Parę dni po mianowaniu
Delikatne promienie porannego słońca leniwie przebijały się przez zasłonę z wody u wejścia do jaskini, dając wnętrzu przytłumione oświetlenie. Widział, jak wojownicy się przeciągali i wychodzili ze swoich posłań na półkach skalnych, a wśród nich dojrzał swojego tatę. Od razu rozbłysły mu iskierki w oczach, po czym jego wąsy zadrżały z ekscytacji. W centrum jaskini zbierał się poranny patrol, a zaraz po jego wyjściu więcej kotów się podnosiło z wygodnych legowisk i przeciągało zdrętwiałe łapy. Gdy tak obserwował poranne rutyny kotów, usłyszał nagle ziewnięcie gdzieś obok. Po obejrzeniu się za siebie dojrzał liliową siostrę, która próbowała się wybudzić do końca. Chwilę potem, gdy zaczęła rozumieć, co jest wokół niej, mlasnęła niezadowolona.
— A ty co się patrzysz — burknęła do brata, po czym poprawiła swoje “rogi” z futra i oblizała wystające kły.
— Nic — odparł bez emocji i oparł swoją głowę na łapach, które sobie wyciągnął na brzeg posłania.
Wtedy do legowiska wetknął swój łeb Trójoki Zając, a Mysikrólicza Łapa szturchnęła i pacnęła w ucho Słonkową Łapę, która jeszcze się nie rozbudziła do końca. Wszystkie trzy pary oczu rodzeństwa spoczęły na ojcu.
— Pobudka, pociechy — miauknął z uśmiechem, choć z oczu widać mu było jeszcze lekkie znużenie po śnie. — Firletko… to znaczy, Firletkowa Łapo, ułóż sobie futerko i wyjdziemy sobie na trening. Ja czekam przy stercie zwierzyny — powiedział, na co niebieski arlekin pokiwał głową, a kremus wrócił do centrum obozu.
Mysikrólik przekręciła oczami i otrzepała się z resztek mchu, po czym wyszła z legowiska, odpychając Firletkę, który właśnie miał zrobić to samo i pokazała mu język. Zmarszczył brwi, po czym trochę naburmuszony wydreptał na bardziej otwartą przestrzeń i skosztował rześkiego powietrza. Chłód jaskini po zimnej nocy trochę go przyszczypnął w nos, więc zaczął się myć, by odrobinę się ogrzać. Pozbył się mchu z sierści i przeciągnął się, ale tym razem porządnie. Rozdziawił pysk w ziewnięciu i strzepnął uszami, po czym był gotowy na trening.
W dwóch susach dotarł do taty, po czym zetknął się z nim nosem.
— To co, chcesz może zacząć od ćwiczenia polowania? — zapytał, a kocurek pokiwał głową.
— Ale… chyba nie na ptaki, prawda? — dopytał, wyraźnie zmartwiony.
— Oczywiście, że nie na ptaki — zapewnił. — Może po drodze zobaczymy jakieś? — zastanowił się na głos, a Firletkowej Łapie powrócił entuzjazm. — No to chodźmy.
Wyruszyli z obozu. Te klify były dosyć przerażające, dlatego więc młody uczeń raczej pozostawał przyklejony do Trójokiego Zająca. Ani mu się śniło go wyprzedzać, bo może się potknie, i co wtedy? Dreszcz aż przeszedł po plecach arlekina. Gdy w końcu odeszli od klifów na tyle, by na pewno w przypadku przewrócenia się nic nie stało, młodzik trochę przyspieszył i zaczął się ścigać z wiatrem, który okazał się dość porywisty. Gdy się rozgrzał, wrócił truchtem do mentora i od tej chwili szli bokiem w bok z uśmiechami wymalowanymi na pyskach.
— Gdzie idziemy?
— Na pole Złotych Kłosów. Teraz pewnie się tam roi od myszy lub innych piszczek — wytłumaczył Zając. — Miniemy też Kacze Bajorko, może już kaczki się obudziły i sobie na nie popatrzysz — dodał, a kocurek podskoczył zadowolony.
Szli tak powoli, a wiatr im wiał w pyski. Wreszcie dotarli do Kaczego Bajorka, ale niestety bez kaczek. Firletkowa Łapa podszedł do brzegu i trochę spochmurniał.
— Może za wietrznie dla nich — zagadał wojownik. — Następnym razem je zobaczysz, obiecuję — Zając starał się mu dodać otuchy, po czym polizał go po uchu.
— No dobrze… — mruknął młodzik i odszedł od wody, a zaraz za nim podążył Trójoki Zając, który chwilę później doprowadził ich do Złotych Kłosów, aczkolwiek bez kłosów.
Trochę to dziwiło Firletkę, bo czemu to się tak nazywa, a tak nie wygląda? Nie mówiąc nic, zszedł na pole za ojcem, który właśnie próbował coś wywęszyć. Niestety, ale silny wiatr odrobinę mu w tym przeszkadzał.
— No dobra, może nie jest to teraz zbyt łatwe, ale spróbuj coś wywęszyć — rzekł. — Pamiętasz może, jak pachnie mysz lub ryjówka? Właśnie podobnego zapachu szukaj.
Uczeń zniżył nos do ziemi, po czym, niemal czołgając się, pokręcił się po polu. W tym czasie kremowy wojownik trzymał się blisko, by mógł instruować syna.
Wreszcie Firletka złapał jakiś trop. Podniósł głowę, a to zaraz zaalarmowało Trójokiego Zająca.
— No dobrze, masz coś?
— Tak, chyba… tak… tak mi się wydaje — wydukał arlekinek.
— W takim razie postaraj się podążać za zapachem, lecz trzymaj ciało blisko ziemi, by cię zdobycz nie zobaczyła — tłumaczył wojownik, bacznie obserwując młodzika, który starał się trzymać instrukcji. Jednak w pewnym momencie stracił swój trop, lecz zanim się poddał, zobaczył, jak coś małego i brązowego grzebie coś w ziemi. Ciężko było dobrze dojrzeć sylwetkę zwierzątka, lecz prawdopodobnie była to zwykła mysz. Firletkowa Łapa przykucnął tak nisko, że niemal brodził w glebie. Gdy się zatrzymał, by odpowiednio wymierzyć odległość do zwierzyny, nagle mu zniknęła z oczu. Skonfundowany przełknął ślinę i stał chwilę tak w bezruchu, a gdy trochę ścierpł i przestawił łapę, nagle zjawiła się mysz ponownie, lecz tym razem uciekła w siną dal. Uczeń nie widział sensu w gonitwie i wrócił do ojca, nie dość, że smutny, to jeszcze brudny od ziemi.
Trójoki Zając przechylił łeb zmartwiony.
— I co?
— Była mysz, ale coś się stało, że nagle uciekła — wyjaśnił znużony. — Wszystko idzie nie tak! Najpierw jest duży wiatr, potem kaczek nie ma, a teraz mysz mi uciekła! — marudził, strzepując ze swojego przedtem bialutkiego futra ziemię. Wojownikowi spojrzenie zmiękło i polizał syna między uszami.
— Będzie dobrze. Będzie tylko lepiej, obiecuję. Tak? — starał się go pocieszyć, a Firletka spuścił wzrok, po czym smętnie pokiwał głową.
— Ja chcę do domu — miauknął, po czym wtulił się w sierść kremusa.
Dwójka kocurów wróciła do obozu z pustymi łapami. Trójoki Zając jeszcze kazał Firletce pójść roznieść zwierzynę do starszyzny i do żłobka, by mieć coś z obowiązków zrobionego z dziś. Wybrał ze sterty same ssaki, trochę wręcz opłakując martwe ptaki, które były porzucone tak sobie do pożarcia przez okrutne koty. Poroznosił tam, gdzie powinien i gdy już szedł, by wziąć coś dla siebie, nagle zjawiła się Mysikrólik, która wyglądała nie najlepiej. Była wyjątkowo stonowana i zmęczona. Zgarnęła ostatnią mysz ze sterty sprzed jego nosa, na co on się lekko najeżył.
— Ej, co ty robisz! — burknął do niej, a ona się obróciła do niego z chytrym uśmiechem, po czym poszła sobie do swojego kąta. — Aha — fuknął i obrócił się na pięcie. Mógł z bólem serca dać Mniszkowemu Nektarowi ptaka, a on sam sobie by wziął ryjówkę, którą mu dał. Teraz było za późno, bo on nigdy nie zjadłby ptaka. Zmęczony i głodny wrócił do legowiska uczniów ze łzami w oczach, po czym skulił się w kłębek na swoim posłaniu.
“Ten dzień był okropny” — pomyślał sobie ze wściekłością. “Oby jutro było lepiej”.
— A ty co się patrzysz — burknęła do brata, po czym poprawiła swoje “rogi” z futra i oblizała wystające kły.
— Nic — odparł bez emocji i oparł swoją głowę na łapach, które sobie wyciągnął na brzeg posłania.
Wtedy do legowiska wetknął swój łeb Trójoki Zając, a Mysikrólicza Łapa szturchnęła i pacnęła w ucho Słonkową Łapę, która jeszcze się nie rozbudziła do końca. Wszystkie trzy pary oczu rodzeństwa spoczęły na ojcu.
— Pobudka, pociechy — miauknął z uśmiechem, choć z oczu widać mu było jeszcze lekkie znużenie po śnie. — Firletko… to znaczy, Firletkowa Łapo, ułóż sobie futerko i wyjdziemy sobie na trening. Ja czekam przy stercie zwierzyny — powiedział, na co niebieski arlekin pokiwał głową, a kremus wrócił do centrum obozu.
Mysikrólik przekręciła oczami i otrzepała się z resztek mchu, po czym wyszła z legowiska, odpychając Firletkę, który właśnie miał zrobić to samo i pokazała mu język. Zmarszczył brwi, po czym trochę naburmuszony wydreptał na bardziej otwartą przestrzeń i skosztował rześkiego powietrza. Chłód jaskini po zimnej nocy trochę go przyszczypnął w nos, więc zaczął się myć, by odrobinę się ogrzać. Pozbył się mchu z sierści i przeciągnął się, ale tym razem porządnie. Rozdziawił pysk w ziewnięciu i strzepnął uszami, po czym był gotowy na trening.
W dwóch susach dotarł do taty, po czym zetknął się z nim nosem.
— To co, chcesz może zacząć od ćwiczenia polowania? — zapytał, a kocurek pokiwał głową.
— Ale… chyba nie na ptaki, prawda? — dopytał, wyraźnie zmartwiony.
— Oczywiście, że nie na ptaki — zapewnił. — Może po drodze zobaczymy jakieś? — zastanowił się na głos, a Firletkowej Łapie powrócił entuzjazm. — No to chodźmy.
Wyruszyli z obozu. Te klify były dosyć przerażające, dlatego więc młody uczeń raczej pozostawał przyklejony do Trójokiego Zająca. Ani mu się śniło go wyprzedzać, bo może się potknie, i co wtedy? Dreszcz aż przeszedł po plecach arlekina. Gdy w końcu odeszli od klifów na tyle, by na pewno w przypadku przewrócenia się nic nie stało, młodzik trochę przyspieszył i zaczął się ścigać z wiatrem, który okazał się dość porywisty. Gdy się rozgrzał, wrócił truchtem do mentora i od tej chwili szli bokiem w bok z uśmiechami wymalowanymi na pyskach.
— Gdzie idziemy?
— Na pole Złotych Kłosów. Teraz pewnie się tam roi od myszy lub innych piszczek — wytłumaczył Zając. — Miniemy też Kacze Bajorko, może już kaczki się obudziły i sobie na nie popatrzysz — dodał, a kocurek podskoczył zadowolony.
Szli tak powoli, a wiatr im wiał w pyski. Wreszcie dotarli do Kaczego Bajorka, ale niestety bez kaczek. Firletkowa Łapa podszedł do brzegu i trochę spochmurniał.
— Może za wietrznie dla nich — zagadał wojownik. — Następnym razem je zobaczysz, obiecuję — Zając starał się mu dodać otuchy, po czym polizał go po uchu.
— No dobrze… — mruknął młodzik i odszedł od wody, a zaraz za nim podążył Trójoki Zając, który chwilę później doprowadził ich do Złotych Kłosów, aczkolwiek bez kłosów.
Trochę to dziwiło Firletkę, bo czemu to się tak nazywa, a tak nie wygląda? Nie mówiąc nic, zszedł na pole za ojcem, który właśnie próbował coś wywęszyć. Niestety, ale silny wiatr odrobinę mu w tym przeszkadzał.
— No dobra, może nie jest to teraz zbyt łatwe, ale spróbuj coś wywęszyć — rzekł. — Pamiętasz może, jak pachnie mysz lub ryjówka? Właśnie podobnego zapachu szukaj.
Uczeń zniżył nos do ziemi, po czym, niemal czołgając się, pokręcił się po polu. W tym czasie kremowy wojownik trzymał się blisko, by mógł instruować syna.
Wreszcie Firletka złapał jakiś trop. Podniósł głowę, a to zaraz zaalarmowało Trójokiego Zająca.
— No dobrze, masz coś?
— Tak, chyba… tak… tak mi się wydaje — wydukał arlekinek.
— W takim razie postaraj się podążać za zapachem, lecz trzymaj ciało blisko ziemi, by cię zdobycz nie zobaczyła — tłumaczył wojownik, bacznie obserwując młodzika, który starał się trzymać instrukcji. Jednak w pewnym momencie stracił swój trop, lecz zanim się poddał, zobaczył, jak coś małego i brązowego grzebie coś w ziemi. Ciężko było dobrze dojrzeć sylwetkę zwierzątka, lecz prawdopodobnie była to zwykła mysz. Firletkowa Łapa przykucnął tak nisko, że niemal brodził w glebie. Gdy się zatrzymał, by odpowiednio wymierzyć odległość do zwierzyny, nagle mu zniknęła z oczu. Skonfundowany przełknął ślinę i stał chwilę tak w bezruchu, a gdy trochę ścierpł i przestawił łapę, nagle zjawiła się mysz ponownie, lecz tym razem uciekła w siną dal. Uczeń nie widział sensu w gonitwie i wrócił do ojca, nie dość, że smutny, to jeszcze brudny od ziemi.
Trójoki Zając przechylił łeb zmartwiony.
— I co?
— Była mysz, ale coś się stało, że nagle uciekła — wyjaśnił znużony. — Wszystko idzie nie tak! Najpierw jest duży wiatr, potem kaczek nie ma, a teraz mysz mi uciekła! — marudził, strzepując ze swojego przedtem bialutkiego futra ziemię. Wojownikowi spojrzenie zmiękło i polizał syna między uszami.
— Będzie dobrze. Będzie tylko lepiej, obiecuję. Tak? — starał się go pocieszyć, a Firletka spuścił wzrok, po czym smętnie pokiwał głową.
— Ja chcę do domu — miauknął, po czym wtulił się w sierść kremusa.
* * *
— Ej, co ty robisz! — burknął do niej, a ona się obróciła do niego z chytrym uśmiechem, po czym poszła sobie do swojego kąta. — Aha — fuknął i obrócił się na pięcie. Mógł z bólem serca dać Mniszkowemu Nektarowi ptaka, a on sam sobie by wziął ryjówkę, którą mu dał. Teraz było za późno, bo on nigdy nie zjadłby ptaka. Zmęczony i głodny wrócił do legowiska uczniów ze łzami w oczach, po czym skulił się w kłębek na swoim posłaniu.
“Ten dzień był okropny” — pomyślał sobie ze wściekłością. “Oby jutro było lepiej”.
[1141 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz