Od dłuższego czasu wszystko wokół niej zdawało się stopniowo tracić swoje barwy, jak gdyby świat, który niegdyś tętnił życiem i różnorodnością, został przykryty cienką, mleczną zasłoną mgły. Zieleń traw nie była już tak soczysta, jaką pamiętała z dawnych dni, błękit nieba przestał razić jasnością, a nawet ciepłe promienie słońca, które jeszcze niedawno potrafiły rozgrzać jej futro i serce, teraz wydawały się jedynie bladym, odległym wspomnieniem prawdziwego światła. Czasami miała wrażenie, że to sam Klan Gwiazdy postanowił osłonić jej wzrok mglistą poświatą, jakby chcąc oddzielić ją od dawnego życia — od wszystkiego, co kiedyś było jej bliskie.
Intensywnie niebieskie oczy Borówkowej Słodyczy coraz częściej wpatrywały się w jeden, odległy punkt na horyzoncie, miejsce, które dla innych kotów było jedynie pustą linią między wodą a niebem, lecz dla niej zdawało się skrywać coś więcej — cichy, niewidzialny ślad wolności. Czasami siedziała tak przez długie chwile, nieruchoma jak kamień, pozwalając, by wiatr rozwiewał jej futro, a myśli odpływały gdzieś daleko, tam, gdzie nie sięgały ani strażnicze spojrzenia wojowników, ani ciężar niesprawiedliwego wyroku.
Wszystko stawało się coraz bardziej monotonne. Nie tylko kolory świata zdawały się blednąć, lecz także rytm jej własnego życia. Dawniej dni wypełniał ruch — polowania w wilgotnym półmroku lasu, szybkie kroki na patrolach, rozmowy z innymi kotami przy stosie świeżej zwierzyny, drobne żarty i opowieści snute przy wspólnym odpoczynku. Teraz jednak, odkąd odcięto ją od większości tych prostych przywilejów, jej codzienność składała się niemal wyłącznie z bezczynności.
Godziny płynęły wolno, przeciągając się niczym długie cienie wieczoru.
Coraz rzadziej próbowała odnajdywać w tym wszystkim jakiekolwiek pozytywy. Coraz rzadziej pozwalała sobie wierzyć, że jej los może jeszcze się odmienić. Wschody słońca, które niegdyś zwiastowały początek nowego dnia, teraz wydawały się dziwnie ospałe, jakby sam czas płynął tu w innym tempie, powolniejszym i cięższym, jak gdyby wyspa była miejscem zapomnianym nawet przez bieg gwiazd.
Często ogarniało ją tylko jedno pragnienie — by znaleźć się gdzieś indziej. Daleko stąd. W miejscu, gdzie nie sięgałyby chłodne spojrzenia strażników, gdzie nikt nie przypominałby jej każdego dnia, że jest więźniem. W miejscu, gdzie nie musiałaby już czuć ciężaru cudzych decyzji, ani drżenia niesprawiedliwej władzy wiszącej nad jej losem jak cień burzowej chmury.
Chciała po prostu odpocząć.
Oddychać spokojnie i patrzeć na świat takim, jakim był naprawdę — pięknym, wolnym oraz wartym podziwiania.
Im częściej pozwalała swoim myślom krążyć wokół pragnienia opuszczenia tej przeklętej wyspy, tym częściej powracały wspomnienia z dawnych czasów. Obrazy z życia w Klanie Nocy pojawiały się w jej głowie nagle i niespodziewanie, jak ciepłe błyski światła przebijające się przez chmury.
Widziała siebie jako młodą uczennicę, stawiającą pierwsze kroki na ścieżce wojownika. Pamiętała zapach wilgotnego mchu pod łapami, chłodny powiew nocnego wiatru na futrze oraz ekscytację, która towarzyszyła każdej nowej lekcji. Przypominała sobie długie patrole przez gęsty las, szybkie biegi między drzewami i te wszystkie rozmowy, które prowadziła z Tojadową Kryzą… A jednak gdzieś po drodze wszystko zaczęło się zmieniać.
Nie potrafiła nawet wskazać momentu, w którym radość zaczęła powoli ustępować miejsca niepokojowi. Nie pamiętała chwili, w której przestała czerpać z życia prostą przyjemność, a zamiast tego zaczęła coraz częściej zamartwiać się sprawami, na które nie miała żadnego wpływu.
Przecież życie miało być takie proste: Żyć w zgodzie ze sobą i żyć w zgodzie z Klanem Gwiazdy.
A jednak teraz, gdy najbardziej potrzebowała wskazówki przodków, rozmowa z nimi wydawała się dziwnie trudna. Jakby gwiazdy, które niegdyś świeciły nad nią jasno i pewnie, nagle oddaliły się gdzieś poza jej zasięg. Jak odlegli obserwatorzy, którzy widzą wszystko, lecz nie zamierzają ingerować.
Borówkowa Słodycz westchnęła cicho i powoli podniosła się z miejsca, w którym dotąd siedziała. Przez chwilę wahała się jeszcze, po czym ruszyła w stronę jednego ze strażników pilnujących wyspy.
— Ostatnio źle się czuję — powiedziała, zatrzymując się przed nim. Jej głos był spokojny, lecz w jego brzmieniu czaiło się zmęczenie. — Łapią mnie nudności. Czy mogłabym zostać zaprowadzona do legowiska medyka? Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli ktoś będzie mógł monitorować mój stan… a przy okazji pomóc mi wydobrzeć.
Wojownik — Kijankowe Moczary — przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią bez słowa. Jego spojrzenie było uważne, lecz chłodne, jak gdyby w jego oczach była przede wszystkim więźniem, a dopiero potem kotką proszącą o pomoc.
Po chwili podszedł do drugiego strażnika i pochylił się ku niemu, szepcząc coś cicho. Ich rozmowa trwała krótko, lecz Borówkowa Słodycz nie była w stanie usłyszeć ani jednego słowa.
W końcu Kijanka odwrócił się ponownie w jej stronę.
— Nie sądzę, aby istniała możliwość, byś mogła wyjść poza wyspę — oznajmił rzeczowo. — Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by któryś z medyków przyszedł tutaj z potrzebnymi ziołami.
Czyli nawet teraz…
Nawet w obliczu choroby nie mogli pozwolić jej opuścić tego miejsca.
Borówkowa Słodycz spodziewała się takiej odpowiedzi, a jednak gdzieś głęboko w jej sercu przez krótką chwilę tliła się cicha nadzieja. Nadzieja, że może — choćby na moment — uda jej się wydostać z tego więzienia, poczuć pod łapami inną ziemię niż ta niewielka wyspa otoczona wodą.
Nadzieja ta jednak zgasła równie szybko, jak się pojawiła.
— No dobrze — mruknęła w końcu. — Zgaduję, że nic lepszego mi nie pozostało.
Jej słowa były ciche i pozbawione emocji, jak gdyby mówiła bardziej do samej siebie niż do czarnobiałego strażnika.
Minęło trochę czasu, zanim na wyspie pojawiła się Różana Woń, niosąc ze sobą garść ziół. Medyczka wyglądała na znużoną, a w jej spojrzeniu nie było ani szczególnej troski, ani ciekawości. Przekazała Borówkowej Słodyczy lekarstwo niemal mechanicznie, wyjaśniając krótko, jak ma je przyjąć, po czym bez zbędnych słów odwróciła się i ruszyła z powrotem w stronę obozu.
Borówkowa Słodycz przełknęła gorzkie zioła, krzywiąc się lekko na ich ostry smak, który na moment wypełnił jej pysk.
Westchnęła ciężko.
Miała dość tych wszystkich kotów. Tego chłodu w ich głosach, tej obojętności w ich spojrzeniach. Coraz częściej łapała się na myśli, że chciałaby zobaczyć ich cierpiących — tak samo bezradnych i samotnych, jak ona sama czuła się teraz.
Jednak gdzieś w głębi serca wiedziała, że Klan Gwiazdy pozostaje głuchy na jej błagania. Że ich życia dalej się toczą tak samo, jak dotychczas — beztroskie, łatwe oraz przyjemne… Dlaczego tylko dobre koty muszą zawsze cierpieć?
Wyleczeni: Borówkowa Słodycz
Wyleczeni: Borówkowa Słodycz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz