Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, co w tej chwili robią Zew i Łza. Minęło już trochę czasu, odkąd opuścili Owocowy Las, a mimo to wciąż łapałam się na tym, że odruchowo rozglądałam się po obozie, jakbym spodziewała się zobaczyć ich znajome sylwetki. Dopiero po chwili przypominałam sobie, że przecież ich już tutaj nie było. Mieli nowe legowiska, nowych opiekunów i nowe obowiązki, podczas gdy ja nadal każdego ranka budziłam się w tym samym miejscu.
Próbowałam wyobrazić sobie ich życie w Klanie Burzy. Czy Zew wciąż był tak samo rozkojarzony i wpadał na wszystkich po drodze? Czy Łza zdążyła już zwrócić na siebie uwagę całego obozu, tak jak zawsze potrafiła? Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam niemal pewna, że tak właśnie było. Nie umiałam sobie wyobrazić miejsca, w którym Łza nie znalazłaby sposobu, żeby wszyscy wiedzieli o jej istnieniu.
Westchnęłam cicho, czując lekkie ukłucie tęsknoty. W dzieciństwie wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, że zawsze byli gdzieś obok. Nawet jeśli każde z nas zajmowało się czymś innym, wystarczyło odwrócić głowę, żeby zobaczyć rodzeństwo. Teraz między nami rozciągała się granica dwóch klanów. Wiedziałam, że sojusz nadal trwał i pewnie jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale to nie było już to samo. Nie mogłam po prostu pobiec do Zewu, żeby pochwalić się nowym tropem, ani posłuchać kolejnych przechwałek Łzy.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że byli szczęśliwi. Jeśli naprawdę odnaleźli swoje miejsce w Klanie Burzy, to właśnie tego im życzyłam. A kiedyś, przy następnym spotkaniu obu klanów, będę mogła opowiedzieć im o wszystkim, czego nauczyłam się jako zwiadowczyni. I może wtedy okaże się, że choć nasze ścieżki się rozeszły, nadal potrafimy rozmawiać ze sobą tak samo łatwo, jak wtedy, gdy jako kociaki ganialiśmy się po żłobku, udając, że cały świat należy tylko do nas.
Już miałam skierować się w stronę stosu świeżej zwierzyny, kiedy dostrzegłam znajomą sylwetkę siedzącą niemal na środku obozu. Borowik wyglądał, jakby czekał na coś… albo na kogoś. Dopiero gdy jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, zrozumiałam, że tym kimś byłam ja. Przez krótką chwilę poczułam przyjemne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie na mnie czekał tylko po to, żeby zamienić kilka słów.
Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Lubiłam Borowika. Był trochę… niezwykły. Nigdy nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi go własny tok myślenia. Potrafił z całkowitą powagą rozważać istnienie niewidzialnych kotów, planować ucieczkę przed zupełnie nierealnymi katastrofami, a chwilę później opowiadać o zwiadowcach tak mądrze, że chłonęłam każde jego słowo. Czasami trudno było za nim nadążyć, ale chyba właśnie dlatego rozmowy z nim były tak ciekawe.
Podeszłam bliżej, słuchając jego gratulacji z wyraźnym skupieniem. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak moje uszy unoszą się coraz wyżej. Dawniej pewnie od razu zaczęłabym opowiadać o sobie albo przechwalać się tym, czego już się nauczyłam. Tym razem jednak przede wszystkim zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na sercu. Miło było usłyszeć, że ktoś zauważył moje starania i uważał, że naprawdę się do tego nadaję. Usiadłam naprzeciw niego, owijając ogon wokół łap.
— Dziękuję! Naprawdę bardzo się staram. Rohan mówi, że jeszcze popełniam sporo błędów, ale podobno szybko się uczę — na chwilę opuściłam wzrok na swoje łapy, przypominając sobie dzisiejszy trening. — Dzisiaj nawet mnie pochwaliła. Powiedziała, że zaczynam bardziej ufać nosowi niż oczom. A wcześniej… chyba ze trzy razy zgubiłam trop i byłam przekonana, że idę dobrze — zaśmiałam się cicho, trochę zawstydzona własnymi pomyłkami. — Uczyłyśmy się rozpoznawać tropy lisów. Na początku wydawało mi się, że wszystkie zapachy są takie same, ale później zaczęłam wyczuwać różnice. Lis pachnie zupełnie inaczej niż kot. Tak ostro… i trochę gryzie w nos. Rohan mówiła, że zwiadowca powinien umieć rozpoznać taki trop od razu, bo kiedyś może od tego zależeć bezpieczeństwo całego patrolu.
Na samą myśl o tym poczułam lekki dreszcz. Jeszcze niedawno byłam zwykłym kociakiem biegającym po żłobku, a teraz ktoś powierzał mi wiedzę, od której kiedyś mogło zależeć życie innych kotów. Brzmiało to trochę przerażająco, ale jeszcze bardziej motywowało mnie do dalszej nauki.
Rohan nie zamierzała jednak ułatwiać mi zadania. Kilka razy celowo prowadziła mnie przez miejsca pełne innych zapachów, gdzie trop niemal całkowicie zanikał. Byłam przekonana, że idę właściwą drogą, ale za każdym razem słyszałam spokojne pytanie, czy na pewno jestem pewna swojego wyboru. Dopiero wtedy orientowałam się, że znowu popełniłam błąd. Musiałam wracać, uspokajać oddech i jeszcze raz zaufać własnemu nosowi zamiast oczom. Dopiero za którymś razem udało mi się odnaleźć właściwy ślad, a Rohan pochwaliła mnie, mówiąc, że zaczynam rozumieć, na czym naprawdę polega tropienie.
Im więcej o tym opowiadałam, tym bardziej czułam, że naprawdę chcę być coraz lepsza. Każdy nowy trening uświadamiał mi, jak wiele jeszcze przede mną, ale zamiast mnie to zniechęcać, tylko bardziej motywowało do pracy.
— Dlatego… naprawdę chciałabym kiedyś potrenować też z tobą. Skoro jesteś zwiadowcą od tylu księżyców, to pewnie wiesz mnóstwo rzeczy, których jeszcze nawet nie zdążyłam zobaczyć. Może nauczyłbyś mnie czegoś, czego Rohan jeszcze nie pokazała?
Na samą myśl o wspólnym treningu ogon poruszył mi się z wyraźnym ożywieniem. Borowik był doświadczonym zwiadowcą i wiedział o tej roli znacznie więcej niż ja. Sam fakt, że uważał mnie za wartą wspólnego treningu, był dla mnie ogromnym wyróżnieniem.
Nagle przypomniała mi się nasza rozmowa sprzed wielu księżyców, jeszcze z czasów, gdy byłam małym kociakiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie apokalipsy niewidzialnych kotów i wszystkich dziwnych planów, które zdążył wtedy wymyślić. Od tamtego dnia wielokrotnie rozglądałam się po lesie, zastanawiając się, czy przypadkiem naprawdę gdzieś się nie ukrywają. Oczywiście nigdy żadnego nie zobaczyłam… ale przecież właśnie na tym polegał problem. Skoro były niewidzialne, to może rzeczywiście gdzieś tam były.
— Wiesz… czasami nadal myślę o tych niewidzialnych kotach, o których mi kiedyś opowiadałeś. Nadal żadnego nie widziałam… ale chyba właśnie o to chodzi, prawda? — parsknęłam cichym śmiechem, wyobrażając sobie Borowika opracowującego kolejne plany ewakuacji przed katastrofami, które istniały chyba tylko w jego głowie. — Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś naprawdę nadejdzie taka apokalipsa, to będziesz w pobliżu. Wymyśliłeś przecież tyle planów ucieczki, że na pewno któryś by zadziałał.
Ta myśl ponownie mnie rozbawiła. Borowik potrafił sprawić, że nawet najbardziej absurdalne rzeczy przez chwilę wydawały się całkiem możliwe. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Miał w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się trochę większy, trochę ciekawszy i pełen rzeczy, o których większość kotów nawet nie pomyślałaby ani razu.
<Borowiku?>
[1124 słowa]
[22%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz