Przeszłość
— Przed chwilą sama zaproponowałam mu wymianę uschniętych kwiatów, które zdobią jego ogon. D-dbam o jego dobry wygląd i imię... Sprawia mi to przyjemność... Właśnie mieliśmy wspólnie udać się poza obóz, prawda książę Rogaty Flamingu? — spytała, spoglądając na kocice. — D-dla was również mogę przynieść potem kwiaty, inne, jeśli będziecie miały ochotę przyozdobić swoje futerko. Oczywiście, jeśli przeprosicie księcia...
Obie kotki wymieniły ze sobą porozumiewawczo spojrzenie, jednak nic więcej nie powiedziały. Skupiły natomiast spojrzenie na młodocianym księciu, którego skóra pod futrem musiała być w kolorze pomidora. Fląderka również wlepiła spojrzenie swoich brązowych oczu w pointa.
Rogaty Flaming czuł, jak się w nim gotowało, niczym w rozgrzanym kociołku z wodą. Czas zwolnił, a wszystko wokół przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, jakby sytuacja ta odjęła wszystkie dotychczasowe troski, tworząc nową, dużo istotniejszą i co ważne – taką, która pozostanie czarnemu jeszcze długo w umyśle. Krew, gdyby tylko mogła, bulgotałaby w jego żyłach, a sam point zacząłby pluć wrzątkiem na dwie kocice. Jak ta zawszona kocurzyca go nazwała?! Jego serce zaczęło bić szybciej, a na pysku zaczął malować się grymas. Gdy już miał jej odpowiedzieć, Fląderka zabrała głos, tłumacząc szylkretce, że to, co robił, nie było wcale złe. Niebywałe, że czekoladowy kot miał więcej rozumu niż kocica o niebiesko-rudej maści. Działała mu na nerwy i gdyby tylko mógł, pokazałby jej dosadnie, gdzie było jej miejsce. A tak, musiał polegać jedynie na przepychance słownej, która swoją drogą nie była wcale elegancka, a już w szczególności, gdy była kierowana w jej stronę. Zadarł nos wysoko, spoglądając na dwie z widocznym obrzydzeniem.
— Jak śmiesz, rybi móżdżku! Czy już wyżarto ci mózg? — spytał donośnie. — Coś ci się pomyliło. JA mam na imię Rogaty Flaming, dla ciebie Pan Książę Rogaty Flaming. Chociaż z twojego pyska każde słowo brzmi jak obraza. Musisz sobie zapracować, żeby móc się do mnie zwracać, to samo TY — wypluł wręcz, spoglądając na dwie kocice, które stały teraz tak przed nim i wytrzymywały, o dziwo, kontakt wzrokowy. Zjeżył sierść na karku. Miały czelność obrażać kogoś tak wspaniałego, jak on? Niech no tylko dowie się o tym jego matka… — Na waszym miejscu podkuliłbym teraz ogon i mnie przepraszał stokrotnie! Może jeszcze wam wybaczę, chociaż czas na to się już powoli kończy — mówił dalej, a końcówka jego ogona zaczęła żyć własnym życiem.
— Chyba śnisz! Chciałbyś — parsknęła jedna z nich, kładąc po sobie uszy.
Spojrzał chłodno na Fląderkę, która zaproponowała mu coś uderzenie serca temu… czy chciał zakończyć tę potyczkę słowną w ten sposób? Jeśli tylko tak mógł ocalić swoje ego i reputację w klanie, którą dopiero co budował, niechże tak właśnie będzie. — Nawet kot maści czekoladowej ma więcej we łbie, niż wy dwie razem wzięte — parsknął, kręcąc głową, niczym z zażenowaniem i niedowierzaniem. Czy był to komplement dla jego służki? Jeśli zabrzmiało to, jak pochwała, to nie miał niczego podobnego na myśli, nie miał w zamiarach chwalić czekotki. Najzwyczajniej w świecie ta dwójka okazała się nawet głupsza, co było wyczynem.
— Jak się kogoś zastrasza, to wiadomo, że nie odmówi czemukolwiek, co mu się rozkaże — odparła Liliowa Pieśń, a Urodziwy Szafirek szybko jej przytaknęła. Jednak nieważne czego by nie powiedziały, w jego oczach już na zawsze pozostaną głupie. Na taką łatkę sobie zapracowały.
— Glonojadowy Pysk jest zbyt ograniczony, żeby to pojąć. Ale on powie wszystko, żeby tylko ostatnie słowo należało zawsze do niego — skwitowała, ostatni raz spoglądając na Fląderkę. Kotki trwały tak jeszcze chwilę, zanim point nie odchrząknął głośno.
— Jeszcze raz nazwij mnie w ten sposób, a pożałujesz! — warknął, jego śnieżnobiałe kły błysnęły w blasku słońca. Fakt, że nie robiło na nich to wrażenia, sprawiał, że miał ochotę wydłubać im oczy z gniewu. Jednak miał świadomość, że nie wolno mu było tego robić.
— Chodź, Szafirku. Nic tu nie wskóramy. Skoro Fląderka nie chce pomocy… — miauknęła smutno liliowa, spoglądając na koteczkę ten ostatni raz, jakby upewniała się, czy aby na pewno tego chciała. Czekotka jednak pokiwała główką, nadal stojąc przy swoim. Była zdeterminowana, żeby chociaż w taki sposób bronić jego dobrego imienia. Rogaty Flaming obserwował tę wymianę gestów z irytacją, jego ogon trzepał na boki niczym bicz. Szara jedynie pokręciła łbem lekceważąco, a już uderzenie serca później odwróciły się na pięcie i odsunęły na bok, zauważywszy, że nic nie wskórają – brązowa Nocniaczka nie zamierzała zmieniać zdania, dlatego ich starania, przynajmniej na tę chwilę, poszłyby na marne. A przynajmniej przy takim przekonaniu tkwił książę, bo już uderzenie serca później znaleźli się za tunelem wprowadzającym do Klanu Nocy i żadnych słów sprzeciwu nie zamierzał przyjmować. Miał ochotę nadziać tę dwójkę na patyki i wystawić na prażące słońce, żeby się spaliły żywcem i po wsze czasy żałowały własnych słów i akcji. Ale dopóki nie dopuściły się czegoś gorszego, ich miejsce w Klanie Nocy przysługiwało im tak samo, jak i jemu, z taką różnicą, że większość rybojadów spoglądała na nie inaczej, jako iż nie były przeciwko czekoladowym kotom, tym samym nie szanując, a wręcz sprzeciwiając się tradycji, która panowała od dnia jego narodzin, a nawet dłużej. Nie dało się pomóc komuś, kto tej pomocy nie chciał. A Fląderka nie mogła tej pomocy chcieć. Mieli między sobą umowę, której musiała się trzymać.
— Masz im nie dawać kwiatów. Należą się tylko mnie, zrozumiano? — prychnął do odrzutka, patrząc na nią z ukosa. Nie zamierzał pozwalać na to, żeby rozdawała jego gwiazdy byle komu, a już w szczególności tej dwójce. One zasługiwały tylko na to, żeby im napluć na łapy albo pyski. Niech sobie same pozrywają i znajdą. Fląderka zamrugała, spoglądając na księcia z lekkim skonfundowaniem. Po paru uderzeniach serca kiwnęła głową energicznie.
— T-tak jest, Książę Rogaty Flamingu.
***
— Nie, te się nie nadają. Nie widzisz tych łodyg? Są całe brązowe. Lada moment ci całe łapy zapaskudzą. Powąchaj je no — powiedział z poirytowaniem, strzepując jednokrotnie łapą, posyłając tym samym parę intensywnie zabarwionych płatków kwiecia. Zmarszczył nos z obrzydzeniem, gdy dotarła do niego woń rozkładających się roślin. Fląderka położyła po sobie uszy, był to któryś z kolei bukiecik, który zerwała. Kwiatów nie było nieskończoność, aczkolwiek kocur nie mógł sobie pozwolić na to, żeby nosił byle jakie, w jakimkolwiek stanie. Musiały być zawsze idealne, a skoro chciał takich, oczywiste było, iż znalezienie ich nie pójdzie aż tak szybko i prosto. Siedział wygodnie pomiędzy wysokimi źdźbłami trawy, wiatr muskał delikatnie jego puchatą kryzę, o którą dzisiaj tak dbał. Spoglądał na krajobraz, na którym malowało się tak nadzwyczaj wiele przepięknych obłoków. Odrzutek odsunęła się nieco od niego, rozglądając się oraz węsząc za kolejnymi kwiatami. U jego łap leżało już parę poprzednich ogóreczników, zmarnowanych z powodu jego wybredności. — Ja już no zadbam, żeby się wam nie nudziło… — prychnął pod nosem, gdy w głowie odtwarzał sytuację, która miała dzisiaj miejsce. Jeśli będą dla niego takie, to on dla nich także. Powie Błękitnej Lagunie, żeby zadbał o ich obowiązki. Będą miały pracy tyle, że pot będzie im spływał po czołach! Upał otaczający ich dookoła doskwierał również roślinom – wiele z nich wyschło z powodu niedoboru wody, ale point nie przejmował się tym szczególnie. Miał dostać kwiaty i koniec. Nie było tu miejsca na sprzeczki.
Fląderka wróciła z paroma łodyżkami małych ogóreczników. Wyglądały akceptowalnie, aczkolwiek to nadal nie było to. Gdy położyła je przed księciem, chyląc lekko głowę, Rogaty Flaming trzepnął gniewnie ogonem, następnie łapą posłał wszystkie trzy w powietrze, a uderzenie serca później wylądowały na głowie brązowookiej, zsuwając się na grunt z powrotem.
— Umiesz ty szukać…! — warknął z poirytowaniem, wstając wreszcie ze swojego miejsca i palcem wskazując poprzednie rośliny. — Te są zbyt zmarnowane, zbyt długo prażyło je słońce. Jak tylko ich dotkniesz, to ci się połamią w łapach. Te za to dostały za dużo wody i zgniły. Śmierdzą gorzej niż czy ta jej przygłupia przyjaciółka! — kontynuował, jednak nie był to koniec jego wywodu. — Te za to są za małe. Jak mam się prezentować godnie, jako książę, skoro przynosisz mi same ochłapy? Mają na mnie patrzeć jak na wspaniałego potomka Mandarynkowej Gwiazdy, a wręcz samej Sroczej Gwiazdy, a nie z politowaniem jak na kogoś, kto nie potrafi nawet o swój ogon zadbać.
Fląderka ugięła łapy lekko, chyląc przed nim głowę nadal.
— P-przepraszam, Książę Rogaty Flamingu. Znajdę lepsze, to się już nigdy więcej nie powtórzy — mówiła cicho, z wyraźnym żalem w głosie. Kocur patrzył na nią, jakby był katem, który miał zaraz ją stracić. Po paru uderzeniach serca kiwnął wreszcie głową, przekonany – przynajmniej na razie – jej słowami.
— Dobrze, obyś mówiła prawdę, bo jak nie… — przerwał, a źrenice jego oczu zmniejszyły się do zaledwie igiełek sosnowych. — Biegnij. Byle prędko, mój czas jest cenny. Nie mogę siedzieć w takich upałach, bo jeszcze udaru dostanę — mówił, patrząc za oddalającą się już Fląderką.
<Fląderko, wyczaruj jakieś idealne kwiaty specjalnie dla mnie>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz