Przeszłość
Drzemlik pokiwał ochoczo główką, usłyszawszy słowa vanki. Gdyby miał nieskończone ilości energii oraz czasu, najprawdopodobniej spędziłby jeszcze wiele księżyców, powtarzając właśnie ten dzień. Nie sądził, że zabawa z innymi kociętami mogła być taka świetna. Oczywiście, z Orzeszką również doskonale się bawił! Kochał swoją siostrzyczkę nad życie, jednak dobrze było zakolegować się również z resztą mieszkańców żłobka.
— Przez chwilę myślałem, że prawdziwy borsuk mnie goni, świetnie ci to wyszło! — mówił, poruszając delikatnie ogonem na boki. — Może pobawimy się tak jeszcze raz jutro? I bardzo chciałbym się z tobą zakolegować! Jeszcze z nikim się tak dobrze nie bawiłem — wymruczał, układając się wygodnie. Oczka zaczęły mu się powoli kleić, ale nie chciał przecież pokazywać koleżance, że się zmęczył i potrzebował spać! Potarł łapką jedno z oczu, a potem zaczął nieudolnie czyścić sobie wąsy z paprochów.
***
Teraźniejszość
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Mandarynkowa Gwiazda, owijając swoje łapy gęstym, srebrnym ogonem. Drzemlik wygramolił się ze żłobka u boku Orzechówki, swojej kochanej siostrzyczki, a za nimi mamusia, Świtezianka. Kotlina po paru uderzeniach serca wypełniła się kotami, ustawiającymi się starannie na swoje miejsca w celu wysłuchania, co miała do powiedzenia ich liderka. Wszystkie spojrzenia padły na mównicę, a niebieski kocurek czuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. Czy dzisiaj był ten pamiętny dzień, kiedy zostanie mianowany uczniem wraz z Orzeszką? Na samą myśl w jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania. Trzciny szeleściły na chłodnym wietrze Pory Opadających Liści, jednocześnie doskonale blokując niezwykle bladziutkie promienie słońca z góry. Drzemlik czuł szorstki język matki przejeżdżający mu po policzku. Przysunął się do niej bliżej, mrucząc cichutko. Bardzo lubił, gdy mama pomagała mu w pielęgnacji futra. On miał tendencję do wylizywania swojego włosia w złym kierunku, przez co zawsze sterczało, ilekroć próbował nauczyć się sztuki dbania o siebie. Miał jednak o tyle łatwiej, ponieważ porastały go krótkie kłosy, w porównaniu do jego siostrzyczki, która długością futra, a nawet kolorem, wdała się raczej w mamusię.
— Drzemliku, wystąp.
Kocurek poczuł, jak serce podskakuje mu wręcz do gardła. Nie był pewien, czy to ze strachu, czy podekscytowania, jednak prędko pocieszył się myślą, że był tutaj przecież bezpieczny. Dlatego też nie odczytał tego w negatywny sposób i ruszył przed szereg kotów nieco nieśmiało, ale na tyle pewnie, na ile był fizycznie w stanie. Nawet uniósł ogon do góry z zadowolenia. Podniósł głowę do góry i spojrzał na Mandarynkową Gwiazdę. Siwe włoski porastały jej pyszczek, nadgryziony już przez ząb czasu. Mimo to nadal była bardzo piękna.
— Drzemliku, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdasz test, będziesz nazywać się Drzemlikowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Szepcząca Hipnoza, a ty nie będziesz szkolić się na wojownika. Zostaniesz ogrodnikiem — powiedziała pewnie, wzrokiem szukając wspomnianej kotki w tłumie. Wśród kotów wzniosły się ciche pomruki zaskoczenia, chociaż większość z nich pozostała w milczeniu. Skinęła jej głową, a niebieska pointka wyszła przed szereg, wywołana. Nieśmiało zgarbiła się, stając przed niebieskim kocurkiem. Była od niego wyższa, chociaż niewiele. Ilość przeróżnych ozdóbek w jej kłosach wprawiały go w zachwyt. Wlepił duże oczka w nowo poznaną, posyłając jej pocieszający uśmiech. Ciekawe, czy stresowała się bardziej niż on? Niech nic się nie martwi, on już zadba, żeby się więcej uśmiechała! Tak, jak dbał o mamusię.
Tak, jak nakazywała tradycja, zetknęli się nosami. Drzemlikowa Łapa spojrzał na wszystkich zebranych, a jego cieniutki ogon podrygiwał z rozemocjonowania. Nigdy wcześniej nie miał na sobie tylu oczu i poczuł się tym odrobinę przytłoczony, jednak nie na tyle mocno, żeby z tego powodu na cokolwiek narzekać. W rzeczywistości był niezwykle wdzięczny, iż otrzymał taką szansę! Bo nie każdy mógł dostąpić takiego zaszczytu.
— Drzemlikowa Łapa! Drzemlikowa Łapa! — odbijało się jeszcze, ginąc w gęsto porośniętych dookoła obozu trzcinach, pnących się niemal do samego nieba.
***
Kocurek spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Obraz niebieskiego, pręgowanego pyszczka rozmył się po wzburzonej tafli, obijającej się o piaszczysty brzeg. Chłodna ciecz dotknęła jego poduszeczek łap, na co kocurek zapiszczał cicho, chociaż nie z przerażenia, a raczej zdziwienia, że woda mogła być taka zimna. Gdy był jeszcze w kociarni, Złocisty Widlik uczył go pływać w malutkim zbiorniku, różnica była jednak taka, że tamto miejsce miało wyżej dno i było je widać z góry, a ponadto woda go raczej grzała, niżeli oziębiała. Dlatego też musiał przyzwyczaić się do takiej zmiany. Spojrzał na Szepczącą Hipnozę, nieśmiało i dość niezręcznie wpatrującą się w niego. Czy powinien powiedzieć coś jako pierwszy?
— W żłobku uczyłem się już nieco pływać — zaczął, poruszając lekko uchem. — Umiałem nawet nurkować! Dlatego myślę, że nie sprawi mi kłopotu dzisiejsza lekcja — próbował ją zapewnić, chociaż sam nie był pewien; zapewniał siebie, czy może pointkę?
Kocica pokiwała lekko głową.
— W-wiem. Każde kocię uczyło się pływać pod okiem piastuna. Woda tutaj jednak różni się diametralnie, jak już zdążyłeś z pewnością poczuć. Jest d-d…użo chłodniejsza, szczególnie teraz, Porą Opadających Liści. Nie uniesie cię tak łatwo, jak zbiornik w k-kociarni, tutaj musisz myśleć nad każdym swoim ruchem. Nie wątpię jednak w twoje umiejętności — wymruczała, robiąc co jakiś czas przerwy w wypowiedzi. Drzemlikowa Łapa kiwał głową, dając jej tym samym znać, że słuchał.
— Spróbuj się zanurzyć. Będę cię p-pilnować — poleciła mu, a on wrócił jasnymi ślepkami do wody przed sobą. Nie miał co się nastawiać od razu na najgorsze! W końcu wojowniczka z pewnością by go uratowała, w razie kryzysu. Dlatego też zanurzył jedną łapkę, a mroźny dreszcz poniósł mu się wzdłuż kręgosłupa, podnosząc futerko gdzieniegdzie. Wzdrygnął się, ale nie zamierzał poddawać. Druga łapa skończyła w wodzie, a on miał wrażenie, że czuł, jak krew, przynajmniej częściowo, odchodzi mu z kończyn. Nie było to przyjemne, dlatego też kłosy wzdłuż kręgosłupa stanęły mu dęba.
— Aah! Strasznie zimna ta woda — powiedział, otrzepując się z niewidzialnej cieczy. W końcu nie zanurzył się jeszcze na tyle głęboko, żeby tak robić, jednak poczuł taką potrzebę. Szepcząca Hipnoza zachęciła go do tego, żeby wszedł cały. Dlatego też kontynuował. Zanurzył brzuch, a potem granat pochłonął również jego boki. Wreszcie, znalazł się w sytuacji, w której wystawał tylko łeb. Zaczął wykonywać zamaszyste ruchy, czując, że się zapada. Szepcząca Hipnoza przybliżyła się do niego, pozwalając mu oprzeć się o własny bok.
— Musisz spokojniej odpychać wodę. Jeśli będziesz panikował, to będziesz się topił — powiedziała, strzygąc lekko wąsami. Drzemlikowa Łapa pokiwał łebkiem, trzęsąc się z zimna. Było to trudniejsze, niż przypuszczał. Zrobiło mu się aż głupio, że tak się wychwalał, zanim w ogóle wszedł cały do wody. Nie było jednak miejsca na wycofanie się, chciał coś osiągnąć! Dlatego też odsunął się lekko od mentorki łapkami i z ogonem nad taflą, zaczął młócić łapkami wodę, tym razem dużo spokojniej niż chwilę temu. Nie dotykały dna. Jego ruchy stały się bardziej przemyślane, a on sam wyglądał niczym mała wydra w wodzie. Od zawsze lubił pływać i nierzadko prosił Złocistego Widlika o dodatkowe sesje, żeby tylko móc poczuć wodę otulającą go niczym ciepłe łapy matki. Musiał obrać w tym środowisku inną taktykę i postępując zgodnie z poleceniem, udało mu się unieść nad wodą, jednocześnie nie marnując przy tym zbyt wiele potrzebnej energii. Chwilę jeszcze pomłócił łapami, gdy Szepcząca Hipnoza wynurzyła się z wody i przysiadła na brzegu, a kropelki skapywały jej z długich kłosów. Kiwnęła wreszcie głową.
— D-dobrze. Na dzisiaj tyle wystarczy. Wyjdź z wody i wrócimy do obozu. Jutro pokażę ci parę roślin, których będziesz musiał się n-nauczyć — miauknęła, jąkając się. Zwęglonemu to nie przeszkadzało. Tak naprawdę wynalazł sobie w wodzie zabawę, w której oprócz młócenia, próbował jednocześnie złapać wszelkie brudy, które przyniósł prąd. Najczęstszym z nich były skorupki po najprawdopodobniej owadach, a także martwe osy. Nigdy nie został przez żadną użądlony, a sam widok wywołał u niego lekki uśmiech. Z Lipieńkiem znaleźli kiedyś podobne! A potem poznali swojego ślimaka pupila.
Kocurek wynurzył się z wody, otrzepując i dbając przy tym jednocześnie o to, żeby nie ochlapać swojej mentorki. Miał świadomość, jak kluczowym była umiejętność pływania, szczególnie na terenach Klanu Nocy. W końcu tu wszędzie były wysepki otoczone wodą, dlatego kot, który nie potrafił pływać, musiał mieć niezwykle ciężko wśród Nocniaków, o ile taki istniał… Szarofutry był wdzięczny, że tak bardzo lubił od zawsze wodę i ogólnie pływanie. To mu bardzo ułatwiało sprawę. Zrównał kroku z pointką i posłusznie trzymał się jej, aż do powrotu.
Znalazłszy się w sercu Klanu Nocy, pożegnał się z Szepczącą Hipnozą, machając jej jeszcze ogonkiem na pożegnanie. Dzisiejszy trening był niezwykle przyjemny! Bardzo polubił kotkę, którą przydzieliła mu Mandarynkowa Gwiazda jako mentorkę. Nie mógł doczekać się jutra! Był niezwykle ciekawy, jakie rośliny mu pokaże. Czy będzie to bardzo różniło się od treningu, jaki musieli przejść medycy? Niebo przestrzelone było szarymi chmurami, zwiastującymi nadchodzący wielkimi krokami deszcz. Trzciny kołysane były przez silniejszy wiatr, który wprawiał je w przyjemny dla uszu szum. Drzemlikowa Łapa z przyzwyczajenia skierował się do żłobka, a wewnątrz dostrzegł Czosnkową Krewetkę, spodziewającą się kociąt i resztę obecnie zamieszkujących żłobek. Pokręcił głową z zawstydzeniem i wycofał się, ślepkami odszukując nory uczniów. Od dzisiaj to właśnie tam miał spać. Wetknął łeb do środka, upewniając się, czy to było dobre miejsce. Zauważywszy odpoczywającą Orzeszkę na jednym z posłań, westchnął z ulgą. Nie chciał budzić siostry, dlatego też, gdy dostrzegł nieopodal siedzącą Wełniankową Łapę, która akurat myła łapą policzki, podszedł do niej z uśmieszkiem.
— Wełniankowa Łapo! Ja też zostałem już uczniem. Dogoniłem cię, prawie! — uśmiechnął się do niej szeroko, a kocica podniosła ciemne spojrzenie znad własnej łapy. Ruchem ogona zachęciła go do tego, żeby usiadł obok.
— No, no! Gratulację, jednak… Jeszcze trochę ci brakuje, żebyś wzrostem mi dorównał! — powiedziała do niego, po czym niespodziewanie powaliła go na grunt, tak, jak kiedyś, jeszcze za czasów kocięcych. Delikatnie oszołomiony Drzemlikowa Łapa poczuł, jak zderza się z posadzką, chociaż wcale nie boleśnie. Vanka uśmiechnęła się szelmowsko, a zwęglony pozwolił jej tym razem wygrać.
— Aaaa! — krzyknął, udając śmiertelnie przerażonego zaistniałą sytuacją. Orzechówka podniosła głowę ze swojego posłania, zaalarmowana, aczkolwiek nie skomentowała tego, a żółtooki nie miał nawet pojęcia, że spogląda w jego stronę. Miał pomysł na ich kolejną zabawę, za którymi swoją drogą tęsknił, odkąd Wełnianka zamieszkała w legowisku uczniów. Miała ceremonię wcześniej, niż on, ale teraz mogli już na nowo sypiać nieopodal siebie. — Ratunku! Atakuje mnie straszny borsuk! — mówił, otwierając szeroko oczy. Po paru uderzeniach serca udało mu się wyślizgnąć spod jej uścisku sprytnie i stanął naprzeciw niej, prezentując się niczym najsilniejszy wojownik. Ogon miał uniesiony wysoko, a pierś wypiętą do przodu. — Nic się nie martw, uratuję cię! — powiedział sam do siebie, odgrywając rolę bohatera. Spojrzał raz jeszcze na Wełniankową Łapę, szykując się do swojego “ataku”.
<Wełnianko-borsuku? Czy podoba ci się zabawa, którą już znamy? Może wolisz pobawić się w coś nowego, albo w to samo?>
[1719 słów + pływanie, trening ogrodnika]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz