Przeszłość
Mordor przeciągnęła lekko łapki i wychyliła łebek ze żłobka, chcąc złapać odrobinę promieni słonecznych. I oczywiście zabrać trochę błotka czy mchu z obozu, choć do tego może nie powinna się przyznawać. Szczególnie że jej mech do figureczkę pochodził z bardzo…różnych miejsc. Niestety nie zaszła zbyt daleko, gdyż przed nią wyrosła pewna przeszkoda w formie kremowego kocura. Skrzywiła się, mając najszczerszą ochotę po prostu wyminąć irytującą przeszkodę.
— A gdzie się nasza droga panienka Moldor wybiera? — powiedział kremowy, niechcący nie poprawnie wymawiając imię koteczki. — Na przygodę czy do grobu? — dodał żartobliwie.
Karpati zmarszczyła nosek, a także brwi, aby ukazać lepiej swoją wzgardę, lecz to nadal nie odstraszyło dziwnego kocura.
— Nie jestem Moldol! Jestem Moldol!! — zapiszczała, jednak sama wymówiła swoje imię niepoprawnie. — Ugh! Lllllrrrllll! Dwa!— miauknęła jeszcze oburzona.
— Chyba nie rozumiem. Czyli jesteś Moldol, tak? — zapytał dla pewności, a mała koteczka przybiła sobie piątkę z czołem.
— Lllr! — zawołała.
— R? — kocur wyglądał, jakby coś analizował. — Mordor, tak? Miło mi cię poznać. Jestem Iskrzyk — wymruczał przyjaźnie, a kotka wyglądała, jakby chciała mu przyłożyć.
— To świetnie. Idź już. I co cię to obchodzi, gdzie idę, co? Nawet jak do globu to co do tego — zapytała, chcąc przecisnąć się między jego łapami, jednak nic z tego.
W ostatniej chwili ja złapał i odłożył na poprzednie miejsce.
— Za obozem jest niebezpiecznie, wie o tym mała dama, prawda? — zapytał, unosząc brwi.
— No i? Nawet się tam nie wybielam! Jak tak boisz się, żebym szła, to sam przynieś mi to, co potrzebuję — mruknęła niezadowolona.
— Mogę ci pomóc co najwyżej — odparł z uśmiechem.
Wyglądał, jakby należał do tych, co to lubią kocięta. Niestety małej Mordor lubić się nie dało.
— Sam sobie pomóż. Spadaj — burknęła i ostatecznie wróciła się do żłobka, tupiąc nerwowo.
W dniu mianowania
Mordor naburmuszona tupiąc łapkami, wyszła za rodzeństwem. Miała zostać uczniem i była zmuszona wybrać swoją przyszłość. Uważała, że było oczywiste, kim chciała zostać. Chciała być tak samo zwinna, jak jej mama i móc skakać po drzewach niczym rude wiewióreczki. Nawet kształt jej ciała sugerował, że urodziła się po to, aby zostać doskonałą zwiadowczynią. Uderzyła łapą w ten głupi kasztanowiec, na którym mieszkała uczniowie. Nie kusiło jej zostawanie uczniem. Nie wyobrażała sobie nawet, że będzie pod opieką jakiejś durnoty. Wolała zrobić wszystko sama. Ot co! Koteczka chciała zostać Zosią Samosią. Ponownie pacnęła drzewo łapą, spotykając się z pytającym spojrzeniem Pierścienia. Warknęła na niego cicho, a na jej głowę spadł kasztan. Spadł, jednak nie dam. Jeden z zirytowanych zachowaniem młódki uczniów postanowił zrzucić twardą część roślinki na kotkę. Mordor podjęła, znowu tupiąc nerwowo.
— Mysi móżdżek! A niech cię wrony zeźlą! Niech cię ziemia pochłonie!! — zawyła żałośnie, spotykając się ze śmiechem innych.
Usłyszała ciche chrząknięcie.
— Już dobrze? — mruknął czyjś głos.
Szylkretka odwróciła się szybko, widząc przywódcę klanu. Najwyraźniej to właśnie do niego należał ten głos. Ujrzała także zdenerwowany wzrok swoich rodziców i pełen rozbawienia wzrok Smoka. Jej pyszczek pokrył się rumieńcami. Na dzisiaj specjalnie postanowiła wymyć porządnie swoje futro. Zdołało się jej nawet wymyć wszystkie resztki błota! Oponowała Rohan tyle razy, że kotka pozwalała jej po prostu czasem chodzić z brudnym futerkiem. Od tamtego czasu niebieska praktycznie cały czas spędzała na robieniu swoich śmiesznych figurek.
Czereśnia westchnął cicho. Chyba po prostu brakowało mu słów na młodą koteczkę.
— Niech wszystkie koty Owocowego Lasu zbiorą się wokół mównicy! — zawołał czekoladowy.
Mordor zaczęła nieco nerwowo oddychać. Obraz lekko się jej rozmywał z nerwów. Obserwowało ją zdecydowanie zbyt dużo kotów. A jeszcze więcej zapewne oceniało. Zjeżyła lekko futerko i wytężyła wzrok. Wiedziała, że da sobie radę, mimo to jej łapki trząsły się bardziej niż powinny.
— Dzisiaj kocięta Gondora oraz Topoli zostaną mianowani na uczniów. Dwoje z nich pójdzie w ślady swojego ojca. Trzecie zostanie zwiadowcą tak jak ich matka. Smoku, podejdź tu, proszę — miauknął, wpatrując się w czarną szylkretkę. — Smoku, twoim mentorem zostanie Sajgon. Wierzę, że przekażę ci całą swoją wiedzę na temat tego, jak być doskonałym wojownikiem — dokończył, a koty zetknęły się nosami.
Mordor widziała w oczach siostry pewne wyzwanie. Zapewne chciała być lepsza od każdego, kogo napotka, nawet od własnego mentora.
“To takie dla niej… Typowe” pomyślała niebieska, patrząc na Pierścienia.
— Pierścieniu… — zaczął, jednak nim skończył, kocur już pojawił się we wskazanym miejscu. — Twoim mentorem będzie Daglezja. Wierzę, że przekaże ci ona wszystko, co musisz wiedzieć, o byciu wojownikiem Owocowego Lasu — mruknął, obserwując, jak kolejne koty stykają się nosami.
Mordor nawet zaczęła się zastanawiać czy to nie trochę nudne. Wszystkie ceremonie. Na jego miejscu chyba skoczyłaby z kasztanowca. Te wszechobecne ślepia… Niebieską aż przeszły dreszcze.
— Mordorze? — kotka została wyrwana z objęć własnej wyobraźni.
Podskoczyła nagle i zaczęła nerwowo kiwać głową. Podeszła we wskazane miejsce i posłała czekoladowe mu nerwowy uśmiech. Ten na szczęście to odwzajemnił, więc kotka szybko uznała, że być może aż tak się nie wygłupiła.
— Mordorze twoim mentorem zostanie Iskrzyk — zaczął kocur, a koteczka zastrzygła uchem.
Skądś kojarzyła to imię. Nie była jednak pewna skąd. Widząc jednak futro wywołanego zwiadowcy, zmarszczyła brwi.
“No nie! Tylko nie ten półgłówek!!” pomyślała, a jej pyszczek przybrał niezadowoloną minkę.
— Iskrzyku, wierzę, że przekażesz swojej uczennicy całą wiedzę na temat życia zwiadowców, a także innych istotnych informacji — zakończył jedna część przemowy, czekając, aż uczennica zetknie się nosem z mentorem.
Karpatki wzdrygnęła się lekko i wyraźnie skrzywiła pyszczek.
— Selio? To musisz być ty? — szepnęła bardzo cicho, stykając się nosem z kremusem.
Tamten nie dosłyszał jednak jej słów. Uśmiechnął się lekko.
— A więc mocą Wszechmatki zostajecie uczniami Owocowego Lasu! — wykrzyknął, a wszyscy zaczęli wiwatować.
Jeszcze chwilę towarzyszył zebranym kotom, a następnie udał się spocząć w legowisku przywódcy.
— Świetnie!. Nauczymy panienkę wspinać się na drzewa. I rozpoznawać choroby drzew. W końcu to podstawy! — zawołał Iskrzyk melodyjnym głosem.
— Nie chcę się uczyć. Spadaj — mruknęła.
Nastała chwila ciszy, a gdy Iskrzyk chciał coś odpowiedzieć, Mordor przerwała mu:
— Ej, a co to Wszechmatka? — wypaliła uczennica w stronę Iskrzyka, gdy tylko pysk Czereśni całkowicie zniknął jej z pola widzenia.
— Wiara Owocowego Lasu. Większość klanu wierzy właśnie w nią. Czuwa nad życiem naszym i całego lasu. Dba o nasze bezpieczeństwo młoda damo — odmiauknął, a Mordor zmrużyła oczy, mówiąc głową.
Nastała ponowna chwila ciszy. Niebieska rozejrzała się dookoła. Nie chciała być akurat przy tym kocurze, ale niestety nie miała większego wyboru.
— No dobrze. Skoro to wszystkie pytania to możemy iść — zamruczał wesoło.
<Iskrzyku?>
[1016 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz