Szałwiowe Serce wziął Nura na patrol łowiecki, żeby sobie to jeszcze przećwiczył, a przy okazji, żeby zaczęli robić zapasy na zimę. Nurowa Łapa czuł, że będzie to udane polowanie. Czuł w swoich łapach dużą siłę, a zwierzyna również przygotowywała swoje zapasy, więc była łatwym celem.
– Pamiętaj. Nie liczy się szybkość, tylko spryt. – szepnął mentor.
Uczeń kiwnął głową i przykucnął. Wsłuchał się w wiatr, zagłuszający szmery zwierząt. Zerknął w jedną stronę, aby zaraz wyczuć świeżą wiewiórkę. Nastawił się i kiwnął głowę w stronę zdobyczy. Mentor puścił go samego. Nur ruszył ostrożnie. Zwierzę się przestraszyło, więc uciekło. Uczeń ruszył za wiewiórką, najpierw powoli, ale zaraz przyspieszył. Trop był wyraźny. Łapy praktycznie niosły go same! Przez krótki moment nie przejmował się Łabądką ani swoim wojowniczym imieniem, ani tym, że jest jeszcze uczniem. Przez moment był po prostu idealny. Bo musiał… Przyspieszył. Zwolnił, gdy znalazł zwierzynę. Padł na ziemię, gotowy do skoku, aż… Poczuł znajome drapanie. Zignorował je. Przygotował się do rzucenia się na wiewiórkę. Drapanie w gardle się wzmocniło. Nie teraz – praktycznie błagał samego siebie. A gdy wyskoczył, zaraz padł na ziemię i zaniósł się kaszlem. Ledwo co podniósł się na nogi.
– Co się stało? – Szałwiowe Serce. Kiedy go dogonił…?
Nur natychmiast się wyprostował i spojrzał na mentora.
– Wszystko w porządku.
– Kaszlałeś.
– Zrobiło się chłodniej. To pewnie przez to… – westchnął, uciekając gdzieś wzrokiem. – Wypocznę dziś. Jutro będzie lepiej. – zapewnił.
Książę przez moment wpatrywał się w rudego z nieufnością. Obydwoje wiedzieli, jak bardzo Nur nie dba o siebie. Ostatecznie jednak westchnął i kiwnął głową.
– Dobrze, ale wracajmy.
Namiestnik przez moment chciał się jeszcze sprzeczać, ale ostatecznie tylko spuścił łeb i ruszył za kocurem. Tylko szli jakoś trochę wolniej…
Wieczorem wrócił ten mocny kaszel. Nur leżał zwinięty na swoim posłaniu, zwinięty w kłębek i próbował zasnąć. Uczniowie wokół niego szeptali jeszcze o tym, jak minął im dzień i jak przebiegają treningi. Rudy ani się tym nie interesował, ani nie uważał, że inni uczniowie są warci jego uwagi. Próbował się rozluźnić, ale zakaszlał. Zacisnął szczękę, kuląc się bardziej i po chwili zakaszlał mocniej. Poczuł nieprzyjemne pieczenie w gardle, więc przewrócił się na drugi bok i przełknął ślinę. Spróbował wziąć głębszy oddech, ale zaniósł się kaszlem.
– Nur? – Liliowa Łapa podszedł do niego.
Z wszystkich uczniów akurat on! To nie tak, że miał najniższy poziom, ale po pierwsze zajmował czas Żabiemu Oku i ta nie mogła teraz uczyć tylko Nura, a po drugie Trzcinowy Szmer z jakiegoś powodu traktowała go jak swojego drugiego syna, mimo że ten pochodził tak naprawdę od Niezapominajkowej Nadziei…
– Co? – praktycznie syknął.
– Przyszedłem się zapytać, czy jest okej…?
– Tylko mnie przewiało. To nic takiego.
– Nie chcesz do medyków.
– Nie. Wszystko w porządku.
Nur tak często powtarzał te słowa, że czasem brzmiały dla niego, jak kłamstwo. Tylko że co to niby miałoby nie być w porządku? Tylko kaszlał! Kaszel miałby zatrzymać jego treningi? Wtedy byłby naprawdę słabym wojownikiem…
– Nur…
– Wracaj spać.
Liliowy spuścił głowę, ale faktycznie wrócił na swoje posłanie. Nur przewrócił się na inną pozycję i spojrzał w niebo. To przecież tylko kaszel…
Następnego dnia obudził się dziwnie zmęczony. Nie bardzo, ale bardziej niż zwykle. Jak na to, że zawsze się rwał, żeby tylko wyjść ze swojego posłania i w ogóle odejść od legowiska uczniów to… Nie chciało mu się. Nawet nie tyle, ile mu się nie chciało, co bardziej… Nie miał siły. Jego łapy wydawały się dziwnie ciężkie. Wstał dopiero po chwili. A wtedy zakaszlał. Raz, drugi, trzeci. A potem przez moment nie umiał przestać. Zjeżył się, bo to faktycznie nie było normalne. Tylko co sobie pomyślą o namiestniku przychodzącym do medyków przez zwykły kaszel… Więc ruszył na poranny trening z Żabim Okiem i Liliową Łapa.
Przez długi czas szło mu naprawdę dobrze – wspinali się z Liliową na coraz wyższe drzewa i kto wszedł i zszedł najszybciej, wygrywał pochwałę. Więc Nur oczywiście robił to tak szybko, jak bardzo pozwalało dbanie o własne bezpieczeństwo. Był skupiony. Miał cel. Oczywiste więc, że ignorował, jak ciężko mu się oddycha po każdym zeskoczeniu z drzewa. Odpoczywał, gdy czekał, aż Lilia też zejdzie – uważał, że tyle mu wystarczy. Nie wystarczyło.
Ostatnie drzewo, najwyższe. Żabka dała im znać, że mogą zacząć i Nur już wbił pazury w korę. Muszę być lepszy niż Łabądka. Muszę być lepszy niż oni wszyscy. Muszę być najlepszym wojownikiem. Najlepszym namiestnikiem. Najlepszym kotem. – powtarzał sobie w głowie, z każdą gałęzią, która przybliżała go do korony drzewa. Spojrzał w dół. Lilia dopiero wchodził na jedną z niższych gałęzi… Nur nie musiał się tak spieszyć. Dlatego usiadł. Położył się, a potem… Gdy otworzył oczy, był obolały i na ziemi.
– Wreszcie! Już miałam cię wynosić w pysku! – Żabie Oko i jej ten zmartwiony ton głosu.
Nur zamrugał kilka razy i rozejrzał się, niepewien co się stało. Spróbował wstać, padł na ziemię i zakaszlał.
– Co się… Co się stało? – zapytał po chwili.
– Zsunąłeś się na niższą gałąź, a potem już ściągnęła cię Żabie Oko. – liliowy wyjaśnił całą sytuację szeptem.
Nurowa Łapa pokręcił głową, nie wierząc w coś takiego. Zasnąłby na gałęzi? Niemożliwe. Zresztą, raczej pamiętałby moment zaśnięcia…
– Idziemy do medyka. – stwierdziła wojowniczka.
To od razu postawiła ucznia na nogi.
– Jest dobrze. Widzisz?!
– Nurze zemdlałeś!
– To nic.
Wojowniczka spojrzała na niego poważnym wzrokiem, ale gdy ten się nie ugiął, wzięła go po prostu w zęby. Chciał się wyrwać, ale nie miał na to siły… Żabka odłożyła go przed wejściem do obozu, za co Nur był jej wdzięczny. Przynajmniej nikt nie będzie go wyśmiewał!
– Będę musiał odpoczywać. – jęknął niezadowolony, gdy Żabka prowadziła go do medyka.
Chciałby powiedzieć, że nie rozumiał, dlaczego kotka go odprowadzała. Ale rozumiał to doskonale. Gdyby nie eskorta to pewnie olałby wizytę u medyków. Kotka też to wiedziała.
– Musisz.
– Odpoczywałem już ostatnio! Jestem przez to w tyle. – prychnął oburzony.
– Nie jesteś w tyle. Mówiłam już ostatnio. Odpoczynek to też ważna część treningu.
Nur kłóciłby się z nią, gdyby tylko miał siłę. I gdyby właśnie nie został przekazany w łapy Gąbczastej Perły. Weszli razem do legowiska medyka. Zapach ziół zemdlił ucznia.
– Co się dzieje? – zapytała księżniczka.
– Nic.
Kotka westchnęła i kazała mu się położyć. Rudy chciał się przeciwstawić, ale co by pomyśleli jego rodzice, gdyby usłyszeli, że kłócił się z księżniczką! Ułożył się więc na jednym z posłań i zerknął na resztę chorych z widocznym obrzydzeniem. Choroba. Coś tak głupiego i przeszkadzającego. Czemu zwracali na to uwagę? Dopóki nie męczyła ich tak bardzo, że nie mieli na nic siły, powinni ją ignorować! Tak jak on sam to robił.
– Kaszlesz?
– Trochę.
– Jesteś zmęczony.
– Przez treningi.
– Rozumiem…
Medyczka przez moment zastanawiała się nad czymś, po czym odeszła. Nur już miał wstawać, aż Klekoczący Bocian nie pojawił się obok.
– Gdzie się wybierasz? Dostałeś już leki?
Nur kiwnął głową, ale nie zdążył zrobić nawet jednego kroku, nim zaniósł się kaszlem.
– Nawet jeśli to i tak odpoczywasz.
Uczeń prychnął, ale ułożył się tylko wygodniej. Asystent medyka chodził do innych chorych. Zajmował się nimi lub sprzątał, ale cały czas miał oko na Nura, więc ten musiał grzecznie czekać. Wreszcie wróciła Gąbczasta Perła.
– Domyślam się, że jest to biały kaszel. – powiedziała, podając mu jakieś zioło. – Zjedz to, proszę.
Nur połknął lek i od razu się skrzywił. Po chwili zakaszlał kilka razy i spojrzał na medyczkę. Przeszedł tu, leżał nie wiadomo jak długo, wziął leki, a kaszel nie przeszedł! Niby dlaczego?!
– Będziesz to brał przez kilka dni. I musisz odpoczywać. – powiedziała kotka, jakby czytając mu w myślach. – Może gdybyś przyszedł od razu…
– To tylko kaszel. – przerwał jej.
– Niebezpieczny. Zresztą, jak wszystko, co nie jest dla nas normą.
– Zostaniesz tu pod moją opieką. – wtrącił się asystent. – Jak będziesz grzeczny to maksymalnie trzy dni.
Nur prychnął, odwracając się do książąt tyłem. Chciał wstać, wyjść i wrócić na treningi, ale doskonale wiedział, że książę go nie spuści z oka, a ucieczka mogłaby zepsuć jego reputację. Namiestnik kłócący się z rodem królewskim? To nie mogło zadziałać.
Te trzy dni strasznie mu się dłużyły. Próbował spać, aby czas minął jak najszybciej, ale nie potrafił. Najgorszy był pierwszy dzień, bo Klekoczący Bocian nie pozwolił mu wstawać praktycznie wcale – jedyną dobrą wymówką było skorzystanie z toalety, bo jedzenie dostawał pod buzie. Drugiego dnia na szczęście mógł już trochę więcej chodzić, ale nadal musiał spędzać czas w legowisku medyków. Trzeciego dnia poczuł, jak wracają mu siły. Oczywiście pod okiem medyków wyszedł na krótki spacer zaczerpnąć świeżego powietrza. Po raz pierwszy od dawna mógł odetchnąć bez drapania w gardle – to było dość przyjemne uczucie. Czwartego dnia dostał z rana tylko to samo zioło co ostatnio i wreszcie go wypuścili.
– Jeszcze chwilę będziesz brał leki! – krzyknęła księżniczka, gdy ten już odbiegał do legowiska wojowników.
Czuł się dużo silniejszy niż wcześniej. Właściwie chyba dużo silniejszy niż kiedykolwiek! Miał siłę w łapach, umiał oddychać pełną piersią. Zrozumiał też, że musi dbać o siebie, bo bez tego nie będzie idealnym wojownikiem. A jeśli o wojowniku mowa… Był pewien, że już jest gotowy nim zostać.
[1827 słów]
Wyleczeni: Nurowa Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz