— Gdy jeszcze dopiero co zbieraliśmy koty, to był jeden wschód słońca od naszej ucieczki. Próbowałem przekonać twoją matkę, żebyśmy uciekli, ale ona nie chciała ze mną uciec. Pokłóciliśmy się bardzo... i zerwaliśmy. Wtedy gdy uciekałem, miałem złamane serce i z trudem patrzyłem na twoje rodzeństwo i matkę. — Gdy tam wracał wspomnieniami, do ich klanu gdzie mieli ciepłe posłania i szczęśliwe życie to uronił łzę.
— Przepraszam synu, odebrałem ci matkę i rodzeństwo.... Jeśli mi nie wybaczysz... jeśli mnie znienawidzisz, to przyjmę to z pokorą jako karę — odparł. Tak za bardzo tęsknił za nimi, nawet nie umiał przyjąć faktu, że zerwał z Iskrzącą Nadzieją po tylu księżycach. Wmawiał sobie, że rozdzielił ich Klan Gwiazdy, a sójcze pióra zawsze nosił ze sobą by czuć jej ciepło, które sam sobie odebrał. Dlaczego? Za co?
Młodszy z niedowierzaniem na ojca i przez dłuższą chwilę się nie poruszył ani nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
— Odebrałeś mi więcej niż matkę i rodzeństwo — powiedział zły, ściszając swój głos. Machał przy tym gniewnie napuszonym ogonem. — Idąc tutaj, straciłem swoją mobilność, a w Klanie Wilka znajdują się moi przyjaciele, moja Ognikowa Słota oraz szansa na wykazanie się przed innymi. Czy ty nie widzisz, że ja tutaj nie pasuje? Poszedłem za tobą w to miejsce, gdzie ledwo sobie dajemy radę, a ty nie byłeś mi w stanie powiedzieć prawdy przez tak długi czas! — Słysząc, ile mu odebrał, nie umiał nawet się odezwać, miał tylko wbite pazury w śnieg, który był tak zimny i bolesny, a jednocześnie kojący dla jego łap. Czuł się w tym momencie jak kociak, który coś nabroił i chce się schować w kąt. Teraz widział, że jego syn jest od niego mądrzejszy. Czuł, że milczenie nic nie da, ale słowa, które mógłby wypowiedzieć, byłyby tylko puste i nierówne do tego, co odebrał swemu synowi.
Brak dialogu między nimi był coraz dłuższy, że aż było słychać jedynie zimny wiatr.
— Wiem…gdyby dano mi jeszcze jedną szansę, by wybrać czy uciec, czy zostać w Klanie Wilka to bym wybrał tę drugą opcję. — Im dłużej tu był, tym coraz bardziej odwidziało mu się ta wizja, w tym, że ta grupa coś zmieni, że ich ojczysty klan znowu będzie wierzyć w Klan Gwiazdy. Gówno prawda! Jedynie co aktualnie robią, to wegetowali na terenach między Klanem Nocy a Owocowym Lasem, bez stabilnego obozu.
Był sam na sam z Jarzębinowym Żarem, poszli sami zebrać zioła w porze nowych liści, choć nie tylko po to przyszli w uosobieniu.
— Czy ci nie powierzyłam pilnowania swojej siostry? Czy ty wiesz, że już drugi raz mnie zawiodłeś, gdybyś jej lepiej pilnował, to nie doszłoby do tej masakry w obozie! — Szylkretka upomniała go ostro, prawie sycząc, po czym od razu zebrała jakieś kwiaty, których pewnie potrzebowała jako zioła.
— Pilnowałem jej, na tyle ile umiałem, raczej nikt nie domyślał się z nas, że jest niepoczytalna aż tak. — Rozejrzał się czy nie było gdzieś jakichś pajęczyn lub mchów, szybko znalazł na korzeniach jakiś mech i wydrapał go pazurami. Idąc z Jarzębiną, napotkał w lesie jakieś żółte kwiaty, to chyba był mlecz, tylko czy on był też ziołem?
— Zebrać je? — spytał Jarzębiny, która już miała pysk zapełniony ziołami.
— Przydadzą się, zbierz je i wracamy. Następnym razem jak zadecydujemy co zrobić z Rysim Tropem to powierzę to komuś innemu niż tobie.
"Świetnie, dzięki Ryś, tylko co ci przyszło do głowy, by to zrobić?! Teraz jeszcze mi nie ufają przez to" — syknął w myślach, po czym zabrał mlecze i poszedł za Jarzębinowym Żarem.
Nie wiadomo było co zrobić z Ryś, więc Świetliki robiły głosowanie, na którym on nie mógł głosować, było mu to i tak obojętne. Także wykorzystał ten czas na szukanie krzewów w lesie, znalazł kilka idealnych na umocnienie legowisk lub posłań. Wszedł do prowizorycznego legowiska wojowników, zauważył posłanie swego syna i dał tam trochę krzewów, by było wygodniejsze, a następnie resztę rozdał tam, gdzie było najmniej materiałów na posłania. Po tym wojownik położył się na środku obozu, zastanawiając się, co on tu robi właściwie.
— Nienawidzę tego miejsca — powiedział do siebie, patrząc na ptaki, które dopiero co wróciły do lasu, a gdyby tak jak te ptaki wyemigrować stąd? Pewnie i tak po incydencie z jego siostrą, połowa kotów, lub więcej nie ufała mu, a użerać się z takimi kotami nie chciał do końca swego życia.
— Co ty nie powiesz? — prychnął młodszy i przysiadł się obok ojca. — Jednak nie masz, gdzie uciekać ani nie masz, gdzie wracać. Jesteś uwięziony tutaj wraz z innymi kotami, które myślą tak samo. Natomiast ja stałem się zbyt miły, jak na to, że nie mam komu dokuczać. Nudno tutaj strasznie.
— Rzeczywiście w mordę jeża jest tu tak nudno, że trudno cokolwiek tu robić z zapałem! W Klanie Wilka mogłem iść z większością kotów i pogadać, jak tak myślę o tym, to brakuję mi ich trochę. — A najbardziej brakowało mu Cisowego Tchnienia, Jego pozostałych synów i swojej byłej partnerki, Iskrzącej Nadziei. Oddałby wszystko, żeby znowu ich zobaczyć.
— Skoro Klan Gwiazdy sprawił, że jakimś cudem tu dotarliśmy, to sprawi, że wrócimy do Klanu Wilka. —Właśnie, skoro plan przodków nie wypalił, to żąda zwrotu tego, co stracił.
Porywisty Dąb spojrzał się na niego, jak na mysi móżdżka i pokręcił krótko głową.
— Wrócić do klanu na pewną śmierć? Zapomnij — powiedział Dąb.
— A życie niby tutaj jest lepsze? Mam wrażenie, że tylko ja i Mglisty Sen robimy coś w tym zapchlonym obozie! Mam wrażenie, że tutaj już umarłem, więc wrócenie do Klanu Wilka sprawi, że dobiją tylko ciało, które nie jest trwałe samo w sobie, jak w sumie każda forma istnienia. — Brzmiał kot po kryzysie wieku, ale przecież i tak był stary, więc może u niego się to po prostu zaczęło.
— Przestań się nad sobą użalać! Równie dobrze możesz iść na Drogę Grzmotu i czekać aż potrąci cię potwór. To jest bez sensu i głupie! — Młody kocur polizał się po piersi. Zaś liliowy kocur tylko pokręcił smętnie głową, jakby nic go nie obchodziło już.
— Idę tylko się przejść do lasu na chwilę, muszę pozbierać myśli. — Wstał, po czym zostawił swego syna w obozie, nie mógł na niego normalnie patrzeć, po tym, jak zdał sobie sprawę, że włączył go do planu, który od początku był skazany na porażkę. Owocowy Las ich nie wesprze, żaden klan… To brzmiało jak zły sen, chociaż on sam chciał, żeby to był tylko sen. Gdy spacerował po lesie, nie czuł woni sosen z Klanu Wilka, nie przychodził na zgromadzenia, nie było przy nim jego rodziny. Ten liściasty las był jak pułapka, z której nie mógł się wydostać, bo co chwilę groziło mu ryzyko, że zostanie pojmany, zabity, poniżony. To wszystko mu tylko przypominało, że zniszczył całkowicie swoje życie i synowi, czy można by było być gorszym zawodem dla swojej rodziny?
— Przepraszam synu, odebrałem ci matkę i rodzeństwo.... Jeśli mi nie wybaczysz... jeśli mnie znienawidzisz, to przyjmę to z pokorą jako karę — odparł. Tak za bardzo tęsknił za nimi, nawet nie umiał przyjąć faktu, że zerwał z Iskrzącą Nadzieją po tylu księżycach. Wmawiał sobie, że rozdzielił ich Klan Gwiazdy, a sójcze pióra zawsze nosił ze sobą by czuć jej ciepło, które sam sobie odebrał. Dlaczego? Za co?
Młodszy z niedowierzaniem na ojca i przez dłuższą chwilę się nie poruszył ani nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
— Odebrałeś mi więcej niż matkę i rodzeństwo — powiedział zły, ściszając swój głos. Machał przy tym gniewnie napuszonym ogonem. — Idąc tutaj, straciłem swoją mobilność, a w Klanie Wilka znajdują się moi przyjaciele, moja Ognikowa Słota oraz szansa na wykazanie się przed innymi. Czy ty nie widzisz, że ja tutaj nie pasuje? Poszedłem za tobą w to miejsce, gdzie ledwo sobie dajemy radę, a ty nie byłeś mi w stanie powiedzieć prawdy przez tak długi czas! — Słysząc, ile mu odebrał, nie umiał nawet się odezwać, miał tylko wbite pazury w śnieg, który był tak zimny i bolesny, a jednocześnie kojący dla jego łap. Czuł się w tym momencie jak kociak, który coś nabroił i chce się schować w kąt. Teraz widział, że jego syn jest od niego mądrzejszy. Czuł, że milczenie nic nie da, ale słowa, które mógłby wypowiedzieć, byłyby tylko puste i nierówne do tego, co odebrał swemu synowi.
Brak dialogu między nimi był coraz dłuższy, że aż było słychać jedynie zimny wiatr.
— Wiem…gdyby dano mi jeszcze jedną szansę, by wybrać czy uciec, czy zostać w Klanie Wilka to bym wybrał tę drugą opcję. — Im dłużej tu był, tym coraz bardziej odwidziało mu się ta wizja, w tym, że ta grupa coś zmieni, że ich ojczysty klan znowu będzie wierzyć w Klan Gwiazdy. Gówno prawda! Jedynie co aktualnie robią, to wegetowali na terenach między Klanem Nocy a Owocowym Lasem, bez stabilnego obozu.
***
Po odkryciu kto rozrzucił kocie narządy po całym prowizorycznym obozie Świetlików
Był sam na sam z Jarzębinowym Żarem, poszli sami zebrać zioła w porze nowych liści, choć nie tylko po to przyszli w uosobieniu.
— Czy ci nie powierzyłam pilnowania swojej siostry? Czy ty wiesz, że już drugi raz mnie zawiodłeś, gdybyś jej lepiej pilnował, to nie doszłoby do tej masakry w obozie! — Szylkretka upomniała go ostro, prawie sycząc, po czym od razu zebrała jakieś kwiaty, których pewnie potrzebowała jako zioła.
— Pilnowałem jej, na tyle ile umiałem, raczej nikt nie domyślał się z nas, że jest niepoczytalna aż tak. — Rozejrzał się czy nie było gdzieś jakichś pajęczyn lub mchów, szybko znalazł na korzeniach jakiś mech i wydrapał go pazurami. Idąc z Jarzębiną, napotkał w lesie jakieś żółte kwiaty, to chyba był mlecz, tylko czy on był też ziołem?
— Zebrać je? — spytał Jarzębiny, która już miała pysk zapełniony ziołami.
— Przydadzą się, zbierz je i wracamy. Następnym razem jak zadecydujemy co zrobić z Rysim Tropem to powierzę to komuś innemu niż tobie.
"Świetnie, dzięki Ryś, tylko co ci przyszło do głowy, by to zrobić?! Teraz jeszcze mi nie ufają przez to" — syknął w myślach, po czym zabrał mlecze i poszedł za Jarzębinowym Żarem.
***
Teraźniejszość
Nie wiadomo było co zrobić z Ryś, więc Świetliki robiły głosowanie, na którym on nie mógł głosować, było mu to i tak obojętne. Także wykorzystał ten czas na szukanie krzewów w lesie, znalazł kilka idealnych na umocnienie legowisk lub posłań. Wszedł do prowizorycznego legowiska wojowników, zauważył posłanie swego syna i dał tam trochę krzewów, by było wygodniejsze, a następnie resztę rozdał tam, gdzie było najmniej materiałów na posłania. Po tym wojownik położył się na środku obozu, zastanawiając się, co on tu robi właściwie.
— Nienawidzę tego miejsca — powiedział do siebie, patrząc na ptaki, które dopiero co wróciły do lasu, a gdyby tak jak te ptaki wyemigrować stąd? Pewnie i tak po incydencie z jego siostrą, połowa kotów, lub więcej nie ufała mu, a użerać się z takimi kotami nie chciał do końca swego życia.
— Co ty nie powiesz? — prychnął młodszy i przysiadł się obok ojca. — Jednak nie masz, gdzie uciekać ani nie masz, gdzie wracać. Jesteś uwięziony tutaj wraz z innymi kotami, które myślą tak samo. Natomiast ja stałem się zbyt miły, jak na to, że nie mam komu dokuczać. Nudno tutaj strasznie.
— Rzeczywiście w mordę jeża jest tu tak nudno, że trudno cokolwiek tu robić z zapałem! W Klanie Wilka mogłem iść z większością kotów i pogadać, jak tak myślę o tym, to brakuję mi ich trochę. — A najbardziej brakowało mu Cisowego Tchnienia, Jego pozostałych synów i swojej byłej partnerki, Iskrzącej Nadziei. Oddałby wszystko, żeby znowu ich zobaczyć.
— Skoro Klan Gwiazdy sprawił, że jakimś cudem tu dotarliśmy, to sprawi, że wrócimy do Klanu Wilka. —Właśnie, skoro plan przodków nie wypalił, to żąda zwrotu tego, co stracił.
Porywisty Dąb spojrzał się na niego, jak na mysi móżdżka i pokręcił krótko głową.
— Wrócić do klanu na pewną śmierć? Zapomnij — powiedział Dąb.
— A życie niby tutaj jest lepsze? Mam wrażenie, że tylko ja i Mglisty Sen robimy coś w tym zapchlonym obozie! Mam wrażenie, że tutaj już umarłem, więc wrócenie do Klanu Wilka sprawi, że dobiją tylko ciało, które nie jest trwałe samo w sobie, jak w sumie każda forma istnienia. — Brzmiał kot po kryzysie wieku, ale przecież i tak był stary, więc może u niego się to po prostu zaczęło.
— Przestań się nad sobą użalać! Równie dobrze możesz iść na Drogę Grzmotu i czekać aż potrąci cię potwór. To jest bez sensu i głupie! — Młody kocur polizał się po piersi. Zaś liliowy kocur tylko pokręcił smętnie głową, jakby nic go nie obchodziło już.
— Idę tylko się przejść do lasu na chwilę, muszę pozbierać myśli. — Wstał, po czym zostawił swego syna w obozie, nie mógł na niego normalnie patrzeć, po tym, jak zdał sobie sprawę, że włączył go do planu, który od początku był skazany na porażkę. Owocowy Las ich nie wesprze, żaden klan… To brzmiało jak zły sen, chociaż on sam chciał, żeby to był tylko sen. Gdy spacerował po lesie, nie czuł woni sosen z Klanu Wilka, nie przychodził na zgromadzenia, nie było przy nim jego rodziny. Ten liściasty las był jak pułapka, z której nie mógł się wydostać, bo co chwilę groziło mu ryzyko, że zostanie pojmany, zabity, poniżony. To wszystko mu tylko przypominało, że zniszczył całkowicie swoje życie i synowi, czy można by było być gorszym zawodem dla swojej rodziny?
<Synu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz