BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowy Pocałunek x Bożodrzewny Kaprys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowy Pocałunek x Bożodrzewny Kaprys. Pokaż wszystkie posty

31 stycznia 2025

Od Judaszowcowej Łapy (Judaszowcowego Pocałunku) CD. Bożodrzewnej Łapy (Bożodrzewnego Kaprysu)

w czasach uczniowskich
Przyglądał się siostrze z przymkniętymi w szparki oczami. Jej wygięty uśmieszek nie zwiastował niczego dobrego. Kto mógł w końcu wiedzieć, jaki pomysł przyszedł do jej głowy...
— Hm? — Podniósł jedną brew, nie spuszczając z niej podejrzliwego wzroku.
— Pomożesz mi w treningach — oznajmiła Bożodrzew, dziwiąc nawet go tą... Prośbą? Bardziej warunkiem czy szantażem, ale nadal, potrzebowała jego wsparcia. Na Klan Gwiazdy! Nie sądził, że przez jej gardło kiedykolwiek przejdą takie słowa. — Muszę w końcu nadgonić, by Dzwonkowy Bobek dał mi spokój. A w pojedynkę... Może być z tym problem.
— I zdecydowałaś się poprosić mnie o pomoc? To przeurocze — miauknął prześmiewczym tonem, uśmiechając się złośliwie. Dla Judaszowcowej Łapy było to jak piękna melodia.
— Już się tak nie ekscytuj — mruknęła i położyła po sobie uszy. — To tylko sprawiedliwy układ. Ty coś dostaniesz, ja coś dostanę...
— A właśnie, co z tego będę miał? — Kocur wstał i zaczął otaczać Bożodrzewną Łapę. — Bo na dozgonną wdzięczność i radosny uśmiech się nie skuszę.
Uczennica skrzywiła się na pysku.
— Wiesz, za dużego poparcia jako wysłannik Gwiezdnych to ty nie masz...
— To dlatego, że połowie klifiaków pająki wiją gniazda w mózgach — prychnął, przewracając oczami.
— ...ale mogę spróbować to zmienić — kontynuowała, jakby Judasz wcale jej nie przerwał. — Co dwie głowy to nie jedna, co nie? Tu coś komuś szepnę, tu cię poprę...
— To najmniej, co możesz zrobić. — Zmarszczył nos i zamilkł na moment, jakby się nad czymś zastanawiał. — Ale niech ci już będzie.
Usatysfakcjonowany uśmiech Bożodrzewnej Łapy mówił wszystko.

***

niedługo przed śmiercią Srokoszowej Gwiazdy
Leżał w swoim legowisku... Choć trudno było nazwać to, na czym spał, prawdziwym posłaniem. Były to raczej strzępy suchego mchu usypane w jedną, zbitą kupę. Judaszowcowa Zdrada jednak nie narzekał, nie użalał się nad swoim losem, choć ten wcale mu się nie podobał. Nie zamierzał swoją irytacją dawać Srokoszowej Gwieździe poczucia, że z nim wygrał. Wiedział, kiedy należało zacisnąć zęby i na to właśnie był teraz czas. Judasz zastanawiał się tylko: jak długo to jeszcze potrwa? Ile brudu jeszcze przewinie się przez jego łapy, zanim w końcu będzie naprawdę wolny?
Zwykle jaskinia, w której przebywał, była pilnowana przez cichego strażnika. Do jego uszu jednak nagle zaczęła dobiegać przyciszona rozmowa, z czego jeden głos zdawał się wyjątkowo znajomy. Gdy ucichła, zamiast niej pojawił się lekki, zbliżający się do niego tupot kocich łap. "To pewnie obiad" — pomyślał, nie podnosząc głowy. Już wcześniej przynoszono mu w ten sposób piszczki.
Tym razem jednak nikt nie powiadomił go o posiłku. Nie czuł nieprzyjemnego fetoru zleżałej nornicy, a zastępował go zapach... Bożodrzewnego Kaprysu.
Oczywiście.
— Przyszłaś się ze mnie wyśmiewać? — Judasz odwrócił się w jej stronę, krzywiąc pysk. Nie rozumiał, po co tu przylazła. Nikt przecież go tu nie odwiedzał. Srokoszowa Gwiazda zabraniał mu kontaktu z resztą klanu na czas swojej kary. Jeśli to miał być kolejny głupi żart z jej strony... Nie zdziwiłby się samym pomysłem, lecz fakt, że naprawdę się do tego posunęła, naprawdę mu imponował. Wielkością jej mysiej głupoty.
— Chciałabym – parsknęła i na chwilę zamilkła, badając go spojrzeniem. — Ja... Chciałam zapytać, jak się trzymasz? Czy wszystko w porządku? Czy... czy cię skrzywdzili?
Normalnie na jego język natychmiast nasunęłaby się ironiczna odzywka. "Nie, wszystko świetnie, uwielbiam sprzątać bobki i pucować podłogę." Fakt, że te słowa jednak padły z ust Bożodrzew, tej, która zawsze obrzucała go wyzwiskami, na uderzenie serca odebrał mu mowę. Jego wąsy zadrgały z rozbawienia.
— I tylko po to narażasz się Srokoszowi?
— Tak. Mama się o ciebie martwi.
— Wiem — odparł i choć trudno było to usłyszeć w jego głosie... Posmutniał. Codziennie spotykał się z nią wzrokiem. Patrzyła na niego posępnie, gorzko, szklącymi się oczami. Szybko odepchnął tę myśl. Liściasty Wir cierpiała, lecz musiała to wytrwać. — Niech ten drań już zdycha, psiakrew. Mam dość — burknął, a Bożodrzew znów zamilkła. Znów wpatrywała się w niego w bezruchu.
— Juda — wyszeptała po chwili. — Juda uciekaj stąd. Pomogę ci. Uciekaj. Rzuć to wszystko. Uciekaj — powiedziała nagle, a z każdym następnym jej słowem w jej głosie narastały emocje. Spojrzał na nią z zaskoczeniem w oczach. Nie spodziewał się tego usłyszeć. Choć dla kogoś innego ta propozycja mogła być kusząca, on nie mógł tego zrobić. Klan Klifu był durny... Lecz go potrzebował. Był jego nadzieją na lepsze jutro. Gdyby teraz odszedł, pogrążyłby pobratymców w panice. Nie był w stanie zawieść ich oraz, co gorsza, zawieść Gwiezdnych. Był tu z misją i musiał ją wypełnić.
— Nie mogę — odpowiedział. Widział szok na pysku swojej siostry, lecz niewzruszony mówił dalej: — Nie mogę zostawić Klanu Klifu w takim momencie. Bożodrzewny Kaprysie, otacza nas mrok i jestem jedynym kotem, który może przynieść nam światło. Klan Klifu potrzebuje przywódcy duchowego. Potrzebuje Klanu Gwiazdy — wyjaśnił bez ani jednego zająknięcia, choć nie był pewien, czy go zrozumie.
Po jej nastroszonym futrze mógł stwierdzić, że nie, nie zrozumiała.
— Przestań. Przestań gadać głupoty — mówiła wściekle przez napływające do jej oczu łzy. — Przestań próbować mnie przekonać. Po prostu raz w życiu mnie posłuchaj.
Nie zwracając większej uwagi na jej gniew, pokręcił jedynie głową.
— Nie bój się — starał się ją uspokoić, lecz jego ton wciąż był poważny i twardy. — Srokoszowa Gwiazda nie pożyje długo. Nawet jeśli nikt mu nie pomoże, niedługo sam padnie. Wtedy mi uwierzysz. Klan Klifu zostanie uratowany przez wysłannika Klanu Gwiazdy.
Bożodrzewny Kaprys nie wyglądała na przekonaną. Oboje czuli jednak w kościach, że powinni skończyć tę rozmowę. Jeśli wojowniczka zaraz sobie nie pójdzie, zostaną przyłapani, a Judaszowiec nie potrzebował kolejnego ucięcia racji żywnościowej i roboty. Nie mówiąc nic więcej, patrzył, jak biała kocica odchodzi.
Jak zwykle – uważała go za mysiego móżdżka. Tym razem jednak nie był za to na nią zły. W końcu nigdy nie czuła tego samego co on. Nie odwiedzał jej Klan Gwiazdy, nie miała ciążącego nad nią brzemienia, nie czuła tej samej powinności, co on. Musiała się martwić – była jego siostrą, głupią i upierdliwą, ale jednak siostrą.
"Niedługo zrozumie" — pomyślał, przybierając wygodniejszą pozycję. Musiała tylko poczekać na ziszczenie się jego słów, a wierzył, że nie będzie to trwało długo. Brązowy położył łeb na mchu i przymknął powieki, choć wiedział, że nie zaśnie zbyt prędko. Jedyne, co mogło im pomóc, to cierpliwość. Liczył, że wkrótce dojdzie to do jej móżdżka.

***

Judaszowcowy Pocałunek uwielbiał oglądać klan. Może to jedna z rzeczy, która została mu po okresie niewoli – bądź co bądź, przez parę księżyców prawie nie otwierał do innych pyska. Zostawała mu tylko cicha obserwacja i nasłuchiwanie.
Po awansie na zastępcę, swoje posłanie ulokował na najwyższej ze skalnych półek. Dzięki temu miał wgląd na całe obozowisko i wszystkie jego zakamarki. Nic nie mogło uciec jego wnikliwemu spojrzeniu i wiecznie nadstawionym uszom.
Siedział tak w całkowitej ciszy, wsłuchując się w głośny gwar i podążając wzrokiem za każdym szybszym ruchem. Wpatrywał się w wesołą rodzinę Melodyjnego Trelu, która wraz z partnerem dzieliła się językami ze swoimi kociakami, śmiejącą się w niebogłosy Bijącą Północ w grupce znajomych, cicho i spokojnie szemrzących starszych wojowników i samotnie siedzącą w kącie Gąsiorkową Łatę. Nie mógł jednak zobaczyć jednego, bardzo charakterystycznego kota. Białe futro Bożodrzewnego Kaprysu było zwykle bardzo łatwe do zauważenia, nawet w gęstym tłumie. Nie przypominał sobie, by wysyłał ją na ostatni patrol, a większość jej rodziny krzątała się gdzieś niedaleko. Czyżby w końcu ruszyła zadek i poszła na samotne polowanie?
Ciepły oddech na tyle jego głowy uświadomił mu, że niestety nie.
— Wiem, że tu siedzisz — rzucił w jej stronę, nie ruszając łbem. — Nie masz niż ciekawszego do roboty?
— Niespecjalnie — mruknęła, po czym wyłoniła się z cienia i usiała przy jego boku na krawędzi kamiennej półki. — A przynajmniej nic takiego mi się nie chce — przyznała, choć wcale nie musiała, by Judaszowiec o tym wiedział.
— Bo tobie się kiedykolwiek chce — parsknął. — Wiesz, klan chętnie skorzystałby z dodatkowej pary łap do pomocy. Ta pora opadających liści nas nie rozpieszcza.
Na jego barki spadła spora odpowiedzialność. Pogoda była wręcz okropna – nawet w tamtej chwili na zewnątrz dudnił deszcz, skutecznie odstraszając nie tylko koty, ale i możliwą do upolowania zwierzynę. Już nieraz widział, jak myśliwi powracali z pustymi pyskami; sterta zdobyczy natomiast malała na ich oczach. Zajmował się z tego powodu więc wysyłaniem większej ilości łowieckich patroli. Rozmawiał z mentorami, by na chwilę odsunęli treningi walki i innych umiejętności swoich podopiecznych na bok na rzecz polowania. Jeśli już teraz mieli problemy, obawiał się, jak będzie wyglądała pora nagich drzew. Wolał, by Klan Klifu był przygotowany na każdą ewentualną klęskę.
— Wyluzuj, Juda. Jak tylko przyjdą nowe liście, wszystko się unormuje. Nie przez takie rzeczy już przechodziliśmy, nie?
— Lepiej dmuchać na zimne — odpowiedział szorstko. — Kto wie, co się zdąży wydarzyć do pory nowych liści...
Bożodrzewny Kaprys przewróciła figlarnie oczami.
— Oj tam, oj tam. Mówisz tak, jakby połowa z nas miała umrzeć z głodu przez tę parę następnych księżyców — miauknęła rozbawiona. — Chociaż chętnie bym zjadła jakąś tłustą, świeżą piszczkę...
Nagle, bez słowa, Judasz zeskoczył na dół. Odwrócił łeb w stronę siostry i widząc jej zdziwiony wzrok, mruknął:
— To ją sobie złapmy. — Spojrzał na nią oczekująco. Wojowniczka jednak, zamiast do niego dołączyć, skrzywiła się na pysku.
— Chcesz wychodzić w taką ulewę?
— Nie przesadzaj. Z pajęczyny nie jesteś — burknął.

<Bożo?>

02 stycznia 2024

Od Bożodrzewnej Łapy CD. Judaszowcowej Łapy

 No dobra, Judaszowcowi wreszcie odwaliło. Nie, żeby była jakoś szczególnie zaskoczona.
–Ty? Wybrańcem? – parsknęła z rozbawieniem. – To naprawdę byli zdesperowani.
Judaszowiec zjeżył futro, wyraźnie zdenerwowany.
– Mówię prawdę! – warknął, machnąwszy ogonem ze złością. Bożodrzew uniosła brwi. Jak śmiałaby wątpić?! – Przymnij pysk i słuchaj! – rozkazał, a biała kotka strzepnęła uszami. Juda wydawał się naprawdę zaangażowany w ten swój „proroczy sen”. – Chciałem go zapytać, czy powinienem na coś uważać, ale nie odpowiedział mi. Bożo czy ty to rozumiesz?! Postawiono przede mną tak ważne zadanie! – zawołał, a jego oczy zalśniły podekscytowaniem. Uczennica przekrzywiła łebek z pewnym rodzajem konsternacji.
– I… co zamierzasz zrobić z tym, że przyśnił ci się świecący, magiczny gość, który dał ci zadanie bojowe? – zapytała z pewną kpiną w głosie. Judaszowiec zjeżył futro, a jego pysk wykrzywił się w złości.
– Mogłem przewidzieć, że nie zrozumiesz, pomiocie Mrocznego Lasu! – burknął. Bożo zmrużyła ślepia. To nie jej wina, że Juda wygadywał bzdury!
– Zacznijmy od tego, że obudziłeś mnie w środku nocy. Nie spodziewaj się, że będę miła – odpyskowała, patrząc na brata z politowaniem.
– Ta, jakbyś kiedykolwiek potrafiła być miła. – Judaszowiec uderzył ogonem o ziemię.
– Wyglądasz jak rozdeptany szczur.
– Śmierdzisz jak lisie łajno.
Rodzeństwo przez chwilę mierzyło się wściekłymi spojrzeniami. Po chwili jednak Bożodrzewna Łapa wyprostowała się i wygładziła futro, przyjmując beznamiętny wyraz pyska.
– Nie wiem jak ty, ale nie mam zamiaru dłużej sterczeć na zimnie. Wracajmy do obozu, może przyśni ci się więcej gadających gwiazdek – zaproponowała z wyższością w głosie. Judaszowcowa Łapa parsknął.
– Jeszcze się przekonasz, że mam rację, heretyku – fuknął, ruszając w stronę obozu. Biała kotka strzepnęła uszami. Ta. Oczywiście. Klanie Gwiazdy, jeśli Juda rzeczywiście był wybrańcem, to Bożo przysięgała, że zeżre posłanie Dzwonkowego Szmeru.
Resztę drogi do obozu pokonali w ciszy.

***

Paląca nienawiść do Dzwonkowego Szmeru wypełniała ją coraz mocniej z każdym dniem. Od kiedy mentor zdecydował, że jej postęp w treningu jest zbyt powolny, każdy dzień zamienił się w istne piekło. Wojownik zwlekał ją z posłania wraz ze wschodem słońca, a pozwolił odpoczywać, dopiero gdy chyliło się ono ku zachodowi. Bożodrzew w życiu nie sądziła, że jest zdolna do takiej ilości ruchu fizycznego. Szczerze nienawidziła każdej sekundy nauki. Nie prosiła się o to! Czemu ten mysi móżdżek nie mógł jej zostawić w spokoju?!
– To bardzo ładny łup. – Wojownik schylił głowę z zadowoleniem, patrząc na upolowaną przez Bożodrzew zwierzynę. Uczennica obdarzyła go tylko pełnym złości spojrzeniem. Oby się udławił tym wróblem. Mięśnie bolały ją i czuła się upokorzona przez ilość dodatkowych treningów. Judaszowiec tego nie potrzebował! Dlaczego ona musiała być taka beznadziejna?! – Zrobiłaś duży postęp. Być może jednak uda się z ciebie zrobić wojownika.
Biała kotka miała ochotę splunąć mu w pysk, jednak zamiast tego wbiła jedynie pazury w ziemię. Oby Dzwonek uległ samospaleniu.
– Koniec na dzisiaj? – zapytała tylko, pragnąc jedynie zwinąć się w posłaniu i spać. Wojownik omiótł ją spojrzeniem.
– No dobrze – zgodził się po chwili. – Ale jutro ci nie odpuszczę.
Coś zagotowało się w Bożodrzewu. Warknęła cicho i obróciła się na pięcie, ruszając w stronę obozu. Nie skierowała jednak swoich kroków w kierunku miękkiego, czekającego na nią posłania – zamiast tego znalazła jedynego kota, który mógł jej pomóc i przed którym bardzo nie chciała przyznawać się, że tej pomocy potrzebowała.
– Cześć, Juda – zamruczała, zachodząc brata od tyłu. Czekoladowy zastrzygł uszami, patrząc na siostrę z niechęcią.
– Czego chcesz? – zapytał, mierząc ją nieufnym spojrzeniem. Biała kotka usiadła obok niego i owinęła ogon wokół łap.
– Wiesz co, długo myślałam o tym twoim śnie… – zaczęła. Klanie Gwiazdy, nie wierzyła, że to robi. – Myślę, że chcę ci pomóc w twoim zadaniu – oznajmiła. – Mam jednak warunek.

< Juda? >
[579 słów]
[Przyznano 12%]

02 grudnia 2023

Od Judaszowcowej Łapy CD. Bożodrzewnej Łapy

Podniósł się z ziemi, pokasłując. Słyszał wiwat Bożodrzewnej Łapy i zanim jeszcze pył zdążył opaść wysyczał:
— Oszustka! To nie była wygrana! — zaprotestował, po czym po raz kolejny głośno zakaszlał. 
— Ojoj, czyżby ktoś się nie umiał pogodzić z tym, że przegrał? – zamruczała przekornie Bożodrzew, mrużąc oczy z czystą złośliwością. Nie mógł tego znieść. Naprężył łapy i tak samo szybko, jak pojawił się uśmiech białej, tak też zniknął – z jej pyska wydarł się niespodziewany pisk, kiedy przygniótł ją do ziemi, przetoczył się po niej i na powrót przyszpilił kotkę, upewniając się, że czuje przez cienką skórę jego pazury. Uspokoił się trochę, spodziewając się natychmiastowego sprzeciwu wojowników, ale odezwał się jedynie Kania – kątem oka Judaszowcowa Łapa zauważył, że kocur chciał coś krzyknąć, ale powstrzymał go Dzwonek, szepcząc coś niezrozumiałego. Czyżby miał tak dość swojej uczennicy? Nie dziwił mu się.
— Dobrze, Judasz! Popal jej! — warknął z wyczuwalnym rozbawieniem mentor jego siostry, upewniając go w tym przekonaniu. Nie musiano mu dwa razy powtarzać. Czekoladowy wgryzł się (pozostając przy tym na swój sposób delikatny) w jej szyję, wywołując wężowe, przerażone ruchy Bożodrzewnej Łapy. Pozwolił się jej wyrwać z jego uścisku, ale uczennica była zbyt powolna, aby mu oddać. Czmychnął od jej łapy zanim ta zdążyła choćby go musnąć. I znowu. I znowu.
— Tylko na tyle cię stać? 
— Pilnuj języka! — odparowała Bożodrzew, wystrzelając do przodu. Przewaliła brata, ale na krótko, bo ten i tak z dziecinną łatwością zrzucił i przybił ją do twardej ziemi. Poczęła kopać go w brzuch, ale zaciskając zęby na wardze z bólu Judaszowiec utrzymywał ją w jednym miejscu. Musiał przyznać, że te pazurzaste, brudne łapy sprawiały mu ból, ale nadal stał, boleśnie szczypiąc kotkę pazurami. W końcu ta straciła siły.
— Ojoj, czyżby ktoś się nie umiał pogodzić z tym, że przegrał? — powtórzył własne słowa Bożodrzewnej Łapy w jej stronę. Ta syknęła mu prosto w twarz. Ten dźwięk był muzyką dla jego uszu. 
— Dobra, dość — zakończył ich pojedynek Przyczajona Kania. Judaszowiec posłusznie zszedł z siostry, która wstała i czym prędzej zaczęła otrzepywać swoją burą sierść z osiadłego na niej pyłu, aby ta odzyskała swój śnieżnobiały kolor. — Judaszowcowa Łapo, dobra robota. Bożodrzewna Łapo...
Pojawił się obok niego Dzwonkowy Szmer i wciął się zastępcy w zdanie.
— ...musisz popracować. Widzisz, twój brat rozpoczął trening w tej samej chwili co ty, a dzielą was chyba długości drzewa! Ale szybko go nadgonisz. Ja już o to zadbam. Prawda?
Bożodrzewna Łapa skrzywiła pysk, ku uciesze czekoladowego ucznia.
— Tja — odparła, liżąc swoją łapę, jak gdyby nic jej nie obchodziło. 
— Dziękuję, Przyczajona Kanio, za użyczenie mi swojego ucznia — podziękował mentorowi Judaszowca wojownik, uśmiechając się. — Mógłbyś ją wcisnąć do wieczornego patrolu?
Przyczajona Kania nie podzielał jego entuzjazmu. 
— Znajdzie się dla niej miejsce — odpowiedział jedynie. — I również dziękuję. Judaszowcowa Łapo, chyba możemy wracać?
— Oczywiście. — Kocur otrzepał się sam z brudu i poszedł za mentorem, zostawiając Bożodrzew samą z mentorem. I swoją irytacją.

***

Ledwo co zasnął. Miał ciężki dzień, męczący przede wszystkim. Kania mówił mu, że wyrobił niezłą masę mięśniową i umiejętności i prawie nie wystawiał do treningów walki z młodziakami. Uczeń podejrzewał, że ten nie chciał, by po raz kolejny kogoś boleśnie sprał. Tym razem nawet Judaszowiec oberwał i do samego końca szczypało go za uchem krwawe obtarcie. Musiał poprosić Czereśniową Gałązkę, aby mu tam nałożyła opatrunek. Jego upragniony sen jednak został szybko przerwany. Śnił przez chwilę, a teraz coś go rozbudziło. Nie otwierał jednak oczu. Miał nadzieję, że zaraz znowu zaśnie. 
Coś było nie tak. Zauważył to po chwili, że już czuł się całkiem wypoczęty, pomimo uprzedniego wyczerpania. Przeciągnął się, głośno ziewając i nareszcie otworzył ślepia. 
Znajdował się... w lesie? Gdzie kamienne ściany legowiska? Gdzie chrapiąca Bożodrzewna Łapa u jego boku? Został naćpany i porwany? To wszystko dlatego? Co się stało???
To nie był las, który znał, ten, który rosnął na terenach klifiaków. Przeróżna mieszanka lasu liściastego i iglastego otaczała go, robiąc miejsce na niewielką, łąkową polanę. Była noc, jednak wyjątkowo jasna, jak gdyby rozświetlona tysiącem gwiazd. Gdy spojrzał w niebo ujrzał lawendowy, snujący się od jednego horyzontu pas, znikając pośród czubków sosen. Patrzył się przez chwilę z rozwartym pyskiem – nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Przyjmowane przez nią barwy, przeróżne kształty, jak gdyby ktoś rozsypał po nieboskłonie kosmiczny pył i skupił w nim wszystkie widoczne normalnie gołym okiem gwiazdy, pomnożone przez tysiące. Obserwację przerwał mu cichy szmer wychodzący zaraz z naprzeciwka. Zwrócił ku jemu źrenice. Spomiędzy grubych dębowych pni wyłaniała się coraz lepiej widoczna kocia sylwetka, błyszcząca się delikatnie w świetle księżyca i gwiazd, zostawiając za sobą połyskujący ślad. Odebrało mu to na chwilę w płucach dech. Nie bał się obcego, bo już doskonale wiedział, gdzie się znalazł. Na terenach Klanu Gwiazdy.
— Witaj, śmiertelny. — Jasny (niemożliwego do rozpoznania koloru futra w nocnej poświacie) kocur z małymi, migoczącymi punktami utkwionymi między jego futrem płynął po falującej trawie, idealnie falując wraz z nią. Judaszowcowa Łapa aż wstrzymał z wrażenia oddech. Im bardziej gwiezdny się do niego zbliżał, tym większy się zdawał. Czy taki był od początku, czy rósł w jego oczach? — Cieszę się, że mam możliwość z tobą porozmawiać.
W końcu duch zatrzymał się, a czekoladowy musiał podnieść znacząco brodę, by móc spojrzeć mu prosto w twarz. Dopiero teraz zauważył, że spod jego przednich łap unosi się światło i zwrócił ku nim na chwilę wzrok. W pazurach, zaciśniętych na nim jak łapa orła, trzymał piorun wypuszczający z siebie jasne iskry, które opadały jednak na ziemię nie wywołując ognia. Nie potrafił oderwać oczu. Wiedział, że jest wyjątkowy. Wiedział, że jest wybrany! A nikt mu wcześniej nie wierzył! Nikt! W końcu otrząsnął się z początkowego szoku i opuścił z szacunkiem głowę.
— W-witam — po raz pierwszy w życiu czuł się, jakby zabrakło mu słów. — Dlaczego mnie odwiedzasz? Z jaką informacją do mnie przybywasz?
— Przychodzę w imieniu całego Klanu Gwiazdy, Judaszowcowa Łapo. Wszyscy z nas tam znają cię bardzo dobrze — miauknął, a echo jego głosu roznosiło się po całej polanie, brzmiąc nierealnie, jak za mgłą lub szkłem. Mówił  beznamiętnie, ale uczniowi zdawało się, że na jego pysku może zobaczyć... uśmiech? — Me imię brzmi Potrójny Majestat. Byłem medykiem jednego z klanów przed wielu laty, twardo trzymającym się naszych zasad i wyznania. Czekaliśmy na ciebie — przyznał duch i na chwilę zrobił pauzę. Judaszowcowa Łapa nie miał zamiaru mu przerywać, milczał, wpatrując się w jego wielkie, rozjarzone oczy. — Zostałeś wybrany.
— Wybrany? Do czego? — wyślizgnęło mu się z ust i zanim mógł pomyśleć, już było za późno. Trójka nie okazał jednak po sobie niczego, co by wskazało, że został tym urażony.
— Do powstrzymania zła — mruknął, a jego głos rozbrzmiał jak błyskawica, którą trzymał w łapie. — Tego zła, którym klany zostały przesiąknięte. Tego, które nad nimi czyha. 
Judaszowcowa Łapa przełknął nerwowo ślinę. Miał powstrzymać niebezpieczeństwo? Jakie niebezpieczeństwo? Miał w głowie tyle pytań! W końcu zdecydował się na choć jedno z nich:
— Czy powinienem zostać medykiem? — zapytał. Nie nurtowało go to pytanie wcześniej, lecz... skoro Potrójny Majestat odezwał się do niego, był za życia uzdrowicielem i sam przyznał, że Judaszowiec był przepowiedziany, może powinien podążyć jego szlakiem?
— Krocz w stronę, którą uważasz za słuszną — odparł bez wahania duch. — A ja będę cię prowadził. Zapamiętaj mnie.
Judaszowiec zamrugał. Nie spodziewał się takich słów z jego ust. 
— Zapamiętam — zapewnił uczeń, gorliwie przytakując głową. — Chcesz mi powiedzieć coś jeszcze? Ostrzec przed kimś, Potrójny Majestacie? Kiedy następnym razem się spotkamy? — zaczął dopytywać i nawet poniósł się głos ducha, jednak rozmazany i niezrozumiały. Sama jego sylwetka zaczęła się rozrzedzać, tracić swą masę i powoli zatapiać w otaczającym ją lesie. Nawet jeśli Judaszowcowa Łapa chciał zostać tu na dłużej i więcej porozmawiać z gwiezdnym, jego pole widzenia zaczęło się rozjeżdżać, a własne łapy ciążyć. Opadł na miękką, zroszoną trawę i zupełnie utracił swą senną przytomność.

***

Tak szybko, jak jego głowa uderzyła o ziemię po drugiej stronie, tak po tej czekoladowy momentalnie ją uniósł, otwierając szeroko oczy. To nie był zwykły sen. To nigdy nie były zwykłe sny. Wiedział, że był stworzony do rzeczy wyższych i teraz się o tym przekonał! Teraz wszyscy musieli mu uwierzyć! 
— Psst!! Bożodrzew! — syknął tak cicho jak potrafił Judaszowcowa Łapa do siostry, która spała jak kamień. Musiał podzielić się z kimś informacjami. — Bożo. Bożo. Bożo! — w końcu sprzedał jej uderzenie między oczy i dzięki bogu, biała kotka rozbudziła się bez piśnięcia, a jedynie przykryła twarz łapami i zaczęła się przeciągać. To nie był jej pierwszy raz, gdy brat budził ją w ten sposób. 
— Czego? — wymruczała, na wpół jeszcze we śnie, rozmasowując obolałe miejsce.
— MUSZĘ ci o czymś powiedzieć — szepnął, rozglądając się po śpiących uczniach. Nie chciał jednak, by podsłuchiwały ich takie półgłówki, zwłaszcza pokroju Gorączkowej Łapy. Chciałby wyjść z legowiska, najlepiej nawet obozu, ale jak, kiedy strzegł go strażnik? Myśląc jeszcze warknął do Bożodrzewnej Łapy: — Ugh, pierdoło, czemu musiałaś mieć białe futro!
Kotka zamrugała zdezorientowana, widocznie jeszcze jedną łapą w sennym świecie. Zerknęła na śpiących wokół uczniów.
— Po jakiego grzyba mnie budzisz? Myślałam już, że jakiś borsuk na nas napadł. Idź spać — poleciła mu, opuszczając głowę i wygodnie rozkładając się raz jeszcze na swoim mszystym legowisku. — Nie chcę słuchać i wspierać twoich urojeń. 
Judaszowiec już uniósł na nią łapę, zastanawiając się jakim cudem tak długo wytrzymał z tym mysim bobkiem, ale wziął głęboki wdech i ponownie zaczął analizować.
— Kto dzisiaj stoi na straży? — zapytał Bożodrzewnej Łapy, która niechętnie otworzyła po raz kolejny jedno oko, myśląc, że to już koniec rozmowy.
— Jakiś rudas. 
— Nie mamy w klanie rudych kotów.
— Naprawdę? — zdziwiła się Bożo. — A to heca.
Judaszowcowa Łapa głęboko westchnął, czując wypełniającą go aż po końce uszu irytację.
— Z tobą się nie da normalnie pracować — zawarczał, już zrezygnowany kładąc się na własne posłanie, choć był przekonany, że nie da rady zasnąć. Kiedy tylko zamykał oczy miał przed oczami tą wielką posturę, a w uszach odbijał się nadal boski głos Potrójnego Majestatu.
— Bławatkowy Wschód.
Podniósl z zaciekawieniem jedno ucho, słysząc nieoczekiwanie głos Bożodrzewnej Łapy.
— Co?
— No jest strażnikiem! Na Klan Gwiazdy, na mnie narzekasz, a sam masz mysi móżdżek... — pufnęła. — Co planujesz?
Już zacierał łapy. Bławatek, z jakiegoś powodu, go lubił, więc łatwo mu będzie go przekonać, aby ich wypuścił. Na chwilkę. Nie obrazi się prawda? Otwierali razem kraby, spali w jednym legowisku jeszcze pół księżyca temu, na pewno się zgodzi.
— Chodź — rozkazał Bożodrzewnej Łapie, która z ogromną niechęcią ześlizgnęła się ze swojego łoża. — Tylko cicho — dodał. Nadal nie chciał, aby ktokolwiek się obudził.
Wyszedł z legowiska uczniów, cicho stawiając za sobą kroki. Starał się poruszać tak cicho, by nawet nie było słychać, że w ogóle tu jest. Bożodrzewna Łapa szła za nim już z mniejszą dyskrecją, co przeklinał w głowie. Wyszli i momentalnie utkwiło na nich spojrzenie ciemnych, ale jarzących się w mroku oczu Bławatkowego Wschodu, który nie spodziewał się ich obecności.
— Co wy tu robicie? — mruknął, a zanim biała zdążyła powiedzieć coś głupiego Judaszowcowa Łapa wetknął jej w pysk końcówkę ogona i sam otworzył pysk.
— Jest taka sprawa, bardzo szybko ją załatwimy, naprawdę — mówił do niego, starając się brzmieć szczerze. — Wiem, że nie gadamy bardzo dużo, ale proszę, wypuść nas z obozu, tylko na krótką chwilę. Zaraz wrócimy. 
— Po co? — liliowy sprawiał wrażenie bardzo zdezorientowanego. Judaszowiec wiedział, że za nim Bożodrzew, gdyby nie utkanie, rzuciłaby jakąś głupotą. — Przepraszam, ale...
— Bławatkowy Wschodzie, hej — zwrócił się do niego, już z nieco twardszym głosem. — Chcesz mi pomóc, czy nie? Wrócimy zanim zdążysz się odwrócić.
Wojownik nie wyglądał na przekonanego. Widocznie się wahał.
— Jeśli wam się coś stanie, będzie wszystko na mnie.
— Sam Przyczajona Kania mówi, że zaraz będę mianowany. — Nie mówi. Ale czy Bławatek musi o tym wiedzieć? — Zaufaj mi. Nic nam serio nie będzie.
— No... dobrze — dał w końcu za wygraną. Ogon Judaszowca uniósł się, wywijając z pyska siostry.
— Wiedziałem, że można na ciebie liczyć — miauknął, kierując się w stronę wielkiego wyjścia i szumiącego wodospadu. — Uderzenie serca i będziemy z powrotem.
Kocur niepewnie skinął mu głową, widocznie niezadowolony z podjętej decyzji, ale Judaszowcowa Łapa dostał już to, czego chciał. Po prostu wyszedł, pozwalając, aby siostra go dogoniła. Odchodził od obozowiska, wpatrując się w morze pod klifem jak zaczarowany. Dosięgnął wzrokiem także las na terenie nocniaków, co przypomniało mu o swoim śnie. Zatrzymał się nagle.
— Pająki uwiły ci już sieć w mózgu? — zapytała Bożodrzew, nie podzielając jego spokoju ducha i zadowolenia, która na niego wpadła. — Wyciągasz mnie z obozu w środku nocy, wymykasz się jeszcze i to po to, aby w ciszy sobie patrzeć na wodę. Wszystko tam w porządku z twoim móżdżkiem? — warknęła. Judaszowcowa Łapa zmierzył ją wzrokiem, od góry do dołu i wypuścił powietrze.
— Już ci mówię. Ale to sekret! Największy! — ostrzegł ją, wpatrując się prosto w jej brązowe ślepia. — Jak komuś powiesz, to cię przerobię na karmę dla wron. 
— Mówisz mi to codziennie — parsknęła Bożodrzew, całkiem niewzruszona. — I jakimś cudem nadal mnie nie rozdziobały.
— Teraz mówię naprawdę. Przysięgnij mi! 
— No dobra! — odskoczyła nieco, machając ogonem. — Przysięgam. Znalazł się...
— To słuchaj. Odwiedził mnie duch z Klanu Gwiazdy — powiedział poważnie, nadal czując w kościach tą bijącą od niego energię.
— Znowu? — zachichotała Bożodrzew. Bez namysłu Judaszowcowa Łapa pacnął ją łapą.
— To nie jest żart! Nazywa się Potrójny Majestat. Znalazłem się na polanie, wokół las, a nade mną... zamiast ciemnego, nocnego nieba piękny gwiezdny pas... nigdy czegoś takiego nie widziałem — przyznał, mówiąc jak zaczarowany. — I się pojawił duch i był ogromny, jak drzewo, a w łapie trzymał piorun. I powiedział mi, że jestem wybrańcem, zniszczę wiszące nad klanami zło a on mnie będzie prowadził...

<Bożodrzewna Łapo?>

[trening wojownika; 2186 słów]
[Przyznano 44%]

31 października 2023

Od Bożodrzewa (Bożodrzewnej Łapy) CD. Judaszowca (Judaszowcowej Łapy)

 Bożodrzewik naprawdę, naprawdę nie lubiła być budzona – szczególnie gdy następowało to poprzez dostanie w żebra łapą Judaszowca. Podniosła łeb, sycząc z niezadowoleniem i jeżąc ogon. Reszta szacunku do brata (nie, żeby kiedykolwiek było go dużo) i chęć uszanowania jego nietykalności cielesnej bardzo szybko poszły w zapomnienie. Bez dłuższego namysłu zdzieliła kocura łapą po głowie.
– Juda, nie obijaj się – burknęła, owijając ogon wokół łap. Jeśli ma cierpieć w tym okropnym świecie przez niewystarczającą ilość snu, Juda będzie cierpieć razem z nią.
Brat otworzył oczy i zawarczał ze złością.
– Przestań! Zrujnowałaś mi najwspanialszą chwilę mojego życia! – odsłonił zęby. 
– Tak? To fantastycznie. – Biała ziewnęła przeciągle, mrużąc powieki.
– Klan Gwiazdy miał mi do przekazania wiadomość, a ty to wszystko zepsułaś.
Bożo popatrzyła na niego z powątpiewaniem.
– A zdążyli ci chociaż powiedzieć co dzisiaj na obiad? – rzuciła ignorancko. Judaszowiec wręcz zatrząsł się ze złości, co w sumie było dość dobrą rekompensatą za zostanie obudzoną.
– Tak – mruknął. – Pieczeń z białego kociaka o brązowych oczach i irytującym charakterze.
Bożodrzewik parsknęła krótko.
– Mam nadzieję, że chociaż smaczna. 
Przewrócił oczami.
– Jesteś głupia. 
– Chyba ty.
– Masz pszczoły zamiast mózgu.
– Jesteś adoptowany.
– Utkaj się.
– Hej! Spokojnie! – Liściasty Wir wskoczyła między kocięta, odsuwając je od siebie. – Nikt nie jest tutaj adoptowany – stwierdziła, a Judaszowiec spojrzał na nią z powątpiewaniem. Bożo zmarszczyła brwi. Jeśli nikt nie był adoptowany, to skąd wzięła się Czyściec?! – Mówienie takich rzeczy jest bardzo niegrzeczne. Proszę, przeproście się nawzajem.
Czekoladowy tupnął gniewnie łapą.
– Nie przeproszę jej.
W oczach Liściastego Wiru zalśniła rezygnacja. Zwróciła spojrzenie w kierunku Bożodrzewik, która wzruszyła ramionami.
– Nie mam za co go przepraszać.
Karmicielka westchnęła cicho. Bożodrzew spojrzała na brata z ukosa i doszła do wniosku, że absolutnie go uwielbiała.

***

Prawdopodobnie jedyną częścią treningu, który Bożodrzewna Łapa lubiła, było wspinanie się po drzewach – prawdopodobnie dlatego, że siedząc na wysokich gałęziach drzewa, nie musiała słuchać gadania swojego mentora. Poza tym to była ta jedna z niewielu rzeczy, która okazała się dla niej naturalną umiejętnością. Podobało jej się to, że widziała zarówno szybkie postępy, jak i sens tego, co robiła – w końcu skoczenie na Judę z drzewa było wizją niezwykle kuszącą.
Tak więc była niezwykle niezadowolona, gdy Dzwonkowy Szmer zarządził zmianę aktywności.
– Schodź już! – rozkazał mentor, a ona zmrużyła oczy ze zdenerwowaniem. Miała nadzieję, że jej spojrzenie wykazywało chęć mordu. Leniwie ześlizgnęła się z gałęzi, lądując na kępie kiełkujących roślin i niszcząc ich nadzieję na wzrośnięcie. Trudno, robi im tylko przysługę.
– Nie będę znowu tarzać się po ziemi, udając, że walczę – oznajmiła uparcie. Kocur spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– Wydaje mi się, że właśnie będziesz. – Kiwnął głową, pokazując, by iść za nim. Bożodrzewna Łapa parsknęła. Niech wojownik wsadzi sobie ten swój trening w futrzasty kuper. – I ze względu na twoje powolne postępy w treningu – spojrzał na nią z ukosa – będziesz dzisiaj trenować z rówieśnikiem. Mam nadzieję, że chociaż to cię zmotywuje.
Uczennica obdarzyła go pustym spojrzeniem. Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby Dzwonkowy Szmer poszedł sprawdzić, czy go nie ma w obozie. Z niechęcią poczłapała za mentorem, wydając z siebie całą gamę zdenerwowanych pomruków i westchnień. Niech wie, jak jest niezadowolona.
Prawdziwy niepokój oblał ją dopiero wtedy, gdy dostrzegła, z kim dokładnie ma trenować.
Judaszowcowa Łapa odwrócił głowę w jej stronę, a jego pysk wypełnił wyraz irytacji. Sama Bożodrzew przyjęła zupełnie neutralną ekspresję. Z jednej strony ucieszyła się, że upokorzy się przed kimś, kogo lubi, ale z drugiej… nie mogła dać się pokonać bratu! Juda nie mógł myśleć, że nie była fajna! Poza tym, z czego miałaby się nabijać, gdyby przegrała?! Musiała wymyślić jakiś plan i to szybko.
– Cześć, Juda! – zawołała, mrużąc oczy.
– Nie tęskniłem za tobą – zamruczał z irytacją czekoladowy, a biała parsknęła. Dobrze wiedział, że ją uwielbiał.
Dzwonkowy Szmer (niech Klan Gwiazdy ześle na niego wszelkie przekleństwa) usiadł obok mentora Judaszowca i owinął ogon wokół łap.
– Używaj w walce chwytów, które ostatnio ćwiczyłaś – rozkazał jej, a uczennica miała ochotę zakopać się w ziemi ze wstydu. Jakich ruchów?! Czy on naprawdę myślał, że cokolwiek jeszcze pamiętała?! Brat rzucił jej pogardliwe spojrzenie.
Juda opadł do przykucu, przygotowując się do skoku. Bożodrzew przełknęła cicho ślinę. Naprawdę, naprawdę chciała wyjść z tego z twarzą. Zjeżyła się (miała nadzieję, że wygląda majestatycznie) i zawarczała głośno. Czekoladowy rzucił się pierwszy, zbijając ją z nóg. Zatoczyła się, w ostatniej chwili unikając kolejnego ciosu. Było źle. Zamachnęła się łapą – chybiła, nawet nie trącając brata, który z łatwością uskoczył. Klanie Gwiazdy, naprawdę mogła jednak uważać na tych treningach! Juda zaatakował po raz kolejny, a ona w ostatniej chwili odepchnęła się od ziemi. W powietrze wzbiła się chmura pyłu, która opadła na pysk czekoladowego. Uczeń nagle zaniósł się kaszlem, próbując łapami odgonić niespodziewanego przeciwnika.
Bożodrzew podskoczyła na obie łapy, prężąc się dumnie. Nikt nie musiał wiedzieć, że to, co zrobiła, było zupełnym przypadkiem.
– Wygrałam! – oznajmiła, a Judaszowcowa Łapa wytrzeszczył oczy.
– Oszustka! To nie była wygrana! – wykrzyknął, jeżąc ogon. Wyglądał, jakby miał się na nią za chwilę ponownie rzucić.
– Ojoj, czyżby ktoś się nie umiał pogodzić z tym, że przegrał? – zamruczała przekornie.

< Juda? >

[814 słów + wspinaczka na drzewa]
[Przyznano 21%]

03 września 2023

Od Judaszowca do Bożodrzewa

To była ta jedna, święta noc. Niebo było bezchmurne, słońce dawno schowało się za horyzontem, kierując się na drzemkę. Ustąpiło miejsca księżycowi i gwiazdom, które pod jego nieobecność doglądały swoim czujnym okiem lasu i wszystkich wojowników. Przodkowie szeptali między sobą o wszystkim i o niczym. O losie Klanów. O ich potędze. O złych kotach, które biegały po świecie żywych. Zdecydowały się poskromić ich wszystkich. Jeden z nich, duży, czarny kocur zaproponował coś, na co wszyscy przystali z niewyobrażalnym zachwytem i podziwem. Ich zadowolone miauknięcia przerwał jeden z nich, wyglądający na najstarszego. Jednym ruchem łapy uciszył zebranych i uniósł znacząco łeb do góry. Zamknął ślepia i powąchał powietrze. Nikt nie ważył się mu przerwać chociaż najmniejszym szelestem.
— Niedługo narodzi się on. Ten, który nie powstał przez zwyczajny akt zakochanych. — rozpoczął spokojnym głosem, wciąż nie otwierając oczu. — On będzie niósł w swych łapach naszą potęgę. Poskromi wszystkich, którym zachciało się złamać nasz kodeks. Zniszczy każdego, kto odszedł od gwiazd. — z każdym słowem jego głos stawał się coraz twardszy. — Nie będzie żadnym wysoko postawionym kotem, nie będzie owiany sławą od narodzin. Narodzi się w zwyczajnej rodzinie, jako jeden z tłumu. Będzie jednak sprawiedliwością, jedyną słuszną karą dla bezbożnych. Naszym synem i największym cudem. 
Wojownicy Klanu Gwiazdy zawyły równo jak w chórze, tupiąc łapami, unosząc wysoko ogony. Wzbudziły ogromną chmurę pyłu i kurzu. Pojawił się w niej cień, który rozciągał się do kształtów kocich ciał. Wysoki jak góra? Niski jak rów? Masywny jak skała? Chudy jak patyk? Nie. W końcu plama przybrała kształt niewielkiego, przeciętnego kociaka. Jednego z wielkiej zgrai, niewyróżniającego się niczym specjalnym. Takiego, co wtapia się w otoczenie i nikt go nie zauważy. 
Wszyscy skinęli łbami, patrząc na swoje dzieło. Byli zgodni, że jest idealne. Kocię pod cienistym kapturem przedarło się przez nocną łunę. Płynęło w powietrzu jakby w strumyku, kręcił się w tańcu, czekając, aż opadnie na ziemię. Patrzono na nie z dumą, dopóki jego ciemna sylwetka nie zniknęła pomiędzy drzewami i równinami okalającymi tereny Klanu Klifu. Zanurzył łapy w wilgotnej, zmoczonej deszczem trawie. To właśnie do klifiaków został wysłany półbóg, który odmieni losy tego świata. Biegł przez pola, czując w sierści wiatr. Brał pierwsze oddechy, smakując powietrza. Szmery gwiezdnych dodawały mu siły. Znał swoje przeznaczenie. Wiedział, że musi się z nim spotkać. Gdy tylko dotrze do obozu, nic nie będzie takie same. Już widział słaby zarys sylwetek zaciekawionych wojowników. To wszystko było już na wyciągnięcie łapy...
— Juda, nie obijaj się. — ze snu wyrwała go biała kotka. Zawarczał we wściekłości, czując, jak dreszcz próbuje wydrzeć się przez jego grzbiet. Jak ktokolwiek śmiał przerwać mu przepowiednię? Klan Gwiazdy miał mu coś do pokazania. Jego własne narodziny. Najwspanialsze ze wspomnień, jakie mógł zachować. Był wybrańcem. Musiał wypełnić swoje przeznaczenie. A wszystko to potwierdzało. Od zawsze wiedział, że jest wspaniały. Jak najjaśniejsza gwiazda wskazująca zabłąkanym drogę. Kto wie, co jeszcze by mu pokazali przodkowie, jakby ten lisi móżdżek nie zepsuł wszystkiego! 
— Przestań! Zrujnowałaś mi najwspanialszą chwilę mojego życia! — odsłonił zęby. 
— Tak? To fantastycznie. — biała ziewnęła. 
— Klan Gwiazdy miał mi do przekazania wiadomość, a ty to wszystko zepsułaś. 
— A zdążyli ci chociaż powiedzieć co dzisiaj na obiad? — powiedziała ignorancko, patrząc, jak brat zamienia się w wulkan. 
— Tak. — mruknął. — Pieczeń z białego kociaka o brązowych oczach i irytującym charakterze.
— Mam nadzieję, że chociaż smaczna. 
Przewrócił oczami. Był zażenowany. Jakim cudem obok kogoś tak niesamowitego, musiały się narodzić taki mysi móżdżek?
— Jesteś głupia. 

<Bożodrzew?>