BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrest x Daglezjowa Igła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrest x Daglezjowa Igła. Pokaż wszystkie posty

02 stycznia 2025

Od Daglezjowej Igły CD. Agresta

wiele księżyców temu, przed śmiercią Agresta
— W każdym razie, chciałbym, abyś wiedziała, iż rozumiem, co czujesz. I niezależnie od tego, czy to, co mówią, jest prawdą, jestem po twojej stronie. O to nie musisz się martwić. Lubię i akceptuję cię nieważne co. 
Kocica zamrugała. Przez chwilę nie wiedziała, co mu odpowiedzieć i można było to po niej zauważyć. To było... miłe? Przywykła już do różnych komplementów i uwielbiała słuchać od innych słów podziwu czy pochwał. To, co powiedział właśnie Agrest, było z deka inne. Po chwili zastanowienia uśmiechnęła się ciepło w stronę starszego kocura. Ona nie miała pomysłu na odpowiedź? Chyba w snach.
— Dziękuję. Bardzo miło mi jest to usłyszeć — miauknęła, owijając wokół łap rudy ogon. — To samo mogłabym powiedzieć o tobie. — Na chwilę zamilkła. — Dobrze jest wiedzieć, że jest obok ktoś, kogo nie kręcą takie głupie plotki...
Daglezja skrzywiła pysk na samą myśl. Ech... Jak tylko wyjdzie z tego legowiska, prawdopodobnie znów wyleje się na nią szambo opowiastek na temat jej i Lśniącej Tęczy. Oczywiście, ignorowała je, lecz w duszy miała ochotę rozszarpać wszystkich, którzy mieli czelność cokolwiek mówić. Nakręcać to durne koło.
— Taki już los bycia kimś ważnym — westchnął Agrest, moszcząc się wygodniej na swoim legowisku. — Trzeba zacisnąć zęby i iść dalej, czy się nam to podoba, czy nie. Dobra rzecz jest taka, że w końcu się znudzą. Czas tylko pokaże, ile im to zajmie... — Zaśmiał się lekko, choć Daglezji wcale do śmiechu nie było. Wolała, aby skończyło się to już teraz. Ileż można było wymyślać teorii na temat jej rzekomego związku z takim mysim móżdżkiem?! — Lecz jeśli w międzyczasie znów będziesz miała chwilę zwątpienia w swoich współklanowców, legowisko starszych stoi otworem. 
Uśmiechnęła się.
— I bardzo to doceniam — wymruczała kocurowi w odpowiedzi.

doczekałeś się w końcu pierdoło

11 lipca 2024

Od Agresta cd. Daglezjowej Igły

Po jego rezygnacji zarządzono wybory na przywódcę pomiędzy dwoma zastępcami. Na początku zestresowany zastanawiał się, na kogo powinien oddać swój głos, na siłę starając się obrać czyjąś stronę. Końcowo jednak uświadomił sobie, że… on przecież wcale nie musi brać w tym udziału. A wręcz nie chce! Zwyczajnie nie widziało mu się decydować, który z wyznaczonych przez niego samego kandydatów, jest najlepszy. Nawet nie wiedział, czy w ogóle by potrafił. Każdego z nich wybrał z innego powodu i cenił za inne rzeczy. Wywieranie na sobie presji odnośnie głosowania nie miało sensu w jego przypadku. Był bowiem przekonany, iż zarówno Daglezjowa Igła jak i Lśniąca Tęcza dobrze sprawdzą się na tym stanowisku. On sam już zrobił wszystko, co do niego należało, mianując ich. A ten wybór jako jeden z niewielu nie należał do lidera, dlatego też pozostawał tak wyjątkowy. Mieszanie się w niego, nie wydawało mu się na miejscu. Teraz decyzję powinna podjąć tylko i wyłącznie społeczność Owocowego Lasu. 

***

Nie łatwo było mu się przyzwyczaić do rangi starszego. Często budził się w nocy z paniką, że musi z kimś porozmawiać, nie może zgubić tropu, musi dalej iść, nie może dopuścić do kolejnej tragedii, musi zabezpieczyć każdego przed zagrożeniem i znaleźć swoją córkę żywą. Starał się wtedy skupiać na oddechu oraz głośno powtarzać sobie w myślach, że to wszystko już minęło i nie ma szans powrócić – według tego, co nauczyła go Jaskółka. Pierwsze chwile zawsze były ciężkie, lecz ostatecznie jej metoda pomagała mu na tyle, aby potrafił powrócić do snu. Nie miał niestety pojęcia jak zapobiec nawracaniu tego, przez co jeszcze boleśniej odczuwał brak szamanki. Ona na pewno wiedziałaby, co zrobić w tej sytuacji. 
Oprócz nieobecności kogoś, kto mógłby obdarzyć go zbawienną radą, okropnie wyraźny był dla kocura także brak kogoś bliskiego przy sobie. Już samo fizyczne towarzystwo Kuklika ogromnie pomagało mu w wysypianiu się. Nieustannie chodził wykończony po śmierci partnera, dopóki po paru, ciężkich księżycach, nareszcie bardziej nie przystosował się do spania samemu. Niestety podczas wędrówki z Mirabelką ponownie przyzwyczaił się do ciepła drugiej osoby, szybciej niż chciałby przyznać. Spali obok siebie, aby się nie wyziębić i Agrest nawet nie zauważył, ile to wówczas dawało mu komfortu. Teraz jednak ten okres dobiegł końca i musiał ponownie się przystosować do nowych warunków… 
Poza tym jednym aspektem nie tęsknił jednak za życiem samotniczym, czego na początku się obawiał. Zbyt duża siedziała w nim wtedy niepewność, czy aby na pewno wrócą. Za bardzo czuł się jak niepotrzebny balast, kiedy to przez jego słabą kondycję fizyczną cały czas musieli się zatrzymywać w trakcie drogi. Tutaj natomiast mógł drzemać, ile chciał i nie czuł się za to winny. 
Wręcz przeciwnie, dzięki poddawaniu się temu nieodpartemu pragnieniu, miał wrażenie, jakby wreszcie słuchał się swojego ciała. Organizm ewidentnie był mu za to wdzięczny, bo bolesne napięcie z jego mięśni po kilku dniach od zmiany rangi zupełnie zniknęło, co jeszcze dodatkowo pomogło mu się zrelaksować pod względem psychicznym. 
Doceniał także Wszechmatkę za obdarowanie go współlokatorką. Przed odejściem do starszyzny jakoś nie zdarzyło mu się dłużej porozmawiać z Jarząb, a teraz zyskał do tego idealną okazję. Jeszcze było za wcześnie, żeby cokolwiek stwierdzać, ale kotka zdawała się naprawdę miła i do tego wręcz trochę niezwykła. Miał nadzieję, że uda się im zaprzyjaźnić, mimo co najmniej późnego wieku do zaczęcia takiej relacji. 
Cały się rozpromienił, kiedy pierwszy raz do ich legowiska weszła Daglezjowa Igła. Nie spodziewał jej się tutaj, a już na pewno nie po tak krótkim czasie od jego rezygnacji. I do tego przyniosła mu coś do przekąszenia! 
Rdzawa rozłożyła się przy nim, owijając swój ogon wokół łap. 
— Postanowiłam sprawdzić, jak się czujesz, jak tam zdrowie. Dziś mamy wyjątkowo dżdżysty dzień. Słyszałam, że w kiepską pogodę pobolewają stawy. Mam nadzieję, że ciebie to omija.
— Och, to niezmiernie miło z twojej strony. — Uśmiechnął się ciepło. — Szczerze to obawiałem się, że gdy już zwalą się na ciebie obowiązki przywódczyni, to o mnie zapomnisz — wyznał od razu, dopiero po chwili orientując się, jak smutno to zabrzmiało. Chrząknął niezręcznie, za żadne skarby nie chcąc uzyskać reputacji biednego, opuszczonego staruszka. Zamierzał być właśnie takim pozytywnym, z dystansem do siebie dziadkiem! — To znaczy, żartuję oczywiście! Bardziej miałem na myśli, iż znalezienie na mnie czasu jest dla ciebie teraz zrozumiale trudniejsze. Ale po twojej dzisiejszej wizycie widzę, że nie mam się o co martwić! 
— Ależ oczywiście! — zamruczała. — Dobra organizacja czasu to dla mnie żaden problem. — Wypięła dumnie pierś. Zaraz natomiast zerknęła na niego z wyrazem większej powagi. — Zapomnieć to o tobie byłoby trudno, Agreście. Twoje zasługi z pewnością na długo zostaną w pamięci Owocowego Lasu. O to możesz być spokojny. 
Czekoladowy parsknął na to cicho z dodatkową nutą melancholii. Rzeczywiście nie miał wątpliwości, że niektóre jego odpały zapiszą się we wspomnieniach sporej ilości kotów, nie pozostawiając miejsca na brak opinii. Słowa rudej przyniosły mu jednak trochę ulgi, iż nie tylko te negatywne aspekty jego władzy zostaną zapamiętane. Właściwie jak myślał o tym w całości… to chyba nie było tak źle, prawda? Sam znacznie bardziej preferował rangę zwykłego wojownika, ale mimo to jako przywódca udało mu się zapobiec powtórce koszmarów ze swojego dzieciństwa. Nie dopuścił do masowych morderstw, w razie zagrożenia wprowadzał zasady zwiększające bezpieczeństwo, nie doprowadził do poważnych konfliktów międzyklanowych, a nawet zawiązał trwały sojusz z jednym z nich – czyli wszystko, czego nie potrafili zapewnić Owocowemu Lasowi jego poprzednicy. 
I aktualnie stwierdził, że tylko to się dla niego liczyło. 
— Co za ulga — zaśmiał się, po części odpowiadając na jej słowa, po części na własne myśli. 
Siedzieli przez moment w ciszy, dopóki staruszek nie dostrzegł wyczekującego wzroku liderki. Zaraz, zaraz. 
— Chwilka, pytałaś mnie o coś jeszcze? — Zmarszczył czoło w zdezorientowaniu. Coś zaczynało mu świtać, że poruszyła jeszcze jakiś temat, ale za nic nie mógł sobie wygrzebać z umysłu, co takiego to było. 
— Ach, miałam tylko nadzieję, że nic ci nie dolega w tak deszczowy dzień! 
— O, tak, tak, faktycznie! — powtórzył z entuzjazmem, jakby właśnie odkrył jedną z tajemnic wszechświata. — Cóż, tym razem na moje nieszczęście, ból stawów także o mnie nie zapomniał — zażartował, zaraz trochę się zawstydzając. — Ale to nic takiego! Nie jest to też najgorszy ból ze starości, jaki mi się przytrafił, wiesz… 
Daglezjowa Igła przyjrzała się mu uważnie. 
— W takim razie może wolisz porozmawiać o czymś przyjemniejszym? — zaproponowała, zapewne dostrzegając jego zakłopotanie. 
Starszy często przeklinał siebie za to, że z jego pyska tak łatwo było odczytać emocje, jednak na szczęście miało to też swoje plusy. 
— Chętnie — odetchnął, uświadamiając sobie, że nawet nie ugryzł ani kęsa zwierzyny przyniesionej przez pointkę. Wgryzł się więc w żołędnicę, naprawiając swój błąd. Wąsy aż uniosły mu się z uciechy, jak tylko poczuł smak świeżego mięska na języku. — Jeju, jest przepyszny! Naprawdę wiesz, jak kogoś uszczęśliwić, Daglezjowa Igło.
Wibrysy pointki zadrgały. 
— No ba, nie bez powodu wybrano mnie przywódczynią! 
Agrest parsknął na to życzliwym chichotem, niebawem słysząc, jak ruda również się do niego dołącza. No przecież, teraz to było wręcz jej zadanie, żeby dbać o samopoczucie innych! 
Radosny moment przerwał jednak dźwięk przy wejściu do legowiska. W osobie stojącej naprzeciw bicolor rozpoznał Lśniącą Tęczę. Zaciekawiony zastrzygł uszami. 
— Daglezjowa Igło, jest sprawa do omówienia — oznajmił z jak zwykle kamiennym wyrazem twarzy. — Pilna. 
Liderka przewróciła oczami, powoli podnosząc się z ziemi. Czekoladowemu zrobiło się szkoda, że musiała już iść, ale wiedział, iż postępowała słusznie. Sprawy klanowe były znacznie istotniejsze niż rozmowa z ekscentrycznym staruszkiem. 
Mimo chwilowego smutku, po tym jak dwójka opuściła krzew kaliny, uprzednio żegnając się z nim, kocur uniósł wysoko ogon. 
Zabawnie patrzyło się na to wszystko z perspektywy księżyców. Daglezjowa Igła, niegdyś nowa członkini ich społeczności, którą ze względu na pochodzenie nie akceptowała część kotów, obecnie stała przed nim jako pełnoprawna przywódczyni Owocowego Lasu, wybrana większością głosów obywateli. Dopiero co jako zastępca zmartwiony pytał ją o samopoczucie w ich grupie, dopiero co wojowniczka wspomniała mu o nazywaniu jej zdrajczynią i szpiegiem, przez co poniektórych. Jednocześnie, mimo tych wszystkich przeciwności, kotka nigdy nie spędzała czasu, żaląc się nad swoim losem. Skupiła się na ciężkiej pracy, wierząc, że jest w stanie zmienić nieprzychylną reputację. I rzeczywiście to się jej udało. Ostatnie wydarzenia tylko uwydatniły, jak wiele osiągnęła od momentu przybycia w to miejsce. Obserwowanie całego procesu jej ewolucji było prawdziwie inspirujące. 
Przykład Daglezjowej Igły z hukiem zamykał całą dyskusję na temat honoru osób przybyłych z zewnątrz. Udowadniał, że koty nieurodzone w sadzie potrafiły być niekiedy nawet bardziej Owocniakami, niż Owocniacy z tradycyjnej definicji: zbyt zaślepieni strachem, żeby dbać o to, co w Owocowym Lesie najważniejsze – wspólnotę. 
Na pysku Agresta zawitał szeroki uśmiech. 
Był z niej dumny.

***

— Wiesz, myślę, że to rzeczywiście mi pomogło — wydusił z siebie, wykonując koci grzbiet. — Bez regularnych spacerów na pewno nie byłbym w stanie tyle przejść. Te ćwiczenia, co mi zaleciła Witka, chyba też pozytywnie wpłynęły na moją sprawność. Wiadomo, nie zdziałały cudów, ale to zawsze coś. 
— Dobrze to słyszeć — mruknęła z namysłem Świergot, która obecnie doradzała mu, jakie pozycje przyjmować. — Właśnie zaobserwowałyśmy jakiś czas temu, że im więcej się ruszamy, tym lepiej się czujemy i rzadziej dopadają nas bóle. — Zerknęła na legowisko medyka. — Sądzę, iż należy to rozpowszechnić, skoro u ciebie także się sprawdziło. 
— Och, w takim razie powodzenia! To dobry pomysł — zachęcił ją, kładąc ramiona jak najdalej od siebie i jednocześnie odchylając się do tyłu, zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami. Swój wzrok przeniósł łapy, kiedy przypomniał sobie inny powód, dla którego chciał spotkać się z szamanką. — Jest jeszcze jedna kwestia, którą chciałbym poruszyć. 
Liliowa zastrzygła uchem. 
— Co takiego? 
— Uhm, co się stało z Jarzębinką? — poruszył się niespokojnie, po powrocie do postawy stojącej. — Nie widziałem jej ani razu, odkąd odszedłem szukać Mirabelki. Mogłem się spytać Jarząb, ale, no wiesz, wolałem nie… 
Cętkowana westchnęła ciężko, podczas gdy na jej czoło wkradła się posępna zmarszczka. Milczała przez chwilę, dopóki nie wykrztusiła:
— Nie żyje. 
Mimo częściowego spodziewania się takiej odpowiedzi mometalnie zaschło mu w gardle. 
— J-jak… jak? 
— Atak drapieżnika. Nie wiemy jak ani dlaczego znalazła się poza obozem. 
Agrest zacisnął powieki z bólem. Pamiętał jeszcze, jak na swoim ostatnim zgromadzeniu wziął ją na skałę liderów, a ona podziwiała widok z entuzjazmem. Mało kto zresztą emanował tak pozytywną energią i przyjaznym nastawieniem jak uczennica. 
„Przynajmniej podczas pobytu tutaj miała kochającą rodzinę. Przynajmniej zdążyła spełnić jedno ze swoich marzeń” – powtarzał sobie w myślach, starając się po raz kolejny nie stracić wiary w sens egzystencji każdej osoby. Nic jednak nie było w stanie złagodzić niemiłosiernie kłującego uczucia w żołądku, kiedy roztrząsał to wszystko w swoim umyśle. Podczas jego nieobecności zgasł promyk Owocowego Lasu. 
W jednej chwili stracił wszystkie chęci, żeby wykonywać jakiekolwiek ćwiczenia. Świergot natomiast nadal stała przy nim, więc nie chcąc jej zawieść, zdecydował się zrobić jeszcze jedno i udać się na krótki spacer, aby móc przeprocesować to wszystko. 
Podnosił łapy, jedną, po drugiej, dopóki w trakcie stopniowo nie zaczął czuć się znacznie słabiej, niż przed uderzeniem serca. Zignorował to, myśląc, że zaraz mu przejdzie, jednak niepokojące zjawisko tylko przybierało na sile. Uczucie duszności wypełniło jego płuca. Z tego powodu zupełnie zaprzestał ruchu i usiadł, instynktownie pochylając głowę w dół. 
— Agreście, wszystko w porządku? — zapytała szamanka, natychmiastowo wyłapując, iż coś jest na rzeczy. 
Starszy szybko pokręcił głową, nieruchomo wpatrując się w trawę pod jego poduszkami. 
— Zaprowadzę cię do Witki. — Liliowa bez wahania podjęła decyzję, stając przy jego boku. — No dalej, dasz radę — dodała, widząc, że kocurowi nie spieszyło się do wykonania choćby kroku. 
Czekoladowy na te słowa ruszył przed siebie, oddychając ciężko. 

*Przed masakrą*

Nigdy wcześniej nie miał czasu na słuchanie plotek, aż do teraz. Owocowy Las wręcz zawrzał od najnowszej wieści o przypuszczalnym romansie pomiędzy… jego dwoma byłymi zastępcami. Osobiście zaskoczyły go takie domysły. Sam wcześniej jakoś w ogóle tego nie dostrzegał, ale im dłużej o tym mówiono, tym bardziej zaczynał się zastanawiać, czy to po prostu z nim nie było coś nie tak. Zresztą, on nigdy nie miał dobrego wyczucia w takich sprawach. Zupełnie zaskoczyła go wieść o romansie Mrocznej Gwiazdy z Grzybową i twierdzenia, że srebrna przywódczyni Klanu Nocy chciała z nim coś więcej… 
Prawdziwa czy nieprawdziwa, wiedział, jak to jest być ofiarą plotek o własnym życiu prywatnym. Ani trochę nie zazdrościł aktualnej przywódczyni. 
— Wiesz, ja też doświadczyłem czegoś podobnego — zaczął, podczas jednej z konwersacji, chcąc okazać jej wsparcie. — Nie mam pojęcia dlaczego, kiedy stajesz się liderem, to reszta kotów nagle zaczyna się interesować twoim życiem romantycznym. — Skrzywił się na tamte wspomnienia. — To może się przecież kiedyś źle skończyć! Nikt nie powinien się w takie coś angażować. 
Źrenice Daglezjowej Igły się rozszerzyły.
— Nie wierzę — sapnęła, jakby właśnie spadł jej z nieba. — Agreście, jesteś dosłownie pierwszą osobą, która mnie rozumie. Co za ulga! 
— Tak... — wymamrotał, łapy trzymając blisko klatki piersiowej. — Dla mnie to było też dodatkowo niekomfortowe pod względem, że wówczas miałem Kuklika jako partnera. I oczywiście nikt nie wziął tego pod uwagę, rozpuszczając tę plotkę. Wyobrażasz to sobie? Przez to gadanie biedny zaczął się martwić, czy ja nadal go kocham… 
— Mysie móżdżki — prychnęła z pogardą pointka. 
— Dosłownie! — zgodził się z oburzeniem. — Ja jedynie odmrugnąłem Śnieżnej Gwieździe i już uznano to za jakiś znak. Gdy ja po prostu nie wiedziałem, czego ona ode mnie chce! No i postanowiłem, iż odwzajemnię, bo chyba lepiej odpowiedzieć niż nie. Nie chciałem brakiem szacunku zerwać nici porozumienia między nami. Nie moja wina, że nigdy nie byłem tak zręczny politycznie jak Komar… — Pokręcił głową. — Tę pogłoskę z Kamień to już trochę bardziej jestem w stanie zrozumieć, bo byliśmy fizycznie blisko, ale takie coś też nie od razu oznacza więzi romantycznej — podkreślił, niedługo po tym pesząc się, kiedy zdał sobie sprawę, ile mówił. — Przepraszam. Nie powinienem był się tak rozgadywać o mnie, kiedy to ty obecnie znajdziesz się w trudnej sytuacji. 
Ruda machnęła ogonem. 
— Nie musisz przepraszać. Wolę słuchać o okropieństwie, które nie jest już dłużej aktualne — westchnęła dramatycznie.
— Och… no tak. Mam nadzieję, że to też przeminie. — Zaskrobał pazurem w ziemi. — W każdym razie, chciałbym, abyś wiedziała, iż rozumiem, co czujesz. I niezależnie od tego, czy to, co mówią, jest prawdą, jestem po twojej stronie. — Zdziwił się, gdy w morskich oczach swojej rozmówczyni ujrzał błysk zaskoczenia. Może powinien jeszcze raz zapewnić kotkę o braku oceny z jego strony? — O to nie musisz się martwić. Lubię i akceptuję cię nieważne co. 

<Moja miłość wobec ciebie jest bezwarunkowa, Królowo>

20 czerwca 2024

Od Daglezjowej Igły CD. Agresta

Gdyby zaczęła już jeść, bez wątpienia zadławiłaby się kawałkiem mięsa, słysząc pytania kocura. Pod nieobecność Agresta wszystko było w porządku, a było to widać szczególnie po zdartym od wrzeszczenia gardle Daglezjowej Igły. Wszystko było w porządku, jeżeli uznaje się za porządek monstrualny chaos. Wszystko było w sam raz. Nawet jej samej chciało się od tego śmiać.
— Nie było źle — odparła krótko ruda, prostując się i na chwilę odpychając posiłek na bok. — Choć nie można powiedzieć, że twoje odejście nie namieszało.
— Tak, wiem... — Agrest próbował się usprawiedliwić, lecz zanim to zrobił, zastępczyni odezwała się ponownie:
— Nie musisz się tłumaczyć — przerwała cokolwiek chciał powiedzieć. Jeszcze zanim wyznał wszystkim prawdę, Daglezja domyślała się, że mógł zbiec na poszukiwania córki-uciekinierki, chociaż nie spodziewała się, że naprawdę wróci, i to ze zgubą. Była nawet pod małym wrażeniem. Gdyby istniał Klan Gwiazdy czy Wszechmatka, niewątpliwie uznałaby, że to ich sprawka. W końcu mając na karku prawie sto trzydzieści księżyców, Agrest musiał być dziecinnie łatwym kąskiem dla każdego zła, jakie czaiło się poza granicami Owocowego Lasu. Najpierw, oczywiście, była wściekła, lecz teraz czuła ulgę, że nareszcie jego powrót zakończy ten cały zamęt. — Rozumiem. Wszystko, co musiało być powiedziane, zostało — mruknęła, nie potrzebując słyszeć po raz drugi tej samej gadki. — Właściwie nie wydarzyło się nawet za wiele, gdybyś chciał nadrobić. 
— Kociaki podrosły — zauważył Agrest, kierując wzrok w stronę latorośli Kosodrzewiny, którzy wymieniali się ziołową wiedzą, i na dzieci Patyczaka i Ślimaka, co beztrosko świergotały o treningach, narzekając na uciekające im na błoniach myszy. — Nawet Witka znalazła następnego ucznia. Zawsze przydadzą się jej dodatkowe łapy do pracy.
— Tak, tak — odpowiedziała, mając w myślach tylko gorący skandal, jaki wybuchł nie tak dawno, dotyczący prawdziwego pochodzenia Chmurki i Pumy, a także bariery, jaka wybuchła przez to między medyczką, a kociętami. Czy powinna uświadomić o tym Agresta? Hm... W Owocowym Lesie plotki od zawsze roznosiły się za szybko, a cichły za wolno. Dowie się w swoim czasie, pomyślała.
— A co do głosowania?
— Cóż, to chyba oczywiste, na jaki wynik liczę — parsknęła cichym śmiechem, przechylając głowę. — Mam więcej doświadczenia, klan dobrze mnie zna. Na Lśniącą Tęczę za to tylko narzekają uczniowie, za wpychanie na patrole o świcie — miauknęła niefrasobliwie.
Agrest uśmiechnął się, nieco rozbawiony.
— Niech wygra ten, kogo wybierze głos ludu — odpowiedział, na co Daglezja strzepnęła uchem. Huh? Niech wygra ona, nie ten głupi futrzak. Czy naprawdę Agrest kibicował i jemu? Czyżby zamienił się z myszą na mózgi? — Z obu z was będzie dobry przywódca.
— Oczywiście — miauknęła z udawaną radością. — Najważniejsza jest przecież służba w obronie Owocowego Lasu, prawda?
Od tych słów parzył ją język.

***

Nie wierzyła, że nareszcie to się stało. Patrzyła we własne łapy tak, jakby właśnie stała się zupełnie nowym kotem, jak gdyby z tą chwilą krew w jej żyłach przyjęła błękitną barwę. Daglezjowa Igła mogła usiąść na mównicy i wygłosić przemówienie, a każdy będzie musiał jej posłuchać. Nie była już zmuszona spać w jednym legowisku, jeszcze, fu, naprzeciw tego zapchleńca Tęczy, a miała całą gałąź dla siebie i wyłącznie siebie. Teraz, gdyby tylko chciała, była w stanie zrobić wszystko. Niemal wszystko.
Gdyby tylko mogła, a nic jej nie powstrzymywało, podbiegłaby do Lśniącej Tęczy i napluła mu w pysk. Wyśmiała tak głośno, że ptaki z wrzaskiem odleciałyby z lasu. Powiedziała wszystko, co leżało jej na sercu od chwili, w której go poznała. Już widziała jego zawiedzone, zirytowane spojrzenie po głosowaniu, które było warte tysiąca gwiazd, ale to jej nie wystarczało. Pragnęła go jeszcze bardziej upodlić.
Jedyną przeszkodą, jaka stała jej na drodze była durna, stara zasada, według której nie mogła zdegradować poprzedniego zastępcy ze stanowiska. Teraz jednak przynajmniej miała Sadzawkę, która była jej prawą łapą i popierała ją w każdej kwestii. Wierzyła, że jeszcze znajdzie sposób na pozbycie się tego mysiego móżdżka z jej życia. Najchętniej na zawsze.

Agrest za to odnajdował się w nowym starym obozie, tym razem już nie jako lider, a zwykły starszy, co należało mu się po przebyciu tak długiej drogi i nabiciu tak wielu księżyców na własne konto. Nareszcie mógł odetchnąć z ulgą, wraz z resztą Owocowego Lasu. 
Daglezjowa Igła stała przy stercie ze zwierzyną, czując dziwny nadmiar czasu. Teraz nie potrzebowała chodzić na codzienne patrole ani na wymagane polowania – oczywiście, jakby tylko zachciała mogłaby to zrobić, ale teraz jej głównym zadaniem było sprawowanie nadzoru nad klanem. Nie narzekała na to, że Lśniąca Tęcza nie musiał jej dobudzać o świcie na sprawdzenie granic, choć było ciemno, deszczowo i mroźnie. Mimo wszystko jeszcze nie znalazła sposobu na dogodne zagospodarowanie czasu.
Jej wzrok przeniósł się na stos, na którym znajdowała się spora ilość jadła, szczególnie jak na panującą porę roku. Właściwie, mogłaby złożyć staruszkowi wizytę. Prawdopodobnie on również nie miał żadnego ciekawszego zajęcia. Z resztą, czy istnieje coś ciekawszego niż zaszczyt rozmowy z nią? Właśnie. Trącając nosem te chude, marne sztuki, wygrzebała jeszcze świeżą żołędnicę i poszła do legowiska starszyzny. 
— Cześć, Agreście — powitała wypoczywającego w przyjemnej ciszy kocura, zupełnie zapominając o obecności drugiej starszej. Kiedy tylko ją zobaczyła, dodała: — Och, przepraszam, Jarząb. Powinnam wziąć większą piszczkę. Z chęcią skoczę po kolejną, jeśli tylko życzysz.
— Nie, nie, dziękuję, już jadłam — odparła uprzejmie, poprawiając się na swoim legowisku. — Lecz z chęcią przyjęłabym pomoc w wymianie legowiska. Robi się już suche i wytarte.
— Oczywiście — skinęła jej głową Daglezja. — Zaraz znajdę dla ciebie jakiegoś niesfornego ucznia.
— Niesfornego może lepiej nie — zachichotała starsza. — Wolę spać na czymś wygodnym, nie ciernistym.
Ruda jeszcze raz uśmiechnęła się do kotki i odwróciła w stronę Agresta, który patrzył na nią z dołu, z leżącej pozycji.
— Witaj, Daglezjowa Igło — miauknął, patrząc, jak przywódczyni kładzie przy jego legowisku zdobycz. — Dziękuję, akurat zapomniałem o obiedzie... Przychodzisz z czymś ważnym?
— Skądże. — Rdzawa usiadła przy nim, owijając wokół łap smukły ogon. — Postanowiłam sprawdzić, jak się czujesz, jak tam zdrowie. Dziś mamy wyjątkowo dżdżysty dzień. Słyszałam, że w kiepską pogodę pobolewają stawy. Mam nadzieję, że ciebie to omija.

<Agrest?? porozmawiajmy o pogodzie>

08 czerwca 2024

Od Agresta cd. Daglezjowej Igły

Pożegnał się z Krogulcem i jego partnerami po jednym z najmniej spodziewanych spotkań w jego życiu. Ciężko było mu uwierzyć, że niebawem ich wędrówka miała dobiec końca. Agresta tak długo nie było w Owocowym Lesie, że mimo już niewielkiego dystansu do przejścia, prawdziwy powrót wydawał się jedynie odległym marzeniem. Mirabelka czuła się podobnie. A jednak zaszli już tak daleko i w dodatku wyszli z tego cało! Jak myślał o tym wszystkim, co się stało, to coraz bardziej dochodził do wniosku, że właściwie oboje byli wariatami. Opuścili klan pod wpływem emocji, nie mówiąc o tym nikomu. Obecnie jednak nie miało znaczenia za jak dziwnych, by nie uchodzili – liczyło się, że nareszcie byli w tym razem.

***

Zbliżał się do obozu, machając nerwowo ogonem. Mirabelka idąca obok niego miała wyraźnie bardziej podekscytowane nastawienie, chociaż po sposobie, w jaki drgały jej wibrysy, można było wywnioskować, iż także się denerwuje.
Otuchy dodawała im wyjątkowo przyjemna pogoda, za pomocą promieni słońca rozkosznie ogrzewając ich grzbiety. Jeden z cieplejszych dni pory opadających liści zdecydowanie był miłym zaskoczeniem. 
Mieli moment zawahania nim wreszcie wykonali ten decydujący krok i przekroczyli próg obozu. Agrest nabrał do płuc znajome powietrze, delektując się tym uczuciem. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że choć tęsknił głównie za bliskimi, to za tymi najzwyklejszymi charakterystykami Owocowego Lasu także. Za całym krajobrazem ich terenów, za umiejscowieniem obozu, za atmosferą tu panującą i słodką wonią owoców. Wszystko znajdujące się tutaj wyglądało tak samo, a nawet lepiej, niż podczas gdy opuszczał to miejsce. Najważniejsza była jednak emocja, jaka ogarnęła go na widok przepełnionego kotami centrum – nareszcie wrócił do domu. 
— Agrest…? — sapnęła Daglezjowa Igła, stwarzając wrażenie, jakby właśnie zobaczyła ducha. 
Oho. 
Należało przejść do tej mniej przyjemnej części. 
— I Mirabelka! — wrzasnął za nią Malinek, natychmiast przepychając się do przodu. 
Szylkret podleciał do nich jak błyskawica, chwytając oboje w objęcia. Niedługo potem dołączyła do nich Migotka razem z Kruchą, czyniąc z potrójnego przytulasa jeszcze ogromniejszy, liczący piątkę kotów uścisk. Pozostali w tej pozycji przez chwilę, zbierając wokół siebie resztę Owocniaków, z zaciekawieniem przyglądających się całej sytuacji. 
— Agreście, proszę wyjaśnij nam, co się stało — zwróciła się do niego Świergot, po tym jak w końcu wydostał się z ramion rodziny. Brzmiała na przejętą. 
— Oczywiście wszystko wytłumaczę, ale na teraz mam znacznie lepszy pomysł! — ogłosił radośnie, nie chcąc zabierać się za najtrudniejsze zadanie przed niespodzianką, jaką zaplanował dla córki. — Co powiecie na wspólny poczęstunek przy drzewach mirabelek? — Uniósł ogon, rozglądając się po zebranych. — Trzeba uczcić ten dzień! 
Malinka jako jedyny wydał z siebie entuzjastyczny odgłos, wyrażając tym swoje poparcie. Na pyskach reszty kotów malowało się głównie zmieszanie. 
— Zabierzemy ze sobą zwierzynę ze stosu, a każdy ochotnik będzie mógł także coś upolować, specjalnie na tę okazję. Po wysokim słońcu spotkamy się w wyznaczonym miejscu, żeby wspólnie spędzić czas na rozmowach z rodziną, czy znajomymi — wyjaśnił, mając nadzieję, że klanowicze w końcu dadzą się przekonać. — Ten, kto nie chce iść, nie musi. Zresztą to i tak nie będzie trwało jakoś długo. 
Brzoskwinia, Traszka, Ślimak i Bławatek wydali z siebie pomruki aprobaty. Reszta obecnych wydawała wciąż się wahać. 
— Myślę, że możemy sobie pozwolić na jeden, bardziej wesoły dzień — szamanka zabrała głos — wszystkim nam należy się chwila odpoczynku. 
Lider uśmiechnął się do niej, wdzięczny za poparcie jego pomysłu. 
Po słowach Świergot szala przechyliła się na stronę czekoladowego. 

***

W mniejszych grupkach wszyscy chętni ułożyli się pośród mirabelek, korzystając z pięknej pogody i swobodnie gawędząc na różnorodne tematy. Agrest siedział obok trójki swoich dzieci i Kruchej, na zmianę z Mirabelką dzieląc się opowieściami ze swoich, można to nazwać, podróży. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuł się niemalże beztrosko, pozwalając sobie cieszyć się towarzystwem rodziny i nie zawracając sobie głowy „śmiertelnie poważnymi dylematami przywódcy”. 
Był szczęśliwy. 

***

Po powrocie z pierwszej w historii Owocowego Lasu uroczystości, można było usłyszeć przybierające na sile szepty. 
Lider doskonale zdawał sobie sprawę, z czego to wynikało i nie zamierzał już dłużej czekać. Przyszedł czas, żeby wreszcie wziąć za siebie odpowiedzialność i ponieść konsekwencje swoich czynów. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby na pewno podać faktyczny powód swojej nieobecności, czy może zmyślić coś wygodniejszego. Ostatecznie stwierdził jednak, że nie chce już dłużej ukrywać prawdy. Za dużo już miał takich sytuacji w życiu. Pragnął nareszcie być z nimi szczery. 
Zamiast wskoczyć na topolę, pozostał na ziemi, posiadając jeszcze resztki szacunku dla swoich stawów. Przywołał członków społeczności ruchem ogona. 
— Więc… — wziął głęboki wdech — powodem mojego odejścia była chęć odnalezienia Mirabelki. Nie miałem innych motywów. 
Na polanie rozległy się odgłosy oburzenia. 
— To dlaczego nic nie powiedziałeś! — krzyknął ktoś z tłumu, nie ukrywając żywionych pretensji. 
— To była spontaniczna decyzja i za to przepraszam. Również jest mi głupio, przypominając sobie, jak was traktowałem w końcowych dniach mojego panowania — przyznał z żalem, niedyskretnie spoglądając w stronę zwiadowców. — Rezygnuję ze stanowiska lidera. 
W obozie aż zawrzało od spekulacji na temat dalszego rozwoju sytuacji. 
— Chciałbym dołączyć do starszyzny, jeśli mi na to zezwolicie. Nie musicie dłużej słuchać tego, co mam do powiedzenia. 
Świergot wystąpiła naprzód, kładąc łapę na jego barku. 
— Jak najbardziej pozwolimy — zapewniła, zaraz zwracając się do zgromadzonych. — Jutro o wysokim słońcu odbędzie się głosowanie na nowego przywódcę Owocowego Lasu. Każdy mianowany członek naszej społeczności ma prawo wziąć w nim udział. Należy dokonać wyboru pomiędzy Daglezjową Igłą a Lśniącą Tęczą. — Zerknęła na wspomnianych kandydatów. — Zgadza się? 
Obaj zastępcy pokiwali głowami. 
— A zatem postanowione. 
Agrest uśmiechnął się słabo, znikając z centrum uwagi. 
Był wolny. 

*Wieczór tego samego dnia*

Nieśmiało przysiadł się do Daglezjowej Igły, aktualnie gotowej, by zatopić kły w świeżo upolowanym wróblu. 
— No i jak tam się miały sprawy, kiedy mnie nie było? — zapytał, chwilę śmiejąc się niezręcznie, nadal zażenowany, iż nie powiedział nikomu o odejściu. — Wiesz, przepraszam, że tak wyszło. Ale chyba dobrze sobie poradziliście z Tęczą, nie? 
Kotka spojrzała na niego zagadkowo. Czekoladowy nie był w stanie odczytać czegokolwiek z wyrazu jej pyska, przez co zrobił się jeszcze bardziej nerwowy. 
— Może już obstawiasz, kto wygra jutrzejsze głosowanie? — dodał pośpiesznie, chcąc się zapaść pod ziemię. 

<Królowo, przebaczysz mi?>

29 kwietnia 2024

Od Daglezjowej Igły CD. Agresta

— Czy jesteś gotowa na wszystko, co się w najbliższym czasie wydarzy? Czy potrzebujesz jeszcze coś ode mnie wiedzieć? Czy masz do mnie jakieś pytania? Przemyśl to proszę, bo niedługo… możesz już nie mieć okazji. 
Nie bredził. Ruda opuściła ogon, dostosowując się do powagi kocura. Agrest nerwowo oblizał pysk, drżał mu krok, w jego oczach tlił się lęk. Oboje dobrze wiedzieli, co musiało niedługo nadejść i wisiało nad podstarzałym liderem jak klątwa. Śmierć.
Nie wyznałaby tego nikomu, lecz w ukryciu tylko czekała na ten moment. Powoli wyznaczanie patroli zaczęło ją nudzić, składanie raportów brzydnąć, a doradzanie swojemu przywódcy irytować. Chciała, by kocur nareszcie odstąpił jej zasłużonego miejsca. Była zwykłym, mało znaczącym zastępcą za długo. Niecierpliwiła się. 
— Kiedy to się stanie, będę na to przygotowana — zapewniła go. — Oddasz Owocowy Las w dobre łapy.
Agrest uśmiechnął się słabo.
— Wierzę w to.
— Możesz być o to pewny — Daglezja odwzajemniła grzeczny uśmiech, myśląc, o co powinna go teraz zapytać. Ceniła sobie jego opinię, jako jednego z nielicznych. W końcu był przywódcą. Wiedział w pewnych sprawach o wiele więcej, niż ona sama. — Myślisz, że coś nam grozi? Czy na coś (lub kogoś) musimy uważać?
— Klan Wilka — odpowiedział natychmiast, bez dłuższego namysłu. — Mają nowego przywódcę, mogą próbować mówić, że są inni. Ale to nadal te same koty, którym nie można ufać. Były, są i będą niebezpieczeństwem — kontynuował, wpatrując się tępo w ziemię, jak gdyby przypominał sobie o wszystkich ich wybrykach z przeszłości. — Napadali. Mordowali. Zagrabiali. Nie pozwól sobie o tym zapomnieć.
— Zdecydowanie nie zapomnę — zagwarantowała.
— Nocniaki też nigdy nie były naszymi dobrymi przyjaciółmi. Próbowałem rozmawiać ze Sroczą Gwiazdą, lecz była zimna jak lodowy sopel. Nawet wroga. Uważałbym na nią i jej klan.— jego głos przybrał warkotliwy ton. 
— Od klifiaków również należałoby trzymać się z daleka — mruknęła cicho Daglezjowa Igła.
— Racja. Tylko Klan Burzy zasługuje na zaufanie. Choć zmienił się, odkąd zmarła Kamienna Gwiazda — posępny wzrok kocura na myśl o byłej, bliskiej mu liderce wbił się w oddal. — Teraz są o wiele bardziej interesowni niż wcześniej. Jednak nadal, to nasi sojusznicy. Na nich możemy polegać, ale lepiej tego nie nadużywać — ostrzegł ją jeszcze Agrest. — Teraz musimy się wystrzegać wszystkiego. 
— Owocowy Las jest silny. Wiele przeszedł. Wiele przejdzie — mruknęła.
— To prawda. Ale jeśli chcemy spokoju, musimy o niego zadbać.
— Rozumiem — miauknęła, owijając ogon wokół swoich łap. Zastanawiała się, o co jeszcze mogłaby zapytać. Ten jednak nie skończył mówić, tak jak jej się zdawało.
— Współpracuj z innymi, proszę. Bierz pod uwagę słowo wszystkich, swoich przyszłych zastępców, Świergotu, Witki. Również zwiadowców, wojowników i stróży. Nie pozwólcie się podzielić — przestrzegał Daglezję. Widocznie intensywnie myślał, wspominając, co było kiedyś. — Pamiętasz przecież, co było kiedyś. Siła naszej społeczności leży we współpracy. 
— Hm. Dziękuję, Agreście — odpowiedziała po dłuższej chwili ciszy. — Naprawdę, dziękuję. Owocowy Las będzie jeszcze wielki.
Agrest skinął głową z uśmiechem.
— Nie wątpię.

***

— Czyli Gracja poszła swoją własną ścieżką — Sadzawka miauknęła, łuskając spomiędzy palców brud zębami. Stojąca dwie lisie odległości od niej zastępczyni gwałtownie machnęła ogonem, wysuwając pazury. Rzuciła, siedząc nadal tyłem:
— Niewdzięczny bachor.
— Myślałam, że ze wszystkich kotów Owocowego Lasu, ty najszybciej ją zrozumiesz — zachichotała ze złośliwym błyskiem w oku, którego Daglezja nie musiała widzieć, aby doprowadził ją do szału. Rdzawa już prawie zapomniała, że była przybłędą; wprawdzie przebywającą długie lata w klanie, z mianem zastępcy lidera, lecz nadal przybłędą. Owocowy Las miał dobrą pamięć. Aż za dobrą, na jej oko.
— Miała wszystko, czego dusza zapragnie. Tatę-przywódcę, przyjaciół, rodzinę — wymieniała, podchodząc do leżącej na ośnieżonej ziemi wojowniczki. — Dach nad głową, święty spokój, wolność.
—Przypadkiem nie dokładnie to, co ty? — spytała, patrząc kotce prosto w oczy. Źrenice rudej rozszerzyły się momentalnie, przypominając o prawdziwych powodach jej ucieczki. Nie przyznawała nikomu, że Klan Klifu ją zwyczajnie irytował. Była młoda i znudzona miejscem, jakie znała na wyrywki. Lukrecja tylko oferował coś nowego, jej nieznanego, co ekscytowało świeżo-upieczoną wojowniczkę. Nie obejrzała się dwa razy i już tu była. Być może nie różniła się tak wiele od Gracji?
— Nie. I ujmujesz mi, jeśli myślisz, że jesteśmy do siebie jakkolwiek podobne — Daglezjowa Igła chciała się bronić, prychać i syczeć, ale wiedziała, że to bezsensowne. Na tyle, na ile jej przeszłość nie była tajemnicą, nie przypominała o niej innym w nadziei, że odejdzie w zapomnienie. Wystarczająco dużo kotów mimo księżyców nie przestawało szeptać. Kochała (zwykle) towarzystwo Sadzawki, ale nie była godna jej zaufania. Podejrzewała, że parę kłótni i czarna wymieniłaby ją na satysfakcję z opowiadania nowych plotek. — Była stróżką, choć mogła być każdym, gdyby tylko miała takie życzenie. Nie musiała się martwić o własne bezpieczeństwo. Owocowy Las nie ma żadnych problemów, oprócz tych, które ona wywołała.
— I zrzędliwej zastępczyni z jedną łapą w grobie. — Sadzawka uśmiechnęła się, przechylając łeb. Daglezjowa Igła parsknęła śmiechem na myśl o kocicy, ze złością znikającą momentalnie z pyska.
— Nic mi nawet nie mów.

***

Fretka odeszła i nie było to zaskoczeniem dla nikogo. Cały Owocowy Las od pewnego czasu miał po dziurki w nosie niespokojnej zastępczyni, którą przy życiu utrzymywały tylko zioła, powodujące jej odejście od zmysłów. Większe niż zwykle, przynajmniej.
Daglezja wiedziała, że nie będzie tęsknić za Fretką. Starsza była dobrą zwiadowczynią, ale ostrą i zimną. Nieraz trudno było się z nią dogadać, ponieważ twardo stała przy swoim i wyjątkowo uparcie broniła swoich racji. Zwyczajnie działała jej na nerwy. 
Wiedziała także, kto będzie następnym zastępcą. Miała wraz z Agrestem na oku Gęgawę, który zdawał się być perfekcyjnym wyborem. Był odpowiedzialny, pracowity, doświadczony. Miał dobrą reputację oraz paru wytrenowanych dobrze uczniów; przy okazji rolę zwiadowcy, więc mógł dobrze zastąpić liliową. Daglezji podobał się szczególnie z powodu swojej cichości i neutralności, czym jednak nie dzieliła się z liderem przy omawianiu decyzji. Gęgawa nie buntowałby się, gdyby to ona przejęła władzę po Agreście. Wystarczyło pokierować, przekonać, a spełniałby bez oporu jej rozkazy. Uśmiechnęła się na samą myśl. Już nie mogła się doczekać.

***

Jak on śmiał się nie zgodzić.
Daglezjowa Igła chodziła w kółko, nie mogąc nadal pojąć, jak jej perfekcyjny plan poszedł nie tak. Gęgawa nie zgodził się na zostanie zastępcą. Na litość, nie zgodził się! Jak ktokolwiek mógł nie zgodzić się na podstawioną mu pod sam nos ofertę zyskania władzy? 
— Niezłego dobrali ci kompana — zaśmiała się pod nosem Sadzawka, obserwując z rozbawieniem krążącą bez celu przyjaciółkę.
— Zamilcz — rzuciła przez zęby, w końcu siadając na zziębniętej trawie. Nawet nie byłaby tak rozgniewana, gdyby nie wybór Agresta. W końcu musiał podjąć tą decyzję. Owocowy Las nie mógł długo czekać na kolejnego zastępcę. Ale czy ze wszystkich, wszyściutkich kotów, musiał być to Lśniąca Tęcza? 
— Dziwię się, że go wybrał. Agrest nie wyglądał mi na takiego gościa — mruknęła Sadzawka, nie podzielając jej zdenerwowania. — Zawsze się kręcił zbyt blisko Komara. To znaczy, Agrest również, to oczywiste, ale Tęcza był inny. Był podejrzany. Nadal jest. Właściwie, idealny następca Fretki. Tak jakby na owocniaków rzucona została klątwa zastępców-gburów...
— Nie tego się spodziewałam — przyznała szczerze Daglezja, kierując wzrok ku oddali. Nietrudno było zauważyć między tą dwójką zgrzyty, od chwili kiedy została uczniem wojownika. Każdy mógł zobaczyć, co wbił do łba Leszczyny, przez co ta zaczęła robić sceny na sam widok rudej. Daglezja i Tęcza nienawidzili się od samego początku, Agrest musiał dobrze o tym wiedzieć, o ile nie był głuchy i ślepy. Dlaczego zdecydował się na taki ruch? Czyżby nie przewidział, że będzie to zła decyzja?
Głęboko westchnęła.
— Zawsze można mu dopiec. Poczułaś, jak dziś cuchnęło mu z pyska rybą? Och, jeszcze pożałuje, że w ogóle został zastępcą...
— Nie — zaprotestowała Daglezjowa Igła, ściągając burej z pyska uśmiech. Zastąpiło go zaskoczenie. — Sadzawko, to nie ta droga. Nie mogę zachowywać się jak uczeń, który dostał zrzędliwego mentora. Nawet, jeśli to kuszące — prychnęła śmiechem, choć wcale jej do niego nie było. Zaraz powróciła jej poważna twarz. — Jeśli chcesz mi w jakikolwiek sposób pomóc, nic o nim nie rozpowiadaj. Nic to nie da. Pomyśli tylko, że jestem wyrośniętym kociakiem. 
— Jak ma się dowiedzieć, że to twoja plotka?
— Choć przyznaję to z trudem, nie jest skończonym mysim móżdżkiem — przewróciła oczami. — Będzie jeszcze wiele okazji.
— Och, będzie, będzie — Sadzawka wygięła pysk w swoim charakterystycznym, złośliwym uśmieszku. — Słyszałam ostatnio takie rzeczy o tej nowej, że grzech się nie podzielić. Wiedziałaś, że...

***

Najpierw zniknął kolejny smarkacz. Nie przeszkadzało jej, mogły sobie uciekać w nieskończoność, jeżeli tak wyjątkowo nienawidziły swojego klanu. Proszę, droga wolna. Kiedy jednak wszyscy sobie zdali sprawę, że tym razem w legowisku nie było i ich przywódcy, Daglezja miała ochotę wejść na klif i zacząć wrzeszczeć w nicość.
Tak jakby nie miała na głowie wystarczająco wielu zmartwień.
— Okrzyczał nas. Był wściekły. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek widziałam go w takich emocjach — mruczała niepewnie Traszka, opowiadając jej całą historię. Agrest miał zupełnie wybuchnąć gniewem, kiedy zwiadowcy nie chcieli spełniać jego rozkazów. Po tym po prostu odejść. Zniknąć. Rozpłynąć się w powietrzu.
— Znaleźliśmy w okolicy kałużę... wymiocin — dodał Gęgawa, przekierowując zainteresowanie Daglezjowej Igły na niego. Wymiocin? — Znajdowały się dokładnie przy miejscu, w którym urwał się zapach Agresta. Jesteśmy niemalże pewni, że należą do niego.
Z jednej strony, obrzydlistwo. Nie była w humorze na słuchanie o odnalezionej cudzej treści żołądkowej. Z drugiej... Dlaczego miałby zwymiotować? Czy to w ogóle było w jakiś sposób ze sobą związane? 
Co się z nim stało?
— Uważacie, że sam odszedł, podobnie jak jego córki? — zapytał siedzący tuż przy niej Lśniąca Tęcza, przypominając rudej przy tym o swoim istnieniu. Zdarzało jej się czasami zapominać, że faktycznie tu był, i dobrze. Najchętniej wymazałaby pamięć o jego istnieniu ze swojej pamięci.
— Bardzo możliwe — odparł Gęgawa. — Podejrzewam...
— Niewątpliwe — przerwała mu szylkretowa zwiadowczyni, wpychając się przed szereg. — Już nie interesował go Owocowy Las. Tylko ta przeklęta Mirabelka — splunęła słowami, widocznie nadal rozdrażniona po kłótni z liderem.
— Naprawdę myślisz, że by nas zostawił przez jedną sprzeczkę? — zapytała niepewnie Śliwka siostrę, która posłała jej zirytowane spojrzenie.
— Ślepa byłaś? Nie zauważyłaś, że już tracił zmysły?
— Dobrze, dobrze, spokojnie, moje drogie — uspokoiła ich Daglezja, intensywnie myśląc. Czy naprawdę kocur był w stanie po prostu opuścić swój klan? To prawda, ostatnimi czasy utrata córek zmieniła go diametralnie, lecz zastępczyni zdawało się, że pozostała w nim choćby krzta rozsądku i lojalności.
— Mógł za tym ktoś stać. Być może mu pomóc w odejściu...
Lśniąca Tęcza wstał, bijąc ogonem.
— To nie czas na robienie domysłów. Potrzebujemy twardych, niezbitych faktów. Ile zwiadowców jest do dyspozycji?
— Obawiam się, iż niewiele — odpowiedział Gęgawa. — Patrole poszukiwawcze za Mirabelką skutecznie wyczerpały większość z nas. 
Zielonooki wypuścił nosem powietrze, widocznie niezadowolony. Daglezjowa Igła uważała, że już wystarczająco sobie porozmawiał i wykorzystała tą chwilę ciszy.
— Nie będziemy was bardziej przemęczać, to pewne — miauknęła, wstając, aby być znowu przed Tęczą. Przecież nie będzie za nim siedzieć, jak jakiś plebs. — Potrzebujemy chwili czasu, by nad tym pomyśleć. Zrobiliście już dziś wystarczająco. Dla nas wszystkich to musi być trudny dzień — Daglezjowa Igła uśmiechnęła się do zwiadowców, którzy z wytchnieniem rozeszli się z zapewnieniem, że mogą ich szukać, jeśli tylko będą jeszcze czegoś potrzebować. Usiadła na ziemi, głęboko wzdychając i zamykając na moment oczy.
— Musimy wysłać jak najszybciej patrol — mruknął czarny do Daglezji, przerywając jej krótką chwilę spokoju. — Nie minęło wiele czasu. Jeśli ktoś ma go odnaleźć, musi zrobić to teraz.
— Zbiera się na śnieżycę — odparła krótko, nie odwracając się, by choćby spojrzeć w jego stronę.
— W takim razie musimy być od niej szybsi.
— Nie — odparła Daglezjowa Igła, kiedy wstała i obróciła się, aby usiąść tuż na przeciw Lśniącej Tęczy. — Jeśli teraz ktoś wyruszy na poszukiwania, wróci z niczym, o ile w ogóle wróci. Dobro naszych wojowników jest ważniejsze niż odnalezienie zagubionej jednostki.
Pysk drugiego zastępcy wykrzywił się w grymasie.
— Zdaje mi się, że zapominasz, że tą jednostką jest nikt inny niż twój własny przywódca — wytknął jej, uderzając ogonem o ziemię, zagarniając nim śnieg i piasek. 
— Mirabelki również nie znaleźli.
— To inny temat.
— Również zniknęła, również nie zostawiając po sobie nic. Nie wydaje ci się to znajome?
— Być może. Lecz czy tobie nie wydaje się, że marnowanie szansy na odszukanie Agresta jest mysiomózgim zagraniem?
— Nawet gdyby, kogo weźmiesz na to poszukiwanie? — fuknęła. — Zwiadowcy nie mają sił.
— Wojowników. Mają potrzebne umiejętności, nawet jeśli nie tak wyszlifowane. Nie róbmy z nich tłumoków. Powinnaś o tym wiedzieć, skoro byłaś jednym z nich.
— Nie ma opcji — nie potrafiła już wymyślić dobrego kontrargumentu. — Nie będę wysyłać swoich wojowników po to, aby i tak ich próby spełzły na niczym.
— Daglezjowa Igła ma rację. — Oboje odwrócili gwałtownie głowy zaskoczeni, że ich rozmowa była podsłuchiwana. Zajęczy skok od nich stanęła Świergot ze zmartwionym wyrazem pyska. — O ile zniknięcie Agresta nie jest dobrym znakiem, czuję, że nawet jeśli kogoś za nim wyślemy, wróci z pustymi łapami.
Ruda delikatnie uśmiechnęła się. Choć jeden raz te (jej zdaniem) durnowate przeczucia i wróżby Świergotu były po jej stronie. Zwykle uważała kotkę i jej wysoką posadę za zbędną, w wielu przypadkach przeszkadzającą. Nie rozumiała nigdy, dlaczego kot, którego jedyną rolą jest zajmowanie się religią, miał ingerować w klanowe sprawy. Jak gdyby ta Wszechmatka, nawet przyjmując jej istnienie, miała jakikolwiek wpływ na ich świat.
— Dziękuję — wymruczała w stronę liliowej i ponownie zwróciła oczy ku Lśniącej Tęczy, którego pysk już stał się zupełnie obojętny.
— Najwyraźniej zostałem przegłosowany. — Wzruszył ramionami. — Życzę tylko, żebyście nie pożałowały swojego wyboru — wymamrotał i odszedł, przeciskając się przez przestrzeń pomiędzy zastępczynią i szamanką.
Daglezja i Świergot spojrzały jedynie po sobie znacząco. 

***

Oczywiście, nie zostawili tak sobie sprawy. Zwiadowcy już od następnego dnia robili wszystko co w ich mocy, aby naciąć się na trop ich przywódcy, który mógłby zaprowadzić ich w jego stronę. Jedynym na co natrafili były jednak tylko pojedyncze, odszarpane kępki futra na gałęziach lasu. Cisza. Pustka. Brak.
Agresta zwyczajnie tu nie było.
Pointka zastanawiała się, co się naprawdę wydarzyło. Już niejeden kot twierdził, że został on porwany. Nawet Sadzawka po raz enty powtarzała jej, że ten cały harmider był sprawką Larwy i jego popleczników, którzy księżyce temu zostali wygnani z Owocowego Lasu. Podchodziła do tego z dystansu, ale chcąc nie chcąc, powoli Daglezjowej Igle przestało się wydawać to tak nieprawdopodobne. Musiała pozostać w nich niespełniona chęć zemsty, a rozemocjonowany przywódca owocniaków był dziecinnie prostym do schwytania kąskiem.
Rozmasowała obolałe skronie. Ostatnie parę księżyców było dla niej wyczerpujące, szczególnie z uwagi na swojego "współpracownika", jeśli w ogóle mogła go w ten sposób nazwać. Daglezja wiedziała doskonale, że zasługuje na władzę. Nie po to trudziła się księżycami, by zdobyć odpowiednią reputację, uznanie klanu i Agresta, podołać jako dobry i odpowiedzialny zastępca. Nienawidziła Lśniącej Tęczy z każdym dniem coraz bardziej. Go i tego idiotycznego pyska, jego apatycznego wyrazu, obarczających wiecznie wilczym wzrokiem oczu i potoku słów, który wylewał się mu spomiędzy zębów za każdym razem, kiedy próbowała coś zaproponować. Nie potrafił się z nią zgodzić nawet wtedy, kiedy miała niepodważalną rację (a miała ją, oczywiście, zawsze). 
Nie mogła pozwolić na to, by jakiś mysi móżdżek, będący zastępcą zaledwie księżyc, zajął jej miejsce, lecz nie wszyscy podzielali jej zdanie. Miała w końcu przeciwników, którzy zupełnie ignorowali jej masę doświadczenia, umiejętności i niepodważalny urok osobisty i woleli, by przywódcą został Tęcza. Stanowili jednak mniejszość. Dużo więcej kotów sądziło, że należy poczekać na niezbity dowód na to, że Agrest już nie wróci przed podjęciem tak ważnej decyzji. Daglezjowej Igły przez to wszystko już nie obchodziło, czy ich lider był żywy czy martwy, wolny czy uwięziony. Minęło tak wiele czasu, że już sama nie wiedziała w którą teorię powinna wierzyć. Zupełnie nie chciała jednak, by wracał. Blokował jej drogę na szczyt. A dodatkowo, od długich księżyców jedynie sprawiał im problemy. 
Mogło to brzmieć dla innych makabrycznie, dlatego się z tym nikim nie podzieliła – za to szczerze w duszy miała nadzieję, że za parę wschodów słońca zwiadowcy odnajdą ciało ich przywódcy. Zdawało się kotce, że było ono jedynym potwierdzeniem dla Owocowego Lasu, że to jej kolej na władzę.
— Jarzębinka plecie co jej ślina na język przyniesie — mruknął pogardliwie Lśniąca Tęcza, wprawiając Daglezjową Igłę w krótkie osłupienie. Prawie zapomniała, że przez ten cały czas był tuż przy niej. Wpatrywał się przed siebie, nie poruszając nawet wąsem.
— Hm? Ach, Jarzębinka. I nie tylko ona — zwróciła wzrok ku grupce kotów, z której wybijała się na pierwszy plan szczególnie uczennica prawiąca im swoje morały. Większość słuchała z zainteresowaniem i szeptała między sobą. Klan teraz żywił się plotkami, które wyniknęły z tego całego zamieszania. Sprzeczał się ze sobą, nie potrafił dojść do porozumienia. — Muszą wydawać nowe osądy, prowadzić spekulacje. To naturalne. Ale powoli puszczają wodze fantazji — parsknęła.
— A ty, Daglezjowa Igło? — Kocur przechylił łeb, świdrując ją spojrzeniem. — Jak sądzisz, co się tego dnia wydarzyło?
Spojrzała na niego z nieco zmarszczonymi brwiami. Na co mu była ta informacja? I od kiedy miał taką ochotę na pokojowe pogadanki?
— Kto wie — odparła krótko, poprawiając się na miejscu. — Prawdopodobnie w każdej z tych plotek jest ziarnko prawdy.
— Cóż, mogliśmy się dowiedzieć — burknął Lśniąca Tęcza, cofając łeb i siadając w normalnej pozycji. To znaczy, zgarbionej, jak na niego przystało. — Mieliśmy do tego okazję. Lecz zamiast z niej skorzystać wolałyście pozostać do tej pory w niewiedzy.
Zgromiła go wzrokiem.
— Nie zgrzytaj już tak zębami — warknęła. — Dobrze wiesz, że nikt by go wtedy nie znalazł. Rozdrapujesz to.
— Być może rozdrapuję, lecz to dlatego, że sama nie chcesz przyznać, że to trzyma cię w niepewności — zauważył, powodując u Daglezji speszenie, którego ta jednak po sobie nie okazała. Mówił ściszonym głosem. — Nie wiesz, czy byśmy się czegoś nie dowiedzieli. Nie jesteś wszechwiedząca, Daglezjowa Igło.
Kocica położyła po sobie uszy. Powoli ich rozmowa zaczęła przykuwać uwagę innych kotów w obozie, a nie widziało jej się wybuchać przy publiczności, a do tego potrafił ją doprowadzać Tęcza. Miał nieszczęsną umiejętność uderzania w jej słabe punkty. 
— Ty również, a ta rozmowa nie prowadzi do niczego. Zajmij się być może bardziej pożytecznym zadaniem, niż kłapanie naokoło jęzorem. Dobrze ci radzę — mruknęła zastępczyni, obracając się na pięcie i zaraz odchodząc. Usłyszała zza grzbietu tylko zirytowane sapnięcie. Chciała pójść spać na wygodnej gałęzi, a obudzić się nazajutrz w miejscu, w którym już każda sprawa była załatwiona. W której już nikt nie doprowadzał jej do białej gorączki.
— Daglezjowa Igło, Daglezjowa Igło! — usłyszała zza pleców wołanie. Z ciężką głową odwróciła się, by zobaczyć za sobą nieco zdyszaną mordkę. — Świergot cię wzywa. Chce z wami wszystkimi porozmawiać.
— Dziękuję za informację, Kamyczku — odpowiedziała tylko z udawanym uśmiechem, a kiedy kocur zszedł jej z drogi cicho prychnęła, kręcąc łbem. 
Ile, na osty i ciernie, można.

<Agrest?>

24 marca 2024

Od Agresta cd. Daglezjowej Igły

A więc Srokosz wywiązał się ze swojej obietnicy i Owocowy Las już nie będzie musiał mieć z nim cokolwiek wspólnego, zarówno jak z całym Klanem Klifu. Ulga, którą poczuł, była niewyobrażalna. Oby tylko niebieski trzymał tą piszczącą wariatkę z dala od ich społeczności i wtedy wszystko będzie w porządku. 
Pochylił się w stronę zastępczyń, chcąc sarkastycznie skomentować całą sytuację, kiedy wojowniczka uprzedziła go w zabraniu głosu. 
— Chciałabym jeszcze poprosić o jedną rzecz, zanim pójdę — zwróciła się do trójki, na co każdy się wyprostował. 
Lider nawiązał z nią kontakt wzrokowy. 
— Zamieniam się w słuch.
— Chciałabym przyjąć oznaczenia na uchu. Chcę podkreślić przed wszystkimi moją przynależność do Owocowego Lasu.
Och. Tego akurat się nie spodziewał. Rytuał, podczas którego wykonywało się nacięcia, był ściśle związany z wiarą we Wszechmatkę, dlatego nie podejrzewał Daglezji o chęć uczestniczenia w nim. Z drugiej strony, Jaskółka zachęcała każdego do przyjęcia oznaczeń w imię pielęgnowania poczucia wspólnoty, nawet bez odbywania obrzędu, więc pewnie taką formę tego zwyczaju ruda miała na myśli. 
— Jesteś pewna? — zapytał, drgając ogonem.
Zawsze trochę dziwnie czuł się z faktem, że to u nich zaistniało. Wydawało mu się to trochę niepokojącym sposobem na zaznaczenie swojej przynależności, zbyt… niedelikatnym sposobem. Szamanka jednak widziała w tym wiele sensu, więc chyba zwyczajnie musiało minąć jeszcze troszkę czasu, zanim i on się do tego przekona. Sam zresztą przeszedł ten obrządek i wówczas każdy jego element wydawał mu się celowy oraz przepełniony mądrą energią Wszechmatki. Lidera kuła jedynie myśl, że inni również mogą mieć ten zwyczaj wykonany na sobie. 
— Po prostu nie chcę, żebyś myślała, iż tego od ciebie wymagamy — zaraz sprostował. — Jesteś jedną z nas i każdy, kto jest spełna rozumu, dobrze o tym wie. 
Daglezjowa Igła uśmiechnęła się zagadkowo. 
— Zdaję sobie z tego sprawę. — Poprawiła swoje futro na piersi. — Jestem jednak pewna tego, o co proszę. Nie śmiałabym się do was zwracać w przeciwnym razie. Pragnę jedynie, aby od teraz każdy wyraźnie widział, gdzie należy moje serce. 
Ważka na te słowa wydała z siebie nagły dźwięk wzruszenia, przez co Fretka prawie podskoczyła w miejscu. Spojrzała na szylkretkę nieprzychylnie, podczas gdy wzrok Agresta złagodniał. 
— Dobrze, w takim razie znajdź Jaskółkę i ona wraz ze Świergot chętnie się tym zajmą — powiedział z nutą zadowolenia w głosie. Mimo że sam miał mieszane uczucia co do oznaczeń uszu, usłyszenie wytłumaczenia pointki napawało go dumą. Cieszył się, że kotka zdołała tak docenić ich społeczność. — Twoja lojalność zasługuje na uznanie. 
Pysk Daglezjowej Igły przybrał podniosły, usatysfakcjonowany wyraz. 
— Dziękuję. — Schyliła głowę, po czym zeskoczyła z gałęzi, na której się znajdowali. 

***

Leżał skulony w swoim legowisku, przykrywając głowę łapami. Przez niemal dwa księżyce nieustannie szukali Gracji. I nadal bezskutecznie, bez choćby ani jednej poszlaki. Przepadła jak kamień w wodę. 
Tata wiedział, że jego córka nie zniknęłaby bez powodu. Na pewno musiało się coś stać. Coś… coś bardzo złego. Ta świadomość codziennie spędzała mu sen z powiek, to ona chyba była najgorsza z tego wszystkiego. Im dłużej o tym myślał, tym tylko bardziej miał ochotę powyrywać z siebie każdą kępę futra. 
— Agreście? 
Wzdrygnął się, słysząc znajomy głos. Fizycznie jednak nie był w stanie udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi. Nie teraz, kiedy wreszcie doszło do niego, że jego córka musiała już dawno nie żyć. Najzwyczajniej w świecie umrzeć. Samotnie, z dala od swojej rodziny. Tak po prostu. Bez żadnego wsparcia, bez żadnej nadziei. Zmarła, bo nie udało mu się jej wystarczająco dopilnować. Zmarła, bo mimo tylu otrzymanych rad był okropnym ojcem i nie zdołał jej ochronić. 
I nigdy sobie tego nie zapomni. 

*Przed zgromadzeniem*

Miał wrażenie, jakby przez ostatnie wschody słońca przenosił dosłowne głazy na swoich barkach. Już od dawna nie miał przy sobie Kuklika, aby otrzymywać od niego wsparcie – dokładnie tak samo wyglądała sytuacja z Krecik i Jaskółką. Pozbawiony swoich mam i partnera, nie posiadał nikogo więcej, komu mógłby się ot tak wyżalić. Dzieciom z kolei nie zamierzał zrzucać takiego ciężaru na plecy – chciał, żeby jak najdłużej było im dane cieszyć się beztroskim etapem życia. Na spotkania wyznawców Wszechmatki, jakie niegdyś bardzo mu pomagały, już prawie nie przychodził. Nieobecność Jaskółki była zbyt wyraźna. Zresztą, ostatnimi czasy pozostawał na tyle zajęty, iż nawet kiedy w końcu złapał wolną chwilę, by tam się udać – zupełnie o tym zapominał. 
Oprócz całej sprawy z Gracją, na dobitkę z Fretką działo się coraz gorzej. Bezradna Witka jedyne co mogła robić, to codziennie podawać jej zioła przeciwbólowe. Jednak nawet i wtedy musiała zachowywać umiar, gdyż w przeciwnym razie liliowa albo spałaby przez całe dnie wbrew swojej woli, albo dostawałaby ostrych halucynacji. Próbowali namówić zastępczynię do rezygnacji, lecz ta obecnie była bardziej uparta niż kiedykolwiek. Każdy z nich czuł, że kotka długo tak nie pociągnie. Z tej racji ostatecznie wspólnie przystali na to, by końcówkę życia Fretki pozwolić jej przeżywać według własnego uznania. 
To wszystko jednak sprowadzało przywódcę do jednej konkluzji – musiał porozmawiać z Daglezjową Igłą. Musiał się upewnić, że choćby nie wiadomo co, Owocowy Las stał na solidnym gruncie. 
— Fretka choruje, ja się starzeję… — wzdychając zaczął temat, po poprzedzającej rozmowie o niczym. — I w związku z tym, chciałbym od ciebie wiedzieć jedną rzecz, Daglezjo. Czy jesteś gotowa na wszystko, co się w najbliższym czasie wydarzy? — Spojrzał w jej oczy ze śmiertelnie poważnym wyrazem pyska. — Czy potrzebujesz jeszcze coś ode mnie wiedzieć? Czy masz do mnie jakieś pytania? Przemyśl to proszę, bo niedługo… — przełknął ślinę — możesz już nie mieć okazji. 

<Królowo daj mi znak>

11 września 2023

Od Daglezjowej Igły CD. Agresta

— Twoja siostra Aksamitka ciebie szukała — zaczął kocur, gdy wyłapał ją z tłumu. — Twierdzi, że cię głodzę. Mało tego, uważa, iż w ogóle jesteśmy odpowiedzialni za brutalne porwanie ciebie w pierwszej kolejności. Co ty jej takiego powiedziałaś, gdy odchodziłaś, że wyciągnęła takie wnioski? — zaśmiał się nerwowo. Daglezjowa Igła była nieco zaskoczona tym, co wyszło z jego ust. Nie jednak tym, że jej siostra jej poszukiwała, a bardziej tym, że nic z tego nie usłyszała na zgromadzeniu. Cóż, nie spoglądała za wiele na skałę liderów.
— Niewiele, jeśli nie nic — miauknęła spokojnie, wpatrując się prosto w oczy Agresta. Ciekawe co jeszcze mówiła. Podziwiała fakt, że Aksamitna Chmurka została Aksamitną Gwiazdą. Nie była osobą po której się tego spodziewała. Choć z drugiej strony nie wróżyło to dla klifiaków dobrze... Szylkretka nie wyglądała dla niej jak materiał na przywódcę. — Odeszłam w ciszy, bez zapowiedzi. 
— Czy mogę zapytać dlaczego? — spytał niepewnie Agrest. — Jeżeli chcesz odpowiedzieć na to pytanie, oczywiście — dodał po krótkiej chwili. Daglezja owinęła ogon wokół swoich łap i odgoniła wzrokiem ciekawsko wyglądające na nich z drzew koty, przysłuchujące się ich rozmowie. Ich pyski zniknęły w koronach liści. Przymrużyła oczy z lekkim westchnięciem.
— Klan Klifu to nie było to — wyznała przyciszonym głosem, oczy kierując w stronę gwiaździstego nieba. — Jeżeli Klan Gwiazd kiedykolwiek istniał, zdecydowanie nie patrzył on w naszą stronę. Pod przywództwem Lamparciej Gwiazdy nie było łatwo. Tajemnicze morderstwa, zniknięcia... — wymieniała kotka, a wyraz pyska lidera wskazywał na jego głębokie zamyślenie i zainteresowanie w tym, co mówi. — A kiedy Lukrecja zaproponował mi dołączenie, zrobiłam to. Nie miałam wielu lepszych opcji. A tej zdecydowanie nie żałuję.
Brązowy sapnął. Czuła od niego zapach zmęczenia, co nie wywołało u niej żadnego zdziwienia. Kocur po długim i wyczerpującym zgromadzeniu miał do tego prawo.
— Jesteś wojowniczką Owocowego Lasu — mruknął cicho, a przez krótki moment Daglezja zastanawiała się nad tym, co próbował powiedzieć. Jego głos przypominał bardziej senną mowę niż składną wypowiedź — Z krwi i kości, mimo że się tu nie urodziłaś.
— Tak, nie musisz tego kwestionować — odpowiedziała, niezdecydowana czy słowa przywódcy idą z jego serca czy wymęczonego, nietrzeźwego umysłu. — Nie powinieneś iść już położyć się do snu, Agreście? — zasugerowała, mówiąc miękko i spoglądając w jego oczy. — Mam wrażenie, że jesteś naprawdę zmęczony. Możemy porozmawiać jutro, jeżeli wyrażasz taką chęć.
Czekoladowy nieco się rozbudził po tych słowach, jednak było widać, że odpoczynek był jedynym, czego w tej chwili pragnął.
— Cóż, obawiam się, że nie mogę się z tym kłócić. — Uśmiechnął się słabo, wzruszając ramionami.
— Odprowadzić cię do legowiska?
— Nie trzeba — odparł, kręcąc głową. Pozwoliła mu zatem odejść, rzucając jeszcze pożegnanie. Ona również marzyła o zetknięciu się jej pyska z miękkim, mszystym posłaniem. Rzuciła pojedyncze spojrzenia obecnemu strażnikowi obozu i poszła do swojego legowiska, bez dłuższych zastanowień.

***

Znowu była wolna.
Obrazy, które w jej głowie wyświetlały się jak film nie opuszczały jej ani o krok, bez względu na to jak daleko już była od obozu klifiaków. W jej uszach pulsowała jeszcze gorąca krew.

Zastygła w bezruchu. Wdech zatrzymał się w jej piersi, a całe ciało spięło, gdy tylko Srokosz rzucił się na przywódczynię Klanu Klifu. Bezlitośnie szarpał, wił się nad jej ciałem, rwąc i gryząc pozbawiając ją sił i godności. Nie zwracał uwagi, bądź w amoku nie słyszał jej głośnego łkania i błagań. 
"Walcz!", prosiła w myślach Daglezja, nie odrywając ani na chwilę wzroku. Nie wierzyła, że Aksamitkowa Gwiazdeczka nie potrafiła zrobić nic we własnej obronie. Porwała ją, ogłuszyła, siłą przycisnęła do zostania w słodkim, wyidealizowanym świecie, ale nadal była tą siostrą z jednego miotu, której piski nie zmieniły się od pierwszego żałosnego skomlenia o mleko. Futro szylkretki nie lśniło blaskiem, a brudem i krwią, której ciemna barwa odcinała się od jasnej i radosnej jak jej dusza sierści. Ślepia Aksamitki błagały o pomoc każdego wojownika w klanie, jednak nikt nie przerywał dzieła Srokosza. W końcu i na niej wylądował ten wzrok, ostatniego błagania o pomoc. Ruda odwróciła jedynie głowę. "Zasłużyła", przekonywała samą siebie.

— Daglezjowa Igło, zostajesz puszczona wolno – odejdź i wróć do swoich. — Szary patrzył prosto na nią, prosto w patrzące z dołu turkusowe oczy, nie mówiące po sobie nic. — Po wschodzie słońca będziesz już dla nas intruzem i tak również traktowana. Miej na uwadze, że żaden wojownik nie ośmieli się sprzeciwić temu rozkazowi. — Zaznaczył twardym głosem, wypychając te słowa przez zęby. Nie potrzebowała, by Srokoszowa Gwiazda powtarzał to raz jeszcze. Miała tylko nadzieję, że nadal pamięta drogę.

Musiała wrócić do Owocowego Lasu, jak najszybciej. Zawiadomić współklanowiczów. Opowiedzieć wszystko Agrestowi. Po prostu wrócić do domu.

***

Ciągnęła za sobą ślady Klanu Klifu, Wilka i Burzy, niepewna, czy w ogóle jeszcze coś zostało z tego należącego do Owocowego Lasu. Była już wygłodniała i spragniona, jednak ignorowała rosnącą suchość w gardle i pustkę w żołądku. Nie chciała się zatrzymywać, pomimo tego, że jej łapy powoli odmawiały posłuszeństwa. Przedzierała się przez zgęściały świerkowy las, przykuwając uwagę, by nie zboczyć z granicy zapachowej, co mogłoby skończyć się niezbyt kolorowo. Nawet drzewa nie osłaniały jej od wszechobecnego gorąca i duchoty, choć przynajmniej słońce nie paliło jej skóry i oczu. Ono samo chowało się powoli za zachodem, kończąc ten popaprany dzień.
— Ile jeszcze? — wycharczała pod nosem sama do siebie. Wizja szybszego, ciepłego przyjęcia w obozie była jednak bardziej zachęcająca niż postój na polowanie, który by wszystko tylko przedłużył. Chłodnawy wiatr powiał z zarośli, przynosząc kotce nieco ulgi w wędrówce. Czy to tak czuli się włóczędzy? 
Zadrżała, lecz nie z zimna, a przerażającego kociego wrzasku, który rozległ się gdzieś za nią. Nie była pewna z której strony, jej uszy nie potrafiły dobrze zlokalizować dźwięku. Nie zamierzała się także odwracać, a co dopiero szukać. Pognała spanikowana przed siebie. Tupot łap i trzask łamanych gałązek i ściółki sugerował, że napastnik rzucił się za nią w pogoń. Czy nawet... napastnicy. Wszystko, co jeszcze zostało z jej sił wpuściła w łapy, które z prędkością błyskawicy pchnęły jej zmęczone ciało do przodu. Nic nie dodawało motywacji tak, jak strach.
Drzewa ustąpiły miejsca równinie, w oddali pojawiła się droga grzmotu. Odgłosy za nią powoli się oddalały, aż w końcu całkiem ustały. Przebiegła przez łąkę, twardą, pustą drogę i niemal od razu rzuciła się w trawę po drugiej stronie, dysząc głośno. Z trudem łapała oddechy. Ciemność nastała i przykryła tereny wszystkich klanów granatową płachtą. Leżała niemal w bezruchu na chłodnej ziemi, czując na sobie kurz, piasek i błoto przez przynajmniej parę minut. Miała wrażenie, że brakuje jej miejsca i w płucach, i w żyłach.
Nadal czuła ból. Mimo tego przeciągnęła się i wypięła, by zmyć z siebie brud, pomimo wyczerpania. Nie chciała, by ktokolwiek ją zobaczył w gorszym stanie, nawet jeżeli niedbałe mycie się przynosiło jej jeszcze więcej zmęczenia.
— Daglezjowa Igło? — Sierść na grzbiecie najeżyła się, ale po chwili na powrót wygładziła, gdy rozpoznała głos i zapach... przyjaciela.
Ślimak niepewnie zbliżył się do miejsca, w którym leżała kotka. Ruda podniosła się i stanęła, próbując wyglądać jak najpewniej przy współklanowiczach pomimo trudności. Po jego stronach stali Gęgawa i Fretka, wyglądając na zaskoczonych jej obecnością.
— Wróciłaś! — krzyknął point, podbiegając do Daglezjowej Igły, która patrzyła na niego z łagodnym uśmiechem, ale jednocześnie ogromną radością w oczach, że nareszcie powróciła do siebie. Oparła się o jego ramię. Ślimak wyglądał, jakby chciał powiedzieć jeszcze tysiąc innych rzeczy, ale przerwała mu Fretka, która wysunęła się przed niego, stając pyskiem w pysk z zaginioną.
— Jak się tu znalazłaś? — zapytała, patrząc na kotkę z chłodem w oczach.
— Puszczono mnie wolno. Przeszłam od terenów klifiaków, przez granicę Klanu Burzy z Klanem Wilka. Dopiero przed chwilą doszłam tutaj. Mam tobie, Agrestowi i Ważce wiele do powiedzenia.
Zastępczyni przez chwilę myślała, po czym westchnęła. 
— Wracajmy. Chętnie to wszystko usłyszę.

***

Oczywiście, że tylko widząc zmęczone, lecz szczęśliwe oblicze Daglezjowej Igły sporo owocniaków wpadło w ekstazę. Przyjaciółki podbiegały, zadając tysiące pytań i dusząc wojowniczkę w ciepłym uścisku. Ona jednak jeszcze miała do opowiedzenia tym na górze o tym, co ją zdążyło spotkać, zanim mogła to wszystko przekazać zwykłym szarakom.
Usiadła na gałęzi legowiska lidera dokładnie naprzeciwko Agresta, a po bokach zasiadły jego zastępczynie, czekające na raport.
— Więc jak to się stało? — zaczęła Fretka, świdrując ją wzrokiem.
— Dzień po zgromadzeniu wyszłam na zwykły patrol, przynajmniej tak się zdawało wszystkim. To, co wiecie to fakt, że pozostali zostali zaatakowani i odciągnięci. Mnie natomiast... spotkał pewien wojownik Klanu Klifu — mruknęła, krzywiąc się nieco na pysku na samą myśl o tym, jak ją wrobił. Nie mogła się ośmieszyć przed autorytetami mówiąc, że chciała porozmawiać z siostrą. Nie chciała ukazać się przed nimi w takim złym świetle. — Niedźwiedzia Siła. Próbował mnie omamić, mówiąc że Aksamitna Gwiazdeczka jest ciężko chora i potrzebuje ze mną rozmowy. Nie godziłam się, a później pamiętam tylko ból głowy i utratę przytomności. Obudziłam się, już w ich legowisku medyka. — Na wspominki tego piekielnego, rozrywającego mózg bólu aż sama go po raz kolejny odczuła. Koty przyglądały się jej, z zaciekawieniem i oburzeniem słuchając historii. 
— Dalej?
— Rozmawiałam z Aksamitką. Zostałam wywołana i mianowana na wojowniczkę, ze zmienionym, "słodkim" imieniem. Pozwólcie, że zachowam je dla siebie. — Fretka i Ważka wolno przytaknęły. — Byłam wolna, ku mojemu zdziwieniu, choć również nie tak jak bym tego chciała. Niedźwiedzia Siła nie odstępował ode mnie ani na krok. Każdy patrol, każde polowanie, on był za mną. Próbowałam uciekać, jednak za każdym razem siłą przyprowadzał mnie z powrotem.
— Bezczelne... — słyszała mamrotanie pod nosem przywódcy. — Nasza wizyta sprawiła, że zostałaś wypuszczona?
— Nie, przynajmniej nie przez Aksamitkę — miauknęła, na co wszystkich uszy się uniosły, a oczy zalśniły ciekawsko. — Oczywiście bardzo ją doceniam nadal i dziękuję ci za nią, Agreście. Jednak dziś Srokoszowa Gwiazda wzniecił bunt. Walczył z Aksamitką, która przegrała, w ciężkim stanie i objął rządy. Jest nowym przywódcą Klanu Klifu. Nie wiem, co się stało po moim odejściu z Aksamitną Chmurką.
Daglezjowa Igła nie mogła powiedzieć, że rada była zszokowana tym, co usłyszała, jednak z pewnością po ich twarzach mogła stwierdzić choćby lekkie zaskoczenie.
— Jak byłaś traktowana? — zadał pytanie Agrest, podrygując ogonem.
— Trudno mi określić. Oczywiście, że miano zdrajcy przewinęło się wielokrotnie, jednak w większości klifiaki były zadowolone z mojego przybycia. Starzy znajomi i inni. Dodatkowo wszyscy wiedzieli, że jestem siostrą Aksamitki, więc to być może ich powstrzymywało od gorszych czynów.
Czekoladowy głęboko westchnął.
— Tobie już dziękujemy. Cieszymy się niezmiernie, że powróciłaś i sam jestem pewny, że jesteś wyczerpana tym dniem. Możesz wrócić do legowiska wojowników — pochylił głowę Agrest, spoglądając raz w górę na całkiem czarne niebo. Faktycznie, godzina była już późna. Chciała załatwić jednak jeszcze jedną sprawę.
— Chciałabym jeszcze poprosić o jedną rzecz, zanim pójdę — miauknęła, gdy Agrest już próbował coś powiedzieć do siedzącej obok niego szylkretki, co jednak przykuło ich uwagę. Wyprostowali się i zwrócili twarze w jej stronę.
— Zamieniam się w słuch.
— Chciałabym przyjąć oznaczenia na uchu. Chcę podkreślić przed wszystkimi moją przynależność do Owocowego Lasu.

<Agrest?>

08 sierpnia 2023

Od Agresta cd. Daglezjowej Igły

Średnio mu się podobał fakt, że kotka nie wymieniła mu imion tych nietolerancyjnych członków Owocowego Lasu, mimo posiadania takiej wiedzy. Lepej by się orientował na kogo zwracać większą uwagę i ewentualnie ukarać, a raczej poprosić Komara, żeby ukarał taką osobę. Oczywiście miał jakieś pojęcie o tym, kto zazwyczaj zachowywał się nieodpowiednie i nadal mógł pozostawać czujnym, jednak takie relacje z pierwszej ręki zawsze były najcenniejsze. Z drugiej strony można było stwierdzić, że powściągliwość Daglezjowej Igły w pewnym sensie jest oznaką dojrzałości. Nie chciała uprzykrzyć życia innym, nawet jeśli oni uprzykrzali jej.
— Wybacz — przeprosił, kręcąc głową, kiedy przez jego nieuwagę nastała pomiędzy nimi niezręczna cisza. — I przepraszam, że coś takiego musiało cię spotkać. Wezmę to pod uwagę, gdy –
— Nie musisz mnie przepraszać — przerwała mu ruda miękkim głosem, wpatrując się w jego oczy. — Przecież nie ponosisz winy za to, że w twoim klanie jest kilkoro półgłówków, prawda?
— Też racja — przytaknął, trochę zrezygnowany. — Ale no jednak chciałbym sprawić, żeby każdy czuł się tutaj przyjemnie, pomimo naszych różnic.
— O to się nie martw — zamruczała, uśmiechając się delikatnie. — Rozmowa z tobą już wystarczyła, aby sprawić mi przyjemność.
— Och, naprawdę? — Zamrugał na nią zdezorientowany. 
Nie spodziewał się otrzymać takiego komplementu. Zazwyczaj był dosyć nieporadny w rozmowach z innymi, szczególnie z dopiero poznanymi, więc zakładał, że kotka również będzie go tak postrzegać. Nawet Komar często się z tego śmiał. 
— Jak najbardziej.
— Miło mi to słyszeć — rozpromienił się, nieznacznie szurając łapą po ziemi. — Ty też wydajesz się… sympatyczna. 
Pointka zachichotała pod nosem, przełykając ostatni kęs królika.
— Dziękuję.
Językiem wygładziła nagle odstający kosmyk futra na swojej piersi i ponownie na niego spojrzała. Zastępca poczuł się trochę dziwnie, gdyż znów robiła to bardzo intensywnie. Czy ona chciała przez te jego oczy jakoś dostać się mu mózgu, czy co? Miał nadzieję, że nie. Naprawdę nie sądził, iż byłaby pod wrażeniem tego, co tam ujrzy. A może raczej tego jaki deficyt inteligentnych myśli tam zobaczy… 
Dźwięk czyiś kroków przerwał im, to zaczynające się niebezpiecznie wydłużać, milczenie. Komar stanął nad bicolorem z uniesionymi brwiami. 
— Ruszaj się, mamy sprawy do omówienia — prychnął, i nie czekając na odpowiedź, skierował się do swojego legowiska. 
Agrest zerknął na wojowniczkę przepraszająco i podążył za liderem, zaraz po tym jak kiwniął jej głową na pożegnanie. 

*Po lipcowym zgromadzeniu*

Ta noc była po prostu koszmarem! Właśnie przeżył najgorsze zgromadzenie w całej swojej karierze. No może nie licząc tego pierwszego, na którym wszyscy zaczęli się na siebie rzucać, ale tamto to już stanowiło prawdziwe ekstremum zapewne dla wszystkich. Obecne było tragiczne w inny sposób. Najpierw wariatka wróżąca mu z łapy nieszczęście, potem krztuszenie się muchą, a na koniec ta liderka oszołomka i jej przydupas z ego sięgającym gwiazd. 
Ziewnął przeciągle. Zmęczenie coraz bardziej przygaszało jego gniew. Pragnął jednak załatwić jedną sprawę, nim położy się spać. Póki miał jeszcze siłę, by zajmować się takim kimś jak świrnięta przywódczyni Klanu Klifu. 
Postanowił poczekać przy wejściu do obozu, by wyłapać Daglezjową Igłę we wracającym zbiorowisku kotów. Skinął wtedy głową w bok, w ten sposób zapraszając ją do rozmowy na osobności. 
— Twoja siostra Aksamitka ciebie szukała — zaczął, kiedy oboje już usiedli wygodnie. — Twierdzi, że cię głodzę — parsknął drwiąco. — Mało tego, uważa, iż w ogóle jesteśmy odpowiedzialni za brutalne porwanie ciebie w pierwszej kolejności. Co ty jej takiego powiedziałaś, gdy odchodziłaś, że wyciągnęła takie wnioski? — zaśmiał się nerwowo.

<Daglezjowa Igło? Królowo proszę nie opuszczaj nas>

10 kwietnia 2023

Od Daglezjowej Igły CD. Agresta

Leniwie wyciągała się w cieniu. Tak, pora zielonych liści była przyjemna... lecz w momentach, gdy słońce parzyło jej skórę zaczynała ją lekko denerwować.
— Hej. — Usłyszała znajomy i zaraz otworzyła oczy, leżąc nadal wygięta na ziemi. Agrest? Czego potrzebował od niej zastępca? Umierała z ciekawości, by się dowiedzieć. — Jesteś już z nami od jakiegoś czasu i chciałem się zapytać, jak się u nas czujesz? Jest lepiej niż w Klanie Klifu? — dopytywał. — Niczego ci nie brakuje?
Daglezjowa Igła przymrużyła oczy i usiadła na ziemi w bardziej eleganckiej pozycji niż leżenie na plecach, wypinając brzuch. Spojrzała się na kocura. Cóż za miły gość...
— Porównując Klan Klifu do Owocowego Lasu nie ma o czym mówić. — Kotka przewróciła oczami. — Zdecydowanie wolę to miejsce. Przynajmniej tutaj nie rządzi tyran, z którym mogę się bać, że zaraz rozszarpie mi gardło. Chociaż Komar... — Chciała coś dodać, ale w porę ugryzła się w język. — …wydaje się być nienajgorszym przywódcą. Mnie to cieszy.
Agrest uśmiechnął się nieznacznie w jej stronę.
— Mnie również. Staramy się sprawić, by Owocowy Las był dla wszystkich bezpiecznym i przyjemnym miejscem, bez względu na jego pochodzenie — odparł. — Inne koty też ci specjalnie nie przeszkadzają?
— Cóż... a może porozmawiamy przy zwierzynie? — zaproponowała, łapiąc krótki kontakt wzrokowy z zastępcą. — Pytałeś czy czegoś nie potrzebuję, a tak się składa że nieco brakuje mi na tą chwilę posiłku i pogadanki.
— Och, właściwie... mam chwilę — miauknął, wyglądając na lekko zakłopotanego. Na pysku Daglezjowej Igły natomiast nieprzerwanie widniał spokojny, promienisty uśmiech. 
Cóż, Lukrecja na pewno się nie obrazi, jeśli spędzi czas z innym kocurem. A nawet jeśli to jego problem i wina. Ostatnio nie miał dla niej czasu, więc nie powinien być zdziwiony, że nie będzie mu lojalna jak pies. Z resztą taka była jej natura! Jeżeli nie mógł tego zaakceptować to na nią nie zasługiwał.
— Wybierzesz coś ze stosu?
— Pewnie. — Wojowniczka obserwowała, jak Agrest podchodzi do sterty ze zwierzyną i zastanawia się nad wyborem. Miała nadzieję, że wybierze coś zjadliwego. Wytrzeszczyła lekko z obrzydzeniem oczy, gdy niebezpiecznie zbliżał się do obślizgłej żaby, jednak odetchnęła prędko z ulgą. Brązowy złapał leżącego obok królika i zawrócił w stronę Daglezji, która już położyła się wygodnie na ziemi w cieniu. Ruda przejechała wzrokiem po obozie i kotach, które w nim w tej chwili przebywały. Najwyraźniej nadeszła pora dzielenia się językami. Cóż, mogłaby rzec, że Agrest pojawił się w idealnym momencie.
Królik został położony pomiędzy rozmówcami przez kocura, który poszedł w ślady Daglezjowej Igły i położył się na trawie naprzeciwko niej.
— Więc — mruknął Agrest, podwijając pod siebie przednie łapy — Czy chciałabyś kontynuować?
— Oczywiście. Z owocniakami jest nieco bardziej zawiła sprawa, ale była do przewidzenia — zaczęła. Agrest spojrzał na nią z zainteresowaniem. — Nie każdy wojownik mnie szanuje i uważa mnie za pełnoprawnego członka Owocowego Lasu. Przynajmniej tolerują moją obecność, choć wciąż, nie wszyscy. 
— Przykro mi to słyszeć. Czy mógłbym wiedzieć jakie to koty? — zapytał uprzejmie. Daglezjową Igłę świerzbiło, by wymienić z połowę mieszkańców sadu, ale się powstrzymała. Nie była przecież taką ofiarą, by trzeba było jej pomagać. Sama prędzej czy później się z nimi rozprawi.
— To nie jest takie ważne. Aż tak źle mnie nie traktują — zaśmiała się, a kocur widząc jej śmiech sam zdusił (albo wymusił, trudno stwierdzić) pojedynczy chichot. — Ale sądzę, że otwartość na obcych części Owocowego Lasu nie jest na najwyższym poziomie, jeśli tak to ujmę. Wciąż zdarza mi się słyszeć plotki o byciu zdrajcą i szpiegiem zagrażającym bezpieczeństwu naszego klanu. Przywykłam do tego, lecz nadal nie jest to najprzyjemniejsza rzecz, która może dojść do mych uszu. Nie przyszłam tutaj, by zacierać łapki i przekazywać wrogom informacje, choć widocznie dla wielu nie jest to oczywiste — wywróciła oczami z irytacją. — Chcę być dobrym i oddanym wojownikiem Owocowego Lasu, nawet jeśli opinia publiczna srogo w to powątpiewa.
Czekoladowy wojownik słuchał, jedząc zabraną zdobycz. Oblizał pysk i podniósł łeb znad zwierzyny, gdy zdał sobie sprawę, że kotka przestała już mówić i nastała niezręczna cisza.
— Wybacz — przeprosił, kręcąc głową. — I przepraszam, że coś takiego musiało cię spotkać. Wezmę to pod uwagę, gdy –
— Nie musisz mnie przepraszać — przerwała mu miękkim głosem, wpatrując się w jego oczy. Bawiła ją ta grzeczność. Oprócz płochliwych uczniów nikt tak się nigdy do niej w życiu nie odzywał. No, może z pominięciem Lukrecji. — Przecież nie ponosisz winy za to, że w twoim klanie jest kilkoro półgłówków, prawda?

<Agrest?>

01 marca 2023

Od Agresta do Daglezjowej Igły

Szedł obok Krecik, rytmicznie drgając ogonem. Trochę denerwował się, jak na niego zareagują. Właśnie dlatego chciał zobaczyć, jak to jest, przy możliwie mniejszej licznie osób niż jest na ich spotkaniach zazwyczaj. Równocześnie naprawdę ciekawiło go, jak wyznawanie Wszechmatki wyglądało w praktyce, a Krecik wydawała się przeszczęśliwa, że zainteresował się tematem.
Gdy dotarli do zacisznego zagajnika, usiedli obok siebie w kółku, które tworzyli zebrani. Sadza dotychczas zajęty rozmową z Jaskółką, wysoko uniósł brwi.
— On? — parsknął z niedowierzaniem. — Ten przydupas Komara? 
Winogrono na te słowa również zmierzyła go nieprzychylnym wzrokiem, a zastępca cały się spiął. Atmosfera wyraźnie się zmieniła i to zdecydowanie nie w dobrą stronę. Nawet w ślepiach zwykle bardzo życzliwej Maczek dało się dostrzec niechęć. 
— Popieram — przytaknęła bura, mrużąc oczy. — Może jest nawet jakimś jego wysłańcem? Ciekawe co tym razem wielkiemu wybawcy się nie podoba. Buc ma zawsze do czegoś problem. 
— Nie jest niczyim posłańcem. — Krecik zmarszczyła brwi i położyła ogon na jego plecach. W duchu podziękował jej za dodanie otuchy. 
— Tak — na pysku czekoladowego pojawił się zestresowany uśmiech — właśnie chciałbym się poprawić w tej i w wielu innych kwestiach. 
— No widzicie? Nie ma powodu, żeby się denerwować — zamruczała Ważka, starając się złagodzić napięcie, które tak szybko narosło w grupie. 
— Nie ma? — prychnęła Winogrono. — Komar to jedno, ale tego, jak traktował swojego brata, nadal nie zapomniałam. Ani razu nie potrafił go wesprzeć, jedynie odrzucać i traktować jakby przestał istnieć. Niech się przyzna, że miał go po prostu gdzieś. 
Agrest spuścił wzrok. Miała rację. Był okropnym bratem. 
Często widywał, jak kotka rozmawia z cynamonowym – zapewne się przyjaźnili, kiedy tamten jeszcze żył. Nie dziwił się więc jej, że ma mu to za złe. Z zewnętrznej perspektywy to, co robił, rzeczywiście musiało wyglądać bezdusznie. A fakt, iż kotka wspominała o tym z taką dozą emocji, najpewniej oznaczał, że Irys również był wówczas obrzydzony jego osobą.
Poczucie winy ogarnęło kocura falami. Nie dość, że był zmorą niebieskookiego za życia, to jeszcze na końcu spowodował jego śmierć. 
— Żałuję tego — powiedział cicho, kuląc się w sobie. 
Pręgowana zacisnęła szczękę i kocur odniósł wrażenie, że zaraz prawdopodobnie przerobi go słowami na wiórki, ale wtedy Jaskółka zabrała głos. Ociekał on powagą. 
— Na łaskę Wszechmatki, jesteśmy tutaj, by budować wspólnotę, a nie żeby ją dzielić. — Nie wydawała się zadowolona z tego, jak potoczyła się ta wymiana zdań. — Od razu stawianie komuś zarzutów nigdy nie jest dobre, dopóki go nie wysłuchamy. 
Bicolor rozejrzał się po reszcie zgromadzonych. Po uwadze czarnej Sadza i Maczek ku jego zaskoczeniu przybrali w pewnym stopniu przepraszające wyrazy twarzy. Winogrono z kolei położyła po sobie uszy, nadal pozostając nieufną, jednak wyglądała na odrobinę mniej wrogą niż chwilę temu. Krecik kiwnęła głową. 
— Proszę, nie skreślajcie go na starcie — zaapelowała dawna mentorka, zaraz obracając głowę, by spojrzeć na niego ze współczuciem. — On… dużo przeszedł. 
Agrest posłał jej wdzięczne spojrzenie. Choć to nie usprawiedliwiało jego działań, to nie wiedział, co by zrobił bez jej wsparcia.
— Nie wywołujmy niepotrzebnych konfliktów — zgodziła się Ważka. — Zresztą, w jaki sposób ma się zmienić, jeśli nie damy mu na to ani jednej szansy? A jeśli chodzi o Komara, to akurat niestety dużo z nas miało z nim bliżej do czynienia. 
Maczek nagle zerknęła na zastępcę z jakimś nowym zrozumieniem w oczach. 
— Może po prostu się zagubił, tak jak Żurawinek.
Oba wspomniane kocury skrzyżowały ze sobą spojrzenia, nieskutecznie starając się ukryć zażenowanie na pysku. Zapadła zupełna cisza, nikt nie za bardzo wiedział, co powiedzieć w tym momencie. Jednak kiedy wydawało się, że chwila nie może zrobić się jeszcze bardziej niezręczna, rozległ się głośny dźwięk… wydalenia gazów. Czekoladowy był prawie pewien, że pochodził on od Winogrona, aczkolwiek bura wydawała się niewzruszona. Reszta również nie wyglądała na zaskoczoną, jakby byli już do tego przyzwyczajeni. Nie myślał o tym jednak zbyt długo. 
— To może najpierw powiedz nam Agreście, co ciebie do nas sprowadza — zaproponowała Jaskółka. 
— Więc uch, żałuję wielu rzeczy, jakie zrobiłem oraz tego, jak się zachowywałem. No i chciałbym być lepszy po prostu i też się jakoś przysłużyć? 
Straciłem też trochę poczucie kim jestem, kim powinienem być i gdzie ja właściwie chcę zmierzać. — Nerwowo poszurał łapą po podłożu. Czuł za siebie wstyd. Powiedzenie na głos prawdy, jednak sprawiło, że zrobiło mu się trochę swobodniej na sercu. 
— W takim razie trafiłeś w idealne miejsce! — stwierdziła entuzjastycznie Ważka. — Znalezienie własnej Ścieżki jest ogromnie ważne, ale także nie należy do łatwych zadań. A z naszą pomocą na pewno będzie ci łatwiej. 
— Zobaczysz, ja wraz z poznaniem nauk Wszechmatki naprawdę zaczęłam patrzeć na świat inaczej. I oczywiście poznałam tutaj same cudowne osoby. — Maczek zaśmiała się cicho i liznęła swojego partnera w policzek. Ten uśmiechnął się do niej nieśmiało, zaraz wtulając głowę w szyję vanki. 
Wcześniej głównie oklapnięte uszy Agresta, coraz bardziej zaczęły się podnosić. Pomimo nieprzyjemnego początku spotkania, teraz naprawdę poczuł się tutaj miło. 
— Czyli mógłbym poprzychodzić na kolejne spotkania i zobaczyć jak to ze mną leży? 
— Pewnie, zapraszamy — odpowiedziała Jaskółka niemal natychmiast. 
Potem rozmowa naturalnie przeszła na bardziej swobodne i przyziemne tematy. Miał trochę wrażenie jakby był nową osobą w zgranej grupie znajomych, ale na szczęście nie czuł się bardzo wyobcowany. 
Po jakimś czasie niestety każdy musiał wracać do swoich obowiązków. Część wojowników wyruszyła w stronę obozu, a inna na polowanie. Agrest został sam z Jaskółką i Krecik. Spacerowali w komfortowej ciszy, dopóki brązowooka nie spojrzała na niebo, rozszerzając przy tym źrenice. 
— Jeju, obiecałam Sadzawce, że dodatkowo poćwiczę z nią walkę o tej porze — sapnęła. — Pewnie już na mnie czeka, przepraszam was. 
Kotka pobiegła w drugim kierunku, a właściciele zielonych ślepi kiwnęli jej głowami na pożegnanie. 
Czarna moment później popatrzyła na niego dziwnie, jakby właśnie miała coś na końcu języka. Uniósł brwi. 
— Właściwie chciałam się ciebie zapytać od dłuższego czasu — zaczęła. — Co sprawiło, że zacząłeś spędzać czas z Komarem? 
Tętno bicolora natychmiast przyspieszyło. 
— Ciężko z nim nie przebywać, kiedy on jest liderem, a ja zastępcą — zaśmiał się nerwowo. 
— Nie, nie, mam na myśli wcześniej. Wtedy też rozmawialiście. 
Ciężko przełknął ślinę. To nie było pytanie, jakiego się spodziewał ani na jakie chciał kiedykolwiek odpowiadać. Został więc zmuszony do improwizacji. 
— Em, w pewnym momencie potrzebował pomocy i ja akurat wtedy się napatoczyłem — odrzekł krótko, starając się nie panikować. To brzmiało źle, to brzmiało źle. — No i jeszcze popierałem pomysł wyjść na zgromadzenia i interesowało mnie to, także mieliśmy wspólny temat. — Uf. To chyba było trochę lepsze. — Niestety no okazał się mniej przyjazny, niż lekko mówiąc, mógłby być. 
Naprawdę miał ochotę zapaść się pod ziemię w tamtym momencie. Niby tak pragnął się poprawić, a jak przyszło co do czego, to znowu kłamał. Był zwyczajnym hipokrytą. Nie chciał tego robić, ale jednocześnie nie chciał wyznawać, że zabił własnego ojca. 
Krecik strzepnęła uchem, przypatrując się mu przez kilka uderzeń serca. 
— Rozumiem — odparła, jednak nie bardzo wyglądała na przekonaną. Właściwie wyglądała tak, jakby coś wiedziała i to zaczęło go przerażać. 
Nie rozmawiali przez resztę drogi. 

***

Parę księżyców temu dołączyła do nich kotka z Klanu Klifu – Daglezjowa Igła. Agrest miał nadzieję, że podobało się jej tutaj, szkoda gdyby żałowała takiego wyboru. Komar nie spoglądał na nią przychylnie, ale czy on w ogóle patrzył na kogoś w taki sposób? Sam zastępca miał zupełnie odmienne zdanie. Skoro opuściła klan ze względu na niemoralną władzę, to właśnie szczególnie dobrze to o niej świadczyło. W takowych przypadkach zazwyczaj niewiele osób ma wystarczająco odwagi, by podążać za swoim sumieniem. Trudno jest opuścić miejsce, w którym się wychowało, a jednak kotka podjęła realne kroki ku zmianie i dołączyła do ich grupy. 
Jedynym, co szargało jej wizerunek w zielonych oczach, był fakt, że trzymała się z Lukrecją. Z oczywistych powodów należał on do grona najgorszych kotów w klanie według niego. Aczkolwiek pointka zapewne nie zdawała sobie sprawy z co najmniej połowy tych przyczyn; mogła równie dobrze zostać zmanipulowana przez kremowego. 
Mimo wszystko miał nadzieję, że traktowali ją tutaj na równi. Wstydziłby się za swoich pobratymców, gdyby było inaczej, a ruda po kilku księżycach stwierdziłaby, że jest tutaj jeszcze gorzej niż w Klanie Klifu i wróciłaby na stare tereny. Właściwie zamierzał się ją o to zapytać, by możliwie uniknąć takiej sytuacji. Dlatego, kiedy pewnego wschodu słońca zobaczył, jak leniwie rozciąga się przed klonem, postanowił wykorzystać okazję i podejść. 
— Hej. — Lekko uśmiechnął się do niej, starając się wyglądać sympatycznie. — Jesteś już z nami od jakiegoś czasu i chciałem się zapytać, jak się u nas czujesz? Jest lepiej niż w Klanie Klifu? — Przekrzywił głowę. — Niczego ci nie brakuje?

<Daglezjowa Igło? Możesz teraz realizować swój demoniczny plan, hehe

Postacie NPC: Krecik, Sadza, Winogrono, Ważka, Maczek, Jaskółka, Żurawina, Komar (?) (raczej wszyscy stąd się nie zaliczą, ale to już zostawiam sprawdzającemu)