjścia z obozu. Uśmiech nie zniknął z jego pyska, choć jego głos nabrał bardziej rzeczowego tonu.
Ogonem wskazał prowadzący na zewnątrz tunel.
— Już wkrótce wyruszy patrol odpowiedzialny za wyprowadzenie Gąsienicowego Ogryzka z dala od granic naszego terytorium. Będzie on złożony w pełni z Jaśniejących Skrzydeł.
Raz jeszcze przesunął spojrzeniem po całym klanie. Na każdym pysku zatrzymywał wzrok tylko na chwilę, lecz wystarczająco długo, by każdy mógł odnieść wrażenie, że został zauważony.
— Dziękuję wam za wysłuchanie mnie. Niech Klan Gwiazdy czuwa nad każdym z was.
Po tych słowach skinął głową na znak zakończenia zebrania i zszedł z mównicy spokojnym, opanowanym krokiem, podczas gdy obóz powoli wypełnił się szmerem rozmów.

***

Wiatr szarpał jego rudą sierścią, wprawiając w ruch dłuższe kosmyki na karku i ogonie, gdy spokojnym krokiem przemierzał leśną ścieżkę. Tuż obok niego szedł Migocząca Łapa, a ich łapy cicho ugniatały miękką ściółkę usłaną igliwiem i opadłymi liśćmi. Wysokie pnie sosen pięły się ku niebu, kołysząc się lekko pod naporem wiatru, podczas gdy niskie krzewy porastające skraj ścieżki szumiały cicho przy każdym silniejszym podmuchu.
Wieczór powoli obejmował swoim ramieniem tereny Klanu Klifu. Ostatnie promienie słońca ustępowały miejsca chłodniejszym barwom, a granat nieba z każdą chwilą stawał się coraz głębszy. Pomiędzy koronami drzew zaczynały przebijać się pierwsze gwiazdy, nieśmiało rozświetlając ciemniejący firmament. Powietrze stawało się coraz świeższe, niosąc ze sobą zapach żywicy, wilgotnej ziemi i odległego strumienia.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie odzywał. Lśniąca Gwiazda zdawał się pochłonięty własnymi myślami, a jego żółtawe oczy spokojnie wędrowały po otaczającym ich lesie. Co jakiś czas spoglądał na ucznia kątem oka, jakby próbował odczytać z jego postawy coś, czego nie dało się wyrazić słowami.
W końcu przerwał ciszę, nie odwracając przy tym wzroku od ścieżki.
— Myślałem nad tym, jaką umiejętność powinieneś dziś poznać.
Na jego pysku pojawił się delikatny uśmiech.
— Rozważałem tropienie, walkę, a nawet kilka rzeczy, których większość mentorów nie pokazuje swoim uczniom aż do późniejszych księżyców. Doszedłem jednak do wniosku, że nie chciałbym podejmować tej decyzji za ciebie.
Spojrzał na Migoczącą Łapę z łagodnym zainteresowaniem.
— Powiedz mi więc... czego sam chciałbyś się nauczyć? Co uważasz za umiejętność, która najbardziej przyda ci się jako przyszłemu wojownikowi?
Jego głos pozostał ciepły i spokojny, pozbawiony choćby cienia nacisku. Sprawiał wrażenie kota szczerze zaciekawionego odpowiedzią swojego ucznia, gotowego wysłuchać każdej propozycji z taką samą uwagą.

[2727 słów - trening Migoczącej Łapy]

[27%]

<son??>