— Sam? Nie jestem sam, mówiłem, że zawsze mogę krzyknąć, z resztą, nie przekroczyłem granicy, więc nawet jakbym został zaatakowany, to nie moja wina — odpowiedział, znów, jakby niebezpieczeństwo było czymś, o czym w życiu nie słyszał. Może to wina ignorancji a może zbytniego wyluzowania, chociaż wciąż było to lepsze od bycia paranoikiem, w którego się zamieniał gdy fazy księżyca były nieodpowiednie... czy jakoś tak. Wtedy niebezpieczne było nawet spanie w legowisku
— I nie, nie zostawiamy kociąt na... z resztą, nie ważne, jestem bardzo kochany, przez wiele fajnych kotów — rzekł pewnie, marszcząc czoło, jednak nocniaczka nie zdawała się być przekonana. Naprawdę wyglądał na takiego, co nie miał przyjaciół? Co prawda trzymał się wąskiego grona, ale wciąż! No i po tym jak został pobity przez wściekłego wilczaka, naprawdę nie ruszał się daleko od patrolu czy kogoś do towarzystwa.
— Ja bym cię nawet kijem tknąć nie chciała, więc z mojej strony o atak martwić się nie musisz. Widzę, że brak ci całkowicie wyobraźni — stwierdziła gorzko. — Pierwszy lepszy głodny drapieżnik i nawet nie zdążyłbyś pisnąć głośniej od myszy, a już byś został pożarty żywcem. Gdybym chciała cię skrzywdzić, zdążyłabym to zrobić kilka razy, a nikt by tu nawet nie dobiegł. Te twoje fajne koty to fajne muszą być tylko w twojej głowie — uznała z przekąsem.
— Nie, akurat jak ostatni raz sprawdzałem to były prawdziwe — powiedział pół żartem, chociaż ton był raczej luźny niż żartobliwy, nie wiedząc jeszcze, czy się denerwować czy nie, ale jak na razie całkiem dobrze się bawił. Może byłby na tym etapie już głęboko urażony kilka księżyców temu, jednak z wiekiem nauczył się ignorować większość zaczepek, o ile nie wchodziły za głęboko w jego strefę komfortu, która swoją drogą nie została jeszcze naruszona na tyle, by się złościć. — I wyobraźnia też mi działa, chociaż zgaduję, że nieco inaczej od innych. W końcu nie mogę się bać czegoś, czego nie widać, chyba, że to poczuję albo usłyszę... z resztą, wcale nie jestem taki bezrady, wiesz? Mógłbym na przykład, na ciebie, nie wiem, napluć i co wtedy? — I chociaż nie wiedział czy się denerwować, już dawno zdecydował, że raczej nie podejdzie do tej konwersacji poważnie. Z resztą, już zadeklarowała, że go nie dotknie, więc czego się bać? Wyraźny szmer a następnie dochodzący z większej odległości jej głos świadczył o tym, że jego słowa o pluciu potraktowała dosyć poważnie, co zauważył z lekkim rozbawieniem.
— Obrzydlistwo — wycedziła. — Każdy Burzak jest taki niewychowany czy tylko ty jesteś wyjątkiem?
— Jestem jedyny w swoim rodzaju — kontynuował swoim rozluźnionym tonem — Ale popatrz, zadziałało. — dodał, może trochę zbyt rozmytym tonem, jakby niezbyt przytomnym. Można by uznać, że w ogóle nie wiedział, gdzie jest ani co się dzieje!
— Tak, tak, ja patrzę. — na ostatnie słowo dała większy nacisk. — Nie jest ci źle z tym, że pogłębiasz już i tak słabą opinie swojego klanu? — spytała z wyższością.
— Słabą? Pogłębiam? Z jakiego powodu, bo jestem ślepy? — przekręcił głowę w bok, trochę na pokaz zgrywając głupiego. Zazwyczaj bycie idiotą w podobnych sytuacjach go ratowało. Co prawda nikt potem nie brał go zbyt na poważnie, ale dało się przyzwyczaić, z resztą, w połowie sytuacji nie grał idioty; po prostu nim był. — Też mogłabyś się urodzić ślepa, albo w ogóle pozbawiona oczu, albo z krzywym pyskiem, barkiem, bez umiejętności mowy czy ze sparaliżowanymi nogami, które mogą być również winą przypadku... więc nie rozumiem, może chodzi o coś innego? Co pozwala ci sądzić, że jesteś lepsza? — zagadał zainteresowany, chociaż w głębi duszy obwiniał za to wszystko swoich kuzynów i jakąś kotkę, co miała tyle samo rozumu co oni. Z jednej strony w nosie miał, jak ktoś w klanie obraża burzaków, ale kiedy ktoś spoza społeczności postanowił coś krzywego powiedzieć, czuł jakąś powinność by bronić dumy tej zapchlonej dziury. Po samym prychnięciu, jakie kotka z siebie wydała po jego monologu, można było wywnioskować narastające u niej oburzenie.
— Nic mi do tego, że nie widzisz! Już nie przesadzaj i nie wciskaj mi do pyska opinii jakiej nie podzielam — fuknęła. — Ktoś mógłby się urodzić z wszystkimi wadami jakie tylko są możliwe, a nadal prezentować się z większą inteligencją niż pałętający się po granicy bezbronny ślepiec — burknęła. — I nie, nie mów nic o twoich niby znajomych co przylecą tu na zawołanie, bo najwyraźniej już długo tu siedzisz sam, a nikt się tym jeszcze nie zainteresował — zauważyła. — Oh, a co do ostatniego pytania, to uwierz, nie starczyłoby mi czasu, by wymienić wszystkie powody. Tu nawet nie trzeba nic sądzić, to się po prostu wie.
— Ah tak! To dobrze! Dziękuję za wyjaśnienie! — uśmiechnął się szeroko, klaszcząc w łapki, które przystawił sobie do pyska, jakby miał zamiar się modlić. Czyli zgrywanie debila tym razem nie zadziałało? Aaah, szkoda. — Ale wciąż trochę boli, że uważa pani, że pałętam się tu sam i uważa mnie pani za bezbronnego. Wciąż są wątpliwości, że mam przyjaciół? Naprawdę wyglądam na takiego? Przysięgam, nie jestem aż tak irytujący... prawda? Śniak? — tu nachylił się w tył nieco, w stronę... dziury w ziemi? Zdecydowanie dziury w ziemi, w której na pierwszy rzut oka, można by powiedzieć, że siedział całkiem puchaty królik. Dopiero później dostrzec można było, że to wcale nie długouszny zwierz, a najprawdziwszy kot, który wyglądał na odrobinę znudzonego, chociaż oczy miał całkiem przytomne — Zostałeś zignorowany — zauważył Księżyc.
— Śniak? — powtórzyła tępo, dopiero później zdając się zauważyć, do kogo mówił — Aha... Aha — Te dwa krótkie słowa brzmiały bardziej na bełkot, po którym nastąpił kolejny szmer. — Uh, ty... Dobrze... Dobrze, że nie jesteś sam. To znaczy, nie obchodzi mnie to, jak coś będzie chciało cię zjeść i to tak by zdążyło, więc nadal brak ci... wam — poprawiła się niezgrabnie — rozsądku, także... Nic tu po mnie. Uwa... Nie. Skoro nie uważasz na siebie to i tak to nic nie zmieni, żegnam — prychnęła, by zaraz jedyne, co mogło po niej pozostać, to kłębiący się w powietrzu piach. Może jednak widomy kot był dla niej większym zagrożeniem? Cóż, nie, żeby spodziewał się jakiejś innej reakcji, większość klanów jak zgadywał nie wiedziała o tym, że Burzaki już od kilku pokoleń zamieniali się skrupulatnie w króliki, podróżując po norach. Szczególnie przewodnicy.
— Weź sobie następnym razem innego pachołka do pomocy, prawie zasnąłem — odezwał się Śniątko, które zaraz potem zagłębił się w tunel, do którego wpełzł również Księżycowy Odłamek, czując narastające zmęczenie, które pojawiło się po rozmowie, powoli zapominając o zdarzeniu, bardziej przejmując się Śniątkiem, który wydawał się bardziej przygaszony niż zwykle.
— I nie, nie zostawiamy kociąt na... z resztą, nie ważne, jestem bardzo kochany, przez wiele fajnych kotów — rzekł pewnie, marszcząc czoło, jednak nocniaczka nie zdawała się być przekonana. Naprawdę wyglądał na takiego, co nie miał przyjaciół? Co prawda trzymał się wąskiego grona, ale wciąż! No i po tym jak został pobity przez wściekłego wilczaka, naprawdę nie ruszał się daleko od patrolu czy kogoś do towarzystwa.
— Ja bym cię nawet kijem tknąć nie chciała, więc z mojej strony o atak martwić się nie musisz. Widzę, że brak ci całkowicie wyobraźni — stwierdziła gorzko. — Pierwszy lepszy głodny drapieżnik i nawet nie zdążyłbyś pisnąć głośniej od myszy, a już byś został pożarty żywcem. Gdybym chciała cię skrzywdzić, zdążyłabym to zrobić kilka razy, a nikt by tu nawet nie dobiegł. Te twoje fajne koty to fajne muszą być tylko w twojej głowie — uznała z przekąsem.
— Nie, akurat jak ostatni raz sprawdzałem to były prawdziwe — powiedział pół żartem, chociaż ton był raczej luźny niż żartobliwy, nie wiedząc jeszcze, czy się denerwować czy nie, ale jak na razie całkiem dobrze się bawił. Może byłby na tym etapie już głęboko urażony kilka księżyców temu, jednak z wiekiem nauczył się ignorować większość zaczepek, o ile nie wchodziły za głęboko w jego strefę komfortu, która swoją drogą nie została jeszcze naruszona na tyle, by się złościć. — I wyobraźnia też mi działa, chociaż zgaduję, że nieco inaczej od innych. W końcu nie mogę się bać czegoś, czego nie widać, chyba, że to poczuję albo usłyszę... z resztą, wcale nie jestem taki bezrady, wiesz? Mógłbym na przykład, na ciebie, nie wiem, napluć i co wtedy? — I chociaż nie wiedział czy się denerwować, już dawno zdecydował, że raczej nie podejdzie do tej konwersacji poważnie. Z resztą, już zadeklarowała, że go nie dotknie, więc czego się bać? Wyraźny szmer a następnie dochodzący z większej odległości jej głos świadczył o tym, że jego słowa o pluciu potraktowała dosyć poważnie, co zauważył z lekkim rozbawieniem.
— Obrzydlistwo — wycedziła. — Każdy Burzak jest taki niewychowany czy tylko ty jesteś wyjątkiem?
— Jestem jedyny w swoim rodzaju — kontynuował swoim rozluźnionym tonem — Ale popatrz, zadziałało. — dodał, może trochę zbyt rozmytym tonem, jakby niezbyt przytomnym. Można by uznać, że w ogóle nie wiedział, gdzie jest ani co się dzieje!
— Tak, tak, ja patrzę. — na ostatnie słowo dała większy nacisk. — Nie jest ci źle z tym, że pogłębiasz już i tak słabą opinie swojego klanu? — spytała z wyższością.
— Słabą? Pogłębiam? Z jakiego powodu, bo jestem ślepy? — przekręcił głowę w bok, trochę na pokaz zgrywając głupiego. Zazwyczaj bycie idiotą w podobnych sytuacjach go ratowało. Co prawda nikt potem nie brał go zbyt na poważnie, ale dało się przyzwyczaić, z resztą, w połowie sytuacji nie grał idioty; po prostu nim był. — Też mogłabyś się urodzić ślepa, albo w ogóle pozbawiona oczu, albo z krzywym pyskiem, barkiem, bez umiejętności mowy czy ze sparaliżowanymi nogami, które mogą być również winą przypadku... więc nie rozumiem, może chodzi o coś innego? Co pozwala ci sądzić, że jesteś lepsza? — zagadał zainteresowany, chociaż w głębi duszy obwiniał za to wszystko swoich kuzynów i jakąś kotkę, co miała tyle samo rozumu co oni. Z jednej strony w nosie miał, jak ktoś w klanie obraża burzaków, ale kiedy ktoś spoza społeczności postanowił coś krzywego powiedzieć, czuł jakąś powinność by bronić dumy tej zapchlonej dziury. Po samym prychnięciu, jakie kotka z siebie wydała po jego monologu, można było wywnioskować narastające u niej oburzenie.
— Nic mi do tego, że nie widzisz! Już nie przesadzaj i nie wciskaj mi do pyska opinii jakiej nie podzielam — fuknęła. — Ktoś mógłby się urodzić z wszystkimi wadami jakie tylko są możliwe, a nadal prezentować się z większą inteligencją niż pałętający się po granicy bezbronny ślepiec — burknęła. — I nie, nie mów nic o twoich niby znajomych co przylecą tu na zawołanie, bo najwyraźniej już długo tu siedzisz sam, a nikt się tym jeszcze nie zainteresował — zauważyła. — Oh, a co do ostatniego pytania, to uwierz, nie starczyłoby mi czasu, by wymienić wszystkie powody. Tu nawet nie trzeba nic sądzić, to się po prostu wie.
— Ah tak! To dobrze! Dziękuję za wyjaśnienie! — uśmiechnął się szeroko, klaszcząc w łapki, które przystawił sobie do pyska, jakby miał zamiar się modlić. Czyli zgrywanie debila tym razem nie zadziałało? Aaah, szkoda. — Ale wciąż trochę boli, że uważa pani, że pałętam się tu sam i uważa mnie pani za bezbronnego. Wciąż są wątpliwości, że mam przyjaciół? Naprawdę wyglądam na takiego? Przysięgam, nie jestem aż tak irytujący... prawda? Śniak? — tu nachylił się w tył nieco, w stronę... dziury w ziemi? Zdecydowanie dziury w ziemi, w której na pierwszy rzut oka, można by powiedzieć, że siedział całkiem puchaty królik. Dopiero później dostrzec można było, że to wcale nie długouszny zwierz, a najprawdziwszy kot, który wyglądał na odrobinę znudzonego, chociaż oczy miał całkiem przytomne — Zostałeś zignorowany — zauważył Księżyc.
— Śniak? — powtórzyła tępo, dopiero później zdając się zauważyć, do kogo mówił — Aha... Aha — Te dwa krótkie słowa brzmiały bardziej na bełkot, po którym nastąpił kolejny szmer. — Uh, ty... Dobrze... Dobrze, że nie jesteś sam. To znaczy, nie obchodzi mnie to, jak coś będzie chciało cię zjeść i to tak by zdążyło, więc nadal brak ci... wam — poprawiła się niezgrabnie — rozsądku, także... Nic tu po mnie. Uwa... Nie. Skoro nie uważasz na siebie to i tak to nic nie zmieni, żegnam — prychnęła, by zaraz jedyne, co mogło po niej pozostać, to kłębiący się w powietrzu piach. Może jednak widomy kot był dla niej większym zagrożeniem? Cóż, nie, żeby spodziewał się jakiejś innej reakcji, większość klanów jak zgadywał nie wiedziała o tym, że Burzaki już od kilku pokoleń zamieniali się skrupulatnie w króliki, podróżując po norach. Szczególnie przewodnicy.
— Weź sobie następnym razem innego pachołka do pomocy, prawie zasnąłem — odezwał się Śniątko, które zaraz potem zagłębił się w tunel, do którego wpełzł również Księżycowy Odłamek, czując narastające zmęczenie, które pojawiło się po rozmowie, powoli zapominając o zdarzeniu, bardziej przejmując się Śniątkiem, który wydawał się bardziej przygaszony niż zwykle.
┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----
zgromadzenie
Śniący nie szedł na zgromadzenie. Nie, żeby Księżyc był o to zły, w końcu brat ostatnio zachowywał się podobnie do niego samego, gdy umarła Szanta, niemniej wraz z brakiem brata, brakowało mu też przewodnika. Dosłownie i w przenośni, bo to zazwyczaj jego ogonu się trzymał. Więc czyjego teraz? Białego? Do niego mogła podejść Wróżka.. nie, kto jeszcze został? Przysiadł się do Dryfującego Fluorytu, prosząc o możliwość potrzymania się jej sierści.
— Nie dusisz się futrem? — odezwał się głos obok niego. Bazia Łapa na moment odłączyła się od Równonocnej Łapy, przystając obok kocura. Pokręcił przecząco głową. Akurat sierść Dryfującego Fluorytu była cienka i lejąca, a nie puchata, więc nie musiał się obawiać o kłaki w nosie.
— Ej, a nie chcesz potrzymać mojego ogona? Będziemy jak stonoga! — zmarszczenie brwi i niepewny, oceniający wyraz pyska zdradzający dyskomfort były wystarczającą odpowiedzią, a kotka dalej nie ciągnęła tematu, jedynie coś prychając pod nosem, nim podreptała znów do Równonocy. Podróż na wyspę przebiegła spokojnie, a na miejscu usiadł obok swojej tymczasowej przewodniczki, która nie zdawała się chcieć za bardzo nigdzie oddalać. Wymienili więc najpierw między sobą kilka zdań, a gdy tematy się wyczerpały, kotka zaczęła prowadzić cichą rozmowę z jakimś kotem z innego klanu, którego najwyraźniej poznała jeszcze za czasów bycia uczniem. Księżyc natomiast... nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Przynajmniej do momentu, w którym nie poczuł na sobie intensywnego wzorku. Odwrócił głowę, nieco zdezorientowany. Co za nieprzyjemne uczucie, kiedy nie można się domyślić, gdzie jest przyczyna. Chociaż, chwila, zapach Klanu Nocy... tak, nocniak na pewno. Znają się? Nie rozpoznał zapachu, ale na pewno ktoś się na niego patrzył. Znali się? Nie? Postanowił się uśmiechnąć i pomachać łapą na przywitanie. W końcu głupio by było, gdyby się nie przywitał. Głupio by też było, gdyby pomachał i ten ktoś go nie zauważył, ale o to będzie się martwić potem.
<Pani Ryba?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz