BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 czerwca 2026

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!

 BARSZCZOWA ŁODYGA
Powód odejścia: decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: starość

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Barszczowej Łodygi

Upalne dni przysparzały kotom masę niedogodności. Brakująca woda, susza, a po kilku dniach tak ulewna burza, że strach było wyjść na zewnątrz. Wszystko były zalewane, nieostrożne kociaki mogły się nawet podtopić, gdyby wyszły na zewnątrz.
Barszczowa Łodyga, najstarszy wraz ze swoim bratem kot w Klanie, czuł, że kończy mu się czas. W starych kościach mógł wyczuć przychodzącą ku niemu śmierć. Jakby jej chłodny oddech zmierzwił mu sierść na karku… a w nocy próbowała odebrać mu duszę. Budził się bez dechu, czasem nie mógł w ogóle zasnąć. Był tym nieco zestresowany, dopóki nie zrozumiał, o co chodziło. Wystarczyło, by pogodził się z tym, że umiera. Z bólem, który mu towarzyszył przy każdym wstawaniu, myciu łap czy podnoszeniu jakichś rzeczy. Sylwetka chudnąca w oczach, oczy zachodzące mgłą oraz wąsy, które z każdym wschodem słońca opadały coraz niżej. Sierść na pysku miał całkowicie szarą, nawet na łapach mógł dostrzec takie przebłyski, jakby życie nie pozwalało mu zapomnieć, w jakim był wieku.
Barszcz na początku bał się umierać. Nie chciał zostawiać Nieustraszonego Chomika, czy Poczciwego Szakłaka, martwił się również o Biały Strumień, który był wyraźnie bardziej zdołowany, niż wcześniej. Jego obawy sięgały również aktualnych uczniów, którzy sprawiali niemałe problemy, oraz Zawodzącego Echa, który lada chwila zostanie oficjalnym Liderem i pójdzie odebrać życia. Czy Klan Burzy pozostanie zdrowy i silny? Czy Przodkowie może planują dla nich Próby?
Barszcz nie wiedział, a nie będzie miał również okazji, by otrzymać odpowiedzi na swoje pytania. Tej nocy, leżąc na swoim mchowym posłaniu, wiedział, że ten sen będzie jego najdłuższym. Biorąc ostatnie wdechy, myślał o swojej rodzinie i bliskich. Życzył Nieosutraszonemu Chomikowi dużo cierpliwości oraz siły, by mogła mierzyć się z trudnościami losu. Poczciwemu Szakłakowi chciał życzyć mnóstwo miłości i wiary w siebie, radości. Barszcz żałował, że nie był lepszym ojcem. Może z zaświatów będzie mógł zsyłać synowi jakieś dobre znaki? A Pchełka… jego córeczka, mieszkająca w Klanie Klifu, jak się miała? Była zdrowa, szczęśliwa? Nie miał okazji się dowiedzieć, będąc zbyt starym na dalekie wycieczki na Zgromadzenia czy spotkania na granicach Klanów. Uznał więc, że jest silna i na pewno daje sobie radę w tamtym Klanie.
Gdy już życzył bez słów każdemu tego, co chciał, mógł powitać śmierć. Ponownie czując chłodny oddech na karku, sztywniejące mięśnie oraz poczucie, że tracił kontrolę nad własnym ciałem. Położył bezsilnie głowę na mchu, zamknął oczy i przestał walczyć z tym uczuciem. Wziął wdech, a wraz z wydechem pozwolił, by śmierć zabrała jego duszę na Srebrną Skórkę.

Dziękuję wszystkim za możliwość stworzenia wraz z Wami interesującej fabuły! Barszczyk miał udane życie, a mi się bardzo miło nam pisało :D

11 czerwca 2026

Od Niezapominajkowej Nadziei CD. Trzcinowego Szmeru

Księżyce temu leżała obok kotki, zwierzały się sobie z sekretów, czyściły sobie nawzajem futra, dzieląc się swoimi marzeniami, a teraz kotka miała partnera, kocięta… Gdzie Niezapominajka popełniła błąd? Może powinna była spędzać z nią więcej czasu? Wbijała teraz pazury w ziemię, patrząc tępo na pazury, które nie tak dawno drapały wściekle po jej ojcu. Wzdrygnęła się, w końcu wstając. Nie była pewna co do odwiedzin kotki, jednak nie odzywanie się do niej też nie było wcale najlepszym pomysłem. Westchnęła, gdy nagle do jej boku podszedł jej ojciec. Klan Nocy nadal był pewien, że powodem jego ran były borsuki, a ona sama nie potrafiła sobie spojrzeć w oczy w odbiciu kałuży, wiedząc, że to ona go tak urządziła. On sam jednak nie wydawał się być zły. Może to było w tym wszystkim najgorsze? Teraz usiadł obok córki, zerkając na jej drgający nerwowo koniuszek ogona. Ona nadal stała, patrząc na żłobek. Jej ojciec westchnął.
— Wiesz, myślę, że powinnaś ją odwiedzić. Wiem, że to boli, ale przyda się jej teraz wsparcie, wiesz? — kocur patrzył na nią nadal, wręcz ciepłym wzrokiem. Musiała przyznać, że ciężko było się przyzwyczaić do posiadania jakiejkolwiek faktycznej rodziny obok siebie. Szczególnie wtedy, gdy nikt inny nie wiedział o ich spokrewnieniu. Przyzwyczaiła się do osamotnienia. Gdyby tak pomyśleć, to Trzcinowy Szmer była jedyną najbliższą osobą, jaką dotąd miała przy sobie. Jej futro nastroszyło się na tą myśl, jednak od razu wygładziła je językiem. Jej ojciec skinął w stronę żłobka, na co ta w końcu po chwili ruszyła się, przełykając ślinę. Myślała cały czas o tym, co powiedziała jej księżyce temu kotka i ona sama jej. Kotka zabiła członka rodziny, ale Niezapominajka nigdy jej nie oceniała za ten czyn. W dodatku wiedziała, że sama teraz nie jest niewiniątkiem. Jednak Trzcina też znała jej najskrytszy sekret, mianowicie jej pochodzenie. Łapy same w końcu poniosły ją do żłobka, co zauważyła dopiero wtedy, gdy się tam znalazła. Trzcinowy Szmer patrzyła czule na dwie kulki u swojego boku. Niezapominajkę przeszedł dreszcz na myśl, że mogły być jej. Że mogły razem znaleźć kocięta na granicy, tak jak to ją samą znaleziono. Ruszyła w stronę kotki, czując lekki dyskomfort. Głowa jej wirowała, ostatni raz widziały się gdy wróciła z Kijankowymi Moczarami po “ataku”.
— Niezapominajkowa Nadziejo? Już myślałam, że mnie nie odwiedzisz. — usłyszała dymna, co wyrwało ją z myśli po raz kolejny, a wirowanie zastąpione zostało… Smutkiem. Nie dała po sobie tego poznać, jednak kojący głos szylkretki był dla niej czymś, czego mogłaby słuchać o wiele częściej, obok siebie, jak kiedyś gdy miały legowiska tuż obok siebie. Teraz jej legowisko było puste, może nawet bliższe tego, które zajmował Żmijowiec…
— Tak, przepraszam, że nie od razu, po prostu po tym ataku…
— Nie musisz mi tłumaczyć. To musiało być straszne, atak w obozie już sam w sobie był okropny… Rannych było sporo. — odpowiedziała kotce, zakrywając kocięta ogonem, jakby borsuk znów miał się wyłonić zza rogu. Gdyby tylko wiedziała…
— Było. Szczególnie dla Kijankowych Moczar… — usiadła, patrząc na swoje łapy, turlając pod nimi jakiś kamyczek, który się pod nimi akurat znalazł.
— Wyglądał okropnie… Dobrze się ostatnio dogadujecie, chyba wspólna walka was zbliżyła do siebie, co?
— Tak, tak… Cieszę się, że przeżył. Faktycznie trochę się zbliżyliśmy. — Wspólna walka była czymś innym w głowie Trzciny, a głowie dymnej. Niezapominajkowa Nadzieja odepchnęła kamyczek w bok, czego pożałowała, bo jednak nie miała czego zrobić z łapami, a powietrze robiło się dla niej gęste. Mogłaby je ciąć pazurami. W końcu spojrzała na przylegające do jej boku puchate maluchy. Jej serce delikatnie zakłuło, jednak uśmiechnęłą się. — Jak tam twoje kocięta? Żmijowa Wić wydaje się być dość dumny z siebie, z tego co zauważyłam.

<Trzcinowy Szmerze?>

09 czerwca 2026

Od Kalinowego Powiewu

Słońce przebijało się dość ostro przez wysokie korony drzew iglastych, rzucając przepełnione gorącem promienie na grzbiety kotów, które wyłoniły się dzisiejszego dnia z legowisk. Kalinowy Powiew czuła się tak, jakby była chodzącą kulą ognia. Poduszki łap piekły ją, gdy wchodziły w kontakt z wysuszonym, twardym gruntem, nieporośniętym ani kępką trawy. Trafiła jej się akurat taka mini łysa… “połać”, która jeszcze za poprzedniej pory dumnie prezentowała swoją gęstą, trawiastą grzywę. Skwar nie służył nikomu, wody, zdawało się, było coraz mniej, a spragnionych i zmęczonych kotów coraz więcej. Jak dobrze, że Wilczacy nie musieli polować na ryby. Dla Klanu Nocy takie susze musiały być szczególnie dotkliwe, tak myślała niebieska. Co prawda na nich to również wpływało, ponieważ zwierzyna wyruszała w podróż w celu odnalezienia lepszego, większego źródełka, aczkolwiek nadal nie mogli narzekać, mieli, na razie czym napełniać brzuchy, a każdy patrol powracał z owocnych łowów.
Dzisiejsze grupki miały mieć tyle samo szczęścia, co każda inna do tej pory, a może nawet i o włos więcej. Doszły ją ostatnio słuchy, iż Klan Wilka powiększył się o następnego członka, który zresztą miał imię – Szalej. Kocica z zaciekawieniem rozglądała się w wejściu do legowiska medyka za kocurkiem, zastanawiając się, co z niego wyrośnie. Została wysłana na patrol graniczny, podczas którego jej myśli przeniosły się na inny tor, zostawiając młodego w spokoju. Żółtooka rozmyślała nad tym, czy złapanie królika sprawiłoby jej szczególną trudność – może łatwiej dla niej byłoby złowić rybę? Wyobraziła sobie siebie, wspinającą się na drzewo, tylko po to, żeby zeskoczyć z niskiej gałęzi na nic niespodziewającego się królika, skubiącego trawę gdzieś u podnóży wielkiego drzewa. Na samą myśl uśmiechnęła się nieco. Może i by jej się udało go dogonić bez konieczności wspinaczki, chociaż miały długie łapy i niezwykle wielkie uszy, albo by ją usłyszał z daleka, albo by jej zdążył uciec do jednej z pobliskich norek, które miał wykopane nieopodal, a wraz z nim jego towarzysze. Z tego, co się orientowała, Ognikowa Słota przepadała za uszakami. Chociaż Kalinowy Powiew nie miała powodów do tego, by przynosić jej takie upominki, raczej, prawda?
Przechodząc obok kociarni, w celu odłożenia swojej zdobyczy, do jej uszu doleciał znany jej głos mistrzyni. Z pewnością przeprowadzała właśnie niezwykle istotną rozmowę z nowym kociakiem, z każdym tak robiła. Co prawda zdobycz Kalinki była licha w porównaniu do takiego wielkiego grzywacza leżącego obok, czy nie mniej utuczonej wiewiórki, to Kalinowy Powiew nie miała powodów do wstydu, przyniosła dwie nornice, tyle musiało na dzisiaj wystarczyć. Zajrzała do żłobka, stawiając czujnie uszy. Spojrzenie rudego przeszło na nią prędko, a zaraz potem została również obdarzona kontaktem wzrokowym z ciemnymi, guzikowatymi oczami.
— Usiądź, Kalinowy Powiewie, opowiadam właśnie Szalejowi o tym, jak wspaniałe dostał szczęście od Mrocznej Puszczy, że trafił właśnie na nasz patrol — miauknęła, uśmiechając się szeroko i mrużąc delikatnie oczy.
Szara kocica przysiadła obok, owijając ogon wokół swoich łap. Ognikowa Słota powróciła wzrokiem do młodzika.
— Więc wracając do tego, na czym skończyliśmy… Na naszych terenach rośnie drzewo, pnące się tak wysoko, wygląda złowieszczo i krąży wokół niego wiele, wiele plotek. Większością straszy się niegrzeczne kociaki — powiedziała, układając się wygodnie. Jedną łapę podłożyła sobie pod brodę, a drugą pazurem zaczęła rysować coś na wzór obrazu w ziemi, który szybko przetarła poduszką. Ponowiła próbę uderzenie serca później. Wyrysowała dość poprzerywane, niewyraźne drzewo, aczkolwiek robiło robotę. Przypominało nawet te, o którym wspominała. — Jeśli trochę podrośniesz, to cię tam zabiorę — dorzuciła chętnie, patrząc raz jeszcze na rudego srebrnego.
Szalej przez cały ten czas milczał, raz po raz kiwając głową, żeby nie było, że nie słucha, a przynajmniej tak wydawało się wojowniczce. Może się wstydził? Albo bardzo się bał? W końcu siedziały przed nim zupełnie obce mu, dwie kocice. Chociaż teraz, należąc do klanu, musiał przyzwyczaić się do takiej kolei rzeczy. Jeszcze wiele obcych, nowych pysków mu mignie przed kufą… czy tego chciał, czy nie.

Od Tawułowej Bryzy

Czasy teraźniejsze

Mimo że wciąż był wojownikiem Klanu Klifu, czuł się bardziej jak samotnik. Większość czasu spędzał samotnie na klifach, Złotych Kłosach, a nawet kilkukrotnie zdecydował się postawić łapę na terenach niczyich. Częściej go nie było w obozie, niż był, a gdy już udało mu się zajrzeć za wnękę wodospadu, odłożyć upolowaną zwierzynę i zamienić parę słów z rodziną, szybko wyczerpywał baterię społeczną. Mimo że nie zaglądał do żłobka, doszły go słuchy, że Lśniąca Gwiazda doczekał się dwójki synów. Tawułowa Bryza miał nadzieję, że kocięta nie wdadzą się w swoich rodziców. Może dzięki Jastrzębiemu Zewowi wyrosną na lojalnych wojowników Klanu Klifu, bo wątpił, aby zarówno szylkretka, jak i rudy kocur zadbali o to, aby na pierwszym miejscu stawiali dobro i przyszłość klanu.
– Tawuła...
Wzdrygnął się, gdy usłyszał głos Pchełkowego Skoku. Porozmawiał z nią jakiś czas temu i zdecydował się wyznać, że przeprowadził rozmowę z Lśniącą Gwiazdą, która w głównej mierze kręciła się wokół jej osoby. Pamiętał, jak go nieco złoiła za to, że sam udał się przed oblicze lidera, jak i również podziękowała, że Tawuła w nią aż tak bardzo wierzy, uważając, że byłaby godna miana zastępczyni.
Wciąż uważał, że Pchełkowy Skok byłaby kotem dzięki, któremu Klan Klifu podniósłby się po tylu klęskach, które ich spotkały. Byłaby idealną zastępczynią, taką, której Klifiacy potrzebowaliby w tych czasach. Nawet jeśli w jej spojrzeniu oraz pysku krył się w tym momencie smutek. On to widział, więc pozostali wojownicy również musieli wiedzieć. Mimo to milczeli.
– Rozświetlona Skóra się o ciebie martwi – zamruczała, po czym dodała. – I nie tylko on.
– Niepotrzebnie! Wszystko jest w porządku – na jego pysk wkradł się uśmiech. – Przecież dalej jestem wojownikiem, który sumiennie wypełnia swoje obowiązki... – wskazał na kraba, którego udało mu się upolować. – Po prostu od dusznego legowiska wojowników wolę gałąź, z której mogę być bliżej Srebrzystej Skóry – miauknął.
Chcąc uspokoić swoją starszą przyrodnią siostrę, która odpowiadała za jego trening, zbliżył się do niej i zetknął czołem. Może ojca również powinien uspokoić i zapewnić, że rozmowa przeprowadzona z Lśniącą Gwiazdą była prowadzona w miarę przyjaznym tonie?
– Muszę już iść. Zapolować – miauknął, cofając się od kocicy. – Mogę mieć do ciebie prośbę, Pchełkowy Skoku? Przypilnuj, aby żaden z wojowników nie zajął mojego legowiska. Mam w nich pochowane muszle oraz kolorowe kamyki. Nie chciałbym, aby żaden obcy koci zadek na nich leżał – parsknął. – Kiedyś ponownie się na nim położę, ale na razie, niech pozostaje puste.
Czy to był swego rodzaju sprzeciw Tawułowej Bryzy wobec rządów Lśniącej Gwiazdy i jego partnerki? Być może. Jednak dobrze się czuł, nie musiał widywać zbyt często ich pysków, jak i słyszeć ich głosów. Jedynie żałował, że tak rzadko widywał się z Pchełkowym Skokiem, Promiennym Słońcem, Słonecznym Okiem, Rozświetloną Skórą oraz nawet z Jastrzębim Zewem. Cieszył się jednak, wiedząc, że z jego powodu jego bliskim nic się nie stało. Ojciec mieszkał w starszyźnie, a matka wciąż pozostawała wieczną królową. Wszystko było na swoim miejscu. No, nie wszystko, ale patrząc na jego bliskich, owszem.
Pożegnał się z siostrą, po czym ruszył z powrotem ścieżką wzdłuż klifów, prowadzących na ich szczyt. Sprawnie pokonał odcinek, który jeszcze, gdy był uczniem, budził w nim przeogromny strach. Skupił spojrzenie na rozpościerającej się przed nim trawie, po czym ruszył naprzód biegiem, wpatrując się w gwieździste niebo.

Od Modrogończyka

Gończyk smacznie spał, przytulony do swojego rodzeństwa, jak i boku matki. Czarna kocica, co jakiś czas przejeżdżała językiem po grzbiecie młodych, pielęgnując ich futerka. W końcu jednak zaintrygowana jednym ze swoich kociąt przybliżyła swój pysk i wpatrywała się w mordkę brązowego samczyka. Obwąchała malca, na co ten po raz pierwszy w ciągu dnia cicho pisnął. Zazwyczaj starał się nie wokalizować swoich potrzeb, jednak podmuch z nozdrzy prosto w jego mały pyszczek nie był tym, czego pragnął.
– Wygląda jak mały Czereśnia – mruknął jakiś kot, który przebywał razem z nimi w kociarni. – Łatwo go dostrzec, nawet z daleka. Reszta kociąt z łatwością kamufluje się w twojej sierści, Purchawko.
Kolejny pisk opuścił pysk Modrogończyka, tak jakby pragnął się pokłócić ze starszym kotem, który przeszkodził im w odpoczynku. Co prawda, to własna matka go wybudziła ze snu, ale jej to mógł wybaczyć. Najpewniej zasnąłby chwilę później, ale ktoś musiał ich odwiedzić.
– Jak je nazwałaś?
– Łza, Psianka, Zew – kocica wskazała kolejno końcówką ogona na młode, które kotłowały się u jej boku. I faktycznie, pomimo zdobiącej ich ciałka bieli, jako czarnuszki zlewały się z ciemnym futrem matki. – A mały Czereśnia nazywa się Gończyk. Modrogończyk.

~~~

Gończyk w końcu otworzył oczka i mógł na własną łapę zobaczyć, jak piękny jest świat. Siedział w wejściu do kociarni, z zaciekawieniem przyglądając się kotom, krzątającym się w obozowisku. Całkowicie stracił zainteresowanie rodzeństwem oraz starszymi kociętami. Po prostu musiał od nich odpocząć.
Ostrożnie się przesunął w bok, gdy jeden z wojowników, niosący posiłek dla matki, zbliżył się do kociarni.
– Co tam, Gończyku? Kogo tam wypatrujesz? – Sajgon poczochrał czekoladowego kocurka po łebku, starając się być miły dla kociaka, łączącego dwie społeczności. – Jeszcze chwila i opuścisz kociarnię. Póki możesz, baw się i ciesz się chwilą. Jako uczeń zatęsknisz za beztroskimi czasami w kociarni.
– Czyim uczniem zostanę? – spytał
– Mhm. Możesz zostać wojownikiem, zwiadowcą lub stróżem. Uzdrowicielem lub zielarzem, chociaż w lecznicy mamy chyba wystarczająco kotów – kocur się zamyślił.
– A szaman? Można się uczyć na szamana? Jak mama... – przechylił łebek, wlepiając spojrzenie w kocice. – Bo widzisz, Panie Sajgonie, do mnie chyba Wszechmatka przemawia, jak do mamy...
– Wszechmatka do ciebie przemawia...
– Mhm. Dzisiaj śniło mi się, że latałem. Chyba. N-nie wiem, jak to jest latać, ale miałem skrzydła i mogłem się bardzo szybko poruszać wśród drzew. Słyszałem miły głos jakiejś Pani i myślę, że to była Wszechmatka...
– No proszę. A jesteś pewny, że to nie głos Purchawki, próbującej cię wybudzić ze snu? – zaśmiał się Sajgon. – Miałem podobną sytuację. Kiedyś śniła mi się gadająca ropucha, a okazało się, że to mój mentor próbuje mnie wybudzić ze snu, abym mógł udać się z nim na trening...
Gończyk zrobił nadąsaną minę. Przecież potrafił rozróżnić głos matki. Głos Pani ze snu brzmiał całkowicie inaczej, ale również w nim było matczyne ciepło. To na pewno musiała być Wszechmatka!
Został wyminięty przez Sajgona. Oparł łebek na stopniu i westchnął. Może ten głos ze świata snów pomoże mu w podjęciu decyzji, dotyczącej tego, jaką ścieżkę powinien wybrać?

Od Kropli do Koniczyny

Kropla była szczerze zaskoczona, że dostała ucznia. I to starszego od siebie! Przez moment nie wierzyła, że ma uczyć Koniczynę – sądziła, że to jakiś głupi żart. Ale potem niebieski kocur sam do niej przyszedł.
– Kroplo? – zapytał.
– Tak…? – odpowiedziała niepewnie.
– Kiedy zaczniemy treningi?
Kotka zawiesiła się moment, jakby nadal próbując to wszystko przeanalizować. Nie udało się jej.
– Jutro – odpowiedziała cicho.
I następny dzień nadszedł dużo szybciej, niż kotka by chciała. Na początku wciąż trochę w to wszystko nie wierzyła, ale nic przecież nie mogła zrobić. Była teraz mentorką, musiała dać z siebie jak najwięcej. Dlatego, gdy tylko wywlekła się ze swojego posłania, poszła do posłania uczniów. Wzrokiem odnalazła Koniczynę i podeszła do niego.
– Powiedz mi… Co dokładnie potrafisz? – zapytała, uciekając gdzieś wzrokiem.
Nie chciała, aby niebieski musiał przechodzić drugi raz taki sam trening. Jeśli pozna dobre i słabe strony ucznia to będzie wiedziała, nad czym musi bardziej popracować.
– Wspinać się na drzewa i nawigować w tunelach.
Kotka pokiwała głową. Cóż, przynajmniej wspinaczkę miała z głowy…
– To zaczniemy od czegoś łatwego. Chodź.
Razem poszli nazbierać patyków, liści i mchu. Stróż nie odzywał się praktycznie wcale, czasem tylko wybierał lepszą rzecz.
– Teraz jest nas więcej. Więc trzeba zbudować posłania – uśmiechnęła się ciepło.
Zaczęła wyjaśniać, jak to się robi, przy okazji też pokazując. Była raczej cicha i cierpliwa, gdy Koniczyna sobie nie radził.
– Spokojnie. Za pierwszym razem nie wychodzi – poprawiła legowisko, aby to się trzymało, a potem przyjrzała się kocurowi.
Na jego ciele widniały blizny i Kropla zastanawiała się, skąd są. Nie mogła też powiedzieć, że czuła się szczególnie bezpiecznie przy kocurze, ale nie mogła narzekać. Jedynie co ją zastanawiało to, dlaczego były wojownik nie chciał znów obrać tej samej ścieżki. Byłoby łatwiej.
– Dlaczego stróż? – zapytała cicho.

<Koniczyno?>

Od Borowika CD. Iskrzyka

Zamrugałem niepewnie. Spojrzałem w ziemię, marszcząc brwi.
– Uh. Przezwisko…? W sensie…
– No, wiesz, taka ksywka! Słowo, którego mógłbym używać do… nazywania cię – zwiadowca wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
– Znaczy… imię?
– Nieee! To coś jak… imię dla znajomych.
– Aaa… No tak, tak. Hm. To może… „Borowik”? – mruknąłem. Lekko zadrżała mi końcówka ogonka.
Nigdy jeszcze nie miałem własnego przezwiska tudzież ksywki. Z reguły wszyscy mówią mi po prostu po imieniu, ewentualnie używając słowa opisującego moją relację z nimi, na przykład „brat” albo „uczeń”. Czasem zwracając też uwagę na moje nieprzeciętne predyspozycje umysłowe, posługując się określeniami jak “Geniusz”, “Mędrzec” czy też “Wirtuoz”... uh… no dobra, może nikt tak nie mówi, ale… nie znaczy to, że nie mogliby.
– No nie! Ty już jesteś „Borowikiem”, Borowiku! Nie liczy się. Musisz wysilić kreatywność. To poważna sprawa. Z przezwiskami nie ma żartów, młody – rzekł poważnym tonem, choć widziałem, jak drgają mu wąsy z rozbawienia, którego źródła nie jestem do końca w stanie zidentyfikować.
Wyprostowałem się do siadu.
– Ale… nie, nie. Nie. Słuchaj. Bo tu… nie chodzi o to, by wymyślić mi… „ksywkę”. Chodzi o to, bym był pewnego rodzaju nośnikiem idei „ksywki”. Uh. Nie… nie muszę mieć… prawdziwej takiej. Wystarczy imię, a ono równie dobrze dla jakiegokolwiek innego kota niebędącego mną mogłoby ksywką być. No i łatwiej zapamiętać też. Tak.
Kremowy uniósł brew.
– Hmm… Niech pomyślę… – zamilkł na chwilę, faktycznie zamyślając się. – Nie.
– Ugh. Nie to nie – strzepnąłem głową.
Ułożyłem się z powrotem na brzuchu, kładąc pysk między łapami.
– A może… „kapelusik”? Albo… może… „Boro”? Nie, nie, chwila, mam! Co powiesz na…
– …wężo-żmija – wtrąciłem.
– Co? Dlaczego??
– No bo… żmije są… szybkie jak błyskawica. I ich jad potrafi zabić w kilka chwil.
– Ugh, nie! Nie chodzi o podawanie losowych słów, to trzeba skomponować!
– …architekt pożogi.
– Co? Nie! Co to w ogóle znaczy? – Iskrzyk przewrócił oczami i zawinął łapy pod siebie, oblizując zęby w głębokiej zadumie. – Grzyb. Będziesz Grzyb. Prosto i na temat.
Podniosłem powoli głowę i spojrzałem kocurowi prosto w pysk.
Jejku… Moje pierwsze prawdziwe przezwisko… które nawet nie jest moim imieniem. Ale się cieszę. Yay.
– Uh. No… Mogę być nawet Grzyb. Krótsze niż… Borowik – mruknąłem, marszcząc czoło.
Spuściłem wzrok. Przeturlałem się na prawy bok, leżąc teraz plecami do kremowego zwiadowcy. Odchyliłem ostro głowę do tyłu, patrząc na niego.
– Hm. Hmmm… No a ty możesz być Kyzr… ksi. To „Iskrzyk” od tyłu, co symbolizuje dysonans…
Nie dałem jednak rady wyjaśnić, na czym ów dysonans polega, gdyż zostałem bez skrępowania pacnięty łapą.
Zamrugałem.
– Haha! Nie ma opcji – parsknął kocur. – Grzybie.

<Iskrzykeou??>
[410 słów]

[8%]

Modrogończyk został adoptowany!

nowy właściciel: pikmi0004 (dc)


Od Fląderki CD. Rogatego Flaminga

Fląderka przeniosła spojrzenie na ogon kocura, który był udekorowany białym kwieciem. Małymi, białymi kwiatuszkami w kształcie gwiazd, które specjalnie zebrała na książęcą ceremonię i sprezentowała pointowi. Faktycznie, zostały dotknięte przez czas, jak i wystawienie na warunki atmosferyczne zrobiło swoje, a każdy najmniejszy ruch kocura lub otarcie powodował kruszenie się delikatnych płatków. Pomimo tego książę, jak zwykle prezentował się nienagannie.
– O-oczywiście, książę Rogaty Flamingu. Poproszę o możliwość opuszczania obozu Mandarynkowej Gwiazdy, gdy wojownicy udadzą się na...
– Opuścisz obóz teraz – nakazał, wpatrując się w swoją łapę, na której znajdował się ususzony kwiat. Kocur go strzepnął i przeniósł spojrzenie na szylkretkę. – W przeciwieństwie do ciebie nie mam czasu czekać całego dnia, aż w końcu raczysz przynieść mi kwiaty.
– N-nie mogę sama opuszczać obozu... – miauknęła, przypominając kocurowi zasadę, jaka ją obowiązywała. Co prawda raz się wymknęła, łamiąc tym samym regułę, czego później żałowała, jak i czasami Błękitna Laguna kazał jej samotnie udać się poza obóz, jednak ostatnimi czasy, tuż po tragedii, jaka spotkała Klan Nocy z powodu Mysiomózgiej Łapy i odejściu Borówkowej Słodyczy oraz Tojadowej Kryzy mogła opuszczać obóz jedynie w towarzystwie przynajmniej jednego wojownika, który sprawował swoją rolę dłużej niż kwadrę. – A najbliższy patrol łowiecki opuści obóz dopiero w południe. Czy możesz poczekać do tego czasu, książę Rogaty Flamingu?
Kocur uniósł łapę do pyska, wyglądając przy tym na mocno zamyślonego. Mruczał cicho, aż w końcu z jego pyska padła odpowiedź:
– Nie! – serce Fląderki przyspieszyło bicia. – Nie mów, że nie pamiętasz moich słów, dotyczących tego, co się stanie, gdy nie podołasz i nie spełnisz mojego rozkazu? Masz mi w tym momencie przynieść świeże kwiaty i ani uderzenia serca później.
Szylkretka przełknęła ślinę. Pamiętała groźbę Flaminga, gdy ten zagroził jej jako mały kociak, że lepiej dla niej, aby nigdy mu się nie sprzeciwiła. Dlatego starała się zawsze spełniać wolę młodego księcia, czasami używając zamienników rzeczy, jak to było w przypadku jego pragnienia otrzymania gwiazd.
Fląderka nerwowo rozejrzała się dookoła siebie, starając się pochwycić spojrzeniem kota, z którym mogłaby opuścić obóz.
"Rezedowa Łapa? Nie, głuptasie, on jest przecież uczniem. Poza tym jego mentorka znajduje się teraz w kociarni..."
Ulewny Szkwał na pewno by jej odmówił, jednak może by zdecydował się udać z nią poza obóz, gdyby wyjaśniła mu, że nie zbiera tych kwiatów dla siebie, tylko dla Rogatego Flaminga?
"A może Urodziwy Szafirek? Albo Liliowa Pieśń?"
Spojrzenie zatrzymała na dwójce kotek, siedzących po przeciwnej stronie obozu i dzielących języki. Rozmawiały o czymś żarliwie, co jakiś czas spoglądając w kierunku Fląderki oraz Rogatego Flaminga. W końcu jedna z nich podniosła się i ruszyła w stronę Fląderki.
Fląderka stała teraz pomiędzy wojowniczką a wojownikiem, będąc niczym żywa tarcza Rogatego Flaminga. Co prawda nie mogłaby go obronić, gdyby ktoś zechciał go zaatakować, jednak wiedziała, że szylkretka nie jest na tyle głupia, aby podnieść łapę na kota z królewskiego rodu. Ale mogła użyć słów, które mogły zaboleć kocura.
– Nie wstyd ci, Glonojadowy Pysku? Zyskałeś miano wojownika, a wciąż zachowujesz się jak rozwydrzone kocię! – zmarszczyła brwi. – Powinieneś przestać wysługiwać się Fląderką. Masz cztery sprawne łapy, więc możesz sam udać się po to, co zamierzałeś jej zlecić.
Na dźwięk książęcego przezwiska Fląderka zrobiła wielkie oczy. Glonojadowy Pysk? Nie brzmiało to miło, w szczególności z pyska szylkretki, jednak może to był jakiś inside joke między tą dwójką? Albo miano wojownicze, które mały Flaming za kociaka otrzymał, gdy się bawili w klan? Fląderka zbaraniała, nie wiedząc, co ma zrobić. Przeniosła spojrzenie na pointa, który o mało co nie spalił się ze wstydu, gdy pojął, jak właśnie został nazywany.
– Książę Rogaty Flaming nie wysługuje się mną... – podjęła łagodnie Fląderka, stając w obronie królewskiego potomka. Młodsza kotka obrzuciła niedowierzającym spojrzeniem odrzutka. Liliowa Pieśń powoli zbliżyła się do trójki kotów, trzymając się nieco z tyłu Urodziwego Szafirka. – Przed chwilą sama zaproponowałam mu wymianę uschniętych kwiatów, które zdobią jego ogon. D-dbam o jego dobry wygląd i imię... Sprawia mi to przyjemność... Właśnie mieliśmy wspólnie udać się poza obóz, prawda książę Rogaty Flamingu? – spytała, spoglądając na kocice, licząc na to, że książę nie zechce się wyprzeć jej wersji, którą na poczekaniu wymyśliła, aby uniknąć wyśmiewania go przez dwie wojowniczki. – D-dla was również mogę przynieść potem kwiaty, inne, jeśli będziecie miały ochotę przyozdobić swoje futerko. Oczywiście, jeśli przeprosicie księcia...
Obie kotki wymieniły ze sobą porozumiewawczo spojrzenie, jednak nic więcej nie powiedziały. Skupiły natomiast spojrzenie na młodocianym księciu, którego skóra pod futrem musiała być w kolorze pomidora. Fląderka również wlepiła spojrzenie swoich brązowych oczu w pointa. Gdyby naprawdę zechciał się z nią udać poza obóz, otrzymałby świeże kwiaty w parę uderzeń serca i nie musiałby czekać na powrót Fląderki, tylko mógłby od razu wymienić suche kwiaty na świeże.
Był wojownikiem. W dodatku dłużej niż kadrę. Gdyby zechciał, mogłaby razem z nim opuścić obóz. W dodatku wspólnymi siłami udałoby im się utrzeć nosa dwóm kotkom, które niepotrzebnie starały się wtrącić w ich rozmowę i przeszkodzić Fląderce w wykonaniu zadania. Właściwie, może powinna im podziękować? Bo dzięki nim może uda jej się spełnić rozkaz szybciej niż planowała i nie będzie jej czekał gniew Rogatego Flaminga.

<Rogat? Flądra awans na bodyguarda>

Od Krokusowej Kruchości

*przeszłość odległa, niedługo po narodzinach Żywicy i Bursztynu*

Gdy do jej uszu dotarła informacja, że starsza ruda kocica spodziewa się kociąt, była pewna, że się przesłyszała. W końcu w jej wieku kotki zazwyczaj zostawały babciami, a nawet prababciami, a nie mamami. Była pewna, że jakiś z kotów przekręcił informacje i ciążę przypisał nie tej członkini klanu, co trzeba. Jednak brzuch Pożarowej Łapy faktycznie się zaokrąglił w przeciągu księżyca, a kocica przeniosła się do kociarni w oczekiwaniu na pojawienie się młodych.
I stało się. Pożarowa Łapa urodziła synka oraz córeczkę. Krokusowa Kruchość idąc za przykładem pozostałych wojowników, zdecydowała się odwiedzić już nie tak młodą matkę i jej nowonarodzone pociechy.
– Są piękne, Pożarowa Łapo – Ojciec kociąt nie mógł wyjść z zachwytu. Krokus spostrzegła, że kocur uronił łzę radości.
Krokus trzymała się nieco z tyłu, nie chcąc zbytnio przeszkadzać rodzinie i narzucać się jak co poniektóre starsze kocicę, które gdyby mogły, wycałowałyby każdego kociaka i zafundowały mu kąpiel. Przeniosła spojrzenie na Ognistą Piękność, która zbliżyła się do córki, aby móc powitać wnuczęta. Kilka pozostałych wojowników starało się dowiedzieć, jak para nazwała kociaki.
Krokus ostrożnie pochwyciła mysz, którą udało jej się upolować zaledwie chwilę temu. Początkowo miała zamiar zanieść ją jednej ze starszych, jednak, gdy usłyszała o narodzinach młodych zdecydowała się ofiarować ją Pożarowej Łapie i jej kociętom. A przynajmniej chciała im ją sprezentować, jednak nie wiedziała, czy uda jej się dostać do królowej otoczonej przez członków rodziny i starsze kocice.
– P-przepraszam... p-przepraszam... – miauczała, nieudolnie starając się przepchnąć na przód. Została popchnięta, ktoś nadepnął jej na łapę, aż w końcu zrezygnowała z próby dostania się do królowej. Wycofała się i nieco przygnębiona, że nie udało jej się przekazać myszy, usiadła w kąciku, wlepiając spojrzenie w swoje łapy. Po prostu poczeka i jak tłum się rozejdzie podejdzie i...
– Wszystko w porządku?
Dzwonkowy Świst zbliżył się do szylkretki.
– T-tak. Wszystko w porządku, Dzwonkowy Świście. – Podniosła się z siadu. – Gratulacje z okazji narodzin kociąt! – Posłała uśmiech kocurowi, po czym wskazała na myszkę. – P-przyniosłam zdobycz dla Pożarowej Łapy, jednak nie udało mi się do niej dostać... Mógłbyś jej ją przekazać?
– Oczywiście. A nie chcesz zrobić tego sama? Zaraz przywołam do porządku te starowinki i zrobią ci miejsce, abyś mogła poznać Żywicę i Bursztyna...
Początkowo zamierzała odmówić, nie chcąc zwracać na siebie uwagę, jednak Dzwonkowy Świst nalegał. Z jego pomocą udało jej się zbliżyć do królowej. Przywitała się z nią, przekazała mysz, by chwilę później skupić spojrzenie na dwójce małych kociąt znajdujących się u jej boku. Obojga z nich zdobiło rdzawe futerko, jednak to koteczki wydawało się jaśniejsze.
Rozczulona nachyliła się do kociąt, jednak po chwili się wycofała, gdy jej spojrzenie spotkał się ze spojrzeniem królowej. Głupio zrobiła! Nic dziwnego, że zdenerwowała ich matkę, na całe szczęście królowa nie zwróciła jej uwagi, ani nie przepędziła.
– Koniec odwiedzin! Dajcie odpocząć mojej córce i wnuczętom! – głos Ognistej Piękności rozniósł się po kociarni. Spojrzała na Krokus ponaglająco.
Wojowniczka skinęła w stronę Dzwonkowego Świstu, dziękując za pomoc. Gdyby nie on, pewnie nie udałoby jej się osobiście przekazać myszy, a tym bardziej przyjrzeć się z bliska kociętom. Wraz z pozostałymi starszymi opuściła kociarnie.

Od Krokusowej Kruchości

*nieco przeszłość*

Razem ze swoją siostrą, Srebrzystą Równonocą udała się nad Przybrzeżne Oko. Krokusowa Kruchość początkowo była nastawiona sceptycznie, co do pomysłu siostry, jednak ostatecznie przystanęła na jej propozycje. Jej obawy głównie wynikały z powodu strachu przed spotkaniem węży. Jako uczennica wojownika, a tym bardziej pełnoprawna wojowniczka nigdy na nie nie polowała. Brzydziły ją beznogie stworzenia, a oprócz tego obawiała się ich ugryzienia. Mentor był wyrozumiały i nigdy nie zmusił Krokus do zrobienia czegoś, czego ta nie chciała. Była za to wdzięczna Złocistej Pszenicy.
Na szczęście inni doświadczeni wojownicy musieli rozprawić się z wężami, bo nie było po nich ani jednego śladu przy stawie. Krokusowa Kruchość mogła odetchnąć z ulgą. Zbliżyła się do brzegu i po chwili zamoczyła w wodzie łapę. Najpierw jedną, potem drugą, by chwilę później stać i brodzić na płyciźnie. W pewnym momencie po prostu położyła się w wodzie, mocząc grzbiet.
– Tylko się nie utop! – zawołała szylkretka, zanurzając w wodzie przednie łapy.
Krokus zbliżyła swój pyszczek do wody, decydując się wypuścić pyskiem kilka bąbelków. Czuła się jak mały kociak, a przecież była wojowniczką!
Początkowo tylko ona i Równoc spędzały słoneczny dzień na relaksie nad jeziorem, jednak gdy tylko słońce było w zenicie, nad stawem pojawiło się więcej kotów. Wśród nich był Dzwonkowy Świst ze swoimi dziećmi oraz Wdzięczna Firletka. Wędrujące Niebo, Śniący Obserwator i Mała Bazia. Zwiewny Mak, Bąbelkowy Plusk i Tańcujace Pierze. Szafirkowy Wiatr oraz Czuwająca Salamandra. Nawet Zawodzące Echo zdecydował się na chwilę relaksu nad brzegiem. Młodzi członkowie brodzili na płyciźnie, turlając się po mokrym piasku, a starsi wylegiwali się na zielonej trawie.
Spędzili niemalże cały dzień na lenistwie. Wydawać by się mogło, że większość członków Klanu Burzy potrzebowała takiego beztroskiego dnia. Gdy zaczęło zmierzchać, a trójka białego rodzeństwa opuściła obóz i została dostrzeżona przez zebranych przy Przybrzeżnym Oku, zdecydowali się powrócić do obozu.

Od Krokusowej Kruchości

*nieco przeszłość*

Krokusowa Kruchość uwielbiała momenty, gdy wszyscy członkowie klanu wspólnie gromadzili się w Grocie Pamięci, aby wysłuchać opowieści kronikarzy. Lubiła ten moment, gdy większość kotów mogła sobie pozwolić na chwilę przerwy od codziennych zadań. Zawodzące Echo zajął miejsce na na kamiennym podwyższeniu tuż przed Króliczą Gwiazdą skrytym we wnęce. W przeciwieństwie do syna, starszy nie wyglądał na zainteresowanego opowieścią Wędrującego Nieba. Jego spojrzenie utkwione było na ścianie zdobionej przez odciski wojowników.
Krokus przez chwilę zaistniała się, cóż takiego zaprząta umysł lidera i dlaczego zamiast słuchać opowieści, która najpewniej już słyszał nie raz, woli wpatrywać się w różnokolorowe odciski współbratymców.
Jedno z kociąt Rudzikowego Skrzydła nadępnęło jej na ogon podczas zmiany miejsca. Biało-kremowa kotka za bardzo była pochłonięta opowieścią , jak i znalezieniem się jak najbliżej Wędrującego Nieba, dlatego też z jej pyszczka nie padły żadne przeprosiny.
Krokusowa Kruchość spostrzegła, że jej siostra, Srebrzysta Równonoc spogląda karcąco na kotkę, po czym przenosi spojrzenie na jej matkę, być może licząc na to, że srebrzysta przeprosi za zachowanie córki.
– Nic mi nie jest siostrzyczko – miauknęła łagodnie Krokus, starając się mówić cicho, aby nie przeszkodzić pozostałym w słuchaniu, a tym bardziej w opowieści Wędrującemu Niebu. Nie chciała, aby podczas wspólnego spędzania czasu doszło do jakiś kłótni między kotami.
Na potwierdzenie swoich słów delikatnie poruszyła ogonem. Zresztą łapa Perłówki była malutka, a kocie nie miało na tyle siły, aby wyrządzić krzywdę wojownicze oprócz chwilowego bólu.
– Czyli to ja będę tą, która będzie karcić twoje kocięta, bo ty pozwolisz im wchodzić sobie na głowę? – westchnęła niepocieszona wizją ciotki o twardej łapie, a może bardziej wizją Krokus, która jest ciągnięta za ogon czy ucho przez swoje pociechy.
– J-jakie kocięta... – pisnęła zawstydzona poruszonym tematem. Ogon, którym luźno poruszała momentalnie się naprężył, a spojrzenie utkiwła na swoich łapkach.
Zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia o czym w tym momencie mówi niebieski point, bo całkowicie przestała go słuchać. Jak dobrze, że kocur nie przepytywał swoich słuchaczy z tego, o czym mówił. Zawaliłaby odpowiedź, jak nic.
– No twoje. I Dzikiego Berberysa. – Srebrzysta Równonoc delikatnie szrutchnęła ramieniem siostrę. – Lubisz go, a on lubi ciebie. – Uśmiechnęła się. – Jest dobrym kocurem, więc nie mam powodu, aby go przegonić. No i odnoszę wrażenie, że sama jego obecność u twego boku cię uszczęśliwia.
Szara Skóra, który siedział za Krokus oraz Równonocą swoim chrząknięciem przerwał rozmowę sióstr. Krokus była za bardzo zawstydzona, aby coś powiedzieć, a tym bardziej obejrzeć się za siebie, więc jedynie skuliła się, pragnąc w tym momencie być niewidzialna.
Lubiła Dzikiego Berberysa, ale rozmowa z siostrą zafundowała jej niezły mętlik w głowie. Nigdy nie wyobrażała sobie, aby stworzyła oficjalną parę z rudym kocurem, a tym bardziej parę z gromadką kociąt. Wystarczyło jej, że od czasu do czasu mogli ze sobą porozmawiać, udać się na polowanie czy popatrzeć w gwiazdy nocą. Nie oczekiwała niczego więcej. Może dlatego też, że nie czuła się wystarczająco odpowiednia dla rudego kocura i wiedziała, że ten nie wybrałby jej. W końcu nie była ładna, jak pozostałe kotki w Klanie Burzy, a w dodatku była słaba i chorowita. Była marną kandydatką na partnerkę, a tym bardziej matkę.
Srebrzysta Równonoc cicho zachichotała, dostrzegając zakłopotanie na pyszczku Krokus. Delikatnie pogładziła burą po łebku swym ogonem, chcąc dodać jej otuchy. Krokus natomiast zamknęła oczy, próbując z całych sił skupić się jedynie na słowach, które opuszczały pysk Wędrującego Nieba.

Od Krokusowej Kruchości

*nieco przeszłość*

Krokusowa Kruchość zbierała kolorowe kwiecie z zamiarem przyozdobienia nie tyle co swego futerka, ale również swojego posłania, matki oraz siostry. Chciała im zrobić niespodziankę nim powrócą do obozu z polowania, na które wyszły niemal w tym samym czasie, co Krokus.
Zbieranie zakończyła wcześniej niż przypuszczała. W pysku trzymała pokaźnych rozmiarów bukiecik. Oprócz niego kilka dodatkowych kwiatów wplotła w dłuższe pasma sierści, aby pomóc sobie z ich transportem. W drodze powrotnej została zaczepiona przez Śniącego Obserwatora. Młody przewodnik zaoferowali jej pomoc, na którą Krokus końcowo przystała tuż po tym, gdy zapewniła, że da sobie radę. Zdążyła zauważyć, że srebrzysty kocur był do niej bardziej podobny niż początkowo zakładała.
Przed obozem spotkała Zwiewny Mam wraz z Dryfującym Fluorytem, które powracały właśnie z polowania. Obie kocice trzymały w swych pyskach dorosłe zajęczaki. Zauważyła, że obie przyglądają się jej oraz przewodnikowi, a dokładnie temu co nieśli.
– Ładna zdobycz – miauknęła czarna kocica. Nie wiedziała, czy komentarz siostry Dzikiego Berberysu był szczery, czy może jednak prześmiewczy. Starała się nie rozmyślać nad tym zbyt długo, dlatego też kiwnęła łebkiem wojowniczce, lekko zawstydzona.
– Co zamierzasz z nimi zrobić? – spytała brązowooka
– P-przyozdobię nimi posłania. Swoje, mamy oraz Srebrzystej Równonocy. Jeśli również chciałybyście udekorować swoje posłania, mogę wam parę odstąpić...
– Dziękuję, ale nie trzeba. Preferuję inne dekorację...
– Mnie natomiast zadowoli jeden kwiat maku – Zwiewny Mak nachyliła się nad bukietem, wpatrując się w czerwony kwiat, po którym nosiła imię.
Krokusowa Kruchość podzieliła się ze starszą kwiatem. Również w ramach podziękowania sprezentowała Śniącemu Obserwatorowi białe kwiecie, które ostrożnie wczepiła w jego kryzę. Resztę kwiatów zgodnie z pierwotnym planem wykorzystała do udekorowania posłań. Woń kwiatów wypełniła legowisko wojowników. Krokusowa Kruchość nie mogła się doczekać powrotu matki i siostry do obozu i odkrycia przygotowanej dla nich niespodzianki.

🌷

Perłówka została adoptowana!

nowy właściciel: akumulatory (dc)


Od Mewy

Kotka obudziła się wczesnym rankiem, Kobczyk już zniknęła o wschodzie słońca.
— Kobczyku? Ah… — biała westchnęła, ozięble mając nadzieję, że zje śniadanie z córką. Mówi się trudno. Mewa postanowiła, że zje sama, po czym wyłoniła się z ciepłej nory i odbiegła w poszukiwaniu pierwszego posiłku. Do jej nosa doszedł uroczy zapach nornicy, która wędrowała gdzieś w okolicach jej miejsca zamieszkania. Szybkim ruchem nornica wleciała w objęcia łap kocicy, po czym jednym celnym ugryzieniem samotniczka zakończyła polowanie. Mewa usiadła pod paprocią i zaczęła spokojnie jeść zdobycz, co chwilę nastawiając uszu. Las budził się do życia, gdzieś wysoko śpiewały ptaki, a chłodny wiatr poruszał gałęziami drzew. Kotka oblizała pysk i już miała wracać do nory, aby w niej dokończyć posiłek, gdy nagle poczuła już powoli zapomniany zapach. Zapach kota. Nie należał do nikogo z okolicy. Futro na jej karku lekko się zjeżyło. — Kto tu jest? — mruknęła cicho, rozglądając się między krzakami. Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu z gęstych zarośli błysnęły dwie brązowe ślepia.
— Hej! To tylko ja, przyniosłem ci śniadanie! — mruknął przyjaźnie Wilczy Skowyt, a na jego pysku pojawił się prześmiewczy uśmiech.
— Jadłam już śniadanie, ale chętnie to też zjem — odparła Mewa, a Wilczy Skowyt odłożył drozda na ziemię i usiadł pod paprocią, a Mewa przez chwilę obserwowała go z zaciekawieniem. Zwykle był pełen energii, rzucał żartami i trudno było sprawić, by usiedział spokojnie choćby przez kilka chwil. Dziś jednak wydawał się inny. Cichszy. Jakby myślami znajdował się gdzieś daleko od tego lasu. Mewa zjadła ostatni kęs nornicy i oblizała pysk. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Nie było ono niezręczne. Las wokół nich dostarczał wystarczająco dużo dźwięków, by nie czuć potrzeby ciągłego rozmawiania. Wiatr poruszał koronami drzew, gdzieś wysoko śpiewał drozd, a spod korzeni starego dębu wyłoniła się mysz, która szybko zniknęła wśród traw. Kotka zerknęła na Wilczego Skowyta kątem oka. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo się zmienił przez ostatnie księżyce. Nie chodziło o wygląd. Nadal był tym samym wojownikiem, którego znała od dawna. Zmieniło się coś innego. Coraz częściej sprawiał wrażenie zamkniętego w sobie. Ptaszki jej wyćwierkały, że coraz rzadziej można go było spotkać w towarzystwie Brukselkowej Zadry. Jeszcze niedawno niemal zawsze rozmawiali podczas wspólnych patroli albo siedzieli obok siebie w obozie. Teraz podobno mijali się częściej, niż ze sobą rozmawiali. Nikt nie wiedział dlaczego. Może była to zwykła kolej rzeczy. Może obowiązki zaczęły ich od siebie oddalać. A może wydarzyło się coś, o czym nie chciał mówić. Mewa nie zamierzała jednak wypytywać. Wiedziała, że niektóre sprawy potrzebują czasu. Po skończonym posiłku podniosła się i przeciągnęła. Słońce wspięło się już wyżej nad linię drzew, ogrzewając leśne runo. Wilczy Skowyt również wstał, ale zamiast od razu ruszyć w drogę, przez chwilę patrzył gdzieś pomiędzy pnie. Jego spojrzenie zatrzymało się na odległej ścieżce prowadzącej w stronę obozowiska Klanu Wilka. Na moment wyglądał tak, jakby chciał tam pobiec. Zaraz potem odwrócił wzrok. Mewa zauważyła ten drobny gest. Las wydawał się spokojny, lecz pod powierzchnią spokoju kryło się coś trudnego do opisania. Napięcie. Zmiany. Każdy kot przeżywał je inaczej. Niektórzy mówili o nich bez końca. Inni milczeli. Wilczy Skowyt najwyraźniej należał ostatnio do tej drugiej grupy. Po chwili ruszyli wolnym krokiem przez las. Nie mieli konkretnego celu. Szli między paprociami i omszałymi głazami, mijając miejsca, gdzie poranne słońce tworzyło na ziemi jasne plamy światła. W pewnym momencie natknęli się na mały strumień. Woda płynęła spokojnie po kamieniach, niosąc ze sobą pojedyncze liście. Mewa przystanęła przy brzegu i napiła się chłodnej wody. Kiedy podniosła głowę, zauważyła odbicie swoje i Wilczego Skowyta na powierzchni strumienia. Przez moment wydawało się nieruchome, lecz wystarczył jeden podmuch wiatru, by obraz rozpadł się na dziesiątki fal. Kotka pomyślała wtedy, że życie kotów w klanie przypomina właśnie taki obraz. Czasami wszystko wydaje się spokojne i poukładane, a potem przychodzi jedna zmiana i nagle nic nie wygląda już tak samo, jak wcześniej. Nie wiedziała, co czeka, Wilczego Skowyta. Nie wiedziała też, czy jeszcze kiedyś będzie tak blisko Brukselkowej Zadry, jak dawniej.
— Już chwilę o tym myślę. Co się stało między tobą a Brukselką? Przecież była dla Ciebie jak mama. Co nagle was tak rozdzieliło? Coraz mniej rozmawiacie… — przerwała ciszę, na co jej partner spiął swoje ciało.
— Nie ma powodu, nie wiem dlaczego, tak się od siebie oddaliliśmy. Tęsknie za codziennym wychodzeniem z nią na spacery. Myślę, że nie powinnaś była o to pytać — burknął i zarzucił ogonem, roztrzepując piach i piasek, który leżał pod ich łapami.

***

Mewa po powrocie ze spotkania z czekoladowym wojownikiem Klanu Wilka była rozgniewana i to strasznie! Miała ochotę mu skopać tyłek za to, jakim tonem do niej mówił. Biała już od dłuższego czasu planowała porzucenie Wilczego Skowyta, przez to, że nie miał czasu na partnerkę, jak i na swoją córkę! To niedorzeczne! Mewa parsknęła gniewnie, gdzie nagle do jej uszu dobiegł miły, kochany głos jej córeczki – Kobczyka.
— Dobry Wieczór mamo! Coś się stało? Jesteś… Naburmuszona…? — koteczka przekręciła łeb pytająco.
— A daj spokój! Mam już dosyć twojego ojca. Nie ma czasu ani na mnie, ani na Ciebie. Kończę to. Nie obchodzą mnie jego dalsze losy! Nie mówi mi już kompletnie o swoim życiu nic! Ja muszę sama się domyślać — syknęła donośnie Mewa, a echo rozniosło się po norze, w której mieszkały. Kobczyk przerażona nastawieniem matki do swojego ojca postanowiła o tym pomyśleć. Gdyby nie było, to jej mama miała rację.
— Nie chciałabym stracić taty… Ale jeśli naprawdę jesteś przez niego nieszczęśliwa, to chyba też nie jest dobrze — mruknęła Kobczyk stłumionym głosem. Mewa spojrzała na córkę, a jej gniew na moment przygasł. Widok przestraszonej Kobczyka sprawił, że poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie chciała, żeby koteczka cierpiała przez problemy dorosłych.
— To nie tak, że chcę ci go zabrać — westchnęła ciszej. — Po prostu mam dość czekania. Dość obiecanek. Ile razy mówił, że przyjdzie? Ile razy miał znaleźć dla nas czas? — Kobczyk spuściła wzrok na własne łapy. Przez chwilę w norze panowała niezręczna cisza, przerywana jedynie szumem wiatru za wejściem.
— Może… może tata jest po prostu bardzo zajęty? Albo chory? — zaproponowała niepewnie.
— Zawsze jest zajęty — odburknęła Mewa. — A rodzina nie powinna być ostatnia na liście ważnych rzeczy — koteczka nie odpowiedziała od razu. W głębi duszy wiedziała, że matka ma rację, ale mimo to nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez Wilczego Skowytu. Wspomnienia wspólnych spacerów, opowieści i rzadkich chwil spędzonych razem były dla niej zbyt cenne.
— Chciałabym, tylko żebyśmy znowu byli szczęśliwi — wyszeptała. Słowa córki zawisły w powietrzu. Mewa zamknęła oczy i odwróciła wzrok. Nagle cały jej gniew wydał się znacznie cięższy niż wcześniej. Nie była już pewna, czy rozstanie rozwiąże wszystkie problemy, ale wiedziała jedno: nie mogła dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.

***

Nastał już ranek. Wczorajsza wieczorna rozmowa z córką rozładowała większość jej negatywnych emocji. Mewa po ledwo przespanych ostatnich nocach postanowiła udać się do byłej „znajomej” Izydy. Liliowej kotki medyczki, mieszkającej w mieście. Skwer miasta najwidoczniej jej nie przeszkadzał, a wręcz przeciwnie, sprawiał jej przyjemność!
— Dzień dobry, córeczko. Muszę wybrać się do koleżanki z miasta. Wydaje mi się, że doskwiera mi… bezsenność — westchnęła zmęczona Mewa. Kobczyk skinęła jej łbem, po czym odpowiedziała:
— Bezpiecznej podróży! Kocham cię, mamo! — mruknęła z uśmiechem na pysku dopiero co obudzona Kobczyk. Mewa prędko zerwała się i wyruszyła w podróż. Poranne powietrze było chłodne, a krople rosy połyskiwały na źdźbłach trawy niczym drobne kryształki. Mewa szła pewnym krokiem przez las, choć zmęczenie dawało o sobie znać przy każdym kolejnym kroku. Kilka razy przyłapała się na tym, że zamykała oczy na ułamek sekundy dłużej, niż powinna. Im bardziej zbliżała się do miasta, tym wyraźniej słyszała odgłosy Dwunożnych. Szum potworów, stukot łap przechodniów i nawoływania ptaków mieszały się w jeden nieustanny hałas. Nie przepadała za tym miejscem, ale jeśli ktoś miał jej pomóc, była to właśnie Izyda. W końcu dostrzegła znajomy skwer. Zielone krzewy otaczały niewielki zakątek, w którym medyczka zwykle przyjmowała swoich pacjentów. Mewa zatrzymała się na moment, biorąc głęboki oddech. Nie widziała Izydy od wielu księżyców i nie miała pojęcia, jak zostanie przyjęta. — Obyś nadal była tak pomocna, jak dawniej… — mruknęła pod nosem, po czym ruszyła w stronę legowiska liliowej kotki.
— Witaj, Mewo! Co ci znów dolega? Nie wyglądasz dobrze — mruknęła Izyda, a słońce zaczęło wzbijać się już nad drzewa. Mewa zaczęła wyjaśniać jej całą sytuację, nie zapomniała też wspomnieć o całej sytuacji z Wilczym Skowytem. Izyda z wyraźnym zaciekawieniem słuchała, a Mewa wręczyła jej zdobyty po drodze lśniący kapsel. Liliowa kotka wzięła nasiona maku i podała białej.
— To powinno zadziałać, gdyby coś się działo, wiesz gdzie mnie szukać! — mruknęła Izyda, a Mewa szybkim ruchem wsunęła nasionka maku. Skinęła jej głową w podziękowaniu i zmęczona odeszła w stronę miejskiego hałasu.

***

Już powoli był wieczór, Mewy nie było cały dzień. Kto by się spodziewał, że jedna podróż po nasiona maku zajmie jej cały dzień! Masakra… Jej zmęczenie było ogromne! Miała ochotę paść na ziemię i leżeć tak do końca świata! Powoli już i tak docierała do swojej nory, noc już była bardzo ciemna, a nocne ptaki śpiewały już kołysanki kotom z lasu. Mewa zobaczyła w norce już śpiącą Kobczyk i powoli weszła tak, aby jej nie budzić na swoje posłanie. Dotarła na ściółkę, na której zazwyczaj spały razem z córką i zasnęła jak mały kociak. Noc minęła spokojnie i szybko. Mewa wyspała się chyba pierwszy raz od 3 dni! Niesamowite! Szybko się przeciągnęła i zaczęła lizać i myć jej futro. Brązowa koteczka – jej córka, dalej spała. Mewa nie chcąc jej obudzić, przeskoczyła na górę i znalazła się u brzegu jej miejsca zamieszkania.
Hm… Może to od braku tego snu tak zaczęłam myśleć o Wilczym Skowycie…? Nie wiem. Muszę się przejść, upoluje coś dla mnie i Kobczyka — pomyślała spokojnie, po czym sprintem pobiegła w głąb terenów Klanu Wilka, bliżej obozowiska. Widząc na ziemi niczego nieświadomą jaskółkę, rzuciła się na nią z ostro wysuniętymi pazurami, przeszywając jej ciało na wylot. Chwyciła ją po chwili w pysk i zaniosła ją do legowiska, aby jej córka chwilę po przebudzeniu mogła zjeść.

Wyleczeni: Mewa

Od Psianki CD. Kropli

Przechyliłam łepek na bok, wpatrując się w starszą kotkę wielkimi, bursztynowymi oczami. Przez chwilę milczałam, jakbym bardzo poważnie rozważała to pytanie. Potem mój puchaty ogon drgnął z entuzjazmem.
— Tak! — odpowiedziałam niemal natychmiast, a zaraz potem usiadłam prosto, starając się wyglądać na bardzo poważną. Nie wychodziło mi to szczególnie dobrze, zwłaszcza że czubek ogona co chwilę podrygiwał z ekscytacji. — A jaką zabawę lubisz? — zapytałam bez cienia nieśmiałości. Dla mnie Kropla była po prostu kolejnym kotem, którego mogłam poznać. Przyjrzałam się jej przez moment, po czym zrobiłam kilka kroków bliżej. — Jesteś stróżem, prawda? — zadarłam głowę wysoko, żeby lepiej na nią spojrzeć. — Mama mówi, że stróże pomagają wszystkim. To bardzo dużo pracy — mruknęłam z wyraźnym podziwem. Nie wyobrażałam sobie nawet pomagania aż tylu kotom naraz.
Po chwili rozejrzałam się po żłobku, aż mój wzrok zatrzymał się na niewielkim kłębku mchu leżącym nieopodal.
— Możemy pobawić się w pomocników! — zaproponowałam nagle. — Ty będziesz wielkim stróżem, a ja twoją pomocnicą. Będziemy ratować wszystkich, którzy potrzebują pomocy! — na samą myśl aż podskoczyłam w miejscu. — O! A ten mech może być chorym pacjentem! Albo zagubionym kociakiem! Albo starszym, który nie może znaleźć swojego legowiska! — im dłużej mówiłam, tym bardziej się nakręcałam, wymyślając kolejne scenariusze. — Nie martw się — dodałam konspiracyjnym szeptem, przysuwając się bliżej Kropli. — Będę ci pomagać we wszystkim.
Po tych słowach otarłam się bokiem o jej łapę i spojrzałam na nią z szerokim, ciepłym uśmiechem, jakbyśmy znały się od dawna. Byłam jeszcze mała, ale już teraz wierzyłam, że każdy problem da się rozwiązać, jeśli tylko nikt nie zostanie z nim sam.

<Kroplo?>

08 czerwca 2026

Nowy Samotnik!


Grzmot

Od Iskrzyka CD. Wrony

Iskrzyk spojrzał na drzewo. Wrona miała być z czego dumna. Aż sam by się w takim przespał! Chciał już pochwalić uczennicę, gdy ta nagle rzekła;
– Ale tu pięknie! – powiedziała z zachwytem w głosie.
– Zgadzam się – zawtórowałem jej z uśmiechem, faktycznie było tu ładnie.
– Dobra robota, Wrono, spisałaś się na medal – zamruczał Czereśnia
– Dziękuję, Czereśnio – uczennica delikatnie pochyliła swój łeb.
– Mamy jeszcze trochę czasu. Możemy trochę popolować, a potem tu zjeść, i tak sterta jest obfita w zwierzynę, a kociaki i królowe już dostały jedzenie — zaproponował lider.
Wrona zamruczała coś, czego Iskrzyk nie usłyszał, po czym dodała trochę głośniej:
– Iskrzyku, chodźmy!
— Dobry pom… — chciał coś powiedzieć kremowy, ale nagłe ukłucie bólu przerwało mu zdanie. — Ał!...
— Coś się stało, Iskrzyku? — zapytał Czereśnia swoim przyjemnym dla ucha głosem.
Wrona nie powiedziała nic. Patrzyła się tylko na Iskrzyka swymi pomarańczowymi oczyskami. Iskrzyk bez dalszego słowa spojrzał na lewą przednią łapę… O droga Wszechmatko. W różowej poduszce znajdowała się drewniana drzazga. Mały ostry kawałek drzewa, nic niezwykłego. Kremowy po paru uderzeniach serca bez większych emocji powiedział:
— No to chyba nie zapolujemy, coś mi się w łapę wbiło — próbował nie reagować na ból, w końcu nie był zbyt ostry.
— No to wracamy — mruknął czekoladowy, po czym dodał, zwracając się do młodej kotki: — Kolejnym razem, Wrono, obiecuję.
Wrona wydała cichy dźwięk, prawdopodobnie świadczący o niezadowoleniu, po czym na znak zgodzenia się potrząsnęła głową. Grupa kotów zaczęła wracać do obozu.

***

Grupa kotów szybko dotarła do obozu w zupełnej ciszy. Czereśnia szybko pożegnał się z resztą i wrócił do swoich obowiązków. Iskrzyk miał już iść poszukać kogoś, kto wyjąłby mu drzazgę, ale postanowił się odezwać do Wrony:
— Dobrze się spisałaś z gniazdem, wyglądało na naprawdę wygodne! — po czym powiedział żartobliwie: — Chcesz może zrobić legowisko dla Lisa? Robisz za nic czy muszę ci coś za to dać?

<Co ty na to, panienko Wrono?>

Od Iskrzyka

Słońce leniwie wschodziło poza horyzont, świat kąpał się więc jeszcze w cieniu. Tego jednak było coraz i coraz mniej. Świat był przyjemnie zimny o tej porze dnia. Mokre rośliny świadczyły, że niedawno padało, świadczyło też o tym mokre futro kotów obecnie przesiadujących w obozie. Dużo z nich właśnie się myło. Zmęczony kremowy kocur znajdujący się obecnie na ziemi stał w bezruchu. Było jeszcze za wcześnie na wykonywanie obowiązków, większość kotów ledwo co się obudziła. Iskrzyk nie spał zbyt długo wczorajszej nocy, co chwila się budził. Był więc naprawdę zmęczony. Według kocura księżyc był za jasny, a deszcz, mocząc mu futro, nie dawał mu spać. Jedyne, na co miał więc dziś nadzieje to, że nie będzie musiał robić nic trudnego i wymagającego dużej ilości uwagi… W tym momencie Iskrzyk zawstydzony spojrzał na swoje łapy. O droga Wszechmatko! Na łaskę! Przecież on na co dzień skacze po drzewach...! A mógł nie tracić czasu na patrzenie w niebo i bardziej postarać się usnąć… Coś na wzór modlitwy i błagania pojawiło się w głowię Iskrzyka, nie marzyło mu się dziś spadać z drzewa. Postanowił jednak zignorować te obawy. Kremowy usiadł i zaczął się myć. Po części, by się rozbudzić, ale i temu, by nie mieć mokrego futra. Po chwili był już w miarę suchy. Uznał też, że jest gotowy wypełniać swoje obowiązki. Ziewnął, odetchnął głęboko i zaczął czekać aż ktoś każe mu coś robić.

Od Rysiego Tropu

[Księżyce temu]

Brudno, brudno… Na kamiennych ścianach izolatki, ostrym pazurem były wyrysowane symbole małych kresek. Ile już tam jest? Ile, ile… Szylkretka całkiem straciła rachubę czasu, starając się dosięgnąć, chociażby jednego z promieni słońca. Od momentu trafienia do niej strasznie wyszczuplała, wyglądając jak kościotrup. Można było liczyć jej żebra, a łapy wyglądały jak cienkie patyki. Zdarzało jej się nie jeść, a nawet nie pić wody, która była dostarczana przez małe kulki mchu. “To podstęp! Z-zatrute!” — syczała, gdy ktokolwiek położył przed nią zwierzynę. Czasami dostawała tylko resztki, które dawało się psom czy przybłędom. Rysi Trop majaczyła, próbując nie postradać rozumu. Miała ochotę tylko na jedno… Krwiste kocie mięso, które przebijało jej przed oczami. Mokra ślina leciała jej z pyska na samą myśl o jedzeniu, takim, którego nie obawiałaby się zjeść. Polowania na koty, za którymi skrycie tęskniła. Dreszcz adrenaliny, kiedy rozrywała kocie żyły, dusiła czy gałki oczne zjadała. Te czarne jak krucze pióra noc, gdzie nikt jej nie pilnował, a ta zabijała padlinożerców. Niestety każda historia, mając swój początek, spotykała się także z końcem. Każdy dzień przyprawiał ją o zmęczenie i dreszcze, których nie mogła się pozbyć. Niebieska nie mogła nawet zobaczyć dnia ani światła, które były dla innych codziennością. Wolność, wolność… Pragnienia, wciąż niespełnione. Kiedyś chciała zostać liderem, rządzić grupą kotów… Och, och, ale co ona ma począć, szczelnie zamknięta na wszystkie strony? Tłumy narastających okrzyków, które wiwatowały jej imię: “Rysia Gwiazda, Rysia Gwiazda!”. W jej uczniowskim łbie wyglądało to niemal idealnie. Zawsze traktowana jak pionek, pomiatana przez tyle księżyców.
— Mama, papa, wszyscy… Kult… Oni… — szeptała, kuląc się gdzieś w kącie jaskini. — Oszuści, oszuści… Wszyscy są tylko parszywymi szczurami.
Ryś nie wiedziała już nawet, dlaczego każdego ranka otwiera oczy. Przez pierwsze księżyce próbowała liczyć dni, wyznaczając na ścianie kolejne kreski, lecz z czasem zaczęły się one zlewać w jeden chaotyczny wzór, równie pozbawiony sensu, jak jej własne życie. Nie pamiętała, ile razy zasypiała na zimnym kamieniu ani ile razy budził ją głód tak silny, że wydawało jej się, iż własne wnętrzności próbują się z niej wydostać. Najgorsza nie była jednak samotność. Najgorsza była cisza…
Kiedyś wydawało jej się, że cisza jest czymś przyjemnym. Podczas nocnych spacerów lubiła słuchać szumu liści i własnych kroków, ale tutaj nie było niczego. Żadnego szelestu paproci. Żadnego śpiewu ptaków. Nawet wiatr nie miał jak przedostać się przez kamienne ściany. Pozostawał tylko ciężki zapach wilgoci oraz echo jej własnego oddechu, które z każdym księżycem coraz bardziej doprowadzało ją do szaleństwa. Czasami przysięgała, że słyszy głosy. Nie takie prawdziwe, dochodzące z wejścia do izolatki, lecz głosy zakorzenione głęboko w jej pamięci. Głos Cisowego Tchnienia, brzmienie oddechu ojca, którego chciała poznać. Głosy tych, których podziwiała, a Ci wsadzili jej pazur prosto w serce. Za każdym razem podnosiła łeb z nadzieją, że ktoś stoi za kamienną ścianą, lecz szybko odkrywała, że ponownie została sama. Wtedy ogarniała ją wściekłość. Zrywała się na łapy, uderzała pazurami o skałę i syczała pod nosem przekleństwa, aż gardło odmawiało jej posłuszeństwa. A potem przychodziło zmęczenie, gdzie spoglądała oczyma tępo w ścianę. Coraz częściej po prostu leżała, a jej mięśnie kurczyły się z każdym dniem. Patrzyła przed siebie, z nudów i braku adrenaliny. W jej głowie przeszłość stawała się znacznie piękniejsza niż była naprawdę. Przypominała sobie dni dzieciństwa, kiedy jeszcze wierzyła, że czeka ją coś wielkiego. Wyobrażała sobie siebie stojącą wysoko nad innymi kotami, otoczoną szacunkiem i podziwem, podczas gdy tłum wykrzykuje jej imię. Te marzenia były jedyną rzeczą, której nie mogli jej odebrać, dlatego wracała do nich uparcie, nawet jeśli wiedziała, że nigdy się nie spełnią. Na widok myszy czy nornicy pozostawionej przy wejściu do izolatki jej żołądek skręcał się z obrzydzenia. Takie jedzenie wydawało jej się małe, bezwartościowe i pozbawione smaku. W chwilach największego osłabienia zamykała oczy i wyobrażała sobie polowanie na koty, które kiedyś przynosiło jej chorą satysfakcję. Wspomnienia były tak wyraźne, że niemal czuła zapach krwi i ciepło świeżo rozerwanego futra. To właśnie wtedy przerażała samą siebie. Bo mimo wszystkich cierpień, mimo głodu i samotności, jakaś część jej nadal za tym tęskniła. Ale wspomnienia stawały się coraz bardziej zamazane. Twarze kotów rozmywały się niczym odbicia na wodzie, a ich głosy cichły z każdym kolejnym księżycem. Coraz częściej miała wrażenie, że świat na zewnątrz przestał istnieć, a cała rzeczywistość ogranicza się do tych kilku kroków pomiędzy ścianami. Mimo to każdego dnia podnosiła się z ziemi i otwierała oczy. I każdego dnia spoglądała w stronę wyjścia z naiwną nadzieją, że tym razem kamienie rozsuną się przed nią i pozwolą jej ponownie zobaczyć niebo.

***

Nadszedł ten dzień, kiedy liście mogły zachwycać się nową, jaskrawo zieloną barwą. Polne kwiaty kwitły, a zwierzęta, małe, jak i te duże, zaczęły wybudzać się z kilku księżycowego snu. Właśnie z takim podejściem Świetliki wszystkie razem podeszły do zakneblowanej izolatki Rysiego Tropu. Koty nieco zestresowane spojrzały się po sobie, próbując utrzymać poważny wyraz pysków. Czarny “lider”, jakim po śmierci Jarzębinowego Żaru ozwał się Mglisty Sen, wyszedł na przód i razem z kilkoma kotami odsłonił kotarę, do której napłynęła tona światła. W środku leżało ciało więźnia, całe poranione, wychudzone i śmierdzące. Niektórzy myśleli, że szylkretka zdechła, albo była już dawno w trakcie rozkładu.
Przez kilka uderzeń serca nikt się nie poruszył. Nawet Mglisty Sen, który jeszcze przed momentem stał wyprostowany niczym czarny cień rzucany przez skały, zamarł na widok ciała leżącego pośród wilgotnego mchu. Rysi Trop nie przypominała już kotki, którą siłą tam wsadzili. Nie było w niej ani śladu dawnej siły, tej dzikiej pewności siebie, która przez tyle księżyców kazała jej patrzeć na innych z góry. Jej futro posklejało się w brudne kołtuny, spod których wystawały ostre kręgi kręgosłupa, a każdy oddech zdawał się kosztować ją więcej wysiłku, niż większość kotów wkładała w całodzienne polowanie.
— Na Klan Gwiazdy... — mruknął pod nosem Zapomniana Koniczyna, nie kryjąc niepokoju. Porywisty Dąb nie odpowiedział. Zbliżył się tylko ostrożnie i pochylił nad szylkretką, sprawdzając, czy jeszcze oddycha. Kiedy jego wąsy drgnęły od ciepłego powietrza wydostającego się z jej nozdrzy, wypuścił ciężki oddech i skinął łbem.
— Żyje, jeszcze… — wysyczał z odrazą. To jedno słowo wystarczyło, by kilka napiętych mięśni rozluźniło się odrobinę. Mglisty Sen podszedł bliżej, a potem bez słowa odwrócił wzrok.
— Zabierzcie ją stąd — wymruczał czarny wojownik, wskazując łapą pobliskie dęby. Rysi Trop poczuła, jak czyjeś szczęki zaciskają się na luźnej skórze jej karku. Przez krótką chwilę instynkt kazał jej się wyrwać, zatopić pazury w czyimś pysku i walczyć do ostatniego tchu, lecz jej ciało odmówiło współpracy. Była zbyt zmęczona, głodna i bezsilna. Kiedy wyniesiono ją poza próg izolatki, światło eksplodowało przed jej oczami. Zamrugała gwałtownie, a łzy same napłynęły jej pod powieki. Przez tyle księżyców nie widziała nieba. Nie pamiętała już nawet jego koloru. Teraz błękit rozciągał się nad nią bez końca, tak ogromny i nierealny, że przez moment pomyślała, iż umarła. Zapachy uderzyły ją chwilę później. Mokra ziemia, świeże liście, zwierzyna, mech, koty. Setki zapachów naraz. Tak wiele, że zakręciło jej się w głowie. Sama nie wiedziała, kiedy zasnęła czy zmrużyła powieki. Nie wiedziała też, ile czasu minęło, zanim obudziły ją przytłumione głosy dobiegające niedaleko dębów.
— Nie możemy zwlekać dłużej — odezwał się Mglisty Sen, a jego ton był niższy niż zwykle. — Jeśli zostaniemy tutaj kolejny sezon, wszyscy umrzemy z głodu — warknął Zapomniana Koniczyna.
— To… Co robimy? Nie możemy zabrać jej ze sobą. Pamiętacie, co powiedziała na początku? Obetnie nam głowy! — pisnął Poziomkowa Polana. Niebieska nie otworzyła oczu, leżała nieruchomo, wsłuchując się w każde słowo, podczas gdy chłodny wiatr przesuwał się po jej wychudzonym futrze.

~~~

Smukłe łanie sunące po bezkresnych, złocistych łąkach. To właśnie objawiło się we śnie szylkretki. Jaskrawo żółty kolor rzepaku odbijał słońce, osuwając swe promienie na brązowe ślepia kota. Mrużąc oczy, obraz kotki zmienił się gwałtownie, tym razem słońce mieniło się na niebieskawe jezioro, na którym cumowały łabędzie. Prostując swe szyje, łabędzie poruszały się po tafli jeziora z taką lekkością, jakby nie płynęły po wodzie, lecz sunęły po samym niebie, pozostawiając za sobą jedynie delikatne kręgi rozchodzące się po błękitnej powierzchni. Powietrze było ciepłe i nieruchome, przesycone słodkim zapachem kwitnących drzew, których korony uginały się pod ciężarem czerwonych owoców, a każdy podmuch wiatru strącał pojedyncze płatki na wodę, gdzie wirowały niczym maleńkie łodzie zmierzające ku nieznanemu brzegowi. Rysi Trop obserwowała ten widok bezruchu, czując dziwny spokój rozlewający się po jej ciele, ponieważ po raz pierwszy od bardzo dawna nic nie ścigało jej myśli, żaden głos nie szeptał nad uchem, a wspomnienia nie rozrywały jej wnętrza na kawałki. Jeden z łabędzi nagle zatrzymał się pośród jeziora i pochylił długą szyję ku wodzie. Jego pomarańczowy dziób zniknął pod powierzchnią na kilka uderzeń serca, aż w końcu wynurzył się ponownie, trzymając pomiędzy szczękami niewielką gałązkę obsypaną dojrzałymi czereśniami. Krople wody spływały po ciemnoczerwonych owocach niczym płynne szkło, odbijając światło słońca tysiącem drobnych błysków. Łabędź podpłynął bliżej brzegu, gdzie siedziała szylkretka, po czym bez pośpiechu upuścił gałązkę tuż przed jej łapami. Przez moment tylko się jej przyglądała, marszcząc czoło. Nim jednak zdążyła wyciągnąć łapę, tafla jeziora zadrżała. Kolory zaczęły blednąć, złociste pola rozpływały się niczym rozmazana farba, a sylwetki łabędzi rozciągały się i znikały w mlecznej mgle. Ciepło ustąpiło miejsca chłodowi. Rysi Trop gwałtownie otworzyła oczy, próbując przypomnieć sobie, co tu robi. Nad nią nie rozciągało się już bezkresne niebo snu, lecz kamienne sklepienie jamy, a zamiast szumu jeziora słyszała jedynie cichy oddech śpiących kotów i odległe pohukiwanie sowy gdzieś poza obozem. Przez krótką chwilę leżała nieruchomo, wpatrując się w mrok, próbując zatrzymać resztki tamtego obrazu, lecz sen rozpadał się coraz szybciej, uciekając spomiędzy myśli niczym woda przeciekająca przez pazury. Pozostało po nim jedynie niewyraźne uczucie tęsknoty, którego nie potrafiła nazwać.

Od Jesionowej Łapy (Jesionowej Szadzi)

Przeszłość

Po niebie sunęły się gęste, szare chmury zwiastujące opady. Co chwilę grzmiało, trzymając w napięciu wszystkie zwierzęta żyjące na tej wyżynie. W jednym z wyżłobień w skałach zamieszkiwała niewielka rodzina kotów. Piękna kotka, której sierść wręcz lśniła, wypoczywała właśnie na swojej półce skalnej wyścielonej miękkim mchem, a całość była bogato przyozdobiona kwieciem, pierzem i ziołami. Dawała nauki swym dzieciom o gniewie gwiezdnych nadkotów i jak można było rozpoznać, który element natury zwiastuje czyją złość.
— Wodnik jest opiekunem powietrza i jego różnych postaci, w tym chmur. Gdy on się rozgniewa, ostrzega nas grzmotami - to jego głos — kocięta słuchały w napięciu. — Gdy zostanie wystarczająco sprowokowany, posyła śmiertelny piorun, który ślepo trafia w drzewa i szczyty gór. Czasem nawet wyceluje on w kota jako kara za jego niechlubne istnienie. Jeśli ten kot przeżyje, uznaje się go za zbrzydłego i niegodnego nawet śmierci. Wtedy karą są męczarnie na ziemi. Dlatego, moje drogie dzieci, trzeba się ukrywać podczas burzy, bo kto wie? Może gwiezdne nadkoty wybiorą was jako cel swojego gniewu — podsumowała kocica, a trójka maluchów była niemalże zahipnotyzowana kazaniem matki. Gdy skończyła, zamrugały parę razy i pokiwały łebkami.
Przez parę uderzeń serca rodzina słuchała w ciszy grzmotów suchej burzy, a Oset wyjrzał poza wyżłobienie i się rozejrzał. W tym momencie właśnie piorun uderzył w samotne drzewo niedaleko nich, które zaraz zajęło się płomieniem. Kocięta skuliły się w jeden stos zjeżonych kulek sierści, drżąc z przerażenia.
— Kasjopejo, kochanie, wskocz tu do mnie — nakazała ze spokojem matka, niewzruszona przerażeniem kociąt oraz dudnieniem grzmotów. Młoda kotka posłusznie i powoli wykonała polecenie. — Dziś twoja kolej na błogosławieństwo.
— Ale… Matko, przecież to już czwarty dzień, gdy mi je dajesz — zwróciła uwagę skonfundowana i lekko spięta zielonooka. — Andromeda i Cefeusz mieli tylko co najwyżej po dwa razy!
Kocica wtedy obrzuciła swoją córkę obrzydzonym wzrokiem, jakby właśnie sama się wydziedziczyła.
— Jak śmiesz narzekać! — jej bursztynowe oczy zabłysnęły gniewem. — Przypomnij sobie, po kim i czyje nosisz imię! To ty potrzebujesz jak najwięcej błogosławieństw, inaczej nasi gwiezdni protektorzy poślą na ciebie kary! — fuknęła, a koteczka tylko spuściła głowę.
— Przepraszam…
— I wybaczam ci, ale nie spodziewaj się tego po naszej patronce — mruknęła i położyła na swojej córce łapę, zamykając oczy. Ojciec kociąt skinął głową i odprowadził maluchy do innej jamy.
— Chodźcie, nie będziemy przeszkadzać — wymamrotał, a Cefeusz zerknął tęskno za siostrą, zanim zniknęła mu z pola widzenia.
Matka zaczęła snuć długie modlitwy i formułki, a młodsza musiała po niej powtarzać każde słowo. Po paru minutach skończyły, a następnie kocica położyła na czole młodej Kasjope pióro łabędzia przyozdobione kwiatem lawendy. Następnie wyszeptała jej do ucha:
— Jeszcze parę błogosławieństw, moja piękna, i będziesz w pełni członkinią nowego ruchu. To ty przyniesiesz dla nas powodzenie i chwałę. Będziesz wielka — w głowie małej pręguski zapiszą się te słowa na zawsze.

Teraźniejszość

Bezlitosny skwar Pory Zielonych Liści nie dawał kotom żyć w ciągu dnia. Żeby zająć się swoimi obowiązkami, trzeba było się do nich zabrać z samego rana, gdy słońce jeszcze nie gościło na niebie, lub gdy już ono zaszło. Nikt niespecjalnie rwał się do roboty.
Podczas gdy niebo już nabierało różowych i pomarańczowych barw zachodu, zrobiło się nieco bardziej znośnie. Jesionka akurat wróciła z patrolu łowieckiego z jednym dudkiem i myszą w pysku. Gdy tylko odstawiła zdobycze na stertę, podbiegła do niej Miodowa Łapa. Wzrok liliowej jakoś przestał być tak zatroskany uporczywą temperaturą.
— Jak poszło, słoneczko? — spytała, stykając się z kotką nosem na powitanie.
— Dosyć dużo zwierzyny się chowa, ale wciąż więcej jest jej niż w czasie Pory Nagich Drzew — wymruczała zadowolona.
Gdy kotka już uchyliła pysk, by coś dodać, nagle przerwało jej czyjeś wołanie. Zalotna Gwiazda właśnie zwołała zebranie klanu. Gdy koty zaczęły się gromadzić, dwóm uczennicom udało się usiąść gdzieś z przodu, z zaciekawieniem zadzierając pyski ku górze. Wtedy właśnie przywódczyni wytypowała Jesionową Łapę i Tygrysią Noc do wystąpienia. Dopiero w tej chwili pręgusce się przypomniało, że poprzedniego dnia mentor opowiadał jej o teście na wojownika w postaci walki. Miała się zmierzyć z nim w pojedynku, a jeśli ona wygra, to zostanie pełnoprawną członkinią Klanu Wilka. Całkowicie jej wypadło to z głowy. Nic dziwnego, coś (lub ktoś) wiecznie chodziło jej po głowie i nie bardzo potrafiła się skupić. Zielonooka przełknęła zakłopotanie i zniżyła swoją postawę, zginając grzbiet w łuk oraz lekko jeżąc swoją sierść. W jej głowie odbiły się echem słowa matki: “Będziesz wielka”. W uszach jej zadudniło, aż cofnęła je. Tymczasem Tygrysia Noc naprzeciw niej również się uszykował, wbijając pazury w ziemię. Kątem oka zobaczyła drepczącą z łapy na łapę Miodkę, co rozczuliło i rozluźniło nieco liliową. Gdy Zalotna Gwiazda wydała polecenie rozpoczęcia, ten natychmiast ruszył w stronę uczennicy, wzniecając kurz spod łap w powietrze.
Kocica odbiła w prawo, lecz kocur to przewidział i zahaczył łapą o jej udo, wyrywając strzępek sierści. Zakręciła się w miejscu, szykując się do ogłuszającego ciosu. On ponownie przewidując jej ruch, dał nura, przez co ta się zachwiała, więc niczym baran staranował kotkę z główki w pierś, zmuszając ją do krótkiego wycofania się. Wtedy właśnie Jesionowa Łapa stwierdziła, że najlepiej będzie wykończyć przeciwnika i dopiero na koniec oszołomić swoim ulubionym ruchem. Inaczej nie dałaby rady bardziej doświadczonemu wojownikowi. Kocur znowu naparł na nią, posyłając ciosy pazurami najpierw w głowę, potem łapy. Oba ruchy kotka wyminęła, a mentor dał susa i spróbował zaorać jej bok. Ona ponownie uskoczyła i wtedy zrobiła zwrot pyskiem w pysk z rudym, starając się ciągle mieć go przed sobą. Kilka razy jeszcze spróbował się na nią rzucić, ale ona raczej szybko pozbywała się go z siebie lub nawet nie pozwalała mu się dobrze uczepić. Udało się mu czasem sięgnąć pazurami jej skóry, plamiąc jej sierść szkarłatnymi kroplami. Ta grała na zwłokę, pozwalając kocurowi się wymęczyć. Czuła presję niecierpliwości tłumu, który raczej nie był zadowolony z takiego ganiania i ciągłego wymijania. Gdy kocur zrobił bardziej niespodziewany ruch, próbując wgryźć się w jej szyję, tej udało się ponownie odskoczyć, a do tego w kontrataku przydzwoniła mu w głowę od spodu, posyłając go w górę. Padł oszołomiony i zanim się pozbierał, kotka go przyszpiliła do ziemi.
— Wybacz… — wyszeptała cicho, niemal bezdźwięcznie.
Może i ta walka nie była zbyt widowiskowa oraz może trochę… dziwna, lecz kotce się udało pokonać kocura, a to było najważniejsze.
Jesionowa Łapa spojrzała na zasiadającą na pniu przywódczynię i zastrzygła uszami.
— Wystarczy — machnęła łapą pospiesznie, a liliowa pręguska puściła mentora, który zaraz się otrząsnął i wgramolił się z powrotem na łapy. — Miejmy to z głowy.
Kątem oka mianowana zobaczyła Miodową Łapę drżącą z ekscytacji i radości, w przeciwieństwie do wręcz stoickiej postawy reszty kotów.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Jesionowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — kotka napuszyła lekko sierść na piersi.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Jesionowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Jesionowa Szadź. Klan ceni twoją obowiązkowość i siłę oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Wilka.
W chwili wypowiedzenia słów Zalotnej Gwiazdy tłum zaczął skandować nowe imię Jesionki, lecz to Miodową Łapę było słychać najlepiej. Liliowa ciepło spojrzała na kotkę, czując, jak się rozczula. Kotka była niczym słońce dla niej i tak właśnie się wyróżniała na tle innych, że to stwierdzenie obiektywnie do niej pasowało.
— Gratuluję ci — odezwał się Tygrysia Noc. — Nie spodziewałem się, że nagle mnie tak uderzysz. Miłej służby jako wojownik, Jesionowa Szadzi — kotka się uśmiechnęła i pokiwała z wdzięcznością.
Gdy wszystko ucichło i wszyscy się rozeszli, złota uczennica do niej podbiegła i wtuliła pysk w jej sierść na szyi.
— Świetnie ci poszło, słoneczko! Tak bardzo się cieszę, że ci się udało! — ucieszyła się, po czym zauważyła ze zmartwieniem parę niewielkich smug krwi na futrze większej kotki.
— Nie martw się tym, to tylko draśnięcia — wymruczała rozczulona. — Minie.
Obie się uśmiechnęły i poszły zająć się resztą dnia. Trzeba było jakoś uczcić udany dzień. A w jaki sposób? Oczywiście, że dzieląc się językami gdzieś w kącie obozu, przy jedzeniu.

Nowa Członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zagryzienie przez borsuka

Odeszła do Pustki!

Nowi Członkowie Owocowego Lasu!

Od Iskrzyka

Niebo nabrało już czarnej niczym krucze pióra barwy. Księżyc schowany był za chmurami, jednak widać było nieco bardziej żółtą niż zwykle poświatę przebijającą się przez ciemnogranatowe chmury. Mimo paru obłoków na ciemnym niebie nadal było widać jaśniejące gwiazdy. Te lśniły pięknie niczym rybie łuski. Jednak w porównaniu do nich wydawały się takie… małe, skarłowaciałe. Pewien kremowy kocur uśmiechnął się nieco na myśl o tym, że istnieją koty wierzące, że to ich przodkowie. Dziwne, czyż nie? Kto pomyślałby, że takie malutkie, lśniące cudeńka miałyby dla kogoś takie duże znaczenie. No cóż, nie jemu oceniać, w co wierzą inne koty. Nie ważne jak głupio by to brzmiało. Choć fakt, chętnie dopyta się różnych szczegółów na zgromadzeniu. W każdym razie Iskrzyk obecnie nie mógł spać, obecnie więc podziwiał niebo i myślał. Kocur leżał w bezruchu, z głową spoglądając do góry. Lśniące punkciki na niebie wyglądały dla niego śmiesznie, co prawda nie mógł widzieć ich w pełni przez koronę drzewa, na którym znajdowało się jego legowisko. Choć przez niewyspanie delikatnie zaczynała boleć go głowa, a z tyłu łba nieco się martwił o to, że nie będzie jutro wyspany, starał się to ignorować. Starał się za to o coś innego. Młody zwiadowca rozmyślał bowiem czy nadanie Lisowi, jego bratu jakiejś ksywki byłoby dobrym pomysłem. A jeśli tak, co mogłoby do niego pasować? Może skrócić by jego imię? Nie, głupie, ono i tak jest krótkie. Poza Tym “Li” lub “Is” brzmią głupio...! A co jeśli nadałby mu ksywkę “wiewiór”? Lis jest nawet nieco podobny do wiewiórki… Przynajmniej Iskrzykowi przypominał ją nieco, zwłaszcza z pyska. Zadowolony zwiadowca ziewnął i uśmiechnął się sam do siebie, to dobry pomysł... Jednak zmęczenie zaczynało go już dobijać. Zamknął więc swoje bursztynowe oczy i po chwili chrapał już spokojnie.

Od Borowika do Pierścienia

Ugh. Ale gorąco…
Nie miałem na dziś zaplanowanego żadnego treningu, chociaż tak właściwie myślę, że jest to na niego idealna pora. Ćwiczenie w ekstremalnych temperaturach zwiększa pojemność płuc i przygotowuje o wiele lepiej do wysiłku w warunkach normalnych.
Nie, żebym miał coś przeciwko leżeniu i nicnierobieniu cały dzień.
Kuliłem się więc od śniadania na moim legowisku, rozmyślając nad możliwymi katastrofami pogodowymi, które może jeszcze przynieść Pora Nowych Liści i strategiami na ich przeżycie, gdy nagle… zobaczyłem, jak na mojej gałęzi przysiadł motylek. Biały motylek z drobnymi, czarnymi plamkami na skrzydełkach i krótkich czułkach.
Nie poruszyłem się. Zamarłem. Ze wstrzymanym oddechem przypatrywałem mu się. Motylek zatrzepotał skrzydełkami raz. Drugi. Ostrożnie zmieniłem pozycję do leżenia na brzuchu. Zacząłem czołgać się w jego stronę. Motylki są takie śliczne. Zawsze uwielbiałem się im przyglądać, nigdy jednak - przez początkowe braki w umiejętnościach skradania się - nie udało mi się zobaczyć ich szczegółów z bliska.
Gdy byłem już dosłownie o długość mysiego ogona od motylka, on… wzbił się w powietrze i odleciał w stronę ziemi. Podczołgałem się do krawędzi gałęzi, spojrzałem w dół i zobaczyłem go przycupniętego na pniu. Ja jednak nie złożyłem broni tak szybko. Ostrożnie opuszczałem się za nim, wbijając pazury w korę drzewa. Motylek jednak niemal od razu się zorientował, że pewien niezwykle bystry i jakże przebiegły kocur śledzi go krok w krok, więc wykonał odwrót i tym razem wzbił się w powietrze.
W pogoni za białym motylkiem zeskoczyłem na ziemię. Biegałem za nim w tę i we w tę po obozie. Najpierw skierował się w stronę legowiska wojowników, nie pozostawiając mi jednak dużo czasu na nadgonienie. Potem nawrócił, wykonując kolisty skręt i pofrunął z powrotem do legowiska uczniów. Ostatecznie zmienił jednak kierunek na żłobek, przed którym to ostatecznie wylądował… tuż przy szarym kociaku. Pierścieniu.
Mały kociaczek leżał w bezruchu, mrugając dużymi, błękitnymi oczkami, patrząc z zachwytem na trzepoczące delikatnie skrzydełkami stworzonko między jego łapkami.
Przypadłem do ziemi i przyczołgałem się bliżej, ostrożnie, by owada przypadkiem nie spłoszyć.
– Uh. Motylek… mnie nie lubi. Ucieka. Jak podchodzę. – mruknąłem cicho. – Ale ciebie lubi chyba. Dobrze, dobrze… że chociaż ty je przyciągasz.
Zamilkłem, wreszcie przechodząc do bliskiej obserwacji białego owada.

<Pierścieniu??>
[350 słów]

[7%]

Od Borowika

No i to by było chyba na tyle. Koniec. Skończyło się dzięcioła stukanie.
Lubię wymyślać metafory. Ale nie o tym dzisiaj. Bo dzisiaj jest dzień niezwykły. Rano kulturalnie spożywałem sobie śniadanko składające się z wiewióry i dużej dozy wewnętrznej afirmacji. Wdychałem duszne, ciężkie od gorąca powietrze. Chyba zanosi się na kolejną burzę.
Wtedy podszedł do mnie Kurka.
– Borowiku. Musimy porozmawiać – rzekł do mnie.
Brzmiało to dość niepokojąco. Zbyt poważnie jak na tak normalny dzień, jak dziś.
Przełknąłem kawałek wiewiórki i wyplułem na ziemię strzępki jej futra.
– Uh. No. Słucham – mruknąłem, spoglądając na jego łapy.
– Trenowałeś długo i ciężko. Teraz przyszedł czas, byś pokazał to wszystko, czego się nauczyłeś – mentor uśmiechnął się lekko.
Zamrugałem.
– A. W sensie, że… teraz-teraz…? No ja mogę pokazać, ale to do walki to musiałbym się rozciągnąć, w dodatku coś mi przed chwilą wpadło do oka, musiałbym je chyba wylizać i…
– Nie, nie, nie dokładnie w tym momencie – przerwał mi spokojnie. – Dzisiaj w nocy. Odbędzie się twój test na zwiadowcę.
– Oh.
A no tak. To ma sens. Z pewnością stwierdzić mogę, że pójdzie mi to jak z płatka. Jestem szybki jak błyskawica, niezwykle zwinny. I najważniejsze – posiadam wysoko rozwinięty spryt i bystrość, czym nadrabiam drobne ubytki w sile fizycznej i zdolności improwizacji. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by…
– Doszliśmy do wniosku, że twój test nie będzie sprawdzeniem umiejętności, które wiadomo, że opanowałeś. Skupi się on na wykorzystaniu umiejętności reagowania w nieprzewidzianych sytuacjach i siły mięśni.
No chyba nie. Nie ma opcji. Ughhh… Jak zwykle słońce w oczy no.
Mogłem się tego spodziewać. Powiem więcej: oczywiście, że spodziewałem się zaistnienia takiej sytuacji, w końcu przeanalizowałem aż zbyt wiele możliwych scenariuszy mojego testu. Ale dobra. Co mi tam.

– To… to znaczy, na czym konkretnie… uh… polegać będzie moje zadanie…?
Kurka uniósł lekko brwi i uśmiechnął się szerzej.
Proszę, nie.

***

Nie wierzę. To jest jakiś żart chyba.
To miał być szybki test. Miałem popisać się moją ponadprzeciętną wiedzą i ostrością umysłu.
Skończyłem, brodząc w bagnie po szyję na rozlewiskach. Nie była to co prawda burza, ale wiatr zacinał strasznie, tak, że nie widziałem absolutnie nic. Ciemność nie pomagała. Krople deszczu były niczym spuchnięte jagody, na moim futrze już od dawna nie było ani jednego suchego strzępku futra. Całe błoto, które przez Porę Zielonych Liści zdążyło trochę przeschnąć, przez ostatnie deszcze rozmokło, nabierając jeszcze ciężkiej i gęstszej konsystencji. Każde podniesienie łapy stanowiło absolutnie niekoci wysiłek. Błoto miałem nawet w nosie.
Zadanie? Pokonać całe rozlewisko wzdłuż, ale blisko brzegu. Nie utopić się i nie umrzeć. Złapać zwierzynę po drugiej stronie w Dębowej Ostoi. Nie dać się zabić przez lisy. Wrócić tą samą drogą. Nie utopić się i nie umrzeć. Przynieść zdobycz do obozu w stanie zdatnym do spożycia. Mam wrócić, nim słońce wynurzy się nad obozem. Plus za kreatywność.
Mozolnie przedzierałem się przez bagno, łapa za łapą. Bolało mnie już całe ciało. Nie wiem dokładnie, ile czasu minęło. Spojrzałem w niebo, nie zatrzymując się. Srebrna Skóra znajdowała się niemal bezpośrednio nade mną. Zacząłem o zachodzie słońca, więc… już prawie połowa czasu za mną. A ja nie dotarłem nawet do środka rozlewiska…
Teoretycznie ma ono jedynie długość stu czterdziestu lisich ogonów. Problem jednak stanowi nie dystans, lecz konsystencja błota, pogoda i moje coraz silniej objawiające się braki w sile fizycznej.
Warknąłem z irytacji, jednak błoto od razu napłynęło mi do pyska. Natychmiast próbowałem pozbyć się go, wypluć, straciłem wtedy jednak równowagę i wylądowałem pyskiem w błocie. Na szczęście przy brzegu jest płytko i o utopieniu się nie ma mowy.
O nie. Ja nie przegrywam. Przegrywam tylko, gdy mi nie zależy na wygranej. Teraz jednak zależy od tego całe moje życie i cała moja przyszłość.
Podniosłem głowę, odklejając się od błota. Otrzepałem ją.
Zacząłem ze zdwojonym wysiłkiem przedzierać się przez bagno.

***

Udało mi się odkryć nową strategię. Brnąłem do najbliższej kępy trawy czy też kamienia wystających ponad powierzchnię lub mocno zaschniętej grudy błota. Chwytałem się ich i przyciągałem. Wdrapywałem się na nie. A następnie skakałem, jak najdalej mogłem w błoto, w stronę następnego możliwego przystanku. Dzięki temu chwilę po tym, jak księżyc przekroczył połowę nieba, udało mi się dotrzeć do brzegu.
Nie wierzę, że dało się to tak szybko zrobić, a ja wymyśliłem to dopiero w połowie… ale no cóż. Improwizacja nigdy nie była moją mocną stroną.
Łapy trzęsły mi się ze zmęczenia, brzuch bolał od sporej ilości połkniętego przypadkiem błota i mułu. Obym się nie rozchorował…
W dodatku ten przeklęty deszcz nie chciał przestać padać.
Nie zrobiłem sobie przerwy. Nie opadłem na ziemię z wycieńczenia, choć tylko o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli się położę, to już nie wstanę.
Część, która wydawała się najłatwiejsza, okazała się tą najtrudniejszą. Zapolowanie na gryzonia. A to z tego powodu, że mój mózg zupełnie nie był w stanie się skupić. Byłem wykończony, obraz mi się rozmazywał i z trudem łapałem oddech. A mimo to miałem zmusić się do uspokojenia go. Zwolnienia bicia dudniącego w klatce serca. Cichego skradania się. I precyzyjnego ataku. Już rozumiem sens tego testu…

***

Chodziłem w kółko. Autentycznie. I nie znalazłem ani jednego gryzonia. Musiały schować się przed deszczem… Czułem coraz większą frustrację, co chwila spoglądałem z przerażeniem na księżyc, który zachodził coraz niżej…
Nie zdążę. Nie ma szans, żebym zdążył w takim tempie…
W pewnym momencie, między drzewami mignęło mi rude futro…
No nie. Proszę. Dlaczego ja…?
Wtedy z krzaków tuż przede mną wynurzył się… lis. Chuderlawy, chyba miał coś z łapą… a w pysku trzymał… świeżo upolowaną mysz.
Okej. Tak może być. Tak możemy robić.
Normalnie nigdy nie zabrałbym staremu, schorowanemu lisowi jedzenia, ale… byłem już naprawdę ostro wkurzony. Spiąłem się cały, wysunąłem pazury. Syknąłem przeciągle na lisa. Byłem gotowy na walkę. Już mnie nic nie obchodziło.
Na szczęście… stary rudzielec podkulił ogon, pisnął i upuścił mysz na ziemię. Zrobiłem krok do przodu, nie odpuszczając. Lis zaczął się wycofywać, po czym zniknął w zaroślach.
Podniosłem mysz.
Spojrzałem na księżyc.
Właśnie dotknął on odległej linii drzew.

***

Wiedziałem już, że nie zdążę dotrzeć do obozu tą samą drogą, przedzierając się przez błoto przy brzegu. Zdecydowałem więc, że zostało mi tylko jedno wyjście…
Przepłynąć przez rozlewisko środkiem. Tam, gdzie woda była rzadka.
Normalnie nie potrafiłbym pływać. Gdyby nie to, że Kurka potrafi. Widziałem, jak to robił. Analizowałem, więc pamiętam. Raz sam próbowałem. Szło mi… średnio. Ale nie mam teraz zbytnio wyboru. Czy jest to skrajnie nieodpowiedzialne i mogę się utopić? Zapewne. Jednak życie ryzykowałem niemal każdego dnia podczas treningu, a jako że jest to jego zwieńczenie, mogę to zrobić po raz ostatni. A co mi tam. Woda nie jest tu głęboka. Sięga mi lekko ponad głowę i to w najgłębszych miejscach. Damy radę…
Przybiegłem co sił w nogach na skraj rozlewiska, odbiłem się od ziemi i wskoczyłem do wody.
Zacząłem machać łapami przed sobą.
Okazało się jednak dość szybko, że sama znajomość teorii pływania to nie to samo, co posiadanie tej umiejętności. Skończyło się więc tak, że chwilę młóciłem łapami wodę wymieszaną z błotem, opadałem na dno (które na szczęście okazało się zbite, a nie muliste), odbijałem się od niego łapami i tak w kółko… Co kilkanaście długości lisiego ogona przystawałem, podpływając do małych kęp trawy czy kamieni wystających z błota przy brzegu, gdzie robiłem krótkie przerwy. Zajmowały one jednak coraz więcej czasu, im dłużej płynąłem…
Z pyska nie wypuszczałem upolowanej, a raczej przywłaszczonej myszy.
Słońce zaczęło już wschodzić.
Poddałem się pod koniec i wróciłem do brodzenia w błocie. Ale dystans, który szybko nadrobiłem wodą, zrobił swoje. Już totalnie olałem słońce.

***

Wkroczyłem do obozu cały oblepiony błotem i gliną tudzież owadami bagiennymi, z glonem na głowie i myszą w pysku. Łapy drżały mi z wycieńczenia, ale nie czułem tego aż tak bardzo, adrenalina nie zdążyła jeszcze opaść. Przy wejściu minąłem Kurkę.
– Hej, Borowiku, widziałem, że świetnie ci poszło! – powiedział z uśmiechem, patrząc na mnie z dumą.
Minąłem go bez słowa, wypluwając gniewnie mysz na ziemię razem z resztkami mułu.
– Fajnie, że oglądałeś moją całonocną walkę o życie i upadek godności – mruknąłem, kierując się w najbliższe krzaki.
Nie ma opcji, że po tym wszystkim jeszcze wlezę na drzewo do legowiska…

[1326 słów]

[27%]

Od Kropli do Psianki

Kropla przyzwyczaiła się do tego, że pomagała innym. Taka była jej rola. Nie, żeby szczególnie to lubiła – wymagało to rozmawiania z innymi kotami. Ale zdążyła się do tego przyzwyczaić. Pomagała uzdrowicielom, gdy chorych było wiele, pomagała starszym i pomagała królowym z kociakami. Nigdy nie wymagała nic w zamian, przecież i tak nie miała prawa. Po prostu starała się być jak najlepszym stróżem.
Tamtego dnia kręciła się trochę bez celu. Wreszcie zaszła do żłobka, aby zobaczyć czy karmicielki niczego nie potrzebują.
– Cześć – przywitała się cicho.
Kotki mruknęły coś w odpowiedzi, ale wszystkie uśmiechały się ciepło. Kropla rozejrzała się po kociakach, ostatnio było ich strasznie dużo! Biegały radośnie, bawiąc się ze sobą. Czekoladowa próbowała przypomnieć sobie swoje dzieciństwo, ale właściwie to chyba zawsze wolała być w cieniu. Zresztą, gdyby mogła, to nadal by tak było… Ale nie mogła, musiała być silna. Dla ojca. Dla siebie.
Nagle pod jej łapami znalazł się mały, czarno-biały kociak. Patrzył na nią wielkimi oczami, aż Kropla się speszyła.
– Wszystko dobrze? – zapytała nieznajoma.
– Tak. Dziękuję.
Nastała chwila ciszy i stróż zastanowił się, co powinien zrobić. Nie musiała zabawiać kociaków, pewnie i tak nie byłaby do tego najlepszą osobą. Ale co zrobić, jeśli maluch się sam przylepi? Tego jej nie uczyli na treningach.
– Jestem Kropla – przedstawiła się czarno-białej.
Kątem oka spojrzała na zmęczone kotki i westchnęła w swojej głowie. Jeśli zajmie się jednym z biegających ciągle maluchów, to przynajmniej one odpoczną. A ona może się czegoś nauczy. Kto wie, może i Kropla kiedyś będzie mieć swoje maluchy?
– Chcesz się w coś… pobawić? – zapytała niepewnie.

<Psianko?>

Od Migotu DO Złamanej Łapy

Wreszcie ta dwójka starszych kociaków wyniosła się ze żłobka. Lilak i Gaj zostali mianowani, a Migot starał się obserwować całą ceremonię, wychylając się z kociarni. A wszystko to przez to, że według niektórych, był jeszcze za mały, by wychodzić! Nie umiał tego pojąć. Przecież już nawet biegał! A jeśli czasem się przewracał, to nie szło mu aż tak źle. W dodatku każdy by się przewracał, mając tak długi ogon, jak jego! Kocur był tego pewny i szczerze nie chciał mieć tak długiego ogona. Zbierał on wszystkie liście i najróżniejsze brudy, przez co Migot był dwa razy bardziej zabrudzony niż Firmament.
– I gdzie tu sprawiedliwość... – mruknął niebieski, lekko wychylając głowę ze żłobka. Chciał zobaczyć, jak wygląda reszta obozu, co robią tam koty, gdzie tak naprawdę toczy się klanowe życie! Powoli zaczynał już czuć się jak w klatce. Przecież tyle było na wyciągnięcie łapy, a on musiał siedzieć w kociarni. Chciał już być uczniem i przeżywać własne historie! A nie tylko słuchać tych rodziców (nawet jak szczerze je uwielbiał i każdą chłoną jak gąbka).
– Nudzę się! – zaczął narzekać Migot i położył się w wejściu do kociarni.
– To pobaw się z bratem – odparła Truskawkowe Pole, niezbyt zwracając na niego uwagę. Migot spojrzał na matkę. Była zajęta sobą. Nie przejmowała się jego losem. Doskonale wiedział, że gdyby chciał, mógłby już dawno biegać po całym obozie Klanu Klifu, jednak w głowie cały czas miał historię Lśniącej Gwiazdy na temat honoru. Ojciec mógłby uznać to zachowanie za niehonorowe. Prawda? Trudno było mu odpowiedzieć na to pytanie, a tym bardziej kwestionować historię taty, więc dalej leżał w wejściu do kociarni, co jakiś czas się wiercąc.
– A opowiesz nam historię? – zapytał nagle, zwracając się do Truskawkowego Pola.
– Jestem zajęta – stwierdziła karmicielka, nawet nie podnosząc na niego wzroku. Migot wydał z siebie długie westchnienie, znów zaczynając się wiercić. Życie kociaka było tak nudne! Wtedy do jego nozdrzy doszedł obcy zapach. Podniósł lekko głowę i zobaczył tam jakiegoś kota. W pysku trzymał zwierzynę, a jego pomarańczowe oczy dokładnie skanowały otoczenie, w tym leżącego na samym środku wejścia kociaka.
– Dlaczego tak patrzysz? – odezwał się Migot. – Nigdy nie widziałeś silnego wojownika? – zapytał, oczywiście mówiąc o sobie.

<Złamana Łapo? Ja rozumiem ciekawość, ale trochę prywatności!>