Kurza Łapa zastrzygł uszami, wyraźnie niecierpliwiąc się w oczekiwaniu na odpowiedź Łzawej Łapy.
— Tjaa... Mój brat to okropny mięczak, więc w sumie mogłabym się tego po nim spodziewać — mruknęła, przejeżdżając leniwie językiem po zmierzwionym futrze na łapie. — A tak w ogóle, to jak myślisz: jak będzie brzmiało twoje imię po mianowaniu?
Kurza Łapa przechylił lekko głowę. Przez chwilę nic nie mówił, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że właściwie nigdy nie zastanawiał się nad tą kwestią. Łzawa Łapa przyglądała mu się z lekkim rozbawieniem, czekając, aż w końcu podzieli się swoją wizją przyszłości.
— Właściwie... nigdy nie myślałem, jak będzie brzmiało moje imię przewodnika — przyznał w końcu. — Może Zawodząca Gwiazda będzie chciał pójść w tradycję mojej rodziny i nazwać mnie jakoś dziwacznie.
Kurza Łapa zmarszczył nos, najwyraźniej zaczynając brać pod uwagę najgorsze możliwości.
— Na przykład Kurzy Pazur albo Uskrzydlona Kura...
Łzawa Łapa przez moment próbowała zachować powagę.
Kurzy Pazur jeszcze jakoś brzmiał. Nie było to może najbardziej imponujące imię, jakie słyszała, ale z pewnością dało się z nim żyć. Uskrzydlona Kura była jednak czymś zupełnie innym. Sama myśl o tym, że podczas ceremonii miałaby usłyszeć właśnie takie imię, sprawiła, że poczuła, jak kąciki jej pyska zaczynają drgać.
Kurza Łapa skrzywił się, najwyraźniej również dostrzegając absurdalność własnego pomysłu.
— Ugh. Mam takie niedorzeczne imię!
Łzawa Łapa parsknęła cicho pod nosem. Nie chciała się z niego śmiać, naprawdę, ale w tym przypadku trudno było jej się powstrzymać. Kurza Łapa sam podsuwał jej kolejne powody, żeby się uśmiechała.
— Przynajmniej nie jest nudne — mruknęła, próbując zabrzmieć poważnie.
Nie była jednak pewna, czy jej się udało.
Prawdę mówiąc, jego imię rzeczywiście nie należało do najbardziej dostojnych. Gdyby ktoś poprosił ją o wymienienie kilku wojowniczych imion, które budziły respekt, żadne z członem “kurzy” prawdopodobnie nie znalazłoby się wysoko na tej liście. Mimo wszystko było w nim coś swojskiego, a może nawet zabawnego.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze do niego pasowało.
Łzawa Łapa zerknęła na kocura. Wyobraziła go sobie podczas ceremonii, stojącego przed całym klanem i próbującego zachować powagę, gdy Zawodząca Gwiazda wypowiadałaby jego nowe imię. Miała dziwne przeczucie, że niezależnie od tego, jakie by ono było, Kurza Łapa i tak znalazłby powód, żeby na nie narzekać.
— Wiesz, nie sądzę, żeby było z tobą aż tak źle — powiedziała, gdy jej rozbawienie trochę opadło.
Kocur najwyraźniej nie podzielał jej opinii. Dostrzegłszy leżący obok kamyk, kopnął go ze złością. Mały odłamek skały potoczył się po ziemi, odbijając się kilka razy od nierówności podłoża, zanim zatrzymał się dopiero kilka długości ogona dalej.
— W dodatku ta brudna zdrajczyni, ta Rudzikowe Skrzydełko... — wycedził przez zaciśnięte szczęki.
Łzawa Łapa natychmiast przestała się uśmiechać.
Jedno imię wystarczyło, żeby cała wcześniejsza lekkość rozmowy gdzieś zniknęła. Nie musiał nawet kończyć zdania. Samo wspomnienie Rudzikowego Skrzydełka sprawiło, że coś nieprzyjemnego ścisnęło ją w żołądku, a po jej grzbiecie przebiegł krótki dreszcz. Poczuła, jak napięcie wraca do barków, podczas gdy pazury same wysuwają się lekko z opuszek.
Nie cierpiała tej kotki.
Właściwie trudno było jej powiedzieć, czy bardziej nienawidziła Rudzikowego Skrzydełka, czy wszystkich tych, którzy razem z nią posłuchali Tańcującego Pierza. Za każdym razem, gdy o nich słyszała, wracało do niej to samo pytanie: dlaczego?
Przecież mieli wybór.
Mogli się wycofać. Mogli ostrzec jej tatka i powiedzieć mu o spisku, zanim ktokolwiek zdążyłby zrobić coś naprawdę strasznego. Mogli przyznać, że nie chcą mieć z tym nic wspólnego. Mogli pomyśleć o tym, co ich działania oznaczały dla pozostałych kotów.
Ale tego nie zrobili.
Wybrali Tańcujące Pierze.
I właśnie dlatego Łzawa Łapa nie potrafiła patrzeć na nich jak na zwykłe ofiary cudzych decyzji. Każdy z nich miał własne łapy i własny rozum. Każdy mógł powiedzieć „nie”.
A jednak pozwolili, by Królicza Gwiazda cierpiał.
Co gorsza, przez ich decyzje ucierpiało znacznie więcej kotów.
— Ostatnim razem jak pilnowałem z Białym Strumieniem roboty minarów, to ciągle do mnie mówiła: „Kurczątko! Kurczątko!” — ciągnął tymczasem Kurza Łapa, najwyraźniej wciąż rozpamiętując tamtą sytuację. — Mam już tego po dziurki w nosie...
Łzawa Łapa zamrugała i wróciła myślami do rozmowy.
Kocur wyraźnie się zgarbił. Cała jego wcześniejsza irytacja jakby z niego uszła, pozostawiając po sobie głównie zmęczenie. Nagle nie wyglądał już jak kot gotowy kłócić się z całym światem, tylko jak ktoś, kto od dłuższego czasu miał zwyczajnie dość.
— Nie jestem już kociakiem — mruknął. — Ona jest taka irytująca...
Łzawa Łapa przyjrzała mu się przez chwilę.
Właściwie rozumiała jego złość. Sama nie znosiła, kiedy ktoś traktował ją tak, jakby była mniej dojrzała, niż była w rzeczywistości. Oczywiście, nie miała takiego problemu z przezwiskami jak Kurza Łapa, ale dobrze znała to uczucie, kiedy inni uparcie widzieli w tobie kogoś, kim już dawno przestałeś być.
Może właśnie dlatego nie chciała zbywać jego narzekania.
— Może powinieneś po prostu dostać imię, które zamknie im wszystkim pyski — mruknęła po chwili.
Zastanowiła się przez moment, próbując wymyślić coś, co rzeczywiście mogłoby pasować do Kurzej Łapy.
— Wiesz, coś mniej o kurczakach i bardziej o fajnych rzeczach. Jak na przykład... hm...
Przekrzywiła głowę, marszcząc lekko nos.
W jej głowie pojawiło się kilka pomysłów, ale żaden nie wydawał się wystarczająco dobry. Nie chciała przecież zaproponować mu czegoś, co brzmiałoby równie zabawnie jak jego obecne imię.
— Na razie nic nie przychodzi mi do głowy — przyznała w końcu.
Zamilkli na moment.
Z jakiegoś powodu myśli o Rudzikowym Skrzydełku cały czas brzęczały w jej głowie, jak gdyby ta nienawiść, którą czuła w stosunku do kotki próbowała wydostać się na światło dnia, ciągle o sobie przypominając.
— Myślisz, że… Komukolwiek byłoby smutno, gdyby ta zdrajczyni… No wiesz.
W całym Klanie były koty, które straciły rodziców, rodzeństwo, partnerów czy przyjaciół. Każdy miał własny powód, żeby ich nienawidzić. Czy takie złe byłoby więc wyzwolenie tych wszystkich cierpiących kotów od chociaż jednego członka tej bandy brutali?
— Myślisz, że to dobry pomysł? — spytał cicho Kurza Łapa.
A czy mogli po prostu ich tolerować? Po tym wszystkim?
Ci zdrajcy zasługiwali na ten sam ból, który wcześniej zadali. Skoro Zawodząca Gwiazda nie chciał tego zrobić, to ona zrobi to sama. Sprawiedliwość to wartość, która czasem przewyższa łaskę.
— Myślę, że tego właśnie chciałby od nas Klan Gwiazdy, Kurza Łapo — miauknęła do rudego ucznia, unosząc lekko podbrudek.
— Tak, chyba masz rację — mruknął uczeń, wbijając w nią parę swoich zaokrąglonych oczu. — Tylko jak tego w ogóle dokonamy?
— Jakoś do tego dojdziemy, no nie? Mam już nawet pewien plan. Przyjdź do mojego legowiska jutro rano. Firletka będzie szła wtedy po świeże zioła.
***
Z jej pyska wydobyło się długie, przeciągłe ziewnięcie, gdy tylko pierwsze smugi porannego światła zaczęły wkradać się pod jej powieki. Przez chwilę nie miała nawet ochoty ich otwierać. Ciepło mchu przyjemnie otulało jej ciało, a sen wciąż ciążył na kończynach, jakby próbował przekonać ją, że zdecydowanie za wcześnie było na rozpoczynanie kolejnego dnia.
W końcu przeciągnęła się leniwie, wyciągając przed siebie łapy, po czym uniosła łeb i rozejrzała się po legowisku. W środku panowała niemal zupełna cisza. Nie była jeszcze świadoma, która dokładnie była pora, ale widok jej mentorki siedzącej przy składziku ziół podpowiadał jej, że dzień dopiero się rozpoczynał.
Firletkowy Wdzięk najwyraźniej już od jakiegoś czasu przeglądała zapasy. Przesuwała poszczególne stosiki, zaglądała pod liście i co jakiś czas marszczyła nos, najwyraźniej próbując przypomnieć sobie, których ziół powinno być więcej.
Łzawa Łapa przeciągnęła się jeszcze raz, po czym podeszła bliżej.
— I? — mruknęła sennie. — Jak wiele ziół brakuje?
Jej mentorka uniosła wzrok. Uszy liliowej kotki drgnęły lekko, a spojrzenie powędrowało jeszcze raz po poszczególnych kupkach. Przez moment Łzawa Łapa spodziewała się długiej odpowiedzi o tym, jak tragicznie wygląda ich składzik i ile pracy będzie wymagało jego uzupełnienie.
Zamiast tego Firletkowy Wdzięk uśmiechnęła się pogodnie.
— Nie mamy aż tak dużych braków. Myślę, że nie potrwa to dłużej niż zwykle — odpowiedziała, po czym spojrzała na swoją uczennicę. — Pamiętaj, pod moją nieobecność to ty zajmujesz się chorymi.
Łzawa Łapa przewróciła oczami.
Oczywiście, że pamiętała.
Mentorka przypominała jej o tym przy każdej możliwej okazji, jakby pewnego dnia miała nagle zapomnieć, na czym polegała jej rola. Przecież nie była już początkującym kociakiem, który nie wiedział, gdzie leżą najprostsze zioła. Potrafiła rozpoznać większość chorób, znała zastosowanie najważniejszych roślin i — co najważniejsze — wiedziała, kiedy potrzebowała pomocy.
Mimo wszystko skinęła krótko głową.
— Wiem.
Firletkowy Wdzięk nie skomentowała jej tonu. Zabrała tylko kilka rzeczy potrzebnych do wyprawy, po czym skierowała się ku wyjściu. Łzawa Łapa odprowadziła ją wzrokiem, dopóki sylwetka szylkretowej kotki nie zniknęła za wejściem do legowiska.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie na ciche westchnienie.
Skoro miała jeszcze chwilę spokoju, zamierzała z niej skorzystać.
Poczłapała z powrotem do swojego posłania i opadła na ciepły mech. Niemal natychmiast poczuła, jak senność ponownie oplata jej ciało. Przymknęła oczy, poprawiła przednie łapy, przekręciła się na bok, po czym po chwili uznała, że tak jednak nie będzie wygodnie. Przez krótką chwilę wierciła się więc, aż w końcu poczuła komfort.
Zastanawiała się, ile uderzeń serca będzie mogła tak po prostu leżeć i delektować się spokojem poranka, zanim jakiś starszy wojownik wparuje do środka z kolejną raną i zacznie narzekać, że medycy powinni być zawsze gotowi do pracy.
Właściwie nie przeszkadzała jej praca. Ba! Właściwie, to szkoliła się w tej roli głównie ze względu na świadomość, że będzie wszystkim potrzebna. Istniały jednak takie dziwne, niemal nadzwyczajne dla niej chwile, kiedy po prostu nie chciała zwracać na siebie uwagi.
Poranki i wieczory należały właśnie do nich.
Wtedy bardziej od spojrzeń, rozmów i uśmiechów liczyło się dla niej ciepło mchu oraz możliwość spędzenia kilku spokojnych chwil w samotności, w której będzie mogła zaczerpnąć sił.
Niestety, tak jak się spodziewała, jej spokój nie trwał długo.
— Jest może medyk?
Łzawa Łapa niemal natychmiast podniosła łeb.
W wejściu stała Złota Wydma. Uczennica zmrużyła oczy, obdarzając ją zmęczonym spojrzeniem, po czym niechętnie podniosła się z posłania.
— Mhm — mruknęła, podchodząc do kotki. — Co się stało? Z chęcią pomogę.
Złota Wydma weszła głębiej do legowiska i zatrzymała się na jego środku. Przez dłuższą chwilę nie odpowiadała. Wpatrywała się w swoje łapy, nerwowo poruszając palcami.
Łzawa Łapa od razu zauważyła jej zachowanie.
Większość kotów, które trafiały do legowiska medyka, nie wyglądała na szczególnie zachwyconą swoją wizytą. Niektórzy bali się diagnozy, inni zwyczajnie nie lubili przyznawać, że coś im dolega. Złota Wydma wydawała się jednak bardziej skrępowana niż przestraszona.
Łzawa Łapa usiadła naprzeciwko niej i cierpliwie czekała.
— Ostatnio boli mnie głowa i... tak strasznie chce mi się pić — zaczęła w końcu. — Mam wrażenie, że w gardle mam jedną wielką pustynię. A na dodatek mięśnie strasznie mnie bolą.
Uczennica medyczki zamrugała kilka razy.
To wszystko rzeczywiście brzmiało dość charakterystycznie. Spragnienie, ból głowy, osłabienie i obolałe mięśnie... Nie musiała nawet długo się zastanawiać.
— Powinnaś pójść do jakiegoś strumienia i się napić — powiedziała spokojnie. — To, co mi opisujesz, wygląda mi na odwodnienie.
Złota Wydma uniosła na nią wzrok.
— Odwodnienie?
Łzawa Łapa skinęła głową.
— Tak. Podam ci kilka ziół, które mogą ci pomóc, ale najpierw musisz uzupełnić wodę. Samo ich przyjęcie niewiele da, jeśli twój organizm nadal będzie jej potrzebował.
Złota Wydma westchnęła głęboko, po czym pokiwała krótko głową. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, lecz ostatecznie zachowała milczenie.
Łzawa Łapa przyjrzała jej się uważniej.
— Najlepiej pójdź z kimś bliskim — dodała. — Nie powinnaś znikać z obozu sama w takim stanie. Jeśli rzeczywiście jesteś odwodniona, możesz poczuć się słabiej po drodze.
Zawahała się, po czym spojrzała w stronę wyjścia z legowiska.
— Ja niestety nie mogę z tobą pójść. Muszę zostać tutaj, gdyby ktoś jeszcze potrzebował pomocy.
Po tych słowach odwróciła się w stronę składziku, zaczynając przeglądać zapasy.
— Kiedy wrócisz, zajmę się resztą. I postaraj się nie czekać z tym zbyt długo. Jeśli naprawdę czujesz się tak, jak opisujesz, lepiej jak najszybciej się napij.
Złota Wydma skinęła krótko głową i opuściła legowisko medyka, pozostawiając Łzawą Łapę w niemal całkowitej ciszy.
Uczennica przez chwilę stała bez ruchu, nasłuchując. Z głębi podziemnego obozu dobiegały przytłumione głosy kotów, szelest łap przesuwających się po ziemi oraz pojedyncze miauknięcia, które w wąskich korytarzach zdawały się odbijać od ścian. Tutaj jednak panował spokój. Jedynie zapach ziół, wilgotnej ziemi i chłodnych skał wypełniał legowisko.
Łzawa Łapa wróciła do składziku. Przez moment bezmyślnie przesuwała pojedyncze zioła, poprawiając ich ułożenie, choć wszystko znajdowało się już na swoim miejscu. Lubiła tę ciszę. Zwłaszcza o tej porze, kiedy większość klanu dopiero zaczynała swoje codzienne obowiązki.
Nie zauważyła nawet, kiedy ktoś wszedł do legowiska.
Kurza Łapa stał niedaleko wejścia i wpatrywał się w nią swoimi szeroko otwartymi oczami. Łzawa Łapa zmarszczyła lekko brwi. Nie potrafiła stwierdzić, czy w jego spojrzeniu kryło się podekscytowanie, czy raczej przerażenie. Jedno było jednak pewne — skoro zdecydował się tutaj przyjść, to musiał wiedzieć, że naprawdę tego chce.
— Chodź, podejdź do składziku — mruknęła, ruchem ogona wskazując mu miejsce obok siebie. — Jakby miał ktoś tutaj wejść, udamy, że się rozchorowałeś, a ja szukam lekarstwa.
Zbliżyła się do sterty ziół i zaczęła przesuwać kilka liści, robiąc mu nieco miejsca.
— Tylko postaraj się wyglądać przekonująco — dodała, rzucając mu krótkie spojrzenie. — Bo z takimi wybałuszonymi oczami prędzej pomyślą, że zobaczyłeś ducha, niż że coś ci dolega.
— Co planujemy zrobić? — miauknął szeptem. — Myślałaś nad tym?
Łzawa Łapa przełknęła ślinę, czując, jak jej futro zaczyna się lekko podnosić. Dopiero teraz docierała do niej powaga sytuacji oraz ciężar tego, co właściwie planowali. Do tej pory wszystko wydawało się jedynie odległym pomysłem, czymś, o czym można było rozmawiać bez konieczności podejmowania decyzji. Teraz jednak Kurza Łapa stał tuż obok niej, a sprawa nabierała zupełnie innego znaczenia.
Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego przesunęła łapą po zgromadzonych ziołach, udając, że czegoś szuka. Jej palce natrafiły na kilka liści malin, które ostrożnie przysunęła w stronę Kurzej Łapy. Zaraz potem sięgnęła po jagody cisu.
Jej łapa zacisnęła się na czerwonych owocach.
Wtedy usłyszała czyjeś kroki.
Łzawa Łapa zesztywniała, lecz nie wypuściła jagód. Ktoś właśnie wchodził do legowiska. Poczuła, jak serce przyspiesza jej w piersi, a futro ponownie lekko się unosi. Nie miała czasu na zastanawianie się, co zrobić. Musiała po prostu zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Kątem oka zerknęła na Kurzą Łapę.
Na szczęście uczeń zachowywał się dokładnie tak, jak go wcześniej poprosiła. Pojękiwał cicho i burczał pod nosem, narzekając na zioła i wyraźnie dając do zrozumienia, że wcale nie zamierza ich przyjmować.
Łzawa Łapa odetchnęła w duchu.
Do środka wszedł Wędrujące Niebo. Point przez chwilę przyglądał się dwójce kotów, lecz nie wyglądał na szczególnie podejrzliwego. Najwyraźniej ich małe przedstawienie działało.
Łzawa Łapa powoli odsunęła łapę od jagód i posłała kocurowi krótki uśmiech.
— Och, cześć! W czym mogę pomóc? — miauknęła.
— Zdaje się, że szczur mnie ugryzł — odparł spokojnie kocur. — Ale spokojnie, mogę poczekać, aż pomożesz Kurzej Łapie.
— Nie ma takiej potrzeby — odpowiedziała szybko. — Wydaje mi się, że łatwiej będzie mi zająć się tobą.
Przeniosła wzrok na Kurzą Łapę i dyskretnie posłała mu oczko.
— Nie chce przyjąć ziół.
Uszy Wędrującego Nieba drgnęły lekko. Kocur przez dłuższą chwilę milczał, jakby próbował ocenić sytuację, lecz ostatecznie usiadł i odsłonił ugryzioną łapę.
Łzawa Łapa dopiero wtedy pozwoliła sobie na ciche westchnienie ulgi.
— Pokaż — mruknęła, pochylając się nad raną. — Zobaczymy, co ten szczur ci zrobił.
Gdy tylko zajęła się Wędrującym, a ten ulotnił się z legowiska, spojrzała na Kurzą Łapę.
— Trochę już tu siedzimy, co nie? Firletka może lada moment wrócić — wzięła w łapę kilka jagód, po czym owinęła je liśćmi malin. Na koniec wzięła kosmyk trawy, który oplotła wokół paczki, by ta się nie rozpadła.
Przez moment zastanawiała się, co powiedzieć.
— Trzymaj ją pod posłaniem. Gdyby ktoś ciebie o to pytał, odpowiedź, że musisz je brać z powodu nawracającego bólu głowy albo coś w tym stylu. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment, otwórz paczkę, weź jagody i… Wiesz, co robić.
<Kurczak?>
[2663 słowa + wyleczenie postaci npc]
Wyleczeni: Złota Wydma, Wędrujące Niebo
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz