BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwęglona Kukułka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwęglona Kukułka. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2026

Od Zwęglonej Kukułki

Zgromadzenie 01.08.2026

Kiedy tylko Wilczaki dotarły na wyspę, Ośnieżony Kryształ od razu ruszyła w tłum kotów, zapewne niemal od razu odnajdując kogoś do rozmowy. Kukułka za to została w tyle, dlatego też przez ten czas kręciła się bardziej po obrzeżach wyspy, dopóki nie dostrzegła kota o interesującym umaszczeniu. Dawniej nie myślałaby nawet przez chwilę, by podejść, ale teraz chyba zdecydowanie bardziej pewna siebie.
Przedzierając się przez tłum kotów, w końcu dotarła do potencjalnego towarzysza rozmowy na resztę nocy.
— Masz bardzo ładne umaszczenie — powiedziała na wstępie, gdy tylko intensywne spojrzenie Owocniaczki spoczęło na niej.
— Wiem — mruknęła krótko, uśmiechając się do kotki. — Poszczęściło mi się, czyż nie?
— Zapewne, gdyż dotąd nie spotkałam jeszcze takie — przyznała, notując w myślach, że kotka zapewne miała dość wysoką samoocenę lub ogólne mniemanie o sobie, dlatego też, zamiast podziękować za komplement, to jedynie go potwierdziła i kontynuowała temat. — Ja nie miałam takiego szczęścia. W ogóle jestem Zwęglona Kukułka z... — przerwała, dochodząc do wniosku czy aby na pewno chce utożsamiać się z tym bestialskim klanem. Po jednej z rozmów z Brukselkową Zadrą była aż nazbyt świadoma tego, co się działo pod ich nosami. Nie wiedziała jednak, czy inne klany o tym wiedzą.
— Zwęglona Kukułkaz? Ciekawe imię — stwierdziła szylkretka, uśmiechając się zadziornie. — Słyszałam o kukułkach, ale nie o kukułkaz. To jakiś nowy gatunek występujący tylko w Klanie Wilka? Bo chyba właśnie stamtąd jesteś, tak? — zapytała, przekrzywiając lekko głowę.
— Nie nie, Zwęglona Kukułka, bez tego "z" na końcu, Po prostu... Nie byłam pewna, czy chce się dzielić tym, skąd jestem, ale jak widać, nie muszę już o tym mówić. Tak, jestem z Klanu Wilka — potwierdziła z widoczną niechęcią. Może dowie się, ile inni wiedzą na temat tego, co dzieje się wśród Wilczaków, jakie niemoralne praktyki regularnie wykonują.
Owocniaczka wzruszyła ramionami.
— No, tylko Wilczaki tak mocno dają iglakami — stwierdziła. — Poza tym ja nazywam się Smok. Pewnie zastanawiasz się, co to takiego? Cóż, sama chciałabym to wiedzieć — zachichotała, poruszając wibrysami z rozbawieniem.
— Może racja. Wy za to z Owocowego Lasu nosicie na sobie subtelną woń owoców. Muszą jakieś rosnąć na waszym terytorium. I bardzo ładne masz imię, oryginalne, wręcz niepowtarzalne, zapisujące się w pamięć rozmówcy — przyznała z lekkim uśmiechem. — Pewnie nosząc takie imiona jest wam łatwiej, nie musicie zawsze dwóch członów wypowiadać oraz chyba pozostaje niezmienne, racja?
Uczennica skinęła głową.
— Tak, pozostają niezmienne. Całe życie mamy takie samo imię, o ile nie stanie się nic szczególnego — odparła. — A na jakiej podstawie nadają wam imiona? Czemu jesteś Zwęgloną Kukułką? Uważasz, że pasuje do ciebie to imię?
— Imiona w klanach to dość indywidualna kwestia. Często zostają w jakimś stopniu takie same, na przykład jako kociak nosiłam imię Węgielek, a moja siostra Kryształka. Teraz mam w imieniu człon Zwęglona od tego imienia, za to siostra teraz się zwie Ośnieżony Kryształ. Zależy tak naprawdę od lidera, to on nadaje nowe imię. Nie wiem skąd u mnie człon Kukułka, lecz może to ze względu na moją bardziej wycofaną naturę. Czy mi pasuje? Chyba w jakimś stopniu tak, jakoś się tym zbytnio nie przejmuję.
— Aha, to fajnie — odparła krótko, po czym usiadła i zaczęła wylizywać swoją łapę. Po chwili odstawiła ją z powrotem na ziemię i spojrzała na Zwęgloną Kukułkę. — To o czym chcesz gadać? — zapytała, licząc na to, że wojowniczka sama znajdzie jakiś ciekawy temat.
— W sumie ciekawi mnie czy wszędzie koty tak samo się szkolą, wierzą w jednych Przodków, czy praktykują coś niecodziennego i... może wątpliwe moralnie — odparła, nieco ryzykując temat ostatniej kwestii, ale może dzięki temu będzie wiedzieć, gdzie jest bezpieczniej niż w Klanie Wilka, jeśli zajdzie taka potrzeba.
— Widziałam, że wszyscy Owocniacy mają określoną ilość nacięć na uchu oprócz uczniów.
Smok przewróciła oczami.
— Nie wiem, w Owocowym Lesie czczą Wszechmatkę, czymkolwiek to jest. Nigdy mnie to nie ciekawiło — przyznała obojętnie. — Co do tych nacięć, to tak, symbolizują one stanowisko danego kota — wyjaśniła.
— Rozumiem. — Skinęła głową. Widząc pewną niechęć uczennicy do dalszej rozmowy, rozważała, czy opłaca się kontynuować. Postanowiła więc odpuścić i poszukać siostry. — Dziękuje Ci bardzo za rozmowę, lecz muszę iść poszukać siostry.

25 maja 2026

Od Zwęglonej Łapy (Zwęglonej Kukułki) CD. Wąsatkowego Ruczaju

Przeszłość

Próbowała jakoś się wytłumaczyć z przypadkowego wpadnięcia na wojowniczkę, lecz tak naprawdę nieco jej mowę odjęło, kiedy ta zaczęła się zwracać do niej w męskiej formie. Nigdy nikt tak się do niej nie wracał, jednak jakoś… nie przeszkadzało jej to. Fakt, czuła się niecodziennie z tą świadomością, ale i niespodziewanie dobrze? Jakby coś wewnątrz niej przeskoczyło, niespodziewanie i równie cicho, niczym delikatny wiatr niosący zapowiedź wielkich zmian.
Żółte oczy nieśmiało powędrowały za oddalającą się już Wąsatką. Uczennica nie chcąc się narażać na jeszcze większy gniew starszej, ruszyła z dotychczasowego miejsca i prędko ją dogoniła. Do legowiska medyków jednakże nie weszła, woląc pozostać przed, by nie zakłócać powrotu do zdrowia innych kotów, które faktycznie musiały przebywać w norze — nie to, co ona, nieproszony gość, który został tu zaciągnięty jedynie z woli córki zastępcy.
— No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, dalają się wraz z uczniem od lecznicy.
— Ja… Cóż… — zaczęła, kierując swój wzrok na wielokolorowe łapy. — Chciałem się udać do starszyzny… — przyznała po krótkiej chwili.
Kiedy uświadomiła sobie, co powiedziała, momentalnie stanęła w miejscu. Szeroko otwartymi oczami, wpatrywała się w pazury, które nieświadomie wysunęła i teraz wbijała głęboko w ziemię pod sobą. Czy ona naprawdę ot tak zaczęła mówić w męskiej formie? Przecież była kotką! Więc dlaczego? Dlaczego jej umysł stwierdził, że dobrym pomysłem będzie kontynuowanie tego, co narzuciła przypadkowo Wąsatkowy Ruczaj? Nie była kocurem, by się zwracać w ten sposób! Była tej samej płci, co Kryształek i biało-czarna wojowniczka, która teraz uważnie jej się przyglądała.
— Coś się stało? — spytała Wilczaczka, zdając się nieco zaniepokojona lub przejęta obecnym stanem uczennicy.
— Chciałem powiedzieć…! Znaczy, chciałam, tak, chciałam! — powiedziała, z trudem opanowując panikę, która powoli przejmowała jej drobne ciało. — Wybacz, muszę iść! — dodała i nie przejmując się teraz możliwymi konsekwencjami, czmychnęła do legowiska starszyzny.
Dawni wojownicy początkowo spojrzeli na nią zdziwieni — a przynajmniej ci, co mogli.
— Coś się stało Zwęglona Łapo? — spytała jako pierwsza Srebrzysta Łuna.
— Tak, znaczy nie! Już sama nie wiem… — mówiła nadal ogarnięta paniką i natłokiem myśli.
— Wdech i wydech — polecił spokojnie biały kocur, który w spokojnym rytmie zaczął oddychać wraz z młódką.
— Dziękuję Ci Blade Lico — podziękowała, wchodząc w głąb legowiska, by następnie podejść do Trzcinniczkowej Dziupli, ówcześnie informując go o swojej obecności blisko niego oraz mówiąc, co będzie robić. Arlekin coś jedynie na to mruknął pod nosem, pozwalając uczennicy na przegląd swojej sierści w poszukiwaniu możliwych kleszczy.
— Wszystko dobrze? — Pytanie ze strony szylkretki na nowo rozbrzmiało.
— Tak, po prostu spanikowałam w czasie rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem — odparła, posyłając starszej nieco niemrawy uśmiech.

«★»

Obecnie

Od stresującej rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem minęło trochę czasu, a dymna starała się unikać starszej, nie chcąc na nowo powracać do natłoku myśli, którego wtedy doświadczyła. Od tamtego momentu nie zdarzyło się już mówić w męskich zaimkach, dzięki czemu powoli zapominała o tym, dusząc głęboko w sobie cichutki głos, który pojawił się niedługo po tamtym dniu. Kukułka zyskała nieco na pewności siebie, lecz nadal ulegała namowom siostry lub innych Wilczaków, które mogłyby ściągnąć na nią gniew zastępców czy też samej liderki.
Górujące słońce z każdym dniem powoli coraz bardziej zaczynało dawać się we znaki, nawet jeśli w większości tereny Klanu Wilka były porośnięte wysokimi i rozłożystymi drzewami. Parne powietrze często wisiało nisko ziemi, oblepiając płuca i drogi oddechowe wojowników, sprawiając, że temperatura w odczuciu była znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Szylkretka właśnie miała wychodzić z obozu, by zapolować na jakieś zwierzęta, którym nie było straszne słońce na niebie, gdy została zatrzymana przez głos, który odbił się echem w jej głowie. Od razu cała zesztywniała, doskonale wiedząc, kto jest właścicielem tego wołania. Spięta odwróciła się na pięcie, by ujrzeć Wąsatkowy Ruczaj, która właśnie zmierzała w jej stronę.
“Niech Klan Gwiazdy ma mnie w opiece” — pomyślała, czekając w napięciu, aż wojowniczka podejdzie wystarczająco blisko.
— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować, w końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam Cię…! — zaprzeczyła, choć raczej nie brzmiała na przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!

<Wąsatkowy Ruczaju?>

30 kwietnia 2026

Od Zwęglonej Łapy (Zwęglonej Kukułki) Do Brukselkowej Zadry

Pora nagich drzew powoli dobiegała końca, jednak mroźne powietrze z rana nadal było obecne, szczypiąc w uszy i nos Wilczaków, które postanowiły tak wcześnie opuścić w miarę ciepłe legowiska. Do tych kotów należała między innymi Zwęglona Łapa wraz ze swoim mentorem Swoim Zmierzchem. Poranne wyjścia wraz ze wschodem słońca stały się nieodłączną częścią dnia ich dwójki, była to ich rutyna, niezmienna, nawet kiedy warunki atmosferyczne nie były najlepsze i każdy wolałby pozostać w obozie, by mieć blisko bezpiecznych legowisk. Jednak ta opcja nie wchodziła w grę u tych Wilczaków, szczególnie u dymnej młódki, dla której te wyjścia były czymś, co pozwalało jej przygotować się psychicznie na kolejny dzień w klanie — tylko wtedy umysł uczennicy był spokojny niczym niezmącona tafla wody na jeziorze. Wtedy miała wrażenie, że wszelkie troski ciążące na barkach jej nie dotyczą i są czymś odległym, zbyt nie namacalnym, by mogła je odczuć. Spokojny wojownik również zdawał się czerpać pełną garścią z tych wspólnych wyjść. Może i panowała między nimi cisza, dla niektórych zbyt ciężka, by dłużej ją wytrzymać, lecz ich dwójce to nie przeszkadzało.
— Zwęglona Łapo. — Niski i opanowany głos Sowiego Zmierzchu rozbrzmiał między cichym świstem wiatru a dźwiękiem ich łap uderzających o ściółkę leśną. — Uważam, że nadszedł czas, byś mogła się ubiegać o rangę wojownika — kontynuował ze spokojem, czego nie można było powiedzieć o rozszalałym sercu szylkretki, które zdawało się zaraz wyskoczyć z jej piersi.
— J-ja… — mruknęła, a jej głos zaczął się łamać. — Ja sama nie wiem, czy jestem gotowa… — wyjaśniła, spuszczając wzrok na własne łapy. Nie chodziło jej o to, że nie wierzyła w zdolności liliowego do przekazywania wiedzy, lecz żółtooka nie była pewna tych swoich. Jej pewność siebie nadal nie była wystarczająca, by uwierzyć, że podoła walce.
— Jesteś, musisz tylko w siebie uwierzyć. Gdybyś nie była gotowa, to by Ci tego teraz nie mówił — odparł starszy, spoglądając na uczennice z lekkim uśmiechem na pysku.

«★»

Kiedy tylko wrócili do obozu, wojownik udał się do legowiska Zalotnej Gwiazdy, zapewne, by przekazać, iż Zwęglona Łapa jest gotowa do pojedynku przed całym klanem, by udowodnić, że zasługuje na nową rangę. Sama świadomość tego, że miałoby się odbyć przed wszystkimi Wilczakami, sprawiała, że młódkę ogarniał paraliżujący strach. Z tego też powodu stała niemal na środku obozu niczym posąg, mając wzrok utkwiony w wejściu do legowiska liderki, gdzie chwilę wcześniej zniknął jej mentor.
— Zwęglona Łapo? — Nieco zmartwiony głos rozbrzmiał tuż obok. — Coś się stało?
Szylkretka dopiero po chwili skierowała swoje przerażona spojrzenie na przybraną matkę. Brukselkowa Zadra zawsze ją wspierała, uspokajała, kiedy do głosu dochodziły jej absurdalne obawy. Kotka była tuż obok, gdy Węgiel potrzebowała jej najbardziej, niczym prawdziwa rodzicielka.
— Sowi Zmierzch powiedział, że jestem gotowa, by zawalczyć o rangę wojownika… — przyznała młódka, czując, jak puszysty ogon wojowniczki muska ją po szylkretowym boku.
— Nie masz się czym martwić kochanie. Będę tuż obok — wymruczała starsza, na co dymna przylgnęła do niej.

«★»

Głos Zalotnej Gwiazdy niósł się przez cały obóz, a każdy wojownik przebywający w nim, przerwał dotychczasowe czynności i chwilę później porzucić je na rzecz powstającego zbiorowiska przed ściętym pniem, będącym miejsce przemówień liderów. Najdłużej zbierała się do tego żółtooka znajdka, która ruszyła dopiero z miejsca, kiedy natknęła się na zielone ślepia Sowiego Zmierzchu. Wojownik zatrzymał się, w oczekiwaniu aż jego podopieczna dołączy do niego i razem udadzą się do zgromadzenia przy pniu, na którym czekała liderka. Dymna przełknęła głośno ślinę wraz z gulą, która zdążyła powstawać w jej gardle, by wykonać parę kroków w stronę pręgowanego i wraz z nim skierować się do zbiorowiska Wilczaków.
— Zwęglona Łapo, Twój mentor uważa, że jesteś gotowa, by zostać wojownikiem Klanu Wilka. By sprawdzić słuszność jego słów, odbędziesz walkę ze Sowim Zmierzchem. — Głos Zalotnej Gwiazdy był chłodny w odczuciu młódki, lecz starała się nie okazywać tego, jak bardzo zestresowały ją słowa starszej. — Jeśli wygrasz, otrzymasz nowe imię i zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem, jednak jeśli przegrasz, będziesz kontynuować naukę jako uczeń.
Uczennica jedynie skinęła głową i po chwili stanęła naprzeciwko swojego mentora, z którym miała zawalczyć o awans w klanowej hierarchii. Nie raz miała możliwość stanąć przeciwko pręgowanemu, lecz co innego były treningi, na których dopiero się wszystkiego uczyła lub szlifowała zdobyte umiejętności, a co innego stanięcie z nim do pojedynku, mający się rozegrać na oczach całego klanu. Nie chciała zostać pośmiewiskiem Wilczaków, którzy będą się na niej wyładowywać z powodu gorszego dnia lub niepowodzenia. Determinacja powoli zaczynała dominować nad strachem i obawami — nie zamierzała zawieść Brukselkowej Zadry, Kryształowej Łapy, siebie i Sowiego Zmierzchu. Miała zamiar udowodnić każdemu, że ów wojownik był najlepszym nauczycielem, jaki mógł zostać jej przydzielony.
Walka nie trwała długo o dziwo, a każdy ruch młódki był dokładnie przemyślany wraz z uwzględnieniem marginesu błędu i możliwymi scenariuszami, jak każdy atak lub obrona mogły się zakończyć. Z racji różnicy w rozmiarach, miała niewielką przewagę nad liliowym ze względu na swoją jeszcze drobną budowę, przez co walka z jej strony opierała się głównie na unikach i silnych, jednorazowych atak w odpowiednim momencie. Dzięki treningom z kocurem nabrała tężyzny, przez którą była porównywana do rudej siostry Gwiazdnicowego Blasku. Węgiel niedane było nigdy poznać Zaćmiony Horyzont, lecz cętkowana kotka lubiła opowiadać o swoim rodzeństwie swoim przybranym siostrom.
Kiedy tylko walka dobiegła końca, głos zabrała Zalotna Gwiazda:
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Zwęglona Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Zwęglona Łapo, od tej pory będziesz znana jako Zwęglona Kukułka. Klan ceni twoje oddanie i siłę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Po chwili rozległy się gromkie okrzyki Wilczaków, które powtarzały ciągle nowe imię dymnej. W końcu jednak koty zaczęły się rozchodzić, kiedy ekscytacja walki nowo mianowanej minęła, by wrócić do wcześniejszych czynności, które zostały przerwane przez głos liderki. Jedynymi kotami, które pozostały były Brukselkowa Zadra, Gwiazdnicowy Blask i Kryształowa Łapa.

<Mamo, jesteś ze mnie dumna?>
[985 słów]

[20%]

29 kwietnia 2026

Od Zwęglonej Łapy CD. Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka)

Koniec poprzedniego sezonu, pory opadających liści

Los chyba lubił jej się śmiać prosto w pysk, biorąc pod uwagę, jakie miała szczęście, co do ilości spotkać z Nocną Łapą w ciągu jednego dnia. Niby to nic wielkiego, w końcu są w jednym klanie, więc prędzej czy później i tak, by na siebie wpadli, jednak jakie jest prawdopodobieństwo, aby później mieli wspólny patrol? Przez pewien czas myśli te zaprzątały głowę szylkretki w czasie ich wspólnego wyjścia. W końcu jednak dała sobie z tym spokój, nie chcąc się doszukiwać czegoś więcej w zwykłym przypadkowym wpadnięciu na siebie w obozie.
Większość drogi spokojnie kroczyła z ciemnym kocurem za dwójką mentorów, którzy rozmawiali nieco przyciszonymi głosami, jakby treść ich konwersacji nie była przeznaczona dla uszu młodszych. Zwęglona Łapa nie próbowała nawet wytężać słuchu, by z ciekawości podsłuchać fragment wymiany zdań pomiędzy wojownikami — cieszyła się z panującej względnej ciszy pomiędzy ich czwórką. Jedyne, co docierało do jej uszu to dźwięki, które wydawał otaczających ich las, jakby oddychał w swoim własnym, spokojnym rytmie. Był on niezwykle kojący i wyciszający czasem za bardzo rozpędzone myśli młódki, choć zdarzało się, że to ona je napędzała jeszcze bardziej przez swoją nieufność wobec innych, obawy i podejrzenia co do zamiarów pobratymców. Zawsze doszukiwała się drugiego dna w słowach, tonie, barwie głosu, mimice czy mowie innych części ciała u Wilczaków — wyglądało to nieco na paranoję, a w zasadzie zaczynało się to nią stawać, czego nie była w stanie dostrzec. Dlatego też zawsze, gdy opuszczała raczej tłoczny obóz, czuła, jak jej ciało od razu się rozluźnia, pozwalając, by przemawiał przez nią oddech otaczającego lasu.
Błogi spokój został jednak w pewnym momencie przerwany przez nieco przeszywający wzrok Nocnej Łapy, który kroczył tuż obok. Wcześniejszy spokój ustąpił ponownemu napięciu i obawom — czyżby chciał ją za coś skrytykować, a może doszukiwał się jakichś słabości w niej, by później to wykorzystać na swoją korzyść? Z każdym kolejnym pytanie, wyrażającym obawę, jej serce przyspieszało, zaczynając nieprzyjemnie obijać się o żebra, budujące jej klatkę piersiową. W duchu modliła się do Gwiezdnych, by zabrali ją z zasięgu wzrok starszego, aby pomarańczowe ślepia kocura już nie były skupione w pełni na niej.
Po paru krokach uciążliwe uczucie bycia obserwowaną zniknęło, więc modły do Przodków musiały zadziałać. Szylkretka mimowolnie odetchnęła z ulgą, nie przejmując się zbytnio tym, że Nocna Łapa mógłby to zauważyć — dopóki nie przyglądał się jej tak intensywnie, jak chwilę temu, to będzie wszystko dobrze. Na szczęście dalsza część patrolu przebiegała spokojnie i nad wyraz długo, gdyż do obozu wrócili, dopiero kiedy słońce zdążyło już się schować za linią horyzontu tworzoną przez wierzchołki drzew. Uczennica nawet nie wiedziała jakim cudem nadal brnie do przodu, choć jej łapy zdawały się jasno wysyłać sygnały, że wystarczy wędrówek na najbliższe dni. Mimo to nic oprócz wolniejszego tempa marszu nie wskazywało na to, by dymna skarżyła się na jakiekolwiek dolegliwości — była typem kota, który swój ból nosi głęboko w sobie i przeżywa go w samotności, jakby jakakolwiek oznaka okazania go publicznie była czymś niewybaczalnym, czy śmiertelnym zagrożeniem.
Tuż przed legowiskiem uczniów, Tropiąca Łaska udzieliła drobnej przypominającej reprymendy, której świadkami była Zwęglona Łapa ze swoim mentorem. Niewielki i chwilowy uśmiech wkradł się na jej biały pysk, kiedy słuchała krótkiej wymiany zdań pomiędzy wojowniczką i jej uczniem. Może źle wcześniej oceniła Nocną Łapę i kocur wcale nie jest zagrożenie, za jakie go bierze?
— Zwęglona Łapo — zaczął liliowy, na co młódka od razu skierowała na niego spojrzenie. — Wraz z Tropiącą Łaską ustaliłem, że jutro odbędziecie wspólny trening. Obojgu wam wyjdzie to na dobre, szczególnie tobie — wyjaśnił starszy, a następnie nie czekając na odpowiedź młodszej, oddalił się za czekoladową, życząc przy tym dobrej nocy.
— Dobrze… — mruknęła cicho, choć wojownik i tak nie mógł jej usłyszeć. — Nie idziesz spać? — spytała nieco głośniej, kierując te słowa do Nocnej Łapy, który usiadł w miejscu, gdzie dotychczas stał, zamiast skierować się do legowiska uczniów na odpoczynek po całym dniu.
— Jeszcze nie… jeszcze chwila — odpowiedział, na co skierowała wzrok na nocny firmament nad ich głowami, będący obecnie pod obserwacją kocura.
— No dobra… — odparła, wzruszając ramionami i z cichym ziewnięciem skierowała się do legowiska, w którym po chwili zniknęła.
Przez to wszystko, co dziś się wydarzyło, kompletnie zapomniała o siostrze. Z drobną obawą od razu skierował swój wzrok w jej kierunku, a kiedy upewniła się, że na jej jasnej sierści czy też ciele nie ma żadnych niepokojących oznak, odetchnęła z ulgą. Może i była nieco nazbyt przewrażliwiona na punkcie ochrony swojej siostry, jednak Węgiel nie chciała, by ta zbyt szybko straciła swoje pokłady optymizmu i energii, które kontrastowały w obecności cichszej siostry. Były niczym dzień i noc, słońce i księżyc, dźwięk i cisza — dwa przeciwieństwa, które bez siebie nie miały prawa bytu na tym świecie. Z ciężkim westchnięcie, będące oznaką zmęczenia po całym dniu, pełnym wrażeń, ułożyła się na swoim posłaniu, które wyjątkowo blisko było tego należącego do Kryształowej Łapy. Żółtookiej nigdy to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, dźwięk powolnego oddechu niebieskiej i ciepła bijącego od niej było czymś, co Węgiel potrzebowała do zaśnięcia — a bardziej świadomość, że kolejny dzień minął, a jej siostra jest cała i zdrowa.
Szylkretka nie należała do grona kotów, które lubują się w długim spaniu, także już wraz z pierwszymi nieśmiałymi promieniami słońca, przebijającymi się przez barierę liści nad głowami uczniów, zaczęła się przebudzać. Jej poranna rutyna raczej nie była jedną z tych dłuższych, ot co sprawdzenie, czy Kryształowa Łapa nadal śpi, względne ułożenie zmierzwionego futra po przespanej nocy i drobne rozciąganie, by rozruszać ciało. Tym razem czynności te zostały zaburzone przez obecność dwóch czarnych piór przy posłaniu uczennicy, która była pewna, że tych nie było, gdy wróciła o późnej porze i kiedy odbywała w błogi sen.
Zaskoczona znaleziskami, zamrugała kilka razy, jakby sprawdzając, czy z kolejnym ruchem powiek pióra niespodziewanie znikną, utwierdzając ją w podejrzeniach, że to oczy z umysłem płatają jej jakiegoś nieśmiesznego figla z rana. Jednak ku zdziwieniu uczennicy pióra nadal leżały w dotychczasowym miejscu, na co ta zmrużyła nieco oczy, próbując odgadnąć, kto jej tu zostawił. Dopiero po chwili ją olśniło, że takie pióra przecież widziała wczoraj u Nocnej Łapy — jednak czemu teraz znajdowały się przy jej legowisku, a nie wplecione w futro starszego? Nie chcąc, by doszło do jakiegoś nieporozumienia, delikatnie chwyciła je w zęby, a następnie bezszelestnie przemknęła między śpiącymi uczniami, by dotrzeć do tego jednego i odłożyć jego własność przy posłaniu, na którym obecnie spokojnie spał.
Po tym kotka opuściła legowisko, by przywitać się ze Swoim Zmierzchem, który już na nią czekał. Ich poranne wyjścia z obozu stały się ich wspólną rutyną, którą wytworzyli w ciągu ostatnich księżyców, kiedy to liliowy szkolił Zwęgloną Łapę na przyszłą wojowniczkę Klanu Wilka. Choć przed nią samą jeszcze trochę daleka droga nim będzie mogła stanąć do walki o nowy tytuł.

<Nocna Łapo? Chyba nie do końca ktoś zrozumiał przekaz tych piór>
[1103 słowa]

[22%]

04 kwietnia 2026

Od Zwęglonej Łapy Do Wąsatkowego Ruczaju

Zwęglona Łapa powoli zaczynała doceniać czas spędzany poza obozem, gdyż wtedy była znacznie mniejsza szansa spotkania innego Wilczaka, który miałby ochotę akurat do niej otworzyć pysk — zbyt wiele takich kotów nie było, jednak nawet Kryształowa Łapa ze swoim entuzjazmem bywała niekiedy męcząca, a treningi z Sowim Zmierzchem dawały jej chwilę wytchnienia od dość energicznej siostry. Może i przez to nie była najlepszą siostrą na świecie, jednak liliowy wojownik pomagał jej powoli akceptować to, że nie pod każdym względem jest idealna i jak każdy ma prawo czuć się zmęczona czyjąś obecność, nawet najbliższej rodziny. Jedyne, na co mogła narzekać, kiedy spędzała czas z mentorem to jego pytania o wiarę — dotychczas zbywała go, mówiąc, że jest niewierząca, jednak ten chyba nie był do końca przekonany, gdyż co jakiś czas powracał do tego tematu.
Zielonooki rano postanowił potrenować polowanie z szylkretką, gdyż to jej nieco gorzej szło, w sumie jak większość dotychczasowych nowych umiejętności, które musiała opanować. Mimo to pręgowany dostrzegał w swojej uczennicy nieodkryty potencjał, szczególnie związany z pewną przynależnością młódki, kiedy tylko ukończy szkolenie oraz udowodni swoją pełną lojalność klanowi. Nim jednak do tego dojdzie, to jeszcze trochę pracy jest przed nimi, a zapału Zwęglonej Łapie raczej nie brakuje, choć z tym może być różnie z biegiem czasu. Co mogłoby poskutkować zmniejszającą się liczbą członków kultu Mrocznej Puszczy w klanie, nawet jeśli obecnie pięć potomków kultystów była przygotowywana do dołączenia. Każdy Wilczak szerzący słowo Miejsca, gdzie Brak Gwiazd był na wagę złota.
Dymna nie do końca wiedziała, że oprócz Klanu Gwiazdy można wierzyć w coś jeszcze. Nawet siebie zbytnio nie uważała za idealną wierną, lecz zawsze starała się dziękować Przodkom za zwierzynę i przetrwanie kolejnego dnia. Żyła przekonaniem, że ci czuwają nad nią i siostrą, kiedy to otoczeni są przez mało przyjemne persony, jakimi była większość Wilczaków.
Ich kroki były skierowane wzdłuż brzegu ogromnego jeziora, z którego można było dostrzec Spaloną Zatoczkę. Szylkretka nie była pewna czy to dobre miejsce do polowania, jednak polegała głównie na wiedzy Sowiego Zmierzchu, który zapewne wiedział, gdzie jest idealne miejsce do łowów w czasie opadających liści. Po kolejnych paru krokach jej wątpliwości zostały rozwiane przez cichy szelest w poszyciu lasu — jakby na zawołanie zwierzyna sama im chciała wpaść do łap lub jeszcze lepiej, pysków, by chętnie zostać zjedzoną przez któregoś z Wilczaków. Terminatorka spojrzała na swojego mentora w niemym pytaniu, które z nich ma upolować zwierzynę. Krótki ruch głowy zielonookiego wystarczył, by Węgiel zrozumiała, że to właśnie jej przypadnie ten jakże wielki zaszczyt.
Na ugiętych łapach, niemal szorując brzuchem po ściółce podeszła bliżej niewielkiego stworzonka, które przed chwilą popełniło największy błąd w swoim życiu. Dymna starała się, jak mogła pamiętać o każdej uwadze Sowiego Zmierzchu na temat jej braków w pozycjach łowieckich, poruszaniu się, starając podchodzić zwierzynę pod wiatr — co niestety po chwili uległo zmianie wraz z kierunkiem wiatru. Kiedy tylko poczuła, że jej białe wąsy nie napotykają podmuchu powietrza ze strony zwierzyny, przystanęła w miejscu. Doskonale odczuwała na sobie także palące spojrzenie starszego, który z uwagą obserwował jej ruchy, by później poinformować ją o błędach, które zdążyła popełnić, jednakże starała się o tym teraz zbytnio nie myśleć, skupiając umysł na świadomości własnego ciała i otoczenia.
Kiedy tylko była pewna, że podeszła wystarczająco blisko swojej ofiary, wyskoczyła do przodu. Jedyne czego nie wzięła pod uwagę to swojej siły w tylnych łapach, więc o mało co nie przeskoczyła zwierzyny — na szczęście Gwiezdni jej sprzyjali i żyjątko zrobiło kilka kroków w stronę przeciwną do Węgiel. Z wysuniętymi pazurami w łapach pochwyciła piszczkę, by następnie w jej szyi zatopić zęby, dopiero czując pióra pod poduszkami i na podniebieniu, zdała sobie sprawę, że właśnie udało jej się złapać kosa. Może nie grzeszył rozmiarem, jednak ptak to ptak, więc szylkretka była dumna z siebie, że w końcu udało jej się upolować coś większego niż nornica czy mysz.
— Nadal brakuje Ci pewności w ruchach, jednak jest lepiej niż na początku. — Głos liliowego kocura rozbrzmiał tuż za nią, przez co nieco się spięła, nie podejrzewając, że Sowi Zmierzch aż tak blisko był. Szybko jednak starał się wrócić do wcześniejszej, dumnej, nieco zrelaksowanej postawy, by wojownik nie miał jeszcze się do czego przyczepić.

«★»

Większość drogi powrotnej w stronę obozu młódka niosła w pysku martwego kosa, którego sterczące pióra co jakiś czas łaskotały łaciaty noc szylkretki, jednak mimo tego ani razu nie poprawiła chwytu, jakby w obawie, że jak tylko wypuści z pyska ptaka, to ten nagle ożyje i w mgnieniu oka poderwie się do lotu. Dopiero kiedy dotarli do kolejnego punktu dzisiejszego treningu, Węgiel pozostawiła zdobycz na ziemi, przez chwilę intensywnie się jej przypatrując, jakby w ten sposób nabierała pewności, że upierzony nie stwierdzi nagle, że sobie stąd odleci. Po paru uderzeniach serca oderwała wzrok od martwej zwierzyny, by następnie skierować swoje kroki za Sowim Zmierzchem, który planował naukę wspinaczki na drzewa. Dymna nie miała lęku wysokości, jednak niezbyt jej się uśmiechało wspinać, nie wiadomo ile długości nad ziemię, by z każdą gałęzią zwiększać szansę na bardziej bolesny upadek, a nawet śmierć.
— Lęku wysokości nie masz? — Terminatorka pokiwała przecząco głową z widoczną niechęcią. — Upadku nie masz co się obawiać, gdyż nie wyśle Cię od razu na sam wierzchołek drzewa, wolałbym, byś jeszcze trochę pożyła — przyznał pręgus, by następnie oprzeć przednie łapy na korze. — Najważniejsze jest pewne wbicie pazurów i upewnienie się, że kora nagle nie odpadnie od pnia. Później musisz użyć siły, by podciągnąć się wyżej i zaczepić pazury w nowym pewnym miejscu.
Brzmiało to raczej prosto, jednakże żółtooka nie raz zdążyła się przekonać, że to, co brzmiało banalnie w rzeczywistości, okazywało się czymś znacznie trudniejszym, niż zakładała. Jedyne co jej teraz pozostawało to wziąć głęboki wdech i długi wydech, by po chwili samej zaczepić pazury o chropowatą powierzchnię drzewa. Nim jednak rozpoczęła wspinaczkę, zadarła głowę, by spróbować dojrzeć szczyt, który jak się okazało, był dość zaskakująco nisko, choć dla niej i tak mógłby być jeszcze niżej — miałaby wtedy pewność, że jeśli Sowi Zmierzch pokusi się o zachęcenie jej do wspinaczki jeszcze wyżej, to upadek nie będzie stanowić zagrożenia dla jej krótkiego żywota.

«★»

“Nigdy więcej” — pomyślała, na nowo niosąc w pysku kosa, kiedy to już zdecydowanie wracali do obozu bez żadnych przystanków po drodze. Cały ten czas szylkretka błagała w duchu Przodków, by ci odciągnęli starszego od tych swoich świetnych pomysłów. Ci najwidoczniej byli po jej stronie, gdyż gdy tylko ujrzała dobrze znany tunel w krzewach, odetchnęła widocznie z ulgą, na co wojownik jedynie przewrócił oczami, by następnie poinstruować uczennicę, aby zaniosła zdobycz na stos i zajrzała do starszyzny w ramach odpoczynku przed późniejszym patrolem. Dymna jedynie skinęła głową, ruszając z kosem w pysku, by dorzucić go do reszty piszczek upolowanych przez innych Wilczaków.
Dumna odwróciła się na pięcie, by ruszyć do starszyzny, po dołożeniu swojej zdobyczy do pozostałych, kiedy niespodziewanie na kogoś wpadła. W ostatnich dniach miała wyjątkowego farta, co do tego — najpierw Nocna Łapa, a teraz czarno-biała wojowniczka. Ciężko przełknęła ślinę, uświadamiając sobie, że ma do czynienia z córką jednego z zastępcy klanu. Miała chyba szczególnego pecha, co do kotów spokrewnionych z najwyżej postawionymi personami w klanie.
— Przepraszam… — wydukała, spuszczając wzrok na swoje barwne łapy.

<Wąsatkowy Ruczaju?>
[1166 słów + wspinaczka na drzewa]

[23% + 5%]

03 kwietnia 2026

Od Zwęglonej Łapy CD. Nocnej Łapy

Dymna spodziewała się wszystkiego, tylko nie przeprosin ze strony kocura, dlatego też zdziwiona zamrugała kilka razy, nim cokolwiek odpowiedziała na późniejszą propozycję rozmówcy. Większość Wilczaków kojarzyła jedynie z wyglądu lub przypadkiem usłyszanych rozmów, nie będąc tak otwarta, jak Kryształowa Łapa, była świadoma faktu, iż jej grono znajomych raczej nie będzie zbyt duże, a bliższych przyjaciół jeszcze mniejsze. Jednakże czy jej to przeszkadzało? Niekoniecznie, a przynajmniej nie doświadczyła chyba jeszcze żadnej sytuacji, w której byłoby to uciążliwe. Chcąc mieć już za sobą rozmowę z kocurem, udzieliła mu w końcu odpowiedzi, nie spodziewając się, że w jej głosie pojawi się słyszalna irytacja.
— Nie chcę ci zabierać zdobyczy…
— Och! Nie zabierasz! Ja jadłem rano! To … nowe, świeże. Proszę. Weź! — Kocur nieco uniósł wiewiórkę w zachęcającym geście, która jeszcze chwilę temu spoczywała na jego łapach, by nie podzielić losu piszczki wybranej przez szylkretkę na posiłek po treningu.
–– No… no dobra. — W końcu przystanęła na propozycję Wilczaka i delikatnie pochwyciła jeszcze ciepłą zdobycz, co potwierdziło słowa Nocnej Łapy, że zdobycz jest świeża, niedawno złapana. Skupiona, by nie dotknąć przez przypadek kocura, nie dostrzegła momentu, kiedy na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech.
–– Smacznego! O! W ogóle. Masz ochotę, któregoś dnia poćwiczyć walkę? –– spytał, jakby nie będąc świadomym różnicy pod względem fizycznym między sobą a żółtooką. — Oczywiście możesz odmówić! Nie… nie obrażę się! — dodał po chwili, machając łapami w zawstydzeniu.
Nagła ekspresja ucznia nieco onieśmieliła Węgiel, która nie wiedząc zbytnio co zrobić czy też powiedzieć, stała w miejscu, uciekając wzrokiem w bok. Nie czuła potrzeby nawiązywania żadnych relacji z innym, uważając, że wystarcza jej wąskie grono, do którego należała Kryształowa Łapa, Brukselkowa Zadra i Sowi Zmierzch. Było to raptem trzy koty na krzyż, lecz jej więcej do szczęścia nie było potrzebne — nawet jeśli każdy z wymienionych twierdził co innego, to młódka pozostawała nieugięta w tej sprawie, jakby możliwość posiadania jakichkolwiek znajomych wśród rówieśników było czymś na wzór zbrodni, zdrady wobec niewielkiego grona kotów, z którymi rozmawiała codziennie. Pomimo zostania uczennicą, starała się zawsze znaleźć jakiś moment w ciągu dnia, by zamienić, choć parę słów z liliową kocicą, która uratowała ją i siostrę przed samotną śmiercią w lesie.
— Dzięki… Spytam Sowi Zmierzch, co sądzi o tej propozycji — odpowiedziała nieco niewyraźnie przez trzymaną wiewiórkę w pysku. Po tym nie czekając na odpowiedź kocura i dalszy ciąg tej niezręcznej dla niej rozmowy, ruszyła w stronę wcześniej upatrzonego miejsca, przez jakiś czas czując na sobie spojrzenie Nocnej Łapy, kiedy kocur odprowadzał ją wzrokiem. Kiedy to nieprzyjemne, wręcz palące uczucie minęło, odetchnęła z ulgą, układając się wygodnie na kawałku trawy, który cudem uniknął takiego zalania, jak pozostała część polany.

«★»

Reszta dnia, aż do wieczornego patrolu nieco się dłużyła Zwęglonej Łapie, jednak kotka nie narzekała, gdyż w tym czasie mogła na spokojnie zająć się innymi obowiązkami, takimi jak przyniesienie zwierzyny dla starszych, królowych w żłobku, przejrzenie, czy dawni wojownicy nie mają gdzieś kleszczy, wymiana mchu w ich posłaniach. Była to ogólnie mniej lubiana robota przez większość uczniów, jednak szylkretka nie narzekała, korzystając wręcz z takich momentów, gdzie mogła przysłużyć się klanowi w inny sposób niż walka i polowanie — nie żeby była kiepska w drugim z wymienionych, jednak czasem świadomość tego, że jej łapy niosą śmierć, nawet dla dobra klanu, była czymś ciężkim, przytłaczającym. Dlatego też starając się zbytnio o tym nie myśleć, skupiała swoje myśli na powtarzalnej pracy, jaką było przeglądanie mchu, wydzielanie zużytych partii i pozbywanie się ich. Nawet mysia żółć zdawała się nie być tak obrzydliwa w smaku, jak to inni opisywali lub okazywali poprzez grymasy na pyskach.
Może dla innych tego typu praca mogła być uważana w niektórych sytuacja za karę, jednakże dymna była wdzięczna za takie momenty, kiedy to czas płynął własnym rytmem, łapy pracowały same, a ona miała czas dla siebie. Dlatego też właśnie przeglądała sierść Bladego Lica, po części przysłuchując się rozmowom pozostałej części starszyzny, którzy co jakiś czas zawieszali spojrzenie na młódce — oprócz Trzcinniczkowej Dziupli ze względu na jego nabytą ślepotę w czasie wojny z Klanem Klifu, mająca miejsce księżyce temu. Zwęglona Łapa raczej nie rozmawiała zbyt z dużo ze starszymi, jednak bardzo dobrze mogła wyczuć napięcie pomiędzy niektórymi kotami, co na przykład miało miejsce pomiędzy dymnym arlekinem a białym kocurem, którego końce uszu zdobiły pędzelki.
Kiedy tylko terminatorka zakończyła pracę w legowisku piątki mieszkańców, udała się do stosu, z którego tym razem wzięła piszczkę dla Wrotyczowej Szramy, mającej na głowie aż trójkę kociąt, z czego jedno z nich nie było jej potomstwem, a Cienistej Zjawy z zapewne jakąś samotniczką. W jakby się zastanowić to chyba znaczna część młodych kotów klanie nie była do końca czystej wilczackiej krwi, chociaż gdyby było inaczej, to byłoby ciężko zachować brak kompletnego pokrewieństwa między większością członków, by później nie doszło do sparowanie się dwójki kotów z jednej rodziny. Pogrążona w myślach o mało, co nie wpadła na jedno z kociąt, a dokładniej rudego kocurka, będącego wnukiem samej liderki — dymna wolała nie myśleć, co by kocica jej zrobiła, gdyby dowiedziała się, że coś jej wnukowi się stało i to z racji nieuwagi jakiejś znajdy.
Starając się nie zamartwiać na zapas własnym losem, położyła piszczkę przed liliową wojowniczką, a następnie zajęła się przeglądaniem jednym z posłań, które były zrobione na zapas, gdyby do legowiska miały dołączyć jeszcze inne królowe w międzyczasie. Węgiel nie przepadała za innymi kotami, co było wiadomo nie od dziś, jednak do tego grona wliczały się także kocięta, do których po prostu nie miała łapy — nie nadawała się na jakąś dobrą ciotkę, co regularnie przychodzi zabawić się z malcami, umilić im czas i nieco odciążyć królowe, dlatego też bardziej wolała czas, który spędzała u starszyzny, gdyż ci nie narzekali na jej milczenie i sumienne wykonywanie obowiązków w ciszy. Jasne zdarzało się, że coś do niej mówili, opowiadali, jednak szylkretka głównie słuchała, potakiwała lub odpowiadała pojednyczymi słowami, bądż prostymi zdaniami. Nikt nie oczekiwał od niej wylewności, którą spotyka się u większości młodych kotów, za co była im wdzięczna.
W końcu czas od posiłku i niezręcznej sytuacji ze starszym kocurem minął, a słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, będącego linią stworzoną w większości przez wierzchołki najwyższych drzew w lesie. Kotka właśnie zmierzała w stronę wyjścia z obozu, gdy kątem oka dostrzegła pewną sylwetkę, którą miała okazję dziś już poznać z bliska. Początkowo myślała, że jedynie jej się przewidziało, jednak kiedy z każdym krokiem czarny uczeń zbliżał się w tym samym kierunku, co ona, nie miała już żadnych wątpliwości — właśnie miała iść na patrol z terminatorem, który pytał o wspólny trening walki. Czyżby nawet Gwiezdni chcieli, by poznała kogoś zbliżonego do swojego wieku, niebędącego członkiem jej rodziny? Dopiero kiedy nerwowo przełknęła ślinę, zauważyła czekoladową wojowniczkę obok Sowiego Zmierzchu, która zapewne musiała być mentorką ucznia.

<Cóż za przypadek Nocna Łapo>
[1095 słów]

[22%]

02 kwietnia 2026

Od Zwęglonej Łapy Do Nocnej Łapy

Szylkretowy bok uczennicy w równym i spokojnym tempie podnosił się z wdechem, by następnie opaść, kiedy tylko wcześniej zaciągnięte powietrze opuściło płuca śpiącej. Zwęglona Łapa pogrążona we śnie nie zdawała sobie sprawy, że z każdym uderzeniem serca ucieka jej czas do porannego treningu z Sowim Zmierzchem, a nic nie wskazywało, by młódka w przeciągu najbliższych chwil miała się wybudzić. Paru uczniów już powoli zbierało się do wyjścia z legowiska na śniadanie lub pierwszy trening tego dnia, lecz nikt nie wpadł na pomysł, by obudzić dymną, która zwykle jako pierwsza opuszczała posłanie, by już na zewnątrz poczekać na swojego mentora. Dopiero późniejsze pojawienie się wojownika w legowisku uczniów sprawiło, że Zwęglona Łapa została wybudzona ze snu.
— Zwęglona Łapo. — Głos Sowiego Zmierzchu był niski, a zarazem zrównoważony, niczym on sam. Dźwięk zdawał się rezonować w ciele uczennicy, skutecznie ściągając jej umysł na ziemię.
— Sowi Zmierzchu… Co tu robisz? — spytała, leniwie podnosząc głowę, by nieco sennie spojrzeć na starszego.
— Spóźniłaś się. — Te dwa słowa wystarczyły, by serce w jej klatce gwałtownie przyspieszyło akcje, nieprzyjemnie obijając się o żebra, jakby miało zaraz wyskoczyć. Stres i panika zalały szylkretowe ciało Węgiel, jakby właśnie dochodziło do niej, że popełniła najgorszą zbrodnię, jakiej mogła się dopuścić pod wpływem emocji, niepoczytalna. Niczym poparzona zerwała się z posłania, by czym prędzej opuścić legowisko, przepraszając w kółko zielonookiego.
Dopiero dotyk ogona na jej boku sprawił, że zaprzestała wypowiadania jednego słowa niczym mantry. Wzrok miała utkwiony we własnych różnobarwnych łapach, starając się je zakryć coraz gęstszym ogonem, na którym sierść z każdym księżycem powoli przybierała na długości.
— Zwęglona Łapo, spójrz na mnie. — Po chwili wahania, żółte oczy spoczęły na spokojnym pysku wojownika. — To, że raz się spóźniłaś, nie sprawi, że wszystko nagle zacznie się walić. Rozumiem, że dziś musiałaś dłużej spać, by zregenerować siły po wczorajszym dniu — wyjaśnił cierpliwie kotce, która starała się przez całą wypowiedź nie uciekać wzrokiem, co było nie lada wyzwaniem.
— Rozumiem, postaram się już nie spóźniać… — mruknęła, kierując swoje żółte ślepia na centrum obozu, które powoli coraz bardziej zaczynało tętnić życiem.
— Nie — zaprzeczył twardo wojownik. — Masz sobie pozwolić na takie momenty. Nie wszystko musi być idealne, jesteś jedynie młodą kotką i w dodatku uczennicą Klanu Wilka, więc powinnaś być świadoma swych wad i zalet. A jeśli nie, to inni mniej lub bardziej przyjaźnie ci to uzmysłowią.
Słowa liliowego sprawiły, że szylkretka zastrzygła prawym uchem, ze skupieniem chłonąc jedną z lekcji, których udzielał jej Wilczak. Nie była to jedna z tych, których wymagano od każdego mentora, a bardziej coś życiowego, by dymna z czasem mogła stać się lepszą wersją siebie, nie tylko pod względem wojowniczych umiejętności, ale także całokształtu, jakim sobą będzie kiedyś reprezentować.
— Dziękuje Sowi Zmierzchu, jestem bardzo wdzięczna, że trafiłam na Ciebie jako mentora — odparła z lekkim uśmiechem, posłanym w stronę zielonookiego.
— Skoro to mam załatwione, to chciałbym Cię dziś zabrać do tuneli. Każdy Wilczak musi opanować umiejętność walki, nawigacji w tunelach i wspinaczki na drzewa, o samym polowaniu nie wspominając, gdyż to podstawy podstaw, by móc przeżyć — wyjaśnił, podnosząc się z dotychczasowego miejsca, które zajął na czas rozmowy z szylkretką. Ta po chwili ruszyła za kocurem, by rozpocząć ich wspólną wędrówkę do tuneli.
W ostatnich dniach deszczowych dni było znacznie więcej niż w pierwszej połowie sezonu, więc musieli korzystać z w miarę dobrej pogody, która się utrzymywała. W innym wypadku lekcja w tunelach mogłaby być zagrożeniem dla młódki, jak i samego wojownika. Sama ściółka leśna powoli zmieniała się w coraz większe bagno z kałużami po drodze z powodu zbyt dużej ilości wody, której podłoże nie było w stanie tak szybko przyjąć. W dodatku opadłe liście powoli zaczynały się rozkładać, a te, które dopiero niedawno odłączyły się od życiodajnej gałęzi drzewa, stanowiły idealny grunt do poślizgu.
— Tunele dla sporu kotów są tematem sprawiającym trudności, szczególnie na początku, gdyż wzrok staje się zbędny przez panujący mrok. Za to inne zmysły stają się niemal niezbędne do odnalezienie się w zawiłych korytarzach ciągnących się pod ziemią. Słuch, smak, węch, dotyk stają się receptorami, na których polegasz w warunkach i zaraz doświadczysz. Chociaż orientacja też odgrywa tu kluczową rolę, by choć w mniejszym stopniu mieć pojęcie gdzie się jest. — Tłumaczenia Sowiego Zmierzchu zawsze były obszerne, ale i rzeczowe, zawierając to, co było najważniejsze w danym momencie dla szkolącej się szylkretki. — Wibrysy odgrywają kluczową rolę, poprzez ocenienie szerokości tunelu czy kierunku podmuchu powietrza, za którym będziesz musiała podążać, gdy znajdziesz się w mniej Ci znanej części korytarzy. Na początek ruszysz za mną, starając się utrzymać stałą odległość i nie zgubić się po drodze, później nastąpi zmiana ról i to ty będziesz musiała naszą dwójkę wyprowadzić na powierzchnię.
Dymna skinęła głową, przyjmując do wiadomości pierwsze zadanie z nawigacji, jakie zostanie jej powierzone, kiedy tylko znajdą się w mroku.
— Boisz się ciasnych przestrzeni lub ciemności? — spytał jeszcze, nim skierowali się do wejścia.
— Nic z wymienionych — odrzekła, na co starszy zamruczał z aprobatą, a następnie skierował swe kroki do jednego z licznych wejść. Te początkowo było zalane w jakimś stopniu światłem słonecznym, tworząc lekki półmrok, który później z każdą długością przemieniał się w kompletną ciemność. Wbrew temu, co inni myśleć, to Zwęglona Łapa się nie bała, wręcz przeciwnie — coś ciągnęło ją do tego mroku, jakby cicho szeptało, by zanurzyła się w tym pomroku i pozwoliła, aby otuliło jej ciało niczym cienka warstwa jedwabiu.
Pogrążona we własnych rozmyślaniach, a raczej ich bardziej konkretny brak, sprawił, że szylkretka nawet nie zauważyła, kiedy jej łapy same ruszyły za Sowim Zmierzchem, prowadząc ją do jednego z korytarzy, którego kompletny brak widoczności tak przyciągał do siebie kotkę, niczym Cierniste Drzewo, przed którego obliczem stanęła po raz pierwszy, gdy została zabrana przez jednego z wojowników wprost do lasu i zostawiona na pastwę losu, by zobaczyć czy ta przeżyje samotną noc. Początkowe kroki Węgiel były dość niepewne, gdyż usilnie próbowała polegać na wzroku pomimo wcześniejszych słów mentora, które zdawały się przestać istnieć w jej umyśle, który z jakiegoś powodu zawsze był niczym zahipnotyzowany, kiedy to terminatorka miała styczność z czymś, co dla większości może być starszym lub przerażającym. Dopiero po jakimś czasie żółtooka odzyskała względną trzeźwość umysłu, by przypomnieć się o tym, co wcześniej mówił starszy i starać się bardziej polegać na pozostałych zmysłach.
Korytarz, którym się poruszali, co jakiś czas skręcał lub rozwidlał się na dwie, bądź więcej ścieżek, a dymna zaczęła pojmować, że znalazła się w istnym labiryncie i jeśli uda jej się odnaleźć drogę powrotną, to jedynie cudowi i woli Klanu Gwiazdy, o ile jego opieka sięga pod ziemię. Jedyne, co była w stanie usłyszeć to kroki ich dwójki po mokrym podłożu, szum krwi w uszach oraz rozszalałe serce, które z jakiegoś powodu przyspieszyło swą pracę. Nie było to spowodowane paniką, strachem, a jedynie obawą, czy podoła powierzonemu zadaniu — nie chciała zawieść Sowiego Zmierzchu, a czuła, że robi to zawsze, gdy coś nie szło, tak jak powinno, czyli po jej myśli. Sama sobie narzucała niewidoczną i realną presję, która w końcu zacznie być zbyt dużym obciążeniem dla niej, a wtedy może się to różnie skończyć, jednak jeszcze trochę czasu do tego, więc młódka nie ma się czego obawiać.
— Dobrze, teraz Twoja kolej — poinformował ją w pewnym momencie, na co Węgiel minimalnie się spięła, czując, jak presja narasta.

«★»

Powrót do obozu nastąpił nieco później, niż oboje myśleli, jednak młodsza nie spodziewała się, że tyle jej zajmie odnalezienie odpowiedniej drogi, a liliowy wojownik miał w planach nieco poćwiczyć z nią odnajdywanie się w tunelach. Tym sposobem spędzili na treningu mniej niż połowę dnia, choć na pewno było to męczące jak na zwykłą lekcję o nawigacji w tunelach z ćwiczeniami utrwalającymi, dlatego też, kiedy tylko wkroczyli do ostoi Wilczaków, żadne z nich nie zastanawiało się dwa razy, by ruszyć do stosu ze zwierzyną i wybrać coś dla siebie. Sowi Zmierzch oddalił się do swojej partnerki, Barczatkowego Świtu, a Zwęglona Łapa w tym czasie znalazła sobie miejsce dla siebie, które nie było aż tak bardzo przesiąknięte wilgocią ostatnich deszczy. Choć nim zajęła upatrzony kawałek trawy w odosobnieniu, to wpadła na czarnego kocura, który zdawał się bujać w obłokach i nawet nie patrzeć, gdzie stawia łapy. Piszczka w czasie zderzenie wypadła szylkretce z pyska, przez co upadła na ziemię i niemal od razu pokryła się niewielką ilością ziemi i luźnych źdźbeł trawy, na co terminatorka cicho westchnęła. Miała ochotę zgromić wzorkiem Wilczaka, jednak kiedy uświadomiła sobie, że jest on starszy, od razu odpuściła swe zamiary.

<Nocna Łapo?>
[1373 słowa + nawigacja w tunelach]

[27% + 5%]

30 marca 2026

Od Zwęglonej Łapy Do Makowej Iluzji

Po zgromadzeniu, w obozie

Szylkretka po dotarciu do legowiska o późnej porze, padła na posłanie, błagając Gwiezdnych, by Kryształowa Łapa straciła wszelkie pokłady chęci do dalszych rozmów i oddała się w objęcia snu, podobnie jak to chciała uczynić sama żółtooka. Jednakże srebrna miała inne plany i kiedy tylko zajęła własne gniazdo z miękkiego mchu, zalała dymną masą pytań, głównie związaną o odczucia po pierwszym ich zgromadzeniu.
— Czego chciał od Ciebie Sowi Zmierzch? — To pytanie sprawiło, że żółte ślepia rozszerzyły się, a sama szylkretka nagle zamarła. Przecież co miała odpowiedzieć? Oczywiście, że prawdę, jednak czy musiała także dzielić się informacją o niecodziennych podziękowaniach ze swojej strony?
— On, cóż… — zaczęła, starając się jakoś dobrać słowa. — Poinformował mnie, że z rana chce mnie zabrać na patrol, bym poznała każdy skrawek naszych granic.
Po odpowiedzi na pytanie Kryształowej Łapy, jej wąsy minimalnie drgnęły, na co niebieskooka nieco zmrużyła swoje jasne ślepia, jakby doszukując się w słowach siostry pół prawdy.
— W takim razie już Cię nie męczę pytaniami! — oznajmiła nagle, nieco zbyt głośno, gdyż srebrna po chwili otrzymała kilka uciszających syknięć pod swoim adresem, jednakże zbytnio się tym nie przejęła. — Dobranoc Zwęglona Łapo.
— Dobranoc Kryształowa Łapo.
Pomimo życzenia sobie dobrej nocy, to ta okazała się mało przyjemna dla szylkretki, będąc męczoną przez poczucie winy, przez nie wyjawienie całej swojej rozmowy z mentorem. Przecież nigdy nie miała żadnych tajemnic przed swoją siostrą, jednak teraz pojawiły się obawy, że ta mogłaby się od niej odwrócić. Może brzmiało to niedorzecznie, gdyż Kryształowa Łapa nie była tego typu kotem, jednak strach przed jej utratą był silniejszy od zdrowego rozsądku.
Nieprzespana noc to niezbyt dobre posunięcie, biorąc pod uwagę wyruszenie na długi patrol niemal ze wschodem słońca, lecz myśli krążące w głowie Węgiel nie dawały jej spokój przez cały ten czas. Przejęta wymyślała możliwe scenariusze, gdyby nieco inaczej poprowadziła rozmowę z niebieskooką, która teraz tuż obok niej spokojnie leżała, nabierając sił na nowy dzień, który tak nieubłaganie zbliżał się wielkimi krokami. Szylkretka ciężki westchnęła, zwijając się w kłębek, jakby miało to sprawić, że cały świat o niej zapomni, a ona sama znajdzie się w kompletnie innym miejscu.
Żółtooki nie przespała choćby chwili, więc z widoczną niechęcią podniosła się z miękkiego posłania, które przez noc zdawało się być niczym z cierni, by następnie opuścić legowisko uczniów i zająć miejsce obok wejścia do niego w oczekiwaniu na pojawienie się Sowiego Zmierzchu. Kocur długo nie kazał na siebie czekać, zauważając w ostatnich dniach, że jego uczennica była typem kota, który wolał być wcześniej niż przyjść na styk lub co gorsza, spóźnić się.
— Witaj Zwęglona Łapo, mam nadzieję, że posłuchałaś moich słów.
Szylkretka widocznie się spięła, co nie uszło uwadze starszego, który nieco zmrużył swe ślepia, oczekując na odpowiedź ze strony dymnej.
— Dzień dobry Sowi Zmierzchu. Ja ten… cóż… — Z trudem kolejne słowa opuszczały jej biały pyszczek.
— Zwęglona Łapo — powiedział twardo, dając jasno do zrozumienia, by uczennica nawet nie próbowała kłamać.
— Kryształowa Łapa nieco mnie zagadała, a później nie mogłam zasnąć — westchnęła, spuszczając wzrok na swoje łapy. Czuła jak wstyd zaczyna ją palić żywym ogień od środka, a na język pojawiał się powoli posmak żółci. Zbyt dobrze wiedziała, że zawiodła swojego mentora nawet w tak błahej sprawie, jak sen i dbanie o siebie.
— W takim tempie to nic nie osiągniemy, a ty zostaniesz wygnana z klanu, chcesz tego? — spytał chłodno, czym nieco zdziwił młodszą, gdyż nie zdarzyło się jeszcze, by w taki sposób się do niej zwracał.
— Nie… — wydukała cicho pod nosem.
— Chcesz tego? — powtórzył, oczekując, że ta odpowie głośniej.
— Nie. — Wedle oczekiwań jej głos był bardziej hardy i słyszalny, co wywołało pomruk aprobaty ze strony wojownika.
— W takim razie zaczniesz być bardziej asertywna, szczególnie wobec Kryształowej Łapy, a teraz ruszamy.
Nie czekając na młodszą, ruszył ku wyjściu z obozu, będące tunelem w ciernistej ścianie. Szylkretka ciężko przełknęła ślinę, a z nimi słowa swojego mentora, by ruszyć za nim. Nie chciała zyskiwać więcej na swojej pewności i asertywności, obawiając się o relacje z niebieskooką uczennicą. Wolała uniknąć możliwego oddalenia się od niej jeszcze bardziej niż obecnie przez osobne treningi. Nawet jeśli była świadoma tego, że Sowi Zmierzch robi to dla jej dobra, jednakże jej dobrem było dobro Kryształowej Łapy.
Zwęglona Łapa nieco niczym zbity pies podążała za wojownikiem, słuchając z uwagą o granicach, choć starszy opowiadał jej o tym w dniu, kiedy wróciła cała i zdrowa z lasu, by zostać mianowaną na ucznia, a następnie odbyć dość długą rozmowę z mentorem. Była wdzięczna w duchu, że trafił jej się tak cierpliwy kocur, gdyż nie wyobrażała sobie mieć treningów z Cienistą Zjawą, który pod swoją opieką miał niebieskooką młódkę, o którą dymna ciągle zamartwiała się, szczególnie kiedy nie było jej u boku niewinnej siostry. Przy każdej możliwej chwili w duchu modliła się do Gwiezdnych, by ci mieli w opiece srebrną — Węgiel nie obchodziło własne zdrowie, psychika, najważniejsze było bezpieczeństwo cętkowanej i gdyby musiała, to poświęciłaby się, oddając szponom Mrocznej Puszczy.
Przez chwilę pogrążona w myślach, nie dostrzegła momentu, kiedy zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do granicy terytorium klanu i o mało, co nie postawiła łapy po stronie Klanu Klifu. Dopiero niespodziewane szarpnięcie do tyłu spowodowało, że ta zaprzestała bujania w obłokach i w pełni skupiła się na trasie oraz słowach. Liliowy nie skomentował jej zachowania, jednak jego wzrok wyrażał więcej niż tysiąc słów i młódka zdawała sobie sprawę, że następnym razem Sowi Zmierzch nie będzie tolerować więcej braku skupienia.
Dymna nie była pewna, ile tak wędrowali, lecz kiedy zawitali na nowo w obozie, jej pusty żołądek nieprzyjemnie zaciskał się w supeł z głodu. Zielonooki za to nie wyglądał, jakby miał zaraz paść z powodu braku śniadania — spokojnie podszedł do stosu, wybierając nieco większą piszczkę, by ta mogła w pełni uciszyć jego pusty żołądek. Szylkretka postąpiła podobnie, wybierając dla siebie średniej wielkości drozda, z którym skierowała się do zacienionego kąta pod ścianami okalającymi obóz. Zwęglona Łapa już brała się za wyrywanie pierwszych piór z ptaka, kiedy to zauważyła, jak ruda młoda wojowniczka zmierza w jej kierunku. Jej futro było przyozdobione płatkami czerwonego kwiecia, zapewne maku, nawiązującego do jej imienia — żółtookiej było dość łatwo spamiętać imiona niektórych kotów, które w jakiś sposób wyróżniały się pośród Wilczaków. Makowa Iluzja była w gronie nielicznych wojowników, którzy wplatali coś w swe futra.
Ruda, zauważając uczennice, przystanęła, nieco skołowana jej obecnością.
— Chyba zajęłam twoje miejsce, j-już mnie nie ma — wydukała młodsza, biorąc drozda w zęby, mając zamiar podnieść się z zacienionego fragmentu trawy i przenieść się gdzie indziej.

<Makowa Iluzjo?>
[1056 słów]

[21%]

22 marca 2026

Od Zwęglonej Łapy

Zgromadzenie 14.03.2026

Całą dotychczasową drogę do Bursztynowej Skały spędziła u boku siostry, która jak zwykle się ekscytowała i już była chętna na jakiekolwiek interakcje z innymi. Węgiel czasem zazdrościła jej takiej otwartości, gdyż może wtedy miałaby więcej znajomych, niż tylko Kryształek. W dodatku to było jej pierwsze zgromadzenie, a raptem wschód słońca temu została mianowana na ucznia. Cudem przeżyła straszliwą noc w lesie, a teraz musiała kolejną spędzić, ale na pokojowym spotkaniu klanów. Nie podobało jej się i to bardzo, jednakże zbyt dużego wyboru nie miała, gdyż nieco obawiała się o siostrę, by ten nie zrobiła niczego głupiego — była niczym jej stróż, który czuwał, aby tej nic się nie stało.
Nieco wzdrygnęła się, kiedy po jej ciele przeszedł dreszcz spowodowany bijącym chłodem od Bursztynowej Wyspy. Na krótko oderwała wzrok od brata, co wystarczyło, by ten już zniknął w tłumie. Cicho jęknęła pod nosem, niepewnie ruszając w tłum.
— Przepraszam... — wymruczała cicho, kiedy w końcu zderzyła się z jakimś kotem i to większym od siebie. Jak się po chwili okazało, wpadła na jedną z wojowniczek Klanu Klifu, na której pysku pojawił się łagodny uśmiech. Klifiaczka nachyliła się nad drobniejszą, by sprawdzić, czy wszystko z nią dobrze.
— Nic się nie stało. Wszystko dobrze? Nie zrobiłaś sobie nic? — spytała z troską w głosie.
— Nie, bardzo przepraszam, nie patrzyłam, gdzie idę — przyznała, chcąc się wycofać, jak najszybciej, aby znaleźć siostrę i z nią spędzić całe zgromadzenie. Nie chciała nikomu się naprzykrzać. Jednakże zatrzymał ją ogon starszej, który znalazł się na szylkretowym boku uczennicy.
— Już spokojnie. Nic ci nie zrobię. Nazywam się Psotny Nietoperz, a ty? — miauknęła miękko, a uśmiech cały czas znajdował się na jej przyjaznym pyszczku
— Węgiel-- Znaczy się Zwęglona Łapa — mruknęła młodsza, przysiadając na chłodnym kamieniu, przy czym ciasno owinęła swój ogon wokół przednich łap. Nie wiedziała, czy mocno było widać jej niechęć do przebywania na wyspie.
— Ciekawe imię. Miło mi cię poznać — wymruczała i sama przysiadła tuż obok niej. — Nie wyglądasz na zbyt szczęśliwą z obecności tutaj. Czy wszystko dobrze? — spytała łagodnie.
— Dziękuje, twoje również — przyznała, posyłając wojowniczce lekki uśmiech. Może nie będzie tu tak źle? — Tak, jest dobrze, choć przed chwilą zgubiłam gdzieś w tym tłumie siostrę…
Psotny Nietoperz wypięła dumnie pierś na pochwałę jej imienia.
— Och? Rozumiem. Łatwo tu się zgubić. Wiem coś o tym. Jeśli chcesz, mogę pomóc ci jej poszukać. — zasugerowała delikatnie.
— Nie trzeba, powinna dać sobie radę, choć nie ukrywam, że mam lekkie obawy... Poza tym nie chcę ci zabierać cennego czasu na zgromadzeniu, zapewne masz z kimś nadrobić zaległości.
— Nie, niekoniecznie. Nie przejmuj się tym. Naprawdę — odparła pogodnie. — Powiedz, co lubisz robić? — spytała, by odwrócić myśli kotki, chociaż na moment.
— Nie jestem pewna... Do niedawna ciągle przebywała w żłobku i głównie pilnuje siostry, więc chyba nie mam zbytnio czasu dla siebie…
— Rozumiem — miauknęła. Zamyśliła się na moment, a następnie wręczyła kotce piórko sójki. — Zbieranie rzeczy jest fajne, proszę — wymruczała z uśmiechem.
— Akurat moja siostra uwielbia zbierać pióra. Nie pogniewasz się, jeśli je później jej przekaże? — spytała, woląc nie zgubić piórka od Psotki. Najchętniej, by je ciągle nosiła ze sobą, lecz obawa na stracenie tego podarku była zbyt wielka. W międzyczasie włożyła pióro za ucho z nadzieją, że to pozostanie na swoim miejscu.
— Nie, nie będzie mi to przeszkadzać. Jeśli lubi piórka to tym bardziej cieszę się, że ją to uszczęśliwi — wymruczała ciepło w odpowiedzi.
— Dziękuje Ci bardzo, Psotny Nietoperzu. Dzięki tobie to zgromadzenie jest nieco lepsze — przyznała z lekkim uśmiechem, który raczej rzadko gościł na jej pysku.
Po jakiś czasie gwar rozmów ucichł, a przywódcy znajdujący się na skale mogli wygłosić swoje przemówienia, dzieląc się wieściami z innymi klanami. Oczywiście wszystkie informacje głównie sprawdzały się głównie do tego, kto został mianowany, przyszedł na świat czy też łowy na terenach danego klanu są owocne. Węgiel trochę się skrzywiła na słowa liderów, uważając, że to wszystko jest jedynie na pokaz — nie znała do końca idei zgromadzeń, gdyż to było jej pierwsze, jednak miała wrażenie, że mija się nieco z celem. Przynajmniej w przypadku przemówień przywódców. Po tym szylkretka pożegnała się z Psotnym Nietoperzem, by ruszyć w poszukiwania siostry, która jak się okazało, entuzjastycznie rozmawiała z grupką uczniów, będąca połączeniem każdego klanu. Dymna przysiadła nieco z tyłu, chcąc jedynie usłyszeć ich rozmowę i w razie czego wkroczyć w obronie Kryształowej Łapy.

«★»

Powrót do obozu nastąpił dość późno, jednak to nie przeszkadzało radosnej uczennicy w ciągłym monologu, którego ofiarem była Zwęglona Łapa. Szylkretka próbowała słuchać uważnie rozemocjonowanej srebrnej, jednak niezbyt dobrze jej to wychodziło, patrząc na fakt, iż zgromadzenie wyssało z niej całe pokłady chęci do obcowania z drugim kotem, nawet z własną siostrą. Żółtooka jedynie lekko się uśmiechała i kiwała głową, kiedy to padało jakieś pytanie, czasem jeszcze coś mruknęła w potwierdzeniu, lecz na tym kończyły się jej jakże wylewne wypowiedzi.
— Zwęglona Łapo. — Niespodziewanie za nimi rozległ się niski głos liliowego wojownika. Dymna posłała Kryształowej Łapie przepraszający uśmiech i zwolniła kroku, by zrównać ze swoim mentorem.
— Tak Sowi Zmierzchu? — spytała, spoglądając na sylwetkę niebieskookiej, która znalazła sobie jakiegoś ucznia na kolejną ofiarę.
— Zaraz po wschodzie chciałbym wyruszyć z tobą na patrol graniczny, byś zapoznała się dokładnie z całymi naszymi granicami — wyjaśnił kocur. — Dlatego mam nadzieję, że kiedy tylko wrócimy do obozu, to udasz się do legowiska i wykorzystać każde uderzenie na sen.
— Dobrze Sowi Zmierzchu… I dziękuję za małe uratowanie mnie od siostry — mruknęła młódka nieco speszona, spuszczając wzrok na łapy.
— Musi nauczyć się być bardziej asertywna, nawet wobec Kryształowej Łapy — odparł, spoglądając na szylkretkę swoimi zielonymi oczami. — Jak widać, będę cię musiał nauczyć czegoś więcej niż zwykła walka.
— N-nie trzeba, naprawdę…
— Trzeba. W takim tempie to byle kto będzie mógł ci wejść na głowę, a to nie wypada żadnemu Wilczakowi. Nawet takiej znajdzie jak ty, czy to jasne?
— Tak Sowi Zmierzchu. — Żółtooka skarciła się w duchu, że miała odwagę podziękować wojownikowi za przerwanie jednostronnej rozmowy z jej siostry. Nie powinna być za coś takiego wdzięczna, wręcz przeciwnie, powinna korzystać z każdego uderzenia serca, jakie przypadnie spędzić jej z Kryształową Łapą. Czuła się niczym wyrodna siostra, która nie zasługuje na uwagę swojego rodzeństwa lub kogokolwiek z rodziny przez swoje mało przyjemne zachowanie.
Pogrążona w myślach, nawet nie zauważyła, kiedy przeszła przez tunel w krzewach i przed nią zaczął malować się obraz centrum obozu, które było pokryte zieloną trawą, lekko wysuszoną przez ostatnie dni, kiedy to słońce niemiłosiernie prażyło koty w ich grzbiety. Wojownicy, którzy byli na zgromadzeniu, niemal od razu skierowali się do swojego legowiska, podobnie jak uczniowie, tworząc ze swych ciał dwa nurty rzeki, powoli zalewające wnętrza krzewów, gdzie każdy miał swoje własne posłanie.

[1079 słów]

[22%]

Od Węgielek (Zwęglonej Łapy)

Przeszłość

Szylkretka cicho zapiszczała, kiedy jej drobne dymne ciałko zostało dotknięte przez przenikliwy jęzor chłodu. Mimowolnie się wzdrygnęła, wtulając w najbliższe źródło ciepła, jakim była jej siostra, choć ta także trzęsła się z zimna. Kiedy tylko młódka uświadomiła sobie, że ich rodzicielki nie ma obok, uchyliła powieki, ukazując swoje żółte ślepia, które kontrastowały z czarnym tłem, będącym sierścią w tym kolorze nad jej oczami, choć sam pyszczek z grzbietem nosa były białe niczym świeży puch w porze nagich drzew. Ta jasna barwa ciągnęła się aż pod patrzałki koteczki, tworząc w stronę polików kształt złudnie przypominający księżyc w fazie szpona.
Z każdym uderzeniem serca ogarniał ją paniczny strach i tęsknota za matką, która powinna być obok, jednakże zamiast niej, miejsce zieje pustką, bolącą bardziej niż najostrzejszy cierń wbity w serce. Kocica ich porzuciła, jednak dlaczego? Dlaczego. Dlaczego! Szylkretka pisnęła głośno, a cała okolica, jakby zdawała się milczeć, dając się owładnąć dźwiękom rozpaczy, które opuszczały tak młody pyszczek. Czyżby Gwiezdni Przodkowie już na samym początku skazali ją na okrutny los za czyny poprzedniego życia? Jednak co takiego musiała zrobić, by tak rozpocząć swoją żywot?
Kolejny pisk rozbrzmiał, niesiony przez wiatr dotarł do liliowych uszu pewnej Wilczaczki. Długie futro falowało pod wpływem chłodnych podmuchów, kiedy to wyłoniła się z zarośli, zbawiona zrozpaczonym echem. Żółtym oczom ukazał się widok ściskający serce — pod Świetlistą Wierzbą malowały się dwa drobne kształty, które coraz bardziej drżały z przeniknionego zimna. Kocica podeszła do porzuconych maluchów, by użyczyć im trochę swojego ciepła, otulając je swoim gęstym ogonem.
Szylkretka od razu przylgnęła do źródła, które zapewniało jej znaczenie lepsze warunki ogrzania niżeli siostra, po chwili podążając w ślad za nią.

Test na ucznia

Żółtooka została wyrwana ze spokojnego snu przez jednego z wojowników Klanu Wilka. W pierwszej chwili panika ogarnęła jej ciało, kiedy to była ponaglana i popychana w stronę wyjścia ze żłobka — czyżby zrobiła coś złego, że jest wyciągana z początkiem nocy z bezpiecznego legowiska? Dopiero po paru uderzeniach serca uświadomiła sobie, że przecież jej siostrze może się coś stać, gdy nie będzie u jej boku. Zdezorientowane ślepia błądziły po wszystkim dookoła, starając się wyłapać pewną jasną sylwetkę, która jak się okazało nieco zaspana, ale i radośnie szła parę długości za nią. “Czasem nienawidzę tej jej niewinności…” — pomyślała, spoglądając na wojownika, który ciągle ją poganiał, jakby to jej winą było, że posiada krótsze łapy od niego i trudniej jest nadążyć narzuconym tempem.
W pewnym momencie przez przypadek skrzyżowała spojrzenie z kocurem o zielonych oczach, które jasno mówiły o mało pozytywnym nastawieniu wobec młódki. Speszona spuściła wzrok na własne łapy, obserwując, jak podłoże pod nimi się zmieni — początkowa trawa, która wyścielała polanę w obozie, zmieniła się w wydeptaną ścieżkę, z czasem przecinaną przez korzenie potężnych drzew, górujących nad nimi. Szylkretka przez ostatnie cztery księżyce raczej zbyt dużo okazji nie miała, jak nie wcale, by pozwiedzać coś więcej niż najbliższy obszar żłobka w obozie — jej aż tak nie ciągnęło do zwiedzania nieodkrytego świata, jak Kryształek. Prędzej był to kolejny powód do obaw o siostrę, kolejna możliwa przyczyna utraty jej niewinności. Węgiel wolałaby tego uniknąć, by srebrna jak najdłużej pozostała sobą i nie zmieniała się przez czynniki zewnętrzne, jak klan czy ktokolwiek lub cokolwiek innego.
— Zostać tu inaczej zginiesz. — Głos wojownika był szorstki i chłodny w obyciu, co jedynie potęgowało wagę ostrzeżenia i możliwej śmierci. Skinęła parę razy krótko głową, chcąc mieć to wszystko za sobą — w jej głowie od razu zostały przywołane wspomnienia, kiedy to obudziła się obok siostry samotne w lesie, porzucone na łaskę losu i drapieżników grasujących w okolicy.
Dopiero kiedy kroki Wilczaka ucichły, odważyła się podnieść wzrok ze swoich jasnych łap, a jej żółtym oczom ukazał się obraz samotnego drzewa pośród niczego, będące otoczone ciernistymi krzewami, które przerzedzały się wraz ze zmniejszającą się odległością do linii zielonych drzew, gdzie stała młódka. Całe miejsce było owiane uczuciem grozy i strachu, wywołanego u swego obserwatora, co raczej było dość irracjonalne, jednak szylkretki to nie obchodziło. Cierniste Drzewo dla niej zdawało się wręcz krzyczeć śmiercią i okrucieństwem, tak podobnym, jak ze strony niektórych wojowników w obozie, na których sam widok miała ochotę schować się w ciasnym zakamarku żłobka, modląc się do Przodków, by ci ochronili ją i siostrę od tych bestii w kociej skórze.
Każde uderzenie serca zdawało się trwać księżyce, a mimo to jej wzrok był skupiony na martwym konarze, budzącym nieopisaną grozę. Pomimo tego coś ją do niego ciągnęło, kusiło, niczym najsłodsza obietnica, która spełni się od razu, kiedy odrzuci wszystko, w co wierzy — wartości, rodzina, Przodkowie. Brzmiało to pięknie, jednak nie mogła pozwolić, by zostawiła Kryształek na pastwę okrutnego losu. Z trudem oderwała żółte ślepia od Ciernistego Drzewa, by znaleźć parę kroków dalej kępę krzewów, będących idealną kryjówką na resztę samotnej nocy. Sprawnie przecisnęła się między gęstymi gałęziami, by zająć miejsce obok nasady, od której rozgałęziają się zdrewniałe pędy — może nie było to najwygodniejsze miejsce, lecz ważne, że stanowiło dobrą ochronę przed możliwymi drapieżnikami, które miałaby chrapkę na bezbronne kocię.
Dopiero kiedy słońce powoli pojawiało się na horyzoncie, do jej uszu doszedł dźwięk stawianych kroków oraz szelest liści. Niepewnie wychyliła głowę w stronę źródła, by po chwili ujrzeć burego wojownika, który wcześniej ją tu przyprowadził — poczuła, jak nieopisany ciężar spada jej z serca. Wypełzła spomiędzy cienkich gałęzi krzewu, aby następnie ukazać się cała i zdrowa Wilgowej Goryczy. Ten jedynie spojrzał na nią z wyższością, skanując ją wzrokiem, a po stwierdzeniu, że szylkretka żyje, obrócił się na pięcie i ruchem ogona dał znać, by ruszyła za nim. Ta nie ociągając się, żwawo ruszyła za starszym, chcąc jak najszybciej powrócić do bezpiecznego obozu, chronionego murem gęstych krzewów i gałęzi — w środku wręcz skakała z radości, że udało jej się przeżyć samotną noc w lesie, lecz po chwili pojawiła się obawa o Kryształek. Co, jeśli coś jej się stało, a Węgiel nie było obok, by ją ochronić? Czy będzie w stanie żyć bez swej niewinnej siostrzyczki u boku?
Początkowo nawet w obozie jej obawy nie zniknęły, gdyż nigdzie pośród zbiorowiska Wilczaków nie widziała tak dobrze znanego srebrnego futerka, należącego do niebieskookiej. Niepewnie przeszła pomiędzy rozchodzącymi się wojownikami, by następnie trafić tuż przed samo oblicze Zalotnej Gwiazdy. Brązowooka budziła respekt, podziw i strach u młódki, a liczne szramy na białym ciele były dowodem, że liderka w swym życiu stoczyła nie jedną walkę, co zapewne czynią ją bardzo doświadczoną kocią w boju. Skupiona na obserwacji starszej, nawet nie zauważyła, kiedy obok niej pojawiła się Kryształek, cała i jednocześnie w skowronkach, jakby samotna noc w lesie była czymś ekscytującym i wcale nie kończąca się możliwą śmiercią.
— Węgielek — zaczęła Zalotna Gwiazda, choć szylkretce zdawało się, że jej imię z trudem przechodzi przez wargi liderki. — Ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Zwęglona Łapa. Twoim mentorem będzie Sowie Zmierzch. Mam nadzieję, że Sowi Zmierzch przekaże ci całą swoją wiedzę.
W międzyczasie wywołany wojownik stanął po lewej stronie nowo mianowanej uczennicy, którą od dziś miał szkolić.
— Swoi Zmierzchu, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora Mrocznej Wizji doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją cierpliwość i rozwagę. Będziesz mentorem Zwęglonej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Po tym nastąpiło mianowanie Kryształki, która od teraz będzie znana jako Kryształowa Łapa, a jej mentorem będzie Cienista Zjawa. Dopiero kiedy skandowania ich nowych imion ucichły, Wilczaki zaczęły się rozchodzić, by powrócić do wcześniejszych obowiązków, Zwęglona Łapa zdała sobie sprawę, że od teraz już nie będzie jej non stop u boku srebrnej i nie będzie mogła jej chronić przed możliwym złem. Strach i panika powoli zaczęły oplatać się wokół jej ciała, dopóki nie usłyszała głębokiego głosu swojego mentora. Żółte ślepia gwałtownie przeniosły się na sylwetkę liliowego kocura, który zdawał się nie być wzruszony obecnym stanem swojej uczennicy.
— Chcesz przyjąć osobiste gratulacje od Brukselkowej Zadry lub porozmawiać z siostrą? Jeśli nie, to zechciałbym omówić z tobą najbliższe księżyce naszej współpracy.
— Chyba wolałabym później z nimi porozmawiać… — przyznała, spuszczając wzrok na swoje łapy.
— W takim razie chciałbym ci pokazać nasze terytorium i w międzyczasie porozmawiać. Chyba że jesteś zmęczona po nocy.
— Nie nie, możemy ruszać — odpowiedziała, na co liliowy skinął głową, a następnie ruszył w stronę tunelu, stanowiącego wyjście z obozu. Szylkretka ostatni raz spojrzała na niebieską uczennicę, by po paru uderzeniach serca ruszyć za zielonookim wojownikiem. Zwęglona Łapa w duchu była wdzięczna, że trafiła na tak spokojnego i wyrozumiałego mentora, gdyż Cienista Zjawa zdawał się być kompletnym przeciwieństwem starszego wojownika, co nieco niepokoiło młódkę, głównie z oczywistych obaw o Kryształową Łapę.

[1396 słów]

[28%]