BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)
Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)
30 września 2026
Od Latającej Ryby
Już dawno straciła orientację w tym, co właściwie działo się w klanie. Ba, możliwe, że nigdy szczególnie jej na tym nie zależało. Dopóki nic nie zagrażało jej własnemu ogonowi, większość spraw mogła dla niej równie dobrze nie istnieć. Przywykła do samotnych polowań. Nikt wtedy nie spowalniał jej kroku, nikt nie sugerował, że może lepiej byłoby zapolować w rzece, i przede wszystkim nikt nie męczył jej uszu opowieściami, które z czasem zaczynała uważać za równie zbędne, co irytujące.
Lubiła tereny położone nieopodal granic Klanu Burzy. Z tyłu głowy wciąż miała tych kilku śmiesznych przedstawicieli sąsiedniego klanu, których dawno już nie widziała, choć kiedyś zdawali się wyrastać na jej drodze z częstotliwością grzybów po deszczu.
Ślepcowi nie wróżyła szczególnie długiego życia. Wystarczyło przecież, żeby choć raz oddalił się od reszty swej grupy, a prędzej czy później zapewne skończyłby jako trup w jakimś dole. Może nieco bardziej intrygował ją los Słonecznego... Właściwie nawet nie pamiętała już całości jego imienia. W myślach nazywała go Słonecznym Patrolem, ponieważ zazwyczaj natrafiała na niego samotnie, zupełnie jakby sam jeden pilnował granic.
Kogokolwiek wówczas szukał, być może w końcu go znalazł i zaznał upragnionego szczęścia. A może odszedł dalej, wciąż w pogoni za swoją zgubą, aż poza tereny własnego klanu. Pamiętała, że wspominana przez niego kotka kojarzyła mu się z czymś, a raczej kimś, ale Ryba nigdy nie uznała tej informacji za na tyle istotną, by zawracać sobie nią głowę. Nie jej sprawa. Jeśli chciał szukać, mógł szukać. Jeśli znalazł, tym lepiej dla niego.
Zdołała złapać wiewiórkę i drobną mysz, choć z każdym kolejnym krokiem mróz coraz bardziej dawał jej się we znaki. Chłód wciskał się pod futro, szczypał opuszki łap i nieprzyjemnie owiewał boki. W końcu uznała, że choćby miała ochotę zostać jeszcze chwilę, rozsądniej było jej wrócić do obozu. Nie zamierzała przecież marznąć tylko po to, żeby kilka dodatkowych pysków w klanie mogło się najeść.
Latająca Ryba dawno odkryła swój własny sposób na przetrwanie. Wystarczyło zaszyć się w kącie legowiska, kiedy robiło się zbyt głośno, albo wyjść na samotny spacer w odpowiedniej chwili. Wtedy nikt niczego od niej nie chciał, nikt nie zawracał jej głowy, a przede wszystkim nie musiała udawać, że obchodzi ją coś więcej niż własne futro.
I, jak dotąd, całkiem dobrze na tym wychodziła.
Od Serdecznej Naparstnicy CD. Migotu (Migoczącego Nieboskłonu)
Od Żywicznej Łapy (Żywicznej Kropli)
Nie potrafiła wybić sobie z głowy słów brata. Zresztą, w tamtej chwili nie brała ich wystarczająco na poważnie. Liczyła, że się z nią droczy, że wszystko było jedynie głupim żartem, a gdy obudzi się następnego ranka, zobaczy go znowu przy swoim legowisku, może nawet z tym samym rozbawionym wyrazem pyska, który zawsze pojawiał się u niego, gdy udawało mu się ją nabrać.
Nie było go jednak następnego ranka. Ani tego kolejnego, ani jeszcze następnego.
Mogła się tego spodziewać, zwłaszcza po rozmowie, którą odbyli, gdy przyłapała go w środku nocy przy granicy Klanu Burzy. Powiedział wtedy, że jeszcze się zobaczą. Nie sprecyzował kiedy, lecz ona skrycie liczyła, że Bursztyn szybko podkuli ogon i zawróci do klanu, zanim ktokolwiek zdąży naprawdę zauważyć jego nieobecność. Wierzyła w to uparcie, bo łatwiej było jej trzymać się tej myśli niż dopuścić do siebie możliwość, że brat rzeczywiście odszedł.
Nadzieja okazała się jednak kiepskim pocieszeniem.
Tamtej nocy nie zmrużyła oka. Leżała częściowo na swoim posłaniu, a częściowo na tym, które jeszcze niedawno należało do Bursztyna, wciągając w nozdrza resztki jego zapachu. Wtulała pysk w mech, jakby samo to mogło zatrzymać go przy niej jeszcze odrobinę dłużej. Wiedziała, że z każdym wschodem słońca woń będzie coraz słabsza, aż w końcu nie pozostanie jej po nim nic.
***
Wpatrywała się bez większych emocji w nieruchomego królika leżącego przy jej łapach. Polowania już dawno przestały stanowić dla niej problem. Stały się niemal wyuczonym ciągiem ruchów: dostrzec zdobycz, przyczaić się, skoczyć i wrócić do obozu z pełnymi łapami. Nie musiała się nad tym zastanawiać, ciało samo wiedziało, co robić.
Jak na uczennicę była jednak stara. Za stara.
Czuła to w spojrzeniach wojowników i w urywanych szeptach, które milkły, gdy przechodziła obok. Wszyscy wiedzieli, że najwyższa pora, by opuściła legowisko uczniów. Coraz częściej miała wrażenie, że patrzono na nią tak, jakby lada moment miała podzielić los swojego brata. Tyle że w jej przypadku powodem nie byłaby dobrowolna ucieczka z klanu, lecz zwyczajne wygnanie z powodu braku postępów.
Radziła sobie. Radziła, jak potrafiła. Była nawet w stanie spojrzeć na swoje odbicie w Przybrzeżnym Oku i powiedzieć to sobie prosto w pysk. Nie była beznadziejna. Nie brakowało jej wiedzy ani podstawowych umiejętności. Po prostu pozostawała przygaszona, pozbawiona tej pewności siebie, którą dawniej dawała jej obecność Bursztyna. Bez brata, którego przez większość życia nie odstępowała ani na krok, czuła się nagle mniejsza, mniej pewna własnych łap. To on był jej podporą. Czymś, co przez lata osłaniało ją przed tym wszystkim, czego sama się bała.
Podejrzewała, że rozpacz, w którą wręcz ociekała po jego odejściu, była jednym z powodów, dla których nadal jej nie odsunięto od treningu. Klan i tak przeżywał ostatnio tyle katastrof, że jej problemy zdawały się ledwie źdźbłem trawy pośród znacznie poważniejszych spraw. Tak samo zniknięciem Bursztyna zdawali się przejmować głównie ona i jej ojciec. Nie potrafiła jednak powiedzieć Dzwonkowemu Świstowi, że wiedziała, co naprawdę stało się z jego synem. Wolała udawać niewiedzę. W ten sposób jej załamanie wydawało się przynajmniej bardziej zrozumiałe.
— O, tutaj jesteś. — Głos mentora rozbrzmiał po jej prawej stronie. — Ładny królik, może to w końcu jakiś dobry omen dla klanu — stwierdził.
Jej wzrok pozostał smętny.
— Jedyny zwiastun jest taki, że ktoś się po prostu dzisiaj naje — odparła bez większego przejęcia. — Wolałabym, by był w tym jakiś dobry znak dla mnie — dodała, przecierając pysk łapą.
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Jego uszy lekko drgnęły, a spojrzenie przesunęło się z królika na jej zmęczony pysk.
— Żywiczna Łapo, rozumiem, że jest ci ciężko po zaginięciu twojego brata, ale...
— Tu nie chodzi o niego, Oskrzydlony Ogniku — wyparowała, niemal z goryczą w głosie. — Tu chodzi tylko i wyłącznie o mnie. Nie chciałam nikogo zawieść, a robię to nieustannie. Zawodzę siebie, rodziców, a może i właśnie Bursztyna, i dlatego go tu już nie ma — wymamrotała, czując, jak szczęka coraz bardziej jej drży. — Ja naprawdę nie wiem, dlaczego jestem taka toporna we wszystkim. Nie wiem, dlaczego nie robię postępów.
— Robisz postępy — przerwał jej. — Zresztą, czego od siebie jeszcze oczekujesz? Umiesz polować, twoja kondycja znacznie się poprawiła, po prostu radzisz sobie lepiej na krótkich dystansach i nie ma w tym nic złego — stwierdził.
Skrzywiła się, jakby do jej uszu docierały jedynie kolejne oszczerstwa.
— To dlaczego nadal nie zostałam mianowana? Dlaczego nie możesz iść do Zawodzącej Gwiazdy i powiedzieć mu, że jestem gotowa? — wyrzuciła niemalże z żalem, skierowanym nie tylko wobec siebie, lecz także mentora.
Kocur westchnął przeciągle, błądząc wzrokiem po okolicy.
— Wydawałaś się ostatnio niestabilna emocjonalnie. Chciałem, byś spokojnie przetworzyła sobie wszystko, co się stało, i polecić cię do mianowania, gdy będziesz już spokojniejsza — oznajmił.
Poczuła palące uczucie na języku. Gula zaciskała się w gardle coraz bardziej, ale tym razem nie pozwoliła jej się złamać.
— Jestem spokojna. Jestem gotowa, by być mianowana — oświadczyła, prostując się.
— Jesteś w rozsypce — poprawił ją. — Daj sobie jeszcze kilka wschodów słońca. Przykro mi, ale mam nadal wątpliwości co do twojego stanu. Klan Burzy potrzebuje wojowników, ale takich, którzy potrafią utrzymać łapy pod sobą również wtedy, gdy życie rzuca im kłody pod nogi. Nie chcę posyłać cię w szeregi wojowników tylko po to, żebyś po kilku księżycach znowu zaczęła tonąć we własnych myślach. Najpierw musisz sama uwierzyć, że jesteś gotowa.
Żywiczna Łapa była niezadowolona z tej odpowiedzi. Niezadowolona do tego stopnia, że poczuła napływającą irytację, ostrą i gorącą, zupełnie inną od wcześniejszego smutku. Nie miała czasu, który jej sugerował. Nie chciała kolejnych wschodów słońca spędzonych w legowisku uczniów, kolejnych spojrzeń wojowników i kolejnych pytań o to, kiedy wreszcie dorówna reszcie.
Może Bursztyn miał rację. Może matka wymieniła ich na inne, lepsze dzieci.
Ojca, który był dla niej wsparciem i jako jeden z nielicznych naprawdę się o nią troszczył, z pewnością zawodziła. Był coraz starszy, a ona z każdym kolejnym wschodem słońca ryzykowała, że nie dane będzie mu zobaczyć jej jako dobrej wojowniczki. Takiej, jaką zawsze obiecywała mu, że zostanie.
Z czasem nie myślała już tyle o swoim bracie. Właściwie, ku własnemu zaskoczeniu, zaczęła myśleć coraz mniej o kimkolwiek poza sobą. Nie oznaczało to, że przestała za nim tęsknić. Po prostu żal przestał być jedyną rzeczą, która wypełniała jej myśli.
Stała się wręcz egoistką, skupioną przede wszystkim na własnym losie. Nie była już w wieku, w którym mogła bez końca się mazać i pozwalać sobie na kolejne błędy. Jeśli chciała opuścić legowisko uczniów, musiała przestać czekać, aż ktoś zrobi to za nią.
Uprzedała Oskrzydlonego Ognika, oczekując go przed legowiskiem wojowników każdego ranka. Ich treningi coraz mniej przypominały naukę. Były raczej wspólnymi wypadami na polowania, podczas których niemal wypruwała sobie żyły, starając się dołożyć jak najwięcej do stosu zdobyczy. Jeśli Ognik kazał jej biec, biegła. Jeśli kazał polować, polowała. Jeśli mówił, że coś robi źle, nie szukała wymówek.
Nie patrzyła już na innych. Słowa o jej wieku i pozycji z czasem zaczęły spływać po niej bez śladu. Opinia pozostałych była przecież jedną z rzeczy, które przez tak długi czas trzymały ją w miejscu.
Aż w końcu pewnego dnia usłyszała słowa, na które czekała przez tak wiele księżyców.
— Widzę, że się zawzięłaś — odezwał się Ognik. — Cóż... Chyba jesteś gotowa.
Zatrzymała się w bezruchu. Oczywiście, że takich słów oczekiwała, ale przez ostatnie księżyce zdążyła już stracić wiarę, że kiedykolwiek je usłyszy. Przez chwilę tylko patrzyła na mentora, jakby próbowała upewnić się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.
— Mówisz na poważnie? — zapytała, wpatrując się w niego wyczekująco.
Rudzielec zaśmiał się na widok jej miny.
— A chcesz mi powiedzieć o czymś, co ma zmienić moje zdanie? Może czegoś nie dostrzegam...
— Masz świetny wzrok — przerwała mu. — Bardziej gotowa być już nie będę — zapewniła go.
Dzień mianowania wcale nie był wyjątkowy. Nie tak, jak się tego spodziewała i nie tak, jak kiedyś o nim marzyła. Podeszła do niego dosyć chłodno. Jedynym towarzyszącym jej w tym dniu uczuciem był przede wszystkim żal. Żal, że zajęło jej to tak długo i że pozwoliła własnym słabościom wziąć górę nad tym, czego tak bardzo pragnęła.
Mianowanie w podziemiach było dosyć przytłaczające. Tęskniła za ich dawnym, nadziemnym obozem, za otwartym niebem i światłem wpadającym między drzewa, jednak miała na uwadze, że tęsknota również była czymś, co przez długi czas trzymało ją w miejscu. Nie mogła sobie na nią pozwolić. Nie, jeśli nie chciała dłużej być tą samą niedorajdą, która spędziła dwukrotnie więcej czasu na pozycji uczennicy, niż przeciętny kot potrzebował.
Zwołanie klanu było już tylko formalnością, mocno opóźnioną przez wszystkie wydarzenia ostatnich księżyców. Zanurzyła łapę w rdzawym barwniku i z nieznaną jej dotąd pewnością odbiła swój ślad na ścianie Groty Pamięci. Widok własnej łapy na kamieniu przypomniał jej dawny wybryk Bursztyna, przez który został mianowany później od niej. Kącik pyska uniósł jej się w niemrawym uśmiechu.
Zawodząca Gwiazda miał pysk przyozdobiony zmęczeniem. Nie winiła go za brak entuzjazmu. W Klanie Burzy dzień w dzień działo się coś, co wymagało jego uwagi, a liczba nieszczęść zdawała się nie mieć końca. Miał prawo mieć już dosyć.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. — Zastrzygła uchem. — Żywiczna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niemalże wzruszyła ramionami. Przecież nie mogła odmówić.
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazd nadaję ci imię wojownika. Żywiczna Łapo, od tej pory będziesz znana jako Żywiczna Kropla. Klan Gwiazd ceni twój upór i wytrwałość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Wiwat był słaby, ale nie oczekiwała niczego więcej. Swój wzrok skupiła jedynie na ojcu, którego uśmiech zdawał się jej jedyną szczerą rzeczą w całym zebranym tłumie. Miała ochotę podbiec do niego, wtulić się w jego bok i poczuć to samo ciepło, które pamiętała z najwspanialszych dni swojego kocięcego życia.
Zamiast tego czekało ją jednak całonocne czuwanie i milczenie.
Ku własnemu zaskoczeniu nie mogła się tego doczekać. Następnego dnia będzie mogła wreszcie uznać się za pełnoprawną wojowniczkę. Gdy tylko odeśpi nieprzespaną noc, pójdzie z ojcem na długo obiecywane polowanie.
Od Żywicznej Łapy CD. Wdzięcznej Firletki
Ruda zadrżała, jednak wbrew temu, co zazwyczaj wywoływało u niej drżenie, tym razem nie był to przejaw lęku. Słowa ciotki zabrzmiały wręcz pokrzepiająco i niemal natychmiast wywołały w jej gardle cichy, niekontrolowany pomruk. Firletka miała ten szczególny sposób mówienia, przez który nawet zwykła uwaga potrafiła zabrzmieć mniej przytłaczająco.
— Ja... Sama nie wiem — wykrztusiła ze skruchą. — Chyba byłam zajęta...
— Oh tak, zajęta — zaśmiała się Firletka, przewracając w rozbawieniu oczami. — Wiesz, ile razy słyszę to od każdego? Każdy jest zbyt zajęty, by zadbać o swoje zdrowie do momentu, gdy kończy w takim stanie, że musi zostać odsunięty od swojej pracy i spędzać noce i dnie pod moim okiem — zauważyła, zerkając na pozostałe koty w legowisku. — No dobrze, niech ci będzie. Zmieńmy temat, jak tam idzie ci twój trening?
Na pysk Żywicy wstąpił lekki grymas. Nie było źle, ale nie było też czym się chwalić. Od dłuższego czasu miała wrażenie, że utknęła w miejscu, z którego nie potrafiła ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie brakowało jej podstawowej wiedzy ani chęci do nauki, lecz jej umiejętności wciąż nie były na tyle rozwinięte, by mogła choćby spróbować ubiegać się u mentora o zgodę na zostanie wojowniczką. Im bardziej się starała, tym bardziej dostrzegalne stawały się jej braki.
— Chyba dobrze... — wymamrotała, drapiąc pazurem w ziemi. — Twój trening... długo ci zajął?
Szylkretka przemknęła pomiędzy ziołami, poprawiając stosik, z którego osunęła się garstka zasuszonych medykamentów. Ostrożnie przesunęła je łapą na właściwe miejsce, po czym zerknęła na bratanicę.
— Hm, wiesz, trening medyków z reguły trwa trochę dłużej niż jakikolwiek inny w klanie. Z tego, co zawdzięczam swojej pamięci, już nie pierwszej młodości, nie przeciągałam go dłużej, niż było to wymagane — stwierdziła.
Żywica podniosła wyżej głowę, strzygąc uchem z zainteresowaniem.
— Oj, nie przesadzaj, chyba nie jesteś aż taka... stara — mruknęła, starając się, by nie zabrzmiało to niemiło.
Wdzięczna Firletka pokręciła głową.
— Księżyce mej młodości już dawno minęły, Żywico. Bliżej mi do wstąpienia na Srebrną Skórę, niż wieku, w którym trenowałam — przyznała z zamyśleniem. — Korzystaj ze sprawnych kości, póki możesz. W moim wieku przyjdzie ci już tylko narzekać na ból w każdej części ciała — zaśmiała się.
Żywica lubiła ciotkę. Była miła, spokojna i nad wyraz cierpliwa, a przy tym nie pozwalała sobie wejść na głowę i potrafiła być wyjątkowo stanowcza wobec swoich pacjentów.
Żywica przez pewien czas, jeszcze będąc kociakiem, sama zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby obrała tę samą ścieżkę co ciotka. Ciekawiły ją zioła, ich zapachy i to, jak medyczka potrafiła spojrzeć na kota i niemal od razu dostrzec, że coś było z nim nie tak. Ostatecznie jednak chęć przypodobania się ojcu i podążania krok w krok za bratem okazała się silniejsza. Chciała być wojowniczką.
***
Żywica nie pamiętała, kiedy dokładnie jej oko zaczęło nieprzyjemnie swędzieć. Z pewnością miało to miejsce jeszcze wtedy, gdy Bursztynowa Łapa spał nocami blisko jej posłania. Później, gdy oznajmił jej, że opuszcza klan, zabierając tym samym ze sobą jakąś część jej samej, całkowicie zignorowała wszystko, co działo się z jej własnym ciałem. Dniami i nocami przejmowała się wyłącznie bratem. Gdzie był? Czy był cały i zdrów? Czy o niej myślał? Czy ci wszyscy znajomi, dla których porzucił swoje dotychczasowe życie, naprawdę byli dla niego ważniejsi od klanu?
Ważniejsi od niej?
Z uporem naciskała na Ognika, by przy każdej możliwej okazji prowadził ją w okolice granic. Kocur początkowo ulegał jej prośbom, mając na uwadze jej stan po odejściu brata, a przy tym nie zasypywał jej pytaniami o to, co dokładnie wydarzyło się między nią a Bursztynową Łapą. Wolał pozwolić jej przeżyć to na własny sposób.
Ulga skończyła się jednak w chwili, gdy Żywica zaczęła wpadać na drzewa, zahaczać o wystające korzenie i coraz częściej niepokojąco marszczyć lewe oko. Wtedy zamiast kolejnego patrolu w stronę granicy wylądowała na posłaniu przed własną ciotką.
— Wydaje mi się, Żywiczna Łapo, że kiedyś mówiłam ci coś o...
Ruda mimowolnie pokiwała głową.
— Myślałam, że jakiś paproch wpadł mi do oka i nie chciałam zawracać ci tym ogona. To nie było nic poważnego, byś marnowała na to czas... — zapewniła, uciekając sprawnym okiem w stronę wyjścia z legowiska. Była niemal pewna, że znalazła miejsce przy granicy, w którym urywał się ślad jej brata, chociaż od jego odejścia minęło już tyle czasu, że jego zapach dawno powinien rozwiać się wśród traw i leśnej ziemi.
— Tym podejściem tylko przybywa mi problemów, bo zamiast wyleczyć coś, gdy stan jest delikatny, przychodzicie z dużo większym problemem — westchnęła karcąco, patrząc na nią w skupieniu. — Widzisz mnie, gdy zamykasz jedno oko?
— Zależy które... — odparła niemrawo.
— Zamknij to, do którego nie czułaś, by ci coś wpadło.
Żywica westchnęła, gotowa powitać ciemność, która coraz częściej zaczynała otaczać jej świat. Nie była ona jednak całkowita. Obraz pozostawał przede wszystkim zamglony. Rozpoznawała zarysy kształtów i kolory, lecz wszystko zlewało się w nierówne plamy, pozbawione wyraźnych krawędzi.
— Widzę cię... Prawie — mruknęła. — Jesteś jakaś taka niewyraźna, chyba mało ostatnio jadłaś...
— Bardzo zabawne — odparła, a Żywica uniosła powiekę zdrowego oka, śledząc każdy ruch kotki. — Nie ruszaj się teraz, może cię... trochę zapiec.
Cętkowana spięła się i odsunęła gwałtownie, gdy medyczka stanęła przed nią i upuściła na ziemię żółtawy kwiat.
— Co to jest? Bardzo będzie boleć? — wykrztusiła.
— Glistnik jaskółcze ziele — odparła spokojnie, przecierając roślinę pod łapami. — Na pewno będzie to mniej bolesne niż gdybyś miała całkowicie oślepnąć — zasugerowała.
Żywica przełknęła ślinę, po czym niechętnie przysunęła się z powrotem bliżej szylkretki. Ogon nerwowo drgnął jej przy łapach, a uszy odruchowo cofnęły się ku tyłowi.
— Dobrze... rób co musisz — wymamrotała. — Tylko szybko, proszę.
Od Żywicznej Łapy
Z Oskrzydlonym Ognikiem sprawa wyglądała z lekka inaczej. On akurat były często zniesmaczony poczynaniami młodszego rudzielca. W końcu Bursztynowa Łapa zdawał się nie brać treningów na poważnie, w przeciwieństwie do Żywicy, nadmiernie przejmującej się każdym niepowodzeniem. Nie była ani silna, ani szczególnie wytrzymała, a pędzenie po otwartych przestrzeniach, z którego Burzacy wręcz słynęli, najwyraźniej nie leżało w jej naturze.
Dołowało ją to tym bardziej, że ojciec nieraz zapewniał ją, iż nie ma nic przyjemniejszego od wiatru targającego futrem, gdy pędzi się przed siebie niemal na oślep. Dla Żywicy takie biegi oznaczały jednak coś zupełnie innego. Zamiast przyjemnego chłodu czuła przede wszystkim własne płuca, które zdawały się rozpaczliwie domagać większej ilości powietrza, oraz łapy, coraz cięższe z każdym kolejnym krokiem. Zamiast cieszyć się biegiem, odliczała w myślach chwile do końca i zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma.
Jakże wielki był więc jej zawód, gdy Oskrzydlony Ognik wyciągnął ją z legowiska i zamiast skierować się w stronę spokojniejszego polowania, powitał ją słowami, które zabrzmiały niemal jak wyrok.
— Dzisiaj mniej polowania, a więcej biegania — oznajmił, a mina, jaka pojawiła się na jej pysku, niemal dorównywała tej, którą przyjęłaby, gdyby ktoś właśnie oznajmił jej, że zabił jej ojca.
Smętnie człapała za kocurem, gorączkowo rozważając każdą możliwą wymówkę. Bolała ją łapa? Ogon? Może jednak była chora? Zakaszlała, próbując wybadać, czy mentor zwróci uwagę na jej wątpliwy stan zdrowia. Owszem, spojrzał w jej stronę, lecz zamiast zawrócić albo chociażby zwolnić, przyspieszył kroku, jakby jej kaszel tylko utwierdził go w przekonaniu, że trzeba ją zmusić do większego wysiłku.
Tempo, które narzucił na początku, uznawała jeszcze za znośne. Stąpała nieco koślawo, ale oddech pozostawał względnie spokojny, a łapy wciąż słuchały jej bez większych protestów. Dopiero gdy przed jej oczami zaczęły rozpościerać się coraz bardziej otwarte przestrzenie, zrozumiała, że skończyła się wszelka nadzieja na łagodny trening.
— Może jakaś rozgrzewka najpierw? — odezwała się cicho.
Rudy uśmiechnął się i pokręcił głową.
— Nie bronię ci porozciągać się, jednak samo dojście tu powinno wystarczająco przygotować cię do dalszej części. Nie chcę słyszeć, że bolą cię łapy — uprzedził, jakby jej wcześniejsze myśli zostały przez niego w pełni odczytane.
Westchnęła cierpiętniczo i lekko się przeciągnęła, wyciągając przed siebie przednie łapy. Jeszcze poprzedniego dnia była bliska płaczu, przekonana, że jest zbyt słaba, by zostać wojowniczką, a jej rodzice mogą jedynie wstydzić się za córkę, która tak kiepsko radzi sobie z treningiem. Najgorsze było jednak to, że sama nie wiedziała, jak miałaby to zmienić. Wiedziała, co stanowi problem, widziała swoje słabości, a mimo to wciąż tkwiła w tym samym miejscu.
— Będziesz biegła pierwsza i nie zatrzymuj się, dopóki nie powiem. Będę zaraz za tobą. Nie powinno być to zresztą dla ciebie problemem, na wspólnych treningach z Bursztynową Łapą nie szło ci najgorzej — zauważył z pomrukiem, a ona tylko uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Obecność brata akurat zawsze dodawała jej otuchy. Bez niego każdy trening wydawał się cięższy, a każda porażka bardziej dotkliwa.
Skupiła się przez chwilę na wilgoci pod łapami, chłodzie przenikającym między palce i nieprzyjemnym uczuciu stania w miejscu. To wystarczyło, by w końcu ruszyła. Uciekała przed szczypaniem zimna, przed ciężarem własnych myśli i przed świadomością, że Ognik obserwuje każdy jej krok. Słaba kondycja dość szybko dała o sobie znać, lecz zmęczenie okazało się bardziej pochłaniające niż możliwość dalszego użalania się nad sobą. Każdy kolejny krok wymagał od niej coraz więcej wysiłku, ale przynajmniej nie miała już siły roztrząsać tego, jak bardzo nie nadawała się do biegania.
Wiatr szarpał jej futrem i wcale nie przynosił upragnionego ochłodzenia. Zamiast tego rozpraszał ją i utrudniał skupienie na drodze. Co jakiś czas mrużyła oczy, gdy pod powieki wpadały drobinki piasku niesione przez powiewy. Uszy przywierały jej do czaszki, a oddech stawał się coraz głośniejszy i bardziej urywany.
Zwolniła dopiero wtedy, gdy przed jej oczami wyrosła Droga Grzmotu. Niepewnie obejrzała się na mentora i ze zdziwieniem zauważyła, że znajdował się znacznie dalej, niż mogła się spodziewać. Przez chwilę przemknęła jej nawet myśl, że może wreszcie zrezygnował.
— Co teraz? — zapytała, przestępując z łapy na łapę. — Koniec? — mruknęła z nadzieją.
— Za marzenia nie karają, Żywico — odparł spokojnie. — Teraz to samo, tylko w drugą stronę.
Mina natychmiast jej zrzedła. Po raz kolejny kaszlnęła, tym razem z nadzieją, że może chociaż w ten sposób udowodni mu, iż nie ma już sił, jednak jego spojrzenie pozostało nieugięte. Skończyło się więc na tym, że znowu musiała ruszyć. Tym razem znacznie wolniej, a Ognik niemal deptał jej po ogonie, bo nie była już w stanie utrzymać rozsądnego tempa.
Trasa wydawała jej się dwukrotnie dłuższa niż wcześniej. Kiedy w końcu znajomy teren zaczął pojawiać się przed jej oczami, poczuła ulgę tak wielką, że nie próbowała nawet udawać, iż ma jeszcze trochę sił. Po prostu opadła na ziemię i ciężko dysząc, rozciągnęła się na chłodnym podłożu. Futro miała przyklejone do boków, a klatka piersiowa unosiła się gwałtownie przy każdym oddechu.
Za plecami usłyszała westchnienie Ognika, ale nie była w stanie zrobić nic ze swoją wątpliwą kondycją. Sama wiedziała, że nie było dobrze. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując uspokoić oddech i nie myśleć o tym, ile jeszcze takich treningów czeka ją przed zakończeniem nauki.
— Kiepsko to widzę — mruknął, na co tylko przełknęła głośniej ślinę, starając się ustabilizować oddech. — Chodź, zapolujemy jeszcze i dam ci na dzisiaj spokój. Bądź co bądź musisz mieć na uwadze, że młodsza już nie będziesz, a twój wiek... Nie możesz być tak długo uczennicą.
Skinęła tylko głową. Do tej pory starała się o tym nie myśleć, ale widok coraz to młodszych uczniów w legowisku, którzy opuszczali je znacznie szybciej niż ona, był co najmniej dołujący. Mimo wszystko sam wstyd nie wystarczał, by nagle znaleźć w sobie siłę do dalszego działania. Żywica chciała zostać wojowniczką. Chciała wreszcie przestać być tą słabszą, tą, której łapy nie nadążają za resztą. Tyle że samo pragnienie nie czyniło jej silniejszą, a ona wciąż nie wiedziała, jak przełamać tę granicę.
[biegi długodystansowe]
Od Żywicznej Łapy
28 września 2026
Zimowe dolegliwości!
Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią nowe dolegliwości!
POGODA
Ciepła jesień, ku zaskoczeniu większości, zastąpiła wyjątkowo mroźna zima. Temperatury drastycznie spadły. Spadła duża ilość śniegu, pokrywając tereny klanów grubą warstwą białego puchu. Śnieżyce niekiedy zupełnie uniemożliwiają przeprowadzanie patroli oraz polowanie na i tak nieliczną zwierzynę. Ze względu na niedobory pożywienia samotnicy częściej zapuszczają się na leśne tereny, mając nadzieję, że ochronią je one przed głodem. Uciążliwy mróz będzie utrzymywał się niemal do upragnionego nadejścia wiosny.
Klanu Burzy:
Od Poziomkowej Łapy
Wreszcie skinął głową.
— Zawalczysz z Jabłkową Łapą. Może problem tkwi w pokrewieństwie, a nie sposobie walki.
Niebieskooka westchnęła z ulgą. Nie chciała znowu walczyć ze swoimi bliskimi, to było dla niej niezwykle trudne. Nie tylko fizycznie, ale i też psychicznie. Oczywiście, przepychanki rodzeństwa rozumiała, jednak to było o stopień wyżej, co jej się wcale nie podobało. Jabłkowej Łapy nie znała dobrze, jedynie z widzenia, ponieważ dzieliły legowisko. Sama nie była pewna, co spowodowało jej ostatnią porażkę. To nie było tak, że się z niej cieszyła. Wręcz przeciwnie.
— Dziękuję, Śniący Obserwatorze — miauknęła ze szczerą wdzięcznością. Przewodnik podniósł się i otrzepał długie kłosy z paprochów, a następnie ruszył eleganckim krokiem w stronę Gadożerowego Pyska, już czekającego na nich, nieco na uboczu centrum. Zdziwiła się, że byli już ugadani – tak szybko? Czyli wystarczyło jedynie przekazanie jej informacji. Jednak, nie przedłużając nadto, również podniosła zadek z posadzki i zrównała z nimi kroku, czując, jak serce podchodzi jej delikatnie do gardła. Musiała tym razem wygrać. Jeśli wygra, może nie będzie musiała więcej z nikim walczyć, przynajmniej na jakiś czas.
Patrzyła dużymi oczkami na Jabłkową Łapę, starszą od siebie uczennicę. Kocur o wydłużonym, klinowym pysku również nic nie mówił, wywijając aksamitnie ogonem. Cała czwórka szła w milczeniu, co przyprawiało uczennicę o lekki dreszcz. Przywykła do tego, że podczas większych, zebranych grupek ktoś zawsze o czymś zawzięcie opowiadał albo chociażby charkał sobie na boki, a tutaj jedyną, która to robiła, była ona. Odchrząknęła w grobowej wręcz ciszy, czując, że zbiera jej się chrypka w gardle. Brązowooka spojrzała na nią, uśmiechając się delikatnie, a Poziomka wbiła wzrok w łapy ze skonfundowaniem, szybciutko tego żałując, bo gdy chciała również odwzajemnić rozpromienienie, arlekinka już na nią nie patrzyła.
Dotarli do jednej z wielu odnóg. Dwójka najstarszych usiadła nieopodal siebie, a uczennice czekały na polecenia mentorów. Szanse na zagadanie do niej właśnie przepadły, już nie było na to czasu.
— Stańcie przed sobą w równej odległości.
Obydwie wykonały polecenie. Poziomka była delikatnie niższa od Jabłkowej Łapy, jednak, całe szczęście, nie aż tak wiele, dlatego też poczuła, że może miała z nią szansę. Nie chciała z nikim walczyć, to nie wpływało na nią dobrze. Jej pierwsza i najnowsza walka uświadomiły jej, jak słaba była. Znajomy i przyjemny, ziemisty zapach wydobywał się ze ścian rozgałęzienia, przynosząc Poziomce swego rodzaju komfort. Może i nie był on ogromny, jednak doceniała go niezwykle. Końcówka ogromnego, trójkolorowego ogona wywijała na boki z nerwów, a Jabłkowa Łapa miała zawieszony wzrok na niej, mięśnie napięte. Była gotowa. Niebieskooka zaś w ogóle. Mimo to nigdy nie będzie czuć się gotowsza niż dzisiaj. Chciała to mieć już za sobą.
— Walczcie! — wybrzmiał niski głos jednego z dwójki kotów. Poziomkowa Łapa położyła uszy przy głowie i rzuciła się biegiem w stronę Jabłkowej Łapy. Znalazłszy się wystarczająco blisko, gdy liliowa miała już uskakiwać w bok w ostatniej chwili, potknęła się i przewróciła, przez co czarna wbiegła w nią z impetem. Arlekinka upadła na bok głucho, wznosząc w powietrze chmurkę kurzu, a szylkretka ułożyła się tuż obok niej. Kotki wspólnie zaczęły kaszleć, jednak nie powstrzymało to młodszej przed postawieniem swojej łapy na piersi drugiej i przyciśnięciem jej mocno do ziemi. Brązowooka szarpnęła się i spróbowała ją ugryźć w jedną z kończyn, przez co nacisk Poziomki zelżał i arlekinka prędko to wykorzystała, bowiem zamachnęła się tuż przed jej pyskiem, krzywiąc się, gdy poruszała choćby palcem. Gdyby tylko miała wysunięte pazury, z pewnością polałaby się krew. Z tą myślą zatem instynktownie, uczennica przewodnika chrząknęła i pochwyciła zranioną łapę przeciwniczki, naciskając na nią. Jabłkowa Łapa wrzasnęła, co wystraszyło długofutrą.
— Tylko bez pazurów! Nie ma się polać choćby kropla krwi — przypomniał im Gadożerowy Pysk.
— Poddaję się! — zawołała liliowa, a rudaska zrobiła duże oczka, odwracając łeb i spoglądając teraz na swojego mentora.
— Poziomkowa Łapa wygrywa! — powiedział, przymykając na chwilę oczy. Koteczka poczuła, jak serce przyspiesza jej bicia. Naprawdę udało jej się wygrać? Śnieżnobiały pomógł swojej podopiecznej wstać, arlekinka kulała. Niebieskooka zerknęła na nią ze zmartwieniem.
— Możesz stanąć na łapie? — zapytał mentor, a Burzaczka, gdy tylko zetknęła się poduszkami z gruntem, syknęła z bólu.
— Chyba ją zwichnęłam. Możemy pójść do Wdzięcznej Firletki? — zapytała, przechodząc obok Poziomki i spoglądając na nią chłodnym wzrokiem. Koteczka poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Była na nią zła? Na pewno zrobiła jej krzywdę… Poczuła, jak w kącikach oczu zaczyna ją piec ze wstydu i wyrzutów sumienia.
— Nie chciałam ci zrobić krzywdy, ja… — mruknęła w jej stronę, ale spotkała się z ciszą. Śniący Obserwator ruszył u jej boku, patrząc przed siebie.
— Przejdzie jej, to na pewno nic takiego — próbował ją pocieszyć Gadożerowy Pysk. — Mamy świetną medyczkę, pomoże jej.
Czarnofutra otarła łezki, kiwając głową. Miała nadzieję, że właśnie tak będzie. Przecież nigdy nikomu nie zrobiłaby celowo krzywdy! Nie skrzywdziła w całym swoim życiu nawet muchy. Będzie musiała przeprosić koleżankę z legowiska jak najszybciej. Zrobi to wtedy, kiedy Jabłuszko ochłonie po ich walce.
Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Trzcinowego Szmeru
– Nie ma za co. Na pewno zostanie dobrą i szanowaną wojowniczką godną miana namiestniczki – zapewniła.
Dzisiaj nakazała Błękitnej Lagunie przywołać do jej legowiska parę najstarszych namiestników pod pretekstem omówienia postępów w treningu Centuriowej Łapy i Orzechówkowej Łapy. Kiedy Żmijowcowa Wić i Trzcinowy Szmer wkroczyli do jej legowiska i zajęli swoje miejsca naprzeciwko niej, przeszła do rzeczy.
– Na pewno pamiętacie niedawny atak wydr i samotników na nasz obóz – zaczęła. – Tak się składa, że podczas przesłuchania Dryfująca Bulwa udzielił mi kilku interesujących informacji, w zamian za co został puszczony wolno i mógł odejść z terenów Klanu Nocy.
Oba koty zastrzygły uszami z zainteresowaniem na tę informację.
– Powiedział mi, że jakiś czas temu zobaczył jakiegoś kota w towarzystwie wydr. Te go nie atakowały, a więc jest szansa, że samotnicy oprócz ptaków trenują również wydry przeciwko nam – tu zrobiła pauzę. – Chciałabym, żebyście zbadali tę sprawę. To znaczy, wytropili wydry i sprawdzili ich powiązania z samotnikami, a następnie przekazali mi wyniki waszego dochodzenia.
Para skinęła głowami.
– Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie wydry zostały zaobserwowane w towarzystwie kota, więc o tym wszystkim musicie dowiedzieć się sami. Liczę na was.
Przesunęła po nich wzrokiem. Nie chciała narażać ich na niebezpieczeństwo, aczkolwiek była pewna, że poradziliby sobie z tym. Poza tym nie miała tak naprawdę innego wyboru, o ile nie zamierzała puścić tego wszystkiego mimo uszu.
Od Łabędziego Tanu CD. Milczka (Milczącej Łapy)
Właśnie poprawiała swoje futro po powrocie z treningu z Jasną Łapą, kiedy podszedł do niej inny uczeń. Milcząca Łapa – ten dziwak od czekoladowej samotniczki, który przy ich ostatnim spotkaniu bardzo ją zdenerwował. Usiadł naprzeciwko niej i wlepił w nią swoje ciemnoniebieskie patrzałki. Uszy opadły jej lekko z niezadowolenia, zanim nie przyjęła ponownie swojej zwyczajowej postawy.
– O co chodzi, Milcząca Łapo? – zapytała spokojnie, jednak w jej głosie można było dość łatwo wyczuć nutę niechęci. Nie patrzyła na niego, zamiast tego uniosła jedną ze swoich łap i zaczęła oceniać stan swoich pazurów. Ten zaczął coś mamrotać i bełkotać niezrozumiale. Kiedy nadal na niego nie patrzyła, wstał i przesunął się, by ponownie znaleźć się w jej linii wzroku. Był widocznie zirytowany. Zaczął wymachiwać łapami, wskazywać na nią, na niego, a potem jeszcze gdzieś indziej. W końcu opuściła swoją łapę i westchnęła.
– Przykro mi, ale nie rozumiem cię – miauknęła z udawanym smutkiem. To najwyraźniej spotęgowało frustrację kremowego, bo ku jej zaskoczeniu i oburzeniu złapał ją za łapę i pociągnął. Zabrała łapę i prawie krzyknęła:
– Co ty wyprawiasz?!
Od Księżycowej Aldrowandy
Księżycowa Aldrowanda zakasłała ponownie. Nie miała siły się odezwać, więc tylko skinęła głową z niemrawą miną. Gardło drapało ją niemiłosiernie od samego ranka. Najpewniej nabawiła się jakiejś choroby na sam początek Pory Opadających Liści. Pytanie teraz pozostaje, skąd się ona wzięła? Winowajców mogła wskazać kilku. Mogła zarazić się od Rybitwy, kiedy była dwa dni temu w żłobku. Mogła załapać coś podczas spożywania wraz ze swoim bratem tej samej zdobyczy dzień wcześniej. Albo zwyczajnie ją przewiało, kiedy wyszła w nocy z obozu za potrzebą.
Nieważny był teraz powód, a to, co zamierzała z tym zrobić. Medyczka podeszła do półki z ziołami i po szybkim przeglądzie wymruczała kilka mniej ładnych wyrażeń pod adresem matki natury, która nie raczyła jej dać więcej wrotyczu, czy też miodu. Jak nie to, to czym mogła jeszcze leczyć swoją infekcję gardła? Aksamitką lub tatarakiem. A że tatarak był bliżej kotki, to po niego akurat sięgnęła. Aldrowanda położyła korzeń tej rośliny wodnej na ziemi, po czym zmiażdżyła jego fragment. Zielonkawy sok wypłynął z korzenia, a ona zaczęła go od razu zlizywać. Był paskudny w smaku, ale zdążyła się już przyzwyczaić do faktu, iż zioła prawie nigdy nie smakowały. Wyjątkiem były miód, mak, kocimiętka oraz czyściec wełnisty. Chociaż co do tego ostatniego, to nie każdy by się z nią zgodził. No cóż, opinia jest jak zad — każdy ma swój.
Resztki korzenia, który na nic się już nie przyda, zutylizowała do małego dołka wykopanego w rogu zielarni. To był jej osobisty wynalazek, z którego była niezwykle dumna. Do dołka wrzuca się zużyte zioła i przykrywa je korą z brzozy. Kiedy dołek się wypełni, resztki pakuje się do liści, a następnie całą taką partię wyrzuca poza obóz. W ten sposób nie trzeba tyle chodzić. Jagna nie musiała tyle chodzić. Bo szczerze mówiąc, to Aldrowanda wymyśliła to głównie dlatego, żeby oszczędzać stawy starej medyczki. Z biegiem czasu obserwowała, jak jej mama zaczynała mieć nieco większe problemy z chodzeniem. Starość powoli dawała jej się we znaki, chociaż Jagna się do tego nie przyznawała.
— Czujesz się już lepiej? — spytała kremowa uczennica, wyrywając nagle szylkretkę z toku myśli.
— Trochę tak. Ale i tak muszę dać sobie czas na wydobrzenie — odparła, uśmiechając się delikatnie, po czym wróciła do młodszej kotki.
Wyleczona: Księżycowa Aldrowanda
Od Ślepowrona CD. Zwęglonej Kulułki
— Witaj, Ślepowronie. Czemu siedzisz tu samotnie? Pora Opadających Liści robi się coraz chłodniejsza, lepiej byś nie zachorował — miauknęła łagodnie.
Ślepowron dobrze wiedział, o czym mówiła. Pomimo swego dłuższego futerka, chłód zaczął się do niego powoli dobierać. Chociaż najzimniejsze dni jeszcze daleko przed nim, to już teraz tęsknił on za wygrzewaniem się na słońcu przed żłobkiem. Nie pamiętał zbyt wiele z tamtego okresu, był na to zbyt młody, ale pamiętał tamto ciepło. Kiedy więc wojowniczka zaproponowała, aby wrócić do środka, nie wykłócał się. Chociaż chętnie podreptałby sobie teraz wokół wejścia, to jeszcze chętniej zaznałby trochę ciepła.
Wraz ze Zwęgloną Kukułką wszedł więc do środka, przesuwając się pomiędzy gałęziami krzewu, który robił za żłobek klanu. W jego wnętrzu było zdecydowanie przyjemniej niż na zewnątrz, przynajmniej jeśli rozmawialiśmy o kwestii temperatury. Kocurek spojrzał na szylkretkę, która niosła na powrót w pysku zwierzynę. Obdarowała nią karmicielki, a także zostawiła jedną dla Kwaśnej Kocanki, która akurat wyszła na chwilę ze żłobka kwadrans wcześniej, ale finalnie została jej o jedna za dużo.
— Ach, źle wyliczyłam — mruknęła cicho, strofując się sama.
Ślepowron przypatrzył się myszy, która leżała teraz u stóp Kukułki. Mała, futrzasta kulka leżała bezwiednie, nie mając już nic do piśnięcia. Kociak przypomniał sobie, że w zasadzie nigdy nie próbował jeszcze pokarmu stałego, chociaż zdaniem Ognikowej Słoty był już na to zapewne gotowy. Jakże więc smakowała mysz? Wszyscy jego starsi pobratymcy zajadali się nimi z uciechą. Musiała więc być smaczna. I aromatyczna. Miodowy Ul wspominała raz o tym, jak bardzo tęskniła już za zapachem świeżej zwierzyny, która wkrótce miała stać się jej łupem na polowaniu. Ach, jak bardzo chcę już spróbować jakiejś małej myszy!
Kocurek spojrzał na szylkretkę, przekrzywiając nieco swój łebek w bok.
— Zwęglona Kukułko, czy ja też mógłbym dostać mysz na śniadanie? — spytał.
To nagłe i niespodziewane pytanie zaskoczyło wojowniczkę. Zamrugała kilka razy, przetwarzając w mózgu tę prośbę.
— No nie wiem, Ślepowronie… Pytałeś się Kwaśnej Kocanki, czy już możesz jeść myszy? — spytała niepewnie.
— No… no nie… — odparł kociak, kładąc delikatnie uszy. — Ale Ognikowa Słota powiedziała, że już mogę zaczynać! Mam ponad dwa księżyce!
Zwęglona Kukułka zmarszczyła brwi. Nadal nie była pewna co do dawania tak młodemu kociakowi myszy do jedzenia.
— Kukułko, proszę! — miauknął przeciągle i cicho, stosując technikę swojego brata, Niedźwiedzia, który w ten sposób parę razy dostał to, czego chciał. — No chociaż jeden mały kęs!
Od Wzorzystej Dali CD. Rozżarzonej Pieśni
– Dziękuję – miauknęła, po czym popatrzyła gdzieś indziej. Nie chciała pokazywać po sobie, jak bardzo nowa rola ją stresowała. Dlatego postanowiła poddać się z podtrzymywaniem rozmowy. Mogłaby przez przypadek narobić sobie jakichś nieprzyjemności. Teraz tylko wystarczyło wytrzymać tę niezręczną ciszę, dopóki nie wrócą do obozu.
Od czasu mianowania dzieci Rozżarzonej Pieśni, spędzała więcej czasu sam na sam ze Skrzydlatą Pogonią. Głównie dlatego, że Różeńcowe Serce dostało własną uczennicę i nie miało już tak dużej ilości czasu, żeby spędzać go z nimi. Okazjonalnie zdarzało się jednak tak, że cała trójka jaśniejących skrzydeł prowadziła treningi dla Zanurzonej Łapy. Wzorzysta Dal uważała to za dużo trudniejsze zadanie niż szkolenie Jajecznej Łapy – teraz Jajecznej Skorupki. Uczennica miała po prostu inny charakter. Była dużo energiczniejsza i głośniejsza. Momentami jej to przeszkadzało, ale ogólnie nie żywiła negatywnych uczuć wobec młodszej. W końcu tak już było u uczniów. Przynajmniej miała wpojone ideały lojalności wobec klanu. Dzięki temu mogła daleko zajść. Aczkolwiek… nie życzyła jej tego. Żadnemu kotu nie życzyła zostania jaśniejącym skrzydłem i konieczności robienia tego, czego ona i jej przyjaciele się dopuścili. Siedziała właśnie na uboczu obozu, spożywając posiłek wspólnie ze Skrzydlatą Pogonią, kiedy zobaczyła awanturę. Przy wejściu do jaskini Klifiaków Focza Fala krzyczała na swoją uczennicę. Współczuła Krabowej Łapie mentorki. Niebieska nie zmieniła się od czasów uczniowskich, a na pewno nie na lepsze. Nadal była furiatką i awanturniczką. Zobaczyła, jak była Wilczaczka podchodzi do córki i próbuje odciągnąć ją od napastniczki. Nie pomogło to zbytnio, ponieważ młoda nie chciała dać za wygraną i zaczęła sama wykłócać się z mentorką, więc ruda po prostu stała tam, zbierając obelgi. W końcu Wzorek nie mogła już dłużej siedzieć bezczynnie.
– Zaraz wracam – rzuciła do przyjaciela, wstała i przeszła przez obóz aż do kłócących się kotek.
– Ty durna kocico! Jak mogłaś namawiać mojego partnera do zdrady?!
– Odczep się od mojej mamy, ty nadęta starucho! – odparowała czekoladowa. Rozżarzona Pieśń patrzyła na swoje dziecko ponaglająco, jakby chciała jak najszybciej się stamtąd ulotnić. Kiedy szylkretka do nich podeszła, oczy Foczej Fali od razu się na nią przeniosły.
– Kolejna! Nie myśl, że Bukowa Korona nie mówił mi o tym, co działo się na zgromadzeniu!
Świetnie. Naprawdę doskonale się dobrali. Jedna głupsza od drugiego.
– Focza Falo, przestań wykrzykiwać bzdury i idź już do tego swojego, łajno wartego, partnera! – miauknęła zirytowana. – Chyba że mam powiedzieć Lśniącej Gwieździe, że nie jesteś w stanie zachować się porządnie w obozie.
– Desperatka i lizuska – prychnęła z pogardą odchodząca niebieska. “Furiatka i awanturniczka” pomyślała sobie arlekinka, ale ugryzła się w język przed wypowiedzeniem tych słów. Popatrzyła tylko na Krabową Łapę i jej matkę z niemym pytaniem, czy wszystko w porządku.
Od Wrony CD. Puchacza
O mało nie wpadła na brata, który właśnie zszedł z drzewa.
– Cześć, Puchaczu! Jak po mianowaniu? Otrzymałeś już imię duszy?
Czekoladowy nastawił uszy.
– Wrono, nie mam żadnego…
– Jeszcze nie dostałeś?
– Nie… nie chce go mieć… nie wierzę we Wszechmatkę.
Dymna była w szoku. Nie wiedziała, że brat był niewierzący. Również było jej przez to wstyd, że o tym nie wiedziała.
– Oł, rozumiem… pamiętaj, wspieram cię, nieważne co, okej?
– Okej. – Puchacz wymusił na sobie uśmiech.
Wrona właśnie wróciła z przyjacielskiego polowania, na którym była ona, Iskrzyk, Borowik i Śnienie.
– Super nam poszło i tym razem nic się nie zdarzyło! – zaśmiała się kłapoucha, która często była świadkiem różnych niecodziennych zdarzeń. Lubiła to, dzięki nim życie było jeszcze ciekawsze.
– No dobra, dajmy to wszystko na stertę zwierzyny! – mruknął Śnienie, który niechcący upuścił mysz, która zaczepiła się na jego brodzie.
– Śnienie, masz nowego entuzjastę swojej brody! – zaśmiała się.
– Haha, bardzo śmieszne! – powiedział z udawanym oburzeniem czarny.
– A… a… A PSIK! – kichnęła.
– Oho, może pójdziesz do uzdrowiciela? – zaproponował bury.
– Dobry pomysł, Borowiku. Później się spotkamy. Pa! – pożegnała się i poszła do nory uzdrowicieli.
– Witaj, Gołąbku i Modrogończyku! Mój nos jest strasznie zapchany, macie coś na to?
– Witaj, Wrono – kiwnął głową bury medyk. – Wydmuchaj nos w tego liścia, a potem dam ci zioła.
Wrona nareszcie mogła normalnie oddychać. Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, a ona nie chciała, aby jej katar zaostrzył się w coś poważniejszego. Przed nią siedział Puchacz, patrzący na niebo. Dawno nie spędzała z nim czasu…
– Hej, Puchaczu! Co u ciebie? – miauknęła kotka i usiadła obok niego.
Wyleczeni: Wrona
Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Kurzej Łapy (Połyskliwego Koguta)
Od Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu) CD. Fiołka (Fiołkowej Łapy)
– Dzień dobry, Fiołku, ja nazywam się Łabędzia Łapa i jestem namiestniczką – przedstawiła się. – Ale to już chyba wszyscy wiedzą… – dodała, wskazując łapą na swoje oznaczenia na pysku. Kiedy zobaczyła zapalające się iskierki w oczach szylkretki, wibrysy zadrgały jej lekko z rozbawienia. Młodsza chyba chciała coś jeszcze powiedzieć, ale wtedy podszedł do nich zastępca. Arlekinka ukłoniła się elegancko.
– Łabędzia Łapo, idziemy teraz na patrol graniczny.
Na tę informację wstała i nie oglądając się na córkę Sennej Łzy, poszła w kierunku wyjścia z obozu. Mimo niezadowolenia spowodowanego dodatkową pracą i tak pilnowała każdego kroku.
Dostała uczennicę. Śnieżna Mordka postanowiła zrobić sobie urlop macierzyński, a ktoś przecież musiał zająć się treningiem Jasnej Łapy. Od razu mogła stwierdzić, że nie podobało jej się to. Część niej wolałaby, żeby to brat dostał nowy obowiązek, ale z drugiej strony szkolenie ucznia podnosiło status kota, więc nie zamierzała się go zrzekać. Irytowało ją jednak to, jak mało dotychczasowa mentorka nauczyła kotkę. Znała tylko tereny klanu i potrafiła rozróżnić łatwe do wyczucia zapachy na zwierzynę, roślinę, wodę i niebezpieczeństwo. Jednak problemy z polowaniem były dość spore. Codziennie starała się nauczyć czarną przysiadu łowieckiego, ale ta po prostu nie była w stanie utrzymać tej pozycji na dłużej niż parę uderzeń serca, nie mówiąc już o rzeczywistym skradaniu. Dlatego, kiedy Ćmie Mżenie podeszła do niej w obozie i zaproponowała wspólne nauczanie ich uczennic w zakresie pływania, przystała na jej propozycję. Jakaś odmiana na pewno jej nie zaszkodzi. No i im prędzej umówi się na wspólny trening z jakimś kotem, tym mniejsza szansa, że zapyta ją o to któreś z jej rodziców. Tego ranka cała czwórka kotek wyruszyła z obozu. Postanowiły ćwiczyć w jednym z węższych i spokojniejszych strumyków otaczających wyspy w okolicach obozu. Szły w ciszy. Ona na przedzie wraz z Ćmim Mżeniem, a uczennice za nimi.
Od Odety
Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.”
Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci –
Myk! Do dziury.”
Tak, nieprzespane noce były nużące. Wszakże to było naturalne. To miejsce pozostawało jej domem niezależnie od nieudogodnień tego poziomu. Póki aż mogła żyć w bliskości, była na szczycie świata.
Nic nie będą robiły, tylko ciebie bawiły.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci…
Myk! Do dziury.”