– Witaj Szkwalna Łapo, dzisiaj zabiorę cię na łowienie ryb. Oczywiście nie będę cię za bardzo przemęczać – co Mewi Puch chciał mu powiedzieć, niby że łatwo się męczył? Wcale nie był leniem! Wstał ze swojego wygodnego miejsca, ruszając za mentorem. Od czasu, do czasu ziewając.
***
Byli blisko tego lasu gdzie był charakterystyczny kamień, który Szkwalna Łapa omijał, gdy szedł w stronę Kolorowej Łąki. Przyglądał się wodzie, ciekawe ile tam mogło być ryb? Skoro ciągle się nimi pożywiał to pewnie sporo, choć całego stada nie zamierzał złapać, tylko jedną lub dwie ryby.
– Jeśli chcesz złapać rybę, to musisz stanąć blisko rzeki, lecz nie możesz rzucać cienia, bo ryba go zauważy i ucieknie. Gdy idealnie się ustawisz, to musisz poczekać cierpliwie, aż ryba do ciebie przypłynie, następnie szybko uderzasz ją łapą z wysuniętymi pazurami, żeby się przyczepić jej łusek, lub możesz użyć do tego pyska i złapać ją zębami. Jednak ryzyko zakrztuszenia się wodą jest wysokie. Chciałobym, żebyś złapał jedną rybę, tyle wystarczy – wojownik zbliżył się do rzeki, wyczekując na rybę. Szkwalna Łapa patrzył na niego, by potem samemu być pewnym, jak złowić. Chociaż skoro mu mentor wszystko wyjaśnił, to na co on czekał? Zbliżył się do sadzawki, przynajmniej, tak by nie zostawić cienia w wodzie, choć nie zostawiał trochę, przesunął się w lewo, ale było tego więcej. Może w prawo? Przesunął się lekko w prawo i już było lepiej, skupił się więc na patrzeniu w wodę. Nie zauważył nic od dłuższego czasu, nawet Mewi Puch już zdążył coś złapać, a on tylko miał wodę z piaskiem przed nosem! To było takie niewdzięczne, łowienie ryb chyba było dla cierpliwych kotów, choć on taki nie był. Nagle coś jednak przepłynęło, to był sandacz, dzięki temu Szkwalna łapa odzyskał cierpliwość, czekał tylko, aż ryba podpłynie bliżej, a on będzie miał robotę z głowy. Ryba tak pływała i pływała, że gdy tylko raczyła znaleźć się blisko, to Szkwał szybko wyciągnął łapę i swoimi pazurami się przyczepił do ryby, próbował ją wyciągnąć na brzeg, ale ryba miała lepszy pomysł. Ze strachu ugryzła ucznia i nie chciała puścić, Szkwalna łapa szybko oddalił się sprintem od rzeki i zaczął walić rybą w ziemię, by puściła jego pysk, ale ta ryba nie chciała go puścić! Co za zołza! Jego mentor szybko zareagował, gryząc rybę od tyłu, pociągnął mocna i Szkwalna Łapa był wolny od tej ryby.
– To była wredna sztuka, ale poradziłeś sobie z nią dobrze. Pierwszy lepszy uczeń chciałby ją strzepnąć w wodzie. Na tym poprzestaniemy – Szkwalna Łapa nabierał agresywnie powietrza, ta ryba sprawiła, że zmęczył się, jak dobrze, że Mewi Puch był przy nim.
– A czemu nie możemy złowić więcej ryb? – dwie ryby to nie było jakoś dużo, a Szkwalna Łapa czuł, że stać go na więcej niż ten przebrzydły sandacz.
– Idziesz dziś na zgromadzenie, więc chciałobym, żebyś miał więcej energii, by tam dojść i poznać na własne oczy, czym ono jest – czekaj, to było już dzisiaj? Złocisty Widlik mówił mu, że kiedyś pójdzie na zgromadzenie, ale że te kiedyś było tego wschodu słońca? Szkwalna Łapa się uśmiechnął jak mały kociak, który dostał swoją ulubioną zabawkę. Mandarynkowa Gwiazda zabierze go na zgromadzenie! Może zrobił na niej dobre wrażenie? Na pewno nie chciał go zepsuć.
– Czyli Mandarynkowa Gwiazda naprawdę mnie zauważyła? – chciał się upewnić, że to nie jest jakiś piękny sen, w którym łowi rybki i po tym idzie na zgromadzenie.
– Owszem, ale teraz chodźmy do domu. Teraz będziesz miał czas wolny do odpoczynku, by być pełni sił na zgromadzeniu – dwa kocury szły do domu, uczeń teraz tylko marzył, żeby szybko nadeszła noc.
***
Zgromadzenie
Szkwalna Łapa szedł za przywódczynią, trzymał się bardziej boku Mewiego Puchu. Rozglądał się lekko, stresując. Dużo jego rówieśników z klanu poszło na zgromadzenie, w tym jego rodzeństwo. Nie mógł się doczekać, aż przekroczą próg bursztynowej wyspy. Byli tak blisko, że wystarczyło tylko przejść morze, w którym woda się cofnęła za sprawą pełni. Czuł się dziwnie, idąc w stronę wyspy, tam, gdzie była wcześniej woda nie było jej. Tak mieszały mu się emocje, że będąc już blisko Bursztynowej Wyspy, przez chwilę jakby przestał myśleć, nie mógł się po prostu doczekać, aż tam wejdzie.
– Skoro jesteśmy już blisko, to leć do swoich rówieśników i baw się dobrze! Tylko musisz pamiętać, że gdy przywódcy przemawiają, to nie możesz być zbyt głośno by ogłuszyć ich słowa – uczeń kiwnął głową, wysuwając się bardziej do przodu. Dzięki temu już postawił łapy na wyspie zgromadzeń, jak i koty, które szły pierwsze blisko przywódczyni. Było tu dużo kotów, wiedział od Złocistego Widlika, że wszystkie klany się zbierają na nim. Nie spodziewał się on tłumów, naprawdę było dużo kotów do poznania, o ile pozna tyle. Spojrzał, że Przypalona Łapa szedł u boku jego siostry, zwłaszcza jak Urodziwa Łapa się odezwała do niego, "Ale fajnie nie? Pierwsze zgromadzenie! I to w tak doborowym towarzystwie!", doborowym towarzystwie? Ciekawie to brzmiało, bardzo ciekawie, jakby koty miało coś łączyć więcej, nie mówiąc tego, że Szafirka szturchnęła burego ogonem. Postanowił się wcisnąć do ich randki, bo sądził, że oni coś kręcą.
– Zgodziłbym się z tobą, siostro! Jest tu tak różnorodnie, mam nadzieję, tylko że nie spotkamy kotów z Klanu Burzy, bo to stan umysłu. Sam się przekonałem, jak jeden z ich kotów prawie mi się rzucił do gardła! – mówił tu oczywiście o tej wstrętnej Burzaczce, co spotkał na granicy. Szkwalna Łapa nie chciał jej ponownie spotkać, bo bał się, że mogą się pokłócić, a nie chciał źle wypaść na swoim pierwszym zgromadzeniu.
– M–myślisz, że zaatakowaliby i nas? W końcu jesteśmy młodzi, nie wiem, czy nie będzie ich więcej... – Przypalona Łapa, zająknął się, przebierając nerwowo łapami.
– Gdyby nie było zgromadzenia, to jestem pewny, że z własnej głupoty się by nie zawahali. Mamy szczęście, że przodkowie nad nami czuwają, w końcu to my jesteśmy najbliżej gwiazd – odpowiedział mu, brzmiał, jakby się bał hordy Burzaków. To było śmieszne, z jego punktu widzenia, nie było warto ich brać na poważnie. To była tylko horda bezmózgów, która zazdrościła im, bo oni go mieli, a oni nie.
– Och spokojnie, Kasztanku, Szkwałku, na zgromadzeniu nie powinno być walk, bo to czas pokoju. Czas, który wyznaczył nam sam Klan Gwiazdy, byśmy choć na jedną noc zapomnieli o różnicach, których w ogóle nie powinno być. Przecież my wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy kot ma serce i duszę. Dlatego spokojnie – wymruczała ciepło jego siostra. Chociaż Urodziwa Łapa ich uspokajała, że nie było obaw do stresu, to była to prawda, bo zgromadzenie z definicji rzeczywiście było pokojowe. Ale żeby wszyscy mieli od razu serce i dusze? Rozbawiło go to.
– Nie zgodziłbym się tylko z jednym, Urodziwa Łapo, a właściwie, z tym że nie każdy ma duszę i serce oraz nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Takim przykładem są czeko koty, one ogólnie nie mają tego wszystkiego, wredne pasożyty. Jak dobrze, że nie wypuszczamy naszych na zgromadzenia, jedynie co by nam przynosili to wstyd i hańbę. Na zgromadzenia powinny chodzić takie koty jak my! Jesteśmy bardzo przykładnym dowodem, jak można reprezentować swój klan. Jak dobrze, że istnieją zgromadzenia, już je lubię, można się tu rozkręcić towarzysko, nie sądzicie? – niestety musiał powiedzieć swojej siostrze niewygodną prawdę. Bo jeszcze zaczęłaby gadać gorsze bzdury. Choćby że czeko koty mają prawa o decydowaniu o sobie! To by było coś, co by go zmroziło, przecież tylko Mandarynkowa Gwiazda mogła decydować, kto ma prawa, a kto nie. Skoro koty o czekoladowej maści nie miały przywilejów, to pewnie im się należało.
– Myślisz, że takie koty są też w innych klanach? – zamruczał Kasztan. Usłyszawszy dalszą część jego wypowiedzi, nie zwlekał z odpowiedzią. – Nie wiem... jak chcesz się rozkręcić towarzysko? Planujesz z kimś porozmawiać, spoza Klanu Nocy?
– Oczywiście, że są! Rozsiały się jak plaga, a nawet zaskarbiły sobie wysokie miejsca w hierarchii. Dobrze, że mamy mało takich kotów, bowiem tym im mniej, tym więcej szczęścia jest w klanie – było przecież u nich tylko dwa czekoladowe koty i dało się jakoś żyć w Klanie Nocy. Nie było źle, a nawet można powiedzieć, że było owocnie! Przecież dużo kotów żyło w Klanie Nocy w spokoju i dobrobycie. Królewska rodzina, stojąc na straży porządku, sprawiała, że tak było. Szybko odpowiedział na następne pytanie kolegi. – Mam na myśli, że jak nam się znudzi, to możemy podbić do jakiegoś ucznia z innego klanu. – Zwłaszcza że chciał mieć jakieś bliższe kontakty z innymi paroma kotami z innego klanu. Przecież tu było ich tak dużo, że aż było żal nie podejść do kogoś z okolicy. Jednak długo jego siostra nie dołączała do rozmowy, tylko dlaczego? Jedynie co robiła, to mierzyła go wzrokiem, czy on coś źle powiedział?
– Nieprawda! Jesteś okrutny w swojej wypowiedzi. Czekoladowe koty też mają uczucia! Też mają duszę. Mają prawo, by żyć. Wierzysz w jakieś historyjki, które opowiadał nam ojciec? Wierzysz w to na jakiej podstawie? Może to nie czekoladowe koty są złe, a ci, którzy je tak perfidnie obrażają i wyrzucają poza struktury klanu. Czy naprawdę jesteś tak ślepy? Zawiodłam się na tobie – warknęła na niego, przenosząc wzrok na Przypaloną Łapę. – Na pewno są i podejrzewam, że są lepiej traktowani – kotka odparła chłodno i lekko wysunęła się naprzód. Szkwalna Łapa nie tolerował tego i przybliżył się do niej, nie zamierzał, tak łatwo kończyć tej dyskusji.
– Co masz na myśli? Sądzisz, że nasz ojciec kłamie?! To posłuchaj mnie uważnie, nie tylko nasz ojciec tak myśli, też tak sądzi większość naszego klanu wraz z królewską rodziną. Nawet medyczka potwierdza, że one przynoszą pecha. Powiem ci, że takie zdanie o czeko kotach nie powstało w wczoraj! To historia przekazana z pokolenia na pokolenie! Więc skoro się to ciągnie długo, to jest to prawdą, bo widzisz, gdyby to było kłamstwem, to by już dawno to obalono – to było prawdą, bo skoro czekoladowe koty były takie skrzywdzone to, czemu niby nikt tego nie obalił? To przecież dało się prosto wyjaśnić, było to po prostu prawdą, dlatego nikt nie miał argumentów, by powiedzieć inaczej.
– N–nie sądzę, żeby to było prawdą. Przecież to nie ma sensu... – bury uczeń mruknął cicho, ale Szkwał to usłyszał, krzywiąc się. Gdy tylko sądził, że przemówi siostrze do rozumu, to chyba nie sądził, że nawet Kasztanek będzie sprzeciwiał się porządkowi w Klanie Nocy.
– Bardzo śmieszne, oczywiście, że ma to sens! A wasze jakieś teorie spiskowe tego nie przyćmią – burknął, dlaczego tak bronili te koty? Nie rozumiał tego, przecież były złe, a ich sam kolor przesiąkał nienawiścią do innych. Nagle zjeżył się, gdy Kasztan zaczął krzyczeć, "Przestań! Szkwalna Łapo, przestań, niedobrze mi" co go pogięło na jasnego grzyba?! Nawet go nie tknął, a ten się wydzierał po niebo głosy, nie brakowało jeszcze jego siostry i jej śmiesznych foch. Jeszcze zaś obrażała, ich ojca mówiąc dodatkowo, żeby już się do niej nie zbliżał. Co jej zrobił takiego?! Przecież tylko wyraził własne zdanie, to oni odwalali kaszane.
– Dlaczego tylko nasz klan jest taki cięty na te czekoladowe koty?! Bo jakaś stara historyjka była przekazywana z pokolenia na pokolenie? Nasz ojciec słyszał ją od kogoś. To są powielane bzdury i nic więcej – warknęła Szafirek cicho w odpowiedzi. – Przypalona Łapo! Co się dzieje? – miauknęła przestraszona kotka i podbiegła do Kasztanka. – A ty? Nie zbliżaj się do mnie Szkwalna Łapo. Nie chcę rozmawiać z tobą w tej chwili – odparła chłodno, kładąc po sobie uszy. Po czym uczennica skupiła się całkiem na Przypalonej Łapie. Zaczęła go czule lizać, by go uspokoić. – Już cichutko, Kasztanku. Spokojnie, jestem tutaj... – mruknęła do kocura. Skoro tak bardzo nie chciała się z nim zadawać, to nie będzie się błaźnił przed nią, gdy było zgromadzenie.
– Świetnie, to se nie chciej! Nie potrzebuję waszego zwariowanego towarzystwa. Chce mi się rzygać, jak słyszę ten ściek słów, który uznajesz za prawdę, idę sobie! – syknął głośno, odchodząc od kotów z wysuniętymi pazurami. Nie chciał już z nimi dzisiaj rozmawiać, czy kiedykolwiek. Sam na pewno znajdzie kogoś innego do rozmowy niż ich. Nawet gdyby cokolwiek mówili, to kocur już był na tyle daleko, że miał ich gdzieś. Nic nie zrobił im, a potraktowali go jak potwora, a wcale nim nie był, tylko czekoladowe koty. Tak! To one były złe nie on, miał rację, a oni nie chcieli mu jej przyznać.
***
Przecisnął się przez tłum, szukając innych uczniów. Nie będzie się przejmować jego siostrą i jej chłoptasiem. Nie odezwie się do nich, nawet jak wróci do obozu, przecież ma rację to po co ma się uniżać przed nimi? Zobaczył w tłumie niebieską dymną kotkę, chyba była uczennicą, bo wyglądała młodo. Postanowił do niej zagadać.
– Witaj! Jestem Szkwalna Łapa, a ty? Z Klanu Nocy jestem, powiem tyle że mam niezwykłe szczęście, że na pierwszym zgromadzeniu natrafiłem na ciebie. Rzadko bowiem można znaleźć z wyglądu okazałe kotki – niebieski kocur puścił jej oczko, nawet ładna była, a mały flirt nie zaszkodzi.
– Ew – wykrzyknęła kotka, czy on był brzydki lub śmierdział? Przecież świeżo się mył i pachniał kwiatami. Powąchał się, by się upewnić, rzeczywiście nie śmierdział. – Przepraszam! Nie ty, glon – wskazała łapą na zielonkawe, śliskie, papkowate coś, na które nadepnęła. – Przepraszam, co mówiłeś? Jestem Równonocna Łapa – przedstawiła się kotka.
Czy ona była głucha, czy coś? Nie lubił się powtarzać i to bardzo.
– No to jestem Szkwalna Łapa, z Klanu nocy jestem. Chcesz się zapoznać? Kontakty międzyklanowe zwykle są ciekawe – uśmiechnął się jak macho.
Ona go jednak zmierzyła z początku chłodnym wzrokiem, aż się zaniepokoił, zanim uśmiechnęła się cieplej.
– Jasne, miło mi cię poznaćm, sąsiedzie – ta kotka wydawała się fajna, ciekawe, z jakiego klanu była?
– Ja jestem z Klanu Burzy – zaakcentowała, kotka, przykładając łapę do piersi. – Chcesz się zaprzyjaźnić? – wypaliła od razu, bez żadnych oporów.
Dymna była bardzo przyjazna i majestatyczna, podobało mu się to. Nawet zignorował fakt, że jest z Klanu Burzy. Może ta czarna świruska była tylko taka wredna?
– Chętnie! Będę zaszczycony się z tobą przyjaźnić – osłodził, bo w słodzeniu był dobry, zwłaszcza dla pięknych kotek. Czuł, że humor mu wrócił, nawet już nie myślał o Urodziwej Łapie i Przypalonej Łapie.
– U nas w Klanie Nocy nic się nie działo, choć ci zdradzę tajemnicę – przybliżył się bliżej jej ucha, szepcząc. – Ostatnio, jeden z naszych patroli na plaży znalazł jakieś mogiły, które były już martwe, moczone połowicznie przez fale, ponoć były od kotki z Klanu Klifu. Choć nie jestem pewien... – były chyba, choć pewny nie był, bo nie był na miejscu. Przybliżył się do jej ucha, mówiąc. – Trochę dziwne to. Rzadko się spotyka takie przypadki... – miał nadzieję, że nikt tego nie słyszał, chciał tylko jakieś fajne ploty przyciągnąć, by przyciągnąć znajomą do siebie. Powiedział jej to bo chciał wydawać się ciekawszy, bo w sumie był, ale musiał lepiej to pokazać.
– Wspaniale! Ja również jestem zaszczycona, w końcu ile można przebywać ciągle z tymi samymi kotami – to było dla niego wyróżnienie, cieszył się, że nawet koty spoza klanu też uważają go za godnego zainteresowania. – Mogiła... a to nie taki grób? – Burzaczka potem przyłożyła łapę do pyska w szoku. – Ale nie mów... myślisz, że ktoś kogoś zabił z nienawiści? Albo zepchnął z klifu do wody w akcie zemsty? Agh! – sapnęła, zanim się nachyliła z szeroko otwartymi oczyma. – Albo ktoś sam skoczył?
W sumie przypomniał sobie, że użył złego słowa. Mogiłą opisywało się zbiorowy grób, a nie o to mu chodziło.
– A sorki. Chodziło mi po prostu o zwłoki – słuchał dalej koleżanki, a jej teorie były bardzo ciekawe. – Wiesz, była ich medyczką... Wszystko możliwe, zwłaszcza że ponoć była ślepa. Biedna... – mówił to wszystko ciszej by mieć pewność, że na pewno nikt ich nie słyszy. Obrócił się nawet kilka razy i nie zauważył podejrzanego kota. Który mógłby donieść.
– Też była ślepa? I miała pozycję medyka? Jakim cudem – w jej głosie można by było słyszeć zdziwienie, w sumie on też był tym zdziwiony, bo jakby, ślepy medyk? Niby na co klanowi ślepy medyk? Chyba że miała jakieś nadprzyrodzone moce czy coś. – Ale po co mieliby pozbywać się medyczki... może to jakaś szemrana sprawa z Klanem Gwiazdy? Albo... – tu wyciągnęła szyję, stając na dwóch tylnych łapach, chciała coś zobaczyć czy co? Obrócił się, ale nic ciekawego nie widział i obrócił się do niej. – Nie... mają tylko jednego medyka, co, jeśli ten też umrze?
Odwrócił się na moment znowu, bo coś usłyszał, tym razem to była bitka. Widząc, że to był uczeń z jego klanu, Narcyzowa Łapa, więc postanowił podsycić sytuację.
– Dalej Narcyz, pokaż mu! – krzyknął w stronę Narcyza, potem znowu wrócił do kotki z Klanu Burzy.
Kiwnął tylko głową na jej pierwsze zdanie, bo nie dosłyszał go, a na następne odparł.
– Albo może to spisek? Jeśli tak to nie chcę, by więcej medyków już umierało. Wystarczy już, że ją pochowaliśmy, ale sam nie wiem gdzie jej ciało... Choć to chyba głupie, bo trzeba było je oddać, ale to już nie moja sprawa – szepnął cicho w jej stronę.
– Pfft, popatrz, jak komicznie wyglądają... zaraz będą cali w glonach, paskudztwo – Równonocna Łapa skomentowała walkę dwóch kocurów. – Co...? Ale to, oddaliście ją, czy pochowaliście? Po co w ogóle oddawać czyjeś zwłoki, przecież już nie żyją? Na nic im martwa medyczka, chyba... o nie, myślisz... chyba że wykorzystują martwe ciało medyczki do jakiegoś rytuału… – em… chociaż to było dobre pytanie, po co mieli oddawać te zwłoki? Jak Klifiacy by je chcieli, to niech se wezmą.
– Dziwnie by było robić na takim czymś rytuał i czy ogólnie to jest zgodne z kodeksem? No tyle powiem, zwłok nie oddaliśmy niestety... Ale zmieniając temat to jak tam u was w Klanie Burzy? – chciał zmienić temat, bo czuł się bardziej niebezpiecznie. Gdy jednak zmieni temat, będzie spokojniejszy, bo gdy ktoś go zapyta, o czym gadają, to powie, że o Klanie Burzy.
– A kto ich tam wie? Może mają gdzieś kodeks, przecież nie żyjesz pod ich posłaniem – zauważyła kotka, a potem z niezadowoleniem poruszyła wąsami, trochę rozczarowana. – W sensie, że jak chowamy zmarłych? No normalnie, pod ziemią. Czasem pewnie jakiś popłynął z nurtem do was, jestem ciekawa, czy widzieliście już wiele przepływających trupów przez wasze tereny. Musiałoby być ciekawie.
Czuł, że za bardzo poszli temat trupów, ciekawe czemu? Możliwe, że to była jego wina, ale kocur nie chciał się do tego przyznawać.
– Niestety nie i oby tak zostało. Widok martwych kotów może też być dobijający i frustrujący, jakbym miał widzieć martwe koty codziennie. A co do mojego pytania to pytałem, bardziej czy też może u was była jakaś intryga? Wierzę, że coś musiało u was się stać, o czym wrzosowiska nie szepczą, a wiatr nie unosi do sąsiednich klanów – kotka miała już otworzyć pysk, ale przywódcy już skończyli zgromadzenie, a nawet nie poczuł, że to szybko minęło.
– Powiedziałabym, co u nas, ale widzisz, muszę już iść – on też w sumie musiał iść, ale nie chciał kończyć na tej jednej rozmowie ich znajomości.
– Może kiedyś się spotkamy przy granicy? Jesteśmy sąsiadami co nie? Co ty na to? – zbombardował pytaniami kotkę. Równonoc tylko spojrzała ostatni raz na niego swymi błyszczącymi brązowymi oczyma.
– Oczywiście! Miło mi było z tobą rozmawiać, to do następnego razu – zniknęła już w tłumie swojego klanu, a Szkwalna Łapa też poszedł za swoimi.
[Umiejętność – łowienie ryb]
[3138 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz