Łąki klanu wysuszone księżycami gorącego słońca były wręcz stworzone na podpałkę dla ognia. Minęło już trochę czasu od pożaru, ale widok po tamtym dniu nie zdążył się za wiele zmienić.
— Zawróć za tamtym pniem i wróć tutaj, powtórz okrążenie jeszcze dwa razy — kontynuowała mentorka.
Czuła pod łapami popiół zmieszany z błotem. Bieganie powinno pomóc odłożyć myśli na tylny plan. Miała nadzieję, że praca ciała będzie na tyle głośna, że zagłuszy wszystko inne. Po ostatnich wydarzeniach ominęło ją kilka treningów, ale klan powoli zaczynał wracać do swoich codziennych rutyn. Wybudowanie nowego obozu nie zajmuje dnia, a dalej trzeba upolować zwierzynę, patrolować granicę, a w końcu i kontynuować naukę.
Gładko minęło pierwsze okrążenie. Zbyt gładko – bez wysiłku nie było czym zastąpić myśli, które chciały wracać. Perłówkowej Łapie trudno było uwierzyć, nawet jeśli w głębi wiedziała, że nie jest to do końca prawda, jak szybko członkowie jej klanu zdawali się zapominać o tym, co zaszło. Ile kotów nie zobaczą ponownie, w obozie, którego zostały szczątki. W jej pamięci dalej tkwił gęsty jak noc dym i gorąco, jakie zdawało się, że dalej czuła mimo ochładzającej się pogody.
Nieznacznie przyspieszyła bez powodu.
Ze względu na swój młodszy wiek Perłówka nie była obecna na całej rozprawie, ale nie powstrzymało jej to od podsłuchiwania koło wejścia. Jednak, gdy ciągle padało pewne imię, przestała słuchać. Wróciła dopiero na wyniki obrad.
— Tempo — zwróciła uwagę Równonoc.
Parę wschodów słońca wcześniej słyszała, jak Tańcujące Pierze szepcze coś do Rudzikowego Skrzydełka w kącie. Coś o byciu uważnym. Gdzieś przy kamiennych strażnikach. Perłówkowa Łapa nie chciała wierzyć w jej udział, bo mama była zbyt naiwna, żeby knuć i zbyt nierozgarnięta, żeby planować cokolwiek poważnego.
Poczuła ukłucie w boku i je zignorowała.
Była na nią zła. Chciałaby być na nią zła z samych dobrych powodów, za to, co chciała zrobić, za koty, które miała skrzywdzić, ale jeszcze bardziej była zła na to, że dała się wciągnąć w coś tak niebezpiecznego. Nie była najbardziej obecną matką, ale Perłówka i tak nie mogła przestać się martwić. Było blisko, a i ona mogła być skazana na śmierć.
Westchnęłaby, gdyby nie była właśnie zajęta dyszeniem. Ostatnie okrążenie. Prędkość była jej mocniejszą stroną niż wytrzymałość i ta wiedza podpowiadała jej, że jeśli przyspieszy bardziej, to trasa zajmie jej mniej czasu i nie będzie musiała dalej biec.
Łapa poślizgnęła się na mokrym popiele. Nie upadła, ale dysząc, zatrzymała się raptownie, łapy rozszerzone szerzej niż powinny. Deszcz ze śniegiem zacinał.
Srebrzysta Równonoc dobiegła do niej równym krokiem.
— Na dziś starczy — powiedziała po chwili bez żadnego zmęczenia w głosie.
— Jeszcze jedna.
— Starczy — powtórzyła stanowczo. — Wytrzymałości nie zbudujesz w jeden dzień. Ani w dwa.
Perłówkowa Łapa wyprostowała się i otrzepała zimne błoto z boku. Lodowaty deszcz nieprzyjemnie spływał po jej futrze.
— W takim razie możesz pomóc przy obozie — dodała, odwracając się w powrotną stronę. — Potrzebne są jeszcze kamienie i glina na ścianki w przyszłym legowisku medyka i żłobku. Lepiej, żeby były gotowe, zanim zacznie się prawdziwy mróz.
— Też mi przerwa — mruknęła pod nosem, ale poszła posłusznie za mentorką.
***
Gliny po tygodniach deszczów miało być pod dostatkiem w miejscach, gdzie woda zbierała się i stała przez dłuższy czas. Teren przy dawnym obozie był poprzecinany nieregularnymi zagłębieniami, gdzie deszczówka zbierała się i mieszała z popiołem i ziemią, tworząc ciemną, gęstą maź. Perłówkowa Łapa przykucnęła przy pierwszym takim miejscu i sprawdziła łapą konsystencję. Zbyt rzadka, za dużo wody, rozlewałaby się, zanim ktokolwiek zdążyłby cokolwiek z niej zrobić. Przeszła do kolejnego zagłębienia, bardziej osłoniętego od wiatru przez resztki zwęglonego krzewu. Nie była znawcą takich rzeczy, ale wyglądała na bardziej używalną. Zaczęła oddzielać kawałki i układać je obok siebie w jednolite porcje, które można byłoby przenieść.
Kamienie najłatwiej było znaleźć w skupiskach na piaszczystej części terenu, do którego ogień nie mógł dotrzeć. Nie była pewna, które nadawałyby się najbardziej na materiał budowlany, więc krążyła, układając je we własne stosiki, w zależności od ich wielkości i kształtu.
Kilka razy odchodziła z zebranym stosem do wyznaczonego miejsca przy wejściu do groty i wracała po więcej. Po którymś powrocie Perłówkowa Łapa uznała, że ma dosyć i że zebrała wystarczająco dużo jak na jedno popołudnie.
W ramach przerwy postanowiła rozejrzeć się po starym obozie. Poprzednio zawsze był pełen dźwięków, zapachów i obecności, a teraz nie był niczym. Tylko mokrym popiołem, deszczem ze śniegiem i ciszą.
Tylne wyjście zachowało swój kształt, choć otaczające je zarośla były teraz czarnymi, zwęglonymi kikutami. Perłówkowa Łapa weszła w to przejście ostrożnie i zaczęła je obwąchiwać, sprawdzając gałązki i kamienie wzdłuż ścieżki z nadzieją na cokolwiek, co może przetrwało pożar. Deszcz rozmył tu dokładnie wszystko, nie zostawiając wiele użytecznego do znalezienia.
Kilka kroków dalej ścieżka wychodziła na otwartą przestrzeń za obozem, gdzie wiatr nie miał żadnych przeszkód i zacinał ze zdwojoną siłą. Perłówkowa Łapa zmrużyła oczy, powąchała powietrze i przeskanowała wzrokiem ziemię. Popiół, błoto, mokre resztki zwęglonej roślinności.
Pod koniec ścieżki nic ciekawego nie nawinęło się pod nos. Wróciła do wejścia i stała przez chwilę przy granicy starego obozu, patrząc na to, co zostało.
[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]
[Event Klan Burzy: zebranie kamieni oraz gliny na budowę ścianek w przyszłym legowisku medyka, oraz żłobku]
[827 słów]
[17%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz