Borówkowa Słodycz poruszyła lekko uszami, których końcówki drgnęły niemal niezauważalnie, gdy słowa syna dotarły do niej z pełną mocą. Z jej piersi wydobyło się ciche westchnienie.
Czy jej kochany synek naprawdę czuł się winny?
Ta myśl przemknęła przez jej umysł niczym nagły podmuch zimnego wiatru.
Przecież nie powinien. Nigdy nie powinna pozwolić, by uwierzył, że jego gniew był czymś niewłaściwym. Fakt iż nie udało mu się zostać ogrodnikiem — rolą, o której marzył z tak cichą, lecz uparcie pielęgnowaną nadzieją — nie był jego winą. Świat bywał kapryśny, a los nie zawsze słuchał najgorętszych pragnień. Gniew w takiej sytuacji wydawał jej się czymś naturalnym, czymś tak nieuniknionym jak burza nadchodząca po dusznym, ciężkim dniu. Nie czuła do niego żalu; nigdy nie potrafiłaby go poczuć.
A jednak, gdy patrzyła na jego przygarbioną sylwetkę, poczuła, jak ze wszystkich stron otacza ją smutek — intensywny i wszechobecny, niczym ulewny deszcz. Był to smutek cichy, głęboki, osiadający gdzieś w samym centrum serca.
Zastrzygła krótko uszami, jakby pragnęła otrząsnąć się z tej melancholii, po czym podniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy syna.
Konwaliowa Mielizna zdawał się jednak unikać jej spojrzenia. Jego oczy, zwykle jasne i czujne, teraz uciekały w bok, błądząc gdzieś pomiędzy cieniami krzewów, jak gdyby nie do końca był pewien, czy naprawdę jest gotowy na tę rozmowę, którą sam przecież rozpoczął.
Pysk Borówkowej Słodyczy uchylił się lekko.
Przez krótką chwilę zdawało się, że zaraz coś powie — że słowa popłyną z niej swobodnie niczym woda ze źródła. Lecz żadne z nich nie opuściło jej ust. W tej chwili słowa wydawały się dziwnie niepotrzebne…
Zamiast tego zrobiła krok naprzód.
Jej śnieżnobiały ogon, miękki niczym świeży puch, powoli ułożył się na liliowych plecach syna.
— Nie martw się — odezwała się w końcu cicho. — Każdy czasem czuje się zagubiony i przejawia to na swój własny sposób.
Jej oczy, miękkie i ciepłe, spoczęły na jego twarzy.
— Nigdy nie chciałabym, abyś czuł się winny za to, na co sam nie masz większego wpływu. Los bywa kręty jak leśna ścieżka, a my możemy jedynie iść naprzód, ucząc się z każdego kroku.
Na jej pysku pojawił się delikatny, niemal nieuchwytny uśmiech.
— Cieszę się, że chciałeś ze mną porozmawiać — dodała spokojnie, a w jej głosie zabrzmiała nuta ciepła, która zdawała się rozpraszać ciężar zalegający między nimi. — Nigdy nie czułam się zła czy rozczarowana, nawet, gdy byłeś nieco oschły.
***
Błękit rozlewał się po niebie szeroko i niemal bezkresnie, przypominając ogromny, spokojny ocean zawieszony ponad światem, którego głęboka, czysta barwa zdawała się pulsować cichą obietnicą ciepła oraz spokoju, jak gdyby sama natura pragnęła przypomnieć wszystkim stworzeniom żyjącym pod jego sklepieniem o prostym szczęściu, jakie przynosiła pora Zielonych Liści — czas długich dni, podczas których słońce wspinało się powoli ku najwyższemu punktowi nieba, a cienie drzew przesuwały się leniwie po leśnej ściółce, jakby świat nie miał żadnego powodu, by się spieszyć. Promienie światła spływały z góry miękkimi, złocistymi smugami, muskając delikatnie korony drzew, które szumiały cicho pod dotykiem wiatru, nagrzewając kamienie rozsypane przy brzegu rzeki oraz rozświetlając rozległe połacie wysokich traw, które falowały powoli, poruszane oddechem powietrza.
Zapach nagrzanej ziemi unosił się ciężko nad wyspą, mieszając się z wilgotną wonią mchu oraz słodkawym aromatem kwiatów ukrytych pomiędzy krzewami, a ponad koronami drzew krążyły ptaki, których nawoływania niosły się daleko, rozbrzmiewając wokół cichym echem.
Słońce obejmowało swoim żarem wszystko, co znalazło się w zasięgu jego światła, przez co nawet cieniste zakamarki pomiędzy korzeniami drzew zdawały się oddychać ciepłem, które powoli przenikało każdą cząstkę otoczenia, pozostawiając niewiele miejsc, gdzie można było odnaleźć prawdziwą ulgę. Jedynie rzeka, opływająca wyspę szerokim, spokojnym nurtem, przynosiła obietnicę chłodu, ponieważ jej woda płynęła nieustannie, rozbijając się o kamienie i odbijając promienie słońca w drobnych, srebrzystych błyskach. Zdawało się, że przyszedł najlepszy czas na spędzanie czasu z bliskimi, pluskając się w nurcie wody, ganiając za motylkami i rozkoszując się dobrą pogodą.
Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, tak znajomo, że aż niemal niepokojąco spokojnie, jak gdyby świat trwał w swojej niezmiennej harmonii i nie zamierzał dopuścić do siebie myśli, że gdzieś pomiędzy tym pięknem mogą istnieć zdrada, niesprawiedliwość oraz ból.
Bo przecież każda pora Zielonych Liści wyglądała podobnie, a przynoszony przez nią upał był równie oczywisty i nieunikniony jak fakt, że jeże nie potrafią latać.
Jednak… Mimo tej pozornej normalności na pysku Borówkowej Słodyczy wciąż gościło zaskoczenie, które nie chciało ustąpić.
Mijały kolejne chwile, podczas których jej spojrzenie śledziło powolny ruch wiatru kołyszącego wysoką trawą. Źdźbła uginały się miękko pod naciskiem powietrza, by po chwili unieść się ponownie ku słońcu, jak gdyby sama ziemia oddychała spokojnym rytmem, który pozostawał niezmienny bez względu na to, co działo się w sercach tych, którzy po niej stąpali.
Patrzyła na to wszystko długo i uważnie, a w jej oczach odbijał się błękit nieba oraz złote światło dnia, lecz mimo to nie potrafiła odnaleźć w sobie ani cienia tej cichej radości, którą kiedyś odczuwała niemal instynktownie, gdy tylko nadchodziły ciepłe dni lata.
Myśl ta wydawała jej się dziwnie niedorzeczna, ponieważ przez całe życie kochała tę porę roku z prostą, nieskomplikowaną szczerością, która nie potrzebowała żadnego wyjaśnienia. Kochała długie dni, podczas których słońce wędrowało po niebie powoli i dostojnie, kochała zapach świeżej zwierzyny niesiony przez wiatr oraz miękkie cienie drzew, które rozciągały się po ziemi niczym spokojne wyspy chłodu, w których można było schronić się przed żarem południa.
Teraz jednak wszystko to wydawało się odległe, jak wspomnienie należące do innego życia.
Bo odkąd nie mogła zobaczyć pyszczka Tojadowej Kryzy, odkąd została oddzielona od miejsca, które przez tyle księżyców uważała za swój dom, radość zaczęła powoli wyciekać z jej serca, aż w końcu pozostała po niej jedynie chłodna pustka, która rozlewała się w niej niczym cień rosnący wraz z zachodzącym słońcem.
Nie potrafiła nawet wskazać chwili, w której pozwoliła, by tamte koty — koty, którym ufała i którym oddała swoją lojalność — zamknęły ją na tej niewielkiej wyspie, traktując ją tak, jak gdyby była kimś obcym, kimś niegodnym nawet wysłuchania.
Przecież niczego nie zrobiła.
Ta myśl powracała do niej nieustannie, niczym echo odbijające się od ścian głębokiej jaskini. Czuła się tak, jakby nagle przestała znaczyć cokolwiek — nie tylko w oczach kotów z Klanu Nocy, które odwróciły się od niej bez wahania, lecz także w swoich własnych, ponieważ wszystkie wartości, które przez całe życie uważała za najważniejsze, zdawały się nagle tracić swoje znaczenie. A przecież zawsze przestrzegała kodeksu, zawsze starała się robić to, co słuszne, i zawsze była gotowa pomagać innym, nawet wtedy, gdy oznaczało to zmęczenie albo poświęcenie własnego czasu.
Pomagała przy odbudowie obozu, gdy powódź zabrała niemal wszystko, co znali, przenosząc gałęzie, wzmacniając legowiska i pracując bez wytchnienia obok innych kotów, które podobnie jak ona wierzyły, że wspólnym wysiłkiem można przywrócić dawny porządek. Nieraz była gotowa poświęcić własną wygodę dla dobra innych, czy to pomagając przy starszych czy łapiąc dodatkową zwierzynę.
Dlaczego więc nikt teraz o tym nie pamiętał?
Jej łapa zacisnęła się w ziemi, gdy poczuła jak gniew zaczyna narastać pod jej futrem niczym burza zbierająca się powoli nad horyzontem, lecz niemal natychmiast rozluźniła chwyt, ponieważ dobrze wiedziała, że nawet gdyby pozwoliła temu gniewowi przejąć nad sobą kontrolę, nie miałaby żadnych szans przeciwko strażnikom pilnującym wyspy.
Pozostało jej więc jedynie słuchać świata wokół siebie — szumu trawy poruszanej przez wiatr, plusku rzeki opływającej wyspę spokojnym nurtem oraz odległych odgłosów lasu, który zdawał się żyć własnym rytmem, zupełnie obojętny na los kilku kotów uwięzionych pośród wody.
Powoli rozejrzała się wokół, a jej spojrzenie najpierw spoczęło na sylwetce ojca, Rysiego Bora, którego potężna postura zdawała się teraz przygarbiona pod ciężarem sytuacji, w jakiej się znaleźli, po czym przesunęło się na Rozpromienionego Skowronka — jej brata, który zwykle emanował energią i pogodą ducha, lecz teraz siedział nieruchomo, wpatrując się gdzieś w dal z wyrazem zmęczenia i niepewności.
W końcu jej wzrok zatrzymał się na Konwaliowej Mieliźnie, jej synu, którego obecność przypominała jej najboleśniej o niesprawiedliwości tego wszystkiego, ponieważ dobrze wiedziała, że nigdy nie dopuściłby się niczego, co mogłoby zasłużyć na taki los.
Przełknęła ślinę, czując jak gardło zaciska się boleśnie, gdy w jej myślach pojawiło się pytanie, którego nie potrafiła już dłużej od siebie odsunąć — dlaczego Klan Gwiazdy nie mógł ukarać tylko jej, zamiast pozwalać, by cierpieli również ci, których kochała najbardziej?
Podniosła się powoli, biorąc głęboki oddech, podczas gdy w jej sercu zaczynała krystalizować się myśl tak bolesna, że jeszcze niedawno nie potrafiłaby jej nawet wypowiedzieć.
Klan Nocy nie był już jej domem.
Choć przez większość życia wierzyła, że każdy kot ma dobre serce, które wystarczy jedynie odnaleźć, teraz zaczynała rozumieć, że dla wielu cudze cierpienie było czymś obojętnym, a prawda ta stawała się szczególnie widoczna, gdy myślała o członkach tego rodu — o Szałwiowym Sercu, który potrafił oszukać wszystkich, o Mandarynkowej Gwieździe, choć w jej oczach nie była liderką, a jedynie tyranką, cudem dopuszczoną do władzy, oraz o Błękitnej Lagunie, który był zbyt dumny i zadufany w sobie, by przejmować się losem kilku kotów.
Westchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na Konwalię. Chciała w końcu z kimś porozmawiać, załagodzić ból, jaki odczuwała, przynajmniej odrobinkę. Podniosła się więc, po czym podeszła do liliowego kocura.
— Ja… — poczuła, jak coś zatyka jej gardło, odbierając mowę. Nie wiedziała, o czym chciała z nim rozmawiać i czy rozmowa była teraz odpowiednia. — Nie wiem już, co mam właściwie zrobić… — wydobyła z siebie.
<Konwalio?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz