Problem polegał na tym, że w przypadku jego siostry zainteresowanie bardzo rzadko kończyło się samym zainteresowaniem. Zazwyczaj oznaczało to serię przypadkowych spotkań, przesadnie entuzjastycznych powitań, pytań zadawanych o wszystkim i niczym oraz prób wmieszania się w życie drugiego kota, zanim ten zdążyłby zorientować się, że wpadł w jej sidła.
Wędrujący Wibrys był niezwykle wyczulony na podboje miłosne swej siostry od czasów sytuacji z Lnem, nawet jeśli miała ona miejsce wiele księżyców temu, a oni sami byli wówczas niedojrzałymi młodzieńcami. Nie miał na myśli tylko kotki i jej niedoszłego wówczas wybranka serca. Sam nieraz przesadzał, depcząc jej po łapach i pouczając za każde niepoprawne jego zdaniem zachowanie.
Mirtowe Lśnienie był jednak w przeciwieństwie do Lna kimś, od kogo Sekrecik nie miał potrzeby natychmiastowo zwiewać. Nie dlatego, że szczególnie podobał mu się pomysł oglądania całego tego przedstawienia z bliska — bo zdecydowanie nie podobał mu się — ale dlatego, że rudzielec wydawał się mieć do Truskawkowego Pola wyjątkowo dużo cierpliwości. A tego akurat było potrzeba więcej niż odwagi czy siły.
— Wiesz, że to brzmi jak coś, czym absolutnie nie powinienem być obciążany? — mruknął w końcu, patrząc na nią z boku.
Szylkretka oczywiście wyglądała na zachwyconą samą możliwością opowiedzenia mu o swoich wielkich planach. Z pewnością spodziewała się, że podejdzie do nich krytycznie, ale to tak właściwie tylko bardziej ją napędzało. Jego zdaniem było to całkowite działanie wbrew zdrowemu rozsądkowi.
— Obciążany? Sekreciku, ja właśnie dzielę się z tobą czymś niezwykle ważnym. To zaszczyt — oświadczyła dumnie, jakby robiła mu przysługę, mieszając go w swoje sprawy.
— To brzmi bardziej jak ostrzeżenie — rzucił, nie podzielając w żaden sposób jej entuzjamu.
— Jesteś taki niedoceniający.
— Jestem realistą.
Nie odpowiedziała, ale jej uśmiech sugerował mu wystarczająco dużo. Znał ją za dobrze, by nie wiedzieć, że już dawno podjęła decyzję i jego opinia była jej potrzebna wyłącznie po to, by móc się nią pochwalić.
Westchnął cicho, ale nie ciągnął tematu. Czasami z Truskawką było tak, że próba zatrzymania jej przed czymś przypominała próbę zatrzymania wody łapą. Można było próbować, ale efekt końcowy pozostawał raczej marny. Namęczy się, a koniec końców będzie niezadowolony, bo przecież "łapa" będzie umoczona.
***
Kiedy Mirtowe Lśnienie został samozwańczo mianowany liderem Klanu Klifu, Wibrys przez dłuższą chwilę nie wiedział, co właściwie powinien o tym myśleć. Nie dlatego, że uważał go za złego kandydata. Wręcz przeciwnie — im dłużej obserwował rudego kocura, tym bardziej dochodził do wniosku, że wybór był całkiem trafny. Mirtowe Lśnienie miał w sobie spokój, którego brakowało wielu kotom. Nie musiał krzyczeć, nie musiał udowadniać swojej wartości przy każdym kroku ani przypominać wszystkim dookoła, że zasługuje na miejsce, które zajmował. Po prostu był. Słuchał, wyciągał wnioski i zdawał się mieć tę rzadką umiejętność sprawiania, że inni czuli się przy nim pewniej.
Była to dość irytująca cecha u kogoś, kto musiał znosić Truskawkę, ale Wibrys musiał przyznać, że działała. Właściwie czasami zastanawiał się, jakim cudem Mirtowe Lśnienie nie osiwiał jeszcze od samego przebywania w jej pobliżu.
Jego siostra potrafiła w ciągu kilku chwil przyprawić go o zawał serca. Potrafiła być męcząca. Potrafiła być głośna. Potrafiła sprawić, że kot zaczynał tęsknić za ciszą, której wcześniej nawet nie doceniał.
Ale jednocześnie miała coś, czego nie dało się jej odebrać. Umiała przyciągać innych. Umiała sprawić, że nawet koty, które początkowo patrzyły na nią z nieufnością, po czasie zaczynały dostrzegać coś więcej niż tylko jej chaotyczną naturę. Być może właśnie dlatego Mirtowe Lśnienie tak dobrze sobie z nią radził. Nie próbował jej zmienić. Po prostu nauczył się rozumieć, co kryło się za całym tym zamieszaniem.
Poza tym Wibrys nie bardzo orientował się w ogólnym chaosie, jaki od dłuższego czasu panował w tym klanie. Nie chciał się w niego szczególnie zagłębiać. Nie dlatego, że zupełnie go to nie obchodziło, ale dlatego, że obawiał się, iż zbyt dokładne przyjrzenie się sytuacji tylko utwierdziłoby go w myśli, że porzucenie Owocowego Lasu nie było najrozsądniejszą decyzją, jaką w życiu podjął.
A przecież nie chciał do tego wracać.
Nie chciał analizować każdej decyzji, każdego kroku, każdej chwili, w której mogli postąpić inaczej. Byli tutaj. Żyli. Mieli schronienie, mieli jedzenie, mieli miejsce, które powoli zaczynało przypominać dom. Wibrys nie należał do kotów, które lubiły rozdrapywać przeszłość tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal boli.
Nie spodziewał się jednak, że niedługo później usłyszy kolejną wiadomość, która sprawiła, że przez chwilę musiał upewnić się, czy przypadkiem ktoś nie robi sobie z niego żartu.
Truskawkowe Pole została zastępczynią.
Samo pomyślenie o tym wydawało mu się absurdalne.
Przez moment naprawdę był przekonany, że źle usłyszał. Może ktoś powiedział inne imię. Może ktoś pomylił koty. Może po prostu Truskawka zrobiła coś typowego dla siebie i ogłosiła wszystkim coś, co w rzeczywistości jeszcze nie miało miejsca.
Ale nie. To naprawdę była ona. Jego rodzona siostra.
Ta sama kotka, która kiedyś potrafiła wpakować ich oboje w kłopoty tylko dlatego, że uznała jakiś pomysł za „interesujący”. Ta sama, która niejednokrotnie działała szybciej, niż myślała. Ta sama, która miała niezwykły talent do znajdowania sobie problemów nawet tam, gdzie wcześniej ich nie było.
I teraz ktoś uznał, że właśnie taka kotka powinna pomagać kierować klanem.
Samo w sobie było to niemal zabawne.
Nie dlatego, że jego siostra była niezdolna. Wbrew wszystkiemu, co można było o niej powiedzieć, kotka potrafiła być niezwykle zdeterminowana. Jeśli coś naprawdę leżało jej na sercu, potrafiła walczyć o to z siłą, której trudno było się po niej spodziewać. Nigdy nie należała do tych, którzy cicho przyjmowali rzeczywistość taką, jaka była. Jeśli coś jej nie pasowało, mówiła o tym. Jeśli ktoś jej zdaniem potrzebował pomocy, wtrącała się. Jeśli uznała, że coś było niesprawiedliwe, potrafiła poświęcić zaskakująco dużo energii, żeby to zmienić.
Problem polegał na tym, że równie często walczyła o sprawy, które dla większego ogółu niekoniecznie były dobrym pomysłem.
Nie uważał jej moralności za krzywą. Nie powiedziałby też, że była złą kotką. Wręcz przeciwnie — wiedział, że miewała dobre intencje. Problem tkwił raczej w tym, że Truskawka czasami tak bardzo skupiała się na własnym sposobie patrzenia na świat, że zapominała, iż inni mogli widzieć go zupełnie inaczej. Jej uczucia często wyprzedzały rozsądek, a entuzjazm potrafił przeskoczyć kilka kroków przed konsekwencjami.
W jego oczach wciąż była tą samą kotką, która stanowiła dla niego w wielu kwestiach utrapienie.
A jednak została wybrana.
I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, że nie zna już swojej siostry tak dobrze, jak mu się wydawało.
Może nigdy nie chodziło o to, że Truskawka nie potrafiła dorosnąć. Może po prostu dorastała w sposób, którego nikt poza nią nie był w stanie przewidzieć. Może ta sama upartość, która kiedyś prowadziła ją do dziwnych decyzji, teraz sprawiała, że inni widzieli w niej kogoś godnego zaufania.
Bo przecież ostatecznie nie została zastępczynią dlatego, że była idealna.
Została nią mimo tego, jaka była.
Po wyrazach pysków współklanowiczów dosyć szybko pojął, że nie był to dla nich oczywisty wybór. I z pewnością wielu nie było z niego zadowolonych. Problemem nie zdawała się jednak sama kwestia uprzedzeń do kogoś spoza klanu, a raczej do samej Truskawki, która przecież własnym zachowaniem zdążyła dać się poznać jako kotka nieraz głośna, chaotyczna i trudna do przewidzenia.
Wibrys właściwie nie mógł mieć im tego za złe.
Gdyby kilka kotów, które zaakceptowały wybór szylkretki na zastępczynię, poznało chociaż część historii z czasów Owocowego Lasu, zapewne prędko podzieliliby zdanie tych pierwszych. Nie wiedzieli o wszystkich jej pomysłach, o sytuacjach, w których musiał się za nią stawiać, ani o momentach, gdy jedynym rozsądnym rozwiązaniem było zamknąć oczy i udawać, że nie widział tego, co właśnie zrobiła.
Miłostka zawsze była sobą. Niezależnie od miejsca, niezależnie od klanu, niezależnie od tego, ilu kotów patrzyło na nią z niepewnością. I być może właśnie dlatego ostatecznie znalazła swoje miejsce.
***
Truskawkowe Pole miała mieć kocięta.
Sekrecik przez długi czas po prostu patrzył na nią bez słowa, próbując połączyć tę informację z obrazem siostry, który miał w głowie.
Rodzina nigdy nie była czymś, co do niej pasowało.
A jednak teraz miała stworzyć własną.
Nie spodziewał się, że kiedykolwiek dożyje dnia, w którym zobaczy ją spokojnie myślącą o przyszłości. Nie spodziewał się, że kotka, która całe życie próbowała znaleźć swoje miejsce, nagle sama stanie się dla kogoś domem.
Cóż.
Cuda najwyraźniej się zdarzały.
***
Kiedy zniknęła, początkowo nie pomyślał o niczym złym. Ona zawsze gdzieś znikała.
Była kotką, której ciężko było usiedzieć w jednym miejscu. Zawsze gdzieś biegła, zawsze coś sprawdzała, zawsze miała jakiś nowy pomysł. Przez pierwsze dni zakładał więc, że po prostu robi coś po swojemu.
Potem minęło więcej czasu. A ona nadal nie wróciła.
Sekrecik długo zastanawiał się, czy powinien jej szukać. Czy powinien ruszyć za nią, tak jak robił wcześniej? Czy powinien po raz kolejny zostawić wszystko i podążyć za siostrą, która całe życie prowadziła go za sobą?
Tym razem tego nie zrobił.
Nie dlatego, że przestało mu zależeć. Właściwie wychodziło na to, że zależało mu wystarczająco mocno.
W końcu Truskawkowe nigdy nie była kotką, którą można było zatrzymać. Można było ją prosić, można było ją przekonywać, można było próbować ją chronić, ale ostatecznie zawsze należała do niej samej. Jeśli gdzieś poszła, musiała mieć ku temu swój powód.
Może ją coś przerosło. Może życie, którego tak bardzo chciała, okazało się trudniejsze, niż zakładała. Może po prostu znowu poczuła potrzebę ruszenia dalej.
Nie wierzył, żeby coś jej się stało. Nie jego siostrze. Miłostka miała w sobie zbyt dużo uporu, żeby łatwo zniknąć. Jeśli już, to bardziej prawdopodobne było, że sama zdecydowała się odejść.
A on?
On po raz pierwszy od dawna nie chciał odchodzić razem z nią. Nie mógł wiecznie robić za jej opiekuna i pilnować jej każdego kroku.
Klan Klifu stał się jego domem. Pożegnał już raz swój dom, jakim był Owocowy Las, ale nie zamierzał robić tego po raz drugi.
Miał tutaj koty, z którymi rozmawiał. Miał swoje miejsce. Miał codzienność, która nie była już tylko przystankiem pomiędzy jednym a drugim życiem.
Wieczorem często spoglądał w niebo i myślał o tym wszystkim, czego nie powiedział. O tym, czy mógł zrobić coś więcej. Czy powinien był bardziej jej pilnować? Czy jako brat tak naprawdę nie zawiódł?
Prawda była taka, że Truskawka nigdy nie potrzebowała opiekuna.
Potrzebowała tylko kogoś, kto będzie pamiętał o niej, nawet kiedy jej zabraknie.
Westchnął cicho, unosząc wzrok ku gwiazdom.
— Mam nadzieję, że dobrze się bawisz — mruknął pod nosem, choć nie był pewien, czy mówił do niej, czy do rodziców, których dawno już nie było, chcąc tym samym przeprosić za wszystko, czym sprawił im przykrość.
Potem po prostu wrócił do swoich obowiązków.
Bo pierwszy raz od bardzo dawna nie czuł potrzeby szukania kolejnego miejsca.
Już je znalazł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz