BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrujący Wibrys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrujący Wibrys. Pokaż wszystkie posty

29 lipca 2026

Od Wędrującego Wibrysa

Przez pierwsze dni nieobecność siostry nie była dla niego wcale aż tak odczuwalna. Przywykł do stanu, w którym sporadycznie wymieniali ze sobą kilka zdań, po czym każde wracało do własnych obowiązków. Odkąd Truskawkowe Pole została zastępczynią, a później dorobiła się kociąt, ich kontakt stał się jeszcze bardziej urwany. Rzadko mieli okazję porozmawiać dłużej, a jeśli już, zazwyczaj kończyło się na krótkiej wymianie zdań. Czy w obliczu jej odejścia czuł żal, że nie poświęcał jej więcej czasu? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Tak bardzo, jak za nią tęsknił, tak samo pamiętał wszystkie chwile, w których potrafiła doprowadzić go do szału. Każdy moment, kiedy pakowała ich oboje w kłopoty tylko dlatego, że coś wydało jej się zabawne albo warte sprawdzenia. Była nieprzewidywalna, męcząca i hałaśliwa, a mimo to jej brak pozostawił w codzienności pustkę, której wcześniej wcale się nie spodziewał. Obozowisko wydawało się dziwnie spokojne, jakby ktoś nagle uciszył irytujący i notoryczny dźwięk, do którego przez całe życie zdążył się przyzwyczaić. Wędrujący Wibrys nigdy nie należał do kotów otaczających się tłumem znajomych. Zresztą, jeszcze w Owocowym Lesie nie był duszą towarzystwa. Nie potrzebował nieustannego gwaru wokół siebie, lecz kiedy jednak przychodził czas patrolu, potrafił zmienić się w prawdziwą gadułę. Nawet jeśli ktoś wyraźnie nie przepadał za jego obecnością, płowy z uporem ciągnął monolog, by później z pełnym przekonaniem nazwać go rozmową.
Czasem trafiał jednak na kota, który rzeczywiście chciał rozmawiać. Wtedy droga mijała znacznie szybciej. Nie musiały to być wielkie czy ważne tematy. Wręcz przeciwnie, najbardziej lubił zwykłe rozmowy o polowaniach, pogodzie czy codziennych drobiazgach. Dopóki temat nie schodził na żadne intrygi albo niekończące się opowieści o miłosnych podbojach, jak to miała w zwyczaju Miłostka, potrafił słuchać ich z prawdziwą przyjemnością.

***

Polowanie tego dnia poszło zaskakująco sprawnie. Pomimo silnych wiatrów, zapach zwierzyny był wyczuwalny. Wędrujący Wibrys odłożył swoją zdobycz na stos i przeciągnął się leniwie, czując przyjemne zmęczenie w łapach. Brzuch zaczynał dopominać się o swoje, więc bez większego namysłu skierował się w stronę świeżej zdobyczy, wypatrując czegoś niewielkiego. Ostatecznie wybrał dorodną mysz i już miał odwrócić się w stronę legowiska wojowników, gdy jego wzrok zatrzymał się na cynamonowej sylwetce kotki siedzącej nieco na uboczu. 
Zmrużył lekko oczy. Było w tym widoku coś nietypowego. Zazwyczaj trudno było spotkać Przepiórczą Wichurę samą. Z jego obserwacji wynikało, że przeważnie albo z kimś rozmawiała, albo za kimś ganiała. Jej głos zwykle niósł się po całym obozie, a ogon niemal bez przerwy poruszał się w żywym rytmie. Teraz jednak siedziała sama, z niewielką nornicą między łapami, wpatrzona gdzieś przed siebie. Nie wyglądała na smutną. Raczej sprawiała wrażenie zamyślonej i spokojnej, jakby na moment całkowicie pochłonęły ją własne myśli.
Płowy zawahał się na dłuższą chwilę. Zazwyczaj nie przepadał za dosiadaniem się do innych kotów, szczególnie kotek. Prędzej czy później kończyło się to kolejną teorią Miłostki, według której najwyraźniej próbował na starość zaznać szczęścia w miłości. 
Sprawa wyglądała jednakże tak, że Truskawkowego Pola już tu nie było. Nie kręciła się nigdzie po obozie, ani gdziekolwiek po terenach klanu. Po prostu zniknęła, a wraz z nią zniknęły także te wszystkie drobne przyzwyczajenia, do których przez tyle księżyców zdążył się przywiązać.
Strzepnął lekko ogonem, jakby próbował odgonić od siebie tę myśl. Pora było przywyknąć do nowej rzeczywistości.
Wziął głębszy oddech i zmobilizował się, by podejść kilka kroków bliżej cynamonowej szylkretki.
— Mogę? — zapytał serdecznie, wskazując ogonem miejsce obok niej. — Obiecuję, że nie będę za dużo biadolił. — Uniósł lekko kącik pyska.
Przepiórczą Wichurę głównie znał z patrolów, na których akurat bardzo cenił jej towarzystwo. Większość kotów męczyła się jego gadaniem, odpowiadając na wszelkie jego próby podjęcia rozmowy pojedynczymi słowami, bądź w ogóle nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Z cynamonową było odwrotnie. Wystarczyło rzucić jedno zdanie, a rozmowa toczyła się już sama. Czasem zupełnie bez większego sensu, o rzeczach tak błahych, że po chwili żadne z nich nie pamiętało, od czego właściwie się zaczęło. Nie oczekiwała od niego wielkich przemyśleń ani błyskotliwych odpowiedzi. Po prostu słuchała. A później potrafiła mówić jeszcze więcej.
Usiadł obok niej dopiero wtedy, gdy skinęła głową. Kamienna posadzka jaskini była przyjemnie chłodna po całym dniu spędzonym na patrolach, chociaż silniejszy podmuch wiatru dał mu w kość. Odgryzł niewielki kawałek myszy i przez chwilę jadł w milczeniu, pozwalając sobie po prostu odetchnąć. Nie po to jednak znalazł sobie towarzysza, by obdarować go teraz ciszą. 
— Wiesz... — zaczął po chwili, próbując znaleźć w myślach niegroźny i przyjemny temat do dyskusji. — Mam chyba szczęście do patroli z tobą. Ostatnio zauważyłem, że jakoś często trafiamy do jednej grupy. — Przerwał na moment, przełknął kęs i poruszył końcówką ogona. Właściwie wcale mu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Patrole z nią mijały szybciej niż większość pozostałych. Może przydzielano ich do jednego zespołu w celu uzyskania spokoju od potencjalnej wymiany zdań, na którą najwyraźniej inni uczestnicy mogliby nie mieć ochoty. 
Przepiórcza Wichura uniosła łeb i zamrugała, jakby dopiero teraz zauważyła, że ktoś do niej mówi. Przez krótką chwilę wyglądała, jakby jej myśli znajdowały się zupełnie gdzie indziej, po prosu z pewnością nie w jej głowie. Zaraz potem jednak na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech, a zielone oczy rozbłysły znajomym entuzjazmem. Nawet uszy uniosły się wyżej, a ogon drgnął z zadowoleniem.
— To dobrze! — oznajmiła z przejęciem. — Bo ja też lubię z tobą chodzić. Nigdy się nie nudzę.
Nie brzmiała, jakby próbowała być uprzejma. W jej głosie nie było ani grama wymuszenia czy zwykłej grzeczności. A przynajmniej tak wolał sobie wmawiać point. 
Mimowolnie poczuł, jak kąciki pyska same unoszą mu się odrobinę wyżej. Nieczęsto słyszał podobne słowa. Większość kotów po prostu tolerowała jego towarzystwo. Nie był pewny, czy kwestią niechęci do niego było samo jego pozaklanowe pochodzenie, czy to, czego dopuściła się jego siostra i jak jej renoma mogła wpłynąć na odbiór jego obecności przez innych Klifiaków.  
Przepiórka przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Przez chwilę wydawało się, że próbuje skupić oba zezujące ślepia na jego pysku jednocześnie, choć efekt był co najmniej osobliwy. Wibrys już dawno przestał zwracać na to większą uwagę. Przyzwyczaił się do jej charakterystycznego spojrzenia tak samo, jak do piór wystających z jej futra. 
— Z innymi jest różnie. Jedni tylko idą i idą. A jak się do nich odezwiesz, to mrukną "mhm" albo "uważaj pod łapy". Jakby rozmowa przeszkadzała im w oddychaniu — dodała po dłuższej chwili. 
Płowy parsknął cicho, opuszczając wzrok na swoją zdobycz. Pazurem odsunął mysi ogon, który uparcie zawijał mu się pod łapę. Trudno było mu zaprzeczyć. Sam nie uważał się za szczególnie gadatliwego, choć prawdopodobnie większość klanu miałaby w tej kwestii inne zdanie. Wystarczyło dać mu jednak odpowiedniego rozmówcę, a potrafił mówić długo.
— Może po prostu nie wiedzą, co odpowiedzieć — zasugerował.
Przepiórcza natychmiast spojrzała na niego z miną pełną powagi. Jej uszy drgnęły. 
— To mogliby coś wymyślić. — Wzruszyła ramionami z pełnym przekonaniem. — Ty zawsze coś wymyślasz.
Wibrys uniósł brew i cicho prychnął pod nosem.
— Nie wiem, czy to komplement.
— Jest! — Jej odpowiedź padła tak szybko, że nawet nie zdążyła się zastanowić. — Chyba.
Wibrys mógł tylko pokręcić głową z lekkim rozbawieniem. W przypadku Przepiórczej nigdy nie miał pewności, czy właśnie otrzymał pochwałę, czy przypadkowe stwierdzenie, które tylko brzmiało podobnie.
Przez chwilę jedli w ciszy. Nie była ona jednak niezręczna. Raczej należała do tych spokojnych momentów, kiedy żadne z nich nie czuło potrzeby, by na siłę wypełniać każde uderzenie serca kolejnymi słowami. Point doceniał takie chwile bardziej, niż wcześniej przypuszczał. W ostatnich księżycach wokół niego wydarzyło się wiele rzeczy, które wymagały ciągłego myślenia, analizowania i zastanawiania się, co właściwie powinien zrobić. Tutaj nie musiał tego robić. Mógł po prostu siedzieć i jeść.
To oczywiście nie trwało długo.
— A wiesz, co ostatnio znalazłam? — wypaliła nagle Przepiórcza, odrywając niewielki kawałek nornicy.
Pytanie padło tak niespodziewanie, że Wibrys nawet nie zdążył przełknąć kolejnego kęsa. Zerknął na nią kątem oka, próbując po samej mimice kotki odgadnąć, co mogło siedzieć w jej głowie. 
— Boję się odpowiedzi — westchnął.
Kotka zamachała lekko ogonem, najwyraźniej uznając jego reakcję za zachętę.
— Pióro.
Wibrys uniósł brew i pokręcił głową z rozbawieniem.
— Tego akurat się spodziewałem.
Przepiórcza wyprostowała się odrobinę, z dozą dumy w postawie. Zielone ślepia aż błyszczały z ekscytacji, a piórka tkwiące w jej futrze poruszyły się delikatnie, gdy energicznie machnęła łbem.
— Ale wyjątkowe! Takie wielkie. — Rozłożyła łapy, pokazując długość znacznie przesadzoną. — Myślę, że należało do mewy... albo do czapli... albo do jakiegoś bardzo dużego wróbla.
Kocur przez moment naprawdę próbował wyobrazić sobie wróbla takich rozmiarów. Obraz, który pojawił się w jego głowie był na tyle absurdalny, że niemal parsknął śmiechem.
— Bardzo dużego wróbla? — Zastrzygł uchem w zadumie, kwestionując, czy się nie przesłyszał.
— No...
— Przepiórcza Wichuro...
Kotka spojrzała na niego z miną niewinnego kocięcia.
— No co? Nie widziałam go. Widziałam tylko pióro.
Zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową. Musiał przyznać, że rzeczywiście lubił z nią rozmawiać. Nie próbowała na siłę udowodnić swojej racji. Nie obrażała się, kiedy ktoś podważał jej teorię. Po prostu uznawała ją za całkowicie logiczną i przechodziła dalej.
Odgryzł kolejny kawałek myszy, po czym oblizał pysk.
— I co z nim zrobiłaś? — postanowił drążyć temat.
Przepiórcza odpowiedziała natychmiast, jakby było to najbardziej oczywiste pytanie świata.
— Schowałam.
— Gdzie? — spytał, choć spekulował, że mogłaby nie być chętna dzielić się z nim położeniem swojego nowiutkiego skarbu. To, że pozwoliła mu dotrzymać jej towarzystwa w trakcie posiłku, nie świadczyło o żadnej większej przyjaźni i zaufaniu do dzielenia się takimi sekretami. 
Cynamonowa nagle zamilkła. Zmarszczyła nos. Jej uszy poruszyły się niespokojnie, a wzrok zaczął błądzić po sklepieniu jaskini, stosie świeżej zdobyczy i kamiennych ścianach za wodospadem. Nawet odsunęła lekko nornicę, najwyraźniej całkowicie pochłonięta próbą przypomnienia sobie miejsca swojej kryjówki.
Po kilku uderzeniach serca opuściła łeb.
— Nie pamiętam — przyznała z niezręcznym uśmiechem.
Wibrys musiał mocno zacisnąć pysk, żeby zachować chociaż pozorną powagę na pysku. 
— To świetna kryjówka — stwierdził.
Kotka natychmiast nastroszyła lekko futro.
— Właśnie nie. Dlatego teraz go szukam.
— Będę wypatrywał. Gdyby jakiś ogromny wróbel zgubił kolejne, dam ci znać — odparł jedynie. 
Przepiórcza aż klasnęła ogonem o kamienne podłoże.
— Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć! — mruknęła. — Może to i błahe, ale w jakiś sposób istotne dla mnie — dopowiedziała, wracając do swojego jedzenia. 
Wibrys uśmiechnął się pod nosem. Zastanawiał się czasem, jak to możliwe, że potrafiła cieszyć się z tak drobnych rzeczy z takim samym entuzjazmem, z jakim inni świętowali największe sukcesy.
Przez krótką chwilę obserwował sterczące z jej karku piórka. Było ich naprawdę sporo. Jedne białe, inne brązowe, kilka nakrapianych. Niektóre wyglądały świeżo, inne były już wyraźnie sfatygowane.
— Tak właściwie... Skąd w ogóle tyle tych piór u ciebie? Co chwilę masz nowe.
Przepiórcza odruchowo obejrzała własne futro, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o swojej kolekcji.
— Same się znajdują — oznajmiła z pełnym przekonaniem.
Wibrys uniósł brew.
— Same?
— No! Leżą. Albo wiatr je przyniesie. — Zawahała się na moment. — Czasem ptak je zgubi. To szkoda zostawiać.
Mówiła o tym z taką czułością, że przez moment miał wrażenie, iż opowiada o czymś znacznie cenniejszym niż zwykłe pióra. Dla niej najwyraźniej właśnie takie były.
— Zbierasz je od dawna?
— Odkąd pamiętam — przyznała. — Przeważnie tylko te należące do przepiórek, ale jak znajdzie się inne, które zwróci moją uwagę, to też je przygarnę — dodała.  
Na moment przycichła. Ostrożnie poprawiła jedno z piórek tkwiących przy barku, jakby bała się, że zaraz wypadnie. Wibrys obracał przez chwilę w łapach cienki mysi ogon. 
— Rozumiem — wypalił tylko, by nie wyjść na ignoranta. 
Przepiórcza spojrzała na niego z pewną podejrzliwością.
— A co, zbierałeś też kiedyś pióra? — spytała. 
Przez moment się zawahał. Nie był pewien, czy powinien przyznawać się do tego, co swego czasu go fascynowało. Minęło już wiele księżyców, odkąd był kociakiem, ale wspomnienie tamtej kolekcji wróciło do niego z zadziwiającą łatwością.
— Nie do końca — westchnął, rozważając, czy na pewno powinien powiedzieć to, co miał w głowie. — Ja kiedyś zbierałem... — uciął, odchrząkując. — Robaki.
Przepiórcza zamrugała kilka razy. Wyglądała, jakby właśnie usiłowała ustalić, czy Wibrys mówi poważnie.
— Żywe?
— Czasami.
Kotka otworzyła szerzej oczy.
— Po co?
Wibrys wzruszył lekko ramionami.
— Sam już nie wiem.
Przez chwilę naprawdę próbował sobie przypomnieć. Wtedy wydawało mu się to niezwykle interesujące. Dziś sam nie potrafił wyjaśnić, co właściwie widział w dżdżownicach i chrząszczach.
Przepiórcza nie dawała jednak za wygraną.
— A gdzie je trzymałeś? — drążyła. 
Na samą myśl przypomniało mu się zamieszanie, jakie wywołał, gdy część jego "zbiorów" wydostała się z kryjówki.
— Lepiej nie pytaj — odparł ze śmiertelną powagą w głosie. 
Kotka, ku przeciwności losu, wybuchnęła śmiechem tak głośnym, że kilka siedzących nieopodal wojowników odwróciło głowy. Echo poniosło jej śmiech po całej jaskini, mieszając go z jednostajnym szumem wodospadu.
— Wiedziałam! — pisnęła. — Wiedziałam, że jesteś dziwny!
Wibrys zastrzygł uchem. Może za taką szczerość nie powinien jej cenić. 
— Dziękuję — westchnął teatralnie.
— To był komplement — dopowiedziała natychmiastowo, jakby domyślając się jego pierwotnej interpretacji.
— Tego właśnie się obawiałem — mruknął tylko, ale w jego głosie nie było za grosz urazy. Raczej było to na swój sposób miłe i zabawne.
Mimo to płowy nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu. 

21 lipca 2026

Od Wędrującego Wibrysa CD. Truskawkowego Pola

Zwolnił kroku, słysząc słowa siostry. Nie było to szczególnie zaskakujące. Nie był ślepy, żeby nie zauważyć, jak ta kręciła się wokół rudego kocura niemal od pierwszego dnia ich wspólnych „treningów”. Truskawka miała tę specyficzną cechę, że jeśli ktoś choć odrobinę ją zainteresował, natychmiast zaczynała zachowywać się tak, jakby właśnie odkryła nowy gatunek zwierzyny i zamierzała dokładnie zbadać każdy jego aspekt.
Problem polegał na tym, że w przypadku jego siostry zainteresowanie bardzo rzadko kończyło się samym zainteresowaniem. Zazwyczaj oznaczało to serię przypadkowych spotkań, przesadnie entuzjastycznych powitań, pytań zadawanych o wszystkim i niczym oraz prób wmieszania się w życie drugiego kota, zanim ten zdążyłby zorientować się, że wpadł w jej sidła.
Wędrujący Wibrys był niezwykle wyczulony na podboje miłosne swej siostry od czasów sytuacji z Lnem, nawet jeśli miała ona miejsce wiele księżyców temu, a oni sami byli wówczas niedojrzałymi młodzieńcami. Nie miał na myśli tylko kotki i jej niedoszłego wówczas wybranka serca. Sam nieraz przesadzał, depcząc jej po łapach i pouczając za każde niepoprawne jego zdaniem zachowanie.
Mirtowe Lśnienie był jednak w przeciwieństwie do Lna kimś, od kogo Sekrecik nie miał potrzeby natychmiastowo zwiewać. Nie dlatego, że szczególnie podobał mu się pomysł oglądania całego tego przedstawienia z bliska — bo zdecydowanie nie podobał mu się — ale dlatego, że rudzielec wydawał się mieć do Truskawkowego Pola wyjątkowo dużo cierpliwości. A tego akurat było potrzeba więcej niż odwagi czy siły.
— Wiesz, że to brzmi jak coś, czym absolutnie nie powinienem być obciążany? — mruknął w końcu, patrząc na nią z boku.
Szylkretka oczywiście wyglądała na zachwyconą samą możliwością opowiedzenia mu o swoich wielkich planach. Z pewnością spodziewała się, że podejdzie do nich krytycznie, ale to tak właściwie tylko bardziej ją napędzało. Jego zdaniem było to całkowite działanie wbrew zdrowemu rozsądkowi.
— Obciążany? Sekreciku, ja właśnie dzielę się z tobą czymś niezwykle ważnym. To zaszczyt — oświadczyła dumnie, jakby robiła mu przysługę, mieszając go w swoje sprawy.
— To brzmi bardziej jak ostrzeżenie — rzucił, nie podzielając w żaden sposób jej entuzjamu.
— Jesteś taki niedoceniający.
— Jestem realistą.
Nie odpowiedziała, ale jej uśmiech sugerował mu wystarczająco dużo. Znał ją za dobrze, by nie wiedzieć, że już dawno podjęła decyzję i jego opinia była jej potrzebna wyłącznie po to, by móc się nią pochwalić.
Westchnął cicho, ale nie ciągnął tematu. Czasami z Truskawką było tak, że próba zatrzymania jej przed czymś przypominała próbę zatrzymania wody łapą. Można było próbować, ale efekt końcowy pozostawał raczej marny. Namęczy się, a koniec końców będzie niezadowolony, bo przecież "łapa" będzie umoczona.

***

Kiedy Mirtowe Lśnienie został samozwańczo mianowany liderem Klanu Klifu, Wibrys przez dłuższą chwilę nie wiedział, co właściwie powinien o tym myśleć. Nie dlatego, że uważał go za złego kandydata. Wręcz przeciwnie — im dłużej obserwował rudego kocura, tym bardziej dochodził do wniosku, że wybór był całkiem trafny. Mirtowe Lśnienie miał w sobie spokój, którego brakowało wielu kotom. Nie musiał krzyczeć, nie musiał udowadniać swojej wartości przy każdym kroku ani przypominać wszystkim dookoła, że zasługuje na miejsce, które zajmował. Po prostu był. Słuchał, wyciągał wnioski i zdawał się mieć tę rzadką umiejętność sprawiania, że inni czuli się przy nim pewniej.
Była to dość irytująca cecha u kogoś, kto musiał znosić Truskawkę, ale Wibrys musiał przyznać, że działała. Właściwie czasami zastanawiał się, jakim cudem Mirtowe Lśnienie nie osiwiał jeszcze od samego przebywania w jej pobliżu.
Jego siostra potrafiła w ciągu kilku chwil przyprawić go o zawał serca. Potrafiła być męcząca. Potrafiła być głośna. Potrafiła sprawić, że kot zaczynał tęsknić za ciszą, której wcześniej nawet nie doceniał.
Ale jednocześnie miała coś, czego nie dało się jej odebrać. Umiała przyciągać innych. Umiała sprawić, że nawet koty, które początkowo patrzyły na nią z nieufnością, po czasie zaczynały dostrzegać coś więcej niż tylko jej chaotyczną naturę. Być może właśnie dlatego Mirtowe Lśnienie tak dobrze sobie z nią radził. Nie próbował jej zmienić. Po prostu nauczył się rozumieć, co kryło się za całym tym zamieszaniem.
Poza tym Wibrys nie bardzo orientował się w ogólnym chaosie, jaki od dłuższego czasu panował w tym klanie. Nie chciał się w niego szczególnie zagłębiać. Nie dlatego, że zupełnie go to nie obchodziło, ale dlatego, że obawiał się, iż zbyt dokładne przyjrzenie się sytuacji tylko utwierdziłoby go w myśli, że porzucenie Owocowego Lasu nie było najrozsądniejszą decyzją, jaką w życiu podjął.
A przecież nie chciał do tego wracać.
Nie chciał analizować każdej decyzji, każdego kroku, każdej chwili, w której mogli postąpić inaczej. Byli tutaj. Żyli. Mieli schronienie, mieli jedzenie, mieli miejsce, które powoli zaczynało przypominać dom. Wibrys nie należał do kotów, które lubiły rozdrapywać przeszłość tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal boli.
Nie spodziewał się jednak, że niedługo później usłyszy kolejną wiadomość, która sprawiła, że przez chwilę musiał upewnić się, czy przypadkiem ktoś nie robi sobie z niego żartu.
Truskawkowe Pole została zastępczynią.
Samo pomyślenie o tym wydawało mu się absurdalne.
Przez moment naprawdę był przekonany, że źle usłyszał. Może ktoś powiedział inne imię. Może ktoś pomylił koty. Może po prostu Truskawka zrobiła coś typowego dla siebie i ogłosiła wszystkim coś, co w rzeczywistości jeszcze nie miało miejsca.
Ale nie. To naprawdę była ona. Jego rodzona siostra.
Ta sama kotka, która kiedyś potrafiła wpakować ich oboje w kłopoty tylko dlatego, że uznała jakiś pomysł za „interesujący”. Ta sama, która niejednokrotnie działała szybciej, niż myślała. Ta sama, która miała niezwykły talent do znajdowania sobie problemów nawet tam, gdzie wcześniej ich nie było.
I teraz ktoś uznał, że właśnie taka kotka powinna pomagać kierować klanem.
Samo w sobie było to niemal zabawne.
Nie dlatego, że jego siostra była niezdolna. Wbrew wszystkiemu, co można było o niej powiedzieć, kotka potrafiła być niezwykle zdeterminowana. Jeśli coś naprawdę leżało jej na sercu, potrafiła walczyć o to z siłą, której trudno było się po niej spodziewać. Nigdy nie należała do tych, którzy cicho przyjmowali rzeczywistość taką, jaka była. Jeśli coś jej nie pasowało, mówiła o tym. Jeśli ktoś jej zdaniem potrzebował pomocy, wtrącała się. Jeśli uznała, że coś było niesprawiedliwe, potrafiła poświęcić zaskakująco dużo energii, żeby to zmienić.
Problem polegał na tym, że równie często walczyła o sprawy, które dla większego ogółu niekoniecznie były dobrym pomysłem.
Nie uważał jej moralności za krzywą. Nie powiedziałby też, że była złą kotką. Wręcz przeciwnie — wiedział, że miewała dobre intencje. Problem tkwił raczej w tym, że Truskawka czasami tak bardzo skupiała się na własnym sposobie patrzenia na świat, że zapominała, iż inni mogli widzieć go zupełnie inaczej. Jej uczucia często wyprzedzały rozsądek, a entuzjazm potrafił przeskoczyć kilka kroków przed konsekwencjami.
W jego oczach wciąż była tą samą kotką, która stanowiła dla niego w wielu kwestiach utrapienie.
A jednak została wybrana.
I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, że nie zna już swojej siostry tak dobrze, jak mu się wydawało.
Może nigdy nie chodziło o to, że Truskawka nie potrafiła dorosnąć. Może po prostu dorastała w sposób, którego nikt poza nią nie był w stanie przewidzieć. Może ta sama upartość, która kiedyś prowadziła ją do dziwnych decyzji, teraz sprawiała, że inni widzieli w niej kogoś godnego zaufania.
Bo przecież ostatecznie nie została zastępczynią dlatego, że była idealna.
Została nią mimo tego, jaka była.
Po wyrazach pysków współklanowiczów dosyć szybko pojął, że nie był to dla nich oczywisty wybór. I z pewnością wielu nie było z niego zadowolonych. Problemem nie zdawała się jednak sama kwestia uprzedzeń do kogoś spoza klanu, a raczej do samej Truskawki, która przecież własnym zachowaniem zdążyła dać się poznać jako kotka nieraz głośna, chaotyczna i trudna do przewidzenia.
Wibrys właściwie nie mógł mieć im tego za złe.
Gdyby kilka kotów, które zaakceptowały wybór szylkretki na zastępczynię, poznało chociaż część historii z czasów Owocowego Lasu, zapewne prędko podzieliliby zdanie tych pierwszych. Nie wiedzieli o wszystkich jej pomysłach, o sytuacjach, w których musiał się za nią stawiać, ani o momentach, gdy jedynym rozsądnym rozwiązaniem było zamknąć oczy i udawać, że nie widział tego, co właśnie zrobiła.
Miłostka zawsze była sobą. Niezależnie od miejsca, niezależnie od klanu, niezależnie od tego, ilu kotów patrzyło na nią z niepewnością. I być może właśnie dlatego ostatecznie znalazła swoje miejsce.

***


Truskawkowe Pole miała mieć kocięta.
Sekrecik przez długi czas po prostu patrzył na nią bez słowa, próbując połączyć tę informację z obrazem siostry, który miał w głowie. 
Rodzina nigdy nie była czymś, co do niej pasowało.
A jednak teraz miała stworzyć własną.
Nie spodziewał się, że kiedykolwiek dożyje dnia, w którym zobaczy ją spokojnie myślącą o przyszłości. Nie spodziewał się, że kotka, która całe życie próbowała znaleźć swoje miejsce, nagle sama stanie się dla kogoś domem.
Cóż.
Cuda najwyraźniej się zdarzały.

***

Kiedy zniknęła, początkowo nie pomyślał o niczym złym. Ona zawsze gdzieś znikała.
Była kotką, której ciężko było usiedzieć w jednym miejscu. Zawsze gdzieś biegła, zawsze coś sprawdzała, zawsze miała jakiś nowy pomysł. Przez pierwsze dni zakładał więc, że po prostu robi coś po swojemu.
Potem minęło więcej czasu. A ona nadal nie wróciła.
Sekrecik długo zastanawiał się, czy powinien jej szukać. Czy powinien ruszyć za nią, tak jak robił wcześniej? Czy powinien po raz kolejny zostawić wszystko i podążyć za siostrą, która całe życie prowadziła go za sobą?
Tym razem tego nie zrobił.
Nie dlatego, że przestało mu zależeć. Właściwie wychodziło na to, że zależało mu wystarczająco mocno.
W końcu Truskawkowe nigdy nie była kotką, którą można było zatrzymać. Można było ją prosić, można było ją przekonywać, można było próbować ją chronić, ale ostatecznie zawsze należała do niej samej. Jeśli gdzieś poszła, musiała mieć ku temu swój powód.
Może ją coś przerosło. Może życie, którego tak bardzo chciała, okazało się trudniejsze, niż zakładała. Może po prostu znowu poczuła potrzebę ruszenia dalej.
Nie wierzył, żeby coś jej się stało. Nie jego siostrze. Miłostka miała w sobie zbyt dużo uporu, żeby łatwo zniknąć. Jeśli już, to bardziej prawdopodobne było, że sama zdecydowała się odejść.
A on?
On po raz pierwszy od dawna nie chciał odchodzić razem z nią. Nie mógł wiecznie robić za jej opiekuna i pilnować jej każdego kroku.
Klan Klifu stał się jego domem. Pożegnał już raz swój dom, jakim był Owocowy Las, ale nie zamierzał robić tego po raz drugi.
Miał tutaj koty, z którymi rozmawiał. Miał swoje miejsce. Miał codzienność, która nie była już tylko przystankiem pomiędzy jednym a drugim życiem.
Wieczorem często spoglądał w niebo i myślał o tym wszystkim, czego nie powiedział. O tym, czy mógł zrobić coś więcej. Czy powinien był bardziej jej pilnować? Czy jako brat tak naprawdę nie zawiódł?
Prawda była taka, że Truskawka nigdy nie potrzebowała opiekuna.
Potrzebowała tylko kogoś, kto będzie pamiętał o niej, nawet kiedy jej zabraknie.
Westchnął cicho, unosząc wzrok ku gwiazdom.
— Mam nadzieję, że dobrze się bawisz — mruknął pod nosem, choć nie był pewien, czy mówił do niej, czy do rodziców, których dawno już nie było, chcąc tym samym przeprosić za wszystko, czym sprawił im przykrość.
Potem po prostu wrócił do swoich obowiązków.
Bo pierwszy raz od bardzo dawna nie czuł potrzeby szukania kolejnego miejsca.
Już je znalazł.

20 marca 2026

Od Wędrującego Wibrysa do Rozżarzonej Pieśni

Na zewnątrz było jaśniej niż w jaskini, ale zdecydowanie nie było spokojniej. 
Jeszcze kilka dni temu, mewy były dla niego jedynie tłem. Przelotnymi cieniami na niebie, kojarzącymi się z odległymi, irytującymi wrzaskami. Teraz ich obecność była już nie do zignorowania. 
Ruszył w dół ścieżki, podążając za patrolem, do którego został dziś przydzielony. Odnotował tylko imiona towarzyszy: Kukułczy Wdzięk, Rozżarzona Pieśń, Drzemiące Słońce i Świetlista Walka. Zabawne, że był z nich najstarszy, a jednocześnie najmniej doświadczony w realiach tego klanu. Mimo że minęło już kilka księżyców od jego przybycia, nie wszyscy zdawali się w pełni akceptować jego obecność. 
Las wyglądał tak jak zawsze, spokojny, niemal obojętny na napięcie, które wisiało nad klanem. To właśnie dlatego tu przychodzili,w końcu drzewa stanowiły naturalną osłonę przed mewami, które w ostatnim czasie stawały się coraz większym problemem. 
Usłyszał kroki za sobą, ale nie odwrócił się od razu. 
Ruda kotka zatrzymała się nieopodal. Znał ją z widzenia, trudno było nie znać, ale nigdy wcześniej nie mieli okazji iść razem na patrol. Stała kawałek wyżej, pozwalając, by wiatr swobodnie poruszał jej futrem. 
— Często patrole są w takich dużych składach? — zagadnął, przełamując ciszę. Skoro już ruszył się z obozu, wypadało chociaż udawać zainteresowanie towarzystwem. 
Spojrzała na niego ostrożnie. 
— Niezbyt. Teraz tylko przez mewy. 
— Ach, te mewy... — westchnął z przesadnym przejęciem. 
Nie zamierzał przyznawać, że przespał moment, w którym lider tłumaczył sytuację i nowe zasady. I to dosłownie przespał. Uciął sobie wówczas drzemkę. By dowiedzieć o tym, co się stało, musiał płaszczyć się przed siostrą, od której wyciągnął ostatecznie wszelkie potrzebne informacje. 
Nie jego wina, że wzięło mu się na spanie. Przecież każdy potrzebował snu. On po prostu dbał o zdrowie. 
— Hm, nie jesteś zbyt rozmowna, co? — rzucił po chwili. 
Kotka zdawała się na moment zbita z tropu. 
— Słucham? Jestem. Po prostu teraz skupiam się na polowaniu, nie na rozmowach — odparła spokojnie. — Jak będzie z czym wracać, to wtedy można gawędzić. 
Uśmiechnął się lekko i skinął głową, jakby uznał to za całkiem sensowną filozofię. Sam zbliżył się do drzew. Tutaj łatwiej było o zdobycz. Przycupnął nisko i przez chwilę obserwował przestrzeń przed sobą, pozwalając ciszy zrobić swoje.

***

To, co upolowali w piątkę, spokojnie wystarczyłoby na zasilenie stosu zwierzyny. Mimo to reszta patrolu nie zamierzała wracać. Najwyraźniej uznali, że można jeszcze wycisnąć z tego miejsca coś więcej. Wibrys nie bardzo wiedział, jak planują to wszystko donieść do obozu, ale nie miał siły się sprzeczać. Po prostu szedł dalej. 
— Dziwię się, że mewy w ogóle odważyły się zapuścić w te rejony — mruknął w stronę Rozżarzonej Pieśni, zerkając na nią kątem oka. — Jeśli wszyscy tutaj są tak zawzięci nawet przy zwykłym polowaniu, to nie mają czego tu szukać. — Zawahał się na moment, po czym dodał z lekkim rozbawieniem. — Może macie to we krwi. W takim razie nie mam co liczyć, że kiedykolwiek wam dorównam — parsknął cicho, poruszając wibrysami. — Chociaż słyszałem, że wielu wcale się tu nie urodziło. — Przechylił lekko głowę, tym razem już wyraźnie ciekawski. — To jak to właściwie jest? Z twojej perspektywy naprawdę ciężko jest tolerować przybysza z oddali? — dopytał, zerkając na nią uważniej, jakby właśnie znalazł temat, który rzeczywiście go zainteresował.

<Żar?>

Od Wędrującego Wibrysa do Błyskotki

Obóz Klanu Klifu nie należał tego dnia do najcichszych miejsc. Szum wodospadu jak zwykle rozlewał się po kamiennych ścianach, mieszając się z podniesionymi głosami wojowników, których głównym tematem rozmów od dłuższego czasu pozostawały mewy.
Wędrujący Wibrys obserwował innych, przeciągając się leniwie. Kręcił się po obozie, szukając wygodnego miejsca do ucięcia drzemki. Wbrew pozorom legowisko za dnia nie było najspokojniejszym miejscem do spanka.
Nie spieszyło mu się. Nic go nie goniło. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości preferował.
Właśnie miał zamiar położyć się w jednym z bardziej nasłonecznionych miejsc, kiedy nagły, stłumiony krzyk, przeszył powietrze. Krótki, trochę zbyt głośny jak na zwykłe, kocięce piski. Wibrys uniósł głowę i poruszył uchem. Dźwięk dochodził ze żłobka.
Po chwili gdybania uznał, że nie zaszkodzi tam zajrzeć. Podszedł do wyznaczonego na teren kociarni wgłębienia i zajrzał do środka. Zapach mleka, mchu i ciepła uderzył go na powitanie. Zastał wewnątrz Morświnową Płetwę, pochyloną nad dwójką kociąt. Jej ogon poruszał się lekko.
Jeden z malców, brązowawy, dużo żwawszy samczyk, kręciło się tuż obok niej, wyraźnie czymś podekscytowany.
Płowy przekrzywił lekko głowę.
— Ktoś tu chyba urządzał zawody w krzyczeniu — rzucił z rozbawieniem.
Karmicielka drgnęła, a zaraz potem uśmiechnęła się szeroko, jakby samo jego pojawienie się było czymś miłym.
— Och! To tylko Agatówka — zaśmiała się cicho, zerkając na bardziej ruchliwego potomka. — Ma strasznie dużo energii i nadal nie potrafi sobie z nią poradzić — westchnęła.
Kocurek prychnął, fukając coś w stronę matki. Natomiast siedząca obok koteczka wydawała się dużo bardziej wycofana, próbując ukryć się pod mchem. Nie wyglądała jak reszta kociąt, które widywał. Nie rzucała się do zabawy, nie próbowała zwrócić na siebie uwagi. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jakby najchętniej zniknęła w tle.
Wszedł kawałek do środka, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.
— A twoja druga pociecha jak się zwie? — zagadnął.
Szylkretka drgnęła lekko, jak gdyby sam fakt, że ktoś zwrócił na nią uwagę, był wystarczającym zaskoczeniem. Jej uszy poruszyły się niepewnie, a spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, zanim znów wróciło do niego.
— To Błyskotka — miauknęła Morświn, wręcz z matczyną czułością spoglądając na córkę. — Ona jest akurat... mniej problematyczna — przyznała.
Pokiwał głową, dopiero teraz spostrzegając, że wokół szyi koteczki połyskuje... Cóż, sam nie wiedział co.
— To już chyba schemat, jak ma się więcej niż jedno kocię. Zawsze jest to jedno spokojne i grzeczne, a drugie to czysty brój — stwierdził. — Też tak miałem ze swoją siostrą, ale akurat ja byłem tym grzecznym, a ona... Ona cóż, nie wyrosła nigdy ze swojego łobuzerstwa — parsknął, przykucając. — Cześć Błyskotko. Jestem Wędrujący Wibrys. Powiesz mi, co to za skarb nosisz na szyi? — dodał ciszej, z wyraźną ciekawością, ale bez nacisku. — Wygląda, jakby kryła się za tym dłuższa historia, a ja akurat mam chwilę, żeby jej posłuchać.

<Błyskotko?>

Od Wędrującego Wibrysa do Wzorzystej Dali

Obóz tego dnia wyjątkowo tętnił życiem. Wojownicy wdawali się w ożywione rozmowy albo krążyli między legowiskami, załatwiając najpilniejsze sprawy. W powietrzu mieszały się zapachy mokrego kamienia, mchu i świeżej zdobyczy, a gdzieś w tle nieustannie rozbrzmiewał szum wodospadu. 
Wędrujący Wibrys leżał wyciągnięty w miejscu, gdzie słońce docierało najcieplej. Nie spieszył się z niczym. Jego oddech był spokojny, oczy przymknięte, a ciało przyjemnie rozluźnione. Czuł się, jakby cały ten ruch wokół zupełnie go nie dotyczył. 
Dopiero gdy czyjś cień padł na niego, poruszył jednym uchem. 
— Wędrujący Wibrysie. 
Nie odpowiedział. Kojarzył ten głos, ale nie należał do jego siostry, więc nie wymagał szczególnej reakcji. Co najwyżej mógł go mniej zignorować. 
— Wędrujący Wibrysie! Do roboty!
Tym razem brzmiało to już bardziej jak poirytowany syk niż uprzejma prośba. Kocur otworzył jedno oko i spojrzał na rozmówczynię z wyraźnym znużeniem. Krótka analiza wystarczyła, by uznał, że czas odpoczynku dobiegł końca. O Pikującej Jaskółce wiedział jedno — nie wchodziło się jej w drogę. Od początku traktowała jego i Truskawkowe Pole z jawną niechęcią. 
— Jakiej jeszcze roboty? Byłem już na patrolu... — westchnął przeciągle, jakby sama myśl była dla niego męcząca. 
— Tylko na jednym — prychnęła, mamrocząc coś pod nosem o pasożytnictwie. — Wzorzysta Dal i Gąsienicowy Ogryzek potrzebują wsparcia. Polowanie. Już. 
Wibrys westchnął jeszcze raz, tym razem ciężej i powoli podniósł się z miejsca. Przeciągnął się leniwie, aż mięśnie zadrżały mu pod gęstym futrem, po czym zeskoczył ze skalnej półki i ruszył przez jaskinię. 
Nie znał jeszcze wszystkich imion pobratymców, ale widząc szylkretkę i szaro-białego kocura, szybko dopasował ich pyski do wspomnień. Kotkę z pewnością czasami widywał w towarzystwie swojej siostry. 
— Długo ci zeszło — zauważył z lekkim uśmiechem Gąsienicowy Ogryzek. 
— Rozważałem sens życia — mruknął Wibrys, podchodząc bliżej. — Wyszło mi, że leżenie jest lepsze od polowania. 
Kocur spojrzał na niego krótko. 
— To spróbuj coś złapać leżąc. W ten sposób nie wykarmi się klanu. 
— Pracuję nad tym — odparł spokojnie, wyraźnie zadowolony z własnej odpowiedzi. 
Ruszyli razem w dół. Kamień pod łapami był chłodny i miejscami śliski, a wiatr przy silniejszych podmuchach próbował zachwiać równowagą. Dopiero niżej teren złagodniał i przeszedł w pas zieleni. 
Las przywitał ich ciszą, przerywaną jedynie szelestem liści i odległym świergotem ptaków. Wibrys zatrzymał się po kilku krokach, rozejrzał bez większego zaangażowania i po prostu usiadł, jakby samo bycie tutaj było wystarczającym wysiłkiem. 
Przez chwilę nic się nie działo. Potem coś zaszeleściło w trawie. Płowy westchnął, jakby ktoś przerwał mu ważne rozmyślania, i niechętnie zniżył ciało. Podszedł bliżej, powoli, bez przekonania, a potem skoczył. Mysz wpadła w jego łapy bardziej z zaskoczenia niż dzięki jego umiejętnościom. 
Obejrzał się odruchowo, czujnie zerkając ku niebu. Mewy potrafiły być upierdliwe, a on nie zamierzał dać się porwać przez jakiegoś przerośniętego ptaszora. Nie po to opuścił Owocowy Las, żeby teraz martwić się o własne życie przez te latające bestie. 
Kątem oka obserwował pozostałych. Po lewej Gąsienicowy Ogryzek poruszał się szybko i pewnie, z energią, która zdawała się nie pasować do jego wieku. Wibrys dowiedział się, że kiedyś był jeszcze bardziej żywiołowy, zanim zniknięcie jego mentorki przytłumiło ten zapał. 
Po prawej Wzorzysta Dal działała znacznie spokojniej. To była jedna z tych kotek, do których Truskawkowe Pole przylgnęło na początku ich pobytu. Może nie wyglądały na bliskie przyjaciółki, ale coś między nimi wyraźnie się budowało. 
— Brawo — rzucił Wibrys, podchodząc bliżej z myszą w pysku. — Dobrze ci poszło. 
Upuścił zdobycz i przeciągnął się lekko. 
— Szkoda tylko, że w taką pogodę nie można spokojnie poleżeć w słońcu, tylko Pikująca Jaskółka rozsyła nas na wszystkie strony. No i te przeklęte mewy — westchnął teatralnie, po czym zerknął na kotkę z lekkim błyskiem w oku. — Hej, słuchaj. Ty się... powiedzmy, dogadujesz z Truskawkowym Polem, prawda? — Przechylił głowę, jakby to była zupełnie niewinna ciekawość. — Naprawdę ją lubisz, czy to bardziej kwestia litości? — dodał ciszej, z nutą rozbawienia. — Spokojnie, wiem najlepiej, jaka potrafi być irytująca. Nie musisz się ograniczać w słowach — mrugnął porozumiewawczo.

<Wzorek?>

10 marca 2026

Od Wędrującej Łapy (Wędrującego Wibrysa) CD. Truskawkowej Łapy (Truskawkowego Pola)

dawno temu
Jagnięca Łapa okazała się jedną z naprawdę nielicznych, którzy od samego początku nie próbowali w żaden sposób umniejszać im z powodu ich pochodzenia. W pełni zadbała o to, by pod względem zdrowia niczego im nie brakowało i by jak najszybciej wrócili do formy.
Jego stan wymagał zdecydowanie więcej uwagi niż Miłostki, co było dla niego niezwykle irytujące, zważywszy na to, że to przecież on uważał się za tę rozsądniejszą jednostkę, a więc wszelkie choróbska powinny omijać go szerokim łukiem, choćby z czystego szacunku dla jego ostrożności.
Niedola długo go nie opuszczała, co zdawało się tak naprawdę znacznie bardziej przeszkadzać jego siostrze, niż jemu samemu. Do tego stopnia, że przy pierwszej możliwej okazji, pointka opuściła go w towarzystwie ich niby-mentora. Niby, bo trudno było mówić o jakimkolwiek szkoleniu, skoro niezbędną wiedzę mieli już w posiadaniu od dawien dawna.
Mimo wszystko nie dręczyło go poczucie winy z powodu bezczynności. Lubił siedzieć w miejscu i nic nie robić — miał to po ojcu. Nie taka jednak była jego rola, by spać całymi dniami, gdy powinni zadbać o to, by jak najlepiej prezentować się w nowym miejscu. Na razie cały ten ciężar spoczął na barkach Truskawkowej Łapy.
Gdy tylko stale towarzyszące mu uczucie chłodu pozostało jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem, wziął się do roboty. Pierwotna niemożność samodzielnego opuszczania obozu niezwykle go zniechęcała. O ile pierwsze wyprawy w towarzystwie Motorowego Lśnienia wydawały się czymś logicznym — w końcu musieli zapoznać się z terenami — tak każdy kolejny raz wywoływał w nim narastający ból głowy.
Rudy okazał się jednak całkiem znośny. Spokojny, momentami co najwyżej sprawiał wrażenie lekko znużonego faktem, że ciągnie się za nim dwójka przerośniętych uczniaków. Mimo wszystko dało się go tolerować. Ewidentnie wojownik starał się trzymać ich na dystans, ale Wędrująca Łapa nie miał go za co winić. Nie był przecież jedynym, który nieszczególnie darzyli ich dwójkę zaufaniem.
Płowy błędnie założył, iż przeniesienie do legowiska uczniów poprawi ich sytuację. Czuł się tam niedopasowany jak bocian wśród zgrai kaczek. Ponadto, pomimo zmiany imienia, Miłostka bywała Miłostką, wdając się zbyt często w zbędne dyskusje.
Obiecał sobie, że nie będzie już pilnował jej na każdym kroku. Nie było tu żadnego odpowiednika Lnu, przez którego musiałby się o nią zamartwiać. Zresztą, byli na tyle dorośli, iż naprawdę musiał dać jej więcej przestrzeni. Liczył na spokojne i bezpieczne życie dla nich obojga, ale nie podobało mu się, że gdy tylko ona coś odwalała, wszyscy od razu mogli skojarzyć to z nim.
Bo byli rodzeństwem. Bo przyszli tu razem.
Bo oboje ośmielili się zapragnąć oddychać tym samym powietrzem co „prawdziwi” Klifiacy.

***

Leniwie przeciągnął się w przymałym posłaniu, nie mając odwagi ubiegać się o więcej materiału na jego rozbudowanie. Ostatnie blaski słońca zadawały się powoli gasnąć nad ternami, co tylko pogłębiało jego senność. I gdy już zdawał się począć pochrapywać, ruda pointka niespodziewanie zawisła nad nim z miną sugerującą, że całe zło tego świata jest jego winą.
Uśmiechnął się lekko, widząc, jak uchyla pysk.
— Chyba wkrótce dadzą nam uzyskać miano wojowników, nie sądzisz? — Ubiegł ją w pół słowa, łapą trącając poszarpane futro na jej boku.
— Moglibyśmy mieć je już dawno, ale ktoś postanowił być wiecznie chory — prychnęła, odtrącając jego kończynę. — Ja tu oszaleję przez ciebie. Pewnie chcą nas mianować za jednym razem, a przez twoją słabość się to tylko przeciąga.
— Gdybym nie musiał ciągle dodatkowo stresować się twoją głupotą, to moje zdrowie miałoby się lepiej — stwierdził. — Tak to cierpiałem za nas dwóch.
— Ja też byłam chora, ale jakoś potrafiłam wyzdrowieć w tempie normalnego kota. Nie każdy jest takim niedorajdą jak ty — fuknęła.
— Jeśli ja jestem niedorajdą, to ty jesteś mysim móżdżkiem — skwitował, czując w tym momencie, że wzrok zebranych w legowisku kotów spoczywa na nich zbyt uważnie. — Dobra, cichutko. Już pora dla kociaków do spania.
Oczywiście nie były to słowa, które mogłyby uspokoić kotkę. Wręcz przeciwnie, czego był w pełni świadomy, nadto ją rozjuszyły.
— Ty się dobrze czujesz? — Skrzywiła się. — Kociaków? Masz na myśli siebie? Gratuluję samoświadomości.
— Mentalnie nadal nie wyszłaś ze żłobka — zauważył, wzruszając ramionami.
— Wyszłam. I to zdecydowanie szybciej niż ty.
To była ciężka decyzja, ale od razu zdecydował się zamilknąć, pozwalając jej żyć w satysfakcji z wygranego pojedynku słownego. Nie obyło się jednak bez jej powtarzalnych komentarzy o sukcesie, toteż bardzo poważnie zaczął rozważać spanie na środku obozu, byleby odpocząć od niej na dłuższą chwilę.
Chłodny kamień pod łapami wydawał się w tej chwili znacznie przyjemniejszy niż dalsze słuchanie jej triumfalnych wywodów.

***

Dni mijały szybciej, niż mógłby się spodziewać. W końcu treningi z Mirtowym Lśnieniem zmieniły się w pełnoprawne, nieraz samodzielne wypady na polowania. Rudzielec wydawał się dobrym nauczycielem, ale będąc w tym wieku, dla Wędrującej Łapy było to wręcz upokarzające — bycie zmuszonym do podążania za kimś krok w krok.
Odkąd tu trafili, lider zdawał się nie opuszczać swojego legowiska. Toteż zdziwiło ich niezmiernie, gdy ten przerażający starzec, ledwo co, bez żadnych uprzedzeń, wyczłapał się ze swojej groty. W żadnych czeluściach myśli Sekrecikowych ten kocur nie był w stanie wyglądać nawet za młodu na tyle dostojnie, by jego ojciec, ten stary, poczciwy Miodek, miał z kimś takim sympatyzować. Może w tych wszystkich opowieściach chodziło mu o kogoś innego?
— Miejmy to już z głowy — westchnął brązowy, powoli przewracając oczami. — Ta dwójka już zbyt długo rozpycha się wśród uczniaków.
Nie było nawet pewności, czy słowa te miały zostać jedynie wyburczane pod nosem, ale każdy kot w centrum obozu z pewnością był w stanie je usłyszeć.
Mimowolnie Wędrująca Łapa i Truskawkowa Łapa spojrzeli po sobie. Nie było nikogo, do kogo ten opis pasowałby bardziej niż do nich, nawet jeśli brzmiał uwłaczająco.
A jednak w tych słowach kryła się nadzieja. Zmiana, do której dążyli, odkąd tylko zapadła chaotyczna decyzja o opuszczeniu Owocowego Lasu. Przynajmniej dla niego była ona gwałtowna, bo nigdy tak naprawdę nie kwestionował, od kiedy pointka planowała już swoją ucieczkę.
— Wędrująca Łapo, Truskawkowa Łapo, wystąpcie.
Starszy kocur zdawał się zachwiać, próbując ustać na mównicy, ale jego mina nadal pozostawała groźna.
— Zgodnie z tym, co do mnie doszło, poznaliście już dostatecznie wszelkie zasady klanu i kodeksu. Nie ma co przedłużać — chrząknął. — Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tych uczniów. Trenowali pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ich wam jako kolejnych wojowników.
Na moment nad obozem zapadła cisza, przerywana jedynie odległym, rytmicznym dźwiękiem uderzania fal o skały.
W końcu lider przekierował na nich łaskawie swój wzrok.
— Czy przysięgacie przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — wyrwało się jako pierwszej Truskawce, która zdecydowanie bardziej miała dość bycia uczniem i nie mogła doczekać się tego momentu.
— Przysięgam — powtórzył za nią płowy.
Byli już świadkami mianowań innych, a jednak wciąż było w tym coś... dziwnie uroczystego. Cztery klany prowadziły się według tych samych zasad, a społeczeństwo, w którym ich dwójce przyszło się wychowywać, patrzyło na to zupełnie inaczej.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję wam imiona wojowników. Od tej pory będziecie znani jako Wędrujący Wibrys i Truskawkowe Pole.
Zdawałoby się, że wypowiadana wielokrotnie formuła powinna mieć dalszy ciąg, ale Judaszowiec najwyraźniej raczył ją pominąć. W końcu ich mianowanie było jedynie formalnością.
Tak samo, jak przy ich przybyciu, ze strony tłumu nie było słychać żadnego entuzjazmu, choć większość kotów zdawała się już przywyknąć do ich obecności, co i tak mogli uznawać za względny sukces.
Skinęli jedynie głowami, świadomi, że zgodnie z wolą Gwiezdnych nie wolno im było teraz wymienić ani jednego słowa. Mieli spędzić wartę przy granicach obozu w milczeniu, aż do porannego wyjścia pierwszego patrolu.
Wieczór powoli zapadał nad klifem. Nie wiedział, czy tak właściwie nie będą to najpiękniejsze chwile jego życia. Przez tak długi czas nie usłyszy ani na moment biadolenia ze strony siostry.
Jedynym, do czego wciąż nie potrafił przywyknąć, były ich nowe imiona. Nawet gdy zwracał się do rudej nadanym tu mianem, w jego głowie pozostawała tą parszywą, niewdzięczną Miłostką, z którą przeżył zdecydowanie za dużo.
Gdy zajęli swoje miejsca na tę noc, wbił spojrzenie w dal, próbując udawać, że widok morza jest niezwykle wzruszający i że to naprawdę wspaniałe, iż będzie mógł oglądać je od teraz, każdego dnia, aż do końca swojego życia.
Ciemna tafla wody połyskiwała w oddali, a fale rozbijały się ponuro o częściowo zatopione skały. Wzdrygnął się i tylko raz ukradkiem zerknął w stronę kotki. Pysk miała skierowany w zupełnie inną stronę, więc nie był w stanie odczytać jego wyrazu.
Czy była zadowolona, że oficjalnie zostali wojownikami w tym miejscu? Z pewnością miała mu za złe, że tak długo to trwało, ale na to akurat nie miał większego wpływu.
Zmarszczył nos.
A może jednak żałowała porzucenia Owocowego Lasu?
Wyprostował się gwałtownie, jakby sama myśl sprawiła mu ból.
Nie. To z pewnością by się nie wydarzyło.

***
teraźniejszość
Nie mógł zdecydować, czy rutyna była czymś miłym, czy okropnym. Czasem lubił tę monotonię i spokój, innym razem zaczynało go to przytłaczać.
Zastrzygł uchem, przysłuchując się tematowi rozmów siedzących na uboczu wojowników. Wspominali co rusz o dwunożnych, widzianych już po raz kolejny nieopodal plaży. Poniekąd go to zaintrygowało, a gdy tak o tym myślał, doszedł do wniosku, że nigdy nie miał bezpośredniego kontaktu ze wspominanymi istotami.
Od czasu mianowania wyjątkowo unikali się z Truskawkowym Polem. Nie było to celowe. Każde z nich chciało skosztować życia na własną łapę. Fakt, że ich posłania pozostawały blisko siebie, sprawiał jednak, że i tak widywali się z bliska częściej, niż by chcieli.
Wieczorami. Bo rankami, gdy wstawał, jego siostry nigdy nie było. Nie przeszkadzało mu, że wypadał przy niej na mniej pracowitego. Starał się zawsze jak mógł, by dorównać ilością upolowanej zwierzyny innym kotom z patrolu, próbując przy tym nie myśleć, ile piszczek naniosła tego dnia do obozu Truskawka.
Wspomnianą kotkę znalazł w przeciwległym od legowisk kącie jaskini. W pełni pochłonięta pielęgnacją swojego futra zdawała się nawet nie zauważyć, gdy ruszył wprost w jej kierunku.
— Już się tak nie upiększaj. Z twoim charakterkiem i tak mało który wytrzyma — rzucił zaczepnie.
Gdyby zaszedł do niej z czymś miłym do powiedzenia, to by znaczyło jedno. Zachorował. Ewentualnie to nie byłby on, tylko ktoś niezwykle do niego podobny.
W jej spojrzeniu momentalnie wyłapał poddenerwowanie.
— Na twój krzywy pysk za to żadna by nie wytrzymała, patrząc nawet chwilę bez zwrócenia posiłku — stwierdziła, wyjątkowo spokojnym jak na nią tonem. — Masz jakąś sprawę, czy przyszedłeś denerwować mnie dla zasady? Naprawdę, Wędrujący Wibrysie, liczyłam, że wydoroślałeś... Nawet zmiana otoczenia ci nie pomogła. Dla ciebie nie ma już ratunku. — Pokręciła głową z rezygnacją.
Przez moment między nimi zawisła znajoma cisza. Ta sama, która od księżyców poprzedzała kolejne, coraz to bardziej dziecinne docinki.
Uśmiechnął się lekko.
Tęsknił czasem za tym.
— Akurat przybyłem w innym celu — mruknął, mrużąc oczy. — Wyciągam wręcz do ciebie pomocną łapkę w zaoferowaniu ciekawszej formy spędzenia czasu. Skoro i tak nie uganiasz się chwilowo za nikim, to chodź. Chciałbym coś zobaczyć.
Skrzywiła się.
— Co zobaczyć? Chcesz znowu założyć się o jakąś głupotę i ujrzeć po raz kolejny swoją dramatyczną porażkę? Pewnie, jestem chętna — rzuciła z zadowoleniem.
Parsknął.
— To potem — uznał. — Teraz chciałbym zobaczyć jakiegoś dwunożnego.
Pointka zdawała się z początku oszołomiona.
Najpewniej tym, że to, co mówił, mogło być dla niej rzeczywiście interesujące.
— No i? — mruknęła. — Nie słyszałeś, że ktoś już widział ich nad wodą? To kwestia krótkiego spaceru. Już mógłbyś ruszyć to tłuste... 
— Przyszedłem z braterskiej serdeczności zaoferować ci miły, wspólny wypad. Nie mieliśmy jeszcze okazji uczcić naszej pełnoprawnej przynależności do klanu — zauważył, patrząc na nią wyczekująco.
— Nie, nie musisz się martwić, że nie umiem znaleźć sobie innego towarzystwa niż własna siostra. Mam taki kaprys, by być dzisiaj dla ciebie... miłym.

<Truskawkowe Ciastko Pole?>

21 grudnia 2025

Od Sekrecika CD. Miłostki

Spojrzał w ślad za siostrą z wyraźnym niezrozumieniem. Nie tylko dlatego, że był zmęczony znoszeniem wstydu za jej przewinienia. Przede wszystkim był zwyczajnie zdumiony, jak łatwo było jej porzucić dotychczasowe życie i jak bardzo nieprzejęta wydawała się tym, co się właśnie wydarzyło.
Podkulił ogon, ale tylko na moment. Nie chciał, by Miłostka dostrzegła ten ruch. Nie mogła zauważyć jego wahania, zwątpienia i oznak strachu. To nie tak, że przecież zaraz ich coś zje, gdy tylko oddalą się od bezpiecznego obozu. Musiał potraktować tę decyzję inaczej, bardziej pozytywnie. Szli na przygodę, a koniec ich pobytu w Owocowym Lesie zwiastował początek nowego życia. Lepszego, ciekawszego i takiego, w którym jego nie do końca ukochana siostra (teraz nawet nie miał w czym wybierać), nie będzie musiała znosić krzywych spojrzeń i kąśliwych uwag pobratymców. Nawet jeśli dorobiła się ich na własne życzenie. Gdyby słuchała się go od początku, nie dręczyłyby ją tu żadne boleści związane ze złamanym sercem.
— A ty tu zamierzasz zapuścić tu korzenie, czy jednak łaskawie ruszysz swój zadek? — Wybudziło go z zamyśleń jej pytanie. Musiała zauważyć, że nie ruszył w pogoń za nią. Wróciła do niego, nie pobiegła dalej. Poczuł dziwne mrowienie pod poduszkami łap. — Słuchaj, jeśli nie chcesz, to proszę, ja cię nie trzymam, możesz wciąż wr...
— Do zobaczenia później, glucie — parsknął i wystrzelił do przodu.
Miłostka pomimo widocznej na pierwszy rzut oka głupoty zdołała szybko oprzytomnieć i z powrotem nabrała prędkości w kończynach.
To znaczy, prędkość była tu pojęciem nadwyraz nietrafnym. Ani on, ani jego siostra, nie szczycili się parą w łapach. Wytrzymałość również najwyraźniej nie należała do ich mocniejszych cech, bo dotarli na wzgórze zdyszani, a jednak zerkając sobie w oczy, widać było, że żadnemu z nich nie w głowie było przegrywanie.
— Ale ty jesteś wolny — parsknęła Miłostka.
— Ja wolny? Przecież ledwo co mi kroku dotrzymywałaś!
— Pszczoła cię w język użądliła? Co ty za bzdury gadasz, prześcignęłam cię na samym początku — prychnęła, aczkolwiek jej pewny siebie ton nie współgrał z rytmicznymi przerwami na oddech.
— Mnie w język, a ciebie w zadek — fuknął.
Jedno było pewne. Opuszczenie Owocowego Lasu niczego między nimi nie zmieniło.

***

Ich życie zmieniło się w nieustanną tułaczkę. Wędrówki nie były dalekie, gdyż dni mijały im tak naprawdę na kręceniu się w kółko. Nie zbliżali się w żaden sposób do granic byłego domu, choć nieraz w głowie świtała mu myśl, a żeby spróbować podejść kawalątek bliżej i wyciągnąć szyję odrobinę wyżej, aby a nuż wśród zieleni krzewów dostrzec posiwiałe, w głównej mierze brązowe futro ojca.
Żadna taka sytuacja nie miała jednak miejsca, a więc odpuścił, znosząc z utrapieniem towarzystwo siostry. Czymże los go pokarał albo i dlaczego to obdarował go taką cierpliwością i spokojem, że gotów był za tą pchłą kąśliwą wskoczyć w najgłębsze bagno?
— To nie ma sensu, Miłostko — wyjęczał w końcu, patrząc raz po raz, jak ta nieudolnie próbowała upolować wiewiórkę. Pomimo puszystości i wyraźnie dużej ilości zjedzonych orzechów, ten rudy gryzoń nieźle umykał spod jej łap. Mógłby pomóc siostrze, zaganiając zwierzę z drugiej strony, ale niespecjalnie mu się do tego spieszyło.
— Nie mam ochoty na twoje egzystencjalne problemy. Jestem głodna — odburknęła.
— Nie moje życie nie ma sensu, tylko to wszystko. Odeszliśmy, świetnie, ale co dalej? — westchnął, grzebiąc pazurem w ziemi. Zwilgotniały piach i to, co tworzył, poczynało przypominać mu ojca. Ich biednego, starszego i pewnie zamartwiającego się na śmierć ojca. — Jaki jest plan?
— Jaki plan? — zatrzymała się tuż u pnia drzewa, z którego najwyższej gałęzi zwisała ruda kita.
Westchnął głośno, wyraźnie zaznaczając swoje niezadowolenie. Tego mógł się po niej spodziewać. Chaosu.
— Nie możemy tak tu egzystować do końca naszych dni. Musimy iść gdzieś dalej. A najlepiej to się osiąść w bezpiecznym miejscu.
Zarzuciła mu to jej zwyczajowe, dobrze znane, pełne złości spojrzenie.
— No to proszę, powiedz. Co proponujesz?
Zamyślił się, wędrując wzrokiem bo jej brudnym od błota futrze.
— To może wydawać się trochę nierozsądne, ale myślisz, że jest cień szansy na to, że któryś z tych... klanów, by nas przyjął? — zagadnął. — Czym to się różni od Owocowego Lasu? Mają śmieszne imiona i nie wierzą we Wszechmatkę, tylko mają swoje własne wymysły. A i tak jestem pewny, że nie każdy w nie wierzy. Możemy pójść i...
Jej pysk wskazywał na to, że nadal nie była zadowolona. Nie sprawiała jednak wrażenie zirytowanej samym pomysłem, a jedynie tym, że cokolwiek, co on powiedział, nie było wcale takie głupie.
— Cóż, to — urwała, chrząkając. — Głupie i niegłupie, przynajmniej jak na ciebie — skwitowała, przysiadając. — Wiele kotów przypałętało się z innych klanów do Owocowego Lasu, więc w drugą stronę też może to działać. Chociażby nas ojciec... — Sekrecik momentalnie wyłapał pewne załamanie w jej głosie. Nie dziwiło go to w żadnym stopniu. — W sumie nie mówił aż tak źle o Klanie Klifu...
— Tylko ich lider wydaje się dziwny. I jest stary.
— To może i lepiej. Szybciej nas przyjmie, niż gdybyśmy pchali się w łapy młodocianego tyrana — stwierdziła.
Nie wierzył, że skończyli w takiej sytuacji. Sądził, że Owocowy Las będzie ich domem do końca żyć, a jednak byli tu, na zupełnym pustkowiu, oszacowując, jaka była szansa na to, że znajdą spokój w innym towarzystwie.
— Czekałaby nas daleka droga, to niemal obok Bursztynowej Wyspy — mruknął na głos słowa, które równie dobrze mogłyby stanowić przelotną myśl. — Musielibyśmy przejść przez tereny innych klanów albo pchać się na około, tylko wtedy możemy się też pogubić — zauważył, wzdychając ciężko.
— Trudno, pozwiedzamy trochę — stwierdziła. — Zresztą, jak będziemy szli przez inne klany, to może szybciej znajdziemy lepszy dom. Wszystko jest zresztą lepsze od Owocowego Lasu — prychnęła.
— Od Owocowego Lasu, czy od jego poszczególnych członków? — podsunął.
Łapy jej zadrżały.
— Doskonale wiesz, o co chodzi. O kogo.
Nieustannie cisnęły mu się na język "A nie mówiłem, że Len to zadufany w sobie szczur?". Miłostka to zrozumiała, ale zdecydowanie za późno.
Dał jej spokój na ten temat, odwracając pysk w drugą stronę. Przywykł do widoku tych trawiastych terenów. Ich odejście nie było aż tak ekscytujące jak ostatecznie spekulował, że mogłoby być. Był jednostajny, lubił spokój i rutynę, w czym uświadomiła go ta nagła zmiana. Nie byłby jednak w stanie już powrócić do Owocowego Lasu. Nie zniósłby krzywych spojrzeń posyłanych jego siostrze, a i z pewnością i w jego stronę, skoro odważył się od nich uciec.
Głośniejszy szelest skupił na moment jego uwagę. Skrzywił się, zerkając w stronę Miłostki, spodziewając się, że ta oferma spadła z jakiegoś drzewa albo wywaliła się w pogoni za wiewiórką. Jak na potwierdzenie jego przypuszczeń, spostrzegł fragment rudego futra przemykający pośród liści krzewów.
— Twój posiłek bawi się z tobą w chowanego — rzucił. — Berka już wygrało...
— Zamknij się. — Uśmiechnął się rozbawiony, słysząc irytacje w jej głosie. Niektóre rzeczy przynajmniej pozostawały bez zmian. — Uznałam wcześniej, że może się nawet z tobą podzielę, ale właśnie straciłeś swoją szansę.
Przewrócił oczami, podążając mimowolnie wzrokiem za ciemną czupryną zdobiącą czubek jej głowy. Powoli zbliżyła się do kryjówki potencjalnej piszczki, jednak gdy znajdowała się zaledwie króliczy skok od niej, rozległ się dziwny charkot. Miłostka przystanęła gwałtownie, a on sam poderwał się do góry.
W tym samym momencie w ich stronę podążała ruda istota, jednak znacznie większa od tej, której szukali. Widok wychudzonego cielska lisa był ostatnim, co było im potrzebne do przetrwania.
Brudne zębiska klapnęły zaledwie niewielką odległość od ucha pointki, która pomimo wyraźnie ogarniającego ją lęku, zareagowało natychmiastowo, odskakując w tył i jeżąc się.
Gdy w jego głowie pojawiła się myśl, że jeden, kościsty drapieżnik nie powinien stanowić dla nich problemów, zza krzewu rozległ się pisk. Nie mieli do czynienia ze zwykłym, głodnym lisem. To była matka, za którą wędrowały jej pociechy i z pewnością była gotów rozszarpać go i Miłostkę żywcem, byleby zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom.
Świat wyraźnie dawał im znaki, że powinni trzymać się od terenów Owocowego Lasu jak najdalej.

<Mikrostko?>


uznajmy że tak wyglądają jakieś tereny poza klanami oki

31 października 2025

Od Sekrecika CD. Miłostki

Sekrecik zawiesił wzrok na Miłostce, a jego ogon drgnął w lekkiej irytacji. Gdyby słuchała się go od początku, nie byłaby teraz w tak żałosnym stanie. Wciąż pamiętał ją radosną, paradującą po obozie z wysoko uniesionym ogonem, nie odstępującą Lna ani na krok. Była pewna siebie, szczęśliwa, w niczym nie przypominała teraz siedzącej przed nim sylwetki, roztrzęsionej i zaplątanej we własnych myślach.
— Ej, ej, przestań — mruknął w końcu, przesuwając się bliżej. Pazury Miłostki zadrżały na jej własnym czole, a on niezdarnie odciągnął jej łapę. — Nie rób sobie krzywdy, dobra? Bo będziesz wyglądała gorzej niż to zgniłe mrowisko, o którym mówiłaś. Może nawet gorzej od Jaśminowiec, a to już wyzwanie, prawda?
Miłostka nie odpowiedziała, ale nie próbowała się wyrwać.
Sekrecik wypuścił jej łapę i westchnął.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytał półgłosem. — Że ten cały Len nie był wart nawet połowy ciebie. I to nie jest wyjątkowo żart.
Zamilkł na moment. Czuł, że każde słowo przychodziło mu z trudem — ani on nie chciał nic mówić, ani ona słuchać, ale cisza byłaby gorsza.
— Wszyscy popełniamy głupoty — dodał spokojniej. — Ty przede wszystkim, ale mi także zdarza się zrobić coś niemądrego...
Podniósł się, przeciągnął i pchnął w jej stronę resztę nornicy, którą wcześniej jadł.
— Jedz, zanim ci spleśnieje humor do reszty. Bo jak się rozchorujesz, to mama mnie zabije, a nie ciebie.
Miłostka parsknęła przez łzy, zbyt cicho, by ktokolwiek poza nim to usłyszał. A on tylko kiwnął głową, jakby to był właśnie ten dźwięk, na który czekał — pierwszy krok do tego, żeby znowu była sobą.

***

Śmierć Kruszynki była zaskoczeniem. Co prawda nigdy nie czuł z siostrą bliższej więzi. Szczególnie po pewnym incydencie, w którym został przez nią przyłapany, nie zbliżał się za często do medycznej dziupli. Czuł się jednak wyjątkowo nieswojo. Jeszcze dziwniej było przebywać w towarzystwie rodziców, wiedząc, że dla nich każde dziecko było równie ważne, a utrata jednej z córek była traumą nie do opisania.
Jeśli wierzyć Wszechmatce, Kruszynka zaznała spokój. Zawsze kojarzyła mu się z paniką i wiecznym niepokojem, ale przy bliższym zastanowieniu dostrzegał też, że wiele można by z nią było przepracować. Miała przecież czas. Była młoda. Mógł z nią rozmawiać, spróbować ją zrozumieć, znaleźć wspólny język.
Teraz już tylko gdybał. Po każdym nieszczęściu zostawała tylko seria pytań w stylu: "A co jeśli?" "A co gdyby?"
Nie mógł tej nocy spać. Minęło już trochę czasu od pogrzebu siostry, a jednak to i nakład innych spraw powodował, że leżał bezczynnie na swoim posłaniu i grzebał pazurem po ziemi. Z przeciwnego końca legowiska dochodziło go pochrapywanie Lnu. Tego bezczelnego grzyba.
Westchnął, obracając głowę w bok i rozmyślając, ile problemów kremowy stworzył jego siostrze. Tej, która żyła, i z którą, choć gryzł się od pierwszych dni życia, tak czuł przywiązanie. Tej, której barwne futro zasypiało nieopodal niego każdej nocy. Tej, która powinna właśnie śnić o nakopaniu Jaśminiowiec za zabranie jej lubego, a której...
Podskoczył. Posłanie Miłostki było puste. Przez chwilę poczuł od niego chłód, jakby jego właścicielki nie było w nim od wieków.
Bez zastanowienia wybiegł na zewnątrz. Odkąd Len przestał już gonić Miłostkę (choć raczej bywało na odwrót), myślał, że nie musi jej już tyle pilnować. Nie spodziewał się, że chwila nieuwagi doprowadzi tak szybko do tragedii.
Towarzyszyły mu same czarne myśli. Nienawidził tego, że pomimo całej jej zadziorności martwił się o nią tak bardzo. Kruszynka nie żyła, a jednak to brak Miłostki ściskał mu serce mocniej niż cokolwiek innego.
Obóz był milczący, a drzewa w ciemności wydawały się groźniejsze. Wyobraźnia karmiła go najgorszymi scenariuszami, a on nie chciał nawet myśleć, w jakim stanie może znaleźć siostrę. Biegł więc na oślep — i tak szybko, jak się rozpędził, tak samo gwałtownie wpadł na coś miękkiego. Usłyszał cichy pisk, a potem w ciemności przeszyło go gniewne spojrzenie zielonych ślepi.
— Co ty tu robisz? — syknęła Miłostka.
Ulga, która go ogarnęła, była nie do opisania. Przez ułamek sekundy miał ochotę rzucić się na nią i przytulić, ale na szczęście jeszcze nie stracił zdrowego rozsądku.
— To ja powinienem pytać ciebie! — burknął ostro. — Jest późno — dodał sucho — o tej porze się śpi, a nie włóczy po krzakach! Wiesz, jak się martwi… — urwał, nie chcąc brzmieć słabo. Nie mógł stracić honoru. — Jak mogli się martwić rodzice? Ledwo co stracili jedną córkę, a ty chcesz dokładać im cierpienia? O tej porze nie wiadomo jakie niegodziwe koty kręcą się po okolicy! Ktoś mógłby ci zrobić krzywdę! Idź spać, wariatko, a nie szlajasz się jak niespełna rozumu!

<Niemiła Miłostko?>

18 lipca 2025

Od Sekrecika CD. Miodka

Sekrecik westchnął cicho, nie patrząc ani na ojca, ani na Malinka. Siedział z ogonem owiniętym wokół łap, jakby to był jedyny punkt stabilności w tym całym, głośnym poranku. Nie miał ochoty na żadne zbieranie ziół. Nie miał ochoty na nic.
"Jeszcze nie wiem... Mało mam już rzeczy, które mógłbym przekazać Sekrecikowi”.
Słowa mentora zadźwięczały mu w uszach, choć wypowiedziane były najpewniej z żartem.
Uczeń w duchu prychnął. Mało rzeczy?
A może po prostu nie warto było się już starać? Miał już tyle księżyców i takie umiejętności, że mogliby go na spokojnie mianować i to kilkukrotnie. Byle przed Miłostką, a żeby na zaś zedrzeć jej ten durnowaty i dumny uśmieszek z pyska. A najlepiej by było, jakby i Lna uprzedził w zostaniu pełnoprawnym wojownikiem. Wtedy to by mu ten chodzący chwast do ogona nawet nie dorastał.
Zadarł łeb i spojrzał w niebo. Rzeczywiście, słońce dosyć intensywnie przebijało się przez rozrzucone po nieboskłonie obłoki. Kiedyś może by go to bardziej zachwyciło, ale teraz... Teraz wszystko było inne.
Przylgnął spojrzeniem do ojca.
Miodek się uśmiechał. Zawsze się uśmiechał. Nawet wtedy, gdy było źle, zakładał ten swój słoneczny wyraz pyska i patrząc na niego zdawało się, że wszystko jest w porządku. Czasem Sekrecik nie wiedział, czy to bardziej godne podziwu, czy niepokojące.
I właśnie dlatego nie chciał iść zbierać ziół.
Nie mógł jednak tak po prostu odmówić. Nie, kiedy Malinka już przyglądał mu się spod zmrużonych powiek, a ojciec podrygiwał z zadowolenia.
Sekrecik nie był tchórzem ani głupcem. Musiał podejść do tematu rozważnie.
— Jak chcesz — mruknął w końcu, przeciągając się powoli. — Ale nie liczcie, że będę cokolwiek nosił w pysku! Jeszcze się struję jakimiś obrzydlistwem... — burknął, mając we wspomnieniach gorzki posmak jednego medykamentu.
Jego głos był zbyt chłodny jak na żart, ale Miodek jak zwykle udawał, że go to nie rusza.
— O, czyli się zgadzasz! — zareagował z entuzjazmem. — Wspaniale! Obiecuję, nie każę ci nic nosić. Może... co najwyżej coś powąchać.
Sekrecik skrzywił się lekko, ale ruszył za ojcem, stukając ogonem o ziemię przy każdym kroku. Malinka posłał mu podekscytowane spojrzenie i pokręcił głową, gdy zauważył, że młodziak dalej, dość uparcie, trzymał się markotnej miny.
Szli w ciszy. Przynajmniej przez chwilę.
Miodek co jakiś czas zerkał na syna, jakby szukał pretekstu do rozmowy, ale nie naciskał.
— No dobrze, mój drogi synku, co cię dzisiaj pogryzło? Muszka, komar, czy znowu z Miłostką nie możecie dojść do porozumienia? — zagadnął.
Z obruszeniem spuścił wzrok na przednie łapy. Rzecz jasna, że nie chodziło do końca o jego siostrę, a przynajmniej nie bezpośrednio. Bo po drodze do niej jak zawsze znajdował się Len. I choćby Sekrecikowi od maleńkości nie zależało na zwadzie z kimkolwiek, tak do kremowego nigdy nie mógł się przekonać. Szczególnie gdy w temat wchodziła jeszcze kwestia szylkretki.
— Mi się wydaje, że sam się ugryzł — wtrącił mentor, co spowodowało między starszymi cichy śmiech.
Point zastrzygł uchem. Czy jak będzie w ich wieku, jego poczucie humoru będzie równie godne pożałowania?
— Nic z tych rzeczy, chyba wyszliśmy na trening, a nie na pogaduchy — fuknął od niechcenia.
— Jedno nie wyklucza drugiego — mruknął ojciec, puszczając mu oczko. — Czyli Miłostka...
Płowy zatrzymał się i wręcz tupnął łapą w miejscu.
— A w życiu, żeby tylko o te bezmyślną pchłę chodziło zawsze! — syknął. — Ona jest głupia, bo taka się urodziła i przykro mi ojcze, ani twoje ani mamy geny nie mogły zapobiec urodzeniu się czegoś tak... niepoważnego! — stwierdził, nie potrafiąc wysłowić się tak, jakby chciał. — A ten dureń, ta skończona pokraka, tylko wykorzystuje tę jej naiwność, co by się znowu... — urwał gwałtownie, widząc, jak ojciec z mentorem wymieniają się porozumiewawczymi spojrzeniami.
Sapnął, wzdychając z niezadowoleniem. I po co dał się podpuścić? Jakby co księżyc nie znosił pogadanek odnośnie jednego i tego samego. Że też rodzice w nim widzieli problem, a nie w tym, z kim i jak spędza czas ich córka.
Przystanął, wiedząc, że w takim tempie i tak daleko nie zajdą, a dookoła nich dało się wypatrzeć już niejedną roślinę, o której Miodek z pewnością miał sporo do powiedzenia.

<Ojcze?>

15 lipca 2025

Od Sekrecika do Kruszynki

Na przestrzeni mijających księżyców nie wyciągnął jeszcze żadnych istotnych wniosków ze swojego nowego trybu życia. Było ono w pewien sposób nijakie — a przynajmniej zmieniało się niezbyt drastycznie, by rzeczywiście odczuł różnicę między byciem wojownikiem a uczniem. I tak musiał codziennie opuszczać obóz, teraz na patrole, a nie na rutynowe treningi, co miało swoje plusy.
Czuł jednak większą swobodę w poruszaniu się po obozie. Stawiał pewniejsze kroki, a inne koty nie zdawały mu się już starszymi zrzędami, a coraz częściej traktował ich jak rówieśników.
Jego wzrok bezwiednie spoczął na dziupli, w której wnętrzu mieściło się legowisko medyków. Przypomniał sobie nagle, że zupełnie nie zauważył momentu, w którym jego siostra — wyjątkowo nie miał na myśli Miłostki — zmieniła ścieżkę nauk. Musiał przyznać, że do spokojnej natury Kruszynki pasowało siedzenie pośród sterty ziół.
Postanowił zajrzeć do środka. I tak nie miał nic lepszego do roboty, a przy okazji wyjdzie na troskliwego brata, zainteresowanego losem rodzeństwa. Z pewnością lepiej późno niż wcale, bo nigdy nie byli sobie blisko. Kruszynka zawsze przemykała gdzieś u boku matki, podczas gdy on całe dnie spędzał z Miłostką — ganiając się i podgryzając nawzajem ogony. Kruszynka, jak niemalże wskazywało jej imię, wydawała się zbyt delikatna na takie przepychanki. Zarówno fizyczne, jak i słowne.
Nie dostrzegł Świergot, ani samej siostry, więc wszedł głębiej do środka, z zaciekawieniem rozglądając się po wnętrzu. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tu był, ale z całą pewnością nigdy wcześniej nie zwracał uwagi na wystrój. Gdy dopadała go choroba, myślał tylko o bólu i możliwej śmierci, a nie o tym, czy leżący wówczas pod jego nosem liść był tu od zawsze.
Jego spojrzenie spoczęło na jednym z kwiatów — drobnym, jasnym, o przyjemnej woni. Pochylił łeb i wciągnął zapach głęboko nozdrzami. Kusił niczym miód, taką słodką, łagodną esencją, która obiecywała ukojenie. Skoro pachniał tak dobrze, musiał też być korzystny dla zdrowia… prawda?
Rozejrzał się ukradkiem. Przecież nic się nie stanie, jeśli sam się obsłuży. Medycy mieli tego sporo, a on tylko spróbuje. Zadowolony, wziął roślinę do pyska. Przeżuwał ją ostrożnie, ale już przy drugim gryzie wzdrygnął się. Nagły odruch wymiotny cofnął go niemal na drugi koniec legowiska — z niesmakiem wypluł resztki pod nos. Wystawił język, usiłując zębami zetrzeć z niego gorzki smak. Skrzywił się, z uszami przyciśniętymi do czaszki i oczami zmrużonymi tak, jakby właśnie wypił coś dużo gorszego od brudnej wody z kałuży.
I wtedy usłyszał poruszenie.
Zamarł.
Z przeciwległego kąta legowiska patrzyła na niego Kruszynka. Jej spojrzenie, pełne pytania i niepokoju, utkwiło w nim jak cierń. To drugie odczucie było u niej normą, ale co do pierwszego — nie miał pojęcia, jak się odnieść.
— Ah — chrząknął, jakby coś mu utknęło w gardle. — No to… co tam u ciebie? — zagadnął niewinnie, jednocześnie próbując ukryć łapą resztki, które wypluł.
— C-co tam masz, Sekreciku? — zapytała niepewnie, nie odrywając wzroku od dokładnie tego miejsca, które chciał zasłonić.
— A nic. Długo tu jesteś? — rzucił szybko, z wymuszoną swobodą.
— Byłam tu odkąd wszedłeś…
W duchu przeklął. Oczywiście, że była. Musiała być. Pewnie siedziała tu cicho jak cień, czekając, aż znowu zrobi z siebie durnia.
— To czemu nic nie mówiłaś? W sumie... przyszedłem cię odwiedzić, no wiesz, sprawdzić, jak sobie radzisz na nowej ścieżce... i takie tam — wymamrotał niechętnie, jednocześnie poklepując językiem podniebienie, jakby to miało pomóc pozbyć się obrzydliwego smaku.
— Nie powinieneś tego jeść — powiedziała spokojnie, ale z lekkim wyrzutem.
Westchnął ciężko, krzywiąc pysk. Oczywiście, że nie powinien. I oczywiście, że nie zrobiłby tego, gdyby wiedział, że ona tu siedzi. Co go w ogóle podkusiło? Ciekawość? Nadzieja, że trafi na coś, co go wzmocni? Sam nie był pewien.
— Tak, tak... W ogóle nie powinienem niczego tu ruszać bez konsultacji z medykami — mruknął. — Wiem. Ale pachniało ładnie, to spróbowałem. Co to było? — zapytał, próbując sprawnie zmienić temat.
— Podbiał pospolity — odpowiedziała cicho.
— Ach... — przeciągnął, jakby się zastanawiał. Ta nazwa nic a nic mu nie mówiła. — Nie brzmi groźnie. Nie zginę od tego, prawda? — rzucił z wymuszonym uśmiechem, jakby sam chciał się pocieszyć po tym całym akcie bezmyślności.

<Kruszynko?>

Od Sekrecika CD. Miłostki

Wzdrygnął się, jak to miał w zwyczaju, gdy jego siostra znowu wygadywała głupoty. Wiecznie wyczekiwała odpowiedniego momentu, aby wrobić go w oczach kogoś, u kogo wypadałoby mieć znośną opinię. Wbijany w niego wzrok Pieczarki nie był najmilszym doświadczeniem w życiu. Upokorzyć się przed zastępczynią? Z pewnością nie dziś i nie przez tę kolorową wywłokę, z którą los, a może i ta cała Wszechmatka, pechowo go spokrewnił.
— Miłostka ze zmęczenia majaczy — odparł natychmiastowo, patrząc z ukosa na pointkę. — Nie będę się zgadzał na jej niemądre pomysły, bo jak się znowu rozbeczy przez porażkę, to będzie na mnie, że ją dręczę — prychnął, w akcie buntu uderzając ogonem o ziemię.
— Doprawdy? — mruknęła Pieczarka.
— Oczywiście, że nie! — wtrąciła uczennica. — Nic nowego, że będzie przeinaczał wersje tak, by mu pasowało. Nikt się na to nie nabierze Sekreciku — fuknęła w jego kierunku.
Sekrecik tylko przewrócił oczami, jakby chciał zdmuchnąć jej słowa niczym pyłek z wąsów. Typowe. Nawet tu, nawet przy zastępczyni, Miłostka musiała wbijać w niego przysłowiowe pazury. Kiedyś może to go po prostu irytowało, ale teraz? Teraz go to wnerwiało. Prawdziwie i dogłębnie.
— Nie zamierzam się z tobą ścigać tylko dlatego, że znowu masz coś sobie do udowodnienia — mruknął chłodno, odwracając się nieco bokiem. — To nie pora na popisy, tylko prawdziwy trening. A ty zachowujesz się jak kocię co pierwszy raz opuściło żłobek — stwierdził, zadowolony w duchu z własnych słów. Nie było teraz istotne, że to on zaczął ich dzisiejszą serię kłótni.
Pieczarka obserwowała ich z wyraźnym rozbawieniem, ale nie dała po sobie poznać, kto jej zdaniem ma rację. To go drażniło jeszcze bardziej. Gdyby tylko raz... ten jeden, jedyny niewinny raz, ktoś w końcu zauważył, jak Miłostka pcha się przed szereg, szukając tylko okazji, żeby bezsensownie mu dopiec.
— Sprawdźcie się więc — powiedziała nagle Pieczarka, a jego uszy drgnęły w zakłopotaniu. — Zrobimy z tego część szkolenia. Ani tobie Miłostko, ani Sekrecikowi, nie zaszkodzi trochę ćwiczeń z polowania.
Sekrecik odwrócił łeb w jej stronę, zerkając kątem oka na siostrę, która już niemal lśniła z samozadowolenia.
— Nie boję się wyzwań — powiedział cicho, niemal przez zęby. — Ale nie zamierzam jej niańczyć, gdy znowu zaryje pyskiem w błoto.
— Coś mówiłeś, pyszałku? — prychnęła Miłostka.
— Nic, czego nie zrozumiałabyś po raz pierwszy — odbił z zachowanym z trudem spokojem.
W końcu jednak, nim siostra zdążyłaby mu odpowiedzieć, Malinka wyszedł na przód, zatrzymując się pomiędzy nimi. W przypadku ingerencji członka rodziny ciężko było im się dalej sprzeczać.
— No już już, nie ma co się tyle gryźć — zaczęli. — Lepiej, żebyście się mierzyli w polowaniu, bo z tego będzie chociaż pożytek dla klanu — stwierdził — Zasady będą proste. Idziecie w dwa przeciwległe kierunku, a gdy już coś upolujecie, wracacie do nas. Kto pierwszy, ten wygrywa — wyjaśnił.
Sekrecik skinął głową, tylko na moment pochwycając wzrok siostry. Iskrząca w jej zielonych ślepiach determinacja nie motywowała go, a wręcz przeciwnie — irytowała i dekoncentrowała. Nie był na ogół typem kota, którego łatwo było podpuścić. Wyjątek niestety stanowiła Miłostka. Z nią się inaczej nie dało.
Nie powiedział nic, ruszając pierwszy, nie czekając aż Pieczarka lub Malinek wskażą kierunek. Im to jak zawsze było na łapę. Zamiast wymyślać wymagające treningi, Sekrecik z Miłostką sami się wycieńczą i wrócą padnięci do obozu, a ci będą mogli poszczycić się pomysłowością do intensywnych szkoleń.
Szedł przed siebie, rozglądając się w skupieniu. Cień drzew rozciągał się złowrogo, mimo złotej poświaty słońca, która przedzierała się przez liście. Odwrócił się na moment, mając dziwne wrażenie, że Miłostka idzie za nim. Powinien spędzać z nią mniej czasu, bo coraz bardziej zaczynał wariować przez jej towarzystwo.
Wśród traw było cicho. Tylko szum wiatru i delikatne, ledwie słyszalne kroki zwierzyny zdradzały, że nie był sam. Sekrecik poruszał się ostrożnie, łapa za łapą, z nosem przy ziemi. Żadnych zbędnych dźwięków. Żadnych myśli.
Musiał się skupić.
Wychylił się zza mchu porastającego pień. W odległości kilku długości ogona, pomiędzy korzeniami drzew, grzebała w ziemi mysz. Nawet nie zauważyła jego obecności. Serce zabiło mu mocniej — jak wtedy, gdy pierwszy raz samodzielnie coś upolował. Teraz nie był jednak świeżo mianowanym uczniem, a niemalże dorosłym kotem, który pragnął dowieść, że nie jest tylko cieniem własnej siostry.
Zamachnął się i skoczył.
Gryzoń zdążył wydać tylko jedno, rozpaczliwe piśnięcie, zanim zęby Sekrecika zamknęły się na jego szyi. Szybko. Czysto. Bez krwi na futrze. Z triumfem uniósł głowę i spojrzał ponad trawy. Miłostki nigdzie nie było. Przez chwilę kusiło go jak najszybciej wrócić do mentorów, żeby po prostu usiąść obok nich i czekać, z myszą u łap oraz miną zwycięzcy.
Coś w nim na nieszczęście zadrżało. To byłby łatwy triumf, zbyt łatwy. A on wcale nie chciał, żeby ona tak po prostu przegrała — nie całkiem. Chciał tylko, żeby w końcu przestała go traktować jak dużo młodszego kociaka, który wiecznie nie nadąża.
Ostrożnie, ściskając w zębach zdobycz, ruszył tropem siostry, jakby to był kolejny etap ich dziwnej rywalizacji.
Miłostka była znacznie dalej. Leżała pośród wysokiej trawy, wygięta, a jej wzrok wbity był w otwartą przestrzeń. Sekrecik dostrzegł ją, zanim ona jego — choć zapewne wiedziała, że ją obserwuje. Zawsze miała ten dziwny zmysł.
I wtedy skoczyła.
Jej ciało przecięło powietrze z pewnym wdziękiem. Nagły pisk i momentalny trucht w jego kierunku. Z jej pyska zwisała bezwładnie drobna wiewiórka. Nawet on musiał przyznać: wyglądało to imponująco.
Spotkali się spojrzeniem. Przez krótką chwilę nie było między nimi kpin ani sarkazmu. Tylko ciężki oddech i błysk satysfakcji w oczach.
— Jeśli przestaniesz ciągle jojczeć, możemy uznać to za remis i wrócić pokojowo do obozu — wymamrotał niechętnie, ledwo zrozumiale, nie wypuszczając myszy z pyska.

<Gorszy potomku mojego ojca?>

13 lipca 2025

Od Sekrecika

Na początku treningi wydawały mu się fascynujące. Były czymś nowym, świeżym, zapowiedzią świetlanej przyszłości. Z czasem jednak, gdy dni zaczęły się zlewać w jeden szereg powtarzalnych ćwiczeń, a każde poranne wyjście na patrol lub polowanie przypominało poprzednie, ekscytacja powoli gasła. Rutyna wślizgnęła się w jego życie cicho, dusząc resztki entuzjazmu.
Spoglądał z boku na swoją siostrę, która również nie tryskała wyjątkowo energią. Nie wiedział, jak dokładnie wyglądały jej treningi, poza tym, że w głównej mierze skakała po drzewach. 
Tego dnia coś jednak wisiało w powietrzu. Czuł to nie tylko w kościach, ale i po swędzeniu w prawej łapie, co tylko potęgowało jego niepokój. Mimowolnie pomyślał o pchłach. Do niedawna w ich legowisku przesiadywał Len — chodzące utrapienie i siedlisko wszelkiego zła. Po nim można było się spodziewać wszystkiego. Nawet zarazy.
Gdy tylko dotarli z Malinką do obozu, spojrzenie mentora oraz jego nagłe polecenie, by zostawił zdobycz na stosie i wrócił do nich jak najszybciej, rozbudziły w Sekreciku podejrzenia. Posłuchał jednak bez wahania — coś w jego głowie podpowiadało mu, co może nadejść. Grzał w końcu zadek w uczniowskim legowisku wystarczająco długo.
Gdy Sówka zwołała zebranie, jego przypuszczenia się potwierdziły.
Podszedł spokojnie, choć w środku czuł drżenie podekscytowania. Stanął przy siostrze, która zdawała się równie spięta, choć nie mniej dumna. Powstrzymał się od grymasu, gdy usłyszał, że to Miłostka zostanie mianowana jako pierwsza. Ta sama pora, ten sam dzień — a jednak ukłucie zazdrości zakiełkowało w jego sercu. Krótkie, ledwie zauważalne, ale wciąż prawdziwe.
— Sekreciku, wystąp! — głos Sówki był donośny, choć łagodny.
Sekrecik uniósł głowę i uśmiechnął się lekko, zajmując miejsce, w którym jeszcze chwilę temu stała jego siostra. 
— Ty również zakończyłeś dzisiaj swój trening. Wykazałeś się rozsądkiem i skupieniem podczas wielu polowań, a także ciekawością, której nie powinno brakować kotu z naszej społeczności. Czy zatem przysięgasz być względem niej lojalny i czuwać nad nią? 
Schlebiały mu te słowa. Wypiął dumnie pierś, starając się opanować głos i nie pozwolić mu zadrżeć nawet na moment.
— Przysięgam! — odpowiedział z powagą.
— A więc Owocowy Las wita cię jako nowego wojownika. 
Słysząc te słowa, poczuł, jakby cały świat na chwilę się zatrzymał. Wzrok wszystkich kotów obozu spoczął na nim. Nie czuł się zazwyczaj w pełni komfortowo w samym centrum uwagi, ale tym razem było inaczej. Tym razem to była duma.
Zerknął z ukosa na Miłostkę, próbując ocenić, jak ona radzi sobie w tej nowej sytuacji. Co by nie było, nie pozbędzie się jej ze swojej codzienności, bo zwiadowcy i wojownicy pechowo mieli wspólne legowisko. Tak samo nie wyzbędzie się Lna ze swojego środowiska, choć ten wyjątkowo nie był w zasięgu jego wzroku, a już co dziwniejsze — nie przy jego siostrze. Otrząsnął się. To nawet nie było istotne w tym momencie. Teraz liczyło się tylko jedno.
Oficjalnie zakończył pewien etap swojego życia. W końcu mógł z ulgą wypuścić powietrze z płuc.

[462 słowa]

[przyznano 9%]

25 czerwca 2025

Od Sekrecika

Ciepło tego dnia zdawało się nie mieć końca. Powietrze było wyjątkowo gęste, wręcz duszące. Promienie słońca przebijały się przez liściaste korony drzew, tworząc świetliste plamy na twardym, wysuszonym gruncie. Pomimo że jego ciała nie okrywało wcale aż tak długie futro, i mu wyższe temperatury dawały mocno w kość.
Zachwiał się, przypominając sobie, jak jeszcze dnia poprzedniego marudził na silny wiatr i zachmurzone niebo. Wtedy służyło mu to jako wymówka na brak energii i motywacji do wykonywanie coraz to bardziej wymyślnych zadań, fundowanych ze strony jego mentora.
A widząc wspomnianego osobnika w zakresie swojego wzroku, z dramatyczną przesadą opadł na ziemię, wzdychając głośno, aby nie tylko jego mentor, ale i reszta obecnych w obozie kotów, współodczuwała jego mękę.
— Ależ ja biedny, ależ gorąco, ileż to cierpienia — jęknął, rozpocząwszy swe smętnienie, kołysząc się z boku na bok i przymykając oczy. — Och, gdyby tylko Wszechmatka ulitowała się nad mym losem i tchnęła do głowy mego mentora odrobinę współczucia i przemówiła jego pyskiem o dniu wolnym dla zahartowanego wojownika...
Malinka już z daleka, choć pysk jak to zwykł miał już przyozdobiony uśmiechem, roześmiał się serdecznie. Klepnął Sekrecika łapą po grzbiecie, nie kryjąc rozbawienia.
— Wojownikiem, powiadasz? Czyżbym przespał twoje mianowanie? — parsknął.
Płowy uchylił lewe oko, zerkając na niego uważnie. W jego głowie rozgrywała się istna burza myśli — każda z nich próbowała znaleźć logiczne uzasadnienie dla jego lenistwa. Nie miał jednoznacznego zdania o treningach — i mu się to podobało, i nie. Póki jego siostra, a także Len, ten irytujący łachudra, dalej grzali zadki wraz z nim w uczniowskim legowisku, nie czuł żadnej presji. Wiedział jednak, że to kwestia czasu, zanim zostanie w tyle. A na to nie mógł sobie pozwolić.
— Miałem... Wizję przyszłości — powiedział z nagłym olśnieniem. — To sprawa kilku wschodów słońca, zapewniam cię. W sumie to masz rację — stwierdził nagle, zupełnie zmieniając swój dotychczasowy, zrezygnowany ton na bardziej optymistyczny.
Szylkretowy zmrużył oczy, zerkając ku niemu nieufnie.
— Rację w czym?
— Nie ma czasu do stracenia. Migiem na trening, zanim Sówka mianuje mi siostrę. Obojętnie którą — doprecyzował od razu, podnosząc się z nagłą gracją. — Co tam dzisiaj ciekawego w planach? Czemu mi się tak przyglądasz? Ufajdałem się? — westchnął, obracając głowę na boki. Wydawał się całkiem czysty jak na tonę kurzu tańczącego w powietrzu.
W rzeczywistości, Malinka wręcz rozglądał się na boki, szukając niewiadomemu Sekrecikowi celu. Począł wraz z bliskim przeglądać się dookoła. Może ktoś ich obserwował? Może gdzieś za rogiem czaił się kremowy kocur polujący na jego wcale-nie-tak-niewinną siostrę? Wszystko tak naprawdę stanowiło w tym momencie zagrożenie.
— Ja po prostu nie wierzę — mruknął wojownik. — Podmienili cię. Pierwszy raz widzę u ciebie jakikolwiek entuzjazm na myśl o treningu...
Point fuknął, nie z powodu szczerej złości, a jedynie dla wyrażenia oburzenia z powodu braku wiary w jego zaparcie. Może i nie tryskał na ogół energią na myśl o kolejnych polowaniach bądź żadnych biegach, ale nie był też aż tak negatywnie nastawiony.
— Od dzisiaj mniej gadania, więcej pracy — zadeklarował, z łapą przystawioną do piersi. — Możemy już iść?
Starszy jedynie pokręcił głową w rozbawieniu. Z lekkim zaskoczeniem Sekrecik dostrzegł pierwsze siwy włoski na jasnej sierści mentora. Mimo wszystko księżyce mijały coraz to szybciej, więc kwestie obijania się musiał porzucić w całości na poważnie.

***

Owocowy Las, mimo swej nazwy, nie obfitował w owoce tak, jak można by się tego spodziewać. Ale jego drzewa — wysokie, rozłożyste, z liśćmi szeleszczącymi leniwie na wietrze — zapewniały kojący cień.
Sekrecik nie był skupiony na trasie. Nie zauważył, w którym kierunku ruszyli, ani jakich charakterystycznych miejsc mijali. Myśli kotłowały mu się w głowie, a łapy niosły same. Dopiero gdy Malinek nagle się zatrzymał, młodszy kocur drgnął, zmuszony do skupienia uwagi.
— Co tu widzisz? — Pytanie padło znienacka. Uczeń niemal wykręcił sobie kark, próbując dojrzeć za własnym ogonem to, o co mogło chodzić mentorowi. — Na ziemi — doprecyzował, najwyraźniej dostrzegając jego ruchy.
Spuścił wzrok na kończyny, obok których dostrzegł ślady innych łap. Z pewnością nie były to kocie odciski, na co nie wskazywała tylko wielkość i ułożenie, a także odległości pomiędzy krokami.
— Ślady — odparł z zadowoleniem.
— A czego to są ślady? — Dociekliwość Malinka była najpewniej słuszna, ale umysł Sekrecika nie był skłonny do współpracy z nią.
— No jakiegoś zwierza — stwierdził, nadal swobodnie.
— Ale jakiego?
Westchnął ciężko. Jednak zbyt wiele od niego wymagano.
— Z pewnością nie kota.
— Trafna uwaga. Czyli czego to mogą być ślady?
— Psa? — wysnuł, choć wspomnianego stwora na oczy w swoim życiu jeszcze nie wiedział.
— Hm, blisko, a coś bardziej rudego?
— Wiewiórka — rzucił pierwsze skojarzenie.
Cisza, jaka zapadła po jego słowach, była wręcz przytłaczająca.
— Co? — Malinka wykrztusił tonem kwestionującym jego wszystkie życiowe decyzje, które doprowadziły go do posiadania Sekrecika za ucznia. — Jakim cudem przeszedłeś od psowatych do gryzoni?
Uczeń zamrugał powoli.
— Ah — zawahał się. — To trudne słowo, poczekaj. Śmieszne zwierzęta, sam wiesz — mamrotał, błądząc po czeluściach pamięci. — Lis?
— Jest jeszcze nadzieja, choć nikła — podsumował mentor. Spojrzał od razu na drzewo, w którego cieniu odnaleźli schronienie przed słońcem. — No dobrze, wiewiórko. Na górę.
Dla płowego wspinaczka nie była nowością. Co wieczór wdrapywał się do swego legowiska.
Obadał, z której strony drzewa najwygodniej będzie mu się wspiąć i wbił pazury w korę. Z łatwością podciągnął za sobą tył ciała i w paru, dosyć długich susach, znalazł się na jednej z niższych gałęzi. Z góry spojrzał na Malinka, który z wyraźnym zadowoleniem obserwował jego poczynania.
Korony drzew szeleściły wokół, a świat z wysokości zdawał wyglądać się zupełnie inaczej — spokojniejszy, gdzie czas płynął wolniej, a on nie musiał wcale  zamartwiać się treningiem.

[892 słowa]
[rozpoznawanie tropów lisów]
 [wspinaczka na drzewa]

[przyznano 28% + 5% + 5%]

19 kwietnia 2025

Od Sekrecika CD. Miodka

Do ostatniego słowa ojca liczył, że ten z niego żartuje. Oczywistym było pojmowanie przez płowego szacunku w stronę innych kotów, już nawet nie zważając na płeć. Jego siostra jednak — konkretnie ta o ślepiach barwy zgniłej trawy — była takim ewenementem, że tu należało zastosować specjalne traktowanie. I z pewnością nie te, o którym prawił mu właśnie czekoladowy kocur.
— Tato... Ja to wszystko wiem — westchnął, dyskretnie przewracając oczami. — Tłumaczę ci jednak, że Miłostka to inna kategoria — oświadczył powoli i wyraźnie, aby te słowa w końcu dotarły pod to brązowe futerko okalające czaszkę jego stworzyciela.
— Jeśli masz się za mądrego, powinieneś odpuścić. Upartość nie jest niczym dobrym, gdy nie ma się racji — wyjaśnił mu spokojnie, choć z każdym wypowiedzianym przez syna słowem — niezbyt przychylnie opisującym jego drugą latorośl — zdawał się tracić coraz bardziej nadzieję na ich pojednanie.
Sekrecik wstał na moment, otwierając pysk w geście zaprzeczenia, jednak zaraz to spoczął z powrotem. Zgodnie z wolą swojego staruszka, nie będzie się wykłócał.
— No to wolę być głupi, ale z honorem — stwierdził.
Miodek spojrzał na niego z pewnym zawodem. Nie był zdaniem kocurka na tyle duży, by powinien się tym przejąć. Co by się nie działo, rodzice i tak będą go kochać. W przypadku Miłostki miewał w tej sprawie pewne wątpliwości.
— Wiesz, że nie o to chodzi. Mama nie będzie zadowolona... ani z ciebie, ani ze mnie, jeśli po powrocie do środka nie przedstawisz żadnych wniosków, które powinieneś wyciągnąć z naszej męskiej pogadanki — zauważył, oglądając się za własny bark, w głąb krzewów.
Płowy przytaknął. Ojciec miał znacznie luźniejsze podejście. Mama nie była jakkolwiek zła ani sroga, jednak w jej przypadku, niezgoda między pociechami mogła wywołać smutek. A on nie chciał, by pyszczek mamy zdobił odwrócony uśmiech z jego (choć bardziej to Miłostki) winy.
— Pomyślę nad tym — odparł w końcu. — Przykro mi to mówić tato, ale ty to chyba oblałeś test na rodzicielstwo — rzucił po namyśle.
Czekoladowy powoli zamrugał, zerkając na niego z dezorientacją
— Słucham?
— Powoli i spokojnie. — Wziął głęboki wdech. — Kim jest Miłostka? — spytał z powagą.
— Moją córką, a twoją siostrą? — odpowiedział, bardzo ostrożnie.
Sekrecik pokiwał głową.
— Tak. To też. Ale przede wszystkim jest, tak jak mówiłeś — kotką. Młodą i naiwną. A okrutny świat jest pełen kocurów o złowrogich zamiarach pokroju Lna. Od takich trzeba jej bronić, a nie pozwalać na bliskość — wyjaśnił, wzdychając. — Zawiodłeś mnie, że tego nie dostrzegłeś.
— Skąd ty wiesz o jakimś okrutnym świecie i tych złych kocurach, jak ty ze żłobka nawet nie wychodzisz? — Na ten moment Miodek zdawał się brzmieć na rozbawionego, co było dla młodszego efektem zadowalającym.
— Ciii. — Popukał się delikatnie łapą w czubek łba. — Te uszy umieją słuchać.
Kocur w końcu wstał, patrząc na niego ze słabym uśmiechem.
— Ah, Sekreciku, mama nie będzie zadowolona, że do niczego nie doszliśmy, ale czy też chcemy tracić całe dnie na takie rozmowy? Chociaż udawaj, że coś zrozumiałeś i spraw mamie przyjemność, dobrze? — wymruczał. — Jeśli ty odpuścisz, to Miłostka się dostosuje i będziecie żyć w o wiele lepszej atmosferze.
Point nie zgadzał się z tymi słowami, ale — choć widok na obóz był ładniejszy niż na gałęzie krzewów — nie miał ochoty spędzić tu reszty życia i słuchać w kółko tych samych uwag. Obiecał postarać się zachowywać tak, by Migotka nie urządzała podobnie nudnych pogawędek Miodkowi i z tą myślą wrócili do wnętrza kociarni.
Wymamrotał coś miłego w stronę siostry, bez żadnych uszczypliwości, a po paru chwilach siedzenia od siebie w separacji, kulka mchu stała się ofiarą ich pogoni i kolejnych kłótni.

***

Zdawać by się mogło, że ani on, ani Miłostka, zupełnie nie zmienili swojego nastawienia względem siebie. Różnica była taka, że w ich nowym legowisku nie byli już otoczeni najbliższymi. Rzeczywistość była wręcz zupełnie odwrotna do tego, co mieli kiedyś — panował tu okropny tłok. Nie był pewien, skąd Owocowy Las wytrzasnął sobie taką ilość młodziaków (pomijając kilka specyficznych przypadków) do wytrenowania, ale śmiał wątpić w to, by w innych klanach sytuacja była podobna. Co to za przyjemność, by w najbardziej intensywnym od wysiłku okresie życia, być zmuszonym gnieździć się pośród tylu futer.
Może i nie narzekałby aż tak na swą codzienność, gdyby nie widywał z każdym wschodem słońca tego parszywego, kremowego pyska, który zaraz to całą swoją uwagę kierował na jego niczemu winnej siostrze.
Z początku starał się to ignorować, a swój czas spędzać naprzemiennie z Kruszynką albo innym uczniami. Nieraz też zdawało mu się przytupnąć do ojca, który wiekowo znacznie wybijał się na tle zebranych na gałęziach kasztanowca kotów. Swoją drogą umiejscowienie legowiska na drzewie było dla Sekrecika najbardziej absurdalnym pomysłem, na jaki ktokolwiek mógł wpaść. Nie zawsze wspięcie się do niego wychodziło mu sprawnie, a szczególnie jego łapy zdawały się plątać, gdy gdzieś w pobliżu był Len. Ostatnie, czego sobie życzył, to upokorzenia w jego towarzystwie.
— Nie martwisz się czasem tym, jak rzadko bywa tu Miłostka? — zagadnął pewnego wieczoru ojca, który za dnia, prócz patroli, większość czasu spędzał u boku Migotki.
— Czemuż bym miał? — zdziwił się. — Jest młoda, niech korzysta z życia — mruknął z uśmiechem.
Sekrecik nieznacznie ściągnął brewki. Tatko niczego się nie nauczył od czasu ich rozmowy przed żłobkiem.
— Oczywiście, aczkolwiek powinna mieć do tego bardziej adekwatne towarzystwo — zasugerował. — Nie wiadomo, gdzie ten jej „kolega” ją wyprowadza... A co gorsza, nigdy nie jest pewne, czy któregoś dnia nie zaprowadzi jej do wcześniej wykopanego dołka, nie wepchnie do środka, zasypie i już nigdy więcej nie zoba...
— Mój drogi synu. — Miodek przerwał mu gwałtownie. — Nie sądzisz, że ta wizja brzmi zbyt... nieprawdopodobnie? — podsunął.
— Nie. Czasem należy podjąć się wszelkich środków ostrożności. Jestem tylko zatroskanym bratem, nie powinieneś mnie o nic winić — rzucił spokojniej.

<Tatku?>
[910 słów]

[przyznano 18%]

18 kwietnia 2025

Od Sekrecika CD. Miłostki

Sekrecik wciągnął w nozdrza powietrze, jakby miał zaraz wybuchnąć nową falą złośliwości, ale zamiast tego tylko westchnął i odwrócił wzrok. Co by się nie działo, czuł się związany z kotką tą przeklętą, rodzinną więzią. Podczas gdy ona zdawała się kompletnie głucha na jego wszelkie ostrzeżenia przed złowrogimi zamiarami kremowego kocura, nie potrafił ot tak jej olać i zająć się w pełni swoimi sprawami. O ile miał do roboty coś więcej niż podstawowe obowiązki ucznia.
— Wiesz co... Ty się możesz śmiać, kłapać jęzorem i trzepać ogonem, ile tylko chcesz... Ale gdyby Len cię wystawił, byłbym pierwszym, do którego byś przyleciała się wypłakać — rzucił to niemal mimochodem, jakby mówił o pogodzie. A potem opadł swobodnie na swoje posłanie. — I nawet, choćby mnie ogromnie kusiło, nie wypomniałbym ci wtedy wszystkich głupot, które teraz plączą ci się na języku.
Miłostka stała chwilę w miejscu, przestępując z łapy na łapę.
Zrobiła mu tym nadzieję. Widząc jej skupiony wyraz pyska, uznał, że może pierwszy raz w życiu zacznie myśleć i za moment przyzna mu rację, może nawet pokusi się na jakiś czuły, siostrzany gest, czym pogodzi ich na wszeczasy.
Gdy jednak przeniosła na niego wzrok, błysk w jej zielonych ślepiach zdawał mówić mu coś zupełnie innego.
— On taki nie jest — odparła, wzdychając z udręką. Dziwnym faktem i tak było nie słyszeć z jej strony zbulwersowanych okrzyków. — Nie mam do ciebie sił. Mówię ci jedno i to samo od tylu księżyców, a ty masz uszy zalepione miodem! Nic do ciebie nie dociera — rzekła chłodniej, tupiąc wręcz łapą ze złości.
— Ty mówisz o sobie, tak? — prychnął. — Bo ten opis doskonale oddaje to, co czuję, męcząc się z tobą każdego dnia.
— Już nie wiem, czy zazdrościsz Lnu tego, jaki jest fajny, czy mi, że mam z nim tak dobre relacje. Jak chcesz być jego kolegą, to idź i mu to powiedz. W przeciwieństwie do ciebie nie jest głuchy i głupi.
Zmrużył oczy na absurd tych słów. Nie pierwszy raz sugerowała mu takie okropieństwa.
— Fuj. Nie obrażaj mnie.
— Ty to wszystko zacząłeś. Skoro ci się nudzi, to idź się prześpij, może przyśni ci się w końcu rozum. Może wtedy byłby z ciebie materiał na wojownika, a nie na wypłosza do straszenia kociąt — rzuciła.
Sekrecik zsunął łapę z pyska i wystawił język w jej stronę.
— Mówisz, jakbyś już jutro miała mieć mianowanie, tylko że zamiast na zwiadowcę, to od razu na lidera. — Ziewnął przeciągle. — Jakbyś wcale nie była najbardziej przemądrzałym jeżem w kocim futrze...
— Przynajmniej coś robię. Ty tylko siedzisz, gadasz i się żalisz — stwierdziła. — Poza tym, nigdy nie wiadomo, robię takie postępy w porównaniu z tobą, że lada dzień a opuszczę to legowisko. Nie licz wtedy na rady ode mnie, jak szybciej dorosnąć. W twoim przypadku to proces równie odległy co dalekie jest słońce od nas — skwitowała.
Sekrecik prychnął tak głośno, że Kruszynka — dotychczas drzemiąca na sąsiednim posłaniu — wybudziła się gwałtownie, patrząc niespokojnie to na swojego brata, to na siostrę. Nie raczyła jednak skomentować ich kłótni. Z pewnością do tego przywykła.
— Oczywiście. O byciu tak wspaniałym jak ty, to mogę sobie co najwyżej pomarzyć. O niech los i ta cała Wszechmatka dadzą mi, chociaż możliwość bycia w drobnej części tak niesamowitym jak ty. Każdego dnia budzę się we łzach, bo znów jestem w swoim futrze, a nie twoim.
Miłostka uśmiechnęła się słodko. Aż za słodko. Taki uśmiech zapowiadał tylko katastrofę.
— No to skoro już to ustaliliśmy, możesz zamknąć już pyszczek, bo ci kurz naleci.
Te słowa zakończyła ich kolejną batalię. A przynajmniej na tamten moment, bo w przeciągu dnia zdążyli "skoczyć sobie do gardeł" co najmniej kilka razy. Oczywiście nikt nie ucierpiał na tym, nie licząc uszu tych, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w ich otoczeniu.

***

Nie było już z nim aż tak źle. Czasem nawinął mu się pod pazur jakiś drozd albo mysz, a on niezależnie od rozmiaru swojej ofiary, z dumą dorzucał ją do stosu zwierzyny. Szczególne starał się to robić, gdy w obozie znajdowała się jego siostra. Nie, żeby zależało mu na jej uwadze. Liczył po prostu na to, że w końcu obierze Lna za gorszego od niego.
— Ah, to był udany trening — rzucił, jakby od niechcenia, przechodząc obok szylkretki. — Ty też pewnie dzisiaj ładnie pracowałaś. Len mógłby brać z nas przykład — dodał, nie mogąc się oprzeć od wypowiedzenia tych słów.
Miłostka westchnęła ze znużeniem.
— Kiedy zamierzasz skończyć? Z jednej strony próbujesz być miły, ale i tak starasz się mi dowalić. Uspokój się — poleciła powolnie.
Klapnął się obok niej, zadowolony, że kremowego choć raz nie ma w jej otoczeniu. Cień drzew znajdujących się w obozowisku wyjątkowo umilał im ten ciepły i duszny dzień.
— Nie próbuję. To szczere intencje. Bardzo cię szanuję, siostrzyczko — mruknął spokojniej.
— Siostrzyczko? — powtórzyła, o dziwo brzmiąc na rozbawioną. — Braciszku, to ja pierwsza przyszłam na ten świat. Spytaj mamę albo tatę, chociaż źle musi być z twoją pamięcią, bo jestem pewna, że powtarzali to nieraz — upomniała.
— Czy ten krótki czas różnicy między naszymi narodzinami ma aż takie znaczenie? — jęknął. — A może rodzice nas oszukują? Może to ja byłem pierwszy, tylko zobaczyli, że tobie bardziej zależy, więc dla spokoju okłamują cię od dawna? A co jeśli Kruszynka jest najstarsza? — zasugerował nagle.

<Miłko?>
[845 słów]

[przyznano 17%]