— Wszystko w porządku. Rzadko choruję… też zresztą nie mam czasu na to, żeby chorować. Jedyne co mi może doskwierać, to wrażenie, że nie jestem już pierwszej młodości. — Uśmiechnął się, mrużąc delikatnie oczy. Zmartwił się lekko tym sykiem, jednak zielarka nic o tym nie wspomniała, więc nie chciał jej zmuszać do tłumaczenia się. Gdyby tylko mógł, cofnąłby się w czasie, żeby móc towarzyszyć swoim bliskim jak najdłużej. Nie było to jednak w żaden sposób możliwe. Najprawdopodobniej wiele kotów podzielało jego zdanie, szczególnie tych, którzy byli bliżej wieku przechodzenia do starszyzny, niż dalej.
Jagnięcy Ukłon popatrzyła na niego kobaltowymi ślepkami i również na jej pyszczku zakwitło rozpromienienie, chociaż smutne. Kocur przesunął łapą nieznacznie po posadzce. Była od niego starsza, nie miał na myśli urazić jej w żaden sposób. Popatrzył na nią.
— Mają wspaniałą mentorkę, dlatego wcale się nie dziwię, że robią tak ogromne postępy — dodał, chcąc poprawić jej humor, wypowiedział to szczerze. Medyczka zamruczała.
— Staram się, jak mogę — zrobiła chwilę przerwy, parokrotnie przejeżdżając językiem po zmierzwionych kłosach na piersi. — Wiele się pozmieniało, odkąd do nas wróciłeś, prawda?
Trójoki Zając rozejrzał się po jamie lekko. Blade promienie wpadały przez wejście, oświetlając norę częściowo. Naokoło nich były starannie poukładane zioła, każde z nich miało swoje miejsce, a wiele łaskotało go po nosie intensywną wonią, zachęcając do kichnięcia. Kiwnął głową.
— Już nie pamiętam za dobrze, jak czułem się wtedy, jednak pozmieniało się i to bardzo dużo — zgodził się. — Z mojej rodziny została jedynie Kukułczy Wdzięk i moje kocięta. Pikująca Jaskółka nie żyje. Nie pamietam, co z Siewczym Letargiem, moją ciotką… Pamiętam, jak razem z Króliczkiem próbowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego jej zabrakło. A raczej to on się starał, bo ja w głowie miałem wszystko, tylko nie to, co trzeba. To było tak dawno temu… Króliczej Prawdy również już nie ma w naszych szeregach — przyznał smutno, choć cicho, myśląc teraz o wspomnianej kotce, a także bracie. Nie widział jej tak długo, że nie był już nawet pewien, jakiego koloru miała futro. Czasami miał sobie za złe, że nie zrobił więcej w sprawie zaginionej, jednak teraz już nie mógł z tym nic zrobić. Wszyscy zamieszani prawdopodobnie dawno leżeli na Pogorzeliskach, a jemu pozostało pamiętać o wyżej wspomnianych. Pikującej Jaskółki mu brakowało, nawet jeśli nie miała nigdy zbyt pozytywnej opinii wśród Klifiaków... A może nie brakowało mu samej kotki, a tego, jak się czuł, gdy leżał u jej boku w żłobku razem z bratem? Już sam nie był pewien. Co prawda nie przyznawał się do tego, bo miał świadomość, że to nie było korzystne podejście. Również nie wciskał go nikomu i próbował o niej nie rozmawiać. Nigdy nie zagłębiał się czemu, jak chodziło o opiniach o niej, a każda z sytuacji jakoś przelatywała mu nad głową, zresztą od zawsze miał ją wysoko w chmurach i rozmyślał tylko o Kukułce. Jagnięcy Ukłon zamrugała parokrotnie, a w jej oczach pojawiła się iskra zaniepokojenia.
— Ja… nie wspominam za dobrze czasów rządów Pikującej Jaskółki — szepnęła, a Trójoki Zając położył uszy po sobie. Co złego mogła jej zrobić jego matka? Czy w ten sposób stracił w jej oczach, wspominając o pokrewieństwie z nią?
— Przepraszam, Jagnięcy Ukłonie — wymruczał, patrząc na nią ze skruchą. — Teraz przewodzi nami Lśniąca Gwiazda i nic ci nie grozi. Bardzo mu zależy na dobru klanu — próbował ją wesprzeć.
Kotka pokręciła łebkiem, spokojniejsza.
— W porządku. Przecież i tak już nic nie może mi zrobić, dzięki Klanowi Gwiazdy. — Poruszyła nieznacznie uszami. — Tak już jest. Uczniowie mają w głowach zawsze wszystko to, co nie trzeba, ale ciężko im się dziwić. W końcu są świeżo po opuszczeniu żłobka, wszystko jest dla nich nowe i mają możliwość zwiedzić cały obóz, który do tej pory znały jedynie z widoku kociarni — zachichotała, a końcówka jej ogona zaczęła podrygiwać.
Kocur pokiwał głową, czując ciepło w sercu na samą myśl. Kocięta rosły niezwykle szybko. Miał zresztą żywy przykład – jego kocięta były już blisko wieku wojowniczego, to była kwestia czasu, aż zdadzą testy na wojowników i zyskają uznanie Lśniącej Gwiazdy. Rudy przydzieli im ich nowe imiona, a oni od tego dnia będą mogli decydować o porach, kiedy wychodzą, o tym, co robią w ciągu dnia… będą musieli decydować o wszystkim za siebie. Kremowy zamierzał im przy tym towarzyszyć na tyle, jak bardzo był fizycznie w stanie.
Trwali tak przez jakiś czas w milczeniu, pogrążeni w zadumie. Wreszcie, Jagnięcy Ukłon uniosła pysk i spojrzała na pręgowanego, który zdążył odpłynąć myślami. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, kobaltowooka mruknęła:
— Trójoki Zającu, jesteś ode mnie wyższy. Pomożesz mi przenieść tamte zioła stamtąd, o tam? — Palcem wskazała parę zawiniątek, a potem ruchem ogona na półkę trochę dalej, pustą. Kremus poruszył zakręconymi wąsami.
— Nie ma problemu. — Wstał ze swojego miejsca, a potem podszedł do wspomnianej ściany i sięgnął łapą sprawnie parę zawiniątek. Tyle, ile mógł, pochwycił w zęby ostrożnie, resztę wręczając aksamitnie medyczce. Przeniósł je na drugie miejsce, układając schludnie. Zioła szeleściły pod jego dotykiem, całe szczęście niczego nie zepsuł, więc mógł odetchnąć z ulgą, gdy skończył przydzielone mu zadanie.
— Dziękuję. Nie będę ci zabierać więcej czasu — powiedziała, patrząc jeszcze przez moment na półkę. Kocur pokręcił głową.
— Nie zabierasz. Ale lepiej już wrócę, Kukułczy Wdzięk zacznie się martwić, a nie chcę jej stresować — wymruczał, żegnając się ze starszą. Kocica pomachała mu ogonem na pożegnanie. W paru sprawnych susach doskoczył do wyjścia, a potem wyszedł z jamy.
Trójoki Zając odłożył na stertę nornicę, którą udało mu się upolować podczas patrolu. Otrzepał z siebie nadmiar kropelek, ciesząc się, że mógł wreszcie wrócić. Czuł pod poduszeczkami łap chłód kamiennej posadzki, w dodatku burczało mu w brzuchu. Pomyślał, że dobrze byłoby coś zjeść, jednak… nie zamierzał jeść sam. Pochwycił w szczęki dwie myszy, a potem wzrokiem zaczął szukać znajomego, szylkretowego futra. Początkowo myślał, że może znajdzie ukochaną w legowisku – w końcu ostatnio sporo odpoczywała, szczególnie po tym, co miało miejsce wcale nie tak dawno temu. Przepiórcza Wichura odeszła. Była to ogromna strata dla Klanu Klifu, a jeszcze większa dla całej jego rodziny. Cynamonka miała pozytywne relacje z każdym z jego kociąt, w dodatku tak samo z nim; nawet jeśli nie rozmawiali aż tak często, jak robił to on ze swoją partnerką, to wojowniczka wiele razy im pomogła w potrzebie. Również niejednokrotnie upewniała się, czy u każdego było w porządku. Opowiadała również o treningach Lilakowej Łapy, teraz Pszczelego Lilaku. Kremus westchnął, a potem wspiął się na skalne półki powoli i położył dwie zdobycze w ich legowisku. Były jeszcze ciepłe, a po liliowej nie było ani śladu. Może wyruszyła na samotny spacer? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu. Modlił się do Klanu Gwiazdy, że nie postanowiła ruszyć śladami cętkowanej. Nie poradziłby sobie, gdyby stracił i ją.
Poprawił parę odstających kępek w legowisku, a potem rozejrzał się po centrum. Niektórzy pobratymcy dzielili się językami, inni dopiero co wracali z patroli, a jeszcze inni kierowali się w stronę legowiska medyczek, prawdopodobnie doskwierało im coś. Postanowił zejść na sam dół. Gdy tak postąpił i wylądował trochę niezdarnie, podszedł do niego rudy, łaciaty kocurek. Kocię Rozżarzonej Pieśni.
— Witaj, Świetlikowa Łapo — przywitał się z nim, patrząc na młodzieńca. Nie wiedział za wiele o kociętach rudej, jednak nie miał o nich negatywnego zdania. W rzeczywistości było neutralne, raczej nie przypominał sobie, żeby w jakiś sposób zawiniły komuś z jego rodziny lub jemu samemu… — Czy coś się stało? — zapytał, widząc oczekiwanie wymalowane na pyszczku uczniaka.
— Trójoki Zającu? Czy myślisz, że warto wierzyć w Klan Gwiazdy? W końcu nie możemy ich zobaczyć, a mówi się, że czuwają nad nami ze Srebrnej Skóry i pomagają w potrzebie, ale mi jeszcze nigdy nie pomogli — zauważył, co wywołało lekkie zdziwienie u kremusa. Kiedyś, gdy był w jego wieku, raczej nie wierzył w Klan Gwiazdy, mimo że wiele kotów otaczających go było wierzącymi. Wiele razy modlił się po cichu, zmuszając do wiary, żeby nie wyjść na tego innego. Z czasem jednak, gdy wyruszył razem z bratem do Betonowego Świata, jego wiara zakiełkowała w nim na nowo, a z biegiem księżyców coraz bardziej wierzył w obecność gwiezdnych przodków, niejednokrotnie modląc się do nich, teraz już szczerze, a nie z wewnętrznego przymusu. Zamyślił się na moment.
— Myślę, że warto. Między innymi to dzięki naszym przodkom jesteśmy tutaj, jako wielka społeczność. Wielu samotników nie ma pojęcia o Klanie Gwiazdy ani o kodeksie wojownika, które są przecież kluczowe. Przez to, nawet gdyby próbowali utworzyć, powiedzmy, drugi taki Klan Klifu, to istnieje bardzo duża szansa na to, że by im to nie wyszło. Pomijając fakt braku miejsca, wielu samotników nosi miano barbarzyńców bez zasad, którzy nie pomogliby nigdy kotom w potrzebie, a prędzej przepędziliby je za granice swojego terytorium w momencie, w którym przestałyby być potrzebne. Owszem, nie da się zobaczyć naszych przodków gołym okiem ani dotknąć, jednak wielu kotom dają nadzieję na lepsze jutro. Medycy otrzymują od nich sny na spotkaniach, to oni mają z nimi najlepszy kontakt. Jeśli będziesz bardzo wierzyć, na pewno kiedyś ci pomogą. Nie będzie to jednak pomoc taka, jaka może ci się wydawać. Oni nie przyniosą ci zwierzyny w czasie głodu, ale mogą dać ci ogromną nadzieję i determinację, że uda ci się samemu ją upolować — wyjaśnił spokojnie, licząc na to, że rozwiał w ten sposób wątpliwości młodzieńca.
Kocurek kiwał głową, słuchając słów starszego. Ugniatał grunt łapkami i wyglądał tak, jakby miał lada moment wystrzelić przed siebie, mimo że prowadził właśnie konwersację z Zającem. Wreszcie, jego boki zafalowały.
— Czyli to w ten sposób działa… W takim razie teraz to ma sens. Dziękuję, Trójoki Zającu — miauknął pogodnie. Kremowy kiwnął głową, jakby chciał mu w ten sposób przekazać “nie ma sprawy”. Wiara była czymś dużo bardziej skomplikowanym, o czym mógłby rozgadać się nawet bardziej, ale teraz nie miał na to za bardzo czasu. W końcu musiał znaleźć Kukułczy Wdzięk. Jednak jego pierwotny plan został przesunięty przez rudego uczniaka.
Gdy wstał ze swojego miejsca i miał ruszyć ponownie ku wyjściu, w kącikach jego oczu mignęło liliowe futro. Wojowniczka, wręcz jak na zawołanie wróciła, a na jej pyszczku widniał neutralny wyraz. Ruszył w jej kierunku z nadzieją w sercu. Ten czas był dla niej niezwykle trudny, chciał jej więc zatem okazać wsparcie, którego teraz tak bardzo potrzebowała. Znalazłszy się przy kotce, otarł się o nią lekko na powitanie. Nie odtrąciła go, ale też nie odwzajemniła gestu.
— Jesteś głodna, skarbie? Zaniosłem nam do legowiska jedzenie — powiedział, patrząc na jej pyszczek. Kotka pokręciła głową.
— Nie. Chciałabym teraz pobyć sama, proszę — odparła, odsuwając się od kocura. Trójoki Zając popatrzył na nią ze zmartwieniem, ale postanowił to uszanować.
— Dobrze. W razie, gdybyś mnie potrzebowała, to będę w obozie.
— W porządku. Przecież i tak już nic nie może mi zrobić, dzięki Klanowi Gwiazdy. — Poruszyła nieznacznie uszami. — Tak już jest. Uczniowie mają w głowach zawsze wszystko to, co nie trzeba, ale ciężko im się dziwić. W końcu są świeżo po opuszczeniu żłobka, wszystko jest dla nich nowe i mają możliwość zwiedzić cały obóz, który do tej pory znały jedynie z widoku kociarni — zachichotała, a końcówka jej ogona zaczęła podrygiwać.
Kocur pokiwał głową, czując ciepło w sercu na samą myśl. Kocięta rosły niezwykle szybko. Miał zresztą żywy przykład – jego kocięta były już blisko wieku wojowniczego, to była kwestia czasu, aż zdadzą testy na wojowników i zyskają uznanie Lśniącej Gwiazdy. Rudy przydzieli im ich nowe imiona, a oni od tego dnia będą mogli decydować o porach, kiedy wychodzą, o tym, co robią w ciągu dnia… będą musieli decydować o wszystkim za siebie. Kremowy zamierzał im przy tym towarzyszyć na tyle, jak bardzo był fizycznie w stanie.
Trwali tak przez jakiś czas w milczeniu, pogrążeni w zadumie. Wreszcie, Jagnięcy Ukłon uniosła pysk i spojrzała na pręgowanego, który zdążył odpłynąć myślami. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, kobaltowooka mruknęła:
— Trójoki Zającu, jesteś ode mnie wyższy. Pomożesz mi przenieść tamte zioła stamtąd, o tam? — Palcem wskazała parę zawiniątek, a potem ruchem ogona na półkę trochę dalej, pustą. Kremus poruszył zakręconymi wąsami.
— Nie ma problemu. — Wstał ze swojego miejsca, a potem podszedł do wspomnianej ściany i sięgnął łapą sprawnie parę zawiniątek. Tyle, ile mógł, pochwycił w zęby ostrożnie, resztę wręczając aksamitnie medyczce. Przeniósł je na drugie miejsce, układając schludnie. Zioła szeleściły pod jego dotykiem, całe szczęście niczego nie zepsuł, więc mógł odetchnąć z ulgą, gdy skończył przydzielone mu zadanie.
— Dziękuję. Nie będę ci zabierać więcej czasu — powiedziała, patrząc jeszcze przez moment na półkę. Kocur pokręcił głową.
— Nie zabierasz. Ale lepiej już wrócę, Kukułczy Wdzięk zacznie się martwić, a nie chcę jej stresować — wymruczał, żegnając się ze starszą. Kocica pomachała mu ogonem na pożegnanie. W paru sprawnych susach doskoczył do wyjścia, a potem wyszedł z jamy.
***
Teraźniejszość
Trójoki Zając odłożył na stertę nornicę, którą udało mu się upolować podczas patrolu. Otrzepał z siebie nadmiar kropelek, ciesząc się, że mógł wreszcie wrócić. Czuł pod poduszeczkami łap chłód kamiennej posadzki, w dodatku burczało mu w brzuchu. Pomyślał, że dobrze byłoby coś zjeść, jednak… nie zamierzał jeść sam. Pochwycił w szczęki dwie myszy, a potem wzrokiem zaczął szukać znajomego, szylkretowego futra. Początkowo myślał, że może znajdzie ukochaną w legowisku – w końcu ostatnio sporo odpoczywała, szczególnie po tym, co miało miejsce wcale nie tak dawno temu. Przepiórcza Wichura odeszła. Była to ogromna strata dla Klanu Klifu, a jeszcze większa dla całej jego rodziny. Cynamonka miała pozytywne relacje z każdym z jego kociąt, w dodatku tak samo z nim; nawet jeśli nie rozmawiali aż tak często, jak robił to on ze swoją partnerką, to wojowniczka wiele razy im pomogła w potrzebie. Również niejednokrotnie upewniała się, czy u każdego było w porządku. Opowiadała również o treningach Lilakowej Łapy, teraz Pszczelego Lilaku. Kremus westchnął, a potem wspiął się na skalne półki powoli i położył dwie zdobycze w ich legowisku. Były jeszcze ciepłe, a po liliowej nie było ani śladu. Może wyruszyła na samotny spacer? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu. Modlił się do Klanu Gwiazdy, że nie postanowiła ruszyć śladami cętkowanej. Nie poradziłby sobie, gdyby stracił i ją.
Poprawił parę odstających kępek w legowisku, a potem rozejrzał się po centrum. Niektórzy pobratymcy dzielili się językami, inni dopiero co wracali z patroli, a jeszcze inni kierowali się w stronę legowiska medyczek, prawdopodobnie doskwierało im coś. Postanowił zejść na sam dół. Gdy tak postąpił i wylądował trochę niezdarnie, podszedł do niego rudy, łaciaty kocurek. Kocię Rozżarzonej Pieśni.
— Witaj, Świetlikowa Łapo — przywitał się z nim, patrząc na młodzieńca. Nie wiedział za wiele o kociętach rudej, jednak nie miał o nich negatywnego zdania. W rzeczywistości było neutralne, raczej nie przypominał sobie, żeby w jakiś sposób zawiniły komuś z jego rodziny lub jemu samemu… — Czy coś się stało? — zapytał, widząc oczekiwanie wymalowane na pyszczku uczniaka.
— Trójoki Zającu? Czy myślisz, że warto wierzyć w Klan Gwiazdy? W końcu nie możemy ich zobaczyć, a mówi się, że czuwają nad nami ze Srebrnej Skóry i pomagają w potrzebie, ale mi jeszcze nigdy nie pomogli — zauważył, co wywołało lekkie zdziwienie u kremusa. Kiedyś, gdy był w jego wieku, raczej nie wierzył w Klan Gwiazdy, mimo że wiele kotów otaczających go było wierzącymi. Wiele razy modlił się po cichu, zmuszając do wiary, żeby nie wyjść na tego innego. Z czasem jednak, gdy wyruszył razem z bratem do Betonowego Świata, jego wiara zakiełkowała w nim na nowo, a z biegiem księżyców coraz bardziej wierzył w obecność gwiezdnych przodków, niejednokrotnie modląc się do nich, teraz już szczerze, a nie z wewnętrznego przymusu. Zamyślił się na moment.
— Myślę, że warto. Między innymi to dzięki naszym przodkom jesteśmy tutaj, jako wielka społeczność. Wielu samotników nie ma pojęcia o Klanie Gwiazdy ani o kodeksie wojownika, które są przecież kluczowe. Przez to, nawet gdyby próbowali utworzyć, powiedzmy, drugi taki Klan Klifu, to istnieje bardzo duża szansa na to, że by im to nie wyszło. Pomijając fakt braku miejsca, wielu samotników nosi miano barbarzyńców bez zasad, którzy nie pomogliby nigdy kotom w potrzebie, a prędzej przepędziliby je za granice swojego terytorium w momencie, w którym przestałyby być potrzebne. Owszem, nie da się zobaczyć naszych przodków gołym okiem ani dotknąć, jednak wielu kotom dają nadzieję na lepsze jutro. Medycy otrzymują od nich sny na spotkaniach, to oni mają z nimi najlepszy kontakt. Jeśli będziesz bardzo wierzyć, na pewno kiedyś ci pomogą. Nie będzie to jednak pomoc taka, jaka może ci się wydawać. Oni nie przyniosą ci zwierzyny w czasie głodu, ale mogą dać ci ogromną nadzieję i determinację, że uda ci się samemu ją upolować — wyjaśnił spokojnie, licząc na to, że rozwiał w ten sposób wątpliwości młodzieńca.
Kocurek kiwał głową, słuchając słów starszego. Ugniatał grunt łapkami i wyglądał tak, jakby miał lada moment wystrzelić przed siebie, mimo że prowadził właśnie konwersację z Zającem. Wreszcie, jego boki zafalowały.
— Czyli to w ten sposób działa… W takim razie teraz to ma sens. Dziękuję, Trójoki Zającu — miauknął pogodnie. Kremowy kiwnął głową, jakby chciał mu w ten sposób przekazać “nie ma sprawy”. Wiara była czymś dużo bardziej skomplikowanym, o czym mógłby rozgadać się nawet bardziej, ale teraz nie miał na to za bardzo czasu. W końcu musiał znaleźć Kukułczy Wdzięk. Jednak jego pierwotny plan został przesunięty przez rudego uczniaka.
Gdy wstał ze swojego miejsca i miał ruszyć ponownie ku wyjściu, w kącikach jego oczu mignęło liliowe futro. Wojowniczka, wręcz jak na zawołanie wróciła, a na jej pyszczku widniał neutralny wyraz. Ruszył w jej kierunku z nadzieją w sercu. Ten czas był dla niej niezwykle trudny, chciał jej więc zatem okazać wsparcie, którego teraz tak bardzo potrzebowała. Znalazłszy się przy kotce, otarł się o nią lekko na powitanie. Nie odtrąciła go, ale też nie odwzajemniła gestu.
— Jesteś głodna, skarbie? Zaniosłem nam do legowiska jedzenie — powiedział, patrząc na jej pyszczek. Kotka pokręciła głową.
— Nie. Chciałabym teraz pobyć sama, proszę — odparła, odsuwając się od kocura. Trójoki Zając popatrzył na nią ze zmartwieniem, ale postanowił to uszanować.
— Dobrze. W razie, gdybyś mnie potrzebowała, to będę w obozie.
Koniec sesji
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz